środa, 19 września 2018

Katerina od Zaklętych Bukietów

Miał być wpis o anemonach ale właśnie mam zachwycenie.  No i co będę się zachwycać sama, dobrem trza się dzielić. Historia Kateriny  jakby z baśni  braci Grimm, nie wiadomo tak do  końca co jest bajką, co tylko prawdopodobieństwem a co najprawdziwszą prawdą  ale za to groza się czai i wygląda co i raz z tego życiorysu. Niby tak półgębkiem, nie do końca  widoczna,  jednak dobrze wyczuwalna. Kateriny nie rozpieszczało ani miejsce urodzenia ani czas w którym przyszło jej  żyć, trafia się ludziom różnie - jedni tylko  w takiej czasoprzestrzeni egzystują czy nawet wegetują a  inni ją po swojemu przetwarzają,  w nową jakość obracają świat wokół siebie.  To przetwarzanie i obracanie to właśnie przypadek  Kateriny.

Katerina Wasiljewna Biłokur przyszła na świat w roku 1900, w małej wsi Bohdaniwka, w Kijowskiej Obłastii. Ciężko dotknięta artyzmem źle  sobie radziła w środowisku ukraińskiej wsi, ponoć solidnie odstawała od  tzw. normalnych dzieci które to w wieku lat  czterech gęsi potrafiły przypilnować a nawet  młodsze rodzeństwo przewinąć ( to te bardziej  uzdolnione ). Katerina zamiast pożytecznie spędzać czas na zajmowaniu się w chwilach wolnych od prac  gospodarskich  innymi pracami gospodarskimi, zajmowała się nikomu niepotrzebnym malowaniem. Warsztat artystki musiała  sobie tworzyć od podstaw - znaczy farby pozyskiwała na ten przykład  z soku z buraków, jagód, cebuli, kaliny, ziół, właściwie wszystkiego co pochodziło ze świata roślin i dawało barwę. Pędzle do malowania również wykonywała sama i nie zawsze wykorzystywała  do tego tworzywo które na ogół  kojarzymy z pędzlami ( nie potępiajmy  biednego dziecka za pędzel z sierści kota ). No radziła sobie jak umiała, poświęcając ulubionemu zajęciu tyle czasu ile tylko mogła ukraść jako dziecko z biednej rodziny na zapadłej ukraińskiej prowincji w początkach XX wieku. Ponoć zdarzało  malować się po  nocach, po mojemu to chyba letnich bo nikt dzieciakowi na zabitej dechami wsi nie pozwoliłby świeczek łojowych marnować, o nafcie do lamp  nie wspominając. Artystyczna pasja nie znajdowała zrozumienia  rodziny, historia milczy o tym  jak się ten brak wyrażał. Cóś mnie  mówi  że nie wyrażał się w delikatnych  napomnieniach i kuszących propozycjach znalezienia innych pasji.

Ten dziecek był inny i rodzina uważała  to to  za odmieńca, którego trza będzie gdzieś upchnąć. Najlepszym sposobem na upchnięcie było  albo "pójście na służbę" albo "wydanie za chłopa", jednak Katerina jakby oporna była. A tymczasem na  świecie się działo - przyszła Wielka Wojna, potem rewolucja która jak czkawka odbiła się kolejną wojną i  nawet we wsiach pod  Kijowem koła historii jakby zaczęły się szybciej obracać, wioząc ich  mieszkańców w nieznaną, groźną przyszłość.  Na Katerinę historyczne przemiany  podziałały o tyle że  stanowczo odżegnywała się od jakichkolwiek prób upchnięcia jej w charakterze  małżonki. Zmęczona  oślim uporem rodzina w końcu odpuściła temat i Katerina mogła się cieszyć  swobodą i brakiem szacunku swojego środowiska jako  ta "wariatka co  maluje". W wieku 20 lat Katerina postanowiła zostać kimś więcej niż atrakcją typu wiejski głupek i złożyła dokumenty na uczelnię artystyczną w małym ukraińskim mieście Mirgorodzie. Ponieważ miała tzw. żadne wykształcenie a rysowanie węgielkiem i malowanie sokami roślin rozpoczęte w wieku lat sześciu nie podpadały pod edukację artystyczną jej prac nawet nie obejrzano. W związku z tym artystyczna uczelnia w Mirogrodzie nie miała szansy kształcić w swoich murach jednej z najciekawszych artystek ukraińskich.


