poniedziałek, 29 września 2014

Zmęczenie posezonowe

Niby  było cool bo podróże i towarzystwo, bo sadzenie i  całkiem nowe akcje w Alcatrazie ale ten  wrzesień jakoś specjalnie miło mi się w pamięci nie zapisze. Za sprawą odejścia Puchowatego rzecz jasna. Ciotka w ramach  rekonwalescencji duchowej udała się z krótką ekskursją do starszej córki a ja  udałam się do tzw. obowiązków. Oj, tak coś czuję że tego  oddechu od nich nie było specjalnie dużo, no ale nie można mieć wszystkiego. Z niepokojem słucham prognoz długoterminowych, czyli  jak zwykle  przed zimą zaczynam uprawiać pogodę ( ponoć klasyczne zajęcie ogrodników zimową porą, tak twierdził pan Karel Čapek ). W ogrodzie powoli czuję smęty jesienne ale wynikają one chyba raczej z mojego nastroju a nie z rzeczywistego stanu rabat. W tej chwili trwa tradycyjna marcinkowa orgia, czyli  jest normalnie jak to we  wrześniu w Alcatrazie. Powoli zaczyna się żółknięcie liści na drzewach, ale do złotej  jesieni jeszcze daleko. Dżizaas leczy kolana ( wyprawy górskie latem ) i jakoś cicho w związku z tym o pomocy w ogrodzie. Sprawa chyba jest z tych poważnych bo  jest też cicho w temacie powideł, gruszek z wanilią i  w tym podobnych sprawach. Wieczorkiem usiłuję czytać tzw. literaturę piękną ale zasypiam  nad nią w tempie ekspresowym, oblookałam jakieś smętne filmiszcze i stwierdziłam przy  końcu dzieła  że nie pamiętam już jego początku.

Albo zaczyna się choroba Alzheimera, albo początki jesiennej  zarazy czyli  podłapałam spleen. Zdecydowanie wolę to  drugie, mimo  że przypadłość wredna, z tych  upierdliwie  powracających. No jest jeszcze trzecia możliwość z tym filmem - gniot jak  rzadko, "okruch życia'",qrcze, do prędkiego zapomnienia! Jakby było mało tego wszystkiego  trzeba liczyć dutki, bo zbliża się czas płacenia za paliwko na zimę. Tak  jakoś mi  nie tego, jak  sobie o tym pomyślę. Dobrze choć że koty w porzo ( tfu, tfu, tfu! ). Była co  prawda fala  obrazy odczuwalna każdorazowo po moich wycieczkach, ale generalnie nie ma w tej chwili  ekscesów. Najprawdopodobniej nieswojo  im bez  Puszka, nie ma kogo śledzić i przed kim się ukrywać  w takich "niewidocznych miejscach"  jak to za drabiną korytarzową (  widać cały koci  tyłek i sporo przodka ).  Oczywiście żeby nie zaspleenieć do końca  i pozbyć się niewesołych myśli  o finansach, układam  plany robocze na październik. Mam zamiar  pozbyć się całego przyszopia, wszystkie rośliny w doniczkach wegetujące na przyszopiu  chcę w przyszłym miesiącu  posadzić - żadnego dołowania! Może nie jest  to strasznie ambitne, w  tym roku nie ma aż takiej ilości  nowych roślin  do sadzenia, ale uważam  że jak na mnie to starczy. Bezczelnie przyznaję że  troszkę muszę odpocząć od  ogrodu, odczuwam  zmęczenie posezonowe. W końcu do cholery  jest niemal październik a ja  ogroduję w tym roku prawie  od początku marca!  Nieskładny ten narzekający post, trudno - cosik jestem ostatnio  bez formy nie tylko w ogrodzie.

niedziela, 28 września 2014

Puszek

Nie ma już z nami ciotczynego Puszka. Choróbsko podstępne, długo nie dające objawów go zabrało. Kochaliśmy Puszka, mimo tego że charakter miał bandycki - absolutnie niewłaściwy stosunek do kotów ( z jednym wyjątkiem - Puszek uwielbiał Danka ), nogawek listonosza i psiego sąsiedztwa. W domu rzecz jasna niby anioł i najposłuszniejszy pies świata. Domowych imion miał bez liku - Puszkor, Ścierwek, Bońkowaty, Puniek, Pusiu - wszystkie używane naprzemiennie, zależnie od charakteru puszkowych występów. Był z nami ponad dziesięć lat, liczyliśmy że będzie jeszcze długo. Puste ulubione miejsce przesiadywania, czyli parapet wewnętrzny ciotczynego okna, robi teraz przygnębiające wrażenie. Koty wyczuwają jak mocno jest nie halo. Lalek, który zazwyczaj bezczelnie podchodził do drzwi ciotczynych apartamentów ( jako jedyny z kotów nic sobie z Puszkowych poszczekiwań nie robił, bo wywalczył swego czasu w potyczce z Puszkiem tyle puszkowego szacunku, że piesek udawał w razie kontaktu z Lalim że go nie widzi ), teraz siedzi jak przyklejony na dole i ani myśli wyprawiać się na pięterko. Poza tym jest przygnębiająco cicho. Od pewnego czasu Puszek nie jazgotał już tak wesolutko na sąsiadów i wściekle na listonosza. Przyznam się że właśnie ten brak zwykłej ilości poszczekiwań nasuwał mi czarne myśli w czasie choroby Puszka, nie dzieliłam się nimi z Ciotką żeby jej nie dobijać. Teraz ta cisza zrobiła się niemal absolutna i jest po prostu okropna. Sąsiedztwo wspomina Puszka mile, mimo pamiętnych występów i bójek z innymi psami. Psiarze tylko zatroskani patrzą na swoich pupili przeliczając ile to jeszcze możliwych lat spędzonych razem przed nimi. Smutno nam i pusto.

sobota, 27 września 2014

Z Krainy Tajojów - Święta Góra Grabarka

Ze Świętą Górą Grabarką wcale nie jest tak prosto i oczywiście jakby to się wydawać mogło. Grabarka to "Jasna Góra prawosławia", tak kojarzy się przeciętnemu Polakowi. A tymczasem,  jak to na Tajojszczyźnie, sprawa jest bardziej skomplikowana.  Jest jasne  że na początku zeszłego  tysiąclecia ludność ziem położonych wzdłuż środkowego  biegu  Bugu wyznawała chrześcijanstwo w obrządku wschodnim  (  słowiańskim ).Historycy  mogą się spierać o zasięg i trwałość obrządku na innych  ziemiach  polskich ale co do terenów nadbużańskich panuje  jednomyślność. Zatem jeżeli początki sanktuarium położonego na  górze  sięgają  wczesnego średniowiecza to oczywiste jest że miejsce to  "od zawsze" związane jest z prawosławną stroną chrześcijaństwa. Profesor Antoni Mironowicz powstanie sanktuarium na Grabarce wiąże z kultem  ikony ( czyli prawosławnego okna na trascendentalną  rzeczywistość ) Chrystusa Zbawiciela zwanego w starym języku Słowian  Spas.

Niedaleko Grabarki, w Mielniku istniał klasztor w którego cerkwi  wielką czcią otaczano ową ikonę.  Ziemie okoliczne swego czasu  polski  król  Kazimierz Odnowiciel oddał we władanie Jarosławowi Mądremu, władcy Kijowa, w zamian za pomoc w zwalczeniu buntu Miecława. Mnisi osadzeni  zostali w Mielniku, bo pilna wydawała  się jak najszybsza ewangelizacja czy  nawet reewangelizacja ziem zagrożonych tzw. reakcją pogańską. Ponoć misi z Mielnika uciekając przed najazdami tatarskimi ukrywali się wraz ze świętą ikoną po lasach aż udało im się trafić na górę  Grabarkę. Tu znaleźli ocalenie. To właśnie w tym miejscu  i  czasie miał się odrodzić kult ikony  Christosa Spasa i nadanie szczególnej rangi świętu Przemienienia  Pańskiego. Tak mówi tradycja ale jak wiadomo historycy  grzebią i grzebią  w  źródłach i niekiedy z  tradycyjnie opisywanych zdarzeń zostaje jakiś  szkielecik a cała tradycyjna  "nadbudowa" okazuje się  efektem zabawy w "głuchy telefon".

Owszem, szczególny  kult ikony i specjalny nacisk na obchody  święta Przemienienia Pańskiego był na ziemiach nadbużańskich bardzo silny ale nie da się tych zjawisk bezpośrednio  powiązać z samą górą  Grabarką jako miejscem kultu.  Bardziej  prawdopodobna, bo udokumentowana  wydaje się teza profesora Józefa Maroszka, który powstanie sanktuarium datuje na czasy znacznie późniejsze bo na początek  wieku  XVIII. W 1710 roku w Siemiatyczach wybuchła epidemia cholery i mieszkańcy miasta czym prędzej czmychnęli w lasy. Według podań woda ze źródełka wypływającego  u podnóża  góry miała moc cudownego zwalczania zarazy a powietrze wokół góry wolne było od  "miazmatów", którym przypisywano wywoływanie zarazy. Niewątpliwie w roku 1717 mamy na  górze Grabarce już do czynienia z miejscem uświęconym  ( dokument w którym unicki metropolita kijowski  i opat supraski Leon  Kiszka, zezwala na odprawianie nabożeństw w kaplicy na Świętej Górze ).

Sanktuarium na Grabarce zatem w świetle dokumentów było świątynią unicką. Rozwinięcie szczególnego kultu  powiązanego ze świętem Przemienienia  Pańskiego przypisuje się biskupowi Felicjanowi Filipowi Wołodkowiczowi, metropolicie kijowskiemu. W roku 1789 papież Pius VI nadał 15 - letni okres odpuszczenia grzechów pielgrzymującym na Grabarkę, co świadczyło tym że tych pielgrzymów musiało być naprawdę dużo i że sanktuarium było ważnym miejscem kultu dla unitów Rzeczypospolitej. Dopiero po roku 1839, po wydaniu dekretu cara Mikołaja II likwidującego kościół unicki w Cesarstwie Rosyjskim, sanktuarium na Świętej Górze Grabarce związane zostało z prawosławiem. A i to nie od razu, bo jeszcze przez parę lat świątynia, mimo że obsadzona przez duchownych prawosławnych, służyła także unitom. W czasie  drugiej Rzeczypospolitej cerkiew na Grabarce nie została poddana akcji rewindykacji kościołów pounickich, co najprawdopodobniej miało związek z powstaniem w  końcu XIX wieku cmentarza prawosławnego  przy świątyni. Po  II wojnie światowej Święta Góra Grabarka została siedzibą jedynego w tym prawosławnego czasie klasztoru żeńskiego. Siostrom nie było łatwo skoro  przez parę lat nocowały w dzwonnicy starej cerkwi. Z czasem jednak na Grabarce przy  starej świątyni Przemienienia Pańskiego pobudowała się kolejna cerkiew Ikony Matki Bożej "Wszystkich Strapionych Radość", powstały domy dla sióstr i dla księży sprawujących liturgię w świątyniach. Z czasem Grabarka została ubrana w całkiem sporo nowych budynków służących wspólnocie. Najważniejszą rzeczą jaką jednak zrobiono ( według mnie rzecz jasna ) to przeprowadzenie remontu starej świątyni za rządów ihumenii  Barbary. Cerkiew Przemienienia Pańskiego otrzymała wówczas nowy wystrój autorstwa Adama Stalony - Dobrzańskiego i jednego z największych dwudziestowiecznych polskich malarzy, wielkiego pisarza ikon ( bo ikony się nie maluje tylko pisze ) - Jerzego Nowosielskiego. Niestety wszystko to przepadło bo cerkiew w nocy z 12 na 13 lipca 1990 podpalono. Ogień zniszczył niemal wszystko, ocalał tylko ewangeliarz i dwie ikony. Co gorsza ten ogień otworzył stare rany związane z postrzeganiem wyznania jako jednoznacznego z przynależnością do grupy etnicznej czy narodu. Dawne tajojskie kłopoty pogranicza religii i kultur dały znać o sobie. Na szczęście cerkiew odbudowano, nie tylko przy pomocy wiernych ale też przy pomocy polskiego rządu. 17 maja 1998 metropolita Sawa dokonał konsekracji nowo odbudowanej świątyni.



