niedziela, 19 listopada 2017

Codziennik - wypiek na Święto Lasu

Jakoś tak ostatnimi czasy zmęczenie mnie powala w najmniej spodziewanym i najmniej odpowiednim momencie. Chyba przeszło na mnie od  Mamelona, która jakiś tydzień z przylepką temu zauważyła u siebie takie dziwne, właściwie trochę niewytłumaczalne zmęczenie życiem. Czyżby depresja starorurzasta nas zaatakowała? Miałam szerokie gryplany domowe na ten weekend a tymczasem udało  mi się jeden dzień luźny poświęcić na ... nie wiadomo co. No znaczy niby cóś tam robiłam tylko  że tak właściwie to mało konkretów z tego robienia wyszło.  Oczywiście jestem niezadowolniona bo ja tu ten tego a rezultat mikry, żeby nie powiedzieć ledwie zaistniały. Oczy kleją mi się jakbym drzewniejszym socprzodownikiem  pracy była po ciężkiej   szychcie  na przodku w kopalni a tzw. zadania wyznaczone nadal są tylko wyznaczone.  Znaczy osiemnastego tort był w robocie, tworzywko  przygotowane ( częściowo ) ale sił nie miałam żeby to cholerne ciasto wykończyć ( a ciotka  Elka i Małgoś - Sąsiadka nogami przebierały, ślinę obficie  roniły i cóś jakby pretensje miały że przełożone z poniedziałku na weekend zajęcia ciastotwórcze jeszcze się nie  odbyły ). Trudno, zmęczenie materiału, moce przerobowe spadły do zera - trza czekać czyli wykazać się cierpliwością i  jakby samozaparciem!

Przygotowawszy rodzynki, znaczy olbrzymki królewskie jasne zalawszy blue quracao ku zgrozie  Małgoś - Sąsiadki ( "Elu ona chyba  leje  na nie denaturat!" ) i wymieszawszy marmoladę z pigwy ze zmielonymi  orzechami laskowymi. Byszkopcik czeka na przełożenie kremem z bitej  śmietany zwanym dawniej  sułtańskim. To był taki wynalazek  PRL-u, bitą śmietanę dzieliło się na dwie części i do jednej z nich  dodawało się  kakao.  Posypywało się ten cud  kulinarny rodzynkami i posiekanymi orzechami  i przez  chwilę pożerającemu ową  słodycz człowiekowi się wydawało  że on w nie wiadomo jakim luksusie się pławi. Normalnie uczta  Trymalchiona, he, he. Jedną z jaśniejszych ( jakże nielicznych ) chwilek w komunie ta konsumpcja była.

Postanowiwszy przywołać czar chwil minionych i "komunistyczny" kremik pojawi się jako przełożenie tortu. Nie jest to słodycz ulepek więc  będzie pasił do tej pigwowej marmolady, którą posmaruję tzw. pierwszy blat.  Hym... może na Święto Lasu powinnam wykonać jakiś bardziej leśny wypiek, wicie rozumicie,  jagody  czy tam inne  żurawiny pod kruszonką czy cóś w tym guście ale rodzina i sąsiedztwo od pewnego czasu uparcie  bredzi o tym torcie. Myślę że to zauroczenie nazwą krem sułtański, czas raczej nie jest tortowy tylko drożdżówkowy lub kruchociastkowy ( tzn. o tej porze, przed moimi  imieninami raczej nie robimy tortów, dopiero imieniny obchodzimy tortowo ). No cóż, zje się!



