piątek, 2 grudnia 2016

Szamotuły - Wielko - To - Polska

Po wyprawie późno listopadowej do Tatiego i Przyległości siedzę uziemiona prze świeżo sprezentowaną przez siostrzeńców "infekcję dziecięcą" i odgrzebuję podróżnicze zaległości ( znaczy porządkuje zdjęcia i w ogóle ). Odpowiednie zajęcie dla chyrchającej i mówiącej czymś co przypomina "skrzekliwy bas" ( określenie Małgoś  - Sąsiadki  ). Starannie obłożona kotami, z herbatką z wkładem zasiadam przed kompem i produkuje -oto wpis o wycieczce szamotulskiej.


Do Szamotuł nas zagnało tuż po wyprawie  do  Tajemniczego Kraju Tajojów, taki wypad na Zachód został uskuteczniony. Wielko - to Polska jak mawia coolega Sonaj została obrana jako cel podróży,  i to taka  Wielko - to - Polska bliska stolicy regionu Poznania. Najprawdziwsza z Wielko - to - Polsk. Pretekstem, jak prawie zawsze zresztą, było odwiedzenie szkółek - nasz stary numer wykonywany z Mamelonem przy pomocy  Sławka nagle chętnego do  wożenia  naszych tyłków paręset kilosów od  Odzi. Prawda zaś była taka  że my podróżniczo z Mamelonem po Tajojowie pobudzone a Sławencjusz z lekka o nasze wojaże zazdrosny, własnej wyprawy spragniony. Szkółki owszem, przydałoby się akurat odwiedzić  ale ten "akurat" temat podróży to my mamy zawsze "ograny" i powiedzmy jasno - tak,  niekiedy odwiedzenie szkółek jest tylko przykrywką do  wypraw tak sobie, w świat. Lubimy się szlajać po kraju i nie tylko po kraju! Mamy źwierzęta więc wyprawy  nie są długie, są za to intensywnie przeżywane.

Szamotuły  to dla mnie głównie Zamek Górków i wszelkie  ekspozycje mieszczące się w obrębie zabudowań tzw. zespołu zamkowo - parkowego. Mile wspominkuję ekspozycję etnograficzną, zajmującą sporo miejsca w zbiorach muzeum płacowego. Mieści się w dwóch budynkach - oficynie i wieży, sam zamek od etnografii wolny, co akurat nie czyni  go bardziej godnym zwiedzania. Co prawda  ekspozycja etnograficzna nie jest tak naturalna jak ta dworkowa w Suchej, ale  jest porządnie , po wielkopolsku zrobiona. Oczywiście kuchnia nr 1 listy przebojów, choć w tym wypadku  kuchnia to nie osobne pomieszczenie a tylko wygospodarowany kąt w jednej izbie ( to tak muzealnie bo z tego co mi wiadomo to region był zasobny, przez ponad sto lat po prusacku  zarządzany, co nie zostało bez śladu  w gospodarce wielkopolskiej,  więc  domy jednoizbowe to nie była powszechność ).

W kuchni  mnóstwo sprzętów które jeszcze pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Pojemniczki na sól i mąkę wiszące na ścianach przypominają mi te które wisiały na ścianach kaszubskiej kuchni Frau Małgosi, pani u której przechowywano mnie  "za młodu", kiedy rodzice  pracowali a w przedszkolu szalała świnka albo inna odra.  Żeliwna waflownica, rozgrzewana na gorącej "placie" to także miłe wspomnienia podwieczorków na których wafle oprószone cukrem pudrem w towarzystwie "Pfefferminz" lądowały na stole. Czasem do parzonej dla dzieci mięty zamiast wafli były "szneki" albo "kuch z glanzem" - ech, lube wspominki. Kiedy  Frau Małgosia dostała elektryczną waflownicę z Niemiec stara powędrowała do "brudnej izby", ale jak twierdziła Frau "Fajbiszka" ( piękne spolszczenie niemieckiego nazwiska ) wafle z elektrycznej waflownicy nie umywały się do tych z żeliwnej. Normalne, w XIX wieku gdy nastały kuchnie węglowe wśród smakoszy pieczystego można było usłyszeć narzekania że pieczyste z pieca węglowego to już nie to samo co takie prawdziwe,  pieczone na otwartym palenisku opalanym drewnem.

Pieca tak zbudowanego jak ten w Szamotułach  i użytkowanego,  z lat dzieciństwa nie pamiętam, ale budowane piece zawsze robiły na mnie bardzo pozytywne wrażenie, podobały mi się zdecydowanie bardziej niż "westfalki" czy gazowe kuchenki moich rodziców i dziadków. Moim zdaniem bez  wbudowanego pieca kuchnia wygląda na tymczasową, jakaś forma kuchni polowej to jest a nie kuchnia domowa, centralne miejsce domu. Takie to zacofanie we mnie tkwi nieprzystające do dzisiejszego stylu życia, szybciutkich posiłków, pichcenia zminimalizowanego do parunastu minut, przyjmowania gości w necie i tym podobnych znamion czasu.  Niestety piec  po muzealnemu zimny, pięknie wybielony i bez śladów okopcenia. Nie jest to niestety tylko  wielkopolski porządek, to  muzealność czuwa - ten piec jest martwy! Żelazka z duszą nie pomogą, baniaczek wody niby grzanej nie pomoże, ziółka suszące się nie sprawią że piec ożyje - piece i kominki ożywia tylko ogień, o czym najlepiej świadczą  paleniska w Suchej, nadal karmione drewnem. Lepiej zawiesić więc oko na tej części izby "od parady". Łóżko z poduszkami należycie ułożonymi jedna na drugiej, ustrojone w hafty i nie tylko "ślubne serca" w ramkach, skrzynie  przykryte czerwono - czarnymi pasiakami, święte obrazy i  figury ustawione na domowym ołtarzyku. Jezusy, Matki Boskie i stada aniołków gapiących się z oleodruków, od czasu do czasu jakiś święty się trafi. Wynosić z tego należy że w szamotulskich izbach znaczy było pięknie jak w kościele i opatrzność nad wszystkim czuwała ( taa, przed okiem wiecznie patrzącym uciec trudno, a jeszcze palec Jezusowy napominająco serce Jezusowe wskazywał ). Poczułam jakąś magię, "Półbaśnie" Nowaka mi się czkawką pamięci wróciły, mimo muzealności wszędobylskiej i nachalnej z izby szamotulskiej wyłażącej


