piątek, 7 lipca 2017

Refleksyje samochodowe na temat "Środowisko atakuje"

"Co się polepszy to się popieprzy" - jak to leciało w kabareciku co to latał. Tak cóś teraz pasuje to do mojego bytowania, ledwie zamknę jeden front walki z losem to otwiera się następny. Oczywiście jako stara wiarusa ( no co, jak może być ministra to może być i wiarusa ) łatwo  przeciwnościom losu się nie daję i rzucam podstępnie siły na tyły wroga. Ciągle mam nadzieję że troszki losu dokopie (  rzecz jasna chciałabym mu spuścić solidny wpierdziel ale to raczej bez szans ). Oczywiście są jaśniejsze punkty żywota i ich się trzymam. Koty zdrowe, ja właściwie też, finansowo nie jest pięknie ale bywało gorzej ( dach na kamienicy za darmo się nie zrobi, niestety ), z ludźmi  żyję bardzo dobrze ( bliskie grono ) dobrze ( sąsiedztwo dalsze ) oraz poprawnie ( przypadkowi turyści, że tak ich nazwę ). Czasu jest tylko mało na to cobym chciała robić i jak się okazuje wcale nie dużo  na robienie tego do czego się poczuwam,  głównie dlatego  że niepomiernie dużo czasu zabierają mi  tzw. dojazdy. No ponarzekawszy sobie i od razu mi lepiej, wentylek i wywalenie  żalu dobrze mi  robi od czasu do czasu na jestestwo.








Co w ogrodzie to już wiecie, spuszczony z oka żyje swoim tajemniczym życiem. W nocy odgłosy dżungli i wracania na czworakach po libacji ( jeże ), w dzień bzyczenie, ptasie śpiewy  i  chrapanie kotów. Zieloność zarasta co się da i co się nie da, deszczyło solidnie więc jest bujnie. Co wysłuchane w samochodzie dojazdowym to nie wiecie  ale zaraz Wam napiszę. Sprawa sąsiedzko - ogrodowa była niedawno na tapecie - dwa koty wyżarły rybki z oczka wodnego  i straż miejska wzięła  się  poczuła i przywaliła mandat właścicielowi kotów. Pomijam kwestię kompetencji straży, pomijam kwestię budowania ogrodzeń, pilnowania pupili i ponoszenia odpowiedzialności za ich wyczyny ( bo  te dwie ostatnie kwestie są oczywiste - za sprawki źwierzontek odpowiada  opiekun i nie ma zmiłuj, rybki majo być odkupione, guana posprzątane a podrapane drzwi zrekompensowane malowaniem  lub  pieniężnie a stworzenia pod tytułem  dzieci winny  być pouczone że  jap majo więcej nie drzeć, he, he, he  ) to zaintrygowało mnie jedno - co zrobiłaby straż miejska gdyby okazało się  że  rybki z oczka wodnego wyżarły dzikie koty lub też coraz częściej migrujące do miast dzikie stworzenia?  Komu przywaliliby mandat?  Nie znam do końca sprawy z Wrocka, być może złapano sprawców  lub sprawczynie na gorącym uczynku ( i od takich spraw są  sądy cywilne choć o wiele lepsze jest dogadanie się z sąsiadami i zabezpieczenie działek odpowiednimi  ogrodzeniami ).