Jak widzicie na załączonych obrazkach tort został odbębniony.  Dekoracyjnie się nie wysiliłam ale to nie konkurs  tortowej piękności. Grunt żeby był zjadliwy. Dekoracyjnie wyżyłam się upieprzając kolejną "instalację artystyczną", he, he. "Las w lystopadzie" nazwałam to ustrojstwo i nie pozwoliłam  macać dekora  Ciotce Elce, żywo zainteresowanej moją nową paprocią.  No tak, zakupoholizm kwitnie w najlepsze - nabywszy rzeczoną paproć bo do mnie przemówiła. To Phlebodium aureum  'Blue Star'. Ponoć prosta w uprawie ale na moje oko wymagająca na dzień dobry wymiany  podłoża.  Na razie robi za "leśność" w dekorze, znaczy udaje języcznika ( dobra, marnie jej  idzie ).  Później zastanowię się nad stałym miejscem dla niej i nad nową doniczką  z nową paprotną ziemią rzecz  jasna. Mam nadzieję że   paproć w miarę szybko osiągnie w domu właściwe dla niej rozmiary, z tymi mnożonymi in vitro roślinami  różnie  z tym tempem wzrostu bywa.  W dekorejszyn listopadowym może nieco dziwić woskowy bałwanek, ale w końcu w lystopadzie  trafiają się przymrozki.  Może to i naciągnięcie  do granic możliwości bo ze szronu bałwanków się nie lepi, ale uwielbiam zapach palonego wosku, tak różny od woni chemicznych jabłuszek, zsyntetyzowanych wypieków domowych, żrących różyczek czy wazducha  magnolii. No innej  świecy woskowej niż ta bałwankowa po prostu nie miałam. W moim najnowszym odkryciu czyli supertanich świecznikach z IKEA, białym szkle o różnych odcieniach ( recykling czasem urodzie służy ) palą się takie tam zwykłe stearynówki.  Narzekam na nie jak  XIX wieczna konserwatywna dama: nie ta barwa światła, nie ten zapach, nie ta bajka,  ale świeca z prawdziwego wosku to w dzisiejszych czasach rarytet.  Kupić nie jest łatwo i cena wysoka. Taka parę razy jak te ikeowe świeczniki.






piątek, 17 listopada 2017

Ostatni Mohikanie

No i zbliża się  ten moment kiedy opadną ostatnie  jesiennie przebarwione liście.  Po połowie listopada, jesień na całego znaczy.  Resztkowo tylko złotawa, dżdżysta, w mieście smogowa. Człowiek  robi  co może  żeby choć trochę "światem przyrody" się uraczyć ale cóś  ciężko to idzie. Warunki listopadowe w tym roku to tak mało sprzyjające są ogrodowym pracom czy nawet tylko przebieżkom po ogrodzie.  No ogólnie pogodowo jest doopiasto i człowiek tylko myśli jakby tu wślizgnąć  się do wyra z kotami i przyciąć późnojesiennego komarka.  Koty opanowały  wyrko z powodu zasadniczego czyli z powodu  akcji O . W domu jest średnio ciepło, znaczy ciepło na tyle żeby koty się nie przeziębiły.  Oszczędzam bezczelnie na opale ile się da, nie cierpię wydatku opałowego.

Temperatura domowa jest w tej  chwili  bliska tej  jesiennej w szkockich zamkach, znaczy jakby szlachetnie temperaturzymy ( koty nie narzekajo, bo majo podgrzewany kocyk a ja jestem  jak ta tłusta foka, dopóki lód wód nie skuje to daję radę ). Niestety jednak trzeba choć trochę  ciepełko włączyć co jest bolesne  dla kieszeni ale niezbędne  dla dobra chałupy, nie ma lekko. Na wszechobecną  wilgoć  atakującą   mury, rury i inne takie ciepełko domowe jest wskazane. Oczywiście w myślach przeliczam tę  opałową kasę na  podróże, rośliny, super żarło  dla kotów i od  razu znów robię się zła. Tym  bardziej zła im mocniej wczytuję się ile to procent akcyzy, podatków - sratków zawiera cena mojego opału.  Nikt mi nie wmówi że nasze państwo walczy ze smogiem! Nasze państwo to walczy ze smokiem czyli z wiatrakami i przerżnie jak ten rycerz o smętnym obliczu, utopi  nas wszystkich w  Morzu Anachronicznym dla jakiejś tam wydulczonej osiemnastej górniczej  pensji ( pensja wydulczona, znaczy  dulczynea ).  Moje stałe narzekania  w  "temacie opału", nawet chyba na blogim już  podobne gadki o donkiszoterii  państwa wstawiałam . Och, gdyby tak za paliwko mogły robić ogniste przebarwienia jesienne - cały ogród   bym  zaberberysowała, he, he.




