Strony

sobota, 8 sierpnia 2026

Frustracja to ładne imię dla dziefczynki, dla chłopca dobre jest Wykluczony.

Zawsze kiedy trzeba mła podnieść ciśnienie dołujące w wartościach zapaściowych, mła może liczyć na Wyborczą. Odkąd nastąpiła pokoleniowa zmiana warty wśród redaktorów, czyli od ponad dekady z solidnym hakiem, mła czyta głównie info socjo - kulturalne i takie tam felietony i wywiady. Chyba przestanie, bo czuje że powinna jakąś gazetę dla seniorów czytać, żeby jej szlag nie trafił. Do czego mła się odnosi? - do wywiadu z panią Zofią Urbanek, antropologiem ( oczywiście w GazWybie stoi "antropolożka"! - szczęśliwie do redachtórek i redachtorów jeszcze nie doszło że to forma sugerująca zdrobnienie, bo by stało "antropologa" albo jakoś podobnie ). Wywiad dotyczy "wykluczania kobiet", czyli "wykluczania matek" z przestrzeni publicznej, z powodu posiadania dzieci. Chłopy zdawa się nie są wykluczane, albo tego tak nie odczuwają. Dzieci wykluczone są przede wszystkim.  Im mła bardziej się  wczytywała, "tym bardziej Prosiaczka tam nie było". Mła doszła do wniosku że ktoś tu oderwał się od bazy, albo to mła, albo "antropolożka". Mła jest w stanie przyjąć że to ona jest oderwana, bo jest starą rurą a Urbanek Zofia standardową przedstawicielką Polek, ale jako stara rura zawsze mogę pogderać i wytknąć młodszym ludziom brak konsekwencji, bajdurzenia chceniowe  i zamierzam to uczynić, żeby potem nie było że wiedziałam a nic nie robiłam.

Zacznę od tego że dzieciństwo kiedyś było faktem fizycznym ale z byciem faktem społecznym to już tak...tego... nie ten. No wicie rozumicie, człek niedojrzały to taki niedorobiony, wstydliwa głupota, trza to ukryć. Dzieci ludzi bogatych mogły  w ramach nagrody widzieć raz na jakiś czas rodziców, mogły być portretowane z rodzicami, choć bardziej tu chodziło o podkreślenie roli rodzica a nie dziecka, natomiast społecznie praktycznie nie istniały. Bytowały w pomieszczeniach oddzielnych,  pozamykane z niańkami, bonami i guwernantkami lub guwernerami, dostawały swoje jedzenie, często ohydnie jednostajne, żeby im się nie fiknęło na jakieś zatrucie. Nie przywiązywano się do nich przesadnie, bo umieralność była duża i mogły szybko powiększyć grono aniołków. Interesowano się dziećmi bardziej dopiero w momencie kiedy zaczynały dojrzewać i mogły już stanowić zasób rodziny. U biedaków było paskudniej, bo dziecię jeżeli chciało przeżyć, to musiało szybko zacząć pracować. Parolatkom jeszcze 100 lat temu powierzano opiekę nad młodszym rodzeństwem a na wsiach wypas gęsi, nieco starsze wypasały krowy. Przed 10 rokiem życia mało które dziecko ludzi niezbyt zamożnych  nie pracowało. To była norma. Jak zatem widzicie dzieciństwo współcześnie rozumiane to naprawdę świeża sprawa. Jeszcze Antoni Słonimski tworzył prześmiewcze teksty o dzieciach - ""Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nieprodukująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania, wykształcenia, niegrzeczna i brudna."  Zabawne to, o ile sobie człowiek nie uświadamia że w czasie dzieciństwa Słonimskiego powszechne było właśnie takie nastawienie do dzieci w środowisku jakby nie było inteligenckim.

