Wpis Ani Bzikowej chodzi za mła od dłuższego czasu, mła się leniwie nad nim zastanawiała. Wydawało mła się, może nieco naiwnie, że mła by się na cóś takiego, co Bziczek wypraktykowała, mogła pisać, bo przeca mła generalnie to tak frontem do ludziów i różnych spraw ciekawa. Potem jednakże mła sobie przypomniała jak to ją "kręcą" różne zloty i zlociki, jak nie lubi zorganizowanych imprez, nawet jak wiążą się z wyjazdami w fajne miejsca. Mła tak bardzo szczerze spytała samą siebie czy miałaby ochotę pojechać na jakieś warsztaty, podczas których mogłaby poodkrywać z pomocą innych własne jestestwo? Hym... śladu nie zostało po tym optymistycznym "Myślę że bym się wpasiła", bo otóż bym się nie wpasiła, nawet jak warsztaty odbywałyby się na Karaibach. Nie wiem czy to skrajny indywidualizm ( mam nadzieję że nie, nie lubię myśleć o sobie jako istocie aspołecznej do bólu! ), czy ten sceptycyzm, który czasem zahacza o cynizm i który nie pozwala mła zawierzać w różne dobroci, czy też wewnętrzne przekonanie o braku potrzeby stosowania jakichś szczególnych działań naprawczych w młowym jestestwie. Mła nie zawsze żyje się najlepiej samej ze sobą, ale uważam ten stan za naturalny i w pewien sposób pożądany, szczerze pisząc nie rozumiem dlaczego miałabym to zmieniać. Nie wiem czy pamiętacie ale kiedyś napisałam o tym że moim zdaniem nadużywa się dziś terminu "depresja" i określa się nim różne egzystencjalne bóle, które nas gniotą. Szafuje się hojnie lekami, lecząc te wszystkie melancholie, które są niejako naturalnym objawem normalnego funkcjonowania. Mła nie twierdzi że depresja nie istnieje, mła twierdzi że nie każdy głęboki smutek jest depresją. A my boimy się głębokich smutków, cała nasza zachodnia kultura się ich boi, chcemy tylko fajnych, budujących nas pozytywnie doświadczeń. Jakby smutek nie mógł budować pozytywnie! Jak się mła nad tym głębiej zastanawia, to się jej ta cała pogoń za naprawą siebie wydawa w prawie każdym przypadku bezcelową. Nie można naprawić tego co nie jest zepsute, tylko jest jakie jest.
Mła to teraz pewnie wsadzi kij w mrowisko ale przeca szczerość to wartość sama w sobie - przepracowanie traum nie zmienia przeszłości, jedyne co zmienia to myślenie o niej. To obłaskawianie świata minionego. Mła rozumie i wie że potrzebne, są ludzie którzy mają taki PTSD, który uniemożliwia im funkcjonowanie. Jednakże większość ludzi nie cierpi na PTSD i mła zachodzi w głowę dlaczego tak wiele osób czuje potrzebę, jak najbardziej autentyczną, przepracowania traum, które nie były doświadczeniami granicznymi? Co skłania nas do szukania pomocy, w sytuacji kiedy nie mamy traumy wojny, wypadku, zbrodni? Dlaczego jesteśmy tak nieodporni na zwykłe życie? Nie wiem. Po prostu nie mam pojęcia dlaczego dochodzimy do wniosku że coś jest z nami nie tak, bo nas smutek gniecie i dlaczego nie uznajemy tego stanu za naturalny. Gabinety psychologów pełne, warsztaty, treningi świadomości pod okiem couchów od jestestwa mają się świetnie, tylko czy to wszystko naprawdę pomaga? Jakby pomagało to przeca gabinety powinny pustoszeć a te warsztaty zamierać a jednak tak się nie dzieje. To się rozwija i przypomina coraz bardziej normalny rynek usług. Kosmetyka dla duszy. Tylko prawda, smętna a jakże, jest taka że nie ma idealnej recepty na wszystkie bóle, nie ma recepty nawet na omijanie bólu i udawanie że on nie istnieje, tylko od nas zależy czy uśmierzymy to co nas boli, czy też będziemy sobie żyli bez uśmierzania. Czy naprawdę wszystkie nasze bóle wymagają zmiany myślenia o nich? Czy tak boimy się każdego smutku że wolimy żyć urojeniem, które pozwala ludziom z PTSD normalnie funkcjonować? Jak pisałam, rozumiem że są bóle z którymi normalnie żyć nie sposób, ale coś mła się zdawa że ofiary wojny na warsztatach o jestestwie nie spotkasz a i w gabinetach psychologów nie pojawiają się tak często jak powinny. Pełno za to w nich ludzi bojących się smutku, wręcz całkowicie wobec niego bezradnych. Usługi w pełnej gotowości czekają na klientów, tfu, pacjentów. To nie jest tak że to ludzie sami z siebie szukają ukojenia, że popyt wytwarza podaż, to cóś bardziej skomplikowanego, jakiś rodzaj sprzężenia zwrotnego, którego mła nie rozgryzła.Mła zauważyła że rynek literatury poradnikowej od jestestwa rozwija się prężnie, porady w kwestii zostania biznesmenem, szczęściarzem w związku, mistrzem Zen, znajdziecie w każdej księgarni. No i znów to natrętne pytanie, skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego mimo tego uzbrojenia w porady "Jak żyć", sens tego życia cóś coraz bardziej nam umyka? Mła cóś żmijka Socjologia użarła, bardzo niejasno mła podejrzewa że kryje się za tym konsumpcjonizm i stanozjednoczońskie remedia na to, że nie spełnia ten konsumpcjonizm naszych potrzeb, w świecie, w którym religijne doktryny nie stanowią już odpowiedzi. Mła na to myślenie naprowadziła pewna zmiana w konsumpcjonizmie, obecnie tryndne jest konsumowanie doświadczeń, gromadzenie rzeczy zeszło na drugi plan. To mła jakoś tak zagrało z tym leczeniem smutków, wszak konsumpcjonizm ma za zadanie uczynić nas szczęśliwymi tu i teraz. Smutki w konsumpcyjnym społeczeństwie się leczy albo przepracowuje, przy okazji na tym zarabiając. Takie są te moje socjo - podejrzenia. Kochane ludzie życie to nie bajka a na końcu się jeszcze umiera. Nieraz ciężko. Nie pomoże niepalenie tytoniu, niechlanie alkoholu i brak ćpania. Co najwyżej się w tej trumnie będzie lepiej prezentować z powodu braku ekscesów, czyli dość nudnego życia. Przepracowanie traum nie zmieni faktu że zaistniały. Sorry ale w tej sytuacji smutek to objaw jasnego osądu rzeczywistości. Po cholerę tłumić jasny osąd? Dlaczego nie mamy być z powodu ludzjiej kondycji zasmuceni? Mła nie rozumie, dlatego mła się nie nadawa na warsztaty i poszukiwanie siebie. Mła dość dobrze orientuje się gdzie jest, u progu starości, z przeszłością której nie sposób zmienić, tego nie dokona nawet demencja mła. Jest jak jest, trzeba wykorzystać te rzadkie chwile szczerości, które człowiek ma sam ze sobą i przestać się bać na zapas smutków i bólów. Taka już nasza natura że nas jestestwo boli i smuci. Naprawdę trzeba się bać stanu kiedy w ogóle nie boli i nic smuci, obawiam się że taki stan to tak bardziej pod psychiatrię podpada.
Wybrałam najbardziej nostalgiczne japońskie obrazki dla ozdóbstwa mojego wpisu pełnego dzikich podejrzeń i odpowiednio smętną muzyczkę - królowa nostalgii Kalina.



Kiedy studiowałam, miałam okazję poznać środowisko, powiedzmy, artystyczne. Tu w dobrym tonie było ponuractwo, obnoszenie się z bólem istnienia i pesymizm. Smutek uszlachetniał, wesołość była źle widziana. Po prostu przeciwny biegun tego pozbywania się smutku na siłę. Oczywiście ani jedno, ani drugie nie jest dobre. Jesteśmy ludźmi, mamy całą gamę uczuć i emocji, one wszystkie są do czegoś potrzebne. Jestem przeciwna zarówno cierpieniu w imię czegoś tam, jak i uszczęśliwianiu się na siłę. A takie różne warsztaty, hmmm... Nie lubię, kiedy ktoś chce zajrzeć w moja duszę, albo chce żebym ją obnażała, czy też analizowała na zawołanie. Bynajmniej nie dlatego, że ukrywam jakieś mniejsze i większe grzeszki. Ja i tak wciąż analizuję wszystko we własnej głowie i staram się zrozumieć, co i jak się dzieje. I uważam (być może nie mam racji), że nie trzeba mi pośredników i pomocników, żebym mogła zrozumieć samą siebie.