Spokojnie zniosłam ekspozycję typu warsztat tkacki, kuźnia i stolarnia i dopiero  przy zdjęciach okolicznych wsi i ich  mieszkańców z różnych dziesięcioleci ubiegłego wieku oraz przy  figurze św. Walentego z Jastrowa, pięknie różami z papierowej krepy przystrojonego ( niestety jakoś to obcięłam ) znów mnie magia półbaśniowa wzięła w posiadanie. Tak tym czarodziejstwem chłopskich  bajań przesiąknięta wolnym kroczkiem polazłam do gotyckiej baszty, jedynej "prawdziwej" części szamotulskiego zamku. A w baszcie stroje szamotulskie, jedwabnice i poszywane na tiulu czepce. Czepce wielkopolskie są prześliczne, delikatne i  trudne do zachowania, jak i należytej ekspozycji. Wykonane były z greży jedwabnej ( przędzy klejonej, nieskręcanej ), oraz organzy ( cieniutkiej, prześwitującej tkaniny.  która swoją nazwę zawdzięcza leżącemu na jedwabnym szlaku turkiestańskiemu miastu Köneürgenç czyli Stary Urgencz, wzrosłymu na pradawnym - chyba starszym od Rzymu - mieście będącym najprawdopodobnie stolicą legendarnego państwa Chorezm ). Tkanina i przędza z tych delikatesowych, zatem kiedyś czepiec  tani nie był i świadczył o pozycji głowy, która go nosiła. Z czasem tkaniny zrobiły się mniej delikatesowe, rewolucja przemysłowa pozwoliła zakładać czepce na włościańskie głowy. Ale napracować się nad należytym  wyglądem czepca  trzeba było. Koronka fabryczna spospolitowała się w pospolitych strojach niższych warstw społecznych w mieście, na wsi  jednak pracowicie ślęczano z igłą i dziubdziulono wzorki na organzie czy jedwabnym tiulu - te wyroby nie miały nic wspólnego z masówką z jakiej szyto miastową  odzież. Na białych delikatnych tkaninach wyrastały subtelne białe kwiaty, gwiazdki, pajączki, "dziurki obrabiane". Czepiec szamotulski musiał mieć denko, tiulki ( często rurkowane na patyczkach )  i wiązania oraz pasek jakiejś konkretniejszej tkaniny  łączące pajęcze denko z resztą konstrukcji. Krochmaliło to się solidnie. Mężatki opasywały czepiec zwiniętą jedwabną tkaniną ( to właśnie owa tajemnicza jedwabnica ), a panny nosiły na głowie nieco skromniejsze ustrojstwa. Do tego wszystkiego tiulowe kołnierzyki, fartuszki zakładane na niebieskie zapaski,  - jedna wielka zwiewność tego kobiecego stroju ludowego. Żadne tam ciężkie wełniane pasiaki, czy tybetowe  spódnice drukowane w "kfiotki". Oczywiście wszystko  "od parady", codziennym nakryciem głowy była po prostu chustka a ubiorem zwyczajnym, na dni powszednie proste spódnice i koszule, gorsety i fartuchy z grubego lnianego płótna  - no w batystach, organzach i tych tiulach do chlewika?!  Stroje  szamotulskie to niejedyna atrakcja  wieży ale najpierw trochę o samym budynku  i związanych z nim podaniach.


Na dzień dobry Czarna Halszka, najsłynniejsza lokatorka wieży. Trochę to wszystko z jednej strony niedopowiedziane a z drugiej przejaskrawione. Widząc dzisiejszą samotność wieży moglibyśmy sądzić że  Halszka wyleciała z zamku i została osadzona w samotnej wieży za krnąbrność, zakazane "mniłości" i posiadanie zbyt dużego majątku. Taa, brakuje jeszcze smoka! To nie było tak. Wieża jest najstarszą częścią zamku, mury gotyckie moi Kochani. W czasie w którym Halszka w wieży mieszkała  zamek składał się z murów obronnych z narożnymi basztami i wieży mieszkalnej. Tak, tak.
W ogóle z zamkiem  w Szamotułach jest spore zamieszanie, wg. niektórych źródeł Szamotuły miały pecha i mieszczanie mogli "cieszyć" się obecnością dwóch zamków. Galimatias powstał dlatego że Szamotuły zmieniały lokację, były Stare były Nowe, jakieś Świdliny - Ostrówki, Osówki się w pobliżu pałętały. W średniowieczu zamki drewniane stawiano, nasze wyobrażenie że zamek  to tylko murowany jest błędne. Oczywiście z drewnianych zamków mało co zostało, ślady wałów ziemnych czy cóś w tym guście. Zamek murowany, czyli jakieś  mury obwodowe i baszty pojawił się dopiero w XV stuleciu. Halszka zatem nie mieszkała za karę w wieży tylko w budynku murowanym zamku, zamek Górków dopiero rósł. Elżbieta Ostrogska znana  później jako Halszka urodziła się w 1539 roku jako owoc związku córki Andrzeja Kościeleckiego ( lub też naturalnej córki Zygmunta  Starego, he, he ), Beaty Kościeleckiej i księcia  Ilii Ostrogskiego. Jak to z tym ojcostwem Starego Zygi było nie do końca wiadomo, ale plotka XVI wieczna głosiła że Kościelecki był listkiem figowym dla amorów króla. Po mojemu to chyba nie tak. Domniemana babka Halszki Katarzyna Telniczanka wszak urodziła królowi troje nieślubnych dzieci bez żadnego listka  figowego a człowieka który trzymał kasę całego królestwa poślubiła dopiero w roku 1509, kiedy królowi zdrowo już uczucie wychłódło. Plotka miała jednak twardy żywot i Beata do końca życia była  brana za córkę króla a jej córka za królewską wnuczkę. Ze strony księcia Ilii  było tzw. pochodzenie od Ruryka, legendarnego władcy Rusi ( co oznacza że późniejsi rosyjscy carowie uważali ten ród za kuzynów dalekiego stopnia, he, he ). No  Halszce bardzo wysoko się urodziło.

