poniedziałek, 12 listopada 2018

Po Ojczyźnianym Świętolas




Spędziliśmy Ojczyźniane Święto cudnie bo Sławencjusz pojechał na ryby i wrócił z łupem a Mamelon w ramach dopieszczania dzielnego łowcy i mła,  spoiła nas kawą i z resztek ciasta pierogowego upichciła podpłomyki z czarnuszką  ( uwielbiamy ).  Wicie rozumicie, wypiek prosto z pieca, chrupiący, smak oliwy, soli i czarnuszki.  Pochłonęliśmy to wspomnienie dzieciństwa, tych wszystkich okrawków makaronowych placków  przypiekanych na blasze, podkradanych resztek ciasta które tak pięknie się bąbliło i napełniało słodką wonią dawne kuchnie. Dzisiejsze dzieci mam wrażenie są uboższe o doznania przeżywane w domowej kuchni, mają za to radości McDonalda czy KFC. Czas jak rzeka i tak dalej... Oficjalnie patriotycznie to  jesteśmy jakby do tyłu bo od czasu obowiązkowych pochodów pierwszomajowych mamy alergie na wszelkie marsze,  włączając w to procesje i nie znamy rozmiarów zadymy ( to że była jakaś zadyma jest dla mła rzeczą jasną, cóś jak to że na  imprezie sylwestrowej korki od szampitra będą strzelać ) bo nie obserwowalim celebry nabożnie  i w świętoojczyźnianym skupieniu. Zdecydowanie nam bliżej do takiej formy obchodów państwowych  czy narodowych  świąt jaka ma miejsce z okazji świąt majowych - zasiadamy do tego grilla znaczy i przepijamy zdrówko Najjaśniejszej.  Na szczęście listopadowy narodowy szał za nami a przed nami takie bardziej  kameralne imprezy typu Katarzynki czy Andrzejki ( lajlajlajlaj, lajlajlajlaj ).




Poprawiny vel dobitka   Święta Ojczyźnianego, zwana z racji trybu uchwalenia Świętem Chaosu przeszła równie miło  jak święto właściwe.  Po mojemu to było nawet milej bo pojechaliśmy na spacer do lasu pod pretekstem zbierania grzybów.  Zważywszy na to że niedługo minie nam  połowa listopada, zbyt mokro u nas nie jest, noce zimne a listopadówek nie odróżniamy od tzw. psiarków  to wykazaliśmy się  optymizmem ( teraz go tylko propaństwowo ukierunkować ).  Optymizm okazał się tylko częściowo uzasadniony, znaczy podgrzybki które dobrze widzę występowały nader nielicznie a gąski których w ogóle nie widzę ( na fotce obok, wskazana palcem przez Sławencujsza, powędrowała do Mamelonowego koszyka ) w liczbie nieco większej ale niezbyt  imponującej.  Za to las... las jak zawsze działa na mnie jak plasterek na ranę. Tylko parę wdechów leśnego powietrza nabrałam w płuca i już mózgu się przypomniało że listopad  to  miesiąc w którym obchodzimy ustanowione przeze mła w zeszłym roku Święto Lasu i że jest to rzecz jasna  dla mła najważniejsze z listopadowych świąt.




No dekory  trza szykować i w ogóle odświętność jakąś zarządzić ( koty wymiauczą wierszyk,  Małgoś Sąsiadka wykona program pod tytułem  ćwiczenia z podwieszeniem na drążku a ja może cóś słodkiego upiekę ). A las sobie będzie  świątecznie  trwał, listopadowy i z lekka groźny.  Taki las jak z bajek  braci Grimm, pochłaniający domostwa i plączący  ścieżki grzybiarzom. Tajemniczy  i  zmieniający konary przyjaznych ludziom jabłoni w groźne szarpidła. Atakujący mchem, grzybami i siewkami młodych drzew, wilgocią przenikającą wszystko na wskroś i tajemniczymi odgłosami tajemniczych  istot.  Ha, takiemu lasowi to nawet eksminister Szyszko nie jest straszny, taki las podpełznie, zamszy, zapleszy porostem i  grzybem a na koniec  weźmie  i korzonki zapuści. Taki to Las  Niezyciężony, co to sam sobie z siebie pomnik wystawia.

