sobota, 25 marca 2017

Wybuch wiosny w Alcatrazie


Przestaję na troszki katować Was Lizboną i okolicami ( nie cieszcie się, wrócę do tematu bo klimat miejsca mnie przyuroczył ) i zajmę się wiosną wybuchniętą w Alcatrazie. Tak, tak, wiosna wzięła i wybuchła! Najsampierw się czaiła tak  jakoś, nieśmiało wyłaziło zielone i kolorowe, może przestraszone deszczem i ogólną szarością spływającą z nieba ( przez ostatni tydzień to nie cud wiosenne deszczyki padały tylko jesiennie - zimowo lało, raz nawet marznąco ). Teraz jednak mimo  takich sobie temperatur ( chyba się rozpuściłam w  tej  Portugalii ),  na mniej zimno - dżdżystą aurę zielone zareagowało pozytywnie a kolorowe wręcz zaszalało. W ogrodzie zakrokusowanie i zaśnieżyczkowanie, powoli wyłażą cebulice i śnieżniki. Rzecz jasna o tej porze roku najbardziej interesującą rabatą wydaje się Ciemiernikowszczyzna. Tam jednak następuje dopiero przygotowanie do wielkich występów. Jestem bardzo happy bo Mamelon szukając  w Leroyu farby ( szara komódka  do łazienki - i kto to się zaklinał że  żadnego więcej mebelka nie kupi i nie będzie go upiększał, he, he ) i całkiem przypadkiem wdepnął na dział roślinny i całkiem przypadkiem  naszedł dwa ciemno kwitnące ciemierniki z serii 'Double Queen'. Kupił nie całkiem przypadkiem i oto są - w Mamelonoison jedna sztuka, w Alcatrazie druga. Mam całą masę ciemiernikowych siewek, zamierzam  w tym roku sporo z nich przesadzić na nowe rabaty. Oczywiście  nie wiem co to za jedne, znaczy jakie będą miały kwiaty ale ciemierniki są po prostu urocze i wszelkie ich kwiaty będą mile widziane. Przyznam się że zaczynam pałać chęcią posiadania większej ilości Helleborus niger, tego najwcześniej kwitnącego i chyba najbardziej wytrzymałego w naszym klimacie. Podobają mi się też bardzo ( chyba  do ich urody  w końcu dojrzałam )  ciemierniki korsykańskie  i ich mieszańce ale te jakoś nigdy  nie rosły u mnie dobrze, chyba będę musiała poczekać na  twardsze odmiany mieszańcowe - oby tylko choć część urodności miały po korsykańskich.

Kwitną przylaszczki, masowo - znaczy  kępki jakby większe niż  w zeszłym roku. Jednak nie jest to jeszcze masowość z tych najbardziej masowych, he, he. Jest dokładnie tak jak czułam w lutym że będzie. Ciekawe ile  przyjdzie mi jeszcze poczekać na kwitnienie z daleka dające po ślepiach - coroczna śpiewka, zawsze mi się zdaje  że to już  w tym roku olśnienia będą.  No i kuźwa zawsze nie to! Zastanawiałam się po oglądzie ogrodu czy się jednak nie złamać i  po prostu nie dokupić paru kępek ale wrodzona chytrość  mnie powstrzymuje.  Tak naprawdę  to w końcu zakupiłam byłam australijskie i hamerykańskie irysy, trochę mi szkoda "zielonej" czyli przeznaczonej  na zakupy ogrodowe kasy na wolno przyrastające przylaszczki. Raczej zakupię  dolomit i dokarmię moje kruszynki w nadziei że szybciej urosną ( tak, wiem czyją mamusią jest nadzieja ). Znaczy  jak zwykle będę  żyła oczekiwaniami ( taa,  a one przylaszczki będą rosły jak na sterydach  - "oj,głupia ty, głupia ty" że posłużę się cytatem z wieszczki ).


No cóż oczekiwanie na cud kwitnienie roślin ma w sobie jednak jakąś tajemną moc podtrzymującą radość z życia, w końcu to ta sama kategoria oczekiwań  do której  kiedyś należały bożonarodzeniowe prezenty, możliwe  do wyłudzenia majowe,  prawdziwie cukiernicze lody  ( znaczy takie które robili cukiernicy z mleka, jaj, czekolady czy owoców a nie proszkowe ), czy wyczekiwane "najnowsze" seanse filmowe w kinach mojego nastolęctwa ( człowiek  oglądał filmy z dziesięcioletnim poślizgiem i jeszcze był szczęśliwy że mu się udało i zamiast kolejnej opowieści o żołnierzach idących z bratnią armią na Berlin zobaczył coś z "prawdziwego  świata" ). W tym sezonie po raz pierwszy doczekałam się śnieżyczek Woronowa. Posadziłam  nie bardzo książkowo,  tam gdzie same znalazły sobie miejsce śnieżyczki przebiśniegi. Z cebulek wylazły  szerokie liściory i mocniej niż u Galanthus nivalis  zbudowane kwiaty ( takie krępe, większe, podobne do kwiatów śnieżyczki Elwesa ). Przyznaję bezczelnie że  jestem usatysfakcjonowana tym śnieżyczkowym kwitnieniem, któremu nie przeszkodziła nieco ostrzejsza zima ( co tam ostrzejsza jak  śnieg grubą warstwą zalegał ). Śnieżyczki w tym roku spisały się na medal, rzecz  jasna z wyjątkiem marketowych 'Flore Pleno', które tradycyjnie okazały się być nie pleno. Jakoś bez nerwów podeszłam do tej pomyłki, w końcu kupowałam je  z myślą że może jakimś cudem okażą się być tą odmianą, więc wielkiego rozczarowania nie czuję. Marketowe  przebiśniegi były  w cenie niepowalającej a  śnieżyczka to śnieżyczka. Gulgot to bym wydała  gdyby holenderskie  śnieżyczki były  czymś innym niż  obiecywały napisy na torebeczkach ale  holenderskie zakupy okazały się być bez pudła! No i dobrze, mam straszną ochotę na kolejne małe cebulaczki z tego źródełka.



