piątek, 19 stycznia 2018

O iglakach raz jeszcze ( do znudzenia )

W zeszłym roku popełniłam wpis pod tytułem Koniferyzm stosowany czyli rzecz o iglakach w ogrodzie  a teraz znów o iglakach piszę.  W końcu tej wiecznej zieleni ratującej mnie od zimowej deprechy coś  się ode mnie należy. Wspominki mnie naszły z Albionu, konkretnie  to z ogrodów RHS.  To jest takie pitu, pitu bo jak mantrę powtarzam parę rzeczy z poprzedniego wpisu.  Wiadomo kropla drąży skałę, he, he. Cóż, iglakowe ogrody nie należą do moich ulubionych, bezczelnie przyznaję że ja, przecież w końcu miłośnik leśnych klimatów, odpuściłam sobie iglacze fragmenty w Wisley ( obsadzony iglakami skalniak, obficie zresztą  oprócz  zaiglaczenia ubyliniony,  wystarczył mi do szczęścia ) i  za bardzo  nie przykładałam się do zwiedzania z należytym szaconkiem iglakowego  ogródka w Rosemoor. Szlajałam się jak zwykle po byliniakach, oblookując z narastającą  zazdrością co  Anglicy potrafią zrobić z bodziszków i innych takich  "niepozornych", "badziewnych" i "bez wyglądu".  Jednak gdyby kiedykolwiek przylazło mi do głowy budować ogródek  iglaczy to na pewno sięgnęłabym do brytyjskich wzorów. Dlaczego? - przede wszystkim dlatego że ogródek ze szpilkowymi w wydaniu  wyspiarskim to nie jest iglacza monokultura. Conifery tak, jak najbardziej  i w ogóle ale jak to tak sadzić bez towarzystwa?! Nie uchodzi. My mamy jakieś zacięcie monokulturalne, że tak zjawisko nazwę - jak iglaczymy to po całości, jak sadzimy trawy to zamiast urody stepu mamy coś jakby pastwisko tylko że  bez wypasu bydła, wicie rozumicie łąkę użytkową składającą się z 99% traw wieloletnich.  Przeciętny polski ogródek iglaczy robi się ze sporej ilości  drzew i krzewów szpilkowych w różnych gatunkach i odmianach ( im więcej tym lepiej ), sześciu wrzosów lub wrzośców i dwóch berberysów jako alibi ( no są liściaste, tajgi nie ma ). Czasem rodki albo azalki  ( lepiej rodki - liści nie gubio ) zastępują berberysy i wtedy dopiero  robi się elegancko. Ogródki iglacze w których rosną drzewa i krzewy liściaste, ba, byliny w nich posadzono,  wcale nie tak często się spotyka a jak  już się spotyka to właściciel okazuje się mocno ogrodniczo zakręcony.  Kowalski  nadal monokulturowy! Tyrawnik  a czasem nowomodny  żwirek się przeca nie liczy bo to wypełniacz, cóś jak ten  dywan w salonie w latach pięćdziesiątych XX wieku, bez dywanu salon nie był salonem. Bez tyrawnika czy tam żwirka doopa nie ogród.