A teraz dzisiejsze fotki - trzy pierwsze to Mamelonoison  w listopadowej odsłonie ( w ogrodzie u Mamelona jeszcze róże   mają pąki ), pozostałe to leśne zdjątka. Ostatnie foty to Szpagetka w pozach, wzywająca mnie  do uwalenia się  i oglądania wraz z nią filmów ( ona  podsypia lekko pomrukując, mła drapie czarnokota za uchem i może oglądać jakieś krimi ).


niedziela, 11 listopada 2018

Ogród nieposprzątany




To był sezon w którym Alcatraz został puszczony samopas, znaczy ogród robił co chciał. Przede wszystkim skończyłam z wiosennym zgrabianiem zdechłych liści, jak las to las a w lesie nikt liści nie zgrabia. Bezczelnie bez ludzkiej  pomocy  zamieniają się w próchnicę.  Czy miałam dzięki temu więcej chwastów? Hym... zachwastowienie było przeciętne, spektakularnych rozsiewań nie zauważyłam. Szczerze pisząc bardziej mnie martwi ta część ogrodu w której szaleje żubrówka, tam to się powysiewała nawłoć, którą tępię z uporem maniaka. Natomiast w miejscach  gdzie liście nie zostały sprzątnięte ekspansja nawłoci nie jest specjalnie widoczna. Znaczy spektakularnego ataku nie było tylko jakieś tam pojedyncze próby zajęcia terenu. Donoszę też że straty wśród cebul narcyzowych nie  były związane z korzystniejszymi dla gryzoni warunkami a z działalnością wrednej muchówki ( pobzyga cebularz jest francą zajadle tropiącą narcyzy, dobrze że nie zalęgła  się u mnie udnica bo w niebezpieczeństwie byłyby i inne cebulowe ). Walczyć z latającymi szkodnikiem należy w maju i opadłe liście nie mają nic  do tego. Nieruszanie  grabiami liści i gromadzenie małego chruściku w jednym  miejscu przyciągnęło kolejne jeże, w związku ze związkiem solidne straty w hostowych liściach spowodowały upały a nie ślimory.

No a jak ja się czuję z tym ogrodowym nieposprzątaniem? Szczerze pisząc człowiek musi się  przyzwyczaić do tego że nie należy szaleć  wiosną z grabiami.  Zakodowało się przez te kilkanaście lat ogrodowania wiosenne sprzątanko po którym ogród jest wypucowany i gotowy do kiełkowania wyczynowego. W przeciwieństwie do  mła stary  kręgosłup  od razu docenił radości wiosennego lenistwa, mła tyż się przestawiła kiedy zobaczyła  że  wczesnowiosennym roślinom cebulowym niestraszna kordła z liści i że jakoś tak bardziej naturalnie wyglądają kwitnąc na tym tle. W przyszłym roku  będziemy mieć drugi sezon bez wiosennych porządków, zobaczymy co nowego nam ten kolejny  brak sprzątania  liści przyniesie.  Mam nadzieje że przełoży się  na jak najlepszą formę paproci i tych wszystkich podszytów typu disporopsisy i dispora.  Kto wie, może za jakiś czas wykonam to czym od paru lat grożę czyli  storczyki zapuszczę?




sobota, 10 listopada 2018

Wpis na stulecie Najjaśniejszej Odzyskanej

"Ciężkie to czasy, w których człek jest zdrajcą,
Nie wiedząc o tym."
"Makbet " -  William Shakespeare w tłumaczeniu Józefa Paszkowskiego