OdpowiedzUsuńMła to widzi wszystko co ją w życiu spotyka jako mieszankę szczęść i nieszczęść, niekiedy z tych szczęść wypływają nieszczęścia, zdarza się że nieszczęścia obracają się w coś, z czego mła jest przynajmniej zadowolniona. Mła nie lubi przemijania spraw przyjemnych, ale jest świadoma że one muszą minąć tak samo jak te nieprzyjemne. Taka kolej rzeczy. Czy mła to smuci? Tak, własne przemijanie, przemijanie osób mła bliskich, czy to ludzkich, czy zwierzęcych, mła smuci. Czy ten smutek nie pozwala mła żyć? Nie, jestem bardzo zajęta życiem a on sobie we mnie siedzi, jak w każdym. Czasem wyłazi i uznaję to za normę. Czy żałuję pewnych rzeczy które mła w życiu spotkały, wyborów itd.? Pewnie, każdy czegoś żałuje i wyobraża sobie co mógłby zmienić. Mła jednakże jest głęboko przekonana że wpływ jednostki na los własny ma pewne ograniczenia, "igraszka losu" i tym podobne sprawy. Zatem nie jestem przekonana czy zmieniając postrzeganie pewnych spraw, naprawdę jesteśmy w stanie zmienić rzeczywistość. Czy tzw. praca nad sobą ma sens. Choćbym się skichała nie zostanę primabaleriną Teatru Maryjskiego, mogę co najwyżej zostać primabaleronem tańczącym sambę no pé w domowym zaciszu.
UsuńMam wrażenie, nie wiem czy słuszne, że te wszystkie grupy i warsztaty oferują coś nierealnego - obietnicę że zmiana zależy od człowieka, wg. zasady nie zmienię świata, to zmienię postrzeganie. Tylko zza tej kurtyny zmienionego postrzegania, co i raz jak dupa z pokrzywy, wygląda rzeczywistość. No i siurprajz, frustracja się pojawia, bo to nie tak miało być.
Mła wie że są ludzie z nałogami, których grupa wspiera i to dla takich ludzi jest bardzo ważne. Mła żyje nałogowo ale to jest nałóg, którego nie zamierza leczyć, dlatego będzie się obywać bez grup wsparcia.
Zdarza mi się żałować pewnych rzeczy, owszem, ale w tym przypadku akurat zmieniłam podejście. Przecież wszystko, co przeżyłam, co zrobiłam, czego zaniechałam, sprawiło, że jestem taka, jaka jestem, a jestem z tego stanu zadowolona i taką siebie siebie lubię. To jak z tym machnięciem skrzydeł motyla, które gdzieś tam może wywołać burzę; coś bym zrobiła inaczej i byłabym innym człowiekiem ;)
UsuńDokładnie, żale że wcale to wnerw na teraźniejszość, bo wydawa się że inszy wybór w przeszłości przeniósłby nas na miejsce, gdzie trawa bardziej zielona. To że inna osobę by przeniósł, mało do kogo dociera.
UsuńRozległy temat poruszyłaś, i niejednoznaczny.
OdpowiedzUsuńSą ludzie, którym terapie pomagają odnaleźć siebie, cokolwiek by to znaczyło. Zmierzyć się z wydarzeniami z przeszłości, które wpływają na teraźniejsze życie w sposób destrukcyjny czy destabilizujący. I nie trzeba zaraz być zgwałconą, czy przeżyć wojnę, by mieć poważne problemy psychiczne. Różne są rodzaje wrażliwości, odporności psychicznej. Jednemu pobyt w obozie koncentracyjnym nie przeszkodzi w przyszłym życiu, a drugiemu jak zadra tkwią w duszy jakieś zdarzenia z dzieciństwa.
Oczywiście, zgadzam się, że nie powinno się leczyć smutku. Smutek jest jak radość, normalną emocją, i warto wszystkie emocje móc przeżywać.
Kiedy Latający poleciał, to słyszałam od co niektórych, a weź i zażyj jakieś lekarstwa, będzie lżej. Ale uważam, że żałoba to nie depresja, i trzeba to przejść na sucho.
Tyle mam do powiedzenia, niezbyt wiele jak widać. Ja chodziłam na terapię indywidualną w swym życiu parę razy, i zawsze mi to coś dało dobrego.
Jakkolwiek wiem, że grupowa, to nie mój klimat.
Pozdrawiam stąd, gdzie pogoda znowu niesianokosowa. A mieliśmy dziś zaczynać. I ch...
Czekamy dalej.
Napiszę coś, co może nie być mile przyjęte. Masz rację, są różne rodzaje wrażliwości. ale jeżeli ktoś nie radzi sobie z traumami, nazwijmy je przeciętnymi, to oznacza że jest nadwrażliwy. Nazwijmy rzecz po imieniu - problemem jest radzenie sobie z rzeczywistością i może ono wynikać albo ze stanu chorobowego - czyli depresja, choroba afektywna dwubiegunowa, co oczywiście wymaga leczenia, albo z mieszanki strachu i frustracji wynikającej z niespełnienia oczekiwań względem tego jak miałoby niby wyglądać życie. To o czym piszę może wydawać się bezwzględne, nieczułe i mało empatyczne - nie pomoże człowiekowi nikt, dopóki on sam sobie nie zechce pomóc. Powie to każdy dobry terapeuta. Są ludzie tak słabi że wymagają wsparcia, np. nałogowcy, ale i w tym przypadku grupa nic nie zrobi jeżeli nie ma chęci. Nikt za bardzo chętnie nie przytacza statystyk skuteczności np. grup AA - to jest od 22% do 37%: odsetek uczestników, którzy według różnych badań naukowych utrzymują pełną abstynencję przez dłuższy czas, czyli rok lub dłużej. Te dane jasno pokazują że nie da się zwalić wszystkiego na terapeutę, coucha czy grupę. A te terapie grupowe uchodzą za wysoko skuteczne. Mam wrażenie że obecnie powstały masowo usługi, które przekonują nas że dzięki nowym, cudownym metodom, załatwią za nas problem naszego stosunku do świata, który wyraźnie nas uwiera. To nie zadziała, bo zadziałać nie może. Zrobi więcej szkody niż pożytku, bo z tych cudowności korzystają osoby rzeczywiście cierpiące na depresje. Jeżeli chodzisz na terapię, bo tego potrzebujesz i to pomaga jest OK, problem jest wtedy kiedy nie pomaga a człowiek przestaje rozumieć co się z nim dzieje, staje się uzależnionym od samej terapii. To się nazywa hodowlą klienta, mła jest bardzo prostą kobietą i bardzo prosto to odbiera. Mamy epidemię nadwrażliwości, ludzie sobie nie radzą i szukają protez, w sytuacji kiedy większość ich nie potrzebuje.
UsuńAleż oczywiście, że początek, środek i koniec to samemu trzeba chcieć. Ja nie neguję.
UsuńAgniecha, po odejściu Jacka słyszałam: idź do psychologa, niech ci coś przepisze, a ja wolałam przeżyć żałobę w pełni i uporać się z nią nie tyle sama, co raczej samodzielnie.
UsuńJeżeli najwięcej w takiej terapii w której człowiek się wygrzebuje z różnych spraw przykrych, ma tu chęć człeka, to po co proteza? Poza tym mła tak sobie myśli że wszystko ma swój czas, różne sprawy dojrzewają w nas w różnym tempie. Szczerze pisząc nie wierzę w tzw. przepracowanie, co najwyżej wierzę w chęć człowieka do otrząśnięcia się z traum.
UsuńNinko żałoba to nie choroba. Mła rozumie że ludzie, których boli chcą sobie zmienić świadomość żeby odetchnąć od bólu, kiedyś pili, teraz biorą tabletki. Na dłuższą metę szkodzi takie przymulanie, po prostu żałobę trzeba przeżyć, to normalna część życia.
UsuńJakże często terapeuci sami potrzebują pomocy.Najlepsza terapia to patrzeć na tych ludzi,którzy MIMO WSZYSTKO dają sobie radę,radzić się tylko tych,którzy sobie radzą.Moim ulubionym powiedzeniem jest:największym wrogiem jesteś sam dla siebie.Sam się trujesz,gnębisz i dobijasz...A to nieustanne grzebanie w przeszłości...to tak jakby komputer każdego dnia mielił dane sprzed lat.Ewa.
