czwartek, 20 lutego 2020

Musei Vaticani - co z tym zrobić? - część trzecia

Hym... jeszcze troszki i mła znów uda się na wakacje a tymczasem ona nie  uporała  się  z zapisywaniem  wrażeń z poprzedniego  wyjazdu. No  ale nie  ma  się  mła  co  dziwić, nawet  pobieżne "liźnięcie"   Rzymu, takie  najbardziej powszechne  wśród  turystów, to  jest natłok piękna.  Uporządkować  to  jest  rzeczą  niełatwą bo same  Muzea  Watykańskie z najbliższymi  przyległościami tak  naprawdę  można  by spokojnie przez przynajmniej  tydzień  zwiedzać ( tzn.  takie  zboczeńce   jak  mła  by mogły  zwiedzać,  normalny człowiek  by  tej  ilości  artefaktów   i  inszej  sztuki  nie  strawił ). No i  dobra, jedziemy z  tym  koksem!




Aldobrandyjskie wesele nazwano  tak  na  cześć kardynała Pietro Aldobrandiniego, który pochodzący z pierwszej połowy I wieku p.n.e. rzymski fresk odkopany  w  1605  roku znajdujący się na ścianie odkopanej  w pobliżu Łuku Galiena na Eskwilinie umieścił  jako  ozdobę  ogrodowej  loggietty w  swojej  willi  w Largo Magnanapoli. W 1818  roku malowidło zostało przeniesione  do   Biblioteki  Watykańskiej. Kto  się  z  kim  zaślubia  do  końca  nie  wiadomo bo koncepcji  jest  kilka.  Samo  malowidło niby  długie bo  liczy  sobie 242 cm długości przy 92 cm  wysokości  ale  w  wysokim pomieszczeniu   niknie.  Mła  była  zdziwiona   bo  wyobrażała  sobie to  jakoś  tak  bardziej  monumentalnie   a to w  sumie  kameralne malowidło. Hym ...  w  tymże pomieszczeniu w którym znajduje  się  jakby  nie patrzeć jeden  z  najbardziej  znanych  i najlepiej  zachowanych  przykładów   malarstwa  rzymskiego z  epoki  Oktawiana  Augusta,  Mamelon i  mła były  same ze  sztuką.  Fala  nie  dotarła.  No  i  dobrze  bo one  dzięki  temu  mogły  na  spokojnie  cieszyć  się  "impresjonistycznym"  malarstwem. W  sali w  której  wystawione  jest Aldobrandyjskie wesele są  też  urocze mozaiki z  I  wieku n.e., no mła się  nie  mogła  powstrzymać od  focenia  ku  zgrozie  Mamelona.






Mamelonowi  i  mła udało  się  zwiedzić Muzeum Gregoriańskie, tzw Profane, w miarę  spokojnie.  Jeszcze  nie  przewalały  się  przez  galerie dzikie   tłumy. W  Muzeum  Pio -  Clementino niestety  było  już  gorzej, ale  nie  można  było  się  spodziewać  że będzie  inaczej. Ta  część  muzeów   plus  Galerie  Chiaramonti wraz  z  Barscio  Nuovo, oraz "odprowadzające"  galerie z  Kaplicy  Sykstyńskiej   są  wręcz zalewane  przez  turystów, niestety  często  przez tych  zwanych  przypadkowymi  turystami. Co  tam  dla  nich piękne  rzymskie  szkła (  trzy najbliższe  foty  powyżej ), okruchy  starożytnego  życia, ślady po  dawnym  ludzkim  bytowaniu czy  też dzieła  sztuki najwyższej  klasy -  zaliczyć  trza  i  tyle.  Przelecieć na  szybciutko, sfocić  się  na  tle i  myk  z  muzeów  do  knajpy gdzie  jest  wi - fi  i  foty  można  zamieścić żeby znajomi  zobaczyli tę  fascynację  kulturą. Klasyka! Tzw. sztuczny  tłum jest  pochodną  masowej  turystyki na którą mła sama będąca  masową turystką nieustannie narzeka,  a na której cienie jak  na  razie  lekarstwa  nie  widać  bo każdy  chce  być "kurtularny" i  mało  kogo w  tym  owczym  pędzie powstrzymuje  myśl    że  jak   cóś człowieka  nie  interesuje  to  wcale  nie  musi  się  do  zainteresowania zmuszać i  zamiast   muzeumów  może  sobie spokojnie insze  radości  wynaleźć. Do  inszych   muzeumów  jeszcze  wrócimy ale   mła  najsampierw chciała  pokazać  Wam  cóś  co  zrobiło  na  niej  większe  wrażenie.