W ogrodzie berberysy mają teraz swoje wielkie chwile, dają czadu! Ogniste liście i jeszcze bardziej  ogniste owoce walą coolorami  po  oczach aż miło. W tej ogólnej wilgotnej szarości  taki rozgrzewający  owocowo  - liściasty zestaw jest zestawem ratunkowym.  Oby wytrwały w tym stanie jak najdłużej bo potem będzie już tylko niemal monochromatyczna  łysość przez całe trzy miesiące. I nie ma  żadnej  gwarancji że  biel  śniegu roziskrzy ten ciemny, bury smętek najzimniejszej pory roku. Palcie się jak najdłużej berberyski, irgi i azalki japońskie,  niech  ognista jesień jeszcze trwa.




Oprócz berberysów owoce prezentują ogniki.  Nie wiem jak długo ta radość dla oczu potrwa, wilgoć wszechogarniająca to nie jest to co konserwuje owoce na drzewach i krzewach, po żółto owocującej odmianie ognika już niestety  to widać.  Cieniutko z owocami jest na śnieguliczkach i irgach, zbyt późno  formowałam krzewy ( bo wydawało mi się  że po zeszło jesiennym cięciu prześwietlającym lepiej  ich nie ruszać za szybko,  a jak ruszyły z kopytka to nie miałam czasu na latanie z sekatorem bo sprawy międzynarodowe i myślenie nad  bombą atomową mnie zajmowały  ) i był problem z odpowiednią ilością kwiatów. No cóż, nie można  mieć wszystkiego, trzeba się cieszyć tym co się w tegorocznym sezonie ogrodowym udało. Na ten przykład odsądzany od czci i wiary ambrowczyk 'Gumball' jakby zaczął cóś  tam kombinować z liśćmi. Może nie jest to oszałamiająca feeria  barw ale hamerykańskie dżefko nie jest już  neonowo zielone  jak ta rzekotka drzewna na wiosnę.

No ruszyło się i o ile mróz nie zaatakuje  w listopadzie to kto wie,  może po raz pierwszy uda  mi się cieszyć przebarwionym ambrowcem.  Może się nawet tak tym przebarwieniem zauroczę że jeszcze  dąb teksaski Alcatrazowi kupię w prezencie, he, he. Na Suchej - Żwirowej i w Alcatrazie mimo listopadowej wilgoci jeszcze całkiem nieźle prezentują się trawy. Oczywiście nie mam  na myśli palczatek, palczatki się  nie prezentują tylko nadal leżą w ramach protestu przeciwko zbyt wielkiej jak dla nich ilości wody. Za to miskanty, molinie a nawet zasychające powoli rozplenice i obiedka wyglądają całkiem - całkiem. Cieszę się że w tym roku dosadziłam  jeszcze trochę traw, kiedy na dworze paskudnie przedzimowo te sterczące kłosy przypominają o cieplejszych  chwilach i nawet jakby coś na kształt poszumu z siebie wydają kiedy wieje wiatr.  W przyszłym roku trawy nie będą nabywane, przyszły sezon zakupowy będzie stał drzewami, drzewkami  i drzewiątkami.