Wysoko urodzona panienka z prawdziwe książęcą krwią i domniemywanym królewskim pochodzeniem miała kasy jak lodu. Przypadł jej cały majątek  księcia  Ilii, nie dzieliła go z  żadnym innym dzieckiem książęcej pary z tej prostej przyczyny że innego dziecka nie było. Podczas turnieju rycerskiego będącego uatrakcyjnieniem wesela książęcej pary doszło do wypadku, potykający się z Zygmuntem Augustem Ilia spadł nieszczęśliwie z konia. Przeżył ale swej córki już nie poznał, zmarło się biedaczynie parę miesięcy przed jej narodzeniem. Zaczęło się znaczy niezbyt tego, a potem było jeszcze bardziej nieciekawie. Duża kasa odziedziczona po tatusiu przyniosła  Halszce same kłopoty - najpierw mateczka uzależniła córkę od siebie w sposób który budził zdziwienie w XVI wieku, w czasie kiedy rodzice zarządzali życiem swoich dorastających dzieci, potem opiekunowie Fiodor Sanguszko, Wasyl Ostrogski oraz sam król,  Zygmunt August zaczęli się wtrącać w wybór małżonka dla  Halszki ( specjalna ustawa została pod małżeństwo Halszki "skrojona" na Litwie ), a kiedy pojawił się wreszcie kandydat, Dymitr Sanguszko,  którego Halszka darzyła uczuciem i który sam ją uczuciem darzył to zrobiła się z tego  chryja w stylu latynoskiego serialu.

 Porwanie, ślub z odpowiedziami udzielanymi w zastępstwie panny młodej, potem interwencja króla, interwencja przyszłego cesarza, sądy na posiedzeniu których nikt się nie pojawił, ucieczka młodej pary do Czech a tam zabójstwo młodego Sanguszki dokonane przez ścigających go wysłanników króla. Poruta po całości. Potem było równie paskudnie, król wydał  Halszkę za Łukasza Górkę, kierując się głównie własnym interesem. Halszka podczas drugiego ślubu niby przemawiała sama ale tak żeby  król i mateczka byli zadowoleni ( mateczka nie była tak do końca usatysfakcjonowana, trzeba jej  było siłą pierścień rodowy potrzebny do zaślubin z ręki ściągać ). No dziewczynina dość bierna była, rzucały nią te wichury dziejów. Małżeństwo z Górką było non consumatum,  papierowe znaczy. Beata mateczka wzięła sprawy w swoje ręce, wykorzystując nieobecność  Górki i zajęcie się króla wojną inflancką wywiozła córkę do Lwowa. Król się wściekł, zarządzono  oblężenie klasztoru w którym  schroniły się dwie kobiety a Beata znalazła wyjście z  sytuacji -  po raz trzeci Halszka, w tym po raz drugi z rozkazu mamusi stanęła na ślubnym kobiercu. Tym razem  troskliwa mamusia dopilnowała dopełnienia obowiązków małżeńskich i Siemion Olelkowicz został trzecim mężem Halszki "w pełnym wymiarze", że się tak wypisze. Na wiele to się nie zdało, król stwierdził że "to się nie liczy" i  Halszka wraz z posagiem ( a właściwie posag wraz  z Halszką ) wylądowali u Górki w Szamotułach. Górka postanowił z Halszki nie spuszczać wzroku i śledził każdy krok żony ( znaczy posagu ) ograniczając jej możliwość podróżowania ( odwiedzała Poznań i dobra Górków pod czujnym okiem strażników ). W wieży zamknięta nie została, po prostu tam mieściły się jej apartamenty. Dzieci z tego związku nie było, ponoć Halszka dotrzymywała wierności temu mężowi z małżeństwa co  się "nie liczyło". Oficjalnie występowała przy Górce jako żona, wygodnie i spokojnie sobie żyła, nie wplątywana w awantury. Mieszkała w Szamotułach do 1573 roku, kiedy to Łukasz Górka oddał ducha. Jej  trzeci nieuznany przez króla mąż nie żył już od roku 1560, mateczka miała własne problemy małżeńskie ( Beata poślubiła Olbrachta  Łaskiego, który naprawdę uwięził ją  w skrajnie trudnych warunkach w swoim zamku w Kieżmarku, rzecz jasna zaraz po tym kiedy Beata przepisała na niego swój majątek ). Kiedy została wdową po Górce miała zaledwie 34 lata, jej szansę na kolejne zamążpójście były znacznie większe niż te polskiej infantki Anny Jagiellonki ale Halszka wybrała wdowieństwo ( czemu się nie ma co dziwić ). Osiadła w Dubnie, w majątku stryja, gdzie zdaje się była kochana przez rodzinę. Nieszczęsny posag wrócił do  Osrtrogskich, Halszka zapisała cały majątek rodzinie. Lata spędzone w Szamotułach wcale nie były najsmutniejszymi w jej życiu, opowieści o uwięzieniu w baszcie, maskach na twarzy i tak dalej to  tylko wytwór romantycznej wyobraźni  i przetworzenie ludowych podań o "księżniczce co nie chciała męża". Halszka miała znacznie cięższe życie z własną, charakterną mamusią.

