sobota, 19 sierpnia 2017

Orientalne nowości w Alcatrazie

Nie samą  Suchą - Żwirową człowiek żyje, zrobiwszy niedawno zakupy do Alcatrazu. Kupiłam rzecz jasna cienioluby, podszyt dla mojego lasu. Troszki egzotyczny bo epimedia 'Beni Chidori' i 'Shiho' to pochodzące z Japonii rośliny. Ta pierwsza to Epimedium grandiflorum  choć spotkałam też zapis sugerujący że odmiana jest mieszańcowa, tłumaczenie nazwy nadanej roślinie jest prawie tak piękne jak oryginał choć "nie brzmi". Polskie "Tysiąc śpiewających czerwonych ptaków"  cóś długawe i rodzi pytania o gatunek ptactwa he, he. Lepiej jednak w ucho wpada japońskie  'Beni Chidori'. Odmiana kwitnie kwiatami w kolorze czerwono - purpurowym ( sepale mają nieco  jaśniejszy odcień ), ponoć bardzo obficie. Druga to też Epimedium grandiflorum, jest nieco niższa niż 'Beni Chidori', bardziej zwarta. Jej kwiaty też są nieco mniejsze, w kolorze purpury ( choć ja ten  widziany na netowych zdjątkach odcień fioletu nazywam magenta ).

Jest cień nadziei  że nie połknę bakcyla epimediumowego, w Polsce nie ma aż takiej możliwości zakupowych szaleństw pod tytułem "Rzucamy się na Epimedium grandiflorum"  jak w GB. Znaczy najczęściej  można natrafić na 'Lilafee' czy 'Purple Pixie' ale cała gromada epimediów o sporych kwiatach jest nie  do zdobycia. Dla moich finansów to bardzo dobrze, dla Alcatrazu trochę mniej dobrze. Dla kotów to wręcz świetnie, surowe mięcho będzie królować w jadłospisie. Oprócz epimediów pojawiła się w ogrodzie i inna egzotyka rodem z bardzo Wschodniej  Azji - Cynanchum ascyrifolium vel Vincetoxicum ascyrifolium, roślina występuje na słonecznych łąkach w górach centralnego Honsiu w Japonii, na wysokości 800 - 1800 metrów. Znane są też stanowiska w górach w Korei i nieliczne w północnych Chinach. Roślina osiąga na maksa siedemdziesiąt cm wysokości, kwitnie w czerwcu i lipcu. Zniesie każdą glebę byle była lekko wilgotna ( ha, w sieci mnóstwo info jak to dzielnie znosi suszę ), lubi słońce i świetlisty cień. Ponoć nie znosi dzielenia i grzebania przy korzonkach, poza tym hardcore. W krajach anglosaskich nazywa się ją cruel plant, dlaczego nie doczytałam. Hym, pocieszam się że  Vincetoxicum oznacza zdobywcę czy też zwycięzce trucizny, znaczy odtrutkę chyba  więc nie o straszliwą jadowitość  zieleniny chodzi.

Podsumowując moje tegoroczne zakupy do Alcatrazu  muszę stwierdzić  że mój ogród wyraźnie orientalnieje. Nie, nie  robi się bardziej orientalny, jego koncepcja nie nic wspólnego z koncepcjami ogrodów dalekiego Wschodu, po prostu rośnie w nim masa roślin ze wschodniej Azji. Ponieważ nowe rośliny  są jeszcze małe i nie prezentują się jakoś  ekscytująco dzisiejszy wpis ilustruję "starą japońszczyzną". Zazwyczaj  myślimy z naszego "punktu zasiedzenia" , bardzo europocentrycznie - ileż to wspaniałych roślin i koncepcji ogrodowych pozyskaliśmy z dalekiej Azji. A tymczasem dla japońskiego ogrodnictwa wielkim odkryciem było istnienie popularnych dla nas  Europejczyków gatunków. Taa, te drzeworyty z początku wieku XX takich japońskich mistrzów jak Zuigetsu Ikeda czy Tanigami Konan uzmysławiają mi  że  dla  ludzi Dalekiego Wschodu nasze rośliny  ( i zapewne koncepcje ogrodowe ) były równie  egzotyczne jak dla nas niegdyś funkie, chryzantemy i wisterie ( czy przyświątynne kamienne ogrody  ). Cykl drzeworytów "Kwiaty Zachodu", którego autorem był Tanigami Konan  cieszył się  swego czasu wielką popularnością w Japonii - i dziś jest na czym ślepie zawiesić.




