Strony
▼
sobota, 28 kwietnia 2018
Codziennik - "zawsze coś" i "pocieszki"
Pogoda prawie letnia, czasu jakby więcej czyli niby można się brać za ogród. No ale zawsze coś, tym razem padło na Lalka. Najstarszy koci domownik ma problem zębowy a w jego wieku to bardzo poważna sprawa. Dziś byliśmy u doktora, za niecały tydzień Lalek ma wyznaczony zabieg. Ja mam na ten niby wolny tydzień rozpisaną Lakową dietę, dawkowanie lekarstw i medyczny nakaz ustępowania kotu kiedy będzie miał swoje zachciewajki ( ponoć to ma go odstresować ). Lalek tuż po wizycie u doktora pokazał rogi, z premedytacją nalał koło łóżeczka Felicjana po czym oddalił się wolnym krokiem przy okazji miażdżąc mnie wzrokiem ważącym ze trzy tony. Potem było jeszcze gorzej - ryki u Małgoś - Sąsiadki nakazujące jej otwieranie okien ( bo on lubi popatrzeć na jej ogródek ), wychlewanie wody z wazonów zamiast z miseczki, wywlekanie mielonej wołowiny z michy na podłogę. Nadmienię że była też tradycyjna próba udawania paraliżu po wyjęciu kota z transportera ale nie mnie brać na te plewy ( to jest stary numer Felicjana z lubością odtwarzany przez wszystkie transportowane koty tylko z tego powodu że Felicjanowi udało się dzięki "paraliżowi" być ośrodkiem zainteresowania rodziny i sąsiedztwa co przełożyło się na dobrutki ). Potem mu przeszła obraza i po tzw. podwieczorku okupował najlepsze ( znaczy najbardziej słoneczne ) miejsce parapetowe. Przede mną tydzień usługiwania panu hrabiemu i wzmożonej obserwacji jego zdrówka, jak znam życie pan hrabia da popalić.
Bywszy z Mamelonem na rynku w Pabianicach, z krainy wysortów przywiozłam pocieszkowe bzdety. Pocieszkowe bo nie mam najlepszego nastroju. To nie tylko to że Lalek chory, wokół mnie ostatnio same zachorzenia a takie sprawy zawsze działają na mnie mocno dołująco ( choć według bliskich wcale po mnie tego nie widać i ich zdaniem mogę spokojnie robić za tzw. opokę - goowno prawda ). Z ryneczku wysortowego przywlekłam podniszczony talerzyk z owocowym motywem ( pazłotka się wytarła ) przywołujący lube wspomnienia z dzieciństwa ( na podobnym Babcia Wiktoria podawała mi "kwiaty z owoców pomarańczy" - wicie rozumicie, ponacinana skórka i pomarańczka nie do końca rozdzielona na cząstki ), podejrzane solniczki ( znaczy jedną podejrzewam o bycie "lepszą" solniczką, to część eleganckiego kompletu stołowego ), i angielskie dobroci - doniczkę i pudełeczko na rzeczy nieprzydatne. Same śmieci ale niedrogie a rozmasowujące na ciepło moje strapione jestestwo. Potem zrobiłam sobie dobrze kupując prezenty Suchej - Żwirowej. Rabata dostała sasankę albańską, nowego bodzia ( kiedyś już go miałam ale rósł był w złym miejscu i nie zdzierżył zimy ) i ślicznego akanta o marmurkowych liściach i biało - różowych kwiatach - 'Tasmanian Angel' się nazywa. Jak będzie z zimowaniem tej odmiany Acanthus mollis ciężko powiedzieć, na wszelki wypadek okryję. Muszę mu znaleźć dobre stanowisko coby tych uroczych liści słońce mocno nie poparzyło. Sucha - Żwirowa dostała tyż powojnika, 'Polish Spirit' jest niby wielkokwiatowy ale to w sumie bezproblemowy powojnik. Prezenty Suchej - Żwirowej się należą, kwiecień a ona zaczęła ładnie zakwitać.
W wolniejszych chwilach czytywam cooleżeńskie blogi - o tym że codzienność to chyba nudna jest ( zdziwne bo w ramach tej codzienności podejmuje się otwieranie domowego szpitalika dla kóz, no ale wiadomo to jest norma, he, he - wszyscy tak mają ), że koniczki z dłuuuugaśnymi nóżynami się rodzą, że ogródki się uprawia i pomysły na nie się miewa że ho, ho, że trzeba zacząć ćwiczyć na rurach bo dlaczego nie. Poczytywam i tak myślę sobie że szczęśliwie na tym świecie wcale dużo jest takich osobników jak ja - podobieństwa odkrywane robią mnie lepiej. Taka to pocieszka wyższego rzędu. A niedługo będzie miała miejsce super pocieszka - zakwitną małe esdebięta, sezon irysowy się zacznie.
