piątek, 24 lutego 2017

Śledztwo w sprawie obywatela poza wszelkim podejrzeniem


Dawno, dawno temu oglądałam film z Gian Maria Volontè,  w którym grał on na wpół szalonego  szefa kryminalnych i służby bezpieczeństwa. Szef ów popełnił był mord na kochance i starał się ze wszystkich sił dostarczyć swoim podwładnym dowody pogrążające jego osobę. Podwładni z kolei ze wszystkich sił starali się ich nie przyjąć do wiadomości, piekąc własne pieczenie przy ogienku szefa. Jak widzicie dziełko ponadczasowe. Wpis nie będzie dotyczył naszej władzuni, która się zapętla w śledztwie "w sprawie stłuczki", będzie o ciekawszych osobach. W domu miało dziś miejsce  śledztwo w którym niektórzy dostarczają aż nadto dowodów ( co prawda pośrednich ) na tzw. zdrożność  a inni ( Małgoś - Sąsiadka i Ciotka Elka w roli tzw. aparatów vel organów władzy ) nie chcą przyjąć do wiadomości że ten a nie inny sprawca  ma za uszami. Historia kryminalna prawie najgorszego sortu, opis nie wystarczy by oddać grozę sytuacji dlatego postanowiłam zantropomorfizować kociambry i wyposażyć je w umiejętność komunikacji charakterystyczną dla  ludzi. W tym wpisie koty mówią! Zacznę jednak od własnych słów.

- Kto do  cholery po raz kolejny narżnął na półpiętrze?!!!
Brak reakcji, zero drgnień, zapluszczone ślepia. Wkurzona tym bezruchem ryczę dalej.
- Wiem że to któreś z was!
Uniesienie czterech głów, Lalek dalej twardo nieporuszony.
- Tę szczeżuję która obsrywa korytarz potraktuje jak szmatę  i wytrę nią obsrane miejsce ( w domyśle chlor, potem woda, potem ocet ).
- Spiendralaj - cicho wymrukuje  Felicjan - to na pewno nie ja, jakbym to był ja to postarałbym się  żeby to była  rzadka sraka.
Czuję że może  Felicjan   jest niewinny, konsystencja guana rzeczywiście  nie wskazuje na najzłośliwszego z kotów ale on coś wie.  Nie ma zmiłuj, Felicjan jakoś jest w tę sprawę zamieszany, bo skąd to harde pyskowanie i zjadliwie złośliwe spojrzonka. Strzelam jednak z zaskoczenia w innym kierunku.
- To może być zarówno męskie gówno jak dziewczęca kupa!
Obruszenie panieńskie.
- Ja nie chodzę na półpiętro! - jednogłos oburzony Okularii i Sztaflika, której sie zapomniało  że  jest prawie samcem.
- Za mnie kupę robią podwładni - dystyngowanie cedzi  Szpagetka, po czym dodaje - Sedes jest tylko mój.
Damskie oburzenie przechodzące u Sztaflika w pultanie się w temacie skatologicznym zdecydowanie kieruje moje podejrzenia w  kierunku  samców. Ryczę
- Po mojemu to jest gówno a nie kupa!
Felicjan zezłoszczony moim rykiem zeskakuje z kuchennego kaloryfera i pomrukując brzydkie  wyrazy pod nosem przenosi  się na kaloryfer pokojowy, Lalek twardo śpi. W tym momencie następuje olśnienie, jak można spać przy takich wrzaskach?! A zaraz potem uświadamiam sobie kto najczęściej wizytuje sąsiadów i w ogóle pęta się po kamienicy. Felicjan też się kręci ale rzadko zapuszcza się poza schody, dziewczynki wolą spacerować po podwórku i ogrodzie. No tak, to on, Lalenty Hedoniusz narżnął, najsłodszy z  kotów! I tak, Felicjan na pewno wiedział o przestępstwie bo on Lalka śledzi z tych niższych partii schodów na które się za Lalkiem wdrapuje. Jak dla mnie sprawa wyjaśniona. Lecę, mało nóg nie połamię  by powiadomić o wyniku  przeprowadzonego śledztwa Małgoś - Sąsiadkę i Ciotkę  Elkę, która rano odkryła przestępstwo. No a tu zaskoczka, Małgoś - Sąsiadka i Ciotka Elka też wydają z siebie jednogłos.
- To na pewno nie był Lalek! 
a potem dalej w ten deseń
- On jest bardzo grzeczny i dobrze wychowany.
- W ogóle nie jest złośliwy, nie tak jak niektóre inne kocury - ( w domyśle Felicjan rzecz jasna ),
w tym momencie przypominam Ciotce Elce skrytonapaści na Puszka, Ciotka odpala
- Ale to było dawno i się nie liczy!
W końcu  Małgoś - Sąsiadka daje z najcięższej armaty
- To na pewno były inne, obce  koty, te co się tu kręcą!
-Ale one nie wchodzą do kamienicy! - oponuję już niemal takim rykiem jaki stosowałam podczas przesłuchania kotów
-Ale chciałyby! - zgodnym  chórkiem  odpowiadają Małgoś i Ciotka.
Dotarło do mnie  że Lalek został nowym świętym i właśnie przechodzi mentalne  męczeństwo jako "niesłusznie oskarżony" i jakkolwiek moja dedukcja jest prawilna to Małgoś - Sąsiadka i Ciotka Elka  w życiu nie przyjmą jej wyników do wiadomości, a Lalek w razie złapania na gorącym uczynku jeszcze będzie broniony ( obsrywanie z podżegania albo coś w tym stylu ). Tak, tak, nasz Lalenty  Hedoniusz jest obywatelem poza wszelkim podejrzeniem! Dumając nad tym udaję się "do miasta" w celu nabycia repelentu.