Jak odbieram Świętą Górę Grabarkę dzisiaj, świadoma zawirowań historii i  skomplikowanych losów tego miejsca. Przede wszystkim jako sanktuarium wciąż żywego kultu. Krzyże pątnicze wbite we wzgórze, "zachustkowane" dziewczyny - zakonne  nowicjuszki, bijące pokłony przed ikonami - potrzeba  duchowości na wschodniej  ścianie Polski jest nadal bardzo silna. Nie tylko jest to związane z prawosławiem,  pragnienie kontaktu z czymś z poza tego świata dotyczy wyznawców  wszelkich obrządków   obecnych w  Kraju Tajojów. Celowo napisałam o pragnieniu  duchowości bo mam wrażenie że to  ono bardziej niż zinstytucjonalizowane religie jest odpowiedzialne za ciągle żywą  wiarę na  tym terenie. Nie wiem czy tzw.  podniesienie się stopy życiowej, zwiększenie kontaktu z  mediami czy też mocniejsze  niż dotychczas "zinformatyzowanie" społeczeństwa nie spowoduje że Tajoje utracą z czasem ten  charakterystyczny dla nich rys charakteru. Oby nie, bo moim zdaniem społeczeństwo konsumpcyjne nie jest tym idealnym. Poszukiwanie przez ludzi wartości  trascendentalnej  nie przekłada się bezpośrednio na zagrożenia funkcjonowania społeczeństw. Te ostatnie wynikają raczej z tak przyziemnych spraw  jak problemy ekonomiczne i kretyńskie ambicje polityczne ( czytaj walka o  byt, często urojona  ), a doktryny instytucjonalnych  religii robią za swoisty listek  figowy mający przykryć  niskie pobudki ( natychmiast mam przed oczami te  biblijne wersy  o wytłuczeniu Amalekitów  ). Krzyże  Grabarki małe i duże, wnoszone przez pątników  zorganizowanych  ( straż pożarna skądś tam, pielgrzymi z miejscowości  X ) i te najbardziej wzruszające,  przynoszone przez ludzi szukających wsparcia i opieki, lub pragnących za nie podziękować świadczą o  tym że Tajojom jeszcze ciągle blisko do Wielkiego  Zagadkowego. Tak sobie pomyśliwałam zapalając świeczkę ikonie Christos  Spas w cerkwi na Świętej Górze  Grabarce.

czwartek, 25 września 2014

ראש השנה - Rosz ha Szana czyli Szczęśliwego Nowego Roku 5775!

Wróciłam świeżutko z jesiennej Pragi. Jesienna Praga to między innymi jesienne żydowskie święta obchodzone w  w najstarszej w mieście synagodze Staronovej. Właściwie  to jedynej starej synagodze w Pradze spełniającej  funkcję świątyni. Świątynia  baaaardzo stareńka bo  zbudowana w  roku 1270. Jest  najstarszą czynną synagogą w Europie. Skąd  taka  dziwna nazwa?  Kiedy w XVI wieku w Pradze zaczęły powstawać nowe synagogi, trzeba było jakoś nazwać tę romańsko - gotycką budowlę a ponieważ istniała jeszcze wówczas  tzw. stara synagoga, która była starszą budowlą, to budynkowi z końca XIII wieku nadano taką dziwną nazwę. Według legendy  kamienie z których  jest zbudowana synagoga Staronova zostały przeniesione przez anioły po zburzeniu Świątyni  Jerozolimskiej   i czekały w Pradze na pojawienie się dzieci  Izraela. Nie wiadomo  jak długo Staronova postoi  jeszcze w Pradze bo wraz z nadejściem  nadal oczekiwanego przez wyznawców judaizmu Mesjasza, ma ponoć  z powrotem  odfrunąć w kierunku Jerozolimy. Taka mistyczna fruwająca  synagoga to możliwa  tylko w  Pradze na  Josefovie. W tej części  Pragi nie takie cuda się widziało. W końcu  na strychu Staronovej spoczywa unieruchomiony Golem ( stanowczy zakaz wydany w XVIII  wieku przez jednego z największych  uczonych w piśmie zakazuje członkom kahału czyli wspólnoty wyznawców,  wypraw na tajemniczy strych ). Co prawda bezczelnie nic nie robiący sobie z zakazu "szalejący  reporter"   Egon Edward Kisch  podstępem  dostał się na strych i nikogo ani niczego tam  nie znalazł ale to wcale ponoć nie dowodzi że Golem w górnych partiach synagogi nie pomieszkuje. A to dlatego że z  tym  unieruchomieniem  Glinianego  Luda ( choć jego imię tak naprawdę tłumaczyć należy jako  Nieukształtowany lub Niedorobiony ) to chyba jest coś tak nie tego, bo widuje się niekiedy Glinianego przy grobie jego stwórcy, rabbiego  Jehudy Löw ben  Bezalel. Może  po prostu Kisch przeszukiwał zakazany stryszek w czasie kiedy  Golem akurat był wybyty? Ha! Największym jednak cudem mistycznego Josefowa jest fakt że jego stare  synagogi  nie odfrunęły w czasie okupacji hitlerowskiej w niebyt . Większość  starych synagog  Żydów aszkenazyjskich nie miała  tyle szczęścia, wysadzano je  masowo i w wielu miastach europejskich nie został nawet ślad po miejscach kultu ich  żydowskich mieszkańców.
W czasie świąt synagoga  Staronova  ożywa nie tylko za sprawą zwiedzających  wycieczek, na ulicy widać czarne surduty i zakapeluszowanych panów niosących  tałesy. Znak czasu to widok policji  sprawdzającej dokumenty osób chcących  wejść do synagogi na nabożeństwo, te  tłumaczenia kogo zna  a kogo nie zna  rabin, zaproszenia  i potwierdzenia, przeszukiwania torebek - wszystko ponoć konieczne ale jakoś burzy świąteczny nastrój. A święto przecież  radosne, Rosz  ha  Szana to żydowski  Nowy Rok. Święto upamiętnia  stworzenia świata, który jak  wiadomo trwa już nam 5775 rok. Co prawda żeby za słodko nie było w nowym roku, zaraz na początku trzeba zrobić bilans postępowania czyli przypomnieć  sobie dobrutki i grzeszki, wzloty i upadki. Tak na  wypadek Dnia Sądu. No i pokutować  dzielnie  - Jamim Noraim - aż do dnia Jom Kipur, bo wtedy mamy szansę że  zostaniemy odnotowani w kalendarzyku Najwyższej Zwierzchności jako osobniki nie szkodzące zbytnio światu i  tzw. Wielkim  Zamysłom.  Jak zasłużymy i znajdziemy się w kalendarzyku to jeszcze pożyjemy, jak stosowaliśmy Roundup  to kto  wie jak  to z tym wpisem i pożyciem będzie, he, he. Życzenia "Abyście byli zapisani na dobry rok" zawsze dobrze złożyć, co niniejszym czynię.


Święto Rosz ha Szana trwa dwa dni, jednym z obrzędów z nim związanych jest dęcie w baranie  rogi zwane szofar, stąd  polska  nazwa tego święta   - Święto Trąbek. Dęcie w rogi towarzyszy  specjalnym świątecznym modlitwom Musaf. W niektórych ortodoksyjnych gminach praktykuje się też obrzęd taszlich , takie symboliczne strząsanie do wody swoich grzechów.  Obchodzenie świąt jak na obrazie Aleksandra Gierymskiego, to jak mówią Czesi  - "To se ne vrati", choć oni nie zabarwiają tego powiedzonka nutą sentymentu ( właściwym tłumaczeniem tego zwrotu  jest raczej "to się nie opłaca", he, he ). Ja tam sentymentalnie patrzę na rzeczne nabrzeże i świętujących polskich Żydów i wspominam Rosz  ha Szana spędzone  na praskim Josefovie. l'shana tova tikatevu wszystkim!

Z Krainy Tajojów - wstęp do zrozumienia Tajojszczyzny - wyznania chrześcijańskie


Oglądając zabytki sakralne tzw. ściany wschodniej człowiek pochodzący z centrum kraju czuje się nieco skołowany, nawet jeżeli pochodzi z miasta gdzie mnogo wyznań. W Centralno - Polszcze Kościoły różnych wyznań istnieją obok siebie, ich sakralne budynki rzadko zmieniają właściciela. Na Tajojszczyźnie wszystko jednak ma drugie, a czasem nawet trzecie i czwarte dno. Historia wyznań na Podlasiu to temat rzeka, szczerze pisząc aż strach to ruszać bo nigdy nie wiadomo czy nie rozbudzi się jakichś niby przyklepanych, uśpionych resentymentów czy nawet antagonizmów. Ale jak opisać np. historię Grabarki bez wspominania o unitach? No nie da się, taki numer to dla wycieczki japońskiej ( pstryk, pstryk ) ujdzie, ale ja tego sobie i "wiernym czytelnikom" he, he, nie zrobię. No więc przede wszystkim trzeba sobie uświadomić że na wschodnich terenach Polski mniej lub bardziej ukryty konflikt pomiędzy cerkwią, unitami i katolikami ciągnął się przez niemal cztery stulecia i nie jest wcale takie jasne że naprawdę się definiytywnie skończył bo stare rany ciągle bolą. Bez zrozumienia tych zawiłości historii, Tajojszczyzna jest jak książka z obrazkami w rękach analfabety - trochę da się wykumać po obrazkach ale w ogóle to o co kaman?

Trzeba zacząć od historii chrześcijaństwa - nie ma zmiłuj. Spoko, będzie krótko - kurs podstawowy łopatologiczny! U progu zeszłego tysiąclecia istniał sobie Kościół Powszechny ( jakieś tam małe schizmy i trochę heretyków się nie liczy,he, he ) a w nim różne obrządki czyli sprawowanie liturgii. Nas interesują trzy: obrządek łaciński związany z biskupami Rzymu zwanymi papieżami, obrządek bizantyjski w którym liturgia była sprawowana w języku greckim, związany z patriarchami czyli biskupami Konstantynopola ( patriarcha nie miał jednak takiej pozycji jak papież ) oraz obrządek słowiański ( liturgia sprawowana w języku starocerkiewno - słowiańskim ) związany z patriarchatem Konstantynopola. Ten ostatni obrządek zawdzięczamy Cyrylowi i Metodemu, apostołom Słowiańszczyzny, którzy przełożyli grecką liturgię na język Słowian. W roku 1054 "zapoczątkowała się" ( proces trwał coś ze dwa stulecia ) tzw. wielka schizma wschodnia czyli rozłam Kościoła na Kościoły wschodni ( prawosławni lub ortodoksi ) i zachodni ( katolicy ). Schizma nie jest jednoznaczna z herezją gdyż różnice w nauce obydwu wyznań są niewielkie i nie stanowią podstawy do zerwania interkomuni ( interkomunia w ścisłym znaczeniu, to przystępowanie chrześcijan do Stołu Pańskiego po porozumieniu się z hierarchią swoich Kościołów, interkomunia może istnieć tam, gdzie istnieją tak samo pojmowane sakramenty kapłaństwa i Eucharystii). Niby więc powinno być tolerancyjnie i miło, wszak wszystko to chrześcijanie. Historia jednak uczy że najkrwawsze wojny religijne mają miejsce wśród wyznawców tej samej religii ( podobnie jak najokrutniejsze są wojny domowe ). Zatem między wyznawcami dwóch Kościołów nie zawsze było miło a niekiedy robiło się krwawo. Jeżeli na konflikt religijny nakładał się konflikt narodowy to było bardzo krwawo.