 W kwestii  ogrodzeń  też nie ma zmiłuj,  zabezpieczyć się solidnie winien  ten kto zabezpieczeń swojej własności  potrzebuje,  np. właściciele tzw. groźnych ras psów ale też ludzie nie tolerujący obcych zwierząt lub zwierząt w ogóle w swoim najbliższym otoczeniu. Ci ostatni to choćby dlatego że podkopujące się psy czy przełażące nad niskim dla nich ogrodzeniem  koty to pryszcz - zawsze można właściciela dorwać , natomiast dziczyzna potrafi atakować spod ziemi lub z powietrza i jeżeli człowiek nie chce latać jak ten Pawlak i wrzeszczeć  "Precz z mojego nieba" to powinien wybudować  sobie nad działką wolierę i dodatkowo rozpiąć na niej moskitierę bo pozwać nie za bardzo ma kogo.  Ludziom wydaje  się że posiadanie kawałka ziemi wyłącza ów kawałek z środowiska. To głupota, nie da się tego inaczej nazwać. Posiadanie ziemi ma swoje ograniczenia, nie tylko prawne ale takie wynikające  z materii posiadania. Takie posiadanie kawałka  przestrzeni, mam tu na myśli działki pod zabudowę mieszkalną, to coś innego niż tylko posiadanie rzeczy, dlatego ustawodawcy w wielu państwach wprowadzają liczne ograniczenia związane z  posiadaniem takowych gruntów ( tak, tak, nawet w Hameryce są takowe ). U nas prawo regulujące kwestię związane z tego typu posiadaniem jest nieprecyzyjne i pomijające wiele istotnych kwestii ( choćby słynne  emisje o które toczy się tak wiele sąsiedzkich sporów ).

W skutek tego w społeczeństwie pokutuje  pogląd że ziemia jest moja i najmojejsza i jak  będę chciała lub chciał to schlos sobie wystawię, dżewa wytnę a żywinę wszelką wybiję do  nogi jak tylko wlezie mi w szkodę. Otóż  tak nie jest, nawet w Polszcze, kraju ustawodawczego bajzlu. A dlaczego o tej manii "posiadactwa" piszę? Nie, nie, to nie wpisik z  pozycji pańcio -  kocierzastej, na kotonach świat zwierząt się nie kończy - nawet jak wszystkie sąsiedzkie koty będą karnie w domu godzinki śpiewały to nikt nie zagwarantuje posiadaczowi oczka wodnego że jego rybkami nie poczęstuje się inna żywina. Ha, może nawet będzie to żywina chroniona ( już widzę  to odszkodowanie z Szyszkoministerstwa )! Nie można oczekiwać że pszczoły miodne znikną  bo część ludzkiej populacji jest uczulona na ich jad, że  ptaki nie będą śpiewać o świcie , że kleszcze zostaną weganami  a bakterie i wirusy przestaną się w nas  namnażać z jednej strony dając nam   możliwość  życia a z drugiej strony niosąc zagrożenie jego kresem. Jedyne  czego można oczekiwać to tego że ludzie choć trochę zmądrzeją i będą wiedzieli że powinni się zabezpieczać przed groźnymi dla nich stronami natury i że na ten przykład w mniejszym stopniu  pomoże uniknąć skutków użądlenia skasowanie ula u sąsiada niż dawka adrenaliny w lodówce, bo nikt nie wyczyści z pszczół miodnych całej  okolicy dla bezpieczeństwa osoby która  żąda aby  chronili ją inni bo sama nie potrafi się zabezpieczyć. Od dawien dawna ludzie hodowali pszczoły a problem zrobił się niedawno, znaczy ktoś i to nie pszczelarz nadużywa tu prawa do ochrony własności. O murarkach tu w ogóle nie wspominam bo większość naszego społeczeństwa nawet nie wie co to za zwierz ( na wszelki wypadek wrzask podnosi się na widok wszelkiego owadziego fruwactwa i żąda ubicia ) . Jakieś pół wieku temu problemem wydawała się  hodowla pszczół w terenie mocno zurbanizowanym ale powoli odchodzi się na świecie od modelu zakazu ( i  tak nikt pasiek wielkich w miastach nie zakłada ), bo jak się okazało  niespecjalnie przekładało to się na zmniejszenie zagrożeń.W powstałą niszę wleźli inni, nieraz tacy z groźniejszym jadem.