Hip, hip, hurra, hip, hip hurra, w górę , w górę tego szczura!  Piłsudski już był wszystkim kim tzw. dobry  Polak  być powinien -  zdrajcą, mężem opatrznościowym, znowu zdrajcą, po  raz kolejny mężem opatrznościowym. Prywatnie rozwiedzionym katolikiem i żonatym protestantem albo jakoś tak na odwrót. Na dodatek był Dziadkiem i półbogiem. Tak sobie przemyśliwam z okazji stulecia urodzin Najjaśniejszej Odzyskanej ( cium, cium w urodzinki ) o tym narodzeniu. He, he, he, wicie  rozumicie, pamięć historyczna to cóś jak te  filmy z porodówki co to na nich włoska łonowego nie uświadczysz, smrodu wód  płodowych z przyczyn oczywistych nie poczujesz, nowo narodzony co prawda niewyjściowo się prezentuje ale przeca to film  i nikt nie każe oślizgłego, ubabranego krwią małego netoperka organoleptycznie poznawać.  No i  wrzasku co lepszego nie zarejestrowano bo lekarz  z sali wyrzucił a tatuś fajtnął już na korytarzu bo myślał że " to będzie inaczej". Taa, pamięć historyczna tak się ma do realu jak te filmy do tego czym naprawdę jest poród. Ciężka  fizjologia jest dodupna, rodzinna telenowela to jest cóś. Zastanawiam się czy  nie powinno się zakazać oglądania niektórych  programów jakby  historycznych  powstałych wyraźnie "ku pokrzepieniu serc" , sprzedawanie mitów  źle się kończy. Wygląda jednak  na to że  tzw. naród kocha bajki a wykwit naroda  czyli szczerzepolacy są w fazie odlotu w stronę ideologii  wujka  Adiego (   no bo podobne do  bajek o Aryjczykach pseudosłowiańskie  wiedźmińskie klimaty so lepsze niż smęcenie o bajdach sprzed stu lat ).

No i jak tak sobie przemyśliwam urodzinowo  to co i raz mi wychodzi że u nas co bardziej wybitny przywódca to zdrajca i sprzedawczyk.  Od Bolesława   Szczodrego zwanego też Śmiałym  poczynając (  któren co  prawda "zdradził" tylko  Kościół Matkę Naszą ale za to na pewno nie był w związku z tą zdradą prawdziwym Polakiem, przynajmniej w szczerzepolskim rozumieniu ) na słynnym  Bolku Wałęsie kończąc.  Nawet św. Stanisław, patron naszego kraju, patrząc  z punktu interesów Polski bynajmniej świętym nie był.  I w dodatku  mła wychodzi że  wcale nie różnimy się w tym zdradziectwie notorycznym od inszych nacji. Ech... że też  ta historia nie chce złośliwie  być czarno  - biała tylko  lubi wszelkie odcienie szarzyzny.  A my tak uparcie uczymy  dzieci tej wersji komiksowej, prostej do bólu, w której są tylko zdrajcy i bohaterowie.  Generałów  Zajączków najchętniej byśmy pominęli,  różni  kontrowersyjni typu Rozwadowski i Okulicki też lepiej żeby nie istnieli. No ale co tam generałowie, tych z samego szczytu brązujemy aż niemiło. A potem są problemy bo niektóre dzieci nigdy nie dorastają i nadal widzą świat w czaro - białej wersji i plotą androny które  się nijak mają do faktów, z którymi to faktami się przecież   nie dyskutuje.  To wszystko,  Panie tego, przez nadmiar interpretacji a małą ilość podawanych faktów.

Nie tak łatwo byłoby kształtować wg. tzw. założeń dziatwę szkolną gdyby zamiast opowieści o  historii  pozwolić jej  poznawać jeno same zdarzenia. Nawet najdurniejszy uczeń by pokumał prędzej czy później  że bohaterami czy zdrajcami to się bywa a  człowiek to istota na tyle skomplikowana  że ciężko ją zaszufladkować  ( wicie, rozumicie - na ten przykład wujek Adi naprawdę przepadał za niektórymi zwierzętami co jak wiadomo nie przeszkodziło mu paru milionów ludzi uznanych przez niego za zwierzęta wysłać przez komin  do nieba,  no a w kontaktach prywatnych ponoć bywał uroczy, polityków nie znosił za to kochał artystów - gdyby nie  Goebbels i  tych paru innych kolegów oraz charyzma  wujka Adiego to kto wie czy byśmy w ogóle powszechnie wiedzieli  że wujek Adi istniał ).  Tak to jest  że w najgorszym potworze można odnaleźć cechy dobrego człowieka,  a w dobrym człowieku cechy potwora.  Ludzie  nie są jednoznaczni  i historia nie jest jednoznaczna.  Tak bym chciała żeby z okazji tej setki która z racji odzyskania miana państwa Ojczyźnie stuknęła, świadomość o złożoności ludzi i  historii stała się  bardziej powszechna wśród obywateli Najjaśniejszej. Cóś mi się wydaje że lepiej by nam się wszystkim ze sobą żyło. Na razie jednak mamy tzw. reformę edukacji i stan jest taki że  można podpiąć pod niego inny cytat ze szkockiej sztuki:
" Zamiary są wiatrem,
Kiedy nie idą z wykonaniem w parze."