Teraz szerokie tło. Mła nie ma jeszcze demencji i jakoś tam kojarzy, dlatego, kiedy spływają dane o tym że przyrost naturalny zmniejsza się na całym świecie, nawet zwalnia w Afryce, to widzi w tym nie tylko zagrożenie dla systemów emerytalnych, jak to robią politycy, którzy myślą krótkoterminowo, tylko długofalową zmianę strategii utrzymania się przy życiu gatunku.  Bardzo biologicznie do tego podchodzę. Żeby taka strategia zadziałała konieczna jest zmiana priorytetów jednostek i zmiana tego, co uznają one za godny standard życia. Taka zmiana zaczęła się dokonywać na przełomie wieków XX i XXI. To jest zjawisko powszechne, które państwa z wysoko rozwiniętą gospodarką usiłują łagodzić, podkreślam łagodzić, bo zmienić nie są w stanie, zwiększeniem socjalu, szczególnie dla rodziców.  Trwa ogólne pitu - pitu jak to będziemy tych w wieku rozrodczym dopieszczać, tylko jakoś nikomu nie chce przejść przez gardło, ani spłynąć na klawiaturę, że ludzie nie chcą mieć dzieci, bo ich posiadanie nie jest konieczne im do szczęścia. Dzieci dziś nie są ani zabezpieczeniem starości, czyli nie spełniają tradycyjnej roli w jakiej je widziała przeważająca  większość społeczeństw, w tym i nasze jeszcze 100 lat temu, ani nie są aż tak często samą radością dla swoich rodziców, szukających spełnienia poza macierzyństwem i ojcostwem. Mła nie ocenia, mła stwierdza - jest, jak jest - dzieci nie są gwarantem przyszłości i dzieci mogą być przyczyną frustracji. Dzieci jako grupa społeczna straciły na znaczeniu, społeczeństwo nie jest już tak skłonne do rozumienia "procesu dzieciństwa", coraz więcej wśród nas  wołów, które  zapomniały jak to jest być cielakiem. Z tym faktem ciężko mierzyć się niektórym rodzicom, którzy z tego społeczeństwa wyalienowani nie są i żyją jego wartościami, usiłują oni walczyć z rzeczywistością, czasem bardzo dziwnymi środkami. 

Jedną z przyjmowanych postaw jest wprowadzanie dziecka w, że tak to określę, "szeroki obieg społeczny". Dziecko nawet w okresie niemowlęcym ma prawo uczestniczyć we wszystkim, począwszy od odwiedzania restauracji, poprzez odbywanie dalekich podróży, by "wypocząć" w tropikach, na uczestnictwie w filharmonijnym spędzie,  na którym wykonuje się III koncert Rachmaninowa kończąc. Oczywiście z punktu widzenia rozwoju dziecka i jego dobrostanu to jest absurd i skłania otoczenie do całkiem uzasadnionych podejrzeń że rodzice tak traktowanego dziecka nie dorośli do roli, którą wykonują. Kiedy czytam że "na obecność dzieci we wspólnej przestrzeni jest agresywna, systemowa nagonka", to zastanawiam się od razu w jakiej przestrzeni?  Na placach zabaw przy marketach w centrach handlowych, w tych wszystkich Jakichśtamlandach,  w basenach hotelowych przy których uwijają  się tzw. animatorzy zabaw dla dzieci, w kinach, w teatrach z przedstawieniami dla milusińskich? Społeczeństwo wydziela z przestrzeni wspólnej miejsca dla dzieci, takie w których dzieci są bezpieczne i mogą się integrować z rówieśnikami. Nie jest winą  społeczeństwa że rodzice dzieci się w takich miejscach nudzą, dojrzali ludzie tę nudę pokonują.  Argument  że ograniczanie socjalizacji dziecka do placów zabaw i parków to tworzenie mu sztucznego, nierzeczywistego środowiska jest durny, bo nikt rozsądny nie bierze niemowlaka, czy trzylatka  na techno party z popijawą żeby się życia uczył i ten argument  mówi raczej o frustracji rodzica, którego normy społeczne zmuszają do zajęcia się dzieckiem zamiast do korzystania z rozrywek.  Mła jest na tyle stara że wie że każdy wiek ma ograniczenia, katowanie niemowlęcia wakacjami w tropikach jest dla mła tak samo ciężkostrawne, jak katowanie społeczeństwa polityką prowadzoną przez zdemenciałych staruszków. Wicie rozumicie, jest czas siania i czas żęcia a zdaniem mła ludzie kombinują bardzo durnie że żadnych ograniczeń nie ma, bo człowiek się nie zmienia, choć wszystko wokół zapewnia nas że jest odwrotnie i że każdy w swoim tempie zmierza od półświadomego początku do nieuchronnego i często półświadomego końca.