W tym roku po raz pierwszy od wielu, wielu lat w "wiosennym pokazie" pojawiły się iryski cebulowe. Rośliny miłe dla oka  ale jakby nie do końca stworzone dla naszego klimatu. Turcja, Kaukaz, Grecja, południowo - wschodnia  część basenu  Morza  Śródziemnego - te rejony są ojczyzną gatunków malutkich, kwitnących wczesną wiosną  irysów cebulowych. W zeszłym roku sporo o nich czytałam, doszłam do wniosku że spróbuję posadzić w piochach przy  brzozie i zaniosę parę paciorków do Muczenicy Dorofieji, patronki ogrodników,  coby roślinki przetrwały. Paciorki będę zanosić latem bo nie tyle trzeba się bać w przypadku mieszańców irysów żyłkowanych  czy też irysa Danforda ( jeden z nielicznych irysów którego mam ochotę obrazić słowem kosaciec ) śnieżnej, mroźnej zimy co trzeba się bać mokrego lata. Dla tych irysów nasze tzw. przeciętne lato jest zbyt deszczowe, one latem lubieją u nas z premedytacją wygniwać ( tak, tak, to one winne a nie my którzy sadzimy je w każdej glebie ogrodowej a potem mamy zespół ciężkiego wydziwiania ). Moje podbrzozowe piochy ciepłe i suche bo brzózki  pracują starannie nad osuszeniem terenu, może te irysowe maluchy dadzą jakoś radę.



Powolutku zabieram się do sprzątania jesiennych liści, wycinania traw i tym podobnych  ogrodowych robótek. "Lepsze" róże przytnę nieco później ( cóś niewierząca jestem w zbyt wczesne przycinanie nowszych angielek ), starsze ogolę w  nadchodzącym tygodniu. Powinnam  też oddoniczkować zadoniczkowane na przyszopiu. Duuużo roboty, zaczęłam od podwórka które "się prosiło". Liście spod jarząbka, brzozowe opady, cholerne perzowate trawska ( jak to co wredne i nielubiane szybko zaczyna wegetację, zielone to jak szczypiorek a korzenie soczyste i wczapierzone w glebę ). Dokonałam dwóch przesadzeń mniejszych drzewek ( sadzonki z tych  co to ostatni termin na przeniesienie, mój kręgosłup krzyczał "Jezuuu, nie rób mi tego!" )  i przy wejściu  szopkowym do Alcatrazu powstał lilakowy zagajnik podszyty barwinkiem. Szczerze pisząc to jestem zdumiona tym ile miejsca uzyskałam po berberysowych wykopkach ( moje berberysy strzegą teraz działki syna pani Gieni, naszej sąsiadki,  posadzone zgodnie z przeznaczeniem jakie  miały  i u mnie - zapora przeciwdziecięca ). Zagajnik lilakowy ma duże szanse wykończyć w maju  Ciotkę Elkę, która masochistycznie nastrojona jęczy żeby posadzić lilaki w innej części podwórka ( "Od strony mojego okna, najwyżej zamknę jak już nie będę mogła oddychać ). Taa, zagajnik roślin duszących, rabatka roślin trujących i nasadzenia alergizujące itd. Może powinnam  otworzyć firmę "Urządzanie ogrodów na zlecenie spadkobierców - efekt gwarantowany!"  Oj tam, oj tam, jak  ktoś chce to i krokusem się zatruje ( szafrany niby spożywcze ale nie tak do końca ).





Krokusiki jak co roku dają czadu, to chyba najwdzięczniejsze z moich wczesnowiosennych cebulowych. Lubię je chyba tak samo jak szafirki. W tym roku kwitną nowe odmiany vernusów ( to te duże, mieszańcowe krokusy zwane też ogrodowymi ). Nie wiem jak będzie z wigorem i przeżywalnością cebul, z urodą jest OK. Numerem  jeden została w tym roku odmiana 'Vanguard', przepiękna. Wcale się nie dziwię że została nagrodzona RHS Award of Garden Merit ( to ta na pierwszym planie drugiego zdjęcia poniżej ). Należało się!



czwartek, 23 marca 2017

Sintra - Palácio da Pena ( z parkiem i widokami )

Hym, mój ostatni post był z lekka kobylasty ( Ciotka Elka stwierdziła że królów mieli ciut dużo, co jest nieprawdą bo mieli ilość królewskiego pogłowia na poziomie  średniej europejskiej ) ten zatem będzie troszki bardziej przygodowy. Zacznę od tego że pałac Pena leży na wzgórzu w paśmie Serra Sintra, niewielkich w sumie wzgórz ( Mamelon jest przeciwnego zdania - niebosiężne szczyty )  z których najwyższe nazywane Cruz Alta liczy sobie 529 metrów n.p.m. i znajduje  się w liczącym około  pięciu hektarów parku Palácio da Pena ( czego Mamelon jest nadal błogo nieświadoma, he, he ). To bardzo malutki zakątek Portugalii ( 10 kilometrów ze wschodu na zachód i z 5 z północy na południe ), z własnym mikroklimatem, endemicznymi roślinami i  chronionymi zwierzakami. No i w południowo wschodniej części jest usiany zabytkami.