Dzisiejszy ojczyźniano urodzinowy wpis  ozdabiają perskie kfiotki, choć co do tych ostatnich to cóś nie jestem pewna jak z tą perskością jest. Wiadomo urodzinki to bez kfiotów tak głupio, mus z bukietem wystąpić.

piątek, 9 listopada 2018

Alcatraz listopadowo złoty





Jest uroczo, jakby październik nadal trwał i nie zamierzał się odpaździerniczyć.  Naczelna Kura  w punkt trafiła stwierdzeniem że "Jesień się zacięła". Tak, tak, na tej najfajniejszej, złotej fazie.  Bezczelnie przyznaję że mam ochotę  ćwierkać   "Chwilo trwaj!", wcale nie spieszy mi się do niskich temperatur. Jedyne czego mogłoby być więcej to opadów, deszczyk nocny by się przydał, rano rzecz jasna słoneczko wstające zza mgieł. Bo mgły mi tyż w listopadzie nie przeszkadzają, pod warunkiem że temperatura jest odpowiednia. W lesie nadal grzybowo, w domu  pigwowo - jabłkowo a w ogrodzie  baaardzo powolne układanie się do zimowej drzemki. Po raz pierwszy od  zawsze właściwie prezentuje się ambrowiec, długa słoneczna jesień wyraźnie mu służy.  Liście wreszcie pięknie zaczynają  się przebarwiać, o ile utrzymają się dodatnie temperatury jeszcze długo będę się cieszyć  widokiem "gorejącego" krzewu. Dobrze też wyglądają berberysy, irgi i  róże rugosy, nadal są kolorowe.  Niestety po urodzie jesiennej klonów, oczarów, fotergilii i judaszowca zostały  już tylko wspomnienia ale jeszcze złocą  się liście  brzóz. Trawy ciągle urocze, na ich tle ostatnie dogasające marcinki wabią oko wyblakłymi z lekka  kolorami kwiatów. Od czasu do czasu jakieś zapóźnione bzyczenie się słyszy a oko zatrzymuje na motylich skrzydełkach, których właściciele powinni udać się lulu  a nie śmigać po ostatnich kwiatach lawend.  No ale co tu wymagać od  owadów kiedy człowiek  nachodzi na Suchej - Żwirowej  irysowy pąk dla którego listopad nie jest naturalną porą pączenia.




środa, 7 listopada 2018

Ogrodowe rozkminy - początki ogrodowania

"Ogród – pojęcie z zakresu  ogrodnictwa oznaczające miejsce przeznaczone do uprawy roślin." Tyle Wikipedia, sucho i zwięźle. Znacznie więcej znajdzie się pod  hasłem ogrodnictwo, tam  będzie o tym że hortologia to wyspecjalizowany dział tzw. nauk rolniczych który zajmuje się  roślinami sadowniczymi, warzywnymi i ozdobnymi ( kolejność nieprzypadkowa, miejsce w klasyfikacji zależy od wpływu na gospodarkę ). Taa... wiem że jak się człowiek wgapia w ciągnące się kilometrami uprawy sadownicze czy solidną plantację truskawek to ciężko mu to skojarzyć ze słowem ogród.  Dla  dzisiejszych ludzi to słowo ma bardziej  kameralne konotacje, uprawa wielohektarowa nijak nam się nie kojarzy z ogrodami  tak  jak Park  Mużakowski ma dla nas z ogrodem niewiele wspólnego. Skąd to się wzięło? Z wielkiej kariery  jednej  grupy roślin, która tak zmieniła  środowisko że jej uprawy zasługiwały na inną nazwę. Trawy stworzyły naszą cywilizacje, od Bliskiego Wschodu, poprzez  Południową i Wschodnią Azję, Amerykę Środkową i Południową i Afrykę z której ponoć wszyscy się wywodzimy , trawy stały za naszym sukcesem. Tzw. rewolucja neolityczna, która na Bliskim Wschodzie miała  miejsce ok.10000 lat p.n.e. miała swoje  odpowiedniki w innych  rejonach świata ( występowały różnice czasowe, ale budowanie cywilizacji zaczynało się zawsze od  upraw dających możliwość  wykarmienia dużej populacji ).  Dzikie trawy zamieniły nam się w zboża która to nazwa natychmiast wywołuje skojarzenie ze słowem rolnictwo. Hym... dziś upraw  ziemniaka też się jakoś ze słowem ogród nie kojarzy, wraz ze wzrostem liczby  ludności ogrodnictwo nam  rolniczeje.