To  teraz  nadal  w  klasycznym  klimacie,  z  najwyższej  półki sztuka  będzie.  Mła  pokaże  Wam  fotki  z Muzeum Pio-Clementino, które  jest największym kompleksem Muzeów Watykańskich , mieszczącym się w pałacu Belvedere . Muzeum  zostało założone przez Klemensa XIV w 1771 roku po przejęciu kolekcji Mattei i Fusconi.  Następnie  powiększył je  o  kolejne  zbiory  i  kolejne  pokoje następca  Klemensa XIV,  Pius VI , za którego  czasów  powstały monumentalne wejście z Atrium dei Quattro Cancelli i Scala Simonetti (  w  ogóle  pomysł  zatrudnienia  Nicola Simonettiego był  jednym  z  lepszych  pomysłów  Piusa VI ).  Jednakże  tak  naprawdę  to  początków  tego  muzeum  musimy  szukać  wcześniej  niż  w  XVIII  wieku.  Wówczas kiedy to Juliusz II zdecydował się przenieść z pałacu Santi Apostoli w obecne miejsce swoją prywatną kolekcję posągów, w tym słynnego Apollo Belvedere. W ogrodzie na planie kwadratu, zaprojektowanym przez Bramantego oprócz pomarańczowych drzewek pojawiły się posągi. Od tego czasu to miejsce nazywano Dziedzińcem Posągów ( po włosku brzmi to piękniej - Cortile delle Statue ). Jego obecny kształt architektoniczny, perełkę nad perełki,  piękny oktagonalny dziedziniec zawdzięczamy wspomnianemu  wcześniej Nicola Simonettiemu. Muzeum mieści się dzisiaj w 12 pokojach, w tym w ośmiokątnym dziedzińcu który  jest  po  prostu  zdaniem  mła  perełką  architektoniczną ( mieszczą się  w tej  architektonicznej  wspaniałości ważne kolekcje z okresu greckiego i rzymskiego ).




Mła  zwiedzała  muzeum  jak  insi  zwiedzacze, znaczy  jakby  od  końca i tak  to zwiedzanie się  odbywało tak:

XII   kwadratowy przedsionek
X     Gabinet Apoxyómenos
XI    przedsionek
VIII  Ośmiokątny dziedziniec, z którego wychodzą:
nisza Apolla ( Apollo del Belvedere )
nisza Laocoonte ( grupa Laocoona )
nisza Hermesa
nisza Canovy
IV    Sala Zwierząt
V      Galeria Posągów ( Amazonka Mattei  )
VI    Sala  Popiersi Sala dei Busti
VII   Gabinet  Masek Gabinetto delle Maschere ( Afrodyta Kinidyjska )
III     Sala delle Muse ( Tors  Belwederski )
II      Sala Rotonda ( Ercole del Teatro di Pompeo )
I       Sala Greckiego  Krzyża

Prócz  tego  do  zwiedzenia  jest Sala Bigi ( Sala della Biga ) z przedstawieniem rydwanu zaprzężonego w dwa konie, który w czasach antycznych nazywany był właśnie bigą. A  wszystko, Panie  tego, w  marmurze. Rzeźba  rydwanu  jest  kompilacją części   pochodzących  z  różnych  epok, takie  numery  były  w  swoim  czasie  bardzo  popularne. No  i  są Galeria  Kandelabrów  czy Sala  Sobieskiego,  z  dziełem  pędzla  Matejki. Akcent  miły  ale  mła  nie  po  to pojechała  do  muzeumów  zagramanicznych  żeby  płótna  Mistrza  Jana  oglądać.