czwartek, 23 lutego 2017

Codziennik - resztki karnawału i deszczowy snuj

Siedzę sobie sama z sobą i staram się sobie  nie przynudzać ( ciężko idzie ale w końcu ze sobą jest się come rain or come shine ). Koty mnie zlewają bo marzec za pasem, Ciotka Elka w pączkach, Cio Mary zalatana po szpitalach ( mama Wujka Jo walczy nie tylko z chorobą ale też z Narodową  Fikcją Zdrowia, dobrze  że szpital wielkomiejski bo mogłoby być jeszcze groźniej - choroba pryszcz ale NFZ może być śmiercionośny ), Mamelon ma nastrój podobny  do mojego więc na duchu mnie raczej nie podtrzyma.  Męska część rodziny wyalienowana, męscy  przyjaciele i kumple takoż ( co to się z samcami porobiło ). No do doopy nastrój nierozświetlany przez wizję zbliżającego się przedwiośnia. Nierozświetlany bo leje i cóś nie zamierza przestać. Znaczy nici z przycinania róż i  grabienia byłego Tyrawnika, nici z różnych innych ogrodowych prac - jak  tak dalej  pójdzie to do Alcatrazu będę płynąć  łódką. W dodatku zeszłe śniegi ujawniły całą mizerię łysego ogrodu - smętek nad smętkami. Serbinów miejscami.
Polityczni urządzają ostatki -  rzundzący właśnie wpadli na pomysł że z tą wycinką drzew to chyba jednak nie tego. Wszystko w zgodzie z najlepszą tradycją  słusznie  minionego ustroju, który głównie likwidował problemy które sam  starannie stworzył. W bonusie mamy Himalaje arogancji oraz szybkich i  wściekłych + dobrego batiuszkę i złych bojarów. Łopozycja  jest przeciw a nawet za, no a mnie pomysł ustawienia wszystkich politycznych przed cekaemem coraz bardziej  się podoba. Takie marzonka w stylu Tarantino, wicie rozumicie - krew po ścianach i  śmiech szaleńca.


Ostatnio zrobiłam sobie leciutką powtórkę z Tarantino ,  "Pulp Ficktion" obejrzawszy z przyjemnością,  Mój boszsz... jakoś łatwiej mi zrozumieć Marcelusa Wallace'a niż bohaterów współczesnych hiciorów  kinowych ( taa, niełatwo człowiekowi identyfikować się z komiksowymi postaciami ). Na szczęście nie tylko hiciory produkują na tym świecie - oblookałam dwa porządne nowe filmy, z których jeden wydaje mi się być czymś więcej niż tylko dobrze nakręconą historią ( nie ma zmiłuj, nie dostanie żadnej porządnej nagrody, zbyt  trudna historia zbyt prosto opowiedziana - nie ma artystowskiego zacięcia tak obecnie cenionego przez różne jury - po prostu świetne  kino ). Dobra,  zacznę od  tego który zrobił na mnie mniejsze wrażenie, "Manchester by the Sea" czyli jak żyć z rzeczą z którą żyć się nie da. Prosto opowiedziana hamerykańska historia, która mogłaby być "okruchem  życia" gdyby nie dobry scenariusz i świetne aktorstwo. Dobre kino, uciekające od jednoznaczności i uproszczeń. Na hicior rzecz jasna się nie nadaje ale jak dla mnie to trzy półeczki wyżej niż faworyt oskarowy Srala land.  Natomiast na całkiem innym regale znajduje się "Milczenie" Scorsese, film niełatwy w odbiorze, przegadany  ale taki z którego  obrazy zostają  w pamięci ( nie tylko  dlatego że za kamerą stał Rodrigo Prieto ). Bardzo się boję że ten film będzie traktowany  ideologicznie, zagorzali wyznawcy chrześcijaństwa i ateizmu poplują się i zajmą się przywalaniem światopoglądami na potęgę ( potrafią się popluć nawet przy "Sausage Party" ), nie zwracając uwagi na to czego tak naprawdę dotyczy film. Przyznaję  że historia opowiedziana z perspektywy jezuitów będzie trudna do zrozumienia dla kogoś kto nie wyrósł w chrześcijańskiej  kulturze ( nie chodzi o poglądy religijne ale o nieuświadomione a obecne wciąż  w nas zanurzenie w chrześcijaństwie  - w przypadku wzmiankowanego wyżej "Sausage Party" wyglądało to tak: "Słuszna krytyka wciskania bajek ale ten seks to całkiem niepotrzebny" ).

 Ludziom niewyrosłym w kulturze religii monoteistycznych, z których każda na pewnym etapie miała okres misjonarski łatwiej za to będzie zrozumieć japońskie "nie" nie tylko  dla powiązań religii chrześcijańskiej z polityką ale nie dla chrześcijaństwa w ogóle ( w Japonii do dziś boją się zbyt gorliwej wiary made in Bliski Wschód, stąd dziś problem z muzułmanami w tym kraju ). W naszym kręgu kulturowym ten film  powinien  być prosto przyswajalny ( o ile ideologia  nie zaślepi ) i odczytywanie znaczeń (  he, he, rzecz jest o wieloznaczności ) nie powinno sprawiać kłopotów. Ostrzegam - w tym  filmie jest dużo słów, dla niektórych może być zbyt dużo, obraz jest ich dopełnieniem co absolutnie  nie jest filmowe i kłóci się z przyjętym kanonem sztuki ( krytycy zaczną rozpaczać - mniej filmoznawstwa więcej borykania się z treścią słów, opowiadaniem bardziej literackim niż filmowym  ), przypomina nieco  ilustrowaną przypowieść a nie sztukę w której  źródłem przekazu jest obraz. A jednak robi wrażenie i to dobra filmowa robota bo to obrazy przypisane do słów  zostają w pamięci. Tak nawiasem pisząc ból dupy krytyków będzie na pewno - jakim to grymasem czółka wyrazić aktor powinien  wyrazić bardzo skomplikowane egzystencjalne rozterki i wywnętrzyć  wnętrze, dlaczego młodzi aktorzy rozpaczliwie  żarliwie grają tak rozpaczliwie żarliwie wierzące postacie ( bo młodzi jezuici tak jak i młodzi zetempowcy z natury rzeczy pogłębioną refleksję trenują, taa ), dlaczego tak dużo słów w filmie który mówi o ich rozumieniu i tralalala, dlaczego to nie jest "ten" Scorsese od mafii i wilków byznesa. Znaczy tam gdzie  kino przestaje być tylko sztuką i zaczyna się "coś z całkiem innej beczki" sporo krytyków filmowych się potknie. Tak to bywa gdy film wychodzi z ram. W każdym razie  jeżeli macie ochotę zobaczyć  film o potrzebie religii i  całkowitej zbędności onej religii, lub o zbędności potrzeb a trwaniu w nas duchowości jakby na przekór owej zbędności  lub też o cenie jaką płacimy za potrzebę wiary to  nie pomińcie tego filmu, warto go obejrzeć choć nie jest to tak do końca przyjemne. Jak dla mnie to najlepsza przypowieść o to czym jest lub może być wiara od czasu "The Mission" Joffé. Qrcze, równe trzy dychy musiałam czekać!