Co mła zatrzęsło w tym wywiadzie z "antropolożką"? -  prowadzenie wykładu dla studentów z dzieckiem. Sorry, to nie jest ten rodzaj pracy, który zdaniem mła wykonuje się z dzieckiem. To nie grupa zbieracko - łowiecka, gdzie gromada kobiet z dziećmi zawiniętymi w chustach i dostawionymi do cyca, zbiera owoce, czy tam inne nasiona, to jest praca która wymaga skupienia intelektualnego od wykładowcy i od ludzi, którzy słuchają i nie powinni się rozpraszać. To nic innego tylko brak szacunku, dla ludzi, którym przekazuje się wiedzę, nadużywanie pozycji. Jeżeli będziemy w ten sposób podchodzić do wykonywania zawodu, to doczekamy się dzieci na salach operacyjnych i w izbach zatrzymań, czyli w miejscach, w których absolutnie nie powinny przebywać, bo ich przebywanie stanowi tam zagrożenie zarówno dla nich samych, jak i dla innych. Po prostu każdy marzy o tym by mamusia i tatuś obsługujący wyrzutnie z rakietami balistycznymi mieli przy sobie płaczące dziecko. Pani "antropolożka" nie widzi daleko idących implikacji swojej postawy, ona przekracza bariery, nie zastanawiając się dlaczego takie bariery istnieją. Szczerze pisząc to mam gdzieś czy dziecko śpi, czy ryczy, są miejsca pracy, które nie są dla niego odpowiednie i szlus.  Tu nie mamy do czynienia z takimi czy innymi poglądami, tylko ze zwykłą głupotą. Dla mła to kolejne potwierdzenie że od wykształcenia niektórym rozumu nie przybywa, co uważa za smętne. 

Kolejnym źródłem nieporozumień jest zakładanie że wspólnota działa w interesie jednostki, wspólnota działa w interesie wspólnoty, tak było, jest i będzie. Sfrustrowani byciem rodzicami zakładają że wspólnota się dostosuje i zareaguje aprobatą na radosny indywidualizm dziecka, wyrażający się w bieganiu między restauracyjnymi stolikami, czy w kopaniu fotela współpasażera zbiorkomu. W naszej kulturze, w przeciwieństwie do krajów łacińskich, prawo osób dorosłych do spokoju jest dość mocno egzekwowane. Jak dla mła to  rodzice usiłują być tego nieświadomi i zakładają pajdokrację, żyjąc w społeczeństwie, które nieprzesadnie przejmuje się dziećmi. Jest krzyk, że wspólnota nie dorosła i dzieci są  ograniczane a wspólnota nie wspiera. Jak ktoś tu nie dorósł to "antropolożka". Koncepcja, która  opiera się na wspólnocie, jak to drzewiej bywało,  zakłada że wspólnota ma prawo reagować na zachowania dzieci. Krótko pisząc - wspólnota wtrąca się w wychowanie dzieci, czasem w sposób niechciany przez rodziców.  Im więcej w kwestii wychowania dzieci do powiedzenia ma wspólnota, tym mniej do powiedzenia mają rodzice. Nie wiem czy ten model odpowiadałby Urbanek Zofii, bo to oznacza że ludzie mogliby zareagować na to w jaki sposób moderuje zachowania własnego dziecka i to nie tylko zwracając jej uwagę, tylko jak w Skandynawii donosząc do urzędu że jest niewydolna wychowawczo. Wsparcie wspólnoty to cały pakiet, nie można sobie wybierać, tego chcę a tamtego tu już nie. Chcesz mieć wsparcie wspólnoty to przyjmujesz jej zasady. Społeczeństwo indywidualistyczne, jakimi jest większość społeczeństw Zachodu,  spodziewa się że to rodzice zajmują się dzieckiem i biorą za nie odpowiedzialność, tak to działa. Małe dziecko ma swoje potrzeby, a obowiązkiem rodziców jest ich zaspakajanie, społeczeństwo ma dbać żeby rodzic wypełniał te obowiązki i dziecku nie stała się krzywda. Tyle tego wspólnotowego wsparcia.