Kto wie, może to i dobrze! Lata dwudzieste nie były dla Kateriny najłatwiejsze, była nawet próba samobójcza z jej strony ale w końcu sytuacja w domu jakoś się ustabilizowała. Dopiero lata  trzydzieste  i czterdzieste  XX wieku, tak paskudne dla Ukrainy ( Hołodomor i wszystko z nim związane, ten cały  upadek cywilizacyjny, potem  Wojna Ojczyźniana ) dla malarki okazały się być bardziej sprzyjające. Za sprawą Oksany Petruszenko, wielkiego sopranu  i rówieśniczki pochodzącej podobnie jak Katerina z równie zapadłej wiochy, dla odmiany w Charkowskiej Obłastii, prace Biłokur stały się znane szerszej publiczności. Oczywiście wszystko było podane w sosie ludowym, jak to za towarzysza Stalina lubiano. Artystka ludowa, żadna tam Panie tego, zdegenerowana sztuka. Dla samej Kateriny chyba nie miało to wielkiego znaczenia, grunt  że mogła malować.


Uwielbiała kwiaty, to one i  warzywa były  jej ulubionymi modelami. W 1954 Katerina Biłokur była już na tyle znana  że postanowiono jej prace pokazać poza ZSRR.  Na wystawie w Paryżu zobaczył je Pablo Picasso i zachwycił się  nimi nie tylko z "lewicującej  kurtuazji". Technika, cała ta  rzemieślnicza strona  malarskiej roboty, wprzęgnięta w tzw. artystyczną wizję naprawdę  robią wrażenie. Nawet Pablo od  Zasranego Gołąbka Pokoju tego nie przeoczył! Niestety na Ukrainie podobnie jak w Polszcze  wycina się  tych co odstają a tych co wystają w górę to  już musowo  trza wyciąć.  O Biłokur było cichooo jak makiem zasiał. Kiedy  odeszła w roku 1961 to  tak jakoś niezauważenie, w ciszy. Jednak z artystami jak ze zbożem, jak poleżą w ziemi to twórczość wschodzi, kłosi się i plony daje. Na początku tego tysiąclecia nieśmiało ale jednak malarstwo Biłokur przebija się do powszechnej  świadomości ( no nie jest  to Klimt kubkowy ani  Gioconda podkoszulkowa ale pojawiają się  albumy, wystawy  i w ogóle ). No i bardzo  dobrze bo nie ma  drugiej takiej artystki, która by  kwietne obrazy pisała jak ikony.

poniedziałek, 17 września 2018

Jesień idzie ale jakby letnim krokiem


Powinnam coś naskrobać ale nie bardzo jest  co sprawozdawać poza domowymi sprawami.  Znaczy  niby  sadzę cebulowe i usiłuje przywrócić drożność  Alcatrazu.  Tak dosłownie  bo  gąszcz krząszcz się rozpanoszył a pajęczysko gigant buduje sieć w tajnym  przejściu do Alcatrazu.  Ja w środku ogroda tyż bardziej w stylu śpięcej królewny sobie poczynam zamiast dziarsko kosić, ciąć i kopać jak na prawdziwego ogrodnika   przystało.  Tu przysiądę, tam mnie powieka  opadnie a jeszcze  w inszym miejscu usiłuję sama siebie przekonać że oranie w glebie mnie uszczęśliwi. Sama nie wiem czy to letni wrzesień czy starość czy też  zwyczajne lenistwo. Podejrzewam że chyba niestety ta ostatnia możliwość jest najbliższa prawdy,  znaczy leń mnie się zalągł i rozpełzł  po  organizmie. Powinnam zwalczać ale nie wiem jakie medykamenta na lenia są skuteczne.  Na pewno nie  parówki z ziół bo to trzeba lenia nie mieć żeby cóś takiego przygotować, może proszki w typie tych "z  kogutkiem", takie  do codziennego brania  a może  jeszcze co  innego? Ech, uwaliłabym się jak ta baba z brudnymi stopkami z obabrazka  Chełmońskiego i  latające pajęczaki bym podziwiała. Aura sprzyja takiej sielance,  w południe ciepło aż za choć poranki  i wieczory już jesienne.