OdpowiedzUsuńTo fakt, niektórzy z guru uciekają przed własnymi problemami w pouczanie innych jak dobrze żyć. Znałam osobiście taką osobę, o drugiej nasłuchałam się od Mamelona, która nie mogła pojąć jak uznany psycholog starannie spieprzył wszystkie swoje związki, łącznie ze związkiem z dziećmi. Przerabianie traum z przeszłości tej przeszłości nie zmieni. Człowiek wyciąga ze swoich przeżyć wnioski i na tym finito, bo to jałowe na dłuższą metę. Co do tych co sobie radzą - dla mła było zaskakujące że tylko 20% do 25% pacjentów objętych opieką paliatywną i hospicyjną korzysta ze wsparcia psychologa, że będą korzystać deklaruje około 60%, ale potem mają ważniejsze sprawy na głowie. Jeszcze bardziej zaskoczyło mła to że to rodziny a nie sami chorzy, czyli ludzie w doświadczeniu granicznym, ciężkiej traumie, częściej korzystają z pomocy psychologa. W życiu bym się nie spodziewała że ludzie będą bardziej w stanie znieść perspektywę własnej śmierć, niż żałoby. Prawdziwa zaskoczka to była dla mła, dało mła to mocno do myślenia.
UsuńPodzielam Twoje zdanie Tabo, jak i rownież nie widze siebie u terapeuty.
OdpowiedzUsuńDorko obawiam się że wizyta u terapeuty w przypadku mła skończyłaby się przesłuchem terapeuty na temat jej czy jego życiowych wyborów. Mła bardzo lubi opowiadać o sobie, ale słuchać o innych lubi jeszcze bardziej. ;-D
Usuń😆😆😆😆😆
UsuńChyba moja przyjaciolka jest wlasnie taka osoba - uzalezniona od terapii. Nie jest w depresji, nie ma problemow finansowych, ma dorosle dzieci, swietne warunki, nie musi pracowac, bo zyje z odziedziczonego majatku, jedyna jej bolaczka jest chyba nadmiar czasu i brak faceta... I tak to miota sie od lat, od terapii do terapii, ustawien takich i innych , przerabia traumy dziecinstwa swoje i dzieci ( ktore ulozyly sobie zycie), szuka " swiatla" i rozswietlen , od jednego guru do drugiego , zalicza sesje wikendowo- wyjazdowe i tak to trwa od lat...I ciagle dostaje nowe filmiki jak to pozbyc sie traum czy rozswietlic od srodka , bo stres nas zabija...Nie dac sie zyc calkiem bez stresu, to oczywiste, ale dla mnie jest to normalne zjawisko, ktore zdarza sie od czasu do czasu i naprawde nie potrzebuje do tego celu seansow grupowych i wywlekania rzekomych obrazow z mojego poprzedniego wcielenia ...w ktorym bylam chlopcem :) No nie. Kitty
OdpowiedzUsuńTo jest czysta rozrywka, po prostu Twoja przyjaciółka lubi być poddawana terapii, taka wersja kosmetyczki albo fryzjera. Odstresuje się, rozświetli, pogada o tym jakie to okropne albo wspaniałe dzieciństwo miała, pobędzie trochę z ludźmi. Takie pop - terapie służą do poprawiania sobie samopoczucia poprzez wydawanie pieniędzy. Nowsza wersja zakupów dla poprawienia nastroju, zamiast rzeczy, kupujesz "doświadczenie". Ma to za zadanie zaraz i natychmiast uczynić człowieka spełnionym, szczęśliwszym, zdrowszym, najlepszą jego wersją. Znaczy czysta konsumpcja, doraźne szczęście. Może przerodzić się w uzależnienie, ale nie musi. Stres jest konieczny do istnienia, nadmierny stres jest problemem. Podczas stresu ludzie całkiem nieźle funkcjonują, przy nadmiernym stresie chorują.
UsuńDziewczyny naprawdę uważacie, że dom, pieniądze, dorosłe dzieci, ciuchy, kosmetyki, samochody, podróże i co tam jeszcze są gwarantem szczęścia w życiu? Napiszcie jeszcze : w dupie jej się poprzewracało i będzie komplet.
UsuńA tego czy ktoś jest w depresji czy nie, nie da się ocenić na oko, w żaden sposób. Żaden powtarzam. Byłam w depresji 10 lat, z czego 10 lat nawet ja o tym nie wiedziałam. I nikt wokół mnie, bo świetnie udawałam i się ukrywałam. Omal od tego nie umarłam, ale do końca na scenie...
Nie wiemy, co kto ma w duszy...
Taba, trafilas w sedno! Te terapie to jest nowsza wersja zakupow dla zamoznej, ale nie mogacej sobie znalezc celu i ciagle szukajacej nowych podniet kobiety niespelnionej. I fakt, ze to czyni ja spelniona, szczesliwsza, zdrowsza , tyle, ze na dosc krotko. Po zakonczeniu jednej sesji, juz szuka nastepnych eventow :)) Ale w sumie, to niewiele sie roznimy. Mnie uszczesliwia jak wpadne do TK Maxxa i kupie sobie nowy ciuch albo insza cudownosc, i daje mi to radosc na krotka mete, upuszcza troche stresu z poprzedniego tygodnia, ale tez daje sily na dalsze uzeranie sie z calym nadchodzacym nastepnym tygodniem. W sumie wychodzi na to, ze tez jestem uzalezniona :)) Kitty
UsuńAniu, wiem na sto procent, ze moja przyjaciolka nie jest w depresji. Rozmawiamy czesto, doglebnie, wywlekamy rozne rzeczy na swiatlo dzienne... Ona miewa " doly" i doliny , ale czesto jest wlasnie w okresie, kiedys nic sie nie dzieje.. Kiedy nie ma w planie podrozy, surfowania, jazdy na nartach , czy sesji lub warsztatow. Juz dawno stwierdzilam, ze jestesmy kompletnie rozne : ja uwielbiam przebywac w moim domu, rowniez sama, przebywanie samej ze soba to dla mnie normalnosc, jestem jedynaczka, a pozniej wiele lat bylam samotna zona. Lubie towarzystwo , ale na krotka mete, na dluzsza mnie ono meczy i chce wracac do domu, ktory jest moja oaza. Ona dokladnie na odwrot : tez jest jedynaczka, ale nie potrafi, nie chce przebywac sama za dlugo w domu i w jednym miejscu. Powiedziala mi, ze jej do zycia potrzebni sa inni ludzie. I ma dziesiatki kolezanek , i stad te spotkania, sesje grupowe, wyjazdy grupowe w stadzie na narty , na surfing , na warsztaty itp.... I terapie ! Terapie tez daja jej szczescie. Taka miedzy nami roznica, i naprawde nie ma potrzeby doszukiwac sie glebi glebinowej...Obie jestesmy rozne , i rozne rzeczy nas ciesza. Kitty
UsuńNie wiem czy ma zwykle zaburzenia nastroju, czy po prostu lubi żeby się nią zajmowano, wątpię żeby miała prawdziwą depresję czy chorobę afektywną dwubiegunową. Niestety mam w rodzinie taki przypadek dwubiegunówki i na dłuższą metę otoczenia się nie oszuka. Jeżeli się mówi że jest wysoko funkcjonujący alkoholik, to opisujemy stadium choroby, wysoko funkcjonująca depresja nie istnieje, może być to co najwyżej osoba funkcjonująca w spektrum zaburzeń nastroju. W chorobie afektywnej dwubiegunowej jest nieco inaczej, niestety wiem z doświadczenia. Jak się ma wolny zawód można funkcjonować, choć bliskie otoczenie szybko się orientuje że jest nie halo. Oczywiście zagnanie osoby rzeczywiście chorej po pomoc, jakąkolwiek, to droga przez mękę. Powieszą się, a po pomoc się nie zwrócą. Strach u ludzi, którzy mają rzeczywiste problemy z psychiką, przed ich potwierdzeniem, jest bardzo silny. Bardzo spokojnie za to przyjmują np. diagnozę o uzależnieniu, czyni ich to "normalsem". Dlatego mła jest tak sceptyczna wobec tej fali "depresji", która nas zalewa. I zdegustowana rynkiem usług dusznych, który ma udział we wmawianiu ludziom że frustracja = depresja.
UsuńPrzemyślawszy temat, przeczytawszy 2 razy co napisałaś, zrozumiałam tyle, że bardzo zawęziłaś temat Taba. Mam syna socjologa i rozmawiając z nim zawsze mam wrażenie, że rozmawiamy tylko o kawałeczku, o jakiejś jednej tylko warstwie skomplikowanej struktury ludzkości. Ja liznęłam trochę biologi, medycyny, psychologii, neuronauki, a nawet ciut fizyki kwantowej i zdecydowanie wyszło mi wszystko poza socjologię daleko bardzo. Człowiek, to złożony mechanizm.