Teraz mła napisze cóś kontrowersyjnego - odnoszę wrażenie że coraz więcej dzieci ma dzieci. Dlaczego? Bo to takie infantylne oczekiwać że świat się dla Ciebie zmieni, prawa biologii przestaną istnieć a życie będzie lekkie, łatwe i przyjemne. No i jeszcze wszyscy wokół życzliwi i bez trosk. Od dawien dawna macierzyństwo i ojcostwo zmieniało sytuację ludzi w społeczeństwie, nie zawsze na korzyść. Taka zmiana to norma, związana jest z przejęciem nowych obowiązków i nowych wyzwań. Tak, bywa to męczące, ale co na tym świecie nie jest męczące? Zamiast pieprzyć głupoty wynikające z frustracji normalnym życiem, może pocieszyć się choć trochę dzieciństwem własnych dzieci. Ono przecież tak szybko przeminie, dzisiaj maluszek a jutro już szanowna pani i szanowny pan. Przecież te błogie uśmiechy z bardzo durnych powodów, usiłowania prawidłowego umieszczenia się na nocniku, odkrywanie smaków, tego że się istnieje,  to całe tworzenie się dojrzałego człowieka jest za każdym razem niepowtarzalne. Proces obserwowany z bliska, intymny, bo dotyczący osoby najbliżej z nami związanej. Nie do skopiowania. No a mła tymczasem odnosi wrażenie że niektórzy  rodzice wcale nie są zadowoleni z faktu że są rodzicami, tylko się cholera cofnąć tego nie da. Więc szukają kogo by tu obarczyć tym własnym niezadowoleniem z powodu tego że gnojek jeden śmie mieć własne potrzeby, społeczeństwo żąda zajęcia się jego wychowaniem a rodzic się realizować nie może ( złej baletnicy itd. ! ). Biedne te dzieci w roli ciężkich garbów. 

Dziś za ozdóbstwo robią krasnoludkowe obrazki Heinricha Schlitta a w Muzyczniku stosowna muzyczka. Na komentarze odpowiem później, internet świeżo odzyskany po burzach. 

11 komentarzy:

  1. Wszystko prawda. Pamietam w czasach PRLu dzieci do lat ilus tam, chyba 5-ciu nie mogly latac samolotem. W kazdym razie nie niemowleta i maluszki do lat 2. A teraz kazdy samolot napchany niemowletami - moment schodzenia samolotu do ladowania to dramat. Cisnienie rozsadzajace uszy doroslych to nic, w porownaniu z tym samym olbrzymim cisnieniem rozsadzajacym uszy dzieci i niemowlakow, ktore krzycza tak przerazliwie, ze serce sie kraje. Patrze na te matki i mam ochote je tak potorturowac... zadna z nich nie rozumie na co naraza swoje dziecko. A to tylko ten kawalek przestrzeni publicznej , ktory zawladnely dzieci ( bo tak jest wygodnie rodzicom) ... Reszte wymienilas... Kitty