Dobra,  po przeglądzie filmowym przegląd zakupowy. W tym roku wcześniej wyszła oferta Mid - America, sporo interesujących nówek, niestety w cenach zaporowych jak dla mnie ( albo najnowsze odmiany albo podróże ). W związku ze związkiem kupiłam nie aż takie  świeżynki ale też bez przesadyzmu, nie są to jakieś staruszki - wszystkie odmiany urodziły się w tym tysiącleciu. Jest tylko jeden SDB ale za to uroczy - ciemno lawendowe bródki i  plikata w kolorze "orchid" na białym, znaczy 'Lucky' Blacka z 2016 roku ( no, to jest prawie świeżynka ). W tym roku nie ma sprowadzania odmian IB ale są zamówione dwie odmiany  TB - 'Enter The Dragon' Blytha z 2009 roku  i 'Bronze Heart' Johnsona z 2013 roku. Skromniutko ale za to sporo maluchów przyjedzie od Roberta i szykuję się na jedną jego TB. Dodać australijskie zakupy i planowane odwiedziny Irysowa i wychodzi na to  że pewnie znów poszerzę suchą rabatę. Nie ma lekko, he, he. Ofert pozairysowych na razie nie przeglądam, styczniowe odwiedziny stronek utwierdziły mnie w przekonaniu że egzoty atakują i trzeba poczekać na  żywcowy ogląd zielonego i majowe szkółkingi. Poza tym są plany oddrzewiająco  - zadrzewiające ( przecineczka ) i renowacyjne oczkowe, co nie będzie tanie i pochłonie kasę zazwyczaj przeznaczaną na rośliny. No ale na braki roślinne nie mam co narzekać, poradzę sobie z  obsadzaniem nowych rabat "zasobami własnymi" ( może tylko paprociumów będę trochę potrzebować ). Staram się nie grzeszyć postanowieniami wstrzemięźliwości zakupowej w szkółkach, czy tam  abstynencji ofertowo - netowej. Zazwyczaj jak podejmę  decyzję o tym że koniec z roślinnym zakupochlizmem to dopiero mnie się durchfall zakupowo - zieloniasty  robi. Lepiej zatem zbytnio się nie zarzekać. Wystarczy że dziś  zwycięsko wyszłam bez łupów z  Leroya ( rzucili kapersy - byłam ponad to! ), w przyszłości mogę natrafić gdzieś na coś czemu się nie oprę. Bo ja taka łatwa jestem, he, he, normalnie sama siebie czasem nie szanuję.
Oho, koniec pisania - faraonka Szpagetka zwróciła uwagę że służbę pełnię niedbale. Czas na przekąskę międzyposiłkową a ja się zajmuję waleniem w klawiaturę zamiast sprawami wagi państwowej. Dzisiejszy wpis ilustrują pocztówki autorstwa Sofii Chiostri, najczystsze karnawałowe Art  Deco! Przynajmniej niech ilustracje  będą niesnujne.
Pisałam wczoraj, wklejam dziś. Pogoda dalej snujna ale szczęśliwie już nie leje. Ciotka Elka  od bladego świtu smaży te pączki co się do nich wczoraj przygotowywała. Może mnie się lepiej zrobi po onych w Ogólnopolskim Dniu Zwalczania Depresji. Naprawdę ten Tłusty Czwartek wiedział kiedy wypaść w tym roku.


środa, 22 lutego 2017

Bajoro marzeń - rzecz o strużkach i strumykach

Wicie rozumicie, każdy ma jakąś tam wizję szczęścia wodnego - jedni ciumkają nad basenikiem obramowanym ciętym piaskowcem, inni mają wizję szuwarków a jeszcze inni chcą żeby popływać było można. Co ludź to inne szczęście wodne ma na myśli. Dziś u mnie przytaczam lekkie błotka i cieki które chciałabym upchnąć w Alcatrazie ( ciekawe jakim cudem? - przestrzeń nie ta, klimat  nie ten, obrabiaczy ogrodowych nie posiadam a ich wynajem  raczej nie wchodzi na stałe w grę ). Dzięki pracy El Rafaello  czyli ciężkim wysiłkiem jak najbardziej  twórczym  odzyskanym zdjątkom z zajechanego przeze mnie dysku  ( jeszcze niestety nie wszystkim ) przykłady strużek z ogrodów Devon - Docton Mill & Gardens i  Garden House. Strużki teraz zaprzątają moje myśli bo dzięki strużce zamierzam zapewnić w moim oczku cyrkulację wody.

Zaczynam od omszonego  ogrodu nad strumyczkiem w Docton Mill. No właśnie - omszenia raczej mi  sam strumyczek nie zapewni, omszenie wszystkiego to chyba jednak zasługa miksu klimatu południowo - zachodniej Anglii i bliskości strugi. Wielka szkoda bo omszenie i oporostowanie drzew wprawiało mnie w ekstazę. Nic to, trzeba  będzie się zadowolić omszeniem jakichś kamorów ( może  nie ciężka ale  upierdliwa  robota z jogurtowaniem ). Strumyki w Devon nie mają szansy  ciurczyć w terenie płaskim jak stolnica. Ta część  Anglii jest mocno pagórkowata ( he, he, a za każdym pagórkiem czyha pies  Baskervillów ), strugi i strużki płyną między wzniosłościami, po zboczach, znaczy krajobraz sam wykonuje połowę  roboty, że się tak wypiszę. Struga w  Docton Mill ma jednak spokojniejsze oblicze, w tym miejscu nad okiełznaniem wody pracowano coś  koło  tysiąca lat ( od tysiąca lat zawsze w tym miejscu stał sobie jakiś młyn ) i woda miała czas żeby się ugrzecznić. Nad wodą ścieżki, mostki i tym  podobne niezbędne w ogrodzie pokazowym użyteczności. Jednak mimo tej całej infrastruktury ogród nie jest klasycznie uporządkowany ( mam tu na myśli angielską ogrodową klasykę  edwardiańską a nie dworskie francuskie klimaty ), to jakby wpół drogi pomiędzy  "dzikością" devońskich wzgórz a takim zwyczajnym rabatowym ogrodowaniem. Struga ujęta z jednej strony w kamienne obramowanie, obsadzona tuż przy nim "na ogrodowo", z drugiej strony sprawiająca wrażenie nieskrępowanej ( co może być mylne ) i  porośniętej angielską klasyką czyli  darnią przyciętą równiutko i luźno rozrzuconymi kępami jednej byliny. Na skarpce za uporządkowanymi nasadzeniami  "niby dzicz" ( ponoć wiosną porastają w tym miejscu łany  narcyzów i żonkili ). No niby tylko  tyle ale aż tyle - bujność nad bujnościami i kamienna cembrowinka. W jakiś  sposób czuję że to rozwiązanie dla  Alcatrazu, ciężko uświadamialne prądy w sferze podświadomości podpowiadają mi takie rozwiązanie moich wodnych problemów.