Jak zatem widzicie okoliczności przyrody i nie tylko przyrody piękne i wyjątkowe i jak to w przypadku wzniesień,  wymagające nieco wysiłku przy oglądzie. Chmurkowało nieco od  Atlantyku i Mamelon szczęśliwie nie dojrzała celu naszej wyprawy. Co prawda lepiej widoczna twierdza Maurów, Castelo dos Mouros z lekka ją  zaniepokoiła wysokim położeniem ale sprytnie nęcona kameliami była pełna podróżniczego zapału. Tego zapału to starczyło Mamelonowi i mnie tak mniej   więcej na jedną trzecią drogi, potem poczułyśmy  się jak panie starsze ( w końcu nimi jesteśmy ). Ponieważ nie było co liczyć na szybki przyjazd autobusu 434 ( odjeżdża  ze stacji i można nim dotrzeć do różnych zabytków  Sintry ) postanowiłyśmy zaczaić się na tuk - tuka, trzykołową zmotoryzowaną rikszę, który to pojazd jest bardzo popularny zarówno na stromych uliczkach Lizbony jak i w Sintrze. O ile wjeżdżanie na wzniesienia w Lizbonie uważałyśmy za coś poniżej naszej  turystycznej godności o tyle serpentyny pałacowego wzgórza dały nam tak  popalić że na widok nadjeżdżającego tuk - tuka okazałyśmy entuzjazm który  z lekka wystraszył prowadzącego. Jazda tuk - tukiem to 5 euro od osoby i śmiem twierdzić  że na wzgórzach Sintry jest to cena adekwatna do usługi. Mój boszsz... ja podziwiałam te widoki, "przepaście" zapierające dech, las pachnący, kamelie które uciekły z ogrodu a Mamelon śledziła poczynania kierowcy, który pozdrawiał kolegów jednocześnie  bawiąc się z nimi w szybkich i wściekłych. W tzw. momentach grożących  bliskim kontaktem zamykała oczy. Koniec  jazdy został podsumowany słowami "No i przeżyłyśmy!". Przeżycie osłodziło nam przydługie czekanie w kolejce po bilety ale na  tyle ta radość zmąciła nam zmysły że nie kupiłyśmy  biletu na podwózkę przez ogródek. Tak, tak, to nie był koniec wdrapywania się do pałacu. Na szczęście ogród uroczy, barwinek szalał, kamelie dodawały sił i słońce przebiło poranne chmury ( choć dziwnie niektóre partie ogrodu nie były słoneczne ).





Kiedy ujrzałyśmy kolorowe mury zamku natychmiast zrozumiałyśmy na czym polega ten kretyński urok, który jest mu przypisywany. Takich zamków nie ma, nie istnieją realnie tylko w wyobraźni dzieci albo stukniętych Niemców jak Ludwik II Bawarski czy Baron Wilhelm Ludwig von Eschwege. Jest tak odjechany że aż  piękny.
Dobra, czas na historię tego miejsca  - rozpoczęła się w średniowieczu, kiedy na szczycie wzgórza nad Sintrą została zbudowana kaplica poświęcona Matce Boskiej Pena . Zgodnie z tradycją, budowa miała miejsce po objawieniu maryjnym ( Portugalia jak  wiadomo bogata w tego typu zjawiska ) . To było całkiem "poważne" sanktuarium, pielgrzymowali tu portugalscy królowie - João II i królowa Leonor w 1493 roku, a później Manoel I . Manoel zresztą nie tylko pielgrzymował, Manoel przede wszystkim wznosił budynki w stylu Manuelino. Na wzgórzu obok kaplicy pobudowano z rozkazu królewskiego malutki klasztor ( przebywało w nim do  ośmiu mnichów ), który przekazano zakonowi Jeronimitów ( portugalski são Jerome to polski święty Hieronim ).
W XVIII wieku nastały dla klasztoru ciężkie czasy, najpierw tzw. grom z nieba ( zachmurzonego ponoć ) uderzył w klasztor i to ta na serio, były poważne uszkodzenia, a potem wielkie trzęsienie ziemi w Lizbonie spowodowało zawalenie się  pietra klasztornego budynku. Kaplica szczęśliwie ocalała, łącznie z marmurowymi  i alabastrowymi rzeźbami  z lat dwudziestych i trzydziestych XVI wieku przypisywanymi Nicolau Chanterene,  rzeźbiarzowi rodem z Francji, który jednak bardziej znany jest  pod portugalską  wersją swojego imienia i nazwiska ).

W 1834 roku w katolickim kraju jakim jest Portugalia miała miejsce kasata zakonów ( śledząc portugalską historię można wysnuć z niej wniosek że Portugalczycy są solidnie po katolicku wierzący ale zdrowo antyklerykalni, natomiast od czasu do czasu trafiali im się władcy z manią religijną, wymagającą jak w przypadku królowej Marii I leczenia ). Piękne ruiny, zupełnie w romantycznym guście początku XIX wieku zachwyciły  bardzo młodego Fernando Augusto Francisco António de Saxe-Coburgo-Gotha, który przez małżeństwo z Marią II Bragança, córką tego wrednego Dom Pedro, który śmiał się ogłosić cesarzem Brazylii i zadekretował niepodległość tego kraju, wszedł do rodziny królewskiej.