Ogrodnictwo jest tak samo stare jak rolnictwo, a może  jest nawet  starsze. Trawy nas żywiące zaczęły swoją karierę od miejsc bliskich osiedlom ludzkim, wysiewano je jak najbliżej domów aby móc kontrolować uprawy. Po mojemu to rolnictwo  wywodzi się z ogrodnictwa a nie na odwrót. Od niepamiętnych czasów bowiem  oprócz traw uprawiano inne rośliny, takie strączkowe na ten przykład. One jednak zostały w przydomowych  pieleszach a areał upraw traw nieustannie się rozrastał i zapoczątkował rolnictwo przez duże  R.   Zacznijmy jednak od tego jak wyglądały  w czasach prehistorycznych owe przydomowe pielesze.  Z badań dwudziestowiecznych etnologów wyłania się nam taki obraz przejścia od  grup łowiecko  - zbierackich  do tych osiadłych i uprawiających rolę. Pierwsze domostwa były konstrukcjami budowlanymi mającymi służyć wspólnocie, grupy  łowiecko - zbieracze budowały tego typu konstrukcje w puszczach Amazonii  czy w Papui  Nowej Gwinei. Takie obozowisko jest znacznie łatwiejsze do wzniesienia  jak i do obrony  niż jakieś tam  indywidualne domki.  Wznosi się to w miarę prosto, porzuca bez żalu i przenosi się w kolejne miejsce. W pobliżu takich osiedli ale nie w ich wnętrzu powstały pierwsze uprawne poletka.  Na  nich właśnie uprawiano co się uprawiać dało. Kiedy  gleba uległa wyjałowieniu przenoszono osiedle i uprawę w kolejne  miejsce.

Teraz  będzie prostacko  i bardzo  łopatologicznie. W miejscach w których gleba ulegała cyklicznemu nawożeniu naturalnemu związanemu z corocznymi wylewami rzek powstały pierwsze cywilizacje ( cywilizacje  Mezoameryki są ciekawym wyjątkiem, zagadka ich powstania jest niemal tak  frapująca jak zagadka ich upadku ).  Nie było potrzeby opuszczać domostw i wynosić się w miejsca z jeszcze niewyjałowioną glebą, natura pozwalała na odnowę jej sił  witalnych a ludzie mogący prowadzić osiadły tryb życia szybko zaczęli przyswajać sobie wiedzę o  gospodarowaniu wodą. Melioracja stworzyła rolnictwo i stworzyła zarazem podział na uprawy polne i uprawy ogrodowe.  Nasiona traw jako produkty dające dobre plony, dające się też w miarę  długo przechowywać, łatwo przewozić i mające  spory zasób  kaloryczny zajęły należne im   miejsce pośród upraw, stanowiły podstawę diety i areał przeznaczony pod ich uprawę nieustannie  się rozrastał. Inne rośliny uprawiano na mniejszą skalę, zaważyła na tym głównie możliwość przechowywania   ( zdolność do tworzenia wartościowego kalorycznie i smakowo suszu ) jak i wielkość uzyskiwanych  plonów.  Ogrody powstałe  u początków  pierwszych cywilizacji  były warzywnikami i sadami. To od potrzeby zapełnienia  żołądków zaczęło się ogrodowanie. Oczywiście kiedy  jako tako większości społeczeństw starożytnych cywilizacji udało zapełnić się żołądki to pojawiły się takie ogrody które służyły  nie tylko sprawom przewodu pokarmowego.