Natura regulowana czyli różne oblicza strumyka w Garden House. Ten ogród uchodzi za jeden z najpiękniejszych ogrodów świata i choć nie wiem czy takie pięknościowe rankingi są w ogóle potrzebne  bo w końcu de gustibus non est disputandum to przyznaję że  Garden House robi olbrzymie wrażenie. Strumyk w tym ogrodzie  pędzi  wartkim nurtem po zboczu ale  z pomocą kamorów i ziemi udało się w górnej strefie ogrodu spowolnić jego nurt ( na tyle  że w niektórych miejscach pojawiły się rośliny charakterystyczne dla stojących wód ). Na tak zwany pierwszy rzut oka nasadzenia kołostrumycze sprawiają wrażenie "posiało mnie tu i wyrosłem" ale  to pitu - pitu.  Jak się bliżej przyjrzeć to wszystko jest tu przemyślane i "na swoim miejscu". Naturze pozwolono działać w ściśle określonych rejonach okołostrumyczych   a i tam jest kontrolowana i korygowana (  szczęśliwie wygląda tak jakby z lekka, ale jak to jest naprawdę wiedzą tylko ogrodnicy zajmujący się tymi nasadzeniami ). Całość nasadzeń górnego biegu strumyka  robi wrażenie tak sielsko naturalne  że od razu poznać  że oto przed nami ogród  ( no wiecie - żadnych cholernych ostów czy radości z pokrzyw ). Jak dla mnie  jest to cholernie piękne i choć  podejrzewam że pracy wymaga nie mniej niż klasyka ogrodowa, gdzieś  głęboko we mnie czai się samobójcza chęć posiadania takiego kawałka ogrodu. Na szczęście przestrzeń Alcatrazu  ograniczona i  chyba płytsze pokłady podświadomości przyjdzie mi drenować ( znaczy wodnie  będzie więcej Docton Mill a  mniej  Garden House ). Pocieszająco wgapiam się w ten bardziej uregulowany fragment strumyka, miejsce gdzie  robi on za równoważny fragment krajobrazu a nie główną atrakcję. Ech, strumyki i strumyczki!




wtorek, 21 lutego 2017

Miodunki

Miodunka plamista Pulmonaria officinalis, miodunka ćma Pulmonaria obscura, miodunka miękkowłosa Pulmonaria mollis,  miodunka wąskolistna Pulmonaria angustifolia, miodunka pstra Pulmonaria saccharata,  miodunka czerwona Pulmonaria  rubra i spora gromada mieszańców międzygatunkowych może być uprawiana w naszych ogrodach. Przeważnie nie zastanawiamy się jak to z miodunką jest.  "Normalni" ogrodnicy nie  wiedzą że miodunki to grupa roślin składająca się z wielu  gatunków, przyjmują do wiadomości   że to roślina cieniolubna, podobna do niezapominajki, mająca liście w jakieś kropeczki czy  cóś i na tym koniec wiedzy miodunkowej.  Posadzenie miodunki w powszechnej świadomości  skojarzono z niebieskością pojawiającą się  wczesną wiosną na rabacie i srebrnymi kropeczkami na letnich liściach, wszystko przez to że najpopularniejszą miodunką w sprzedaży jeszcze do niedawna  była miodunka plamista. Jednak taka skromna powszechna wiedza o miodunkach pozbawia ogrodników możliwości użycia szerszej palety kolorów kwiatów jak i bogactwa wybarwiających się pięknie  liści. Miodunka bowiem niejedno ma imię i nie zawsze jest tylko rozkosznie plamiastolistna i "niebiewsko" kwitnąca. Ba, miodunka właściwe wykorzystana to tajna broń ogrodników ogrodujących w cienistych ogrodach - roślina urodna zarówno wiosną jak i latem i jesienią. Oferująca liście w paru odcieniach zieleni i nie tylko zieleni, o różnym kształcie i kwiaty w wielu odcieniach  błękitu, różu, bieli a nawet czerwieni.
 
Tak, tak, całosezonowa roślina która odpowiednio wykorzystana może robić za pseudozadarniacz albo grać rolę główną w cienistych zakątkach. Wszystko zależy od tego jaki sposób na miodunkę sobie ogrodnik wymyśli. Można ją zestawiać z funkiami różnych rozmiarów, z kuzynką brunnerą czy ułudką ( piękne duety i tercety niezgorsze ),  z wiosennymi roślinami cebulowymi ( narcyzy, szafirki  ), z niektórymi pierwiosnkami czy bodziszkami - możliwości mnóstwo, wymieniłam tyle te które na szybko przyszły mi do głowy. Więc dlaczego tak świetna i dająca tyle możliwości roślina nie jest aż tak popularna jak na to zasługuje? Ano głównie dlatego że  miodunka nie ma kwiatów jak talerze i po oczach nimi nie wali. To roślina która zachowała urok dziczyzny a nasi "ogrodnicy  w masie" cóś nie bardzo na ten urok są wrażliwi. A szkoda! W ogrodach zacienionych niewysoka bylinka zapewni nam wczesnowiosenne kwitnienie ( kwiaty miodunek rozwijają się wcześniej niż rozety  ich liści, liście dochodzą z czasem że tak to określę ), takie masowe, z daleka widoczne. Dobrze rozrośnięte miodunki w porze kiedy drzewa dopiero rozwijają liście i troszkę później tworzą kwitnące kępy, często z wielobarwnymi kwiatami ( część miodunek podczas kwitnienia zmienia z czasem  barwę z różowej na niebieską ). Do szczęścia potrzeba im niewiele -
stanowiska najlepiej półcienistego, gleby żyznej, przepuszczalnej, próchniczej o  odczynie kwaśnym lub obojętnym , lekko wilgotnej. W takich warunkach miodunki czują się szczęśliwe i ładnie się rozrastają.