 Po Halszce w Szamotułach nie zostało nic, w jej komnacie stoi sobie manekin w sukni w stylu "Jak kostiumolodzy teatralni  wyobrażają sobie strój kobiecy w epoce renesansu" i tyle. No ale za to są inne ciekawe zbiory. Na dole wykopki archeo, na  górnych piętrach codzienna historia Szamotuł, taka bez zadęcia.  Na mnie największe wrażenie  zrobiły judaica  i przepiękna  szesnastowieczna rzeźba  Chrystusa, świetnie wyeksponowana. Zamek  Górków należycie odbudowany, po wielkopolsku czyściutki i porządny wielkiego ach nie wywołał, ot takie sobie muzeum ( choć współczesny gobelin z damami ukazanymi w duchu prerenesansu włoskiego zapisał się mile w mej pamięci )



 Największą atrakcją szamotulskich zbiorów zamkowych okazał się zbiór rosyjskich ikon z drugiej połowy XVIII i  XIX wieku. Pantalejmony, Nikolaje i Jewdoksje, wszyscy wpatrujący się w niewidoczne dla innych byty, z dłońmi zastygłymi w tajemniczych gestach, które tylko biegli w ikonicznym piśmie są w stanie rozszyfrować. Złote tła na których pasą się stada z biblijnych przypowieści, motywy wypukłych zdobień rodem z Bizancjum, delikatne ślady pędzla mistrzów z Palechy. Prawdziwa wschodnia uczta dla oczu z zamku położonym w zachodniej  Polsce. Mamelon i ja, świeżo po Grabarce, zdumione tym prawosławiem zalęgłym się w Wielkiej - To - Polsce, wpatrywałyśmy się w twarze wielikomuczenic, swiatych i celitieli wspominkując wschodnią ekskursję i dreszczyk mistycyzmu który nas dopadł przy słuchaniu wschodniej liturgii. Odkryłyśmy właśnie typ ikon z przedstawieniami wszystkich świat prawosławnych i widząc znaczną ich ilość wśród "szamotulskich" ikon poczułyśmy znajomą już nam, chęć rozwikłania zagadkowych przesłań niesionych przez pisane obrazy. Ot, tajemnice Wschodu. Długo jednak wśród ezoterycznych bytów przebywać nie mogłyśmy, żołądki przywołały nas do rzeczywistości. Kolejne wzniosłe uczucia opanowały nas dopiero nad talerzami pierogów w Obornikach Wielkopolskich. Owe wytwory zdaje się rodzinnego przedsiębiorstwa, sprzedawane w jednej z kamieniczek przy obornickim rynku, były tej klasy że zwyczajne mlaskanie nie wystarczało. Po prostu genialne pierożki! Rzecz jasna pierogarnia oblegana przez miejscowych, widać wszyscy spragnieni uczuć wyższych powstałych nad prozaicznym talerzem z pierogami, he, he.






piątek, 25 listopada 2016

Słoneczny listopad i starcze utyskiwania


Słoneczny listopad, cud miód i malina. Przycinam w ogrodzie krzewy do bólu ( znaczy one radykalnie cięte a mnie ręce bolą ), sadzę ostatnie  doniczki z przyszopia i ostatnie przybyłe późno róże ( 'Constance  Spry' zawitała do różanki podokiennej ), znaczy sezon jakby jeszcze trwa, taki półgwizdkowy i nie całkiem prawdziwy ale co tam - grunt że w ogrodzie człowiek jeszcze choć trochę się porusza. Dobrze że z różami przyjechał różany krem do rąk, niby tnę w rękawicach ale odgniotki od nożyc i sekatorów się robią, nie ma lekko. Ręce smaruję łącząc "pielęgnacyjną" akcję  ( tak naprawdę to akcja ratownicza ) z aromaterapią. Niucham te damasceńskie wonie jakimi jadą moje dłonie i marzę o  czerwcowym kwitnieniu róż, łagodnym ciepełku dom i całą ogrodowość przenikającym  i kotach wygrzewających się na swoich parapetowych stanowiskach w popołudniowym, nieparzącym słoneczku. Znaczy jeszcze jesień się nie skończyła a ja już z utęsknieniem wyglądam  wiosny i lata.