Na warsztacie dłuuugi wpis  o anemonach  japońskich ale od paru dni jest rozbabrany, nieruszony i  robiący za wyrzut sumienia. Leń co się we mnie zalągł udaje  że  czegóś takiego nie ma,  że nie istnieje  bo w ogóle nie było w planach.  Hym... to już nie tylko ogród, leń atakuje  po całości,  znaczy wygląda że się uzłośliwił. W związku  z tym uzłośliwieniem  to może powinnam po cięższe dragi sięgnąć, na ten przykład  jakiego dopalacza jednak  łyknąć żeby  mnie odpaliło?  Choć to ryzykowne  bo  może mnie się turbodoładować i będę jak ten gościu którego przywieźli do naszej miejskiej odtrutkowni w stanie wniebowziętym.  Nie żeby schodził, nic  z tych rzeczy, on jeno ciuszki zdjął, wykąpał się  w miejskim stawiku po czym golusieńki wlazł na znak drogowy i twierdził że jest  Maryją Panną. Ponoć nawet w szpitalu długo się wykłócał że jest Matką  Boską choć tzw. płeć miał na wierzchu i personel go przekonywał że  niczyją matką z takim oprzyrządowaniem być nie może.  Co prawda nie przebił facia który jakiś czas temu usiłował po dopaleniu zgwałcić  zaparkowaną beemkę ( nisko  upadł, co innego być namiętnym dla takiego porszaka  albo merca ) ale występ został zaliczony do bardzo udanych. Cóż nie  chciałabym robić  performance'a,  ja tylko pragnę lenia w sobie utłuc. Chyba sięgnę po  herbatkę z guarany, wielki speed to nie będzie ale zawsze cóś.


Przechodzimy do fotek - to są zdziśki  ( czyli  fotki dzisiejsze ) z ogrodu i jedna poglądowa robiona w szkółce.  Na fotce nr 1 i 2 szalejąca 'Anita'. To Clematis tangutica, po paru latach w gruncie odmiana robi się  żywotna jak  gatunek.  Bardzo  sobie ją chwalę choć obecnie  pnie się nie tylko po różach. Zaatakowała berberysy, wspięła  się na karłowy  modrzew i pełznie  dalej. Fotka nr 3 i 4 to Sucha  Żwirowa wyglądająca na mocno jesienną, wicie rozumicie marcinki, trawy itd.  Na fotce nr 5 mój  nóweczek języcznik 'Crispum Nobile' a na fotce nr 6 kolejny  nówek 'Crispum Golden Queen'. Mam  słabość do  gatunku Asplenium scoleopendrium, a do grup Crispum i Cristata to słabość silną jak mało  która.  No robi  mnie się chciejstwo jak tylko widzę, ślinotok i te sprawy - aż wstyd się przyznać. Nie mogę odżałować tegorocznych sieweczek  od  Sylwika które po prostu się ugotowały  ale na fotkach poniżej są  sieweczki  które Sylwik przywiozła wcześniej. Zeszłoroczne lato i jesień były sprzyjające języcznikom i  maluchy nieźle podrosły.  W tym roku były na tyle silne że nie dały się upałom.



A teraz uwaga! Oto nowy  wymarzeniec, pracuję intensywnie nad przekazem  telepatycznym "Podziel Roślinę".  Na razie mam obiecankę, więc  zwiększę intensywność myślenia ( hym... może ja od tego intensywnego myślenia tego lenia mam, praca umysłowa wyczerpuje że ho!  ).

wtorek, 11 września 2018

Ogrodniku o wiośnie myśl jesienią!