Teraz pogrzebiemy trochę w miodunkowej genealogii, żeby wiedzieć czym jedna miodunka różni się od  drugiej - znaczy ciotka  Makowiecka w formie! Pulmonaria officinalis, Pulmonaria obscura, Pulmonaria angustifolia, Pulmonaria mollis   - wszystkie te gatunki p[ochodzą ze środkowaej i  północno - wschodniej  Europy ( siedliska Pulmonaria mollis ciągną  się daleko na wschód, aż do Azji )  . Porastają lasy liściaste i nadrzeczne zarośla. Gatunki w naturze się krzyżują i czasem przypisanie poszczególnej miodunki napotyka problemy ( do dziś trwają spory jak to naprawdę jest z miodunką ćmą, czy jest ona osobnym gatunkiem czy tylko formą gatunku miodunka lekarska ). W ogrodach obserwacja miodunek jakby trochę łatwiejsza, prędzej można wyśledzić skąd nowa miodunka bierze swój początek. Na przykład na początku XX wieku w ogrodzie Munstead Wood, stworzonym  przez legendę angielskiego ogrodnictwa  Gertrude Jekyll, znaleziono nową formę Pulmonaria angustifolia  czyli miodunki wąskolistnej, która  otrzymała  na cześć miejsca swoich urodzin  nazwę 'Munstead Wood'. Bardzo miłą dla oka jest ogrodowa forma 'Blaues Meer' o bardzo  mocnym  błękicie  kwiatów. Podobnie  powstały w zaciszu ogrodów odmiany miodunki długolistnej Pulmonaroa longifolia , choć nie do końca jestem pewna czy w tym wypadku możemy o odmianach gatunku - wszak  'Trevi Fountain' to krzyżówka Pulmonaria longifolia 'Bertram Anderson' z hybrydową miodunką 'Margery Fish' a odmiana  'Raspberry Splash' ( dłuuugo kwitnąca )  to krzyżówka Pulmonaria longifolia 'Bertram Anderson' z miodunką 'Leopard''Trevi Fountain' i 'Raspberry Splash' pochodzą ze szkółki Terra Nova ). To są raczej miodunki z grupy longifolia, gdzie roślina mateczna zachowuje cechy charakterystyczne dla gatunku i przekazuje  je potomstwu. Prawdziwa i nie pozostawiająca  wątpliwości jest forma dzika  miodunki długolistnej występująca na  obszarze górskiego pasma zwanego po polsku Sewennami , tzw. Pulmonaria longifolia var. cevennensis , rzadkiej urody endemit. Miodunka plamista Pulmonaria officinalis ma naturalną formę  'Alba' ale chętniej się sadzi ogrodowe odmiany -  'Sissinghurst White', odmianę wyróżnioną Award of Garden Merit 1993 ( śliczne kwiaty w zasadzie są nie tyle białe co białawe, od muśnięcia  różu do muśnięcia błękitem, tak bym określiła tę barwę ),  dość popularną w handlu odmianę 'Blue Mist' i niestety podatną na  mączniaka odmianę 'White Wings'( białe kwiaty z różowym oczkiem ).




Miodunka czerwona czyli Pulmonaria rubra  pochodząca z południowo - wschodniej  Europy ma formę o  absolutnie czystej bieli  kwiatów, bez tego charakterystycznego dla innych miodunek zmieniania barw - Pulmonaria rubra var. albocorollata. No ale to rzadkość, najbardziej  popularną miodunką czerwoną wydaje się być bardzo wcześnie kwitnąca odmiana 'Redstart'. To od niej pochodzi ( sport czyli naturalna mutacja  ) chyba najbardziej poszukiwana z odmian miodunek czerwonych  'David Ward', roślina nagrodzona Award of Garden Merit w 1998 roku.  Nieczęsto  można spotkać odmianę 'Rachel Vernie', wyselekcjonowaną przez Jennifer Hewitt i nazwaną na cześć jej córki Rachel Vernie. Jakoś szkółkarze jej nie uprawiają. Prawie zupełnie nie znanymi na naszym rynku są odmiany 'Barfield Pink', 'Bowles Red' czy 'Cinderella', pojawiają  się raczej  w kolekcjonerskich ogrodach ( skąd  mogą się rozprzestrzenić rzecz jasna do innych ogrodów ). Miodunki czerwone są nieco delikatniejsze, mniej odporne na mróz, wszak pochodzą z południa Europy. Miodunka pstra Pulmonaria saccharata pochodząca z południowo -wschodniej  Francji i północnej i  środkowej części Półwyspu Apenińskiego wniosła do  hodowli miodunek geny które nieźle zakręciły. Jej naturalna forma 'Argentea' ma liście całkowicie wysrebrzone, wprowadzenie tej rosliny do hodowli to było naprawdę cóś!  Oczywiście  Pulmonaria saccharata ma bardzo ciekawe  ogrodowe  formy, niekoniecznie o liściach całkowicie wysrebrzonych co cud  -  'Dora Bielefeldt', 'Mrs. Moon' ( konia z rzędem temu kto wie jak naprawdę wyglądał oryginał z lat  trzydziestych XX wieku, dziś w handlu jest dużo wersji Księżycowej Pani a co jedna to ciekawsza ), świetna 'Leopard' i trochę mało popularną 'Reginald Kaye', 'Silverado' o specyficznym odcieniu liści, kwitnącą bardzo jasnymi różowo- błękitnymi kwiatami odmianę 'Highdown'. Czasem zalicza się do tej grupy  odmianę 'Pierre's Pure Pink' nazwaną na cześć Pierre'a Bennerupa ze szkółki Sunny Border w Connecticut, która sprzedawana jest tylko z nazwą odmianową ( badania  genetyczne pozwalają tę odmianę przypisać do gatunku Pulmonaria saccharata ). Jak widzicie z miodunkami i ich przypisywaniem jest sporo zamieszania - gatunkowe niekoniecznie są gatunkowe a te mieszańcowe to niekoniecznie absolutne hybrydy. Może strasznie tego nie zgłębiajmy bo dostaniemy systematyczno - botanicznej  czkawki - przejdźmy do kolejnych miodunek. Prześliczna miodunka miękkowłosa Pulmonaria mollis ma równie śliczną formę uprawną - 'Royal Blue' i dość mało znaną formę 'Samobor'.