Teraz o unitach - po upadku Konstantynopola część wiernych przyłączała się do Kościoła katolickiego na podstawie wzajemnej umowy wyznań i zachowując własny ryt liturgiczny, przyjmując jednocześnie prymat papieża. Inni poszli swoją własną drogą. Moskwa w roku 1589 stała się siedzibą patriarchatu, który zamierzał rozciągnąć swoją zwierzchność na teren Rzeczypospolitej. Politycznie było to nie do przyjęcia. W związku z tym pertraktowano z wyznawcami prawosławia w Polsce a wynikiem tych pertraktacji było ogłoszenie w 1596 roku w Brześciu na synodzie krajowym przyłączenia się wiernych prawosławnych z terenu Rzeczypospolitej do Kościoła katolickiego. Unię poparła większość biskupów prawosławnych ( w tym metropolita kijowski ) ale nie wszyscy. Ci którym unia nie była w smak - wierni zgromadzeni  wokół magnata kniazia Konstantego Ostrogskiego oraz biskupa przemyskiego Michała Kopysteńskiego i biskupa lwowskiego Gedeona Bałabana, pozostali przy prawosławiu ( postanowienia synodu z 1596 roku ). Konflikt pomiędzy unitami a ich oponentami ( dyzunitami ) pchnął tych ostatnich w objęcia rosyjskiej cerkwi a ponieważ w kościołach wschodnich stosunek pomiędzy władzą duchowną a świecką był nieco inny niż w przypadku kościoła katolickiego, to tak naprawdę pchnął ich w objęcia cara. Faktycznie W XVII wieku Cerkiew prawosławna na terenie Rzeczypospolitej była nielegalna ( co nie znaczy że nie działała ). W 1686 roku Cerkiew prawosławna Rzeczypospolitej została podporządkowana patriarchatowi moskiewskiemu.

Teraz trochę bardziej szczegółowo o unitach - unici czyli dawni wyznawcy prawosławia nie mieli lekko podczas zaboru rosyjskiego. Rosja bowiem postanowiła zlikwidować Kościół unicki przez ponowne włączenie jego wiernych do Cerkwi prawosławnej. Następowały masowe konwersje duszpasterzy na prawosławie, kapłanów unickich niechcących podpisywać aktu konwersji nie dopuszczano do odprawiania obrzędów a w końcu sięgnięto po broń i zaczęto strzelać do wyznawców Kościoła unickiego. Unici zeszli do tzw. podziemia, liturgię sprawowano po lasach. Większość dawnych unitów wchłonęło prawosławie, wszak narodzenia i zgony nie czekały na niepewne przybycie unickiego kapłana. W zaborze austriackim unitom działo się o wiele lepiej. W 1774 roku cesarzowa Maria Teresa zmieniła nazwę kościoła z unickiego na greckokatolicki, ponownie zrównała prawa duchowieństwa unickiego z duchowieństwem katolickim. Jednak na terenach tego zaboru,  w czasie I Wojny Światowej nastąpiły masowe konwersje na prawosławie, takie oddolne. Moim zdaniem miało  to związek z próbą samookreślenia się Ukraińców. W czasie II Rzeczypospolitej nastąpiło odrodzenie Kościoła unickiego. Ale nie jest to hop i siup tylko sprawa bardziej złożona. Czyli teraz będzie kolejna zagwozdka żeby za prosto nie było. Powstaje Kościół neounicki i nie jest on tożsamy z Kościołem greckokatolickim. W czasie dwudziestolecia międzywojennego następuje ukrainizacja Kościoła greckokatolickiego i dzisiaj Kościół ten jest przedewszystkim narodowym Kościołem Ukrainy ( grekokatolicy nie mieli wesoło za komuny - w 1945 wszyscy biskupi ukraińskiej Cerkwi greckokatolickiej zostali aresztowani i skazani na długie wyroki więzienia, a potem w roku 1946 we Lwowie odbył się pseudosynod, w którym udział wzięło całę 214 z 1270 duchownych greckokatolickich pod nadzorem tajnej policji politycznej, i ten synod zjednoczył grekokatolików z - jakże by inaczej - Rosyjską Cerkwią Prawosławną ). Kościól neounicki zupełnie inna bajka - to inaczej Kościół katolicki obrządku bizantyjsko-słowiańskiego. Powstał w 1924 roku na skutek próśb wiernych unickich z terenów dawnego zaboru rosyjskiego. Nie ma co ukrywać że chciano też by prowadził on działalność misyjną na terenach gdzie przeważała ludność prawosławna. Dlaczego neounici nie zjednoczyli się z grekokatolikami? Polityka - bano się możliwości ukrainizacji młodego kościoła i związania go "ze sprawą ukraińską"- wrażliwym tematem polityki II Rzeczypospolitej. I tak mamy dziś dwa Kościoły unickie w Polsce - Kościól neounicki i Ukraińską Cerkiew greckokatolicką, niezależną od zwierzchnika Cerkwi na Ukrainie i podległą bezpośrednio Stolicy Apostolskiej. Proste i jasne, nie?

A jak to jest teraz z Cerkwią prawosławną. W II Rzeczypospolitej "odpłacano jak umiano", często nie tym co trzeba, w myśl zasady że najgorzej ma zawsze ten co najmniej zasłużył. Cerkiew kojarzyła się z zaborcą i nie było zmiłuj. Nie względy religijne grały tu pierwsze skrzypce a polityka. Wyznawcy prawosławia może nie byli tak słabo legalni jak po unii brzeskiej ale na początku lat dwudziestych XX wieku w salonach politycznych Warszawy uważano że lepiej by było gdyby jednak zostali unitami. Cerkiew miała spore problemy wewnętrzne, usiłowała uzyskać autokefalię czyli niezależność od Cerkwi Rosyjskiej ( co wcale się moskiewskim patriarchom nie podobało). Z inicjatywy polskiego rządu Cerkiew prawosławna w Polsce rozpoczęła starania o autokefalię w Konstantynopolu. Uzyskała ją w 1924 roku. Zgrzytnęło się zębami duchownym ( a może i nie tylko duchownym ) w Moskwie i zrobiło się naprawdę brzydko. Było morderstwo metropolity przez przeciwnika autokefalii a potem retorsje ze strony władz ( rozbieranie cerkwi ). Za lata zaborów, kiedy świątynie "z ukazu" zmieniały właściciela przyszło Cerkwi zapłacić słoną cenę. Kościoły unickie czy katolickie wracały do wyznawców - OK. ale płonęły czy rozbierane były też cerkwie "od zawsze należące" do wyznawców prawosławia. Po II Wojnie Światowej problem religii rozwiązał się sam. Była jedna Bozia i był nią Józef Wissarionowicz. Wyznawców prawosławia ubyło wraz z ziemiami na wschodzie i nagle polska Cerkiew mogła dostać autokefalię z Rosji ( 1948 rok ). Trzeba było zwrócić tylko tę konstantynopolitańską. Kochane słonko Józef S. był za uprawnieniem wszelkich religii dlatego zamknął zarówno katolickiego prymasa Polski jak i polskiego prawosławnego metropolitę ( pewnie dlatego religijni Polacy wszelkich wyznań zgodnie nie cierpią Józefa S. ). Trzeba było poczekać aż Józef zamknął oczka i powoli, małymi kroczkami dochodzić do siebie.

Kościołowi katolickiemu, jako wyznaniu o największej liczbie wiernych przyszło to bez trudności, Cerkiew prawosławna posiadająca paruset tysięczną liczbę wiernych też szybko przyszła do siebie, natomiast grekokatolicy i neounici są wyznaniami porządnie poturbowanymi przez historię. Akcja "Wisła" rozproszyła wspólnoty wyznawców Ukraińskiej Cerkwi greckokatolickiej w Polsce, dopiero od niedawna, wraz z emigracją "za pracą" ludzi z Ukrainy zwiększa się liczba wyznawców. Natomiast neounitów jest w Polsce maleńko - została jedna parafia w Kostomłotach, około 300 osób jest ochrzczonych w tym obrządku.

piątek, 19 września 2014

La Belle Sophie





"Zosiu, Zosiu moja Luba, jakżeś oczom miła,
pięknych kwiatów jesteś zguba i róże zgasiłaś."
J. Szymanowski

Podczas wyprawy do Kraju za Wisłą odwiedziłam Kozłówkę. Jeżeli ktoś wizytuje Kozłówkę to nie ma zmiłuj, historia dobrej i pięknej Zofii z Czartoryskich Zamojskiej nie będzie mu darowana. Nie potrzeba tu wcale przewodniczych gadek, Zofia i bez nich jest w Kozłówce obecna w takiej ilości że nie sposób jej obecności przeoczyć. Oglądając kaplicę pałacową z Ewandką, po raz pierwszy zetknęłam się ze śladem Zofii. Do sarkofagu ordynatowej przywabiło mnie westchnienie Ewandki - "Dziesięcioro dzieci, bohaterka.". Fakt, Zofia, zwana Matką Zamojskich ( sześciu z jej siedmu synów zapoczątkowało nowe linie rodziny ) jest dla tego rodu osobą o takim znaczeniu jak królowa Wiktoria dla familii Coburg - Gotha ( dzisiaj rodzina Windsor ). Niewątpliwie, podobnie jak królowa Wiktoria, była też tzw. silną osobowością, choć współczesne kobiety ( nie tylko zdeklarowane feministki ) mają całkiem inne wyobrażenia na temat silnej kobiecej osobowości. Zofia była typowym dzieckiem swoich czasów, takim grzecznym i powszechnie lubianym. Wypełniała pojęcie kobiecego ideału narzuconego przez epokę w której żyła - niezwykle urodziwa religijna Matka Polka, patriotka, założycielka Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności ( 1814 rok ) a przy nim szkoły rzemiosł dla sierot. Taka XIX wieczna Lady D. w polskim wydaniu.