O grupie  Laokoona mła  już  pisała   w  pierwszej  części swoich  wspominek  watykańskich, teraz mła  napisze  o Apollo  Belvedere  (  to  ten  posąg  na   fotce  umieszczonej  powyżej  fotki  z  Grupą  Laokoona ).  Czym  dla   rzeźby renesansowej była Grupa  Laokoona  tym  dla  rzeźby klasycyzmu  był Apollo Belvedere.  Jego  XVIII  i XIX  wieczne kopie  zdobią  niezliczone  rezydencje w  Europie   i  Ameryce Północnej, w  końcu  ta ponad  dwumetrowa ( konkretnie  to  224  cm  wysokości  ) rzeźba  za  sprawą Johanna  Joachina Winckelmanna uchodziła za  absolutną  doskonałość. Zdaniem  Niemiaszka nikt  nie  wzniósł  się wyżej niż Leochares,  grecki  rzeźbiarz z IV  wieku  p.n.e., o  którym  wiemy  że  pracował  przy jednym  z  siedmiu cudów  świata -  Mauzoleum  w  Halikarnasie. Hym... Winckelmann niekiedy  się  mylił (  np.  wyobraził  sobie  i  wmówił  inszym że  posągi  klasyczne nie  były  polichromowane ) i  zdaniem  mła  to  jest  właśnie  taki  przypadek.  No  ale  o  gustach  się  nie  dyskutuje. Zresztą  tak  po prawdzie to  mamy  do  czynienia  nie  z  oryginałem  greckim  a ze  starożytną  rzymską  kopią z  II wieku n.e. , więc   co tu   gdybać o  wielkości  greckiego  oryginału.

Rzeźbę odkryto w 1489 roku w posiadłości należącej  do rodziny Della Rovere pod Anzio. Od  rodziny  zakupił ją  papież Juliusz II, została umieszczona na stałe w krużganku zwanym "Belvedere" i  stąd  wziął się ten  Belvedere w  nazwie. Podobnie jak w przypadku Grupy Laokoona, konserwacji posągu dokonał niejaki Giovanni Angelo di Montorsoli, który dodał do niego brakujące partie. Tak  w  duchu renesansu  je  dodał w  związku  z  czym dodatki te usunięto na początku XX wieku. W 1798 roku rzeźba została wywieziona przez przyszłego  cesarza Francuzów do Paryża jako zdobycz wojenna ( czegóż  to   Luwr  nie  zawdzięcza  Napkowi?! ), do Rzymu wróciła po upadku Napoleona bo  się  o  nią  mocno dopominano. W  końcu na przełomie XVIII I  XIX wieku  rzeźba  uchodziła  za  grecki  oryginał ze  świątyni  delfickiej. "Oryginał"  tymczasem  wykonano  z toskańskiego  marmuru, gdzieś  za  panowania  Hadriana i  w  dodatku jak wiemy dziś  wcale nie  był  bardzo  dokładną  kopią rzeźby  Leocharesa (  miał  dodane  elementy  stabilizujące  bo  był  cięższy  niż  oryginalny  posąg, który  został  odlany  w  brązie ). No  i  wcale  nie  stał  w  Delfach tylko  w  rzymskiej  rezydencji  (  oryginał  rzeźby ustawiono naprzeciw świątyni Apollina Patroosa na agorze ateńskiej ). Tak  szczerze pisząc  dla  mła  Apollo  Belvedere  jest  bezwyrazowy, mła  znacznie  bardziej  kręciły fragmentarycznie  zachowane  rzeźby,  rzymskie stele czy buźki  matron.