No i  nadszedł czas  cebulkowania czyli będą coroczne utyskiwania cebulowe  w moim wykonaniu. Ogrodnicy we wrześniu rzucajo się na cebulki  wiosennych kwiatów jak Felicjan  na surową wołowinę, oczywiście ma być dużo i bardzo różnorodnie. Taa, bardzo, bardzo.  Najlepiej  to jakby udało  się Keukenhof urządzić na tych paru lub w najlepszym wypadku parudziesięciu metrach przeznaczonych pod nasadzenia cebul. Trzy cebulki, takie, cztery takie a ta to droga więc tylko jedną wezmę - tak to mniej więcej odbywają się zakupy na  stoiskach  gdzie cebule kupuje się na sztuki. Kapersujący szczęśliwie skazani są na większe ilości cebul jednego gatunku  czy odmiany.  W kapersie najczęściej cebule  odmian  wysokich  tulipanów pakowane są po pięć sztuk, tyle samo przeważnie jest cebul  wysokich narcyzów. Drobnica cebulowa pakowana po dziesięć sztuk, hiacyntowe cebule pakowane po trzy do jednej siateczki.  No fajnie, fajnie ale głównie to tak doniczkowo  fajnie - z ogrodowej perspektywy patrząc to te pięć, trzy czy dziesięć cebul  to może być  tak na rozmnożenie (  o ile mamy ku temu  odpowiednie warunki i nie marzy nam  się rozmnażanie najnowszych superhitów ) ale w ogrodzie taka ilość sadzonych cebul nie tworzy jakiegoś bardzo znaczącego nasadzenia.  W ogrodzie oczy rwą barwne plamy a nie jakieś pojedyncze kwiaty. W maleńkim przedogródku można je zauważyć ale w większym ogrodzie? W większym ogrodzie  wszystkiego potrzeba więcej, za to bezkarnie uchodzą różne eksperymenta z różnorodnością gatunków  czy odmian.  W malutkich ogrodach raczej sprawdza się cebulowa dyscyplina.  Rzecz jasna im mniejsze cebulki tym więcej ich potrzeba żeby rośliny tworzyły  kwitnące łany, trzema krokusowymi cebulkami nawet tyrawnika nie  ozdobisz.



Ja już po pierwszych cebulkowych zakupach, jak zwykle skoncentrowałam się na drobnicy. Kolejne krokusy ( Alcatraz  duży, ciągle mi  ich mało ), śnieżyczki Elwesa ( moje stare cebule tego gatunku nie rozrastają się tak  jak bym chciała  żeby się rozrastały ). Z roślin wyższych pojawiły się  tradycyjnie cebule mojego ulubionego narcyzka 'Thalia' ( w ubiegłym roku mokre lato i  wraża muszka przerzedziły mi łany, dziwna zima tyż nie pomogła ).  Przed mną jeszcze zakup czosnku główkowatego i być może botanicznych tulipków albo tulipanów  'Blushing Beauty'.  Hiacynty w tym roku sobie odpuszczam, mam ich całkiem sporo.  Może trafią mi się jakieś fajne  wczesnowiosenne irysy pod brzózki.  I tyle mojego cebulowania.

niedziela, 9 września 2018

Codziennik - niedoczasowanie



 

Niedogodnościuję  czytelnikom blogiego bo mam  niedoczasowanie. Życie mnie się toczy jakoś tak bardziej w realu, jak dopadam do  kompa to ciemnawo a ja czuje że pisanie to akurat nie jest to co mnie wzmocni albo choć  odpręży.  No i tak blog jak i ogród zostawiony na pastwę i w ogóle a ja wydaję się sobie  zestresowaną matką która wyraźnie  czuje  że bachor się robi z jej dziecięcia, bo one dziecię nie jest książkowo  chowane, należycie odstresowane a za to jest  karmione chemicznymi odżywkami co mu szkodzą na mózg i jestestwo. Hym... takie to poczucie półwiny mam ( tylko pół bo nie wszystkie okoliczności niedoczasowania są moją "zasługą" ). Co prawda miałam  wolny czwartek ale Mamelona dawno nie widziałam ( tak  z pięć dni ) i mnie do niej zagnało a raczej  z nią zagnało na  nasze ulubione lumpowisko - znaczy odstresunek był przy wysortach z lepsiejszego świata. Uwiozłyśmy łupy w skład których wchodzi kolejny krasnal dla  Wujka  Jo ( Cio Mary obiecała mi  że jeżeli na skutek  dulczenia Wujka Jo zakupię sarenkę to mam przechlapane,  kto wie czy nie  byłaby zdolna wbić mnie w tzw. anielski kostium  w stylu Cioci Dany, okrucieństwo w niej się budzi na samo wspomnienie sarenki w sam raz do krasnoludka paszącej ). Nowy krasnal jest mały i tego... ten... kompromisowy. Wykonany ze szlachetnej  glinki, coolorków szczęśliwie mu brak więc chyba nadal będę mogła liczyć na zaproszenia na kawusię u Cio  i Wujka.  Co prawda wciąż jest to ohydek ale do sarenki  mu daleko.