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Różnice ciśnień, gwałtowne zmiany temperatur, inna flora bakteryjna - czego te małe dzieci nie muszą znosić na tych "wspaniałych" wakacjach z rodzicami w odległych rejonach świata. Mła rozumie wsadzenie dzieciaka w samochód czy pociąg i pojechanie z nim gdzieś, gdzie jest na tyle ciepło że spędzi czas na dworze, na słoneczku, brzechtając się w wodzie. Jednakże zawleczenie niemowlaka czy nawet trzylatka z Europy do Tajlandii albo innego Wietnamu, uważam za sporą głupotę w wykonaniu rodziców. Dla mnie to nieliczenie się z potrzebami dziecka, czysty egoizm. Jak ludzie nie są w stanie zrezygnować z egzotycznych wakacji przez parę lat, to może nie powinni mieć dzieci. No i te narzekania że kiedyś były babcie i ciotki, a teraz to ni ma. Były, a jakże, uwielbiały się wtrącać w wychowanie i pouczać, jeszcze pilnowały by matka ani na jotę nie odstępowała od obowiązujących norm społecznych. Nasze babki to w olbrzymiej większości pracowały fizycznie i to na dwóch etatach, w pracy i w domu, teraz jednak jest nieco inaczej. Jest mniej dzieci, mniej obowiązków, znacznie większe świadczenia na dzieci i przede wszystkim więcej czasu dla siebie. Jednakże zawsze dzieci będą wymagały od rodzica pewnych poświęceń. Za to są te radości macierzyństwa i ojcostwa, których pozbawieni są bezdzietni. No coś, za coś.

      Usuń
  2. Kochana, może czas na zmianę prasy? Szkoda nerwów. Za ,,wykluczaniem dzieci" idzie zaraz ,,wykluczanie piesków", które też powinny wszędzie towarzyszyć swojemu dwu nożnemu przyjacielowi, nawet na sali operacyjnej. To co się nie zmienia - to ściskam Cię bardzo serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatku cały problem w tym że zmiana lektury nie zmieni postaw, mła lata i zawsze może usiąść w samolocie koło bardzo malutkiego dziecka, które koniecznie musi zobaczyć Sycylię. ;-D Nie zapomnę dzikiego tłumu w Muzeach Watykańskich i ryku dwuletniego na oko dziecka w wózku obwożonego w tym tłumie, coby sobie popatrzyło na malowidła Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej. Ten tłum składał się z ludzi różnych kultur, ale wszyscy mieli mord w oczach kiedy mijali kretynkę z wózkiem z aż sinym od wrzasku maluchem. Jedni dlatego że im to tylko przeszkadzało, inni dlatego że żal im było dzieciaka.
      Pieski w przeciwieństwie do dzieci łatwiej się ogarnia i nikt nie bierze ich na koncerty, czy do opery. Mają wyznaczone miejsca i ludzie do tego wyznaczenia podchodzą jednak inaczej niż do wyznaczania miejsc dla dzieci.

      Usuń
  3. Obecnie dziecko to jest gadżet.Tylko gdzie jest serwis,gdy nie działa jak trzeba?Ewa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy gadżet, średnia sister, która jest dzieciata, twierdzi że teraz dzieci często są projektem. Realizujesz projekt dziecko, tylko za wady ukryte nie odpowiadasz. ;-D

      Usuń
  4. Ja nie ogarniam tego. Ludzie ciągają te dzieciaki do Grecji - zamiast poczekać aż podrośnie i pozwiedza jakoś logicznie to ciągną takie mikro co to chcą tylko na plac zabaw... A w miejscach publicznych to już w ogóle. Ale teraz jak ma się dziecko to w ogóle kosmos jest - ja przez taką co u na w pracy po macierzyńskim od razu wraca wiem, że do póki dzieciak nie ukończy 8 lat to ona nie musi się zgodzić pracować w nocy. I przez taką właśnie matkę polke będę pracować na dwie zmiany .... Bo oni będą się niemowlakiem z mężem wymieniać w ciągu godziny. Już ja to widzę jak się zaczną zwolnienia. Ja bym na jej miejscu siedziała na wychowawczym.