Jej życie zaczęło się jednak w atmosferze lekkiego skandalu, Zofia urodziła się 15.10.1778 roku w Warszawie, jako najmłodsze dziecko Izabeli z Flemingów Czartoryskiej i Adama Kazimierza Czartoryskiego. Jednak plotka głosiła że ojcem małej Czartoryskiej jest Franciszek Ksawery Branicki, jedna z paskudniejszych postaci w naszej historii ( Targowica, zaoczny wyrok śmierci Najwyższego Trybunału Karnego podczas Insurekcji Kościuszkowskiej ). Jak było naprawdę nie wie nikt, ja w każdym razie na portretach Zofii wielkiego jej podobieństwa do Branickiego się nie dopatrzyłam. Wzrastała w Puławach, bodaj najwspanialszej z XVIII wiecznych rezydencji w Polsce. Już w wieku czternastu lat o Zofii zrobiło się głośno -  została wyróżniona przez samego króla Stanisława Poniatowskiego, który wybrał ją na corocznym karnawałowym spotkaniu arystokratycznych rodzin na Zamku Królewskim w Warszawie - i uznana najpiękniejszą młodą damę Rzeczypospolitej. Zofia miała wielu adoratorów, do jej „uroczej piękności i znamienitych przymiotów" wzdychał Julian Ursyn Niemcewicz, o "najpiękniejszej i najpowabniejszej dziewicy polskiej" pisał Kajetan Koźmian. Jednak zachwyty zachwytami a małżeństwo to sprawa poważna, wśród  XVIII wiecznej arystokracji decydująca nie tylko o życiu małżonków ale o interesach rodu.
Zofia została wyswatana chyba ze względu na powiązania rodzinne a nie z powodu majątku oblubieńca, bowiem jej kuzyn, Stanisław Kostka Zamoyski (1775-1856) był najmłodszym z potomków kanclerza wielkiego koronnego Andrzeja Kazimierza i Konstancji z Czartoryskich. Dopiero po śmierci starszego brata Stanisława Aleksandra w 1800 roku został dziedzicem majoratu, dwunastym ordynatem na Zamościu. Zaślubiny Zofii i Stanisława Kostki odbyły się wcześniej, 20 maja 1798 roku, w Puławach, pełniących rolę ówczesnej kulturalnej stolicy kraju, który de facto politycznie nie istniał. Dla  młodego Stanisława Kostki Zofia była drugą miłością,  pierwszą stracił w koszmarnych czasach terroru Wielkiej Rewolucji Francuskiej ( księżniczkę Lubomirską zgilotynowano ).  Młodzi małżonkowie zamieszkiwali w Podzamczu w pobliżu Maciejowic, a także pomieszkiwali w Dreźnie i Wiedniu. Kosmopolitycznie. Tylko trochę zmieniło się wraz z objęciem majoratu przez męża Zofii. Tzw. Państwo Zamojskie to była potężna posiadłość, wymagała jednak usprawnienia sposobu zarządzania, mnóstwa nakładu pracy i pieniędzy. Ordynatostwo po wzorce udało się do Wielkiej Brytanii. Podróż wraz z "zaczerpywaniem" zajęła im osiem miesięcy. Zofia zrobiła w Albionie prawdziwą furorę. Jej syn Władysław, gdy trzydzieści lat potem odwiedził wyspy za Kanałem "spotykał starców, którzy mu z zachwytem o matce jego mówili". Państwo ordynatostwo do tego stopnia zachłysnęli się angielskim stylem życia że co niektórzy zauważyli że "wszystko w domu było na stopę angielską urządzone; wychowanie dzieci nawet było bardziej angielskie niż polskie". W lutym 1804 roku kończy się angielska sielanka ( Napoleon i nowa sytuacja polityczna ) i Zofia wraz z mężem wracają przez Francję do kraju. Zamieszkują w Zamościu i ukochanym Podzamczu. Nastał czas wprowadzania w ordynacji zwyczajów "à la mode d'un Anglois". Z czasem ordynatowi przestało wystarczać zajmowanie się majątkiem, został ważną figurą polityczną. W latach 1810 - 1831 był senatorem wojewodą Księstwa Warszawskiego ( w roku 1810 Stanisław Kostka udał się z misją do Paryża – przedstawił wówczas Napoleonowi projekt - własnego autorstwa - odnośnie połączenia w jedną prowincję Księstwa Warszawskiego i Galicji ), a później senatorem Królestwa Polskiego ( od 1822 do 1831 zajmował także stanowisko prezesa senatu ). W Królestwie Kongresowym ordynat był członkiem Komisji Rządowej Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego a także prezesem Towarzystwa Rolniczego w latach 1815 - 1817. Oprócz tego zasiadał w licznych stowarzyszeniach naukowych. Znaczy robił karierę. Zofia była "przy mężu" co nie znaczy że nie miała obowiązków innych niż te wynikające z roli żony czy matki. Jako ordynatowej wypadało jej poświęcić nieco czasu działalności charytatywnej. Nie miała w sobie wiele z niepokornego ducha i pasji życia matki ale w działaniach publicznych Zofii związanych z dobroczynnością można odnaleźć rysy nie najspokojniejszego charakteru Izabeli. Wszak dobroczynność wiązała się z rozlicznymi  obowiązkami towarzyskimi a Zofia uczyniła z powiązń dobroczynności z zabawą prawdziwą sztukę.  Możemy poczytać w pamiętnikach A. E. Koźmiana jak  to  - "Pani Zamoyska była główną opiekunką Towarzystwa dobroczynności, dla pomnożenia jego funduszów urządzała zawsze z wybornym smakiem widowiska rozmaite, które żywe zajęcie publiczności obudzały. Dawniej corocznie odbywały się loterye na korzyść ubogich, zbierania fantów. Wybór dam, które zasiadać miały przy stolikach w dzień ciągnienia loteryi, ozdobienie tychże stolików zajmowało zawsze przez parę tygodni dobroczynne i bawiące się towarzystwo. Następnie urządzano obrazy z osób żyjących i szarady, a w tym roku 1823 wystąpiono kilka razy z widowiskiem teatralnem. Grano i polskie i francuzkie komedyjki, należała do nich sama pani Zamoyska". W czasach Rzeczypospolitej jak sama Zofia wspominała - "zabawa zdawała się być wtedy najważniejszym obowiązkiem, wszystko wtedy musiało być zabawne", w czasach późniejszych do zabaw towarzyskich dopisywano szczytniejsze cele.
Jednak nic nie trwa wiecznie, zakręty polskiej historii nie jedną postać uczyniły niejednoznaczną. Tak się miała sprawa i  ze Stanisławem Kostką, nie poparł on powstania listopadowego. Uważał że konfiskata dóbr ordynackich była zbyt wysoką ceną za poparcie działań powstańców. Żeby to tylko na tym braku poparcia mogło się skończyć.  Niestety pewien czas przebywał  w Rosji , ponoć pod "opieką" cara Mikołaja I.  Za wierność tronowi otrzymał tytuł tajnego radcy dworu i miejsce w Radzie Państwa Cesarstwa do spraw Królestwa Polskiego. Fakt że stworzył za olbrzymie pieniądze jedyny prywatny pułk  walczący w  powstaniu listopadowym  nie uchronił go  przed  ostracyzmem. Skończyło się tak że po powrocie z Petersburga, Stanisław Kostka zerwał z polityką i wraz z żoną wyprowadził się z kraju. W 1835 roku przekazał zarząd Ordynacji synowi Konstantemu. Piękna Zofia odeszła z tego świata z dala od ojczystej ziemi. Zmarła 27.02.1837 roku we Florencji.

Pamięć Zofii  w Kozłówce miała znamiona kultu, jej wnuk  Konstanty gromadził pamiątki po ukochanej babce, przede wszystkim jej liczne portrety. Późniejsi właściciele Kozłówki kontynuowali zbieranie  "zofionaliów". W kaplicy pałacowej zbudowanej w latach 1903  - 1909 znajduje się kopia sarkofagu Zofii Zamoyskiej ( La Belle Sophie pochowano w kościele Świętego Krzyża we Florencji ), rzeźbioną w marmurze twarz starej kobiety  ciężko skojarzyć z portetami młodej, uroczej  damy oglądanymi w Kozłówce. Portretowali ją wielcy malarze i dobrzy malarze - Jean-Baptiste Isabey, Jean-Baptiste Greuze, Friedrich Füger, Josef Grassi, Johann Baptist von Lampi starszy i François Gérard, wszak na kongresie Wiedeńskim w 1815 roku uznano ją za najpiękniejszą kobietę Europy. Czas, "niby dobrowolne wygnanie" i choroba starły z jej twarzy nie tylko urodę ale i radość jaką czerpała z życia.


Jak odbieramy dzisiaj  Piękną Zofię?  Prawie  w ogóle nie odbieramy  bo poza odwiedzającymi  Kozłówkę, z  legendą  Zofii mało kto się spotkał. Istnienie jej  osoby nie przebiło się do świadomości ogółu w przeciwieństwie do istnienia jej matki, Izabeli z Flemingów Czartoryskiej. Izabela była kochliwa, solidnie niewierna w stylu typowym dla  XVIII wiecznej  arystokracji, wcale  nie była "jednoznaczna  politycznie" i zawsze w awangardzie zmian kulturowych. Zofia wierząca  tak szczerze jak tylko osoba błękitnej krwi mogła wierzyć po horrorze Wielkiej Rewolucji  Francuskiej ( zwrot ku religijności tej  warstwy społeczeństwa doskonale obrazuje polskie porzekadło  "Jak trwoga  to do Boga" ), zdaje się autentycznie pełna dobrych chęci i  życzliwa, w dodatku doskonale pasująca do wypełnieniea mitu  Matki Polki - poza  rodziną ( potomkowie  ), historykami i drepczącymi po Kozłówce turystami w ogóle nie jest znana (  tym ostatnim  zresztą zaraz  "wyleci z głowy" ) .  Sądzę że to dlatego że jest nam już obca. No cóż, od dawna jest dla mnie jasne że mit Matki Polki  zmarł  śmiercią naturalną, gdzieś pod  koniec  XX wieku. Reanimować  się nie da, może co najwyżej powrócić w zmienionej  formie i wypełniony inną treścią. Matka wielodzietna, czerpiąca zasoby na wychowanie dzieci z niewolniczej pracy ( Stanisław  Kostka zarzucił eksperymenty swojego ojca z uwłaszczeniem chłopów, gdyż stwierdził że chlopstwo nie dojrzało do wolności ), chowająca dzieci  "po angielsku" ( bona, preceptorzy, wyjazd do szkół, od czasu do czasu przebywanie  z rodzicami - normalnie dla arystokracji ), uprawiająca zabawy dobroczynne typowe dla swojej warstwy - oj,  to trochę mało żeby być  zapamiętaną (  nawet  jeżeli się posiadało powalającą urodę ) i przede wszystkim dziś rozumianą . Macierzyństwo wielokrotne? W czasach Zofii  w co drugiej chałupie rodziło się sporo dzieci, większość nie  przeżywała. Ciche chłopskie bohaterki też zresztą, podobnie jakZofia,  nie popadały w przesadę z tym osobistym wychowaniem dzieci, he, he. Wykarmić i oddać pod  opiekę  starszemu rodzeństwu. Przykładanie wzorców zachowań dwudziestowiecznych   kobiet  w Europie wobec potomstwa do takich zachowań z początku XIX wieku  ( w różnych warstwach społecznych ) jest pomyłką i świadczy raczej o "uprawianiu historii mitycznej". Takie wnioski nasunęły mi się po przeczytaniu pewnego artykułu w necie wygrzebującego Zofię z mroku  niepamięci i stawiającego ją jako wzór dla współczesnych kobiet.  No cóż,  tzw. ideologiczne podejście do "autorytetu" zazwyczaj nijak się ma do realiów historycznych ( a już szczególnie nie lubi uwarunkowań ekonomicznych, i niemal tak samo nie cierpi uwarunkowań kulturowych ). Zofia z Czartoryskich Zamoyska jest chyba dlatego  dziś osobą powszechnie nieznaną bo nie przekraczała żadnych barier nazwijmy to "społeczno - kulturowych ". Jej dobroć to nie była postawa Brata  Alberta, jej intelekt ( ponoć wcale niemały ) oprócz wymyślania dość konwencjonalnych sposobów na finansowanie dobroczynności, znalazł ujście jedynie  w pisaniu  dziełka  "Rady Matki dla córki w dzień ślubu". Dziś  rady  Zofii Ordnatowej Zamojskiej mogą być tylko świadectwem epoki. Takie cytaty kwiatki jak - "Nie będę ci mówiła wiele o poważaniu, o podległości, jaką każda żona winna jest mężowi swemu; wiesz że tak być musi, że taki jest porządek rzeczy przez samego Boga ustanowiony, i że żona, która panować pragnie, jest winną i śmieszną. Nic tu więc nie dodam; być posłuszną temu, którego się kocha serdecznie i jedynie jest słodkim obowiązkiem, jednakże nie jest łatwo wyrzec się swojej woli zupełnie. Jeszcze w ważnych chwilach można się wznieść aż do poświęceń, myśl obowiązku utrzymuje, ale w drobnych okolicznościach, które zdają się małej wagi, a ciągle się powtarzają, trudniejszem jest zaparcie się swojej woli. Wtedy znajdujemy czasem, że niesłuszne są wymagania, a tego właśnie nie trzeba sobie pozwalać, tu jest miejsce dać dowody powolności zupełnej i zaparcia się swojej woli" czy ten -"Otaczają ciebie związki tak słodkie, masz siostry, braci ukochanych, nie szukaj więc innych związków, nigdy dosyć o tem mówić ci nie mogę. Twoje serce bez wątpienia znajduje kogo kochać w rodzinnem gronie, unikaj więc jak wielkiego niebezpieczeństwa nowych przyjaciółek." - albo ten - "Staraj się, moja kochana, aby twoje przyjemności były miłe twemu mężowi, aby mu w niczem nie przeszkadzały, aby nawet pośród świata czuł, że jest twoja pierwszą myślą, że nic cię jemu nie zabiera, że tylko jego wesołością i jego przyzwoleniem wesołą i szczęśliwą jesteś." - świadczą o istnieniu przepaści mentalnej pomiędzy Zofią a współczesnymi ludźmi w Europie. Ciekawe jakich rad Zofia udzieliłaby  swojej siostrze Marii Wirtemberskiej?  Maria zdaje się jednak  rad siostrzanych nie potrzebowała, miała własny rozum.  Tak sobie myślę że  gdyby nie miłość wnuka, zbierającego pamiątki po babce o Zofii po prostu by zapomniano. Jak o wielu damach do niej podobnych. Cóż," Grzeczne dziewczynki idą do nieba a niegrzeczne tam gdzie chcą" i to o tych ostatnich się pamięta.