Dobra, teraz niewątpliwe hybrydy! Takie  do których hybrydowości ciężko się przyczepić ( wielokrotne krzyżowania - najprawdopodobniej bo miodunki jak wiadomo ciężkoprzypisywalne  ). Zacznijmy od mojej ulubionej 'Blue Ensign'  - prześliczna miodunka zaczynająca kwitnienie w kolorze głębokiej purpury zmieniającej się z czasem w chabrowy błękit  znaleziona została w ogrodzie Królewskiego Towarzystwa Ogrodniczego w Wisley. Nie do końca wiadomo kim byli  rodzice  ( są tylko podejrzenia ) ale dziecię jest nadzwyczaj urodne. Uwielbiam jej ciemne kwiaty i solidne ciemnozielone liście. No tak hołd ulubieńcowi oddany, czas na historię. Za protoplastę współczesnych odmian miodunek uważa się wczesnego mieszańca Pulmonaria longifolia 'Bertram Anderson' z Pulmonaria saccharata  ( najprawdopodobniej ) nazwanego 'Roy Davidson'. Ta odmiana znaleziona w  ogrodzie w Seattle o plamiastych liściach  kwiatach w kolorze delikatnego różu i jasnego błękitu stała się rodzicem stada mieszańców, wykorzystywano ją chętnie w tzw. amerykańskiej linii hodowlanej ( głównie prace faceta zwanego  Dan Heims,  ze szkółki Terra Nova ). Pierwsze  "amerykańskie mieszańce" z Terra Nova wprowadzono w1994 roku, były to odmiany  'Spilled Milk' ( krzyżówka odmiany 'Margery Fish' z nieznanym sprawcą ) i ' Excaliber' ( krzyżówka Pulmonaria saccharata 'Argentea' z miodunką 'Margery Fish' ) . Później przyszły odmiany -  'Bubble Gum' odmiana o kwiatach utrzymujących "wieczną różowość", 'Moonshine' ( z nieznanych rodziców, co jest ulubionym sposobem pozyskiwania  odmian w Ameryce ) odporna na mączniaka odmiana o zwartym pokroju, srebrzystych liściach i  kwiatach z fioletowym odcieniem, dość szybko blednącym,  'Silver Bouquet'  wprowadzona w 2008 roku  jest krzyżówką  Pulmonaria longifolia var. cevennensis z najprawdopodobniej ( to nie było zapylenie celowe, jak zwykle ) Pulmonaria saccharata, odmiana jest dość podobna do odmiany 'Samourai , bardzo długo kwitnąca dużymi kwiatami ( po mamusi )  'Victorian Brooch' ( o dziwo znani są rodzice - miodunki  'Margery Fish' i  'Leopard' ), 'Ice Ballet' niby też ze szkółki Terra Nova ( wprowadzenie w 1997 roku )  ale ponoć sam Dan Heims pisze, że kupił tę miodunkę w Anglii jako odmianę 'White Wings', więc to może tylko introdukcja na rynek amerykański. 'High Contrast' to rezultat wolnego zapylenia w Terra Nova odmiany 'Berries and Cream'.

Hodowla odmian miodunek to nie tylko  amerykański sport - Francuzi i Brytyjczycy stworzyli tzw. linię europejską tych roślin.  Szczególne zasługi ma na tym polu Didier Willery  ze szkółki  La Ferme Fleurie  . To z tej szkółki pochodzi słynna 'Majeste' ( wprowadzona w 1988 roku ). Ta odmiana to jakby ulepszenie brytyjskiej odmiany 'British Sterling', którą wprowadził  Henry Ross z England's Adrian Bloom . Odmiana  Rossa była niestabilna, często rewersowała. Natomiast "wynaleziona" koło kępy  'Mrs. Moon' miodunka nazwana później 'Majeste' to prawdziwie srebrne liście i zero  grymasów.  Następcą tej świetnej odmiany została kolejna krzyżówka Didiera Willery znaleziona tym razem już nie w ogrodzie szkółki w której pracował tylko w jego własnym -  'Samourai' to  skrzyżowanie miodunki 'Majeste' z Pulmonaria longifolia var. cevennensis . Podobnie  srebrno - białawą barwą liści cieszy oko miodunka 'Cotton Cool', odmiana wynaleziona przez panią Dianę Grenfell z Wielkiej Brytanii. Z kolei odmianę zwaną 'Ocupol' OPAL  znaleziono w ogrodzie Sue Cupitt w Wielkiej Brytanii.  Wprowadzono ją w 1986 roku, za dużo  o jej pochodzeniu  nie wiadomo,  prawdopodobnie jest to mieszaniec Pulmonaria saccharata lub Pulmonaria officinalis z inną miodunką. OPAL jest nazwą handlową odmiany.
Nie wiem czy amerykańskiego czy europejskiego  pochodzenia są mieszańcowe miodunki 'Dark  Vader', 'Benediction', 'Margery  Fish' ( Award of Garden Merit dostała ta odmiana o dużych kwiatach i sporej odporności na mączniaka ), 'Berries and Cream','Milky Way', kompaktowe  'Little Star' i 'Apple  Frost', czy solidnie srebrzystolistne 'Silver Streamers' 'Diana  Clare'. Wiem że są, występują w handlu bez nazw grup ( co akurat nie jest wyznacznikiem poprawności botanicznej , he, he, ale jakoś kolekcjonerzy i  ogrodnicy muszą się poruszać w miodunkowym świecie ). W Polsce w forumowym obiegu mamy też dwie miodunki wyhodowane przez cooleżanki od ciekawych bylin ( Silna  Grupa Zamojska ) - 'Kleopatra' i 'Kattka'. Trochę nieformalne te odmiany ale urodne - 'Kleopatra' wiadomo, natomiast 'Kattka' otrzymała swoje imię po cooleżance od szpadelka i klawiatury, która niestety przedwcześnie nas opuściła by uprawiać Niebieskie Ogrody i udzielać  się w Bogosferze. Daję Wam linka do jej bloga, Kattka pięknie pisała i nadzwyczajnie fociła miodunki - Kattka o miodunkach.
Teraz jeszcze ostrzeżenie - uważnie wybierajcie odmiany miodunek, szukajcie info i dopytujcie się sprzedawców czy odmiany są stabilne i jaka mają odporność ma mączniaka. Pamiętajcie  że odmiany z południowo europejskimi genami są nieco bardziej wrażliwe. Howgh!


piątek, 17 lutego 2017

Kocidzień

No nie wiem jak to niektórzy wyczuli że dziś najważniejsze kocie święto w roku - Dzień Lotnika Kosmonauty skrzyżowany z Dniem Drzewołaza oraz Dniem Kontrolera, z elementami Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, zesłaniami różnymi czynionymi  przez Opatrzność i celebracją wszystkich Matek Bosek. Nastał nam Dzień Kota i towarzystwo już od rana pruje sznupy. Głownie pruje ponaglająco bo trzeba  się nafutrować przed wyjściem na dwór. Pogoda taka  że  mimo mżawienia można  balować do woli z innym towarzystwem z sąsiedztwa, do domu wrócić tylko na posiłek, myknąć i w ogóle prowadzić prawdziwe kocie  życie. Felicjanowi wyraźnie lepiej, poczuł się na tyle dobrze że napadł na torbę  Ciotki Elki popijającej u mnie kawkę po drodze ze sklepów. Łupem padła lepsza wędzonka, w całości padła. Ciotka zaklinała się  że bez konserwantów więc szlag Felicjana  rychło nie trafi. W tzw. pierwszym odruchu  Ciotka Elka pożyczyła Felicjanowi zdrowego przeczyszczenia ( "A żebyś  Ty sraki dostał wredna świnio!" ) ale potem się zmitygowała że to ja bym miała również problem i przeczyszczenie zostało zmienione na lekką niestrawność. Polazłam i odkupiłam rzeczoną wędzonkę ( Felicjan zawsze wybierze coś w dobrym gatunku,  Ciotka miała rację bez konserwantów za to z odpowiednią ceną ) i wręczyłam cud wędliniarstwa trochę wzbraniającej się Ciotce Elce ( "No co ty, no co ty?!" ). Po tym występie uznaję  Felicjana za niemal wyleczonego - pogryzł mnie, kradnie żarcie, wybywa z domu - kot wrócił do normy! Martwi mnie tylko że czasem coś  go przy szerokim ziewaniu denerwuje, solidne rozwarcie sznupy nie jest bezproblemowe.  Znaczy jeszcze nie skończyliśmy  "dohtorowania".