OdpowiedzUsuńKiedy na ognisku z przyjaciółmi, powiedziałam, że odkryłam jak mocno we mnie siedzi mechanizm samodeprecjowania się, jak potrafię zmniejszyć sama siebie, mój znajomy zaczął panicznie wręcz mi mówić, że nie powinnam słuchać jak mi ktoś mówi takie rzeczy, bo Rosa to może jakaś sekciara, może ja nawet nie wiem, a jestem w łapach sekty i mną sterują. Kiedy próbowałam mu wyjaśnić, nagle zerwał się i poszedł przed siebie. Po kilku krokach zatrzymał się, wrócił na krzesło i mówi: nie, bo będzie wyglądało, że uciekam...
Roześmiałam się, tematu nie ciągnęłam, bo wiem, że trafiłam w bolące, schowane i półświadome. Ma podobnie, w środku siedzi krytyk. Panicznie uciekał.
Nic nie mam do smutku, wręcz poszukiwałam kontaktu z nim, bo bałam się go czuć. Tak jak piszesz, wszyscy boimy się smutku. Są stany, taki jak żałoby, gdy smutek jest potrzebny. Smutek jest kojący, ale chyba przychodzi dopiero po zawierusze innych, bardziej bolesnych, raniących emocji i uczuć. Trzeba przejść całą drogę, by dotrzeć do smutku, tego prawdziwego. I tu robi się problem.
Bo smutek może być fejkowym opatrunkiem na zainfekowanej ranie, zainfekowanej: niechęcią, pogardą, nudą, wstydem, rozpaczą, rezygnacją, rozczarowaniem, złością, bólem, tęsknotą, gniewem, wściekłością, osamotnieniem, przerażeniem, żalem, strachem. przygnębieniem. Mogę dalej, tylko po co? Ludzie robią różne rzeczy, by tego nie dotknąć nawet. Mechanizmy obronne stosują różnorakie, ale najczęściej wolą żyć życiem innych niż swoim. I nazywają to życiem swoim.
Nic tu według mnie konsumpcjonizm nie ma do rzeczy, bo on tylko objawem jest, tak jak alkohol, papierosy, porno, zakupy, sport, podróże itd.
Nie będę elaboratu pisać, ale zdecydowanie uważam, że temat potraktowałaś pobieżnie.
I powiem ci to, co polonistka powiedziała Bzikowemu w liceum: silniejszy jestem, cięższą podajcie mi zbroję :DDD
Pytanie podstawowe - czy płacisz? Jeżeli płacisz, to mówimy o rynku usług Bziczku, nie chce być inaczej. Płacenie za usługę tworzy rynek, na tym rynku są uczciwi specjaliści, jak i zwykli hochsztaplerzy. To normalne. Nie możesz oderwać usług terapii psychologicznej od chamskiej ekonomii. Mła zauważyła że na tym rynku istnieje mnóstwo pop - terapii, wiem że jesteś na tyle obiektywna ze przyznasz mi w tym rację. Zwróć uwagę że nie kwestionuję potrzeby leczenia depresji, nałogów i bólów dusznych, kwestionuję wolną amerykankę na tym rynku, ponieważ uważam że o ile nie wyrządzi krzywdy osobom takim jak przyjacióła Kitty, która bawi się w bycie terapeutyzowaną, o tyle może wyrządzić krzywdę ludziom, którzy rzeczywiście zmagają się z problemami a sporej grupie ludzi może wmówić że te problemy mają. Jak wiesz, mła jest zafiksowana na punkcie historii i z tej historii usiłuje wyciągać wnioski. Wszelkie diagnozy schorzeń psychicznych i lęków dusznych, które nie opierają się na przyczynie czysto biologicznej, jakiejś patologii, są hym... dość umowne. Pod koniec XIX wieku psychiatrzy wymyślili jednostkę chorobową pod tytułem histeria. To był konstrukt kulturowy, w żaden sposób nie poparty empirią. Leczenie prototypami wibratorów, czy też prostym dildo, dziś budzi co najwyżej zdumienie czy rechot. A teraz pytanie - jaka jest biologiczna przyczyna depresji? No i zonk, bo już wiemy że nie problemy z serotoniną, tylko sprawa jest o wiele bardziej złożona. Najnowsze badania mówią o stałej ekspozycji na światło itd. Jednakże zaczęły się pojawiać głosy że depresja to w zasadzie zespół zaburzeń, z których większa część jest efektem... tadam, tadam... konstruktu kulturowego. Dlatego depresję leczy się tak ciężko i tak mało efektywnie. Mła by się nie posuwała aż tak daleko, uważam że istnieje smutek patologiczny, ale też uważam że nazywanie depresją zaburzeń nastroju to przesada i to mocna. Zgłębianie siebie ma sens o ile pomaga, jeżeli pomaga tak że ciągle się szuka, to słabo pomaga - to jest dość logiczne. Mła nie krytykuje tego że akurat znalazłaś Rosę, mła się tylko zastanawia leniwie dlaczego jej szukałaś. Sama pisałaś Bziczku że były wędrówki po różnych takich od ugnieceń duszy. Pomagali hym... w ograniczonym zakresie, ja w tym widzę pewne problemy, Ty patrzysz przez pryzmat możliwości. Wiesz że mła jest bardzo prosta, bardzo podejrzliwa i zawsze węszy smród, ponieważ jest na tyle stara i doświadczona że wie że tam gdzie pieniądz, tam i przekręty. Uważam że rynek porad dusznych jest ich pełny i trzeba bardzo uważać. Myślę też że sztucznie wywołuje się istnienie pewnych schorzeń, po to by sprzedawać na nie leki, vide Prozac. Wielki rynek i wielki konsumpcjonizm.
UsuńNa obecnym etapie uważam, że 99% schorzeń jest indukowanych przez naszą własną świadomość. Nie radzimy sobie z emocjami, uczuciami, nasza elektryczność, hormony w naszym ciele, biochemia i inne, starają się dopasować ciało do naszej energii i wychodzi jak wychodzi. Nie chodzi o to, by obwiniać siebie, a o to by zrozumieć jak działam. I spróbować lżej sobie zrobić. Zdrowiej.
UsuńAle, że obecnie medycyna holistyczna nie istnieje, to BigFarma zarabia. I co zrobisz?
Ja wyrosłam w rodzinie z alkoholem, przemocą i strachem. Byłam wrażliwym dzieckiem, bardzo. Adoptowałam się jak mogłam, wtedy pomagało, w dorosłym życiu te adaptacje unieszczęśliwiały mnie. Odbierały mi spokój, przeciążały i konfliktowały mnie z otoczeniem. Chciały pomóc, ale to już nie był ten etap. Byłam dorosła a nie umiałam być. Co doprowadziło do depresji. Też nie chciałam z nikim gadać, brałam leki 4 lata, aż nabrałam odwagi i poszłam na terapię.I poleciało :)
I na początku też myślałam, że się naprawię, bo przekaz z domu był, że do niczego się nie nadaję. Aż w procesie okazało się, że nigdy nie byłam zepsuta, tylko muszę nauczyć się trochę, wymienić trochę mechanizmów, pobyć z ludźmi inaczej i poćwiczyć. Co zaś najważniejsze, trochę przekonań na temat świata zmienić. Sprawdzić, czy aby to jest to, co ja naprawdę uważam. I tu dochodzimy do konstruktu kulturowego, któryż zrył mi berecik :) Ot taki etos matki polki, czy, że muszę być produktywna, starać się być potrzebną itd. Golić nóżki na przykład też. Ale to nie jest zerojedynkowe Taba, powodów depresji jest tyle ilu ludzi. Na nią nie ma pigułki, znaczy są, ale one tylko wyciszają objawy, nie leczą. To trochę pomaga się uspokoić i rozejrzeć w opcjach jakie się ma. A się ma całkiem sporo.
Z tym rynkiem pop-terapii to oczywiście masz rację, dużo tego. Niektóre są nawet fajne, pobędziesz z ludźmi, pogadasz, odpoczniesz. Niektóre są durnowate, według mnie, ale ludzie się na to łapią. I może o to chodzi nawet, o to by sami popełnili błąd i się coś nauczyli? Bo ja tak miałam ;)
Wiesz, ta głupia ustawa lex-szarlatan też niby ma nas chronić, według niektórych. I szczypawki też miały nas chronić, niektórzy w to wierzą święcie.
Rosy nie szukałam, sama się znalazła w czasie kiedy naprawdę potrzebowałam wsparcia. I je dostałam, choć inne niż mi się zdawało, że chcę :)
Dostałam to czego potrzebowałam, a nie to, czego chciałam. I to była naprawdę boska interwencja. Bo i takie bywają :)
A! I tak:) Płacę oczywiście. Za terapie nie płaciłam. Pojedyńcza i grupowa były na NFZ. Ale to ja wybieram na co wydaję pieniążki i to moja odpowiedzialność gdzie z nimi lezę. Jak coś nie wyjdzie, nie czepiam się nikogo. Dorosłam.