To  pewnie  dlatego że mła  ma  zwyrodniały  gust, zapchany  XX wiecznym  artystycznym  goovnem i klasyczna  uroda  Apolla  Belwederskiego jakoś   do  niej  nie  dociera.  Mydłkowaty  on  i  nawet  jakby  z  lekka  manekiniasty, przy Grupie  Laokonna wygląda  wręcz  dupowato. Do  mła  bardziej  przemawiały postacie z  rzymskiego  sarkofagu ze scenami  amazonomachii, który do  zbiorów  Pio  -  Clementino też  trafił via  zbiory  Juliusza II (  odkryto  go  gdzieś  koło  1550  roku,    na  swoje  obecne  miejsce  trafił w roku  1776 ).  Pochodzi   z  III  wieku n.e. Fragment  jest  widoczny  na  fotce  powyżej. Sama  nie  wiem  czy  to ruch i  pęd  zaklęty  w  kamieniu  czy  wspomnienie słów  Herberta o  nie zamkniętych  jeszcze  oczach Pentezylei patrzących  na  zwycięzcę  z upartą, błękitną  -  nienawiścią,  spowodowały że  dłużej się przy  nim  zatrzymałam. Tak  szczerze  pisząc  jeżeli  mła  zagnałoby jeszcze  kiedyś  do  Muzeów  Watykańskich  to właśnie  do  Pio -  Clementino  i  Galerii  Chiaramonti (  może  uda  mła  się  przekupić  Mamelona nieustającym  podżeraniem  pizzy i  podlewaniem  wina,  Mamelon z  umiarem ale  odpowiednio podlana jest  skłonna  zwiedzać różne  miejsca  o  najdziwaczniejszych  porach i  bardzo  dzielnie  drepcze jako  ostatnia  zwiedzająca i  asystująca  przy  zamykaniu  obiektu ). Na  fotce  poniżej  mła  nie  tylko z  kronikarskiego  łobowiązku  prezentuje  Wam fotę rzymskiej wersji greckiej rzeźby. Oryginał z brązu wykonał Lizyp około 320 roku p.n.e. . Został przywieziony do Rzymu na polecenie Marka Agrypy coby ozdobić ufundowane przez niego termy. Niestety Tyberiuszowi posąg też się podobał, usiłował zagarnąć i ustawić u się w sypialni, dopiero tzw. głos ludu czyli opinia publiczna zmusiła go do zwrotu. Oryginał niestety zaginął, my znamy tylko kopię tego dzieła, wykonaną w marmurze, którą odnaleziono w 1849 roku w ruinach pałacu na Zatybrzu. Posąg ten zwany jest Apoxyómenos a w polskiej translacji Apoksyomenos. To przedstawienie atlety który czyści ciało z kurzu  skrobaczką zwana stryngilos. Przed antycznymi zawodami sportowcy rozbierali się do rosołu, smarowali ciało oliwką, a potem prezentowali się w tzw. pełnej krasie. Po zawodach trza było oliwkę z potem czymś ściągnać. Ciało posypywało się delikatnym piaskiem, zeskrobując go później  tą niby zakrzywioną łyżeczką. Ta rzeźba to początek  tzw.  epoki hellenistycznej ( Lizyp był rzeźbiarzem portretującym Aleksandra Wielkiego,  pracował  też  z  Leocharesem ), tako  samo  jak  manekinowaty  Apolllo. Jednak  albo Lizyp  był  lepszym  artystą  niż  Leochares  albo  kopista  wzniósł się  na  wyżyny  bo Apoxyómenos w przeciwieństwie  do  Apolla Belvedere zrobił na  mła  wrażenie.





Sala Zwierząt czyli Sala degli Animali czyli  opowieści  myśliwskie   zaklęte  w  kamieniu.  Dlaczego  myśliwskie? Bo  w  sali  jedną z  nielicznych rzeźb  przedstawiających człowieka jest posąg  Meleagra,  myśliwego z psem u boku i głową zabitego dzika kaledońskiego, nasłanego na Attykę przez wkurzoną Artemidę bowiem tatuś Meleagra zapomniał złożyć bogini łowów  należną  jej  ofiarę. Meleager  ustawiony  centralnie w niszy  a  obok  niego insze   wyrzeźbione  ludzkie  potwory o  nieprzyjemnym  stosunku  do  zwierząt (  jednym  z  bardziej  znanych  dzieł   z  tej  sali  jest  tzw. Ofiara Mitry, przedstawiająca  pastwienie  się nad   bykiem niby  symbolizującym  Samo  Zło ). Na  zbiory  składają  się  głównie reinterpretacje klasyki.  No  nie da  się  tego  nazwać  inaczej.  Po  prostu  XVIII wieczni rzeźbiarze kopiowali  często  resztki  tego  co  się  ostało  z  klasycznych  rzymskich, rzadziej  greckich  dzieł. Samo  kopiowanie  resztek  im  do  szczęścia  nie  wystarczało  więc  dorabiali brakujące  elementy.  Tak  z XVIII wiecznym   smakiem  je  dorabiali. W  związku  z  czym  te  niby  klasyczne  prace  mają  nieraz  tyle  wspólnego  z  duchem  starożytnej  rzeźby  co ja  z  posadą  pirimabaleriny  Teatru  Maryjskiego. Ale  sala  piękna, neoklasycyzm na  najwyższym  poziomie.  Pośrodku  sali  cud  mozaika przedstawiająca  ofiary  składane  bogom, jakby  mniej  okrucieństwa  bo ofiary  tak  od  strony  kulinarnej  zapodane.