W Rosemoor mały tyrawniczek był co prawda ale większość iglaczego ogródka wypełniały drzewa i krzewy a prawie połowa z nich miała liście.  U nas drzewo z liśćmi jest drzewem  problematycznym, zaśmieca liśćmi, opadłymi kwiatami, skrzydlakami czy tam owocami cudny  ogród bezproblemowy.  Drzewo czy krzew śmiecący jest nie  do przyjęcia w ogrodzie bezproblemowym, natomiast iglaki nadają się  do takiego ogrodu bo w powszechnym mniemaniu nie gubią igieł.  Tak  twierdzi naród  grzybiarzy, którego przedstawiciele wypatrzeć potrafią ukrytą w morzu  igieł sosnowych szarą gąskę. Ciekawe że sosna  gubi szpilki w lesie ale w ogrodzie to na pewno nic  nie zgubi.  No i szyszki  w ogrodzie na szpilkowym drzewie nie wyrosną. Nie wyrosną bo nie mają prawa! Angole wiedzą  że szpilkowe mają prawo do  tworzenia szyszek, gubienia szpilek i przede wszystkim do rośnięcia. Rzadko sadzą duże drzewa szpilkowe.  Za to jak już sadzą to w dużych ogrodach, dodając im  do towarzystwa  derenie syberyjskie, podejrzane o słabą  odporność na  mróz nowozelandzkie krzewinki, trawy w dużej ilości, paprocie co  odporniejsze, byliny typu acaena czy fiołek  labradorski.  Jak się da  to upachają berberysy. Nie wrzucają wszystkich iglaków do jednego wora, na wrzosowiskach rosną sosny, jałowce ( ulubione to  co lepsze odmiany pospoliciaka ), nie sadzi się na wrzosowiskach cisów czy  cedrów.  No nie ta bajka.  Tak to wygląda w ogrodach pokazowych lub w ogrodach tych bardzo  zakręconych ogrodników , a  jak wygląda w takich zwykłych przydomowych ciężko powiedzieć bo albo ich mieszkańcy nie uprawiają ogrodów i ograniczają się do koszenia trawy na podwórku albo uprawiają inne niż iglaki rośliny.  Nie wiem czy to ze względu na klimat czy też na inną tradycję ogrodniczą, iglaki na  Wyspach nie są ulubionymi roślinami tzw. zwykłych vel niedzielnych ogrodników. Przegrywają z różami, z egzotami, krzewami liściastymi, ba, przeżynają z bylinami! Uroki tajgi to nie są albiońskie klimaty.






czwartek, 18 stycznia 2018

Jak się zabrać do irysowania bródkowego

Żeby dobrze zairysować trzeba przede wszystkim dobrze poznać swój ogród. Irys niejedno ma imię, w naszych ogrodach da się uprawiać całkiem sporo  gatunków i ich mieszańców. Po mojemu to  o ile ktoś nie jest zwariowany na punkcie irysów bródkowych to nie powinien usiłować ich uprawy na takim bagienku na ten przykład. Do bagienka  są wszak przystosowane inne irysy, też piękne. Znaczy po co  bagienko  osuszać kiedy można je uroczo irysowo wykorzystać. Nic na siłę i wbrew warunkom, takie zabawy smutno kończą się dla roślin i ogrodników.



Irysy bródkowe potrzebują gleby przepuszczalnej, takiej łatwo nagrzewającej się. Idealne są "piaseczki wzmocnione",  tu posłużę się receptą ściągniętą od Roberta Piątka, która i u mnie się sprawdza. Zanim posadzi się kłącze warto poprzedniej jesieni wzmocnić piaszczystą glebę solidnie rozłożonym obornikiem ( Robert stosuje taki co to ma już roczek, ja zadowalam się  wysuszonym produktem bydlęcym ). To nie wszystko -  do piaseczku dobrze jest dodać cięższą gliniastą glebę i tzw. substrat torfowy ( to torf wysoki odkwaszony wapnem z dodatkiem nawozu wieloskładnikowego ) w stosunku 3:4:3. Glebę  trzeba solidnie "wyrobić" czyli parokrotnie solidnie przekopać i przy okazji odchwaścić najlepiej jak się da. Z grabeczkami występujemy tuż przed posadzeniem kłączy, gleba wtedy musi być pulchniutka i doskonale wymieszana. Najodpowiedniejszą wartością   odczynu gleby  do uprawy bródek jest zakres pH 5,0 - 6,5. Irysy nie mogą mieć ani za kwaśno ani  zbyt zasadowo ( i stąd to moje ględzenie o poznaniu własnego ogrodu, gdy   będziecie wiedzieli jaki macie odczyn gleby pod planowanym nasadzeniem irysowym możecie dokwasić lub dozasadzić ). Teraz będzie ważne, może nawet ważniejsze od  rodzaju gleby - irysy to "dzieci słońca", kochają  światło i ciepełko. Nie zawsze jednak długo  utrzymują kwiaty na tzw. patelniach, idealnie jest jak gdzieś  w pobliżu rośnie coś  co tworzy  tzw. rozproszone światło ( Robert w tym miejscu zaczyna snuć o  wzgórzach Toskanii, oliwkach i nachyleniach stoku  - fakt, dzikie  irysy w okolicach Florencji rosną z łaski Najwyższej Ogrodowości, człowiek nie musi im pomagać ). No cóż, nie każdy ma stoki w ogrodzie ale zawsze może zrobić  podwyższoną rabatę ( szczególnie jak się kto uparł uprawiać bródki na gliniastej glebie, którą trzeba dopiaszczyć,  dosubstratować i jeszcze solidny drenaż wykonać ).