środa, 17 września 2014

Wrzosy, rozchodniki, trawy i spokojne wody czyli ogród państwa Majewskich we wrześniu.

Wrzesień coś mi się  zrobił miesiącem podróży, takie mini wakacje rozpisane na weekendy. W miniony weekend odwiedziłam Kraj za Wisłą, bardzo  mnie pociągający. Jednym z wielu miejsc odwiedzonych podczas tzw. gościnnych występów był ogród pokazowy przy szkółce państwa Majewskich w Witowicach  niedaleko Końskowoli. Szkółka specjalizuje się w produkcji roślin wrzosowych, którym to mianem określa się krzewinkowe, krzewiaste i drzewiaste kwasoluby. Do roślin z rodziny Ericaceae zaliczamy między innymi rododendrony Rhododendron, bagno Ledum, bażyny Empetrum, borówki Vaccinium wraz z żurawinami Oxycoccus, zenobie Zenobia, kiścienie Leucothoe, pierisy Pieris, golterie Gaultheria, modrzewnice Andromeda, wrzosy Calluna i wrzośce Erica.

W ogrodzie pokazowym szkółki rzecz jasna pierwsze skrzypce grają rośliny w niej produkowane. Jesień wydawałoby się niepodzielnie należy do wrzosów. Przynajmniej do czasu prebarwiania się liści azalii.  W tym ogrodzie wrzosy co i raz wpadają w oko ale nie  są jednak wcale roślinami nachalnie wysuwającymi się na plan pierwszy ( na szczęście ). Odniosłam  wrażenie  że przy projektowaniu ogrodu nie starano się na siłę wepchnąć wszystkich uprawianych odmian wrzosów ( tak wydaje mi się po oblookaniu tzw. produkcji "wykonfekcjonowanej" w doniczkach na plantacji ). Klasyczne podejście "Mniej znaczy więcej" w bardzo dobrym wydaniu. Wrzosy rzecz jasna nie występują solo, to by było zbyt nużące nawet dla zakręconych miłośników kwasolubów.

W ogrodzie wrzosom towarzyszą rośliny takie  jak azalie czy rododendrony ale jest też sporo  roślin, które do wrzosowych nie należą a zasadzone zostały  po to by podkreślić urodę  roślin produkowanych przez szkółkę. Mamy zatem całe morze traw, wyspy z rozchodników, iglaki czyli klasyczych towarzyszy wrzosów, stanowiska yuk sąsiadujących nietypowo z klonikami palmowymi, solidne stado werben patagońskich, równie mocne grupy  hortensji drzewiastych i host. Nie ma tu kolekcjonerskiego szału odmian, rośliny nie są jakoś wybitnie rarytetne. Ten pokazowy ogród ma raczej za zadanie uświadomić z czym i w jaki sposób zestawiać rośliny wrzosowate żeby robiły  jak największe wrażenie ( jak widać na załączonych obrazkach nie znaczy że koniecznie wszystko.towarzyszące wrzosowym powinno rosnąć w solidnie kwaśnej ziemi ).

Pewnym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się obok  wrzosów kloników palmowych. Zestaw z tych, których człowiek się  nie spodziewa. Głęboko we mnie utkwiło przekonanie że kloniki palmowe to jednak  cieniste klimaty. Kloniki w Witowicach rosną w pełnym słońcu. Nie wyglądają na młode nasadzenia, zbyt  byczaste że się tak wypiszę. Być może sekretem ich powodzenia jest dobór odmian ( żadnych czerwonolistnych, które są najbardziej wrażliwe na  słonko )  i bezpośrednia bliskość wody ( zawsze to dobrze dla kloników jak  powietrze ma odpowiednią wilgotność ). Domyślam się też że  gleba na stanowisku  kloników jest jednak nieco  inna niż ta w której rosną wrzosy. Pewnikiem  podobna do tej ze stanowisk azalek czy  rodków.

Główną  "zaczepką dla oka" jest w tym ogrodzie strumień. Zaprojektowany został jako klasyczny meandrowiec i na tym mniej więcej  kończy się klasyka. Linii brzegowych strumienia  nie mącą bowiem żadne nasadzenia, woda ma do towarzystwa  jedynie ascetyczny żwir i trochę kamieni. W miejscach gdzie wody strumienia rozlewają się szeroko tworząc  bajorko ( choć może słowo bajorko  trochę nie  pasuje do czystej  i niezbyt głębokiej wody ) tworzą  się  zwierciadadlane powierzchnie odbijające nasadzenia. Tę lustrzaną jakość  woda uzyskuje dlatego że nie płynie wartkim nurtem. Po prawdzie to  ona sprawiała wrażenie stojącej. Być  może  jedynymi chwilami kiedy strumyk robi się żwawszy jest dostarczanie wody ze źródła położonego na  jednym z krańców ogrodu. Jednak spokój strumyka jest zaletą,  jakoś bardziej pasuje do minimalistycznego otoczenia niż niespokojny i  lśniący w słońcu  nurt.

Teraz słówko o ozdóbstwach. Nie przepadam specjalnie za ogrodowymi ozdóbkami. Pewnikiem dlatego że bardzo trudno spotkać  dobrze dobrane  do stylu ogrodu ozdoby. Zazwyczaj też ozdobiający nie potrafią się w porę powstrzymać i kończy się tragiczie dla ogrodowych założeń. W tym ogrodzie ozdóbstwa mnie nie raziły bo:  po pierwsze było ich niewiele, po drugie nie rozpełzły się po całym ogrodzie. Skupiały się głównie w okolicy ławeczki ( w donicach ustawionych przy niej szklane ptaszki, na fragmencie kostrzewy szklane lampionki i zabawne niby ptasie domki ) i nasadzeń z host ( z lekka odjechane, ceramiczne gęsie łepki  ). Generalnie ozdóbstwa w Witowicach nie odciągają człowieka od podziwniania głównego  tworzywa ogrodu czyli roślin.
I to by było na tyle jeśli chodzi  o jesienne sprawozdanko z tej wizyty ogrodowej. Sorrky za jakość zdjęć, małpkowe ( towarzystwo Krzysia wpędziło mnie w kompleksy, he, he ).






czwartek, 11 września 2014

Kotostan u progu jesieni

Głupio pisać w dniu dzisiejszym o terroryźmie ( to tak jakoś kontekstowo ) ale nie ma co ukrywać ze względu  na datę - moje koty stosują wobec mnie coś  na kształt terroru. Próby nacisku dokonywane są zarówno zbiorowo i jak i indywidualnie,  formy naciskania są różne i różniste.  Do tych pierwszych zaliczam poranne ryczenie nad moim uchem że oto głód jest tak wielki że  żołądek przyczepia się do kręgosłupa ( prym w porannym chórku wiedzie  Felicjan, główny zapiewajło ). Oczywiście powinnam wstać niezwłocznie i z ciśnieniem zapaściowym (  w pewnym  wieku każdy ma tam jakieś swoje poranne dolegliwości  ) kelnerzyć na bankiecie życia kotów. Czekam z niepokojem na ten moment kiedy będę się poruszać zbyt wolno dla kociambrów i  zostanie podjęta próba przywołania mnie do porządku i  tzw. przyspieszenia moich obrotów. Lepiej dla nich byłoby  żeby Felicjan rzucał się boczkiem na kafle kuchennej podłogi z dzikim wrzaskiem ( niekiedy tak zachowują się rozpuszczone bachory, Felicjan ma już dwa takie  bachorzaste występy za sobą  )  niż żeby usiłowały stosować siłę. Wszelkie próby przyspieszenia  moich  porannych działań przez indywidualną  lub grupową przemoc,  spowodują natychmiastowe podniesienie mojego ciśnienia i zaskutują praniem tyłków i opowieściami  o laboratorium ( Adam opowieściami skutecznie opanowuje Makabrę ). Do form nacisków różnistych zaliczam tzw. pozorowane próby samobójcze. Najczęściej jest to akcja  "wyjdę i stanę na przeciwko Puszka, a potem to przepędzę śmieciarkę , chyba że  na talerzu wyląduje to co lubię  - mięcho, a puszka bez soi za ciężkie  pieniądze to może być dla Ciebie na obiad, chyba że  jednak zdecyduję się ją zjeść na deser". W naciskach różnistych najlepszy jest Laluś, który niestety  okazuje się też dobrym nauczycielem ( jednego Laliego można opanować, ale pięć kotów z manią samobójczą? ).
Oprócz działań terrorystycznych kotostwo stosuje jak zwykle opór wobec działań leczniczych. I nie jest to opór bierny! Nie napiszę co mam podrapane bo dama udaje że nie ma tych części ciała ( choć nie wiem dlaczego, bo nie da się ich nie zauważyć )  ale ślady po smarowaniu sznupy Felicjana kremem ( Felek ma uczulenie na słońce, taki jest qrczę wrażliwy ) są obecne na moim cielsku i będą obecne jeszcze dłuuuugo.
Jeżeli myślicie że tylko koci chłopcy dopuszczają się ekscesów to jesteście w Błędzie przez duże B! Dziewczyny też mają swoje za uszami. Co prawda lubieżne zachowania Okularii Pumeli nie przeniosły się na Czarnulki ale są inne "grzychy" oprócz nieustannego tarzania się w rozpuście. Na przykład złodziejstwo! Miało miejsce tajemnicze zaniknięcie króliczej tuszki ( siostrzany duet, Sztaflik i Szpagetka, zostały przyłapane na gorącym uczynku, no i było po tajemnicy ). Złodziejstwo było złe ale najgorsze to były warczenia i groźne pomruki, kiedy chciałam zobaczyć czy coś się jeszcze uda im wyrwać i obdzielić inne koty ( bo dla mnie królik już  był pieśnią  przeszłości ). W ogóle krnąbrność i "stawianie się" coś się ostatnio zrobiły modne w naszej rodzinie ( tylko Lalutek nieco odstaje od reszty towarzystwa, histeria samobójcza w zupełności zaspokaja ciemną stronę jego osobowości ). Zawsze moje koty były niezbyt dobrze ułożone, za to pewne prawidłowości swoich, bardzo często głupawych, poczynań. Ostatnio jednak palemka im bije ciut za mocno. Oj, ukrócę ja to wszystko i będzie miauk jeden wielki i wylizywanie  futer! Nie ma zmiłuj, muszę podjąć  działania wychowawcze! Szykuje mi się prawdziwy maraton wyjazdowy i chciałabym po powrocie zastać nie pogryzioną  Dżizaas, nie podrapaną Małgoś - Sąsiadkę i Cio Mary z Ciotką  Elką w normalnym stanie psychicznym. Do opanowania kociego żywiołu czas przystąpić. Zrobię z nich chórek grzecznych kocich aniołków ( z może lekko występną Okularią Pumelią ).

Azalie

Wyjątkowo wcześnie w tym roku przebarwiają się liście azalii, natchnęło mnie to nie tyle do focenia ich obecnego stanu co raczej do  lubych majowych wspominków. Niewiele w ogrodzie jest rzeczy które mnie tak cieszą jak kwitnienie azalek. Przyczyna tej radochy tonie w odmętach nurtu historii Alcatrazu  - dawno, dawno temu, na początku mojego  ogrodowania, zakwitanie azalek nie było wcale taką "oczywistą oczywistością" .  Azalki podobały mi się zawsze i w Alcatrazie bardzo szybko wygospodarowałam na nie miejsce. Krzaczki kupowałam z różnych źródełek, niestety  niektóre z owych  źródełek okazywały się zatrute. Cóż w "okresie pionierskim" człowiek płaci tzw. frycowe. Ja krzaczki "kupowałam  oczami" -  głównie interesował mnie kolor kwiatów, a to że roślina podpędzana w szklarni ( stąd te kwiaty na marcowych targach ), w podłożu wyglądającym na "zrób coś z tym natychmiast"  i w odmianie o której nic nie wiedziałam, miało drugo, trzecio i czwartorzędne znaczenie. No i te roślinki bywały  nie najlepszej jakości i często nie zdążyły ponownie  zakwitnąć bo po porostu  zeszło im się. Jeżeli do  jakości kupowanych azalek dodać moje "startowe" umiejętności ogrodnicze  to właściwie nie ma się co dziwić że one nie kwitły, raczej zadziwienie  powinien wzbudzać fakt że jakiejś udało się przeżyć. Na szczęście  z czasem nauczyłam się  wybierać  rozsądnie sadzonki ( lepiej zapłacić  większą sumę za roślinę z dobrego źródła niż przyoszczędzić na "azalii jednorocznej"he, he ) i przede wszystkim nauczyłam się je pielęgnować.