Mamelon szalała nabywając słoje i słoiczki, a mła postanowiła wyjść z rynku  ze szmatami  do odziewania stołów.  Nasz  ryneczek bywa szmatowo obfity  od czasu do czasu i to w sposób mła dogadzający. A to lniany obrus, a to serweta  z tegoż materiału, bywa lepsiejsza  bawełna. Rzecz jasna wszystkie szmaciane wysorty wymagajo pracy - dopieranie ekstremalne, prasowanie wyczynowe. Czasem tkanina bywa  w takim stanie że lepiej jej w automacie nie prać ( ze względu zarówno na dobro automatu  jak i tkaniny ) a czasem, Panie tego,  trafia się nówka sztuka  nieśmigana której zwykłe pranie wystarczy.  Tym razem nabyłam len cudnej urody wymagający sporego nakładu pracy i duuużej  ilości odplamiacza.  Po mojemu warto było bo jak raz pasuje do kubeczka od kłamliwego Unisława ( co to Pies w Swetrze o kłamliwość   go  podejrzewa - Unisława, nie kubeczka ).  Takie klimaty lniano - zbożowe, ciepło  polne , naturalne. Wicie rozumicie, wyrafinowana prostota czyli najprawdziwsza elegancja ( znaczy daleeeko od  glinianego krasnoludka, he, he, he ).




Drugi len mniejszych rozmiarów i prostszego splotu ma całkiem niezły coolur - zimnawy brąz o średnim natężeniu czyli walorze.  Rozmiar serwetowy czyli  80 x 80 cm, taki w sam raz do rozjaśnienia  mojego  czekoladowego obrusego, któren  jakoś tak smętnie sam w sobie się prezentuje. Na sam koniec nabywszy serwetę na widok  której  Mamelona zatchnęło - no nie mogłam się powstrzymać, nie dałam rady oprzeć się  wewiórkom, lysom, jeżusom, lejeniom, ptoszkom dzięcielnym i sówkom. Coolorki tego żakarda  to  zielony jak u  żaby   i "majowy", sama leśność.  Nie dałam sobie wyrwać z łap i triumfalnie powróciłam z nim do domu odgrażając się  sceptycznej Mamelonu urządzeniem "leśnej dekoracji". Wszystek zakup starzyźniany  kosztował cóś koło  20 złociszy a ja czuję się jakbym dorwała co najmniej bizantyńskie złotogłowia czy renesansowe florenckie  aksamity. Taka jest siła polowań! Łowcze instynkta zaspokojone i człowiek od razu jakby  w lepszej kondycji psycho -  fizycznej.




No niestety, zakup nie pomógł na niedoczasowanie. Ba, on jakby niedoczasowalność  zwiększył! Szmaty same się nie pioro a przede wszystkim same  się nie prasujo ( gupie so ). No i w związku z tym kończę niniejszy wpis bo przede mną wykręcanie ( prasowanie odkładam na jutro, jak troszki przeschną ). Dzisiejsze fotki to takie  popołudniowe migawki ogrodowe ( "cóś tam" usiłowałam ogrodowo robić ale totalnie mi  nie szło - jak zwykle skończyło się na tym że polazłam do  Mamelona usiłującej "cóś  tam" zrobić w ogródku, tyż jej  nie szło ).
P.S. Na sam koniec dla zainteresowanych ( są takowi ) fotka ekspozycji stałej na drzwiach mojej lodówki  - kocio ale nie tylko, to jest przeca lodówka w mieście Odzi stojąca, he, he, he. Po sfoconym krasnoludku to Drogiemu Czytelnictwu już niewiele jest w stanie zaszkodzić!

wtorek, 4 września 2018

Codziennik - tydzień z misją

Miało być  spokojnie i luźniutko ale jak zwykle trafiła  się misja.  Tak to już jest, nie ma co narzekać. Wędruję po  mieście Odzi w związku ze związkiem i w domowych pieleszach bywam  gościem ( znaczy przychodzę cóś kole dwudziestej ).  Mam nadzieję że misja zostanie wypełniona  do końca tygodnia bo domowe stajnie  Augiasza czeka sprzątanie przed Tatusiową wizytą ( już stroszę pióra i tak na wszelki  wypadek przypominam sobie wszelkie  akcje  w wykonaniu Tatusia typu malowanie błyskawiczne z okazji przyjazdu  naszego stryja albo przemeblirowki niby wykonywane przez rodziciela  o północy - taa, niby bo  zamiast  w pocie czółka meblować pokoje  to książki bezczelnie czytał , zupełnie jak jego najstarsza córcia, he, he, he ).