 Troszki więcej o Marii i Ferdynandzie. Maria, jak to portugalskie infantki nie miała łatwego życia ( choć na pewno lepsze niż  słynna "wiecznie zaręczona" córka króla João I ). Najpierw poślubiła stryja, który zmusił ją do tułaczki po europejskich dworach, potem Karola Augusta, księcia Leuchtenbergu, wnuka Józefiny Beauharnais, który kipnął po  dwóch miesiącach małżeństwa a w 1836 roku  księcia Ferdynanda. Zważywszy na to że w tym czasie ukończyła lat szesnaście to można to określić jako "bogate życie uczuciowe", oczywiście z uczuciami nie mające wiele wspólnego ( no chyba że z uczuciem zmęczenia ). Zmarło się biedaczce przy kolejnym, jedenastym porodzie w 1853 roku. Zdaje się  że uważała takie zejście za godne - "Jeśli umrę, umrę na swym stanowisku", tak miała powiedzieć kiedy ostrzegano ją że jest na tyle słabego zdrowia że nie powinna więcej rodzić. No, Wielki Inkubator Narodowy! Ferdynand pochodził z dynastii, która dostarczała książąt małżonków XIX wiecznym dworom Europy bogatym jedynie w księżniczki. Biedaczek za wiele nie miał prócz tytułu i świetnych koligacji oraz zdolności prokreacji. Tytularnym królem został zgodnie z portugalskim obyczajem dopiero po narodzinach potomka (  trzeba  go było sprawdzić ),  bywał regentem (  w czasie ciąży żony i po jej śmierci, w czasie wyjazdu dzieci z kraju ) i podobnie jak jego kuzyn zasiadający na brytyjskim tronie u boku królowej Wiktorii Albert von Sachse-Coburg-Gotha, miał w sobie uwielbienie dla romantycznych zamczysk. W brytyjskim przypadku powstało Balmoral a w portugalskim Pena. Taaa, Koburgowie wyraźnie lubili pachnące świeżością, farbą i zaprawą tynkarską prawdziwe stare zamki.


W 1838 roku król  Ferdynand II zdecydował się na zakup starego klasztoru, wszystkich okolicznych terenów, pobliskiego Zamku Maurów i jeszcze kilku innych posiadłości w okolicy do kompletu. Zamierzał wznieść tu kompleks letniej rezydencji królewskiej, bardziej odpowiadającej jego gustowi niż stary królewski pałac u podnóży wzgórz. No i wymyślił że dobrze zrozumie go rodak, baron von Eschwege, amator co prawda ( kopalnie to była jego domena ) ale zamki nad Renem  widział. Budowa trwała w latach 1842-1854, dość długo bo w 1847 roku para królewska kiedy zamek był już właściwie gotowy zdecydowała się nagle na przebudowę.  Między innymi król zaproponował włączenie sklepienia łukowego, elementów średniowiecznych i islamskich, a także sam osobiście po królewsku zaprojektował ozdobne okno główne fasady, inspirowane przez okno domów kapłańskich klasztoru Zakonu Chrystusa w Tomar ( w końcu poddani nadali mu przydomek Artysta ). W 1869 roku na dworze królewskim miał miejsce niezły skandal - król Ferdynand zapałał był uczuciem do śpiewaczki operowej Elisy Hensler, młodszej od niego o dziewiętnaście lat skandalistki ( ha, żywot półkurtyzany czyli utrzymanki i horror XIX wieczny czyli nieślubne dziecko po drodze ). Skandalistka nie była jednak głupią gąską ani nie była pustakiem, oprócz całkiem niezłego głosu miała rozległe zainteresowania jak na ówczesne kryteria. Nie dość artystycznego zacięcia to i botaniką się interesowała. Zdaje się że była znacznie ciekawszą osobą niż królowa Maria. Ernest II von Sachsen - Coburg - Gotha obdarzył pannę Hensler tytułem hrabiny Edla i król poślubił tę  świeżą arystokratkę. Zdaje się  że byli szczęśliwi, hrabina była morganatyczną małżonką ale jak na byłą śpiewaczkę operową to był wielki awans społeczny. Po hrabinie pozostał w parku domek zwany "Chalet" ( nie to nie jest to  o czym myślicie ), w stylu słodkich domków wiejskich. Dzieci nie mieli ( polska Wikipedia bzdury zawiera, córeczka hrabiny była z "ojca nieznanego" choć przypuszczalnego ). Po śmierci króla hrabina odziedziczyła pałac ale postanowiła sprzedać  go królowi Luisowi aby  nadal pozostał rezydencją letnią królów Portugalii. W roku 1889 pałac zakupiło państwo a od roku 1910 czyli od czasów rewolucji republikańskiej pałac pełni funkcję muzeum. Królowa Amelia spędziła w nim ostatnią noc przed emigracją - ostatnia królowa, ostatnia noc, prawdziwe saudade czyli smętna radość z przemijania.