Ogrody ewoluowały w kierunku zaspokajania innych niż czysto materialne  potrzeb, choć nie za daleko odbiegało to od  spraw ciała -  co i raz chwalono  cień  rzucany przez drzewa (  no chłodek miły był ciałom prażonym przez południowe słońce, hym... to taka potrzeba półmaterialna ).  Taki wyewoluowany ogród okazał się być zjawiskiem brzemiennym w wielorakie skutki. W  naszym  kręgu kulturowym wyobrażenie prapoczątków wiąże się z ogrodem i to bardzo konkretnym. Nazywał się Eden - "A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie" jak stoi to  w Dobrej Księdze. Takie echo z przeszłości przypominające nam  że podstawą z której wyrastamy jest ogród, miejsce wykrojone z natury, gdzie nie obowiązują do końca jej prawa ( ten lew i jagnię razem spoczywające ) za to w którym  próbujemy  tworzyć harmonijnie z nami zgraną całość. Takie wspomnienie z bardzo dalekiej przeszłości, niewątpliwie tej  cywilizowanej a nie prehistorycznej   ( zamieszkiwanie w ogrodzie i to zamkniętym nijak się ma do tych poletek za osiedlem od których zaczęliśmy przygodę z uprawą roślin ). Nieco  to zdziwne że nie wspominamy cud pól które tak  naprawdę pozwoliły nam osiągnąć sukces cywilizacyjny tylko mityczny ogród, zamknięty świat który uznajemy za ten  najwłaściwszy, specjalnie  dla nas stworzony. Taa... pokrętne są ścieżki ludzkiego umysłu.

Według mnie  stało się tak dlatego że ogrody zaspokajały naszą potrzebę indywidualizmu, pojawiły się w tym czasie kiedy własne cztery kąty otoczone paskiem  własnej ziemi stały się marzeniem a potem rzeczywistością coraz większej  ilości ludzi. Starożytny  ogród przydomowy, który najprawdopodobniej najwcześniej powstał w  Egipcie ( przynajmniej stamtąd mamy najstarszą dokumentację istnienia tego typu założeń ) przetrwał w nas jako pragnienie własnego raju, małego kawałka natury kształtowanej w zgodzie z naszymi własnymi przekonaniami.  To taka przestrzeń na której bawimy się w Najwyższego i tworzymy własne światy jednocześnie czując że kontynuujemy tradycję która nas, zarówno stadko jak i jednostki stworzyła. Szerokie pola zbóż nastawione   na zapełnianie  żołądków nam tego poczucia indywidualnej radochy  nie zapewniają. Zatem niech żyje  Eden i wszystkie jego pomioty, nawet te  co mają trzydzieści metrów kwadratowych i cementowe lwy i orły w charakterze ozdóbstw!!!


Dzisiejszy post ozdabiają foty Wielkiego Indywidualisty. Większość ludziów  kojarzy Clauda Moneta z impresjonizmem, kierunkiem  XIX wiecznego  malarstwa.  A to Wielki Ogrodnik był, ze swojego ogrodu stworzył dzieło sztuki - chyba nikt tak jak on nie ilustruje mojej tezy o tym że dlatego ogrodujemy bo nie tracąc poczucia bycia częścią natury i naszego stadka, indywidualnie tworzymy własne raje.

piątek, 2 listopada 2018

Cmentarne snujki


Jak pięknie nam się popierniczyło, pogoda   taka że tylko kwiczeć ze szczęścia gdyby nie ten brzydki szepcik w mózgu "Normalne to  to nie jest". Ten szepcik kieruje me  ślepia w górę w celu wypatrywania komety i innych znaków grożących. No w listopadzie to winny opadać ostatnie liście, lać deszcze i snuj się  po ziemi snuć powinien, taki wpełzający do domów i atakujący ludzi "grypom i depresjom". A tu temperatury z tych wiosennych, czuć zapach ziemi  a nie tylko charakterystyczną dla późnej jesieni woń butwiejących liści.  No i te promienie słoneczne wydobywające kolory ze wszystkiego z czego da się jeszcze wydobyć.  Normalnie tylko rapetką grzebnąć w glebę i  do lasu  na grzyby się udać albo do ogrodu w ramach  ogrodowania zajrzeć. Oczywiście piękna pogoda nie  eliminuje jesiennych przypadłości, zwłaszcza tych kocich.  W domu tradycyjny o tej porze roku  koci szpitalik, bo po co chorować  tak sobie jednostkowo jak można urządzić  grupowe niedomagania. W związku ze związkiem co i raz wizytuję naszego dohtora z co i raz inszym członkiem naszego kociego stada. Ramię mi niedługo odpadnie od dźwigania kontenerka a mózg od kombinowania forsy ( bestie nie chcą jeździć komunikacją miejską, ryczą w niej okrutnie domagając się  wożenia tyłków taksówkami ). Ech, paniska z tych moich kotów!