W tej chwili w Alcatrazie rośnie sporo azalek z różnych grup i na szczęście całkiem nieźle kwitną, Moją ulubioną azalkową grupą  jest Rustica. Azalie do niej należące są wielokrotnymi mieszańcami pełnokwiatowych azalii gandawskich z azalią japońską ( a konkretnie to z Rhododendron molle ssp. japonicum ). Hoduję rzecz jasna  i azalie z  innych  grup ale najbardziej podchodzą mi te "rustykalne". Najmniej przepadam coś za japonkami, może dlatego że Alcatraz nie jest dla nich zbyt łaskawy. Owszem zdarzają się wiosny  kiedy wszystkie pięknie kwitną, ale całkiem często bywa tak że tylko hardcor czyli  'Kermesina' w  trzech kolorach się z kwiatami obnosi. Azalie o opadających na zimę liściach nie sprawiają na ogół takich niespodziewanek i trzymają się znacznie lepiej niż półzimozielone krewniaczki.  Zima 2012 została zniesiona przez azalki z prawdziwą godnością, co prawda niektóre  z grupy Knap - Hill musiały nabrać po niej sił i nie było co liczyć na rozwinięcie przemarzniętych pąków kwiatowych, ale nie było wśród nich strat porównywalnych z hekatombą bylinową,  jaką zebrała owa pamiętna zima.



Nie jest to na pewno ostatni tekścik o azalkach w tym blogu, szczerze pisząc ledwie dotknęłam tematu. W związku z przebudową Ciepłego Monstrum i zmianą jego bylinowego charakteru na bardziej drzewiasto - krzewiasty ( no takie mam gryplany żeby byliny w niewielkich ilościach jedynie uzupełniały krzewy o nie najgłębszym systemie korzeniowym ) azalkowe tematy pewnie jeszcze nie raz powrócą.

środa, 10 września 2014

Nieznajomek - irys IB marketowego pochodzenia

Dawno, dawno temu za siedmioma górami i siedmioma morzami, przepiąkna królewna mieszkająca w równie piąknym jak ona sama mieście, udała się do marketu w celu kupienia nie wiadomo czego i naszła tam tzw. irysa kapersowego. No i w tym momencie kończy się bajka  i zaczyna real twardy jak stal hartowana.Oczywiście na obrazku sprzedażnym widniał całkiem inny irys niż ten, który znajduje się na fotce poniżej. Ba, jak byk przy fotce stało że irys jest wysoki. Cóż wysokość sprawą względną, przynajmniej dla sprzedających tę roślinę. Pierwsze kwitnienie było szokiem ( człowiek wtedy jeszcze naiwnie wierzył w zgodność odmianową sprzedawanych w marketach roślin ). Dochodziłam długo co mogłam zrobić nie tak że zamiast normalnego, wysokiego irysa wyrósł mi kurdupel. Pomijam tu fakt że nie był on cudnie błękitny tylko miejscami wściekle żółty. Bardziej martwił mnie ten niski wzrost ( moja wina, moja wina , moja bardzo wielka wina ) niż to że kolor w ogóle się nie zgadzał ( no bo na to  nie miałam wpływu, a z tym wzrostem sprawa podejrzana ). Dopiero drugie kwitnienie uświadomiło mi że mam do czynienia z irysem niższej kategorii. Potem  przypisałam go do irysów IB. Do dziś nie wiem co to za odmiana, sądzę że jakiś staruszek ( nie podejrzewam marketowców o sprzedaż  najnowszych odmian ). Mój Nieznajomek dorasta do  55 cm, kwitnienie zaczyna na początku sezonu i kończy  gdzieś tak po połowie . Rozrasta się bardzo dobrze i jest niewybredny. Ma zapewniony etat w Alcatrazie  - w końcu to mój pierwszy irys IB.


'Blue Eyed Blond'

Dziwny to irys, niby  ma żółte płatki  a w  odbiorze chłodny.  Jakoś wolę myśleć o nim w rodzaju żeńskim, niebieskooki  blondyn to tak  aryjsko brzmi, he, he. Irys rasy  nordyckiej na rabacie, aż kusi żeby zrobić "ciechocinek" ( znaczy parter kwiatowy ) w kolorach  czerwonym,  białym  i  czarnym ( Hakenkreuz z fioletowo - czarnych bratków he, he. ). Ein Volk, ein Reich, eine Schwertlilie, he, he! Kiedy myślę że to Blondie jakoś nie mam takich głupich skojarzeń i pomysłów. Mam za to poważne podejrzenia że jest to tzw. "hitchocowska blondynka". Żadnego tam paplania dziecięcym głosikiem i cielęcych minek Marilyn Monroe, raczej elegancki dystans Grace Kelly. No "Blondyna" wyraźnie nie jest z tych gorących. Ale za to z tych dużych, odmiana osiąga wzrost 64 cm. Zarejestrowana została przez Allana Ensminger'a w 1989 roku i w tym samym roku trafiła do handlu. Rodowód ma skomplikowany - 'Limpid Pools' X 80-32: (78-55: ('Song of Eden' x ('Rippling Waters' x 'Pay Dirt')) x 277-42: ('Song of Eden' x ('Rippling Waters' x 'Pay Dirt'))). Jak to blond bóstwo karierę zrobiła oszałamiającą - Honorable Mention 1991, Award of Merit 1993, Sass Medal 1995. W Alcatrazie rośnie dobrze, kwitnie w środku sezonu.

wtorek, 9 września 2014

'Country Dance' - irys IB w delikatnym różu

Miałam już całkiem sporo irysowych różyków w różnych kategoriach, jednak w IB odczuwałam pewien niedosyt. Ciepły  róż odmiany  'AskAlma' nie do wszystkich zestawień się nadawał, inne odmiany tej kategorii były bardziej  brzoskwiniowe czy wpadające w morelowe odcienie . Czystego, pięknego różyku nie było. U Roberta wypatrzyłam odmianę  'Country Dance' i postanowiłam poeksperymentować z nią w niezapominajkowo - anemonowej okolicy. To był tzw. strzał w dziesiątkę, irys okazał się "akuratny', ani za bardzo chłodny, ani zbyt "słodyczasty". Kolory  'Country Dance' są bardzo harmonijnie połączone, wrzosowe róże kopułki genialnie dopełnia beżowo - cielisty kolor płatków dolnych. Teraz metryczka - odmianę zarejestrowała w 1996 roku Evelyn Jones, do  handlu odmiana weszła rok później za pośrednictwem szkółki Aitken's Salmon Creek. Odmiana jest wynikiem krzyżowania 'Champagne Elegance' X 'Chanted', dorasta do 61 cm , kwitnie w środku sezonu. Została dostrzeżona przez irysowy światek - ma na koncie Honorable Mention 1999, Award of Merit 2001. W Alcatrazie spisuje się bardzo dobrze, całkiem nieźle przyrasta i jest z tych niewybrednych ( to znaczy kwitnie nawet wtedy kiedy stanowisko nie jest optymalne )

'Ask Alma' - iris IB z tych legendarnych

'Ask Alma' to żywa legenda, prawdziwy irys kosiarkowy ( kosiarką przejedziesz a jemu nic ). Jedna z najbardziej plennych odmian irysa bródkowego z jaką miałam do czynienia. Wymarzony irys dla początkujących, jedynym problemem może być znalezienie odpowiedniej ilości osób które chcemy obdarować rozrastającymi się błyskawicznie kłączami he, he. Na zdjęciu poniżej dwuletnia ( czyli mająca za sobą  jeden sezon w ogrodzie ) kępa. 'Ask Alma' to nie świeżynka, odmiana została zarejestrowana w 1989  roku ( w 1987 wprowadzono ja do handlu ).  Irysa wyhodowała  Carol Lankow, 'Ask Alma' jest wynikiem krzyżowania 'Pink Pirouette' X Wright L56: (Wright L32: (('Pink Cushio' x 'Lenna M') x 'Amber Shadow') x 'Cotton Blossom'). Oczywiście  tak udana odmiana miała zapewnione tzw. splendory. Zdobyła niemal wszystko co się dało zdobyć - Exhibition Certificate 1986, Honorable Mention 1989, Award of Merit 1991, Sass Medal 1994. Tylko Dykes Medal był nie do zdobycia. Odmiana nie jest specjalnie wysokim irysem ,dorasta do 53 cm ( za to szeeeeroooko rośnie  he, he ). Kwitnie w środku sezonu, u mnie zaczyna kwitnienie dość wcześnie - na początku środka sezonu kwitnień IB. Nie jest w żadnym stopniu  grymaśna, nawet po paskudnym, bezśnieżnym lutym w  2012 roku, kiedy wiele irysów bródkowych z trudem dochodziło do siebie, 'Ask Alma' dawała czadu. Moim zdaniem  to jeden z najlepszych irysów  bródkowych kategorii IB!

'Pink Pele' - irys IB miły dla oczu

Paskudny 'Extreme Orange' to nie jedyna krzyżówka którą  Terry  Aitken popełnił  zatrudniając  jako mamusię irysa SDB 'Pele'. Na szczęście nie wszystkie dzieci  'Pele' mają tak wredny charakter jak 'Extreme Orange'. Zarejestrowana w 1996 roku odmiana 'Pink Pele' rośnie całkiem dobrze. Nie jest co prawda irysem "idącym jak burza", rozrasta się w średnim jak na IB tempie, ale żadnych większych ekscesów przy okazji jej  uprawy nie zanotowałam. Co prawda stanowisko dobrałam starannie, gleba z tych najlżejszych bo "pomarańczowe" geny są u tej odmiany obecne, a strzeżonego to wiadomo Wielki Ogrodowy strzeże. 'Pink Pele' jest wynikiem krzyżowania odmian 'Pele' X 'Marmalade Skies', otrzymała Honorable Mention 1998. Nie jest może jakimś specjalnie wybitnym osiągnięciem hodowlanym ale jest miłą dla oka odmianą, w sumie bezproblemową w uprawie. Za dobre stanowisko w ogrodzie na pewno odwdzięczy się solidnym kwitnieniem. 'Pink Pele' dorasta do 64 cm,  kwitnienie  zaczyna w środku sezonu i kwitnie długo a wytrwale niemal do jego końca.