P.S. Agniecha - akanty!

wtorek, 15 sierpnia 2017

Łapię oddech w Alcatrazie

Życie realne zawsze ważniejsze  niż to wirtualne, ostatnio napakowany do granic możliwości tzw. życiowymi sprawami  real zostawiał mi  baaardzo  mało czasu na matrix. Teraz jakby powoli sytuacja się normuje ( tfu, tfu, tfu! ), znaczy trafiają się wolne chwile których nie spędzam pracowicie w ogrodzie ( choć powinnam bo  zapuszczenie Alcatrazu wręcz powala, na Podwórku lepiej ale i jego stan mógłby wpędzić glancystę w depresję, he, he ),  na robieniu  dżemików czy odkurzaniu moich domowych "bogactw". Czas na poleniuszenie z netem. Co prawda grozi to wkurwem bo człowiek niechcący przeczyta jak to teraz zamiast obozów harcerskich organizują dzieciom "szkolnym podstawowym" obozy survivalowe albo kolejny news o  Nadszyszkowniku, pladze naszej przyrody ojczystej. Jednak szczęśliwie net ma rejony do których można się udać bez narażania na wylew po zalewie informacyjnym "pospolitym", ciemny internet miłośników zielonego, bez infopulpy za to z mnóstwem wiadomości do przyswojenia, pomysłów godnych rozważenia a niekiedy nawet wprowadzenia w swojej uprawie zielonego i ludziów jak najbardziej realnych, "niefirmowych", nie botów, którzy za tym ciemno  zielonym wirtualem stoją. Ba, człowiek się naczyta a potem sam  zaczyna produkować czytanie. Taka konsekwencja leniuszenia się z netem.

A co tam na sierpniowych rabatach?   Powolutku wchodzimy w schyłek lata, kwitną rozchodniki i pierwsze marcinki.  Kłoszą  się molinie, wcześnie kwitnące miskanty i obiedka. Ten przekropny ale ciepły lipiec posłużył trawom na Suchej - Żwirowej, wyglądają dobrze a niektóre kępy nawet bardzo dobrze. Furorę w tym roku robi zatrwian szerokolistny czyli  Limonium latifolium, genialna  roślina późnego lata jak dla mnie, wymarzona na Suchą -Żwirową. Cieszę się że dokupiłam jej trochę na początku lata, teraz jest na co popatrzeć. Mgiełkowy zatrwian szerokolistny pasi mi do kwitnących w tej chwili anafalisów perłowych Anaphalis margaritacea, no urok "suchatków"  jest roztaczany. "Zwyczajne" bylinowe uroki zafundował nam w tym  sezonie hyzop kwitnący różowymi kwiatami, zakwitł a ja czym prędzej nabyłam drugą roślinę w Szewczykowie. Niech jedzie tą zamarynowaną baraniną, jest tak urodny że zasługuje na więcej miejsca na Podwórku. Oczywiście  kwitnącym teraz roślinom nie poświęcam  całego ogrodowego czasu. Nadal moja uwaga skupiona na bródkach,  bo ciągle jestem w trakcie sadzenia irysów. Ledwie zakończyłam sadzenie SDB, teraz muszę dość szybko brać się za TB. Jak zwykle dylematy typu "Czy 'Fred And Ginger' będzie dobrze prezentował się przy 'Dancing Ghost', czy jednak lepiej posadzić go przy jakiejś różowo  lub wrzosowo kwitnącej odmianie?". Stoję wsparta na szpadelku, pochylam się i opieram brodę o stylisko i kombinuję. Ponieważ kombinowanie zabiera mi sporo czasu sąsiedztwo radośnie ukuło tezę że robię za stracha na ptactwo.