Małgoś - Sąsiadka zaciągnęła mnie na cmentarz, w charakterze  obstawy vipa kontrolującego prawidłowe wykonanie zadania  przez członków rodziny.  Przy okazji wysłuchałam jaki scenariusz  sobie przygotowała z okazji własnego pogrzebu.  Hym... i dla mnie jest tam przewidziana rólka, bynajmniej  nie jakiś ogon i  trzymanie halabardy, nawet kwestie wypowiadam! Małgoś z wyraźną lubością babrała  się w takich szczegółach jak szarfy na wieńcach ( stosowność napisów na onych spędza jej sen z powiek ) a ja obserwowałam nowe nagrobki co to wyrosły na  cmentarzu jak grzybki wyjątkowo  trujące. O Najwyższy  Cmentarny, co to się porobiło! Wiem że romskie grzebalnictwo jest ciut insze, znaczy  lampki jak  choinkowe, mnóstwo  dyń, mnóstwo  kwiatów, mnóstwo wszystkiego ale tym razem zaskoczyła mnie swoim umiłowaniem wszystkiego najlepszego nie mniejszość etniczna ale ci należący do większości. Mój boszsz... te nasze nowe cmentarze  są równie badziewne jak nasze osiedla mieszkalne,  cóż to za piękne rezydencje rodacy zmarłym wystawiają, jakie Caringtonowo a nawet chwilami Mar a Lago w hołdzie straszy, śmieszy czy też tumani.  Taa... cmentarze zdaje się zmieniają się w miejsca pełne grozy, człowiek zafascynowany oczu oderwać nie może od upiornych nagrobków.


Licheńskie lśnienia, łobabrazki   "w kamieniu  cieniowane", rzeźby chińskiej proweniencji, złocistości i kolumienki wyrastają wśród pochodzących z głębokiej komuny "lastrikowych" nagrobków (  jednakowych jak bloki z wielkiej  płyty ). Społeczeństwo się nam  bogaci i zachłystuje tym co uznaje  za oznakę statusu. Przypomina  mi się anegdotka mojego Taty o tym  jak jego znajomy udał się wraz z pracownikiem do Szwecji i podczas tej podróży usłyszał był od owego pracownika zdanko o tym że "Tu bardzo biedni ludzie mieszkają,  Pan popatrzy na ten cmentarz - co za bida!". Taa... urok protestanckich cmentarzy nam wyraźnie nie odpowiada, masowo budujemy cóś na kształt castrum doloris uwielbianych przez XVII wieczną polską szlachtę. Cmentarze jednak też umierają, nie każdy zostanie zabytkiem jak Powązki. Za jakiś czas przyjedzie spych i znikną chińskie konglomeraty, białe Marianny, wszelkie złocistości i cud rzeźbki. Sama widzę zamieranie cmentarzy wraz z malejącą liczbą mieszkańców  miasta.  Pamiętam osoby w czerni odwiedzające  sąsiednie groby, dziś same w nich leżą  a dzieci i wnuki rozlazły się po świecie. Naturalna kolej rzeczy, pamiętamy tak do trzech  pokoleń, wszystko  ponad to historia. Płakać nad tym nie ma co, zawsze tak było.  Prędzej zadumać się można nad tą optymistyczną pewnością która dziś każe wielu rodakom uważać miejsce spoczynku rzeczywiście za  miejsce wiecznie im przypisane.  I to w czasie kiedy opłaty cmentarne robią się zawrotnie wysokie, zasiłek pogrzebowy nie starcza na opłacenie kosztów pogrzebu w dużym mieście a tzw. ustawa pogrzebowa jest z epoki króla  Ćwieczka. Grzebiemy się przepiąknie, jak w serialu jakimś czy cóś.