Z tej tęsknoty za cieplejszymi porami roku urodził się  plan wyjazdu do miejsca gdzie temperatura rzadko kiedy zbliża się do zera, tzw. Ciepłe Kraje mnie i Mamelonowi się  wyśniły podczas deszczów i śniegów pierwszej połowy listopada. Co prawda ciepłość  w porze w której zamierzamy Ciepły Kraj odwiedzić jest taka mało upalna czy tropikalna, jako już starszawe rury nie cieszymy się z +38 w cieńku i wilgotności powietrza 98% . To przez to że my generalnie lubimy łazić, a najlepiej się łazi paniom na  wpół starszym w temperaturze około 20 stopni Celsjusza. Cóż, nie dla nas czar basenów w cieniu palm i chlanie w nich drinków z parasolką, Karaiby odkładamy na czas kiedy będziemy poruszały się o kulach czy przy wsparciu chodzików. Co prawda w basenie zanurzone będziemy raczej  wówczas chlały nie mojito zagryzane mango ale herbatki na trawienie zagryzane tabletkami na artretyzm, no ale "wypoczynek stacjonarny"  w takiej "wiekowej" sytuacji pewnie będzie  jedynym mającym szansę na realizację ( no chyba że szczęśliwie zrobi nam się na starość  jak się zrobiło  Leni Riefenstahl i zaczniemy nurkować z obiektywami ). Jednak póki sił będziemy dreptać, wybierając miejsca i pory roku w których  to dreptanie nie zamieni się w czysty masochizm. Ma być ciekawie, w miarę ciepło i inaczej niż  jest w domu.




Polecimy samolotem, zgodnie z najnowszymi  tryndami "intelektualnymi" interneta będziemy śledzić jak masoni sztucznie zakrzywiają przestrzeń usiłując wmówić stadu inteligentnych inaczej że Ziemia jest kulista. Ale  inteligentni inaczej swoje wiedzą, ziemia jest płaska jak linia wykresu aktywności niektórych miejsc w mózgu u inteligentnych inaczej i nie ma że nie ma. To jest oczywista oczywistość, pisane było a słowo pisane jest święte dla durni, nawet jeżeli autorem pisanego jest inny dureń. Zalewa nas obecnie takie morze głupoty że przewiduję za jakieś  dwadzieścia lat umieszczanie przed urnami wyborczymi prostych zadań logicznych w celu przesiania elektoratu ( wszak już istnieje grupa ludzi dorosłych, którzy ze względu na stan mentalny nie mają pełni praw obywatelskich ). Okropne ale jak tak dalej pójdzie to będzie konieczne, bo różne niedemokratyczne struktury będą radośnie wykorzystywać idiotów. Z drugiej strony socjologowie biją na alarm bo ponoć ci którym się w życiu udało nie odczuwają już zobowiązań wobec tych 15 - 20%  którym się w życiu nie powiodło i którzy w każdym społeczeństwie w takim stosunku procentowym istnieją jak ten wyrzut sumienia. To podobno dlatego ta obojętność że obecnie  awans społeczny w dużej  mierze zawdzięcza się możliwościom intelektualnym, a za te nie ma kogo przepraszać ( to nie ziemia dziedziczona po przodkach, czy kasa  której się samemu nie zarobiło ). Mam nadzieję że różnicowanie społeczeństwa nie pójdzie tym kluczem, brzydko pachnie mi taka "lepszość". To że się komuś w życiu tak a nie inaczej ułożyło nie zawsze zależy  tylko od "intelekta"  i takie upraszczanie świata raczej wskazuje że upraszczający sam ma z myśleniem problem. Ech, współczesność nasza  cholerna. Jak by nie żuć zawsze ością w gardle stanie.







A w ogóle  mimo tego słoneczka co przygrzewało  znowu mnie starość dopadła.  No nie jest jeszcze tak źle że dowcipów nie rozumiem, ale po kręceniu nosem na lektury "zaczło się"  kręcenie nosem na muzyczkę - coraz ciężej mi przychodzi słuchanie tzw. music pop. Już raz coś takiego miałam w czasach hegemonii rapu ( jak dla mnie istnieje ledwie parę dobrych  płyt tego nurtu, a poza tym nie każdy czarny gangster umie śpiewać, podobnie jak nie każdy biały  bandzior to mistrz pióra - ideolo i kasa udupiły tę muzykę rodem z funk jak zawsze zresztą się dzieje z nowym co to szybko populrnieje ). Usiłuje słuchać nowszych prodakszyn i zaczyna do mnie docierać że ja w ogóle nie kumam, tzn. nie czuję. Wniosek - albo mam  atrofię połączeń odpowiedzialnych za przetwarzanie wrażeń dźwiękowych ( emocje mi siadają, bo słuch dobry ) albo wzorce tak mi się utrwaliły że nie jestem w stanie łyknąć niczego nowego. To co mi się podoba  to utwory ludzi niewiele  młodszych ode mnie, w moim wieku albo jeszcze starszych. O żesz, dopadło mnie jednak tetryczenie! Stąd może te narzekania na współczesność ( podejrzewam że liczba idiotów  od lat utrzymuje się na tym samym poziomie, po prostu ja teraz wyraźniej dostrzegam ich obecność, taka starcza nadzwroczność, z dopalaczem w postaci neta ), brak łatwo osiąganego "zaangażowania emocjonalnego", pojawiająca się kassandryczna pewność co do obrotu niektórych spraw ( to niestety umacnia moje wybujałe ego, choć "pożyteczny idiotyzm" to nie jest stan w którym chciałabym się znajdować ) i niestety towarzyszący temu pojawianiu się cynizm.  Staroruryzm atakuje na całego! I jak tu się zdobyć na łagodną  akceptację przemijania i odnaleźć te radości wieku dojrzałego?