Dopieścim Alcatraz drzewami różnej wielkości bo mamy nową przestrzeń po byłej rabacie.   Będziemy  tylko z tej przestrzeni musieli usunąć siewki wrażego jesionka ( jesionek czyhał na oczyszczone kawałki gruntu coby się szybciutko rozmnożyć ). Zapowiadam od długiego czasu  akcję zalesiającą ale się jakoś nie składa. Część materiału na nasadzenia już mam, zadołowane są brzozy himalajki, klonik  o strzępisatej korze i jeszcze parę pomniejszych  drzew  grzecznie czekających na Wielkie Sadzenie. W tym roku planów staram się nie konkretyzować bo jeszcze znów  cóś się potaśta i będę  zajmować się  niekoniecznie tym co chciałabym robić najbardziej. No może  sobie trochę pomarzę ale to tak  dla rozrywki, he, he. Na fotkach ostatni Mohikanie, tak dziś wyglądał ogród po południu. Teraz znów pada, jutro pewnie nie zostanie mi  nic  innego tylko uprawianie kurestwa domowego ( od kury domowej to pojęcie utworzone a nie od pań  i panów prowadzących się lekko jak  ferrari ), zbyt  zimno na zabawy w plenerze.




niedziela, 12 listopada 2017

Żywina w oczku wodnym czyli rzecz o zbyt ciasnym akwarium

Wracam myślami do  cieplejszych czasów i smętnie myślę o tych wszystkich niezrealizowanych gryplanach. Cóś mało  jest pocieszające że to tzw. okoliczności miały wpływ na to że z planowanych ogrodowych zamierzeń ledwie cząstkę udało mi się w tym roku zrealizować.  No w końcu zawsze są jakieś okoliczności, może po prostu maksymalnie się napinam przy tych gryplanach a potem mam kaca bo real  leży jak leżał? Ech, życie, życie, nie ma co  dywagować dlaczego w temacie oczka wodnego nadal leżę, trzeba się trochę powymundrzać. Wiadomo, najpiękniej wymundrzajo się ci, którzy  specjalnymi sukcesami w  wymundrzanej dziedzinie popisać się nie mogo. No wypisz, wymaluj ja!  Wpis pewnie będzie miał branie, bo zdaje się  że w temacie oczka wodnego to większość ogrodujących też leży a niektórzy to już nawet zaczęli  kwiczeć. Znaczy to będzie takie "kontinułe" zeszłorocznego Jak nie zakładać oczka wodnego .

Zacznę od tego  że oczko wręcz prowokuje do zakładania  minizoo, no bo jakże to tak bez rybków, żabów i ważek. Zoolog musi być bo po co komu oczko bez rybków i to najlepiej tych cudnie złotych! No i  zaczyna się jazda czyli grzech ciężki nieumiarkowania. Rybków ma być ławica, choć oczko na ogół  nieduże. Ławica błyskawicznie zmienia wodę w zieloną  maź, dzielnie nawożąc stawek, człowiek dodaje swoje  trzy grosze dokarmiając rybki. Efekt wizualno  - zapachowy  powoduje że natentychmiast myśli się  o likwidacji bajora.  Niestety oczko o wodzie czystej jak  źródlana zdrojówka  wymaga  ograniczenia "życia  przyrody" i żelaznej dyscypliny oraz serca z kamienia ( odławiania narybku i zasilania  nim naturalnych zbiorników, a w przypadku gatunków egzotycznych to nawet nie chcę myśleć  czego  ).  Oczywiście zawsze możemy wpuścić w stado pokojowo nastawionych rybek takiego okonka na ten przykład.  Jednak takie rozwiązanie jest rozwiązaniem stawowym a nie oczkowym ( w oczku po pewnym czasie dokupujemy rybki dla okonka ).  Możemy też się tym wszystkim nie przejmować i niech zwierzaki zajmą się sobą same.  Natura zadziała, choć smród i w wypadku co wrażliwszych sumień tzw. kac moralny może nas prześladować.