Reszta kotów też w właściwie w normie ( co  prawda Dżizaas która widziała je niedawno p oraz pierwszy od listopada twierdzi  że stado z wyjątkiem modelki Szpagetki to mastodonty ), zwykle  tej porze roku zajęcia mają. Lalek  przeżywa obecnie swoje wielkie chwile, nasz prawie bezzębny dominator postanowił zaznaczać swój status wielkością i rykiem wydobywanym z gardziołka. Cały napuszony, podobny do balona obszytego futrem Lalencjusz Hedoniusz przechadza się przed kocimi gośćmi porażając  ich  rozmiarem swojego ciałka. Goście podziwiają z lekkim przestrachem , Epuzer na wszelki wypadek kręci się niedaleko naszej podwórkowej robinii ( zawsze to szybko można myk zrobić i wrócić prawie na swoje podwórko ), Rudy, Niescęście i Ocelot Jaguar Drugi trochę bardziej odważni ( Epuzer jest delikatnej budowy ciałka ) podchodzą w okolice lilaków. Pod okna kiedy Lalek królewsko stoi na parapecie  żaden nie śmie podejść ( ku wielkiemu  żalowi Okularii ). Lalek wydobywa z siebie ryki w które z lubością się wsłuchuje,  Ciotka Elka określa  naszego najstarszego kota  mianem "afrykański bęben" i to właściwie mówi wszystko zarówno o wyglądzie Lalka jak i odgłosach przez niego wydawanych. Całkiem głośno porykuje też  Sztaflik, odkąd nasza większa czarna kota postanowiła ostatecznie zostać kocim chłopcem trzyma  się bardzo blisko kocurów i całkiem na serio bierze udział w działaniach zaczepnych wobec gości ( goniła  Epuzera i Niescęście, potem były triumfalne ryki przy drzwiach i przechadzka "na sztywnych łapach" z biciem ogonem ).

Po prawdzie to duża z niej kota ( choć nie jest tak obła jak występna Okularia ) i wiele osób bierze ją za kocurka ( tym bardziej  że taka ambitnie waleczna ). Sztaflik jest bardzo dumna z dopuszczenia przez kocury do  brygady kasacyjnej ( w tym roku Felicjan przestał na nią prychać, pełnoprawne członkostwo w samczym klubie otrzymała ), obnosi się ze swoją ważnością i usiłuje lać  Szpagetkę ( która się nie daję ) i  Okularię ( która uwielbia być kotą zdominowaną, mruczy ze szczęścia kiedy Sztaflik na niej odstawia bardzo groźną kocurzycę ). Okularia w ogóle  kwitnie,  wizyty towarzyskie, hołdy składane jej grubemu  tyłkowi i słodkiemu obejściu wprawiają ją w stan podekscytowania. Od rana nudzi  żeby wypuścić ją na dwór, bo tam kawalerowie czekają i ona już, zaraz  wyjść do nich musi, nawet o suchym pysku  i bez  śniadanka ( spokojnie wróci na drugie i jeszcze  będzie żądała trzeciego ). Myślę że dla Okularii czas wzmożonych sąsiedzkich wizyt to najpiękniejsze chwile, nawet letnie lenistwo na trawsku udającym Tyrawnik się chowa. Inaczej ma się sprawa ze Szpagetką. Najmniejsza jest zdegustowana tymi sąsiedzkimi wizytami i ciągłym pruciem sznup przez domowników i gości, ryki przeszkadzają jej w obserwacji ptoszków ( wiadomo koty gadają, ptocy się nie pokazują ). Nie ma w związku z tym udanych polowań ( na szczęście ) i Szpagetka zdaje się być lekko wkurzona  że rozrywki innych przeszkadza jej w uprawianiu własnych rozrywek. Ostentacyjnie nie uczestniczy w spotkaniach sąsiedzkich, przestała rozpędzać kocie bójki, twardo trzyma dystans i dopuszcza do siebie jedynie ludzi ( znaczy posiedzę z tobą albo  z Małgoś - Sąsiadką ale na pewno nie będę siedzieć z tymi kocimi kretynami ). Wygląda jak mała chińska cesarzowa, kocia miniatura z wyższością przyglądająca się światu lekko zmrużonymi oczami. Na miniaturowym  obliczu widoczne  jest poczucie wyższości.

No nic, trzeba szykować koci obiadek - tak, tak Dzień Kota, niektórzy zjedzą surową wołowinę a inni pochłoną zalewajkę. Dzisiejszy wpis ozdabiają pracę japońskiego artysty Tetsuo Takahary . Kocie portrety psychologiczne jak u Fujity, spójrzcie  ile tu osobowości kocich. O  artyście za wiele  się nie dowiedziałam ( pewnie dlatego że nie fejsbuczę )  poza niepokojącym info że już go z nami od paru lat nie ma ( daty życia podają różne 1958 - 2014 lub 1958 - 2015 ). No prawdziwym kocim portrecistą był Tetsuo  Takahara.







wtorek, 14 lutego 2017

"Z pewną taką nieśmiałością" - czyli najwcześniejsze przyziemne kwitnienia

Pisałam już o najwcześniej wyłażących wiosną roślinkach, odświeżyć  info możecie przy lekturze wpisów - Małe wczesnowiosenne cebuliszcza , Śnieżyczki , Wiosenne cyklamenki , Najwcześniejsze tulipanki , Pierwsze krokusy , Zawilce greckie , Przylaszczkarnia.  Jak widzicie wpisów o roślinach przedwiośnia i bardzo młodej wiosny wcale nie jest tak mało. Wynika to z mojej nimi fascynacji, upartego sadzenia w Alcatrazie niemal wszystkiego "wczesnowiosennego", choć te roślinki ledwie parę albo najwyżej paręnaście  centymetrów wysokości osiągają i nie są z tych  "walących po oczach". Skąd  ta fascynacja maluchami, które wydają się nie mieć specjalnego znaczenia dla wyglądu  i kondycji ogrodu ( no tak,  jak wiadomo masowo się  przesiaduje w słodkie marcowe głębokie popołudnia w ogrodzie i w cieple zachodzącego słońca obserwuje piciumiste  roślinki ). Po pierwsze - po zimie człowiek stęskniony jest do zielonego a rośliny przedwiośnia i bardzo młodej wiosny tę tęsknotę zaspokajają, przy okazji wydłużając nam ogrodowy sezon o niemal miesiąc. Po drugie  - nie my jedni korzystamy z ogrodowych radości, pierwsze kwitnące rośliny zapewnią  żyr świeżo obudzonym owadom ( niestety zdarza się  że i  świeżo obudzonym  nornicom ). Miło pogapić się na trzmiele pracujące w kieliszkach krokusów, czy pszczoły na inszych wczesnowiosennych maleństwach.