Wydaje mi się że receptą na atakujący staroruryzm może być tworzenie. Czegokolwiek - ciast, robótek, grafik, przestrzeni życiowej. Zazwyczaj poczucie tworzenia mam przy pracach ogrodowych ( Alcatraz jest wymagającym "tworzywem", jeżeli można tak o kimś żyjącym napisać ), niestety teraz doopa z powodu nadchodzącej zimy. Ciasta i ciasteczka? - Ciotka Elka by mnie ubiła za odebranie sobie możliwości szaleństw cukierniczych ( w końcu ile ciast można degustować, znaczy pożerać? ). Robótki druciarskie? - co bym nie robiła zawsze wychodzi z tego zwierzak. Grafiki? - dostałam kalendarze od dziewczyn, nawet się nie przymierzam bo robią to tak jak ja bym nigdy nie była w stanie zrobić. Zostaje mi przestrzeń życiowa. Na malowanie chałupy obecnie brak mi sił ale sobie ustawiam różne dekory z moich zbieractw, których potem to dekorów zawzięcie pilnuje przed ciekawością kotowatych ( Felicjan osiągnął kolejny etap Samego Zła ). Może mało ambitnie ale zawsze cóś. Dziś dla Was trochę agatowych mgławic i kosmosów, świeczki płonące prawie andrzejkowe ( boszsz... jak pięknie pachnie prawdziwy wosk i jak szkoda że mam tak mało woskowych świec ) i resztki jesieni z ogrodu. A ja sobie wracam do  słuchania "Under pressure" i tym podobnych staroci z czasów gdy  gwiazdy  muzycznej sceny mogły sobie pozwolić na posiadanie  niemal  karykaturalnego tyłozgryzu bez ryzyka utraty uczuć fanów ich muzyki.

niedziela, 20 listopada 2016

Jak nie zakładać oczka wodnego



Dawno, dawno temu, w zamierzchłej przeszłości czyli jakieś naście lat nazad, marzyło się piąknej i  grubej książniczce wypasione równie jak ona ( książniczka do dziś ma  problema z rozróżnianiem co jest wypasione a co opasłe ) oczko wodne. Era była przedpotopowo - przednetowa i książniczka pragnąca się dokształcić w dziedzinie oczkownictwa wodnego była skazana na przeglądanie ogrodowych czasopism i książek poświęconych ogrodnictwu. Książniczka dowiedziała się mnóstwa pożytecznych książkowych rzeczy całkowicie niepożytecznych przy urządzaniu realnego oczka wodnego i nie dowiedziała się niestety o rzeczy podstawowej ( nie dowiedziała  się bo nie chciała, no i tak naprawdę to właściwie  zapomniała, bo czasy akwarium skończyły się dla niej dawno, dawno, temu wraz z zejściem z tego świata jej ostatniej rybki cierpiącej na gówniany system odporności ) - małe bezdopływowe środowisko wodne wymaga nieustannej kontroli człowieka bo szybko może przestać być  środowiskiem wodnym. Im środowisko mniejsze tym kontrola powinna być częstsza. Znaczy niby w książkach i czasopismach cóś tak w tym guście stało ale nie było wydrukowane drukiem neonowo błyszczącym i czcionką którą by  oczy z tzw. zaćmą dojrzałą dostrzegły.

No nie było to wołami napisane tuż pod tytułem, na pierwszej stronicy, tylko gdzieś tak drobnym druczkiem ukryte przemyślnie pisało za tak istotnymi dla oczka  problemami  jak wodospady i nocne podświetlenia i książniczce chcącej bardzo  zaoczkować udało się sobie samej wmówić że to są naprawdę mało istotne pierdoły. Książniczka na wpółuświadomiona błądziła podczas kiedy wydawało jej się  że zmierza prostą drogą do wymarzonego celu - w miarę naturalistycznego oczka wodnego.
Kiedy  książniczka rozpoczęła budowanie oczka wodnego na dzień dobry napotkała problem. Oczko było w miejscu starannie wybranym przez książniczkę,  odpowiednie nasłonecznienie umożliwiające uprawę grążeli czy nenufarów, odpowiedni widoczek ogrodowy i jeszcze parę innych "odpowiedniości". Jednak jednej odpowiedniości nie było, książniczka mogła była sobie zafundować gliniankę gdyby nie to że w glinie znajdował się żwirek  ( cholerstwo jak rzadko, wody taka  gleba nie trzyma a żwirek uniemożliwia współpracę z folią - dół musi być głęboki bo piaskować solidnie trzeba ). Książniczka coś tam sobie zaczęła przypominać że mieszka koło wzgórza morenowego, z tym że nawrót pamięci to tak ją złapał jak dół miał już 3 x 4 x1 a zakupiona folia jak ten wyrzut przyciągała wzrok rozłożona na Tyrawniku. Kopaliście kiedyś w glinie ze żwirkiem? Cudowne przeżycie!

 Przyjaciółka książniczki daczesa Pabasia rzekła do niej "Jej Obłość pozwoli że zauważę, ze srà się Madamme a dziurwy nadal nie będzie" i książniczka zrozumiała  że do pogłębiania wykopu oczkowego będzie zmuszona zatrudnić chłopstwo. Szczęśliwie chłopstwo się znalazło, nie odmówiło książniczce ( choć były jakieś tam mamrotania jak  glinę zażwirkowaną zobaczyło ) i dół został w całości zaplanowanej wykopany ( z trudem i złamaniem szpadla ). Potem oczywiście piaskowania, podmurowywania ( książniczka miała wyrafinowaną koncepcję że lustro wody będzie miało barokowy kształt ) i położono folię kupioną za ciężką kasę. Książniczka zaczęła układać na folii zgodnie ze sztuką jakieś tam  kamory przytrzymujące, potem nalała do foli wody by stwierdzić że jej lustro dziwnie się obniża, potem była rozrywka pod tytułem gdzie jest przeciek ( nie ma to jak fête galante ), potem kamienie i znowu woda, potem ohydne kosze które miały roślinom uniemożliwić rozrastanie się, sadzenie i właściwie oczko było gotowe. No było i kompletnie nie podobało się książniczce - fujoza a nie wymarzony stawek! Książniczkę wzięło i wzdrygnęło jak zobaczyła przebijającą przez  toń przejrzystą jadowitą zieleń folii, mało nie womintnęła na widok pałętających się wszędzie wokół oczka granitowych okrąglaków przytrzymujących folię . Tragizm z tego oczka wyzierał, tragizm!