'Blast' - irys IB nie do przeoczenia

Niewielki wzrostem bo dorasta ledwie do 53 cm ale nie da się go nie zauważyć. 'Blast' świeci! Nie  jak jarzeniówa na szczęście, prędzej jak "słoneczko" czyli zabytkowa farelka. Bardzo cieplutki z niego  irys, choć nie z tych najgorętszych. Niestety sfotkowany kwiat jest po przejściach, tak że nie da się ocenić w pełni urody tej odmiany - majowe przymrozki są zmorą uprawiających "mediany" czyli niższe kategorie irysów. Jednak  nawet w tym wymordowańcu ze zdjątka da się zauważyć potencjał! Teraz metryczka - odmianę zarejestrował Ben Hager w 1992 roku, w rok u następnym odmiana była dostępna w handlu.
'Blast jest wynikiem następującego krzyżowania : 'Shenanigan' X SD4455Pk/Rs: ('Gigglepot' x SD4024PkPc, pyłek rodzica z 'Software'). Karierę zrobił taką średniawą - Honorable Mention 1996 to wszystko co mu się z nagród i wyróżnień dostało. Pewnikiem przez ten nikczemny wzrost, bo kwiatom nie można zarzucić braku urody. Odmiana kwitnie w środku sezonu. Ze względu na niski wzrost lepiej sadzić tego irysa na brzegu rabaty, wśród wyższych IB pewnie byśmy go nie przeoczyli ale po co zakłócać widokiem pędów innych irysów miły dla oka obrazek kwitnącej kępy odmiany 'Blast'. Irys godny polecenia wszystkim tym, którzy cierpią z tego powodu że nie udaje im się z różnych względów uprawa odmiany 'Ocelot' Ghio. Kłączu tego średniaka ostrzejszy klimacik nie grozi choróbskami, cięższą glebę zniesie z godnością i jeszcze nie ma cienia szansy na wywalanie się pędów przy wietrze.

'Extreme Orange' - irys IB najoporniejszy z opornych

Jeżeli bym miała wskazać jeszcze większego irysowego niewdzięcznkika niż 'Furioso' paluch wyprostowałby mi się w kierunku 'Extreme Orange'. Paskudna i kapryśna w alcatrazowych warunkach to odmiana, kwitnie nader rzadko ( co u IB jest ewenementem ) i przyrasta opornie. Nie wiem czy to tylko u mnie odchodzą takie polki  czy po prostu odmiana jest słaba. W ogóle moje doświadczenia z irysami o pomarańczowym kolorze kwiatów są nie najlepsze. W Alcatrazie "gorące" oranżowe selfy  nie rosną jak marzenie i to we wszystkich irysowych kategoriach. Oczywiście nie znaczy to że różniste  odmiany w ogóle nie kwitną czy ich kłącza "stoją w miejscu", jednak irysy o pomarańczowych kwiatach mają w moim ogrodzie mniej  wigoru niż irysy o kwiatach innego koloru. Podobnie jest w Irysowie, u Ewy i Andrzeja ( andrzejowe narzekania na "pomarańcze" to stały punkt programu naszych spotkań ). ' Extreme Orange' wyhodował Terry Aitken, odmiana została zarejestrowana w w 2004 roku i tego samego roku trafiła do handlu. Jest wynikiem krzyżowania odmian 'Pele' X 'Apricot Drops' ( po mamusi odziedziczyła niski wzrost, na maksa dorasta do 51 cm ). Kiedy raczy zakwitnąć to w środku sezonu. Nic o przyznanych tej odmianie nagrodach nie znalazłam i wcale mnie to nie dziwi! Howgh!

poniedziałek, 8 września 2014

'Furioso' - irys IB z tych "gorących"

Swego czasu 'Furioso' doprowadzał mnie do furii. "Wredna Franca" taką miał ksywę. Bywało  że nazywałam go jeszcze bardziej brzydko ale on w pełni zasłużył na każdą literkę epitetów. On nie rósł tylko stał w miejscu i jeszcze kombinował czy aby nie podgnić. Jego podłe postępowanie rzucało się tym bardziej w oczy że przez pewien czas rósł przy kosiarkowej odmianie  'Ask Alma'. Andrzej uprzedzał mnie że jak na irysa IB ta 'Furioso' zachowuje się grymaśnie. Jednak postanowiłam nie odpuścić, bo oglądane w sieci  oraz Ewy i Andrzeja fotki nęciły pięknym zestawem barw kwiatu. Postanowiłam  że dobiorę jeszcze trochę kłączy i któreś mi w końcu zakwitnie. Kiedyś, za jakieś lata świetlne! Wybrałam stanowisko na którym do tej  pory odmianie najlepiej się rosło i posadziłam. W tym roku 'Furioso' w końcu zaskoczył, jakby towarzystwo nowych kłączy  dodało mu sił życiowych. Udało mu się jakoś zdzierżyć przymrozki, myślę że pąk był jeszcze zbyt schowany  i  dlatego kwiaty w nim rosnące nie odczuły zbyt mocno majowego hardcoru. Jest nadzieja że w przyszłym roku 'Furioso' znów pokaże się z dobrej strony. Naprawdę miła dla oka jest z niego odmiana, żeby tylko charakter miał lepszy. Teraz metryczka - odmianę zarejestrował  Barry Blyth, w 1996 roku. Została wprowadzona do handlu przez szkółkę Tempo Two w sezonie 1996/97. Odmiana jest wynikiem krzyżowania 'Mango Kiss' X 'Bogota'. Dorasta do 61 cm, kwitnie dość wcześnie ( u mnie troszkę bliżej środka sezonu ). Na rabacie sprawia wrażenie "gorącego" irysa, zdecydowanie dla wielbicieli koloru pomarańczy w irysowych kwiatach.

'Fortune Hunter' - irys IB uzupełniający

Ta odmiana urzekła mnie w Irysowie. Wygrzewała się na słoneczku i mimo sporej dawki żółci na płatkach nie "waliła " po oczach.  Może  to dlatego że żółć stosunkowo  szybko przechodzi w brzoskwiniowe tony, a płatki kopuły maja lekki morelowo - beżowy zadmuch u nasady. Podobny  kolor zajmuje dwie trzecie dolnego płatka. To wszystko razem z koralową bródka sprawia że irys jest ciepły ale nie żarzący. U mnie w tym roku ta odmiana miała pecha, późne przymrozki zniszczyły kwiaty w pąkach. Wybarwienie  irysa nie było zatem do końca  takie jakie być powinno. I tak 'Fortune Hunter' zniósł tę katastrofę przymrozkową w miarę godnie, kwiaty innych odmian rosnących w sąsiedztwie wyglądały wręcz tragicznie. Irysa wyhodował Paul Black - odmiana została zarejestrowana w 2003 roku a w 2004  wprowadzono ją do handlu. Pochodzi z krzyżowania siewki o numerze D133A: ('Software' x nieznany - wolne zapylenie ) X 'Hot Jazz'. Dorasta do 66 centymetrów, kwitnie w środku sezonu. Kariery wielkiej odmiana nie zrobiła ale na rabacie wygląda bardzo przyjemnie.

'John' - irys IB w typie dziadunio z wigorem

"Wesołe jest życie staruszka" tak sobie myślę patrząc na tę odmianę kwitnącą na  rabacie. Dziadek zarejestrowany w 1989 roku, wprowadzony do handlu rok  później, nadal trzyma się dziarsko. Nie ma co prawda szerokich i falujących dolnych płatków jak to nowe odmiany, ale za to jego barw nie da się nie zauważyć na rabacie. Nie żeby był jarzeniowy, nic z tych  rzeczy ( nazywam go  "Wesołą Musztardą", tak mi się jakoś musztardowo jego kolorki kojarzą  ). Jednak odmiana ciągnie oczy i nie da się przegapić jej kwitnienia. Może to zasługa zestawienia z  blado żółtymi irysami IB, choć tak do końca nie jestem tego pewna. Wszak  nieopodal rosną też odmiany, których kwiaty są bardziej nasycone kolorem. Staruszek wyraźnie  się nie daje zdystansować reszcie towarzystwa i w sumie tak do końca nie wiem czy to zasługa zestawień czy po prostu ta odmiana tak ma. W każdym razie do żółci, brązów i miedzianych odcieni 'John' pasi aż miło. Teraz metryczka - datę wprowadzenia już mamy,  odmianę wyhodował Allan Ensminger, jest krzyżówką odmian 'People Pleaser' X 'Hula Dancer'. 'John' otrzymał swoją porcję wyróżnień - Honorable Mention 1992, Award of Merit 1994. Kwitnie dość wcześnie, rozrasta się dobrze choć nie jest to jakieś niezwykłe tempo. Jeśli chodzi o termin kwitnienia to u mnie zaczyna kwitnienie bliżej środka sezonu ale w opisach ten irys zaliczany bywa do zarówno do wczesnych jak też średnio - późnych ( taki zdziwaczały staruszek, he, he ). Na szczęście bezgrymaśny i bezpampersowy, ot wesoły dziadunio.

'Man Best Friend' - irys IB, który jest najlepszym przyjacielem początkującego ogrodnika

Jeśli chodzi  o wigor to mało która odmiana irysa IB może równać się z 'Man Best  Friend'. Chyba tylko osławiona 'Ask Alma' tak błyskawicznie się rozrasta. Znaczy  'Man  Best Friend' jest irysem kosiarkowym ( kosiarką przejedziesz a roślina w ramach protestu odbije ze zdwojoną siłą, jak ta trawa ). Jeśli chodzi o urodę to wiadomo że  o gustach się nie dyskutuje. Mnie  ten irys kręci, uważam że zestawienie kolorów jest w tej kategorii dość rzadkie.  Szczerze pisząc to  i w TB ciężko mi się jakoś doszukać tak zrównoważonego walorem ( stopniem nasycenia barwą ) zestawu. U  mnie ta odmiana zakwita bardzo wcześnie ( wyjątkowe stanowisko? ), więc "łapie" późne kwitnienia  irysów SDB. Lubię takie "przejściowe" irysy które można zestawiać z innymi  kategoriami, mam  wtedy wrażenie zachowania ciągłości kwitnienia. Jednak encyklopedia AIS opisuje ją jako odmianę  dość  późną  ( literki ML jak byk tam stoją ). Nie wiem skąd taka rozbieżność między tym co się dzieje na mojej rabacie a opisem zamieszczonym w AIS. Pożyjemy, zobaczymy jak  to się dalej będzie rozwijało.  Teraz metryczka - powstanie odmiany zawdzięczamy krzyżowaniu  siewki Thomasa Johnson'a Q38D, rodzeństwu odmiany 'Country Dawn' X 'Devoted'. "Tatusiem" odmiany jest Paul Black, który zarejestrował ją w 2008 roku. W ciągu sześciu lat 'Man Best Friend' zgarnął z puli nagród AIS niemal wszystko co było do zgarnięcia, tylko Sass Medal i Dykes Medal pozostały poza jego zasięgiem. Lista wyróżnień wygląda tak : HM 2010, AM 2012, Ben Hager Cup 2012 ( nagroda przyznawana najlepszemu  irysowi zaliczanemu do tzw. "median irises" czyli  irysom SDB, IB, MTB i BB ). 'Man Best Friend'  nadaje się idealnie do rozpoczęcia przygody z uprawą irysów bródkowych, ma wszystkie cechy które zachęcą początkującego uprawiacza do hodowli bródek - zdrówko, szybkie rozrastanie się kępy i przede wszystkim urodę kwiatów, które w porze kwitnienia robią naprawdę dobre wrażenie na rabacie.

niedziela, 7 września 2014

Jesienne porządki blogowe


Uporządkowałam nieco mojego blogiego.  Mój bosz......stanowczo za dużo "paplam na piśmie". Taki sobie wniosek po tych porządkach wyciągnęłam. Blog w zasadzie ogrodowy ale czego ja tu nie przemycam - brakuje tylko recenzji książkowo - filmowych i szczegółowych wynurzeń  na tematy rodzinne ( choć koty, które są częścią rodziny bezczelnie obmawiam ). Starałam się uporządkować pisaninę tak żeby Ci co szukają w blogosferze tzw. konkretów mogli łatwiej dotrzeć do interesujących ich info o doświadczeniach ogrodowych  przeprowadzanych w centralnej Polsce. Irysy kłączowe  mają całą podstronkę im  wyłącznie poświęconą i  jest najzupełniej jasne dlaczego tak jest  (  nieuświadomionych  odsyłam do postu Irysy SDB - najważniejsze kwiaty w Alcatrazie  ), inne  rośliny żyjące w Alcatrazie dostały podstronkę pod tytułem  Zielenina. Alcatraz  rzecz jasna ma swoją własną  podstronę i tam są wywalone na widok publiczny jego rabaty . W podstronie Różnoty upchnęłam szaleństwa kulinarne Dżizaasa, obmawianie kotów, zapiski podróżne i moje ględzenia na różne tematy ( mam wrażenie że są jak  "pamiętnik pensjonarki", brakuje tylko żebym pisała  "Drogi Blogu" ). Mam nadzieję że  jest w miarę przejrzyście i jakoś się da w tej  mojej pisaninie połapać.

piątek, 5 września 2014

Zabić elfa czyli takie tam rozważania o wykorzystywaniu chemii w ogrodzie.