UsuńCześć Aniu.
UsuńMnie terapie pomogły. Bez nich nie byłabym dzisiejszą sobą, i wiem, że bez pomocy moich terapeutów nie odkryłabym pokładów negatywnych zastarzałych emocji, niepotrzebnych już mechanizmów reagowania na sytuacje, nie miałabym narzędzi do zmiany. Trafiłam na mądrych, empatycznych specjalistów, i jestem im głęboko wdzięczna.
Ja nigdy nie miałam depresji, ale te duszne bóle, ten wewnętrzny rozdźwięk, śmierć, a może letarg duszy w środku człowieka, to mnie uwierało jakoś, niezbyt świadomie... Ale na tyle, że jak już się nie dało ze sobą wytrzymać, to szukałam kogoś, i zazwyczaj znajdowała się właściwa osoba. Co jest cudem samym w sobie, lub bardzo przyjemnym zbiegiem okoliczności.
A kwestia kasy, Tabo... Trudno wymagać, żeby ci ludzie pracowali za darmo.
Z moim ostatnim terapeutą rozmawialiśmy na temat nieadekwatności wynagrodzenia do efektów terapeutycznych, było to gdy on podwyższył swą stawkę o 20 zł. I ja mu mówię o tej względności, a on na to, to dobra, wobec tego będę brał dwa tysie za godzinę, może być, pani Agnieszko? I oboje wybuchnęliśmy homeryckim śmiechem...
Nikt nie pracuje za darmo. Specjaliści na NFZ też nie są za darmo, bo opłacani są z podatków. Odnoszę wrażenie że uplingło Wam się dziefczynki że mła jest przeciwna terapiom spraw dusznych. Mła jest przeciwna nadużywaniu tychże terapii, które obecnie ma miejsce, co wyraźnie widać, słychać i czuć. Uważam że sytuacja w której "na żałobę" daje się receptę na dawki miesięczne, przepisane przez psychiatrę podczas pierwszej u niego wizyty, jest mocno nie halo. Psychotrop z tych cięższych. Zrobił to lekarz w prywatnym gabinecie, ciekawe czy w przychodni przyszpitalnej robiącej dla NFZu tę receptę by wystawił, ale to inna bajka. Osoba, której lek przepisano zeżarła raz i reakcja była taka że never, mła jednakże zastanowiło co z tymi, którzy skorzystają z protezy. Ten konkretny lek można najdłużej brać ok. trzech miesięcy, potem może być problem z uzależnieniem, dlatego jest prawny nakaz sprawdzania recept. Nie będę tu pisała jak go się obchodzi, ale wiem z tzw. pierwszej ręki że obchodzi się go dość łatwo. Leki przepisuje specjalista, osoba kontrolowana. Wiecie że uzależnieni od psychotropów to w Polsce najszybciej przyrastająca grupa uzależnionych? Oczywiście najbardziej rośnie w grupie wiekowej 25–29 lat, ludzie nadużywają leków bo walczą "ze stresem i stanami lękowymi". Ktoś im te leki przepisuje. Mła oczywiście podejrzewa że znakomita większość z tych osób zwyczajnie ćpie dla przyjemności. Dzieje się to w sytuacji kontroli państwa nad lekami. A teraz przejdźmy na rynek terapii, Wam dziefczynki terapie pomogły, Agniecha trafiła na specjalistów, Bziczek długo szukała aż znalazła. Podałam jaka jest skuteczność terapii AA, a teraz... tadam, tadam... skuteczność terapii uzależnień w ogóle - od 20% do 60%. Już taki rozrzut procentów jasno pokazuje że to jest tak płynne, że można śmiało mówić o laniu wody. Dlatego bardziej wiarygodne są dane AA, znaczy terapie przynoszą pozytywny skutek u około 1/5 - 1/4 pacjentów. Sorry, to jest na poziomie wyleczalności niektórych ciężkich schorzeń onkologicznych. Tymczasem uleczalność "depresji" za pomocą psychoterapii to 75% do 80%. Czy nic Wam tu dziefczynki nie zgrzyta? A teraz dodajcie sobie do tego wszystkiego rynek pop - terapii. Teraz o psychoterapii, tak naprawdę każda z Was musiała się po prostu bardzo szczerze wygadać, przed kimś kto potraktuje Was z empatią, a jednocześnie na tyle bezosobowo że nie czułyście się skrępowane bliskością. Udało Wam się trafić na osoby sensowne, które z tych rozmów wyciągnęły trafne wnioski, albo wnioski które wydały Wam się trafne, bo tu trafiamy na mielizny psychologii, zaproponowały rozwiązania i git. Poczułyście się z tym lepiej i jest w porządku. Nazwijmy rzecz po imieniu - ani to depresja, ani inny rodzaj schorzenia, po prostu zwyczajny dyskomfort życia. A teraz zastanówcie się ile osób korzystałoby z tego wszystkiego co oferuje segment usług skupionych wokół zdrowia psychicznego, gdyby nie trzeba było "leczyć depresji" tylko dyskomfort życia. Najpierw stygmatyzowaliśmy choroby psychiczne, obecnie popadamy w drugą skrajność - choroby psychiczne występują u każdego. Sorry ale to jest właśnie chore, większość osób nie wymaga leczenia, wizyt u psychoterapeutów, nie wspominając już o przytulaniu do drzew w celu pobierania ich życiowej energii albo jedzenia rzeczy w białym kolorze. Wmawianie chorób jest równie szkodliwe jak ich niedostrzeganie. Jeżeli z powodu własnych doświadczeń uważacie że rynek usług dla zdrowia psychicznego jest OK. to ja się z tym głęboko nie zgadzam. Uważam że jest kiepski tam gdzie państwo go kontroluje, a tam gdzie nie kontroluje to już jest odlot.
UsuńNo i bardzo brawo Tabo i amęt, tak właśnie myślę jako i Ty a nawet bardziej albowiem poza modą nakręcaną przez chęć zysku zauważyłam także niepiękne cechy osobowe terapeutów a jakże, wykształconych psychologów. Są to i własne lęki i ucieczki ale i chęć poczucia władzy nad drugim człowiekiem („ na flecie grać nie umiesz a chciałbyś grać na duszy ludzkiej”…… ) , kierowania nim lub/i poczucia się lepszym , silniejszym, mądrzejszym. W wersji łagodnej poczucia (miłego) że jest się lepszym i dzięki temu pomocnym. Ach, te meandry ludzkiej psychiki…..
UsuńPodkreślam, że w całości zgadzam się z Tobą i też tak to dostrzegam.
Poza tym - jak Helenka ?
Ściski dla Cię, głaski dla żywiny 😘
Rabarbara
To jest teraz wpis do Ciebie Bziczku. Jak pamiętasz mła była cala w duchu "czemu nie" po przeczytaniu Twojego wpisu, ale coś mła cały czas gniotło i ciągle wracałam myślami o co kaman, co niepokoiło, bo mła jest prosta w obsłudze a jak ją coś gniecie i w tej prostocie przeszkadza, to wzorem przodków z jaskiń mła węszy niebezpieczeństwo. Zidentyfikowałam je dość szybko i wiem dlaczego budzi ono mój niepokój. Napisałaś o wierze a wiara to dla mła zbyt dużo. Mła, mimo tego że jest kulturową chrześcijanką, została w dużej mierze pozbawiona łaski wiary, bardzo niewielu osobom wierzę, sobie samej rzadko zawierzam, instytucjom nie wierzę w ogóle. Mła rozwinęła w sobie daleko idący sceptycyzm, dlatego zawierzenie zawsze wydaje się jej niebezpieczne. Wiem że jesteś osobą bardzo wrażliwą i że Twoje dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych, jednakże nie jest to przyczyną choroby. Twoje kłopoty ze sobą, to jak sama piszesz frustracja narzuconym wzorcem i poczucie niskiej wartości. Kupa ludzi to ma, to co Cię od nich różni, to fakt szukania pomocy, by siebie poukładać, bo z powodu Twojej wrażliwości żyło się Tobie ciężko. Jeżeli ktoś Tobie wmówił że to choroba, to nogi mu z dupy wyrwać! Wrażliwość nie jest stanem chorobowym, ale zrobienie z niej nadwrażliwości nie pomaga. Historia Twoich poszukiwań w kwestii spraw dusznych, skłania mła do twierdzenia że sposoby radzenia sobie z problemami, były dla Ciebie mało satysfakcjonujące, dlatego trafiłaś na Rose. Pomogło i git. Jedyne co mła w tej kwestii niepokoi, to właśnie owo zawierzenie. To dlatego że każda wiara prędzej czy później wystawiana jest na próbę. Myślę tak sobie że i bez tej wiary znalazłabyś sposób na uporządkowanie siebie, bowiem jesteś zdeterminowana by pokonać to, co Cię gniecie. Sytuacja w której wiara jest protezą dla życia jest zawsze potencjalnie niebezpieczna. Dlatego mam duży kłopot z większością wiernych wielu wyznań, widzę zbyt wiele mielizn. ;-D Nie chciałabym żebyś wymagała protezowania, bo uważam że wcale nie musisz. Jesteś po prostu tylko wrażliwa, co akurat czyni Twój świat i Twoje jestestwo lepszym, przynajmniej w mojej ocenie. No i to by było na tyle.