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja już nie czytuję Wibiórczej, męża apopleksja by trafiła, ale nie dlatego. Nie jestem z tych trendów częso publikowanych w tej gazetce. Ogolnie rzecz ujmując to tak- będąc potrójną matką mam swoje przekonania. Przede wszystkim takie, że każda matka ma swoje- i powinna podejscie do swych małych gałganków. Mieć też na tyle asertywności by funkcjonować w przestrzeni społecznej nie zabijając i nie byc zabitą. Z racja jest jak z dupą. Każdy ma swoją. Żyjąc parę lat już na tym świecie, a ostatnio to juz tzw. wogle- staram się jaknajmniej czasu i eregii poświecać na cudze myśli, działania, słowa. Moze też mi łatwiej, bo nie chcę na siłę zmieniać ludzi- a to chyba dlatego, że sama nie chcę być zmieniana. Oczywiście- gdy dzieje się krzywda działam, ale tak... ostatnio- wiecej spokoju, medytacja itepa.
    Odnosze wrażenie, że w naszych współczesnych czasach wszystkiemu nadaje się forme wielkiego balonu. Ktos to z wielka siłą i uporem dmucha. A potem z balpna uchodzi powietrze, często stęchłę i nieświeże. Kompletnie to wszystko bez sensu.
    Dzieci- w moim życiu maja sporo przestrzeni, ale i granic. I chyba o to właśnie chodzi. Oczekiwania?- wymysł piekielny i moc w tym zła. Świadomość powołania życia z konsekwencjami to czasem wielki ciężar do dźwignięcia. Tak samo jak fakt świadomej bezdzietności. Praca matki- kolejne poligony walki słownej i wręcz. Nie wchodzę juz w to. Czy się boję uslyszeć, że ktoś za mnie by te dwie zmiany robił? Chyba nie. Do dyskusji - jeśli bym chciała byłoby to, jak wygląda życie z dziećmi , a jak z psieckiem. Całkiem insze jest.
    Uściskowywuję!
    P.S.
    Z odrazą patrzą me oczy na te formy siłowego nadawania końcówek. Dla mnie pani antropolog brzmi o niebo lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  6. Najmocniejszy jest chyba fragment o tym, że wsparcie wspólnoty jest pakietem, a nie menu à la carte. Jeśli społeczeństwo ma współuczestniczyć w wychowaniu, to jednocześnie zyskuje prawo do stawiania granic. Jeśli natomiast odpowiedzialność za dziecko spoczywa przede wszystkim na rodzicach, trudno oczekiwać, żeby cała reszta świata miała obowiązek dostosować się do ich potrzeb.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jest takie stare angielskie przyslowie : " It takes a village to raise a child". Potrzeba calej wioski, zeby wychowac dziecko. I uwazam, ze jest w tym gleboka madrosc, odnoszaca sie jeszcze do czasow plemiennych, a pozniej siedlisk, grodow, osad, wiosel.. Tak, ludzie przetrwali wieki jako spolecznosc i razem jako spolecznosc ustanawiali prawa i zasady , ktore mialy gleboki sens. Sam jeden czlowiek w pojedynke ma o wiele ciezej ze wszystkim, niz w grupie, ktora jest jego wsparciem . I grupa pomaga tez wychowywac i uczyc dzieci, tego co sluszne i dobre dla wszystkich, nie tylko dla jednego wybranca. Grupa narzuca swoje prawa i zasady dzialania, ale tez daje wielka sile i oparcie...Opieka grupy czy wioski w ksztaltowaniu dzieci to tez przekazywanie wiedzy, doswiadczen, tradycji i systemow zyciowych, to taki system naczyn polaczonych. I tak to dzialalo od tysiacleci, az ktos postanowil zburzyc ten system - teraz najwazniejszy jestem Ja, po mnie moje dziecko , moja wlasnosc i moja wygoda. I mnie sie nalezy. A ze dziecko wylamuje wszelkie normy z grupy, to co mnie to obchodzi. To moje dziecko i jemu wszystko wolno... Na tej zasadzie funkcjonuje teraz wiekszosc tych, ktorych grupa to followersi podobnego wyznania... Mocno uproscilam - ale chcialam wrocic do tego przyslowia : It takes a village to raise a child. Potrzebna jest madrosc, doswiadczenie, wsparcie i opieka calej grupy, aby wyprowadzic dziecko na ludzi ... sam jeden rodzic ma bardzo ciezko. Kitty

    OdpowiedzUsuń