Czasu na ogród nie ma i to mnie martwi, choć może nie powinno.  Nie powinno bo cóś moje działania ogrodowe  się ostatnio  nie  udają, na ten przykład bardzo martwi  mnie przesadzona  palczatka. Oj, źle wygląda mimo  podlewania.  Może  więc to dobrze że nie mam czasu w ogrodzie  się udzielać, jest szansa że rośliny pozbawione  mojej "opieki" przeżyją.  Hym... a może zdarzy się cud i słomkowy kolor palczatki ponownie zamieni się w uroczą  "niebiewskość".  Jak się nie zdarzy to zostanie  mi nagabywanie  Mamelona, bo akuratnie tę odmianę trawska wcale nie  jest tak prosto w szkółkach  dostać a w Mamelonoison parę ładnych kęp rośnie. Oczywiście  do Mamelona tyż szybko nie dotrę choć mieszka  bliziutko, misja mocno czasochłonna.

A teraz info ogrodowe dla  zainteresowanych szkodnikami rozchodników - niepylak apollo Parnassus apollo i modraszek orion Scolitantides orion to śliczne motylki których nie mniej  śliczne  gąsienice zżerają liście rozchodników ( najchętniej tych dużych ale nie tylko ich, nie pogardzą rozchodnikiem  białym a jak już nie ma czego rozchodnikowego  żreć to rzucą się na rojniki ). Gąsienice wyżerają liście po brzegach natomiast niejakie zwójki wygryzają dziurki w całym liściu. Oczywiście liśćmi rozchodników nie gardzą też   ślimory (  ślimory chyba niczym  nie gardzą ), one wyżerają  liście "w koroneczkę". Na poskromienie apetytu motylich dzieci można zastosować obrzydzanie pożywienia piołunem ( pryskamy  roślinę piołunowym  wywarem gotowanym 10 minut ), gorzkiego ponoć nie zeżrą.  Czy działa to na  zwójki i ślimory to nie wiem.


Dzisiaj w ramach ozdóbstwa oczekiwanie na kawę z  Cio Mary, świeżo  powróconą z wakacji.  Stół ustrojony, jedna kawa zaparzona druga na etapie kręcenia. Cio Mary i  Ciotka Elka dostąpiły zaszczytu pochłeptywania z przeceniaków ( 2, 40 peelen za sztukę + podkładaka ), mój najświeższej daty kubeczek  prezentowy ( prawdziwy  Bolesławiec - będzie miał osobną sesję ) jest przeznaczony do wyłącznego pochłeptywania przez mła.

piątek, 31 sierpnia 2018

Ogrodowe podsumowanie miesiąca


No i  lato nam mija. A ja co? A ja na to jak na lato - bezczelnie przyznaję że się cieszę. Żadnych smuteczków i nostalgii, żadnych tęsknic za ciepełkiem i słoneczkiem, nic z tych rzeczy. Ulga, że już , że wreszcie, że oddychać  można a kto wie czy  nawet nie popada. Tegoroczne lato trwało na dobrą sprawę od połowy kwietnia więc człowiek ma prawo być nim zmęczony. W końcu wiadomo - co za dużo to i wieprzek nie pochłonie! Dopiero od paru dni temperatura jest znośna, opady się opadziły i w ogóle sierpień zaczyna przypominać  stare polskie lato a nie rozpaloną słońcem kanikułę Umbrii czy tam innej Katanii. Jak temperatura znośna to można cóś tam nawet ogrodowego wykonać i przy tym nie paść ryjcem na glebę. Ogród co prawda wygląda smętnie po tym dłuuugim lecie ale zielone zawsze dobrze człowiekowi robi na jestestwo.  W Alcatrazie trochę nowych roślin nawet przybyło, trza  w końcu uzupełnić  straty po suszy  i upałach. Nieczęsto to się zdarza, zazwyczaj  to zima jest u nas okresem próby dla roślin.  Mam nadzieję że wiosna i  lato z taką  pogodą jak w tym roku  nie będzie coroczną "jazdą obowiązkową", mało miła  dla mnie zima absolutnie  mi wystarczy do zaspokojenia masochistycznych ciągotek  - kolejnego sezonu ogrodowego z taką "piękną" pogodą  mogłabym nie zdzierżyć. Przede mną jesienne sadzenie cebul, przepatruję stanowiska w Alcatrazie na których mogłabym  posadzić drobnicę typu krokusy czy szafirki. Muszę tyż pomyśleć o jakimś nawozie długo działającym, mączka bazaltowa by się przydała. Znów  planuję co może rozbestwić  Wielkiego  Ogrodowego więc lepiej cicho sza, ani mru, mru i w ogóle hush - hush.  Podsumowując ogrodowy sierpień - upał, sucho więc  małorobotnie było. Rabaty wyglądają jakby już po połowie września było.