No ale co to by było za ogrodowanie bez zamyśleń, opierania się o szpadel i straszenia ptactwa? Ersatz i namiastka! Owszem czas troszki goni z sadzeniem bródek, nie lubieją lube kłącza sadzone  być po dwudziestym sierpnia ale to nie znaczy że trzeba padać na twarz i wyrabiać normy jak przodownik pracy. Sadzeniem roślin dobrze się jest cieszyć, jak irysy nie zakwitną w przyszłym sezonie to zakwitną za dwa lata. Po co się  spinać niepotrzebnie, to nie jest tak że kłącze weźmie i padnie. Zamiast pracowicie wkopywać kłącza uwalam się na pseudokocyku i piknikuję. Dzień wniebowstąpienny mnie natchnął żeby popiknikować w towarzystwie bardziej uduchowionym niż przyziemne i co tu dużo ukrywać, merkantylne towarzycho kotów. Piknikowałam z Po Trzykroć Przedziwną Przenajświętszą Panienką, świętym Józefem Mocno Semickim i siostrą Barbarą od Tajemnicy Poczęcia. Całe to święte towarzystwo adorowała znana tercjarka i orędowniczka ziela wszelakiego ( u wysokiej choć nie najwyższej  Instancji ) pszczółka Marianna ( na zdjątku powyżej pobożnie wpatrzona w Przenajświętsze Oblicze ). Towarzystwo rzeczywiście na poziomie, o zaglądaniu do  mojej miski z lodami czy pochłeptywaniu kawy nawet mowy nie było ( a nie tak jak niektórzy, co to mają we łbach poprzewracane i nie wiedzą na czym im te ogoniaste tyłki mają leżeć i do czego wolno a do czego nie wolno zapuszczać żurawia ). Święte Towarzystwo obstawione ostało pozyskanym na spacerze zielem polnym, żeby świątecznie mu było.





Chyba łaski zostały wyproszone  bo pogoda była taka w sam raz a w ogrodzie ponownie zakwitły  bodziszki, pojawiło się sporo krewnych Marianny i motyli ( był nawet paź królowej ale nie zdążyłam sfocić ). No i wielką łaską był ten dzień na łapanie oddechu w Alcatrazie, leżąc na pseudokocyku wgapiałam się w niebo i oddychałam razem z nim ( wicie rozumicie, czasem ma się takie odczucie że niebo oddycha - dziś tak właśnie było ). Dobrze spędzony czas -  leniuszenie poranne z netem, piknik w Przenajświętszym Towarzystwie, straszenie ptactwa przeze mnie opartą na szpadelku i wgapianie się w niebo. Nawet koty jakieś grzeczniejsze!