 Kleszcze to ta sama śpiewka - w centrum miasta na trawniczku sobie czyhają i czy w związku z tym należy w miastach zlikwidować trawniczki?  Borelia i inne świństwa straszna rzecz  ( ale, tralalala, sporo chorób odkleszczowych się  "nie przyjmuje" o ile organizm jest na tyle silny by je zwalczyć   ), czy w związku z tym społeczeństwo ma w ogóle zrezygnować z zieleni wokół domostw? Bo część populacji jest słaba ( często gęsto w skutek stylu życia ) i wymaga dla siebie ochrony. A co z  resztą ludzi? Może wywalić wszelką zieleń bo alergicy cierpią z powodu pyłków? Najlepiej zażądać  żeby sąsiad rośliny przestał uprawiać. Jeszcze czego! Jak się ma problem ze sobą to pretensje do Zwierzchności Najwyższej a nie do sąsiadów! Zagrożeń nie wyeliminuje żadne sądowe postanowienie tylko zdrowy rozsądek nakazujący zacząć proces zabezpieczania się przed onymi od samej czy samego siebie. Tak, tak, piszę to ja,  mająca dwie alergiczne siostry i dwie przyjaciółki z tą przypadłością  a i sama  siąpająca nosem i roniąca łzy w czas kwitnienia topoli i zdrowo bojąca się pszczół i os. W dodatku ofiara przestępczego wyżarcia rybek z oczka wodnego przez mojego kota  Wiktorka ( kto wie  czy niewspomaganego przez kocie sąsiedztwo czy też dzikawą żywinę ).

Jak twierdził Konfucjusz mamy w sobie potencjał zmiany samych siebie ale jak widać cóś uwielbiamy nie robić z niego użytku ( chyba przymusić ustawowo by trzeba dokształcania ustawicznego  jak już ta obecna fala fascynacji głupotą minie ). Usiłujemy za to zmieniać to co nas otacza, najczęściej z opłakanym dla nas skutkiem. Czasem wydaje mi się że  jakieś 75% ludzkiej głupoty wynika z inercji, lenistwa umysłu posuniętego do granic eliminacji gatunku.  Reszta to tzw. szalone pomysły, twórcze działania godne nagrody Darwina.   Ten pierwszy rodzaj głupoty wydaje mi się groźniejszy bo  jest powszechny, sama  u siebie zauważam niekiedy symptomy brzydko wyglądające, he, he, he. Eliminacja tzw. biernej  głupoty jest chyba jedyną szansą ludzkości na dłuższe trwanie, przy tak rozrośniętej populacji ( z głupoty )  pławienie się w takim stanie głupocizmu po prostu nam zagraża.  Nic nie jest tak groźne i zabójcze  dla naszego gatunku jak my sami. Żadnym pocieszaniem nie jest dla mnie fakt że idioci zejdą z tego świata pierwsi. Takie to mnie refleksyje naszły podczas słuchania samochodowego radiowej  historii napadu na oczko wodne.
Dzisiejszy wpis miały ilustrować fotki owadziego życia w Alcatrazie, niestety focenie ostatnio  odbywa się na chybcika. No cóż nigdy nie byłam dobrą focistką a cykanie pospieszne nie wpływa dodatnio na jakość fotek. Wyszły mi dwa średnie ( mniej niż  średnie ) zdjątka żywiny i szlus.  No to wkleiłam fotki na których jest podwórko z Alcatrazem - w końcu moje środowisko najbliższe, he, he.







2 komentarze:

  1. Nie mogę się napatrzeć na twój ogród :)

    Nie podejmę tematu bo... nawet dzisiaj mówiłam synowi, że są ludzie mądrzy i głupi, dobrzy i źli, prawi i bandziory i człowiek musi się odnaleźć pomiędzy nimi.
    Pozdrawiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się coraz ciężej wśród ludziów odnaleźć, wyraźnie się starzeję. Czasem zatyka mnie na info o czymś co inni uznają za "nie ma sprawy". Ech, nie to że świat idzie ku gorszemu ( niby zawsze szedł ;-) ), po prostu okulary które człowiek nosi jak jest młody mają różowe szkiełka tracące kolor z wiekiem.

      Usuń