Problem  zielonej  mazi nie  bierze się z niczego innego tylko z lenistwa. Głównie umysłowego, bo nijak do szerokiej rzeszy oczkujących "rybkowo" nie chce dotrzeć ta prosta prawda  że oczko ze zwierzętami jest czymś więcej niż zwykłą rabatą, ozdóbstwem i pieszczotą dla ogrodniczego ego. Oczko  jest miejscem życia żywych stworzeń.  Odnoszę czasem wrażenie  że  spora rzesza ogrodników, niby ludzi kochających naturę, urządza to wodne  zoo jak w XVI wieku urządzano przypałacowe menażerie - zwierz padnie, zastąpi się go nowym, ważne  żeby  przez jakiś czas sobie egzystował i  dodawał splendoru naszemu ogrodowi.    Piesa zaswetrowana została  uszczęśliwiona oczkiem "splendorowym" urządzonym przez byłego właściciela jej  hacjendy. W tym wypadku nadmiarem rybek zajmuje się kocia część rodziny, a ponieważ kocie dziewczynki są bardzo łowne problem rybek może rozwiązać się naturalnie w sposób ostateczny. I dobrze! Trzymanie zwierząt w małych zbiornikach ma w sobie smutek basenu dla karpi  na przedświątecznych targowiskach. Ryby pływające  w olbrzymich ilościach w małych oczkach, takich jakie zazwyczaj są urządzane w większości ogrodów, nie świadczą wcale o  życiu bliżej natury a jedynie o  braku  poszanowania dla niej. Oczko "splendorowe" jest oczkiem nieetycznym, powstałym z bezmyślności skrzyżowanej często z megalomanią. Fuj!!!



Megisława od Łąk przywołała kiedyś w dyskusjach oczkowych kwestię akwarium.  No właśnie, dobrze jest znać swoje możliwości.  Jeżeli jesteście w stanie opanować równowagę biologiczną w akwarium to powinno być wam łatwiej w o wiele większym zbiorniku. Ale jeżeli nie dany jest Wam ten dar sterowania  biotopem w małym rozmiarze to nie rzucajcie się na znacznie większy - to źle się skończy. I dla mieszkańców zbiornika i dla Was, jego posiadaczy. Jeżeli  Wasze oczka pozostaną niezarybione to nie znaczy  że nie będzie w nich  życia,  Kochani z wodą to ni ma  że ni ma - woda to życie ( i temu  żaden kreacjonista nie zaprzeczy ).

Dziś fotki zrobione nad stawami urządzonymi na Nerze, rybki i kaczki, dafnie i cóś jakby  raki ( ale  to chyba te  amerykańskie a nie szlachetne ) zamieszkują te wody. Właściwe miejsce dla żywych stworzeń.


sobota, 11 listopada 2017

Wypiek narodowy improwizowany

Święto narodowe już mamy czyli coroczna "napiendralankę" szczerzepolskich z europejskocentrycznymi ( może by tak obstawiać u bukmacherów kto komu co w tym roku a dochód z zakładów - zawsze u buków jest dochód -  przeznaczyć na szczytny cel, na ten przykład prawdziwe finansowanie leków dla seniorów ). Jako nieuczestnicząca na bieżąco w tym przedstawieniu buffo jakie  fundują nam  polityczni, nie będę też śledzić z wypiekami na gębie marszów, wieców i innych pochodów, poświętuję sobie narodowo w domu i ożywię tradycję bliską sercu ludziów znad  Wisły - sobotnio - niedzielny  wypiek będzie robiony.  Wicie rozumicie, kiedyś rządna  gospodyni to ze wstydu by się spaliła gdyby na dzień siódmy tygodnia wypieku w domu nie zrobiono.  Co to za dom  w którym słodkiego w święto nie ma?!  No na pewno nie szczerzepolski! W byłym zaborze rosyjskim pod słodkie pijano  herbatę, w byłych zaborach pruskim i austriackim chłeptano kawusię ale  słodkie  do przegryzania było przedrozbiorowe. Umiłowanie słodkiego smaku gdzieś w nas Polanach siedzi i choćby przyszło tysiąc  diabetologów, których wsparłoby tysiąc katolickich teologów to i tak pokuszenie słodkościami zbierałoby swoje  żniwo. Taa, mieszkam w mieście które cudzoziemców zadziwia liczbą cukierni. No rzecz jasna oczywizda, żydowsko  - niemieckie miazmaty i pełzająca rusyfikacja zatruwały naród trującą słodyczą makagigów, wafli, serowników w cieście drożdżowym ale ludność miasta Odzi ze wsi się wywodzi, więc  rzucania się na słodkie nie da się zwalić tylko na masonów i cyklistów. Polskie ci jest, a juści! Jak ten chlebek codzienny miodem odświętnie posmarowany.