Podwyższoną rabatę wykonywa się tak: na odpowiednio zdrenowaną glebę ( piochy i  żwiry ) nasypujemy 30 - 50 cm  przygotowanej gleby. Rabata musi być szeroka żeby ziemia się nie  osypywała ( około  3 metrów szerokości wystarczy )  a na jej  środku dobrze jest wykonać rowek odprowadzający wodę. Oczywiście na takiej rabacie nie muszą rosnąć wyłącznie irysy ale ostrożnie z dobieraniem roślin. Nie mogą być  zbyt ekspansywne żeby nie stanowiły konkurencji dla  irysowych kłączy. Dobrze sprawdzają się tzw. rośliny  śródziemnomorskie, takie jak lawenda, szałwia lekarska, hyzop,  trochę mniej wędrujący żeleźniak czy siejący się mikołajek płaskolistny. Jeżeli dosadzamy trawy to ostnice i rozplenice będą najlepsze. Można też pobawić się  z trzcinnikiem. Sadzonkę irysową przede wszystkim starannie oglądamy i jeżeli zauważymy na niej  choć zgnilizny przystępujemy do działania - wyskrobujemy całą zgniłość do tzw. czystego korzenia, zaprawiamy środkiem  przeciwgrzybowym ( pisząca te słowa wierzy bardziej  w moc ACE i  węgla drzewnego, - w roztworze pierwszego zaprawia kłącze, drugim, będącym w stanie sproszkowanym  posypuje ). Irysy bródkowe nie znoszą bardzo głębokiego sadzenia, kłącza muszą być na tyle blisko pod  powierzchnią , tak żeby słoneczko szybko je nagrzewało a woda spływająca w głębsze strefy gleby nie powodowała ich zagniwania. Pozwolę sobie zacytować  Roberta "Z mojej praktyki na glebie piaszczystej kłącze sadzę na równi z powierzchnią ziemi, a korzenie rozkładam na niewielkim kopczyku (...), następnie przysypuje je około 1 – centymetrową warstwą ziemi tak, by najpierw nie spaliło je sierpniowe słońce, a w zimie nie wysadził je do góry mróz, co spowodowałoby przemarzniecie korzeni czy samej piętki, a w konsekwencji utratę całej rośliny."

Irysiarze mają taki pogląd   że najlepiej rosną irysy zwrócone największą częścią kłącza na południe, cóś w tym jest.  Najprawdopodobniej w prawidłowo ogrzewanym kłączu  najlepiej zachodzi proces absorpcji składników z gleby i zmiana ich na dobrutki  potrzebne irysom. Sadząc irysy zważajmy zatem na to żeby nasada liści była skierowana na północ a końcówka kłącza na południe. Prawie żaden ze znanych  mi  zaawansowanych Irysowych nie spieszy się zbytnio z sadzeniem  otrzymanych  kłączy, w irysowym światku znana  bowiem od lat jest prawda  że  susza rzadko ubija irysy bródkowe, natomiast problemy z wilgocią to zawsze poważne zagrożenia. Suszy się nowe kłącza na słoneczku, stara się ich nie sadzić podczas deszczowej pogody, ogląda czy  nic podejrzanego  typu siny nalocik czy brązowiejące plamki się na nich nie pokazuje.  No i rzecz najważniejsza, kłącza pozyskuje się z dobrych  źródeł.  Na zimę w okolicach gdzie mrozi dobrze jest zabezpieczyć glebę  tzw. stroiszem czyli gałązkami świerkowymi.  Mniej sprawdza się agrowłókonina,  a jeszcze mnie j kora i słoma.  Ochrona z  iglastych gałązek jest najlepsza. Nie dajcie się zwieść  cud  fotkom na kapersach, market i hurtownie nie zagwarantują  Wam ani zdrowia rośliny ani jej zgodności odmianowej.  Irysy kupuje się w irysowych szkółkach albo w dobrych szkółkach z bylinami. I nie ma  że nie ma! Lepsza stara odmiana pozyskana z ogródka sąsiadki niż kapersowe cud kłącze. Teraz o terminie sadzenia - najlepiej jest posadzić bródkowca cóś koło  sześciu tygodni po kwitnieniu kategorii do której należy ( znaczy wcześnie kwitnące  SDB sadzimy wcześniej niż  irysy wyższych kategorii ). W tzw. literaturze fachowej najczęściej podaje się jako optymalny termin sadzenia przełom lipca i sierpnia. W warunkach  centralnopolskich przestrzeganie tego terminu  gwarantuje nam kwitnienie roślin w przyszłym roku.