Mam ociepkizm vel syndrom  Ociepki. Symptomy to widywanie krasnoludków i innych dziwnych stworków  a na wczesnym etapie ociepkizmu przemożna  chęć ich zobaczenia. I mnie właśnie czasem nawiedzają  kretyńskie zachciewajki aby świat zrobił się z lekka ponad naturalny. No żadnej tam metafizycznej głębi czy dociekań co do istoty Absolutu w tym nie ma, ot takie bardzo przyziemne pragnienie żeby występowały w przyrodzie Elfus gardenia w odmianach, czy Gnomes domestica. Klasyczny ociepkizm. Jak cudnie by było gdyby po ogrodzie śmigało coś podobnego do motyli czy złotooków. No bo te moje elfy to nic a nic nie mają wspólnego z tolkienowską wizją,  prędzej z angielskim pojęciem fairy. Zdecydowanie moim elfom bliżej do XIX wiecznych przedstawień, czy ilustracji książkowych, szczególnie tych autorstwa Idy Rentoul Outhwaite ( aż cztery z nich ilustrują ten wpis ).  Moje elfy są jeszcze mniejsze niż te "ilustracyjne",  takie właśnie w rozmiarze motylowym czy mało - żuczkowym. Ogród odwiedzany przez elfy byłby prawdziwie stylowy, wiktoriańsko angielski że się tak wypisze. W epoce królowej Wiktorii jednak o pewnych sprawach nie wypadało mówić w ogóle  i stąd mój brak wiedzy jeśli chodzi o rozmnażanie i  rozwój "prenatalny" elfów. Czy to coś w stylu gąsienicy, poczwarki i imago, czy ciężarna elfica składa jaja, czy larwy elfów podżerają zdradziecko liście? A może za tym całym nieszkodliwym fruwaniem i spijaniem rosy z kwiatów dorosłych elfów kryją się wczesne stadia ich rozwoju, przerażające i groźne jak turkuć podjadek, skoczek różany i szrotówek kasztanowiaczek  na raz?!  Może jednak lepiej że elfy ogrodów nie nawiedzają.

Przynajmniej dla elfów! Pewnie znany  koncern  wyprodukowałby środek  do selektywnego wybijania elfów niepożytecznych, który  byłby nieszkodliwy dla cacy elfów i pszczół ( nieszkodliwość gwarantowana przynajmniej do czasu bezsponsoringowych badań  ). Ze szczególną zaciekłością by zwalczano  elfy krwiopijcze, tzw. wąpierze, które nie pozwają ludziom cieszyć się urokami letniego wieczoru w ogrodzie ( co tam rośliny, ale żeby Pana stworzenia  gryźć - never ). Znaczy ludzie zachowywaliby się wobec elfów  dokładnie tak jak zachowują się wobec wszelkiej żywiny - generalnie bezmyślnie! Mam wrażenie że właśnie powolutku docieramy do początku końca  epoki Wielkiego Trucia zwanego inaczej Wielkim Wybijaniem. Zajęło nam sporo czasu uświadomienie sobie faktu że  jednak jesteśmy częścią ekosystemu i pewnych rzeczy nie możemy robić bezkarnie. Prędzej czy później jako tym stojącym najwyżej w łańcuchu pokarmowym dostaje nam się rykoszetem z naszej własnej  broni. Koncerny  produkujące środki ochrony  roślin mają za uszami znacznie więcej niż tylko wybijanie insektów, ale to nie jest tak że koncerny odpowiadają za uprzemysłowienie hodowli  czy uprawę monokulturową.  Głupio  stwierdzić  bo to truizm ale nie ma zmiłuj - to nie podaż rządzi rynkiem tylko popyt. To klienci wymagają tak intensywnej produkcji, ich wieczne nienasycenie powoduje że opłaca się uprzemysłowienie uprawy warzyw, owoców czy co najgorsze, hodowli zwierząt. Jak niemal każdy komu  przyszło się zetknąć zawodowo z masową produkcją żywności pewnych rzeczy nie jadam, a niektórych to nawet nie dotykam żeby przypadkiem nie zaświecić , he, he. Nie mam jednak  złudzeń że opowieści o procesie produkcyjnym przebiją się błyskawicznie do wypranych reklamami mózgów  większości populacji, a przede wszystkim że zniwelują działanie  efektu "niskiej ceny".

Ta "niska cena" zazwyczaj jest kryterium rozstrzygającym przy zakupie. Szlachetna cnota  umiarkowania zginęła  w odmętach konsumpcjonizmu zalewającego bogatszą część świata, trzeba mieć  w lodóweczce wszystko, nawet jeżeli to wszystko oznacza kupowanie GOK ( Guano Ostatniej Klasy ). I tak zimową porą zamiast tradycyjnych w naszym klimacie  kiszonek ( przenawożenie warzyw odbija się na jakości kiszeniny, stąd tzw.wspomagacze, które dość  łatwo wyczuć ) czy warzyw korzeniowych, mamimy oczka ( bo kubki smakowe to raczej trudno omamić, chyba że smakiem umami czyli glutaminianem sodu,he, he ) czerwienią pomidorów i zielenią roszponki wyhodowanych na przecudnej mieszance  nawozów w roztworze wodnym. Samo zdrowie zimą i to w przystępnej cenie! Świeżutkie i "przepiąkne" - prawdziwy spożywczy "Miś na miarę naszych możliwości", że zacytuję slogan z filmu pana Bareji. Oczywiście oszustwo z zielonym zdrówkiem jest taką dratwą szyte że prędzej czy później nawet inteligentne inaczej osobniki się zorientują że to wałek. Drogę do zrozumienia że "niska cena" = "niska jakość" przechodzi się samotnie, jak każdą trasę do oświecenia ( no i w różnym tempie, niektórzy prują autostradą , inni wloką się po jakichś poboczach zanim zrozumieją że hydroponika  a uprawa w gruncie na skalę przemysłową różnią się ilością "nośnika" ale "dobrótki" docierają  do rośliny w podobnych ilościach ). No i co dalej z tym robić? Osobniki wstrzemięźliwe zastanawiają się czy koniecznie  muszą podżerać pomidory w styczniu, dociekliwe czytają o komorach próżniowych i nowych sposobach mrożenia, przesłuchują sprzedawców a jak się da to  i producentów, te z depresją stwierdzają że  im jest wszystko  jedno bo i tak "vanitas vanitatum", a te wyposażone przez naturę w chęć grzebania się w ziemi pragną własnych warzywek i owoców, najlepiej takich beznawozowych i zdrowych, niemal stepujących i śpiewających "Ach my zdrowe, zdrowe, zdrowe!". Ten ostatni rodzaj osobników przystępuje do upraw ekologicznych, w których nawóz  sztuczny ( tzw. sklepiak ) jest wyeliminowany "z urzędu".

Nie da się ukryć że to właśnie im, hodowcom warzyw i owoców, zawdzięczamy zwrot ku bardziej naturalnym  formom uprawy. Ogrodnicy  uprawiający rośliny ozdobne najprawdopodobniej zdążyliby spokojnie załatwić wody  gruntowe zanim by doszli  do wniosku że coś  chyba jest nie halo - nawożą i nawożą a rośliny nie chcą rosnąć. Jednak zarówno ci od warzywek i owoców jak też ci od  kfiotków i krzaczków  nie mogą pogodzić się z jednym - bezczelnym podżeraniem przez owady  ( i nie tylko owady ) uprawianych w pocie czoła roślin. W przemysłówce nikt się nie patyczkuje, pestycyd leci w dużej ilości, karencja jest a klient w sklepie nie widzi że padły nie tylko podżerające rośliny szkodniki. W ogrodzie nie da się  niektórych rzeczy nie zauważyć. Co prawda zrozumienie pewnych zjawisk   nie jest proste jak konstrukcja cepa i wymaga nieco chęci poznania, jednak da się pojąć że pośrednią "korzyścią" używania  takiego preparatu jak np. Basudin, było padanie ptaków. Ilość środków ochrony roślin czyli  trucizn wycofywana z obrotu handlowego systematycznie wzrasta. I to jest wielka chwila  prawdy dla  wszystkich ogrodujących - mało  rzeczy tak wkurza  jak podżeranie wypielęgnowanej przez człowieka rośliny, a tu nie da się wypowiedzieć wojny totalnej i zamordować podżeraczy. Można  co najwyżej spróbować  przegonić paskudników z ogrodu. Czyli  razić  ich środkami, które  są w swoim działaniu podobne do preparatów uzyskiwanych "naturalnie",  tych wszystkich wyciągów ziołowych, płukanek z szarego mydła i odwarów  tytoniowych. Sęk w tym że ostra chemia działa błyskawicznie a na efekty działania słabszych środków trzeba poczekać ( a czasem i nie doczekać, bo ochraniana roślina zejdzie ).

Ogrodujący w tzw. chwili  prawdy podzielili się na dwie  frakcje - naturalistów i obrońców roślin. Większość kolekcjonerów roślin zalicza się do  frakcji obrońców, ja, mimo kolekcjonerskich  irysowych zapędów staram się iść w kierunku wyznaczonym przez naturalistów. Piszę staram się bo nie zawsze mi  to wychodzi. Bardzo ostrej chemii co prawda nie stosuję ale proszek do pieczenia z wrotyczem "umila" życie mrówkom a wobec ślimaków bywam bezwzględna ( z wyjątkiem winnniczków, które są  dobrymi ślimakami  i nie mam tu na myśli Escargots à la Bourguignonne )! Muszelkowe paskudy, obżerające irysowe kwiaty lądowały niegdyś  w  wiaderku (  swego czasu sporo wiader wypełnionych pełzaczami wyniosłam na łąki, daleko, daleko  od Alcatrazu ) a pomrowy i ich luzytańskich krewniaków ( Mamelon miał w tym roku ich inwazję, u mnie jeszcze spokój ale  pewnie dotrą ) czeka egzekucja o ile tylko zauważę pełzanie w okolicy  host. Na szczęście są to sporadyczne wypadki. Być może sytuacja ślimakowa nie wymknęła się spod kontroli dzięki sporej populacji winniczków( zapraszam jak  jakiegoś znajdę, buch do  torebki i witamy w Alcatrazie ).  Jednak totalnie  przegrałam walkę ze szrotówkiem kasztanowiaczkiem, wymiatanie, ba,  wyzbieranie co do listeczka opadłych liści guzik dawało. Populacja w żaden sposób nie została ograniczona. W związku ze związkiem mój kasztanowiec  w połowie sierpnia wygląda smętnie. Jedyna nadzieja w tym że szrotówek komuś zasmakuje, bo jak dotychczas to wstrzykiwanie w drzewa substancji antyszrotówkowej załatwiło nie mniej drzew niż działalność samego szrotówka kasztanowiaczka. Lepy na drzewach z kolei przylepiały wszystko co żywe i jak się okazuje straty w ekosystemie przewyższały zyski.
 Na dzień dzisiejszy to  ja  mam ociepkizm, wiem że to podłe gnomy atakują mojego kasztanowca. To samoobrona ogrodniczego jestestwa przez wytwarzanie halucynacji , taka  jest chyba u mnie geneza ociepkizmu. Nie możesz czegoś zwalczyć staraj się z tym jakoś żyć. Kto wie może posunę się do tego co niegdyś zasłyszałam od  Kilkujadka  z Kingsajzu - "Ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas wreszcie pokochają". W świecie elfów i krasnoludków najlepiej stosować bajkowe metody, he, he. No i człowiekowi jakoś lżej na duszy że nie ukatrupił parki elfów czy stada gnomów, nawet  jak te ostatnie ogałacają mu z liści  kasztanowca. W ociepkiźmie, jak  to w szaleństwie, jest metoda!