Pałac szybko zaczął przyciągać turystów i stał się jednym z najczęściej odwiedzanych zabytków w Portugalii. Z czasem kolory czerwono-żółtej fasady wyblakły, a przez wiele lat pałac był  uznawany za całkowicie szary. Pod koniec XX wieku postanowiono go odświeżyć i  przywrócić murom  oryginalne kolory. Ryk oburzenia  niosło przez całą Portugalię, jakże to tak "na kolorowo" a nie smutek i wyblakłość pasująca do historycznej aury zabytku i nostalgii, kojarzonej powszechnie z portugalskim stanem ducha. Jednak prawda historyczna taka jest że pałac miał walić po oczach  kolorami i nie ma że nie ma bo jest jak jest. Tak ten budynek wyglądał w XIX wieku, tak chcieli żeby wyglądał jego twórcy a  patyna czasu po prostu zaburzała odbiór zabytku. Zawsze się znajdą tacy, którzy twierdzić będą że okopcona dymami świec Sykstyna to "prawdziwy Michał Anioł", mimo tego że ten artysta preferował czyste barwy bez domieszki sadzowej szarości. W obrębie pałacu zachowano sporo pozostałości po klasztorze Jeronimitów,  refektarz. zakrystię, kaplicę w styli Manuelino. Włączono to w część budynku z wieżą zegarową ( dodano szeroki taras widokowy ). Wieżę zegarową ukończono dość wcześnie bo już w 1843 roku była  gotowa, to najstarsza nowa część budynku Słynny  taras zwany Tarasem Królowej zapewnia tzw. wrażenia, warto popatrzeć.

Teraz będzie o wnętrzach. Tego nie da się zwalić na miotającą się chińską wycieczkę, następczynię japońskich wycieczek - wnętrza przyprawiają mnie o klaustrofobię ( zupełnie tak jak  Józefa Reformatora po wielkim trzęsieniu ziemi  przyprawiały o ten stan wszelkie murowane wnętrza ), są strasznie ciężkie od sztukaterii i dość ciemne. Mamelon tłumaczy taki stan rzeczy chęcią odpoczynku od ostrego słonecznego światła, jak tak to ja wolę odpoczynek w ciemnawych ale dużych salach Palácio Nacionale. W Pena czułam się osaczona przez XIX wieczne ozdóbstwa. Mamelon bardziej spokojnie podeszła do tematu ale widok pokoju z boazerią drewnianą wykonaną z malowanego kamienia jednak nią wstrząsnął. Nasze własne łódzkie pomysły fabrykanckie wysiadają przy inwencji portugalskiej rodziny panującej - niekiedy trzeba coś zobaczyć żeby uwierzyć.

Szczęśliwie jednak nie samymi oficjalnymi i "lepszymi" pomieszczeniami pałace stoją - zawsze człowiek się dopatrzy kibelków, łazienek  i kuchni, gdzie jest bardziej swojsko ( np. cudowna wanienka w drewnianej oprawie albo kolekcja miedzianych foremek pobudzająca moją chęć dogłębniejszego zapoznania się z kuchnią Portugalii, ze szczególnym naciskiem  położonym na studia wyrobów cukierniczych ). Ponadto w pałacowych salach była wystawa europejskich wyrobów ze szkła ( fragmenty cud witraży średniowiecznych i renesansowych, szkło użytkowe itp. ) . Ciekawie też było przyjrzeć się miedziorytom ( chyba wczesno XIX wiecznym, nie doczytałam z powodu ataku chińskiej wycieczki ), szczególnie poruszająca była grafika zatytułowana "Śmierć kota" ( koci lekarze, koci ksiądz, koci schodzący i kocie płaczki ), przeżywałam a Mamelon rechotała. Mam wrażenie że  było  sporo ilustracji bajek La Fontaine. Jednak z pałacu wyszłyśmy z ulgą, tłumy to nie jest to co tygrysy  lubią najbardziej.


Polazłyśmy do ogrodu, który niby tylko  pięciohektarowy ale za to wielopoziomowy. Z tarasów pałacowych widok dech zapierał, Atlantyk szumiał w dali i w ogóle ale młode popołudnie nie nastrajało nas do wędrówek w kierunku widzianego oceanu. Postanowiłyśmy trzymać się wschodniej strony zbocza, dobrze ocienionej i jak wydawało nam się  nie aż tak stromej. Polazłyśmy w kierunku Vale dos Lagos czyli Doliny Jezior.  Tam jest osobne wejście do ogrodów czyli Entrada dos Lagos ( a tam  czekają tuk - tuki ) i przy okazji  mogłyśmy zahaczyć o Feteira da Rainha, czyli ogród królowej z roślinami z różnych stron świata. Darowałyśmy sobie domek hrabiny Edla i inne atrakcje, uznając ze wszystkiego  nie przeleziemy a siły musimy zachować na Quinta da Regaleira ( i było to słuszne podejście jak się później okazało ). Schodziłyśmy powoli mijając zasapaną włoską rodzinę podążającą  do pałacu i więcej nikogo, cisza i spokój po gwarze kłębiącego  się  na górze tłumu. Ogród sprzyja wytchnieniu o ile się schodzi ze wzniesienia




Wsiadłyśmy do tuk - tuka przy Entrada dos Lagos i pajechali! Mamelon tym razem bez zamykania oczu za to z wyrazem przerażenia na gębusi. Jednak przyzwyczajenie człowieka znieczula, kiedy z ostatniego zwiedzanego ogrodu w zapadającym wieczorze gnałyśmy na dworzec przez wzniesienia Sintry Mamelon nie tylko nie była przerażona, Mamelon była swobodna!
Oczywiście mimo całego dnia spędzonego w Sintrze widziałyśmy tylko część rzeczy godnych zobaczenia. Reszta innym razem, na razie niech się to uleży co widziałyśmy podczas tego wyjazdu.