Książniczka wzięła sprawę na ambit - to się wszystko jeszcze da naprawić, zrobię skarpkę, tak podsadzę, tu walnę tatarak a tam trzcinę i jakoś to będzie. Książniczka znaczy postanowiła załatwić sprawę za pomocą jeszcze większej kupy okrąglaków ( poszła na całość, skarpka taka prawie na metr wysoka, to się nazywa zrobić kupę ) i całej masy roślin ( wicie rozumicie - szum sitowia, wiatru wiew itp. ). Przez jakieś dziesięć minut czasu ogrodowego ( ludzkie pół sezonu ) książniczce wydawało się że jest cool i jeszcze moment a zacznie gonić kormorany. W oczku pozalęgały się różne istoty, najpierw przylazły komary a za nimi znacznie milsze dla ludzkiego oka ważki. Potem książniczka przyuważyła żabę i doszła do wniosku  że czas na rybki pluskające się w stawku. Rybki takie chamskie zakupiła, żeby zimę wytrzymały ( oczko głębokie więc woda nie zamarza do końca i rybki dzięki takiemu urządzeniu jak pływaczek najeżony słomkami były należycie dotleniane ). Niestety książniczka  nie wzięła pod  uwagę instynktów łowieckich młodego kociego księcia Wiktora. Książe co prawda zachował się godnie, uszanował uczucia książniczki i upolowane rybki zżerał na podwórku sąsiadów ( książę był naprawdę dobrze wychowany, miał tylko te  nieszczęsne kocie narowy - polowanka i  wyjścia wielodobowe na łajdactwa ) ale książniczce zasmuconej znikaniem wodnych stworzeń nie przynosiło to wielkiej pociechy.





Książniczka doszła po pewnym czasie do wniosku że kupowanie nowych  rybek nie ma sensu, chyba że chce dokarmiać księcia Wiktora żywiną ( książę mimo wielokrotnych próśb książniczki o darowanie rybkom życia postanowił nadal czynić kocie zło, był złośliwie głuchy na wszelkie książniczkowe perswazje, ba rozkokosił się i usiłował prześladować żaby i namawiał do tego zła księciunia  Lalencjusza ). Książniczka zasmucona pogodziła się z tym że rybki już w stawku nie zapluszczą i postanowiła traktować oczko jako jeszcze jedną rabatę w ogrodzie, znaczy oczko miało być głównie roślinne, zwierzątka zalęgały się w nim przy okazji. Mimo tego uroślinnienia oczka książniczka mogła nadal obserwować przy tej wodzie jaką to suką jest Matka  Natura, normalnie wodopój na afrykańskiej sawannie z drapieżnikami czyhającymi na swoje ofiary. Książniczka szybko zrozumiała że jej oczko wodne to nie jest le hameau de la Reine, wyizolowane z rzeczywistości miejsce wiecznej szczęśliwości wszystkich zwierząt i roślin. Poczuła się  jak ta francuska arystokracja w chwili ujrzenia tego dziwnego, pomalowanego na czerwono przyrządu ustawionego na Place de la Concorde - zdziwiona i przygnębiona realiami życia. Nie wiedziała wówczas jeszcze że to nie jedyne zdziwienia i przygnębienia jakie ją w związku z oczkiem wodnym czekają.



W kolejnym sezonie w oczku wodnym zbyt głośny stał się szum sitowia. Cholerne trawsko cudem wydostało się z koszy i zaczęło opanowywać co płytsze rejony oczka. Całkiem niespodziewanie w oczku pojawiły się też rośliny, których książniczka nie sadziła a które najprawdopodobniej przybyły do oczka wraz z kaczkami ( książniczka biła bravo jak pierwszy raz kaczuszki raczyły wylądować w jej stawku, jak wylazły przy jego brzegu młode wierzby słowo kaczka weszło w umyśle książniczki w całkiem nowy dla niej związek frazeologiczny ze słowem dubeltówka ). Korzenie roślin zaczęły tworzyć coś co książniczka nazywała materacami, paskudna plątanina zarastająca dno oczka, genialne miejsce do kiełkowania innych, całkiem niespodziewanie pojawiających się roślin. Książniczka za którymś tam kolejnym usuwaniem tego badziewia dostała crise de nerfs i postanowiła odpuścić sobie jeden sezon motywowana walką ze swoją własną błękitną krwią, która dawała jej popalić. W następnym sezonie wściekle zarosłe bagno dosłownie rozłożyło mentalnie książniczkę. Sił biedaczyna nie miała żeby to bajoro zarosłe ogarnąć.