UsuńTaba, jakies 10-8 lat temu ( przed C)!zaczely sie pojawiac artykuly o tym, jak to teraz choroby psychiczne ( mental health ) beda traktowane priorytetowo ( w Stanach oczywiscie sie zaczelo), jak to trzeba byc bardzo na nie nastawionym, szczegolnie u mlodych ludzi, jak to oni popadaja w " depresje" i jakie leki trzeba przepisywac... To byly wytyczne dla lekarzy ale tez szkol, firm, mediow itp. Temat mental health jest tluczony wszedzie, korporacje robia nam tez szkolenia na ten temat. Wg ich kryteriow kazdy z nas ma cos... w glowie , albo " z glowka". No wiadomo ze tak, ilu ludzi tyle roznych psyche - ale teraz to juz nie smutek, zlosc, frustracja czy zniechecenie. Teraz u mlodziezy nalezy doszukac sie depresji i stanow lekowych, na ktore przepisuje sie " odpowiednie" leki. Nikt nie mowi, ze po tych lekach wzrasta liczba samobojstw... W Stanach juz chyba ponad milion dzieci ( dzieci!) przyjmuje Ritalin... skutki uboczne? Jakos malo sie o tym mowi. Te same wytyczne poszly na Wielka Brytanie i oczywiscie na Europe. To jest cala korporacyjna machina sterowana oddolnie przez Big farme, ktora otworzyla sobie nastepne wielkie sciezki zarobku, a przy tym generowania niezliczonej ilosci nowych pacjentow , bo dzieci i mlodziez uszkodzone niepotrzebymi lekami rosna w rzesze nastepnych uszkodzonych ludzi... I kolko sie zamyka. Jestem jak najbardziej za terapia i wsparciem psychicznym , udzielanym przez specjalistow, i jak najbardziej przeciw psychotropom i sztucznemu generowaniu " ludzi chorych psychicznie". Kitty
UsuńRabarbaro Helenka po zabiegu, żre i ma mła w tyłku poza porami jedzenia. Razem z Mrutkiem i Okularią adorują nowy samóchod somsiada. Sztaflik nie uczestniczy ponieważ uprawia siedzenie wyczynowe przy zupkach Helenki, które ta ma jeśc jeszcze parę dni po zabiegu. Sztaflik stoi na stanowisku że jej się też należą, bo jest najstarszym kotem w rodzinie. No jest to argument.
UsuńNie myśl Rabarbaro że mła nie widzi problemu uzależnień od terapeuty, bliska mła osoba przerwała terapię, bo terapeutka wyjechała na zagraniczny staż. Skończyło się oddziałem zamkniętym. Tu są takie mielizny, o których ludzie nie myślą. Bardzo mła niepokoi poziom zawierzeń, ludzie z księży przerzucają się na psychoterapeutów, mechanizm zawierzenia jest mniej więcej taki sam. O problemach terapeutów można tomy pisać, mła dotkliwie uwiera pamięć casus niejakiego Andrzeja Samsona, który zajmował się terapią rodzin i dzieci. Facet był jednym z pionierów psychoterapii, po czym się okazało że wykorzystywał sesje i uzależnienie terapeutyczne swoich małoletnich pacjentów do, jak to się mówi - "doprowadzenia do innych czynności seksualnych". Facet miał ewidentnie ciężki problem ze sobą, wykorzystał zaufanie ciężko skrzywdził pacjentów. Bezkrytyczne zawierzanie człowiekowi jest niebezpieczne. Amęt.
Tak tylko z wrodzonej skłonności do gadulstwa dodam - zawierzenie , że ktoś wie lepiej co , jak i dlaczego naprawdę czujemy/myślimy i ów ktoś wie lepiej co , jak i dlaczego naprawdę mamy czuć/myśleć jest zwyczajnie groźne. Też amęt.
UsuńRabarbara
Kitty oczywiście że Komercha pod rękę idzie z Konsumpcją, ryneczek na leki i usługi kwitnie i masz rację - cały układ mendialno - przemysłowy to wspiera. Robi się zdaniem mła sztuczny popyt, wmawia się ludziom że cierpią na "depresję" a nie że mają problemy ze światem, nie zawsze ze swojej winy. Jako stara foliara mogę stwierdzić że zawsze jest łatwiej zwalić winę na człowieka niż na system. No i oczywiście że to przylazło z Hameryki, o której w Polszcze mówiono - "Ameryka to dla byka". W tym kraju system jest tak paskudny ze mnóstwo ludzi się z niego usiłuje wylogować za pomocą prochów, alkoholu i broni. Kiedy ilość wylogowujących się zrobiła się tak duża, że nie sposób było tego ignorować, uznano za celowe przedstawić to jako błędy jednostki a nie systemu. No i jeszcze na tym zarobić. Patologiczna potrzeba zysku na jakiej oparty jest system w USA, rodzi insze patologie. Depresją stało się wszystko, rożne życiowe strachy , które w kraju, w którym prawa pracownicze są... hym... tego... jakby ćwierć istniejące nie dziwi. To stamtąd przylazły couchingi i psychoterapia będąca lekiem na wszystko. Ten Prozac łykany swego czasu jak landrynki i inne radości farmaceutyki tyż. Ciekawe jak te terapie pomagają na ceny domów z patyków i karton - gipsu, których trwałość obliczona jest obecnie na około 40 lat, oscylujące w okolicach pół bańki dolców, albo na kredyty studenckie powyżej 100 tysiączków. No albo na to 10 dni urlaubu w roku, które przeciętny Amerykanin dostaje od swojego pracodawcy. Na strach przed chorobą, która może skończyć się bankructwem. Mój stryj z Hameryki ziemię gryzie, bo mimo dobrego ubezpieczenia nagle się okazało że jest za stary na procedury. To wszystko zwalcza się tabletkami na poprawienie nastroju i psychoterapią. Taa...
UsuńRabarbaro wiesz co wypluła Sztuczna Kretynka, kiedy mła ją zapytała o to, od kiedy żaloba staje się patologią? 6 - 12 miesięcy może trwać żałoba, potem to już czysta patologia. Mama mła umarła nagle i w dość młodym wieku, dochodziłam do się trzy lata, w ciągu których zapieprzałam jak dziki osioł żeby nie myśleć. Czy ten okres można było skrócić? Moim zdaniem nie, można było co najwyżej wyłączyć myślenie farmaceutykami. Żałoba trwałaby tyle ile trwała. Każdy z nas inaczej trawi traumy, uśrednianie czasu trwania tego procesu jest po prostu głupie i służy jedynie ustalaniu kretyńskich ram dla lekarzy i psychoterapeutów, bo przezywanie żałoby ma różny czas u człowieka, jak i różny czas trwania w różnych kulturach - ta obecność na zajęciach z antropologii kulturowej nie poszła na marne - więc mamy tu do czynienia zarówno z jakąś mityczną średnią zdrowia psychicznego, jak też z czystym kontekstem kulturowym. Ciekawe co z ludźmi, którzy nie przeżywają głęboko żałoby, którzy mają mechanizm obronny i już? Czy oni dla psychiatrów też są patologią? Jeszcze raz wrócę do tego co napisałam - jeżeli nie stwierdzasz biologicznej patologii, to masz do czynienia z czymś czego nie rozumiesz. Znasz mechanizmy, możesz je opisać ale nadal nie rozumiesz jak powstają. Działasz na oślep. Nie wolno wciskać ludziom na siłę i jako prawdy objawionej przypuszczeń, to jest nie tylko nadużycie, to jest głęboka nieprzyzwoitość!