No cóż, Fryderyk Wielki wreszcie spoczął  obok swoich chartów, Wolfgang Amadeusz Mozart
leży  w kawałkach gdzieś tam między innymi  mieszkańcami  Wiednia,  Doris Duke rozsypano zgodnie z jej  życzeniem bez ceremonii pogrzebowej nad wodami Oceanu. A nasi przodkowie? Ci z kresów, z cmentarzy pozarastanych przez lasy, ci  co to ich wywieźli w różnych kierunkach i śladu po nich nie zostało? Pamiętamy ich mimo  że w cud  granitowych festungach  grobowych  nie leżą, literków złotych nie mają ani różyczków z mosiądza.  Co roku  pod białymi brzozowymi krzyżami w Warszawie  świeczki stawiają - to piękny zwyczaj.  Pod Mękami Pańskimi, wielkimi krzyżami na  cmentarzach pełno ogni  dla tych co grobów nie mają. Nie trza marmurów, chryzantem skomponowanych  w wymyślne wiązanki, wielogodzinnego stania przy  grobach, wystarczy tylko pamięć która zamienia historię w coś nam  bliskiego.  Taa... tylko z pomnikiem to mniej kłopotów, a pamiętanie bywa czasem wymagającym  zajęciem. Prościej pomnik cudny ustawić żeby somsiady wiedziały z jaką familią mają do czynienia  niż chcieć pamiętać. To nie jest moralizowanie, przemawia smętne doświadczenie  życiowe - nie lubimy zmarłych, tak jak nie lubimy chorych. Rozumiem to, razi mnie tylko  hipokryzja w którą obrastamy  jak w tłuszcz i która znajduje  wyraz w cudnościach nagrobnych. Mam nadzieję że kiedy przyjdzie czas by to co ze mnie zostanie schować,  to ustawa pogrzebowa  będzie respektowała  prawo jednostki do stanowienia co też ma się dziać z jej ciałem  post mortem  a nie wspomagała interes zakładów pogrzebowych i administracji cmentarzy.  Po spaleniu byłabym świetna jako odżywka pod ukochane irysy, Mamelon z kolei twierdzi że powinno się na jej prochach posadzić jakieś  fajne drzewo. Tak, wydziedziczę każdego kogo będę podejrzewała o chęć pieprznięcia mi marmura, a za różyczkę z mosiądza  nawet postraszę.


Dzisiejsze łobabrazki to  XIX wieczne malarstwo "na temat". Dwa pierwsze chryzantemowe  malowidła stworzył Claude Monet, trzecie wyszło spod  pędzla Pierre Augusta  Renoira,  scenkę rodzajową "Dzień Wszystkich Świętych"  namalował Émile Friant, a panią z chryzantemami James Tissot. Kolejne chryzantemowe dziełko stworzył mistrz martwej natury Henri Fantin - Latour a smutny obrazek ze staruszką Jakub Schikaneder.

wtorek, 30 października 2018

Ogrodowe podsumowanie miesiąca


Wrzesień podsumowałam  napisem "Nadal lato" , październik to "Niemal lato". Większość  miesiąca upłynęła nam w blasku słonecznych promieni, jedynie trzecia dekada miała w sobie sporą dawkę  prawdziwej jesieni. W Centralno - Polszcze kończymy jednak ten  miesiąc   pławiąc się w niemal letnich temperaturach, jakieś nieprawdopodobne jesienią stopnie na plusie  pokazuje termometr zaokienny. Miesiąc był  bardziej pracowity niż poprzednie, pogoda sprzyjała więc szczęśliwie dokończyłam cebulowanie ( no bo zaklinanie się  wrześniowe że nie dokupię cebul zaklinaniem a jak okazja była to żal przepuścić ).  Teraz zostaje mi  niecierpliwe wyczekiwanie wiosny, wyglądanie  tych  krokusów, przebiśniegów i małych  irysków. Całej tej pierwszyzny cebulowej tak cieszącej oczy  na przedwiośniu.  Oczywiście grubszych robót ogrodowych nie ruszyłam, po pierwsze nie miałam siły, po drugie w domu wyskakiwały inne sprawy wymagające mojej  uwagi.  Jednak  cieszę się z tego co udało się zrobić, z porozsadzania niektórych bylin, z posadzenia paru nówek.  Zapowiedzi przyszłego sezonu też rysują się ciekawie. Robert przysłał zdjęcia nowych irysowych siewek i  selektów przeznaczonych do rejestracji. Wyhaczyłam parę esdebiąt co to w sam raz na Suchą - Żwirową paszą.  No i przynajmniej  trzy odmiany TB które powinny zaszczycić nasz  ogród.  Mamelonowi jeszcze nie pokazałam bo w związku zn tzw. pielgrzymką do  Rzymu i przedzimowym ( he, he, he ) brakiem miejsca w ogrodzie nie należy jeszcze wykonywać kuszenia ( a jestem pewna że w przypadku jednego TB kuszenie byłoby skuteczne ). Także nie jest beznadziejnie, mimo nadchodzącego listopada, grudnia, stycznia i lutego. Taa, nie jest całkiem beznadziejnie...