środa, 22 marca 2017

Sintra - Palácio Nacional

Być w Lizbonie a nie odwiedzić Sintry to trochę tak jakby być w Krakowie a nie odwiedzić Wawelu lub być w Granadzie a nie zobaczyć Alhambry. Wyprawa niepełna cosik. Dojechać z Lizbony prychol, pociągi podmiejskie odchodzą zarówno z Rossio jak i  Oriente, trochę więcej niż  pół godziny i jesteście w miejscu którego krajobraz kulturowy został wpisany na  Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Do Palácio Nacional możecie spokojnie przedreptać na własnych nogach, oblookując po drodze jedną wielką zieloność i łapiąc się na cafezinho z wiadomym ciasteczkiem ( dla pokrzepienia, he, he ).




Pałacu nie przeoczycie, nawet drogowskazu tu nie trzeba ( choć zabytki Sintry są bardzo dobrze oznaczone i nie ma  problemów z trafieniem w określone miejsca ). Dwa białe kominy i już wiecie  że to właśnie ten budynek. Nie do pomylenia, że się tak wypiszę.
Pierwsze budynki w tym miejscu wznieśli w VIII stuleciu panujący wówczas w Portugalii przedstawiciele mauretańskich dynastii. W X stuleciu  w pałacu rezydował kalif, jednak pałacowe budynki nie przypominały świetnych arabskich pałaców budowanych później w Hiszpanii. Z lekka  prymitywnie  było, więcej twórczej uwagi poświęcono wybudowanej na wzgórzu  twierdzy zwanej dziś  Castelo dos Mouros czyli  Zamkiem Maurów. W czasie rekonkwisty w 1147 r. Sintra została zdobyta przez pierwszego króla Portugalii, Afonsa Henriquesa  zwanego również Afonsem Zdobywcą ( po polsku imię króla brzmi Alfons, cóś mniej dostojnie ). Budynki  Sintry nie uległy zniszczeniu  bo mieszkańcy miasta słysząc o rzezi, którą Afonso i pewien zakon rycerski zgotowali broniącej się  Lizbonie postanowili poddać miasto. Oczywiście Afonso natychmiast przejął pałac i uczynił  go siedzibą królewską, którą pozostał aż do zmierzchu władzy monarszej w Portugalii. Tak, tak, ten ponad tysiącletni pałac jest najstarszą, świetnie zachowaną królewską siedzibą portugalskich władców i jednym z najstarszych takich miejsc w Europie.






Dobre lata  dla monarszej siedziby przyszły wraz  z panowaniem króla Dinisa I ( po polsku Dionizego ) z dynastii burgundzkiej .  Trochę więcej miejsca poświęcę temu królowi, noszącemu przydomki Trubadur, Rolnik czy Chłopski Król. Facet był ciekawy, korzonki miał półlegalne - ojciec co prawda Afonso III król ale mateczka Beatrycze z Kastylii choć też krwi królewskiej po tatusiu, po mateczce była mniej dostojna - babką Dinisa była kochanka  króla Kastylii -Leónu Alfonso X El Sabio - Maria Guzman. Dziadek z przyszłej Hiszpanii miał przydomek Mądry i szczęśliwie dla  Portugalii dziadkowe geny odezwały się w Dinisie. W 1290 założył  uniwersytet w Lizbonie ( potem przeniesiony do Coimbry ), nakazał sadzenie lasów w pasie atlantyckim, zakładał kooperatywy rolne na północy kraju ( nie do uwierzenia ), zwolnił z podatku  transakcje dokonywane  na targach,  ustalił jasno stosunki z Kościołem zakazując  mu  zakupu dóbr rodowych ( wyciął też niezły numer papieżowi przyjmując prześladowanych  Templariuszy, których czym prędzej w 1319 roku nazwał Zakonem Chrystusa ) a przede wszystkim położył podwaliny pod morską potęgę  Portugalii. Taki właśnie król w 1281 roku nie tylko  nakazał odbudowę mocno już zniszczonego Palácio de Oliva ( tak wówczas nazywano ten pałac) ale i rozpoczął jego rozbudowę ( przy pomocy uwolnionych królewskim rozkazem Maurów ze wsi Colares ), choć bardziej zwracał uwagę na utrzymanie w niezłym stanie Castelo dos Mouros ( wiadomo - potrzeby mieszkaniowe potrzebami mieszkaniowymi a warownia rzecz najważniejsza ). Wiek później,  w roku 1385 kolejny wielki  król  na tronie  Portugalii João I zwany Dobrym lub  Wielkim ( po polsku to  król Jan ), założyciel dynastii Aviz, zlecił całkowitą przebudowę centralnej części pałacu ( dziedziniec ) i przede wszystkim przebudowę pomieszczeń kuchennych.  To wówczas, w wieku XIV pojawiły się  w krajobrazie  Sintry dwa charakterystyczne kominy po których tak łatwo rozpoznać pałac.