Po  sali  zwierzątek  jest  orgia  dla  miłośników  klasycznej  rzeźby. Mła  latała  jak  nawiedzona bo  nie  widziała   czym  oczy  najlepiej  napaść. No  bo  to parę  sal  wypełnionych cennościami. Przede  wszystkim Sala Muz  ( po  włosku  Sala delle Muse ) z posągiem przedstawiającym  grupę  Apolla z muzami,  pochodzącym  z II wieku oraz innymi rzeźbami znalezionymi w Willi Cassiusa niedaleko Tivoli. Niestety, nie wszystko  w  całości  oryginalne.  Do grupy Apolla z muzami dodano głowy. Na środku sali stoi Tors Belwederski ( Belvedere Torso ) dłuta Apolloniosa z Aten z I wieku p.n.e. .  I  to  jest  absolutny must  see, przynajmniej  dla  mła. Mła  go  nie  sfociła, takie  zrobił  na  niej  wrażenie! Nawet  Mamelona  zatchnęło  że mła  nie  fociła. Wydawało  jej się (  znaczy  mła,   nie  Mamelonowi ) że nie jest  w  stanie obiektywem swym  marnym   uchwycić tego  czym  jest  ten  ocalały  fragment  antyku. Mła  się  zgadza  w  całej  rozciągłości z Michelangelo Buonnarotim -  jeden  z  najpiękniejszych  kawałków kamienia  jaki   kiedykolwiek wylazł  spod  dłuta. Dokładne pochodzenie rzeźby jest nieznane, nikt  tak  naprawdę  nie  wie  czy  to  grecki  oryginał  czy  rzymska  kopia.  Zdania  w  tej  sprawie  są  bardzo  podzielone, właściwie  co  badacz  to  inne  wyjaśnienie  stawianej  hipotezy. Najstarsza wzmianka na temat rzeźby pochodzi z 1433,  wówczas znajdowała się w pałacu rodu Colonna. Na początku XVI wieku weszła w posiadanie Watykanu i została umieszczona na dziedzińcu papieskiego Belwederu ( no i  stąd jej nazwa ). W 1798 Francuzi wywieźli ją jak i  insze  papieskie  dzieła  sztuki do Paryża jako zdobycz wojenną.  Do  Watykanu powróciła po upadku złodziejskiego Napoleona w 1815.  Do  kogo  ów  tors  należał, głowa  jakiego  antycznego  bohatera spoczywała na  marmurowym karku  też  jest  zagadką. Mógł  być  to  Herakles ale  nie  tylko on.  Facetów  o  solidnej  budowie w mitologii  grecko  -  rzymskiej  całkiem   sporo, są  i  inni  kandydaci  do   hym... tego... objęcia  torsu.  Mła  sama  nie  wie  czy  to  fragmentaryczność   postaci czy uroda tego  co  się  zachowało zrobiła  na  niej  takie  wrażenie. W  każdym  razie  the  best  Museo  Pio  -  Clementino  to  dla  niej  ta  rzeźba.