piątek, 11 sierpnia 2017

Sierpniowe popołudniowe pikniki

Wczesny i średni sierpień, półmetek lata, zielono złoto w ogrodzie.  Zielono bo lato trwa, złoto bo słońce świeci już inaczej, światło nawet w upalne, czystoniebne dni jest złotawe. Przynajmniej w moim zapylonym mieście tak to wygląda. Zieleń roślin  niestety już nie jest taka świeża i żywa, wymęczenie wysokimi temperaturami zrobiło swoje. Na szczęście posadziłam sporo  roślin znoszących ekstremalne ( jak dla mnie ) ciepło. Jak wygląda sierpień w Alcatrazie i na Podwórku ( postanowiłam pisać Podwórko z dużej litery, w końcu zamieniam je też w ogród i należy mu się  prawdziwe imię  a nie tylko nazwa )? Tak sobie wygląda z powodu braku  należytej opieki z mojej strony ( czas nadal złośliwie nierozciągliwy ). No niestety, rodzina choruje, sąsiedztwo masowo połamane i wymagające troski a ja mam problem z szybkim przestawieniem się z opiekunki ludzi w opiekunkę ogrodu. Muszę mieć czas na złapanie oddechu w czasie przemiany stanowiskowej. Ech, ten czas pędzący jak wyścigowy bolid! Szczęśliwie koty w dość dobrej formie fizycznej ( o psychicznej lepiej zmilczeć ), pretensje o wybicie pcheł chyba już im przeszły  ( przynajmniej  mnie się tak wydaje bo nie ma fumkania w moim kierunku ani grożących miauków typu "Ścierrou, ty  ścierou, jak mogłaś mnie zakroplić, ścierrrou?!" ). Felicjan smarowany mazidłami powoli dochodzi do siebie, w upalne dni pańcia mocno kombinuję żeby nie wygrzewał się na słoneczku. Znaczy zwabiam potwora do domu wielbioną  przez niego surową wołowiną. Taa, alergia   Felicjana sporo kosztuje! W dni z miłą  ciepłotą Felicjan razem z resztą kotów rezyduje w ogrodzie, wylegując się na goździkach albo innych floksach szydlastych. Urządzam pikniki popołudniami, o ile tylko mam siłę na wywalenie poduszków i  pseudokocyko - obrusków.






To takie kradzione chwile, ja i koty na zapuszczonym łonie Alcatrazu. Upał się z nieba leje ale ja świeżutka, bo prosto  z chłodnej wody rzucam się na poduchy i pseudokocyk. Miski z lodami i owocami przede mną, gorąca herbata która gasi pragnienie (  taki cud gastronomiczny, gorące na gorące, cóś jak homeopatia ), ozdóbstwa w postaci zawazonowanych kfiotów i rzecz jasna najmilsze towarzystwo w promieniu  stu tysięcy  kilometrów. Towarzystwo oczywiście rozkłada się tak że ledwie się na pseudokocyk łapię ale szczęśliwie pasikoniki i inna żywina ogrodowa kociambry  nęci,  tak że z czasem dzielę pseudokocyk najwyżej z dwoma kotami, reszta ma"zajęcia w podgrupach" albo nawet indywidualne ( Lalek uprawia żebractwo u Małgoś - Sąsiadki, skleroza u staruszka pędząca - błyskawicznie zapomina że  jadł ). Popołudniami gorąc nie jest już taki gorący, choć nadal duchota. Kupiwszy owoce i dynię na dżemowanie ( oj nie przepadam za dynią, ale owoce drogie a dżemidło trzeba z czegoś zrobić ) jednak nie wiem czy nie pożrę sporej części w stanie naturalnym. Za gorąco, z dżemowaniem poczekam na ochłodzenie. Mam nadzieję że i tym razem Alcatrazowi i kamienicy się upiecze i burza, którą czuję w kościach nas ledwie zahaczy. Nie chciałabym żeby powtórzyły się wczorajsze ekscesy pogodowe, zdecydowanie wolę stopniowo nadchodzące ochłodzenie. U Cio Mary i Ani, wnuczki Małgoś- Sąsiadki burze przerzedziły drzewostan, qrcze piękne, stare drzewa wymiotło! Dodatkowo  w ramach dopieszczania Cio Mary ma nieczynny domowy telefon, choć już ma ponownie włączoną energię. No popieściło nas Odzian! Od zachodu widzę napływającą  "kordłę" chmur, powietrze stoi - taa, cisza przed burzą.




A teraz o sierpniowym pseudokocyku - obrusku. Zdobyczny jest, stara zasłona Ciotki Elki została wyłudzona. Nie mogłam się oprzeć - prawdziwy  polski len z lat siedemdziesiątych XX wieku. Grubo tkany, drukowany w wielkie kfioty. Dzieciństwo się mile przypomina, takowy i w moim domu rodzinnym wisiał przy oknach. Ciotka broniła zasłony jak niepodległości, musiałam ją przekonać nowymi wykrawaczkami do ciast. Nie sądzę żeby koty wiedziały na jakim rarytecie leżakują.