Do pierwszej ćwierci XVI wieku Portugalczycy mieli  szczęście do  budujących królów, w czasie kiedy  panował  Manoel I Szczęśliwy z dynastii Aviz, w latach 1495-1521 dokonano przebudowy kompleksu pałacowego w stylu manuelińskim. Manuelino to taki narodowy styl portugalskiego budowania powstały na początku XVI wieku. Twórcze przekształcenie gotyku, podobne do tego które w Anglii zaowocowało stylem Tudorów. Dla Manuelino charakterystyczne jest zachowanie strzelistej gotyckiej konstrukcji i połączenie jej z elementami o motywach morskich ( np.  częsty motyw splecionych lin okrętowych, morskich stworzeń, czasem wpół fantastycznych ) i orientalnych ( z lubością nawiązywano do motywów  mauretańskich ). Za panowania króla  Manoela pałac został oficjalną siedzibą letnią królów  Portugalii, tu wynosili się z  gorącej Lizbony by w  bryzie znad Atlantyku i chłodku ciągnącym ze wzgórz Serra de Sintra odpocząć od letnich upałów. Niestety panowanie króla Manoela było końcem z wielkich czasów  dynastii Aviz i właściwie wielkich czasów dla Portugalii. Już za jego  rządów zaczęły się nieciekawości - edykt przeciwko  Żydom nakazujący chrzest lub wyprowadzkę. Potem było jeszcze gorzej - syn Manoela , João III wprowadził w kraju Inkwizycję i uparcie rozszerzał kolonie zaniedbując krajowe podwórko, wnuk João III nieszczęsny Sebastian ( tego akurat koronowali w Sintrze ), który rozpierniczył państwową kasę, władzę oddał jezuitom i w ramach zabaw w rycerza krzyżowego dał się zabić w Maroku był jednym wielkim kłopotem, Henrique syn Manoela, bezdzietny kardynał którego panowanie było króciutkim epizodem zanim na mocy dynastycznego pokrewieństwa  Portugalia na sześćdziesiąt lat przypadła Hiszpanom ( którzy obficie korzystali z portugalskich podatków ). Powolny upadek.




Dla królewskiego pałacu letniego w  Sintrze skończyły się złote czasy. Owszem, po odzyskaniu niepodległości po buncie książąt Bragança, wywodzących się z bocznej linii dynastii Aviz,  pałac był wykorzystywany ale nowych rozwiązń w nim nie wprowadzano ( dla nas to jednak szczęśliwe, w końcu w salach z czasów Manoela zachowały się piękne XVI wieczne ozdoby w stylu  mudejar, piękne azulejos i bogato zdobione stropy ). Pod koniec XVII wieku w pałacu mieszkał przez całe  dziewięć ostatnich lat swego życia drugi król z rodu Bragança, Afonso VI zwany Zwycięskim. Dla pałacu niczego dobrego to jednak nie przyniosło, gdyż król niejako przebywał w nim przymusowo i właściwie nie był już królem. Afonso VI miał bowiem problemy z główką, sprawa dość często spotykana w starych, mocno skoligaconych ze sobą rodach. Ten wspaniały przydomek Zwycięski, zawdzięczał głównie  swojej mamusi sprawującej regencję, hiszpańskiej  arystokratce. Królowa Luisa z domu de Guzmán popędziła kota swoim rodakom i została uznana za portugalską bohaterkę ( należało się, zapewniła Portugalii niepodległość i usiłowała reformować kraj ). Afonso VI przebywał na stałe w pałacu w Sintrze od 1674 roku. Kolejni władcy z rodu Bragança wyraźnie nie mieli serca do  pałacu, za srebro  z kopalń  Brazylii budowali potężny pałac w Mafrze. W 1755 roku podczas tzw. wielkiego trzęsienia ziemi w Lizbonie  (  południową Portugalię i północno - zachodnią Afrykę przemodelowało solidnie ale utarło się że jest to trzęsienie lizbońskie ) pałac mocno ucierpiał. Został odbudowany ale był coraz rzadziej wykorzystywany przez panujących. Ostatnią mieszkanką pałacu, pochodzącą z królewskiego rodu, była w latach osiemdziesiątych XIX wieku Maria Pia di Savoia, zwana Aniołem Miłosierdzia z racji swojej działalności dobroczynnej - babka ostatniego króla Portugalii Manoela II. 






W roku 1910 królewski pałac w Sintrze został Palácio Nacional - dobrem narodowym. Dziś jest  w nieustannej konserwacji, co i raz ze zwiedzania wyłączana jest  któraś z sal i nie ma się co temu dziwić - to są baaardzo wiekowe budynki, z kamieniarką, mudejar (  strop kaplicy )  i azulejos i drewnianymi elementami wymagającymi szczególnej troski konserwatorów. Oczywiście mnóstwo opowieści o poszczególnych salach zamku - moją  ulubioną jest ta o srokach ze stropu w  Komnacie Srok - Sala da Pegas.  Każda sroka trzyma w szponkach różę będącą symbolem królowej pochodzącej z Anglii Filipy z of Lancaster i "mówi" w komiksowym dymku "Por bem", co można przełożyć jako "w dobrej wierze". Legendarna wieść  niesie że  mąż Filipy, dobry król João I został złapany na obcałowywaniu damy, która to sytuacja doprowadziła do sroczych plotek ( he, he, sroka plotkarka ) innych dam. Król bronił się, że pocałunek był "Por bem"  i sufit został pomalowany w 136 srok na cześć stu trzydziestu sześciu plotkar, coby wiedziały co król o nich myśli ( w końcu  dyskrecja na każdym dworze jest ceniona ). Wersja oficjalna, przewodnikowa, jest rzecz jasna  bardziej koturnowa - "Por bem"  było dewizą króla a w Sala da Pegas król przyjmował zagranicznych dygnitarzy. Taaa.