No  ale  na  tym  radości  się  nie  kończą, wszak jest  Galeria  Posągów  i  Sala  Popiersi - Galleria delle Sattue  e  Sala  dei  Busti.  A  w  niej -  Amazonka Mattei.  Co  to  jest  to  Mattei? Dobra, nazwisko, ale  nie  o to  chodzi. Wyróżniane są trzy typy starożytnych rzeźbiarskich przedstawień amazonek: Amazonka Mattei, Amazonka Berlińska i Kapitolińska. Nazwy typów rzecz jasna nie są starożytne. Według przekazów Pliniusza Starszego greckie oryginały wszystkich wymienionych wariantów powstały z okazji konkursu rzeźbiarskiego w Efezie, w którym udział brało trzech wielkich antycznych rzeźbiarzy okresu klasycznego: Poliklet, Fidiasz i Kresilas. Uznaje się, że starożytny pierwowzór Amazonki Mattei jest dziełem Fidiasza. Wskazuje na to choćby charakterystyczne dla tego rzeźbiarza dekoracyjne opracowanie fałdowanych szat. Niektórzy znawcy sztuki antyku sądzą że w pierwotnej kompozycji wojowniczka opierała się o włócznię, a łuk został dodany przez nowożytnego kompilatora.  W Gabinecie Masek (  Gabinetto delle Maschere ) , sali w której  zwiedzający  skupiają się głównie  na  mozaikach podłogowych przywiezionych z Willi Hadriana w Tivoli, znajduje  się  kopia Afrodyty  z  Knidos  dłuta  Praksytelesa. Do  posągu  ponoć  pozowała  słynna  hetera  Fryne. Oprócz tejże Afrodyty w sali tej ustawiono posagi inszych ubóstwianych pań, między innymi jest też piękny posąg nimfy , pod której wielkim urokiem był młody Goethe ( hym... bezpiecznie być pod urokiem rzeźby ). Mła się przyzna że wśród znajomych dzieł z podręczników czuła się domowo, wielkie oczy rzeźb z czasów późno rzymskich, greckie profile, niewymuszone pozy - no dla niej to było mniam. Jednak mła zdaje sobie sprawę że nie każdy jest  w  stanie  strawić na   raz  tyle  dobra.



Sala Rotonda to tak  prawie  na  wyjściu, zwiedzający  przymusowo zaraz  poczują  ulgę.  Budowę tej dużej sali z półkulistym sklepieniem imitującym Panteon ukończono w 1779 roku. Zaprojektował  ją Michał Anioł Simonetti, ten  od  cud  dziedzińca. Ściany mają szereg nisz wypełnionych rzeźbami  pełno postaciowymi.  Pomiędzy niszami znajdują się półkolumny na których  stoją popiersia. Pośrodku pomieszczenia znajduje się ogromna czerwona miska porfirowa o obwodzie 13 metrów. Ta  olbrzymia  antyczna micha upiększała niegdyś jedną z dużych przestrzeni publicznych cesarskiego Rzymu. Jednak  mało  kto  ogląda sklepienie, posągi czy  michę, wszyscy  niemalże  zwiedzający  bez  wyjątku wlepiają  ślepia  w  podłogę.  No  bo  jest  na  co  patrzeć. Podłoga jest niesamowitym zestawem mozaik z XVIII wieku i zachowanych  mozaik z Otricoli i Sacrofano,  pochodzących  z pierwszych dekad III wieku naszej ery.



Sala Greckiego Krzyża ( Sala a Croce Greca ) z sarkofagami św. Heleny, matki cesarza Konstantyna Wielkiego, oraz jego  córki  Konstancji.  Porfir  po  całości, jedno  z  najtrudniejszych  tworzyw  dla  rzeźbiarza (  pod  kolumnami  przed  głównym wejściem  do  Bazyliki  Św. Piotra wśród  wydeptanych  marmurów wystają  porfirowe  kawałki pierwotnej  wysokości ). Sarkofag Konstancji znajdował się dawniej w okrągłym mauzoleum (  Mausoleo Santa Costanza ), zbudowanym przy wczesnochrześcijańskiej bazylice kawałek za Murem Aureliana ( mauzoleum to zachowało się do dziś w bardzo dobrym stanie i naprawdę warto je odwiedzić, choćby  dla świetnie zachowanych mozaik sufitowych, znajdujących się w korytarzu otaczającym środkową część budowli ).  Centrum  sali zajmuje mozaika z III  -  IV wieku n.e.  przedstawiająca popiersie Minerwy z fazami księżyca.