Dobra uzasadnienie pożerania słodkiego w święto narodowe już mamy  ( solidnie naciągane ,  bardzo "prawdziwie historyczne" i absolutnie od czapy czyli IPN owskie ), teraz będzie o wypieku. Przede wszystkim nie będę  niczego  piekła  bo piekarnik wabi koty oczekujące że wylezie z niego mięcho o cud smaku.  Wykonam cóś na kształt sernika na zimno ale z jogurtu ( bo sera zapomniałam nabyć ). Jogurtu mało więc poratuję się troszką budyniu,  bo mleka akurat nie zapomniałam kupić. Coś czuję  że w smaku  może być to obrzydliwe więc budynia będzie mało. W międzyczasie przygotuje składniki na  tort  pigwowy z kremem sułtańskim, który to wypiek uskutecznimy z  Ciotką  Elką na tzw. zabawach w podgrupach w poniedziałek.

Niezbędna  do  tego czegoś na zimno dziś robionego będzie mi garaletka i jakiś owoc ( niestety  słoikowo - puszkowy, bo nie pomyślałam żeby  świeżutki zakupić ). No i  śmietana do ubijania  bo śmietana  ratuje  wszystko. Taki sernik sklerotyczno - leniwy ( no bo albo zapomniałam  o składniku albo  mnie  się wyczynów  nie chce uskuteczniać ) wykonywa się prosto i bezstresowo.  Po wykonaniu przeprowadzony  zostanie test  na Małgoś - Sąsiadce, a potem pożremy to słodkie  świństwo strasznie narzekając  że  żelatynowate jak uśmiech  jednego z wicepremierów i na zimno, że owoce  z puszki,  że garaletka to gruszkowa a trzeba było cytrynową poświęcić i  że za mało tej śmietany a za dużo  budynia. No ale słodkie w  święto będzie, nasz własny patriotyczny sernik na zimno. Prawdziwie polski improwizowany z bele czego,  średnio strawny i kto  wie czy nawet niepowodujący sensacji.




Dobra, wykonałam,  Małgoś - Sąsiadka czyli  pilot oblatywacz wykazuje oznaki  życia więc można  pożerać. Jest co prawda rzeczywiście  na wpół jadalny ale nie takie żaby jedliśmy. Zamkniem oczy, rozewrzem szczęki a potem mocno zaciśniem zęby ( żeby nie wrócił ) i jakoś się przełknie, he, he.

czwartek, 9 listopada 2017

Rzecz o potrzebie jesiennego Święta Lasu

"Pięć elektrycznych przewodów
Pięciolinia pod napięciem
Rozwieszona na gołych słupach w polu
Od hen, hen po hen, hen


Jesień, zrudziałe ścierniska
Płoną łęciny, wiatr porywa dym
W sadzie jabłonie gubią jabłka
Na zgniłe liście padają pac, pac


Rzeka wystygła, płynie cicho
I wrony, wrony, muzykalne wrony
Przysiadły na pięciolinii elektrycznej
Od hen, hen po hen, hen


Re do si la sol sol fa
Mi re do si la la sol
Sol fa sol mi fa re mi
Fa mi fa re mi do re


Nuty pierzaste, nuty skrzydłopióre
Na pięciolinii z metalu
Kto wam podpowiedział Adagio
Od hen, hen po hen, hen"