UsuńZaloba mojej mamy po mojej babci trwala cale zycie mojej mamy... Miala tylko 27 lat jak stracila mame , a po trzech miesiacach tego samego roku , mlodszego brata. Gleboka zaloba trwala z 10 lat, choc mama funkcjonowala normalnie , miala mnie i Tate, i tabun przyjaciol i rodziny, i nie bylo weselszej osoby od niej. Dusza towarzystwa i czlowiek spoleczny, cale zycie pomagajacy innym. W sercu nigdy nie pogodzila sie ze smiercia swojej mamy, mojej babci. Mialam trzy latka jak umarla. Moja zaloba po niej tez zeszla do poddziemia. Jak mnie najdzie smutek i zal, to siadam sobie w kaciku, w odosobnieniu i placze za mama... A potem zbieram sie do kupy, bo trzeba zyc i dzialac, nikt za mnie tego nie zrobi. A mama i smutek po niej pozostana we mnie na zawsze. Kitty
UsuńGwoli wyjasnienia : trzy latka mialam jak umarla moja babcia, a moja mama odeszla w kwietniu tego roku... Tak niedawno, i nadal nie wierze. Kitty
Usuń10 lat głębokiej żałoby? Głęboka patologia! Mózgotrzepix trzy raz dziennie i co drugi dzień psychoterapia. ;-D W przerwach wizyty u konkurencji - konsultacje ze spowiednikiem w ramach podnoszenia poziomu bigoterii. ;-D Mła jest przeświadczona że jesteśmy skonstruowani tak, by żyć póki się da i że nawet to co bierzemy za nasze świadome decyzje, jest w gruncie rzeczy czymś innym. Tak naprawdę do końca nie wiem czym, bo nie rozumiemy naszej świadomości. Dlatego przyrównałam wizyty u psychologa do wizyt ludzi wierzących u spowiednika, bo to jest podobny mechanizm. Wierzysz w coś, lekarze, psychoterapeuci, księża są depozytariuszami zawierzeń. Księża są przynajmniej na tyle uczciwi że wiadomo że chodzi o wiarę, lekarze i psychoterapeuci ubierają się w naukę, samozwańczy terapeuci w różne teorie, nieraz bardzo dziwne. Zawsze jednak chodzi o wiarę, bo tak naprawdę nie wiadomo dlaczego jedni przechodzą żałobę tak a inni inaczej. Pomijam tu kwestię tego co tu jest normą a co patologią, bo kryteria płyną i to wartkim nurtem. Twoja żałoba jest świeżej daty, ile będzie trwała w fazie ciężkiej zależy od Twojego poziomu trawienia traum i szczerze pisząc to nikomu nic do tego. Amęt.
UsuńA wiesz skad wiem, ze 10? Bo moja babcia umarla dokladnie w moje trzecie urodziny i ta data dla mojej mamy byla tylko data jej bolu. Przez to nie obchodzilo sie moich urodzin, ja nawet nie wiedzialam, co to sa urodziny. Az w koncu kiedy mialam miec 13 lat, wkroczyl moj tata , wzial mame na bok i powiedzial jej, ze tak dalej byc nie moze, ze ja bede obchodzic normalne urodziny jak wszystkie dzieci, bo to jest moja radosna data ( a nie tylko ta smutna rocznica dla mamy) . Ze misimy rozdzielic te dwie rzeczy. I tata wyprawil mi pierwsze w zyciu urodziny, zaprosil moje dwie przyjaciolki, kupil tort , bylo dmuchanie swieczek, prezenty itp... 🎂I od tamtej pory bylo juz normalnie... Kitty
UsuńMasz rację Kitty, taka żałoba ma wpływ na wszystko, dziecko wzrasta w niej i uczy się żyć. Twoją mamę obudził z niej tata, w czasie kiedy to się działo specjalista zrobiłby to samo, powiedziałby - Kobito, co ty robisz swojemu dziecku, twoje cierpienie pozbawia je radości. Tabletków by nie zapisał, a psychoterapię uprawiałby na uzależnionych. Jednakże dzisiaj...
UsuńCoś mła Tobie napisze o najnowszej modzie na ADHD. Jednostka chorobowa zwana ADHD pojawiła się w ICD-10 WHO po raz pierwszy w 1990 roku i dotyczyła wyłącznie dzieci. Nie tak dawno, bo w 2022 roku pojawiła się w ICD-11 WHO jako jednostka chorobowa dorosłych. No i się zaczęło, jak to w każdym przypadku na który można dostać alibi dla różnych swoich niedociągnięć a jak się uda to może jakieś fajne tabletki. Oczywiście żeby było cóś jednostką chorobową musi mieć podkładkę. Ona się znalazła, bo przeca rzeczywiście są ludzie, u których objawy ADHD mają przyczynę neurologiczną. ADHD najprawdziwsze, takie które ma podłoże neurobiologiczne diagnozuje się obiektywnie np. za pomocą badań fMRI czy QEEG. Jednak kryterium "cierpienia pacjenta", które jest subiektywne, powoduje wzmożenie w gabinetach psychoterapii. Mła już wie jak to pójdzie dalej, tych, których za cholerę nie da się podpiąć pod schorzenie, umieści się w spektrum ADHD. No i mnóstwo ludzi się da na to nabrać i będzie łykać prochy i uczestniczyć w terapiach. A mendia będą pisać o wzrastającej świadomości społeczeństwa dotyczącej "chorób psychicznych". Oczywiście w tym społeczeństwie będą promile osób zmagających się z prawdziwym ADHD i stada chorych z urojenia, uciekających przed rzeczywistością w diagnozę. To będzie też okropne dla ludzi, którzy rzeczywiście chcą pomagać innym rozwiązywać problemy duszne, opierając się na nauce albo tradycji. Będą mieli do czynienia z tymi stadami.
Tak się jeszcze zastanawiam jak w tym wszystkim wyleje się dziecko z kąpielą czyli zabraknie prawdziwych psychiatrów a przede wszystkim pieniędzy na opiekę nad ludźmi rzeczywiście chorymi. Bo ci zazwyczaj nie mają pieniędzy na prywatne „terapie”.
UsuńRabarbara
No i to jest to Rabarbaro co mła najbardziej boli w tym wszystkim. Ludzi o naprawdę stale zaburzonym nastroju trochę jednak jest, nie każdy zjeżdża od razu w głęboką depresję, ale wymagają oni pomocy, czasem nawet tej farmakologicznej. O dziwo, ci nazywani przez mła "granicznymi depresjonatami" dzielnie walczą z tymi zjazdami i to wszelkimi możliwymi sposobami. Szukają pomocy, często się nacinając, co przy tym wysypie magików od wszystkiego jest nieuchronne. Często odbijają się od drzwi psychiatrów, chyba że trafią na kogoś dobrego. O psychologach mogę napisać to samo. Najwięcej jest na tym łez padole ludzi szukających alibi dla swoich życiowych niepowodzeń, albo tego co im się takim niepowodzeniem wydawa. Oni tworzą trzon rynku usług psychologiczno - psychiatrycznych. Natomiast psychiatria to, jak napisałam w odpowiedzi dla Kocurrka leży i kwiczy. Stan psychiatrii dziecięcej woła o pomstę do nieba, tymczasem prywatne gabinety psychiatrów pełne są osób, które zwyczajnie chcą poćpać.
UsuńTeraz szczerze do bólu - jak się widziało psychozę spowodowaną depresją, a parę miesięcy później psychozę spowodowaną hipomanią, to się doskonale widzi różnicę między "depresją" a rzeczywistą depresją. Napiszę więcej, podpinanie wszystkich samobójstw pod depresję, lub choćby obniżenie nastroju jest bezczelnością. To nie tylko zdanie mła, paru rzetelnych psychiatrów by się pod nim podpisało. Mamy bardzo indywidualistyczne społeczeństwo, na szczęście jeszcze nie tak jak w USA czy w Rosji, wyalienowanie ze wspólnoty, człowiek jest zwierzęciem stadnym, przekierowuje nadmierną uwagę na jednostkę. Źle się dzieje kiedy samoświadomość zaczyna zamieniać się w egotyzm. Mła bardzo nie lubi paskudnych cech wspólnotowości, ale to nie oznacza że nie widzi zagrożeń nadmiernego skupiania się na własnej osobie. Zdrowi ludzie w gabinetach psychiatrycznych to brak pomocy dla osób naprawdę chorych - tak to wygląda i jest to spowodowane, czy wręcz sprowokowane przez mendialne przekazy. Za tym stoją duuuże pieniądze. Skąd wiem? Ze sposobu w jaki Yankees wyhodowali sobie kryzys opioidowy, a obecnie hodują kryzys mózgotrzepów nowej generacji. Ludzi psychicznie chorych nie jest dużo, trzeba ich sobie wyhodować.
No cóż, tośmy se pogadały i to by chyba było na tyle :(( .
UsuńRabarbara
To zbyt dobry biznes jest. I nie ścigany prawem.