To  by  było  tak pokrótce  o  Museo   Pio -  Clementino, z  niewielkim ukłonem  w  stronę  innych  zbiorów. To  nie ostatnie  "klasyczne"  zbiory  Muzeów Watykańskich, mła  obawia  się  jednak że  tyle  klasyki  na  raz  czytające i  czytający  blogiego  mogliby  nie  znieść.  Mła  jest  z  lekka na  punkcie historii  sztuki  zakręcona (  no  dobra, mocniej  jest  zakręcona )  a czytelników  to  niby wabi  na  ogród. Hym... jakby  troszkę  mało  uczciwie. No i  dlatego  tak  mła  się  i  we  wstępie i  na  końcu   wpisu tłumaczy.

wtorek, 18 lutego 2020

Lutowa wiosna


Mła  wirtualnie polazła do Ludmiły coby podpatrzeć jak  u  niej  kwitnie (  a  kwitnie  pięknie, co  na  Ludmiłowych  zdjęciach pięknych  dobrze  widać ) i  podczytawszy  o  zakupach  nasiennych. Czy  prędzej mła  sięgnęła  do  zeszyciku  bo  ona  też  zrobiła  zakupy.  W  zeszyciku  ma zapisane  nie  tylko  jakie  nasionka  kupiła  ale  też  gdzie  ona  te  nasionka  upchnęła ( bo  co  komu  po  nasionach, których  wysiać  nie  można  bo  nie  wiadomo  gdzie  są ). Ha, teraz  mła  się zakupami  pochwali  jak  ten  rasowy  zakupoholik. Mła  nabywszy  chabry  bławatki na  Suchą -  Żwirową, wszak  bławatki  zawsze  milsze  oku  niż  gwiazdnica. Kupiłam  dwie  odmiany: 'Polka  Dot' i 'Blue  Diadem'.  Cena  jednej  paczuszki  nie  jest  zabójcza  bo  to  jedynie 1,98 peelena. Przy  obecnych  cenach  nasion da się przeżyć  ten  bławatkowy  wydatek.




 

W ogrodzie  po  staremu to  znaczy  przedwiośnie nieustające. Wyłażą  nowe  cyklamenki, przebiśniegi  a  nawet  pojawiły  się  pierwsze krokusowe  kwiaty ( he, he, he, jako  pierwsze  zakwitły krokusy  w  ogrodzie  a  nie  te  pędzone na  parapecie, co  to  się  porobiło  w  tym  roku ). Kwitną  oczary  i  leszczyny, na  drzewach  napęczniałe   pąki liściowe   widać.  Jakby  tego  było  mało to  ptocy  wiosennie  pitulą  od  bladego świtu. Jak  mła  zobaczy  pierwszego  trzmiela  to znak  że  wiosny  już   się  odwołać  nie  da, że  za   nic  ma  kalendarz  i  postanowiła  objawić   się  w  lutym.  Może  powinnam  się  martwić  ale  jak  sobie  przypomnę że  parę  lat  temu zima typu śnieg  co  się  nie  topi była jeszcze w  mieście  Odzi  w  połowie  kwietnia to  jakoś  to  martwienie  się  mła  nie  wychodzi.  Mła  cóś  bardziej  przejmuje  się  namacalnymi  problemami  typu  skąd  brać prund,  co  zrobić  żeby  drzew  nie  wycinali, jak  przekonać  ludzi  o  tym że  kopalnie  węgla  brunatnego to  wbijanie  gwoździ  do  własnej  trumny niż opowieściami że  klimat  nam  się  zmienia  bo  model tak  a  nie  inaczej  pokazuje. Mła  nie  jest  przekonana  do  pracy  na  modelach, model  socjalistycznej  gospodarki  przerabiała ( istniała  wtedy  wiedza  tajemna zwana  ekonomią  socjalistyczną -  dla mła  do  dziś  są  tajemnicą nieprzeniknioną jej  założenia ) i  stąd  jej   nieufność.