Posadziliśmy irysy i co dalej? Dalej  jest solidne ogrodowanie - irysy bródkowe  w naszych ogrodach rosnące  to żadna dziczyzna świeżo importowana z łąk, bródki się krzyżuje od ho, ho, ho i jeszcze wcześniej  i trzeba się koło takiej rośliny mocno cywilizowanej nachodzić. Podlewać wiosenną porą kiedy wiosna sucha, zamartwiać się  kiedy zbyt mokra, regularnie odchwaszczać ( choć cóś się ostatnio  ćwierka że nie ze wszystkiego chwastowego ), delikatnie spulchniać glebę żeby korzonki prawilno pobierały co maja pobierać ( szczególnie ważne na cięższych glebach ) przekwitłe kwiaty usuwać, po kwitnieniu wycinać  pędy, kontrolować zdrowotność liści i w razie czego też  wycinać ( często, brązowe  plamki na liściach bródek to rzecz powszechna w naszym  klimacie ), jesienią usuwać martwe liście , resztę  przycinać do 1/3 wysokości ( i tu jeszcze musimy pamiętać że to przycinanie do 1/3 wykonujemy na kępach rosnących co najmniej dwa lata ). No i nawozić i to z głową! Na glebach lżejszych intensywniej na cięższych mniej. Nawóz czy to sztuczny czyli mineralny ( oj, ostrożnie ) czy naturalny produkt rozkładu materii organicznej,  przede wszystkim powinien  dostarczać roślinie tylko możliwej "do przerobienia" ilości składników.  Irysy łatwo zapieścić, szczególnie jak dostają zbyt duże dawki azotu.

Gnicie i grzybki to efekt takiego zapieszczenia.  Próbowałam różnych metod nawożenia, najlepiej na mojej  podwórkowej glebie ( piaseczki ) sprawdza się obornik położony w miejscu do irysowych nasadzeń na jakiś rok przed sadzeniem ( nowe miejsca ) lub wymiana gleby  na taką wymieszaną z suchym bydlęcym  nawozem i trochę już przetrawioną ( stare stanowiska - odmłodzone ). Potem głównie kompostuję, z lekka oborniczę ( bardzo z lekka ) raz na trzy lata daję trochę Polifoski i szlus. Dobrze kiedy po nawożeniu gleba jest spulchniona i nawóz z nią wymieszany, roślina dostaje więcej dobrutek. Kiedyś na cięższych glebach  dawałam  więcej mineralnego ale irysom to nie służyło, glebie zresztą też nie. Co do EMO to nie próbowałam na irysach więc się nie wypowiadam, co  do mączki rogowej tyż nie bo poszła pod inne rośliny.  Natomiast w tym roku postanowiłam zainwestować w nawóz typu bazalt przynajmniej na części  irysowych nasadzeń, więc może będę już w przyszłym sezonie mogła się cóś na temat tej metody nawożenia napisać. Raz na 3 - 5 lat irysy należy solidnie odmłodzić, niektóre odmiany wytrzymują w gruncie bez przesadzania dłużej od innych, sprawa jest indywidualna. Podziału starych kłączy dokonujemy wtedy kiedy kępa się nam solidnie zagęści, nie czekajmy aż kłącza wylezą na wierzch i  będzie ich "parę pięter" ( "paropiętrowce" nie są aż tak wartościowe jak kłącza "wybite  na powierzchnię" ). Sadzimy irysy na nowe miejsce lub wymieniamy ziemię na starych stanowiskach ( chcieliście kfiotków mocno ogrodowych  no to macie! ).