UsuńRabarbara
Dokładnie - to jest biznes i nie ma co udawać że go nie ma. Cały czas ćwierkam że z powodu komerchy i tzw. błyskawicznych rozwiązań farmaceutycznych, albo nie mnie intratnych rozwiązań terapeutyczno - warszatatowo - couchowych, wszystkiego tego dochodowego, robi się ludziom wodę z mózgu, ignorując jednocześnie rzeczywiste problemy osób chorych lub mających jakieś głębokie traumy. Nie jest to ścigane prawem, bo chcącemu nie dzieje się krzywda a że ludzie nie rozpoznają prania mózgu to oczywista oczywistość, jak mawiał klasyk, więc kogo tu ścigać? Amęt.
UsuńPrzeczytałam wszystko :) Dziewczyny, są dobrzy terapeuci, naprawdę. Są dobrzy psychiatrzy, co nie wciskają piguł na dzieńdobry, ani nie odbierają ludziom ich smutków. Mam koleżankę z afektywną dwubiegunową, sama zaciągnęłam ją do lekarza, dostała piguły i czuje się bardziej stabilna, nie czyści swojego konta w manii, bo to robiła a należy do bidoków. Taka planeta, tu naprawdę jest rozrywkowo. Mnie nikt choroby nie wcisnął Taba, naprawdę. Miałam tak siny stan depresyjny, że zrobiłam kilka kroków w kierunku tira. Nie wiem do tej pory co mię cofnęło na chodnik. Może ja nie muszę wierzyć, że zasługuję na dobro i spokój, może ja to mam, tylko zakopane? Tak mi teraz przyszło, może to wtedy mię cofnęło jednak?
UsuńMoże to ten mój akty wiary, który mimo przekazu o bezużyteczności mnie, w dzieciństwie był aktem buntu wobec tego co się działo. A działa się niesprawiedliwość.
Może Taba pokazałaś mi drzwi, które wyważam, choć one były zawsze otwarte? Ja pomyślę, bo chyba tak :D
Bo to chodzi o taki akt wiary, który mam wykonać ja dla siebie. Nie w kierunku Rosy, ona podała sugestię, a ja mam sprawdzić jak to u mnie działa. Może gniew dziecka jest odpowiedzią. Łał! Dzięki.
Z zawierzaniem innym to mam tak jak wy, nie dowierzam. Ogólnie. Więc nieszczepionam :)
A tu pan krótko i jasno tłumaczy co ja i podejrzewam inni tacy jak ja, chcą osiągnąć szukając odpowiedzi.
https://www.youtube.com/watch?v=OSzdr2noOpQ
Mła nie twierdzi że dobrych specjalistów nie ma, mła twierdzi że jest ich za mało w stosunku do ludzi, którzy nie powinni zajmować się psychiatrią i psychologią.
UsuńKomu wierzyć jak nie sobie, choć i tu zalecam ostrożność, bo sama siebie potrafię zaskoczyć. No ale to chyba każdy tak ma. Nie uważam że wyważasz otwarte drzwi, uważam że wchodzisz przez uchylone okno i się przy tym rozglądasz, jakbyś do siebie nie właziła. Brakuje tylko zapewnień "bo ja klucze zgubiłam". ;-D Byłabym bardziej spokojna gdybyś wzorem przyjacióły Kitty dobrze się bawiła, a przy okazji czegóś dowiadywała, wcale niekoniecznie o sobie. Bziczku świat nie jest sprawiedliwy, ale to nie oznacza że my sami nie jesteśmy w jakiejś części niesprawiedliwością. Taka to nasza ludzka kondycja, wiesz te niekochane do końca dzieci często też są odczuwane przez matki jako niesprawiedliwość. Mła tak sobie myśliwa że do życia trza mieć cholerną cierpliwość i wyrozumiałość daleko posuniętą, inaczej człowiek może zwariować od różnych zawodów, nieszczęść prawdziwych i tych domniemanych, tych swoich i tych, co to je mają inni ludzie, a które na nas tak mocno wpływają. Mła napisze Tobie coś o sobie. Im mła starsza tym większa w niej walka się toczy między wkurwem na ludzi i współczuciem dla nich. Ludzie tak często są zawiedzeni życiem. No wiesz sami sobie nie wybrali kiedy i gdzie się urodzą, lepiej być mrówką - jakby mrówka miała upojne życie, co za loteria i dlaczego nie mogę tańczyć w balecie, dlaczego gena nie można wydłubać itd. w tym guście. Życie ma określony czas, mła już kiedyś tam doszła do wniosku że nie będzie tracić tego czasu na żale, które niczego nie zmienią. Poświęca czas tylko na te, które mła zmieniają, mam nadzieje że na lepsze. Tęsknię za zmarłymi, pewnie dlatego ciągle ze mła żyją. Okropne czy nawet przykre zdarzenia przysypuję pamięcią o sprawach miłych, czy śmiesznych. Staram się bez obciążeń korzystać z czasu, który jest mi dany. Kiedyś umrę i nie mam gwarancji że nie będę przypadkowym bytem w wieczności czy tam innym bezczasie, albo ślepą odnogą ewolucji czy czymś w tym guście. Chcę po prostu żyć, bez dochodzenia własnych racji z przeszłości, bo mła szkoda czasu. Sześć dych na karku to nie jest pora na rozpamiętywania. No i z perspektywy tychże sześciu dych mogę stwierdzić że nigdy nie była. Przeszłości się nie zmieni, przyszłość jakoś tam można modyfikować. Czy człowieka można zmienić? Nie wiem? Po mojemu, takie mam podejrzenia, wszystko jest w człowieku. To co uważamy za zmienione zdaniem mła od zawsze sobie siedziało, bo człek to stworzeń skomplikowany. Wyciągnij z tej spowiedzi co się Tobie tam przyda.
Mojej siostrze psycholog jak posłuchała kazała się ogarnąć ... ;) Psychiatra na NFZ kazał się zająć najpierw nałogiem %, a potem przyjść i zobaczy, czy ma depresję. Poszła prywatnie i dostała leki, które popija..
OdpowiedzUsuńAle nikt jej nie pomoże poza nią samą. Niestety.
Kocurrku to o czym piszesz to klasyka, w gabinecie prywatnym zapłacisz i postękasz, tabletki wyłudzisz. Doświadczenia mła, która ma przeca w rodzinie i "w przyjaciołach" medyków, jest takie że o etyce środowiska medycznego, ze szczególnym uwzględnieniem psychiatrów, ma bardzo niskie mniemanie. Medycy są dokładnie tacy jak inni ludzie, chciwość zaślepia ich tak samo jak spawaczy, czy mechaników samochodowych. Kiedy słyszę pierdolety o przestrzeganiu standardów i to wysokich, to mnie skręca, bo w zawodzie są bardzo różni ludzie i jest ich na tyle dużo że nie da się ćwierkać o "czarnych owcach". Psychiatria polska leży i kwiczy, to nie tylko zdanie mła, to zdanie wielu lekarzy, rzetelnie wykonujących ten zawód. Podobnie ma się rzecz z psychologami, mnóstwo w tym zawodzie ludzi z zaburzeniami, którzy psychoterapię powinni zacząć od siebie. Oczywiście są też tacy, którzy chcą zrozumieć pewne mechanizmy a przy okazji pomóc ludziom. Nie da się jednak ukryć że w tym środowisku jeszcze więcej czarnych owieczek niż w medycznym.
UsuńNiestety tak, jeżeli Twoja sister nie wygrzebie się sama, co niestety może znaczyć dopiero odbicie się od dna, to nikt za nią tego nie zrobi. Będzie utrapieniem dla siebie i całej swojej rodziny. Może przyjść nawet taki moment Kocurrku, gdy ratując siebie, wszyscy się od niej odetną. Na szczęście można z tego wyjść. Z młowych doświadczeń z uzależnionymi wychodzi że wielu z nich planuje wyjście, które pozostaje w sferze wiecznych planów. Czasem jednak pod wpływem jakiegoś doświadczenia coś się w człowieku przekręca i nagle plan wchodzi w życie. Jest więc nadzieja.
Przerazenie mnie bierze, bo juz to sie dzieje, lekarze z zaburzeniami lecza pacjentow i to on line! Patrz; corka mojej przyjaciolki. Jest rzeczywiscie zaburzona , w jakims tam spectrum, ale dzielnie przepisuje prochy innym ludziom... Przy niej wyrasta mala coreczka, patrzac na ataki mamusi...Jest to tragiczne. 😢Kitty
UsuńLekarzu lecz się sam. Ech... No ale ktoś na górze taką sytuację toleruje, nieprawdaż?
UsuńMalo tego, takie sytuacje sie tworzy i sa wrecz chetnie widziane i systemowo popierane - ku dalszemu rozkladowi ..Kitty
Usuń