Sala dos Cisnes czyli  Komnata Łabędzi nazwana tak od sklepienia wymalowanego w łabędzie,  pierwotnie była nazywana po prostu Wielką Salą, a za czasów króla Manoela I sala nosiła nazwę Sali Książąt. Na powałę  składa się 27 paneli drewnianych, na których przedstawione są ptaki, ( ten sufit został zrekonstruowany po trzęsieniu ziemi  w roku 1755 ). Ozdóbstwa sufitowe  mają przypominać zaślubiny  portugalskiej infantki Izabelli, córki królowej Filipy i króla João I,  z burgundzkim księciem Flipem Dobrym. Małżeństwo było tak jakby trochę niedobrane - małżonka zbyt  pobożna jak na burgundzkie standardy a Filipek ciut niewierny ( pięćdziesięcioro nieprawego potomstwa ), ale  politycznie się sprawdziło. Sala de Dom Sebastiao to komnata z XV wieku używana pod koniec wieku XVI  jako sypialnie tego chodzącego nieszczęścia,  króla Sebastiana. Czasem pomieszczenie to jest nazywane "Złotą Komnatą", taki wspominek po pierwotnej  dekoracji ze złota w różnych odcieniach,.  W sali ostały się za to  płytki przedstawiające motywy liści winogron, a pochodzące  z początku XVI wieku. Sala jest ciemna , focić w niej trudno. Łatwiej byłoby w Sala dos Brasões
- Komnacie Herbów, światełka więcej ale sala olbrzymia, praktycznie nie do objęcia obiektywem nieprofesjonalnym. Kopuła na niej co się zowie, salę wyszykowano za Manoela I, konkretnie to w roku, 1508. Kopułę zdobią siedemdziesiąt dwa  herby portugalskiej arystokracji. Na ścianach późniejsza dekoracja z azulejos ( XVII i XVIII wiek ). To właśnie z okien tej sali roztaczają się widoczki prezentowane poniżej ( o ile mnie pamięć nie zawiodła ).




Jest jeszcze Komnata  Manuelińska, komnata Galeonów - - Sala  das Gales, Komnata Chińska i "grota" kąpielowa - Gruta dos Banhos
( cokolwiek zdziwna jak na kąpielisko ale z cud azulejos i uroczym sufitem z XVIII wieku ). Oczywiście wszystko wypełnione meblami indo - portugalskimi, sekretarzykami varugeno, arrasami ( sfociłam ten XV wieczny z roślinami, najbardziej do mnie przemówił ) i całą kupą innych antyków typu XVIII wieczna chińskiej produkcji pagoda z kości słoniowej. Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie pałacowa kuchnia. Wygląda jak wyłożona masą perłową a to cud płytki ceramiczne ( Mamelon zapałała tzw. pożądaniem namiętnym ). Olbrzymia jak sala balowa, z kominami sprawiającymi nieco surrealistyczne wrażenie. Kominy liczą sobie ponad trzydzieści trzy metry, człowiek czuję się pod nimi jak pod kopułą Sala dos Brasões. No jestem nadal mocno zauroczona.

A tak w ogóle to przy tych rozpamiętywaniach  urody ceramicznych płytek. Pierwsze płytki do Portugalii sprowadził Manoel I, który w 1503 roku odwiedził był Sewillę. Tak  go przyuroczyło że zaszalał i dzięki temu w Palácio Nacional jest spora kolekcja  hiszpańskiej ceramiki wykonanej wg. XV wiecznej metody cuenca. Nie są to płytki w kolorach kojarzonych z typowym portugalskim azulejos, czuć ich mauretański rodowód , że się tak wypiszę. Ten portugalski błękit na bieli to późniejsza sprawa - druga połowa XVI wieku i wieki XVII i XVIII. Figuralne przedstawienia też  zostały zapożyczone z Hiszpanii ( do której przywieźli je włoscy majolikarze pod koniec XV wieku ). Z czasem Portugalczycy opracowali własne typy przedstawień jak "na kafelkach"  i sposoby umieszczania azulejos, no zrobili z tego sztukę narodową, której najlepsze przykłady są nie do pomylenia z żadnym stylem "glazurniczym".




Na koniec ogrody -  nieduże i utrzymane klasycznie dla Półwyspu  Iberyjskiego, znaczy cięte bukszpany w ogrodzie nazywanym ogrodem króla João,  donice z kwitnącymi, pomarańczowe drzewka i olbrzymie drzewa magnolii zimozielonych. Paprocie koło sadzawek z rybkami. Szczerze pisząc bardziej niż odtwarzany warzywnik z czasów średniowiecza interesowała mnie kamienno - ceramiczna strona ogrodu - lew manueliński i kolonialnego pochodzenia praczka przy sadzawce z kamienną tarą.
Palácio Nacional zwiedzało nam się świetnie, turystów było akurat tyle że nie przeszkadzali sobie wzajemnie. Na koniec imprezy zwiedziłyśmy kibelek z ofertą handlową - interes można robić wszędzie, he, he. To chyba Portugalczykom zostało po przybyszach z Bliskiego Wschodu, sefardyjskich Żydach i Maurach.
Sorry za jakość zdjęć - nadal mi się nie polepszyło z foceniem.