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Wielkie sadzenie w żarze z nieba się lejącym

Upał i  po upale i znów upał - żyć się żyje ale co to za  życie. Marzę o wyjeździe, Mamelon marzy o wyjeździe, ba, nawet Sławencjusz marzy o wyjeździe  a tu nic -  kicha totalna, łobowiązki i wyjechać się nie da  nawet blisko miasta. Wakacji nie ma, wycieczek nie ma,   w związku z czym zaczynamy snuć  wraz z Mamelonem niecne plany ( taa, zima na Bahamach, te klimaty, he, he, he ). Generalnie nic się człowiekowi  robić nie chciało i nadal nie chce ale robić musi. Ogrodowo to wiadomo że  nie chciało mi się wysilać bo aura dobijała ale  musiałam wziąć jestestwo w karby i  choć co nieco popracować na tzw. friszym lufcie bo przyjechały irysy. SDB to główne  variegaty w odcieniach  violet - blue a  TB są różniste. Cieszę się bo pojawił się u mnie wyczekiwany  TB 'Enter the Dragon', odmiana którą zamierzam dosadzić do 'Jeaolus Guy' i 'Coffee Trader'. Trochę się na tę odmianę czaiłam ale wreszcie jest. Dosadzę  też do  'American Maid' dość okrutną 'I'm  All Shook  Up'. Tak, to jest irys powodujący lekką trzęsawkę, kolorki ma  "burzowo - lekstryczne". Mam co prawda nieco podobną kolorystycznie odmianę 'Smoke  And Thunder' Blyth'a ale cóś ona wrednie nie kwitnie. Może utrzymana w chłodniejszych odcieniach odmiana  Blacka będzie bardziej skora do współpracy. Oczywiście nie wiem jak to upchnę by nie gryzły się te nówki z 'Tuscan Glow' i 'Luxuriant Lothario', no i przede wszystkim z 'Trillion'. Przydałoby się żeby Sucha  - Żwirowa w porze sadzenia irysów była z gumy - odpowiednio rozciągliwa. Zresztą nie tylko  Sucha - Żwirowa powinna być gumiasto rozciągliwa - tajemnicą mundialu ( jak to kiedyś śpiewano ) jest decyzja w sprawie miejsca posadzenia wysokich irysów 'Coraline' i 'Fine Romance'. Miejsca w których chciałam je posadzić będą zajęte przez inne rośliny. Taa, co zrobi durna, łakoma  Tabazella?! "To tajemnica mudialuuu, mundialuu to tajemnicaaa." No i co to ja kiedyś publicznie twierdziłam? - że najlepiej w ogrodzie wyglądają eleganckie  irysowe kwiaty typu self. No  tak i dlatego u mnie głównie rosną amoeny, odwrócone amoeny, bitony, bicolory i blendy. "Blenda" ta moja irysowa strefa rabaty, w sporej części "blendna".