I to by było  w zasadzie na tyle, w zasadzie czyli taka to podstawowa wiedza  o uprawie bródek. Jednak nie lękajcie się że  tak sobie pozwolę zacytować JP II, to tylko tak groźnie wygląda na ekranie komputera. W realu jest prościej, no chyba że jakieś  hektary uprawiacie albo zamierzacie uprawiać. Kiedy bródki zaczynają kwitnienie człowiek zapomina ile pracy trzeba włożyć żeby uzyskać satysfakcjonujący widok ( u mnie jeszcze pełnej  irysowej satysfakcji nie było, zawsze cóś, malkontenctwo znaczy  uprawiam ).

niedziela, 14 stycznia 2018

Codziennik - życie zwyczajne czyli pospolite

Zrobiwszy  tygodniowy przegląd prasy ( bo czas się znalazł ) i dostrzegłwszy cóś jakby zwiastun politycznej wiosny - rzundzące i  łopozycja występowały w tym tygodniu jak te  primabalerony na scenie Teatru Maryjskiego, jak zwykle zajęte głównie sobą a tu jakby ktoś kosteczkę domina w konstrukcji trącił  - przy okazji tzw. sporu zastępczego, który niedługo może okazać się preludium czegoś  czego  dotychczasowi politycy nie będą w stanie okiełznać a mianowicie nieuchronnie nadciągającej fali zmian obyczajowych - powoli  i w bólach rodzi nam się nowa lewica.  Nie dziewczątka i chłopcy, sierotki po nieboszczce PZPR   ( choć nie mam złudzeń że stare wygi się nie podczepią ) z    ćwierćinteligentką z tytułem naukowym w charakterze  przywabiacza dla wyborców ale po prostu lewica -  taka przeciwwaga dla narodowych socjalistów, konserwatywnych liberałów, antysystemowców niemających pomysłu na nowy system za to nie potrafiących rozwalić starego i związku zawodowego rolników.   Wyraźnie  drgnęło, choć  nie wydaje się by zajęci sobą aktorzy obsadzeni w rolach głównych to naprawdę zauważyli. Jednak za jakiś czas może wykluć się z tego coś co zmieni dotychczasowy status quo , który staje  się coraz bardziej nieznośny dla małych żuczków.  Najśmieszniejsze  że  ta nasza polityczna lewica niewiedząca   że ma już solidny  elektorat gotowy na nią głosować, jeszcze się miota od  koncepcji  towarzysza Mao do jakichś post izmów ale kiedy do nich dotrze co mogą ugrać, he, he, he. Licytacją na socjal nie ma kto z nimi konkurować, nawet obecni rzundzący odpadają w przedbiegach a społeczeństwo powoli staje się zmęczone hipokryzją  urzędników głównego wyznania, którym ołtarz  pomylił się z tronem i polityków z nimi związanych. Mimo żem ja gospodarcza konserwa ( choć obyczajowo to libertyn, he, he, he ) czyli  nie bardzo mi  z lewicą po drodze, to   będę mocno kibicować bo solidnie się prosi  o przewietrzenie naszego grajdołka - "Barbara Ubryk"- dziura nad dziury; Barbara Ubryk" - hotel ponury. Pokojów nigdy się nie przewietrza,wszyscy wołają: - Powietrza nie trza!" - klimacik mamy  dziś taki j jak to mistrz  Konstanty Ildefons napisał a śpiewał swego czasu Pan Janek.