Po trzecie - zyskujemy  genialne ogrodnicze tworzywo, rośliny niewymagające ( w olbrzymiej większości, bo wczesnowiosenne cymesy i rarytety  potrafią grymasić  jak  wszystkie tego typu rośliny ), znaczy proste w obsłudze ( o ile przestrzega się podstawowych zasad ich uprawy ) i bardzo widowiskowe jeżeli tylko będziemy sadzić je masowo. Tak, w masowości nasadzeń kryje się sekret urody najwcześniej kwitnących wiosenną porą roślin. Co tam dziesięć sztuk krokusów różnych odmian posadzonych na kawałku zatrawniczonym lub gdzieś pod różami, takie dziesięć sztuk to może dobrze wyglądać w doniczce na parapecie, kiedy w styczniu, lutym tworzy nam w domu złudzenie  że już za chwilę będzie prawdziwa wiosna. W ogrodzie takie nasadzenie  się nie sprawdzi, choćby to był ogródek malutki jak chusteczka do nosa.


Siła urody malutkich roślin widoczna jest w łanach, w dużych skupiskach kwitnących odmian. Nie wiem czy przyuważyliście - w naturze nie występują takie miksy "wszystkiego po równo", zawsze przeważają rośliny jednego gatunku. Nie zawsze oznacza to monokulturę, słówko przeważają oznacza czasem tylko  że roślin danego gatunku czy odmiany jest najwięcej a nie jak to się niektórym wydaje że "W górach to tylko takie  fiołkowe krokusy rosną" ( a tymczasem szafran spiski Crocus scepusiensis ma też  formę biało kwitnącą, rzadsza jest niż podstawowa  forma gatunku ale istnieje ). Jak popatrzymy na zdjęcia Chochołowskiej czy Kościeliskiej w marcowo - kwietniowej odsłonie uderza nas  jednak masowa fiołkowość, nie widzimy dużych skupisk biało kwitnącej formy. Podobnie sprawa ma się z przylaszczkami, Hepatica nobilis występuje u nas przynajmniej w trzech ( niektórzy doliczyli się czterech ) formach, jednak to ta o kwiatach w odcieniu błękitu o średnim wysyceniu występuje najczęściej i to ona niebieszczy się w bukowych lasach na przedwiośniu. Bardziej prosto jest w naturze z przebiśniegami czy rannikami -  dziko występują u nas właściwe tylko formy podstawowe  Galanthus nivalis i Eranthis hyemalis. Skupiska tych roślin siłą rzeczy są jednoodmianowe. W ogrodzie mieszamy gatunki, odmiany z różnych stron świata, czasem w pogoni za różnorodnością uda nam się przesadzić i zamieniamy mały kawałek gruntu w przegląd oferty miksów hurtowni a nie w coś miłego dla oka.


Znacznie bardziej naturalnie wyglądają jednogatunkowe czy jednoodmianowe skupiska ( jak największe ) malutkich roślin wczesnowiosennych. Zadziwiające jest  że właściwie nie ma znaczenia czy ogród jest  wielki czy mały,  sadzenie jednorodnymi grypami gatunków czy odmian bardziej się sprawdza. Pisałam  już że w mieście Odzi jest taki stary park gdzie pod dębem liczącym sześćset lat, zwanym Fabrykantem rośnie sobie najpospolitsza cebulica syberyjska   i troszeczkę zwykłego, "podstawowego" śnieżnika Chionodoxa forbesii . Ten zestaw jest genialny, nic więcej do szczęścia nie potrzeba a uzyskano go bardzo prosto - pozwolono rozrastać się roślinom cebulowym ledwie dwóch, dość podobnych gatunków i nie dosadzano na siłę żadnych miksów cebulowych. Nie ma cud łączki mieszanej,  jest morze błękitu. Tak szczerze pisząc to podejrzewam że nasadzenie mieszane skończyłoby się dość szybko, gatunek najbardziej ekspansywny wygryzłby z czasem te bardziej delikatne ( założę się  że sadzenie  puszkinii czy odmianowych śnieżników w miksie w skład którego wchodzą cebulica syberyjska i śnieżnik lśniący w formie podstawowej oznacza że za parę lat w miksie  nie będzie ani puszkinii ani odmianowych śnieżników ). Zatem jak sadzić drobnicę to bezmiksowo, drożej wychodzi ale mamy szansę na rozrastanie się wszystkich gatunków czy odmian które  chcielibyśmy uprawiać. Jak zależy nam na kontraście odmian jednego gatunku to sadźmy je w grupach niedaleko siebie, bardziej żywotne nie zagrożą bezpośrednio ( chyba że się rozsieją bo będą miały tak optymalnie dopasowane warunki  ) tym delikatniejszym.


Na koniec o malutkich cebulowych, przylaszczkach, nieco później kwitnących miodunkach i drzewach. Drobnica cebulowa idealnie nadaje się do sadzenia  pod większość drzew liściastych, przy bukach, kasztanowcach, niektórych klonach dobrze udają się przylaszczki czy miodunki. Sadzenie pod drzewami ( w cieniu rzucanym przez konary, nie tuż przy pniu ) jest dla wczesnowiosennych roślin cebulowych tym co najlepsze - tak spora ich część rośnie w naturze. Wyjątkiem są krokusy i tulipany botaniczne, to rośliny kochające słoneczne stanowiska nawet w porze spoczynku. A tak à propos krokusów - ciekawe dlaczego w Kraju Kwitnącej Cebuli nie można dostać legalnie w sklepie bulwko - cebulek krokusa spiskiego, wszak chronionego można by w ogrodach uprawiać jaki inne gatunki. Jest tak urodny że znalazłoby się na jego uprawę sporo amatorów ( ja, ja,  i jeszcze raz ja ). I z tą krokusozagadką Was zostawiam, szczując fotkami które najwcześniej będą aktualne za jakiś miesiąc.