Na irysowych sprawach ogród się nie kończy, upał niestety dał się  we znaki niektórym z ogrodowych zielonych rezydentów. Wystarczy jeden dzień w którym temperatura w słonecznej części Alcatrazu przekracza czterdzieści stopni i robi się mało ciekawie. Zmawiam paciorki w intencji szybszego  przyrostu posadzonych drzew, cieniu cień! To już nie jest tylko  walka z szyszkizmem, to ratowanie wszelkiego zielonego  ściągniętego i posadzonego w obmurowanej  niecce jaką jest mój ogród. Powietrze "stoi" i jest tak ciężko odczuwalne że jeszcze trochę i będzie je można kroić i formować jak bloki masła. Temperatura piekarnikowa, wilgoć wyparowuje w tempie błyskawicznym, smród miasta wdziera się do ogrodu a ja czuję się jak ryba w zasyfionym akwarium. Koty niby zadowolone ale Felicjan ma coroczne problemy ze sznupą a do całego towarzystwa cóś mocno doczepiły się pchły. Tak, koty były zapchlone, chyba. To znaczy ja podejrzewam że obrzydliwe pchełki trafiły na moje nogi z sprawą kotów. Zdziwne takie odrobiństwa, maleńkie ale zażarte i  paskudne. Koty po raz enty potraktowane wyciągiem  ziołowym, mieszkanie chlorem,  ja nacieram się wonnościami pełna nadziei że pchły nie znoszą zapachu tiare. Pcheł już niby nie widać ale  mam nerwowe  swędzenie kończyn. No imaginuję sobie  że gdzieś tam siedzą i się czają. Koty się nie drapią, nic nie skacze ale ja nadal czujna jak komsomolec. Małgoś - Sąsiadka twierdzi że koty niewinne pchlego roznosicielstwa  i trza nam złapać jeże i zakropić ziółkami. Prawda może to być. No jak tak to czekają mnie nocne łowy. Oczywiście atak  małych  pchełek też jakoś tak mi się kojarzy z upałem,  myślenie mam  jak ten średniowieczny który był  święcie przekonany  że z gorączki złe się lęgnie. Ech, żeby ten nieznośny gorąc już się tego lata skończył i przyszły  miłe temperatury, tak do dwudziestu trzech stopni na plusie i deszczyk nocą. I tak  do października przynajmniej. Dziś za ozóbstwa robią zdjątka irysowe, wszak przeżycia irysowe mam w związku z sadzeniem kłączy.




niedziela, 30 lipca 2017

Lipiec mijający

No i przyszedł półmetek najcieplejszej pory roku, lipiec się kończy i człowiek będzie musiał się pospieszyć z "łapaniem lata". Bo lato bezczelnie nie czeka na to kiedy człowiek będzie miał nieco wolnego czasu na "kontemplucie" tylko sobie mija w tempie ustalonym przez naturę. Większość maleńkich  mieszkańców ogrodu przeżywa latem obok mnie swoje całe życie a ja ledwie łapię malutką jego chwilkę. Oczywiście są tacy których lubię i tacy niespecjalnie mi mili ( żebyż  ślimaki muszelkowe zżerały kumory zamiast zieleniny ). No wicie rozumicie, życie z sąsiadami nie zawsze układa się jak na płatkach róż.







Kwiatowo to na chwilę obecną jest  liliowo, Ciotka Elka mimo przyduszenia spowodowanego zapachem bardzo nierozsądnie cieszy się z powodu przeprowadzki resztek  orienpetów   z Suchej - Żwirowej do różanki  ( nie wyglądały na tej mojej suchawej rabacie jak liliowe piękności w trawie znane mi  z japońskich drzeworytów tylko jak jedno wielkie nieporozumienie  więc  nie ma kolejnego odroczenia wysadzenia cebul choćby nie wiem jak pilne prace ogrodowe pojawiły się na  horyzoncie bo dłużej orienpetów na Suchej -  Żwirowej nie strawię ). W różance upchnięte w różanych krzewach, które akurat mają przerwę w kwitnieniu jakoś wyglądają -  te lilie to ogrodowce, nie dla nich preria śródziemnomorska, he, he. Ciotka  otumaniona liliowymi woniami znów ćwierka cóś o posadzeniu "tuż pod oknami" - akurat, mowy nie ma! Po pierwsze szlag trafiający oprócz Ciotki Elki trafiłby i mnie, po drugie lilie nie wyglądałyby najlepiej. Orienpety muszą mieć tło a dla rośliny mierzącej ponad  150 cm wysokości okienne szyby nie są tzw. tłem wymarzonym. Będzie upychanie  między krzewami róż i berberysami, nie ma zmiłuj! W związku z roszadą lilii szykuje się roszada marcinków. Zastanawiam się  gdzie posadzę niektóre z tych wysokich.  Będzie to pewnikiem w bardzo "tylnych partiach"   Suchej -  Żwirowej, szczęśliwie jest tam  mniej sucho i żwirowo, marcinki naprawdę bardzo wysokie  więc zza miskantów i prosa rózgowatego będą widoczne. Przeprowadzkę mogę uskutecznić dopiero późną jesienią, wcześniej nie  ma co się bawić. Na Suchej - Żwirowej może ostaną się  lilie królewskie ale nie jestem tego do końca pewna ( koncepcja  znaczy musi dojrzeć ). Szczęśliwie w tym roku nie zauważyłam na liliowych kwiatach znamion zawirusowania, zeszłoroczne wykopki cebul "do nikąd"  chyba załatwiły sprawę.