Książniczka poszła po rozum do głowy, postanowiła ponownie skrzyknąć chłopstwo i oczyścić oczko z wszelkich sitów, trzcin, wierzb i tym podobnych i zostawić je łyse. Nie bawić się w naturalizm bo naturalizm skończy się w przypadku tak małego zbiornika zarośnięciem bagiennym ( jak to ma miejsce w naturze z bardzo małymi zbiornikami wodnymi ). I tak będzie coroczna robota z efektami siania się różnych takich przywlekanych czy przywiewanych, obsadzanie sitami w celu zwiększenia sobie zajęć ogrodowych w wypadku wiekowej już książniczki odpada w przedbiegach. Totalne pozbycie się wody z ogrodu też nie wchodzi w grę, nad bajorem porozrastały się rodki, paprociumy i inne takie potrzebujące nieco więcej wilgoci w powietrzu. Co prawda gołe kamory nad oczkiem to nie jest to co estetycznie satysfakcjonuje książniczkę, ale ten badziew który jest tam obecnie satysfakcjonuje ją jeszcze mniej. Książniczka się pociesza jak może w najlepszym polskim stylu - "Jakoś to będzie". No właśnie jakoś, to jest to jakoś co nie przechodzi w jakość. Moje drogie Czytaczki i drodzy Czytacze, morał z tej bajeczki jest taki - lepiej wykorzystywać dary natury niż tworzyć sztuczne środowiska. Książniczka ma przerąbane i w ogóle do doopy, bo przez taki a nie inny dobór roślin skazała się na oczko wodne i będzie tego garba ze sobą nosiła. Czeka ją prędzej czy później zdanie się na usługi chłopstwa czyszczącego oczko i utrzymującego je w stanie względnej równowagi. I jak nie wprowadzą ponownie pańszczyzny to książniczka mająca ledwie tyle wdzięków ile zostawia jej nieubłaganie płynący czas i niewiele kasy ( bo książniczka jest ze szlachetnego ale mocno podupadłego finansowo rodu ) może ostać się z paskudnym bagnem zarosłym jeno równie paskudną trzciną. Trzy razy pomyślcie, potem usiądźcie na rączkach i jeszcze raz pomyślcie zanim zdecydujecie się że oczko wodne to jest właśnie to co absolutnie konieczne jest Wam do szczęścia.



Dzisiejszy wpis jest ilustrowany pracami Johna Lautermilcha, malarza z St. Louis w stanie Missouri. John studiował sztukę malowania w Washington University School of Fine Arts, którą ukończył był dawno, dawno temu ( książniczki chyba jeszcze na świecie wówczas nie było ). Książniczka najbardziej lubi jego prace "nad oczkiem wodnym", no, przemawiają do książniczki. Mam nadzieję że przemówią też do Was i kolory od "poety stawów" zapiszą się w Waszej pamięci. Po mojemu John Lautermilch to wodnik, tylko się nie przyznaje i od czasu do czasu maluje "na inne tematy" żeby nikomu nie przyszło do głowy jakie środowisko jest dla niego właściwe.


sobota, 19 listopada 2016

Piecuchowanie

No i nam się jakoś cieplej zrobiło co nie znaczy wcale że ładniej. W domu tak sobie, Dżizaas wyeksmitowany, Ciotka Elka już z lekka za nią stęskniona, Cio Mary dochorowuje zarazę przywleczoną przez Wujka Jo ( z nosa smarkopad Niagara się jej wylewał,  teraz to już jakieś tam skromne smarkopadziki płyną ), Tatuś wykłóca  się ze wszystkimi  dookoła, Magdzioł usiłuje opanować trudną sztukę krawiecką, Mamelon jeździ palcem po mapie w poszukiwaniu cieplejszych i słoneczniejszych okolic, koty zalegają, Pies w Swetrze niepokojąco milczy i nie ona jedna z resztą. No, listopad na całego - fujowy!

Przy takiej pogodzie to mało co człowiekowi się chce robić, chęcią zalegania zaraża się od kotów zapraszająco mruczących. No powinnam działać, cóś tam wykonywać a jedyne co mi się udało to nakłonienie Ciotki Elki do wypieku ciasta drożdżowego ( podstępnie skusiłam Ciotkę Elkę możliwością wywijania onego ). Czytać jakoś mi nie tego, oglądać filmideł takoż, muzyczka tylko odtwarzana mnie nie denerwuje. Spleen się rozwłóczył po chałupie, prawie że młodopolski. W taką pogodę chce mi się  tylko  zagrzebać w gawrze, łeb kocykiem nakryć, kotami się obłożyć i odpłynąć w sen, najlepiej taki o ciepłych krajach w których palmy rosą a powietrze pachnie  goździkami i inną wanilią. Słodkie kocie ciałka będą mruczeć do wtóru wyśnionej łagodnej bryzie, sprawiającej że senne ciepełko nie zamieni się w paskudny upał. Pod powiekami migotać będą słoneczne promienie,  wibrowanie kolorów, ich jaskrawość będzie cieszyć zamknięte oczy. Dyskretna muzyczka zagłuszy odgłosy deszczu, listopadowa  rzeczywistość nie wkradnie się do wyśniwanej właśnie krainy. Inicjatorzy snów w kolejności - na pierwszej fotce Felicjan z harrypotterowym znakiem na nosie ( wychodzi na to że Laluś jest Voldemortem, he, he ), na fotce drugiej  tercet egzotyczny ( Felicjan tym razem robi  za piękną Izabellę ), na fotce trzeciej Sztaflik i Szpagetka ( Szpagetka pełnym pretensji wzrokiem wpatruje się w  obiektyw ), na fotce czwartej Sztaflik która postanowiła wyglądać Bardzo Poważnie, na fotce piątej Szpagetka nadal pełna pretensji, na fotce szóstej Laluś panuje nad światem i poduszkami, na fotce siódmej Okularia odpoczywa po jakimś tajemniczym spotkaniu w ogrodzie ( Rudy był widziany w okolicy ). Na fotkach kotom towarzyszą kocyk i poduszki, pierwszorzędne składniki  gawry, na zdjęciach niewidoczne ciepełko ( takie tam różne urządzenia do ogrzewania ), no i ja w szlafroku, przygotowana do zalegania. Przystępujemy do piecuchowania.