środa, 29 sierpnia 2018

Szkółking u schyłku lata




Na stresy i frasunki oprócz trunków najlepsze są szkółkowe sprawunki.  Przynajmniej dla mła. Odstresowuje się oglądając i wybierając rośliny do  ogrodu, insze zakupy  tyle szczęścia  nie dają Jej Tabazellowatości. A to bluzeczka cóś ciasnawa, a to mebelek cóś drogi, zawsze jest ten dziegieć w miodziku.  Z roślinami to Panie tego luzik, same miody pachnące i słodyczaste. Akacjowe i gryczane równie mile widziane. Jesień więc wyprawa w kierunku Bedonia  i Ksawerowa, trawy i oczary mnie się zamarzyły ( na jabłonki ozdobne jest inszy kierunek ). Zacznę od egzota, który w egzotycznych warunkach jest inwazyjny  jak cholera ale u nas to trzeba dbać coby nie odfrunął z królikami. Piórkówka afrykańska  Pennisetum macrourum naturalnie występuje we Wschodniej  i Południowej Afryce oraz na  Półwyspie Arabskim ( konkretnie  to w Jemenie ). Hym... strefy 8 - 10 polecane do uprawy, no ale po tegorocznych upałach to ja już nie jestem  pewna czy aby na pewno miasto Ódź leży w strefie 6b.  Pożyjemy, zobaczymy jak to afrykańskiej trawce w miejskiej  Centralno - Polszcze się w gruncie powiedzie.




Mniej egzotyczna a za to urodna wielce okazała się trawa pod tytułem palczatka Gerarda Andropogon gerardii 'Blue  Mist'. Coolorek  źdźbeł z tych powalających, znaczy "niebiewskość  prawdziwna", pokrój palczatkowy klasyczny czyli cylindycznie miotlasty,  żadnych tam malowniczo przewieszających się pędów, fontann czy tym podobnych radości.  Na mocno suche stanowiska, na których się nie pokłada,  nie wylega i nie zanika po zimie.  Na podobne  stanowiska dokupiłam ulubione przez mła  ostnice, tym razem padło na ostnice Jana Stipa joannis. Kiedyś już je uprawiałam, nasionka dostałam  od Tabazowej Krysi, ale młode sadzonki nie wytrzymały ciepławej a mokrej zimy.  Tym razem posadzę na prawdziwej Saharze, w okolicy brzózek wysysających wilgoć z gleby. W szkółce trawnej dorwałam też roślinkę z trawami raczej  nie kojarzoną, ślicznego ciemiernika o dubeltowych kwiatach. Taką wariacje na temat różu ma na płatkach że nie mogłam mu się oprzeć. Ciemierniki zdaje się mła zaczynają być w Alcatrazie  jedną z głównych atrakcji. Alcatraz chyba je  lubi bo  jak na razie nie tępi  i nawet pozwala się rozsiewać. Nowy nabytek  to tzw. angielska sadzonka, znaczy solidna, duża i  chyba nawet z brytolskich nasionków. W szkółce  w Bedoniu rzuciłam się na oczary, kolejna 'Diana' i po raz pierwszy w Alcatrazie sadzona odmiana 'Pallida'.




Na dzisiejszych fotkach tylko jeden zakup - ciemiernik.  Wszystkie palczatki (  nówka i przesadzone ) nie wyglądają jak na razie wyjściowo.  Ostnice też nie są w tej najpiękniejszej fazie. Macie za to  obfocone insze trawska  i rozchodniki z  Suchej - Żwirowej.