Zastanawiam się też czy nie dosadzić na Suchej  - Żwirowej nieco  floksów. Rośnie tam sporo roślin mających kłosowe kwiatostany, lilie wylatują i przydałoby się cóś co wyglądałoby nieco inaczej  niż perowskie, lawendy czy krwawnice ( jeżówek i krwawników już całkiem sporo dosadziłam ). Floksy wiechowate straszliwie wymagające nie są, myślę że w okolicach które mają być zasiedlone przez wysokie marcinki spokojnie dałyby radę. Rzecz jasna  żadnych intensywnych różyków, moje bledziochy zostałyby przeniesione z Alcatrazu ( krwawnice i jeżówki i niektóre  przetaczniki są jak dla mnie wystarczająca dawką różu na lipcowej odsłonie  rabaty ).






W Alcatrazie wyraźnie zaczyna być widoczne  że mam fazę na paprocie. Próbuję z różnymi gatunkami,  nie zawsze uprawa kończy się sukcesem. Czymś niemal podobnym porażce jest próba uprawiania w Alcatrazie Adiantum venustum, w przeciwieństwie do Adiantum pedatum roślina nie współpracuje z Alcatrazem. Cóż, zostaje mi szukanie nowych stanowisk, być może gdzieś w innym zakątku Alcatrazu złośliwie nieprzyrastająca paproć ruszy. Szczęśliwie zawsze człowiek może liczyć na nerecznice i paprotniki. No, na wietlice też nie wypada mi narzekać. Nie są  może powalająco dorodne ale bez przesadyzmu - piciumy zagłodzone to nie są! W Alcatrazie pojawił się nowy mech, sam z siebie się pojawił czyli  najprawdopodobniej przywlokłam go z jakąś cieniolubną  rośliną. Nawet miły dla oka, może zechce się rozrastać.







Niestety deszcze jednym pomagają  a innym szkodzą - mam nowy mech ale nieciekawie za to wyglądają owoce jarzębiny. Może niesłusznie wiążę kiepski wygląd owoców jarzębiny z wielką ilością opadów ale zaprawdę powiadam Wam nie wiem co może powodować taki stan. Za to nie mam wątpliwości kto jest sprawcą letniej "urody" kasztanowca - cholerny szrotówek żre liście w najlepsze! Nienawidzę gada! Na drugim zdjątku pod spodem widać jak biedny kasztanowiec robi niemal jesienne tło kwiatom rutewki 'Elin' ( jedyne dwa metry  osiemdziesiąt centymetrów osiągnęły w tym mokrym lipcu  jej pędy ). Deszcze niewątpliwie  służą rutewkom i ambrowcom, szrotówkom chyba służy każda pogoda z wyjątkiem niespodziewanego latem ochłodzenia poniżej zera a zagadka jarzębinowa zostaje nierozwiązana.




Na zakończenie tego wpisu wstawiam zdjęcie Szpagetki z jej popisową miną proszalną. Uniesiona bródka i oczy hipnotyzująco wgapiające się w kawałek żarełka. Czasem nie trzeba bezpośredniego widoku żarełka, Szpagetka robi taką minę kiedy uważa że nadszedł czas na otwarcie lodówki, usunięcie pokrywy z gara a nawet na drapanie za uszami.