W ramach pocieszenia ( Lalek ) napiszę ci, że matka tego konika, co wiesz, zdecydowała sobie zatrzymać kawałek spory łożyska oraz opon w środku konia - na pamiątkę? Dopiero wczoraj coś jej zaczęło wystawać wydając odór zamrażarki pełnej mięsa, która się zepsuła a nikt tego nie zauważył. Wet w te pędy, zastrzyki, antybiotyki, odklejanie łożyska - pół weta w środku konia, ale wyszedł i wyciągnął. I wyciągnął. Obserwujemy teraz.
OdpowiedzUsuńA akant miętki - faktycznie miętki - nie wytrzymał zimy w Izerach, ale trudno być na niego złą. Trzy tygodnie mrozów w okolicach -20 bez okrywy śnieżnej to musiał być dla niego szok. Więc gdyby ci się chciało znowu wysłać, to ja przyjmę. :-DDD
Ach piękne kwiatki.
Zestawienie na talerzyku jest zadziwiające, jeżeli widzę właściwie. Mandarynka, niełuskane migdały i co - czosnek???
Oj, aż mnie zmroziło, jak przeczytałam o kobyłce. Dobrze, że coś zaczęło wystawać, bo strach pomyśleć, co by było gdyby nie wystawało :(
UsuńNo i dobrze, że wyszedł wet wraz z łożyskiem.
Ale sobie ładną fachową konwersację ogrodową prowadzicie. Może za kilka lat też tak będą umiał... Na razie ryję i ogarniam to co zastałam. Na rabatki przyjdzie czas później :)
Akant wyślę jeszcze raz, w końcu do trzech razy sztuka. Ta zima była wredna a sadzonki młode, może w przyszłym roku pójdzie mu lepiej. Co do koniczki - to jest matka matacząca. Numer zrobiła z tych naprawdę niebezpiecznych, vet się musiał nieźle przyłożyć a i Wam pewnie dała kobyłka zdrowo popalić. No ale z drugiej strony to Długonóżkę powiła, więc może jej sił nie starczyło na te "okoliczności towarzyszące". Co do wzorku to jaki czosnek?! Figa w stanie świeżym jako żywa sportretowana. Z migdałami do spółki, takie owoce popołudniowe. :-)
UsuńPiesa co nagle to po diable, ogarniaj spokojnie! :-)
Przyglądnąwszy się wnikliwiej, dostrzegłam, że to jednak figa nie czosnek. Konwencjonalny, schematyczny talerzyk. Bez polotu.:-P
UsuńWet był znowu, zrobił dziurkę w szyi konia, nalał przez rurkę różnych płynów, skasował nas na nie powiem ile, ale skoro trzeba to się płaci, stwierdził, że lepiej i powinno być dobrze. Ufff.
E tam, bez polotu! On wspominkowy znaczy wywołujący miłe wspomnienia, do tego polot mu niepotrzebny.;-)
UsuńVet znaczy zatankował kobyłkę a następnie zatankował inszym paliwem własną osobę. Możesz teraz wypominać kuniowi że kosztowna z niej klacz. Hrabinia! Moje szczęście Lalencjusz jada obecnie tylko mieloną wołowinę surową, dobrze że nie życzy sobie tej mielonki z polędwicy!:-)
Faktycznie, choróbska w rodzinie i okolicach mogą powalić jestestwo na łopatki. Ale za to ogrodujesz ślicznie i polujesz na wysorty bez naganki jak nikt inny! (No może poza moją starszą siostrą) Ja do tego lewa jestem. Lezę, gapię się, a potem już w domu dochodzę do wniosku, że widziałam! i trza było zakupić przecież!
OdpowiedzUsuńUszy do góry - ciepło jest i irysy zaczną kwitnąć. Dobrze będzie Tabs. A tydzień jaśniepańskich zachcianek szybko minie :)
Tak, za dużo koło mnie zwierząt i ludziów zapada na różne świństwa. Nie wszystkim da się pomóc i ta świadomość jest najbardziej paskudna. No ale żyć trza a jak wiadomo w życiu najważniejsze jest samo życie. Czyli żyję mocno, jak ten XIX wieczny podróżnik który Afrykę odkrywał - znaczy odkrywam na bazarku śmieci nasze powszednie, cieszę się irysami i rozpieszczam koty. I tak ma być! Bo co to za smęcizna by była bez mojego własnego świata w świecie. Normalnie pustynia jak na Marsie.:-)
UsuńZdrówka życzę, cóż to za nowy ,,bodzio"? patera świetna, sama wczoraj była na bazarze i luknęłam na stoisko ,,śmieciowe" ale takich ładnych rzeczy to nie było, może i dobrze? :) Jeszcze raz zdrówka życzę :D
OdpowiedzUsuńBodzio był zaproszony swego czasu ale nie zdzierżył wyznaczonego mu stanowiska. 'Midnight Ghost' się nazywa i jest swoiście uroczy. Za życzonka dziękuję, zdrówko zawsze w cenie. :-)
Usuń