Są takie dni w listopadzie  że tylko smętek i  Albinoni, nostalgia, Panie, nostalgia! Nie depresja i gorzkie  żale, prędzej smakowanie  smuteczków. W doopie za przeproszeniem mam listopadowe bombkowanie sklepowe, handlowe kolędowanie, całą tę  komerchę zarzynającą magię  świąt z nachalnością wpychaną mi przy zakupach "kocich puszków" czy "miącha" ( które to zakupy uskuteczniać muszę bo ni ma  że ni ma ). W  necie niewiele lepiej, jeszcze niezmasowany atak Mikołajów,  ale pierwsze bałwanki  i renifery już atkujo! A tymczasem na świecie listopad, muzykalne wrony i ostatnie  złote liście na drzewach, nie mam  ochoty na radosne "Ho, ho, ho!". Amerykanie nadal dyniują, zaczynają modlić się o indyki, dekory w jesiennych coolorach na  odrzwiach domowych wieszajo.  No jesienniujo po całości. U nas jesień kończy się drugiego listopada, a potem to już zima i oczekiwanie na  śnieg.  Nie podobie mi się takie zamienianie listopadowych dni w nie wiadomo co, nieistniejącą porę roku, niejesienne wyglądanie zimy, przedłużony do niemożliwości adwent. Jakoś podświadomie człowiek nasiąka "gwiazdką" i  tak w okolicach połowy grudnia rzyga kolędami, dostaje dreszczy na widok faceta w czerwonym  ubabranku i rzuca się do  ucieczki przed sępiącymi "na okoliczność"  aniołkami.  Nic tak skutecznie nie obrzydza świąt jak ich namiętna celebracja na długo przed terminem. Mnie na ten  przykład natentychmiast przeszło  zauroczenie  bałwankiem  w  śniegowej kuli.





No cóż, trudno żebyśmy dziękowali za indyki zesłane przez Najwyższego, nie nasza to bajka ale może tak krótki paciorek w intencji  Puszczy Białowieszczańskiej.  Wicie rozumicie, rodzina zbiera się wokół stołu na którym wypieczony cudnie pieniek po byłym drzewku.  Co bardziej ambitni wypiekacze to nawet wykarcz z korzonkami będo uskuteczniać.  Nostalgia listopadowa zapewniona bo mało  jest tak smętnych rzeczy jak pieńkowy wspominek po dużym drzewie. Popierający działania wiadomego mynistra też mogo  świętować, święta w końcu majo  łączyć a nie dzielić ludzi należących do różnych opcji politycznych ( święta narodowe jak wiadomo  nie nadajo się do tej roli ). Oni tylko  będo wypiekać szyszkę zamiast pieńka. I  możemy obchodzić nasze jesienne Święto Lasu, które proponuję tak gdzieś w końcu listopada wyznaczyć ( no wybuch Powstania  Listopadowego i Andrzejki to nie ten, data musi  być insza ). W tzw. placówkach handlowych dyskretnie towarzyszyć nam będą w listopadzie dźwięki lasu, ludność z wypiekami na twarzach będzie poszukiwała co ładniejszych sztucznych ptoszków, jeży, wewiórek, rysiów i  żubrów ( koniecznie żubrów żeby  Niemce zazdrościły ) dla ozdóbstwa domów, formy na ciastowe pieńki  będo schodzić na pniu. No jesień, Panie tego, będzie w listopadzie rozpełzała się po handlu jak te  puszkinowskie  tumany po paljach. A ja kupując kocie  żarło będę nuciła  cichutko pod nosem słowa  pięknie zebrane,   do końca nie wiem czy  Michała Górnego czy Piotra Abla,  wyśpiewane kiedyś przez Igę  Cembrzyńską.






"Mistrzu ukojenia, mistrzu harmonii
 Zwróć mi niepokój wczesnej wiosny
 Pochylam się ku ziemi
Sięgam po kamień długowieczny w polu

 
Spłoszę was, nuty niewesołe
Odfruńcie, muzykalne wrony
Kołujcie wściekle na wietrze
Od hen, hen po hen, hen


Re do si la sol sol fa
Mi re do si la la sol
Sol fa sol mi fa re mi
Fa mi fa re mi do re"