 Na tym pozytywności się nie kończą,  Małgoś - Sąsiadka opanowała używanie swojego nowego przyrządu  do mierzenia cukru  ( "Wkurza mnie ta technika!" ) i glukometr został zwyczajnym urządzeniem domowym. Ja straciłam  stanowisko Głównej  Mierzącej, ale jakoś to przeżyję, he, he, he. W ogóle Małgoś - Sąsiadka  odstawia mnie od  piersi, twierdzi że czas na samodzielność. Znaczy bierze swoje sprawy w swoje ręce, zaczęła od przepytania naszego domowego  lekarza na okoliczność - "Panie  Doktorze, czy opłaca  mi się kupować jeszcze opał  i wiosenne obuwie, znaczy czy dożyję?". Po wypowiedzeniu przez pacjentkę tej  kwestii wzrok doktora M. był barani, wicie rozumicie, takie szklane spojrzenie, długotrwałe i bez ruchu powiek. "Wszystko na to wskazuje, Pani  Małgorzato" wykrztusił  po dłuższym czasie  a następnie dodał "Zastanawiałbym się nawet nad  kupieniem butów zimowych, bo teraz są promocje".  Świadkowałam przy  badaniu bo  Małgoś głuchawa i trzeba do niej ryczeć na odpowiednich tonach, o tajemnicy lekarskiej nie ma co bredzić  bo pewnie pół  kamienicy mnie słyszało a i odpowiedzi  Małgoś  - Sąsiadki były gromkie. Po tej medycznej  rozmowie Małgoś - Sąsiadka utwierdziła się w przekonaniu że zasadniczo nic poważnego  jej  nie dolega a nawet  że na tzw.  tle jest jakby sprawna (  "Zupełnie  nie rozumiem dlaczego  Irena udaje  że nie jest głucha!" ). Co prawda jak ten Cerber pilnuję żeby nie było przy kiepskiej pogodzie samodzielnych i absolutnie nielegalnych wypraw do sklepu  ale poza tym "obiekt funkcjonuje prawidłowo i jest używany zgodnie z przeznaczeniem" ( znaczy Małgoś - Sąsiadka znów gotuje  dla nas  swoje  popisowe dania ). Moja geriatria, jak nazywam dwie najstarsze sąsiadki, jest na chodzie i to mimo ubiegłorocznych wypadków, operacji i całego użerania się z rehabilitacją ( "Co ty pieprzysz! Potrafię! Mam osiągnięcia - powtarzam po 240 razy a Ty w ogóle  nie ćwiczysz! Zobaczysz, zobaczysz co to będzie jak będziesz w moim wieku!" ),  jak na  89 latek przebiegu trzymają się babki całkiem nieźle.

Oblookawszy angielski film o gorzkiej starości królowej Wiktorii i stwierdziwszy że nawet, nawet. Takie solidne brytyjskie kino ( nie żeby tam och i ach i w ogóle fajerwerki, ale rzecz porządna ),  jak zwykle doskonale zagrane, niewiele brytyjskich towarów  trzyma  poziom, wszędzie masówka ale  od czasu do czasu coś dobrego z Wysp się trafi.  Obejrzawszy  też film o ubiciu świętego jelenia, który to  film  był w połowie mnie zadowalniający.  Czasem nieznośny tzw. artyzm się wylewał a mnie prostaczce przeszkadza to w oglądaniu i trawieniu oglądanego ( zdziwna  sprawa bo jakoś toleruję oglądadła Żuławskiego a tu mnie wzięło i nieco zmierziło - pewnie przestaje być dziecięciem epoki i zamieniam się w piernika ). Zacząwszy czytać książkę o nieodwzajemnionej miłości  Żydów do  niemieckiej kultury , zakochaniu beznadziejnym które rozpoczęło się już pod koniec XVIII wieku a skończyło się w  latach czterdziestych ubiegłego wieku gwałtownie i zdaje się że raz na zawsze. Interesujące, zaprawdę powiadam Wam interesujące. Przerywnikiem  lżejszym jest książka kucharska "365 obiadów",  dzieło wiekopomne Lucyny Ćwierczakiewiczowej czytane po raz kolejny. Przepisy czyta się trochę dziwnie bo cały czas gdzieś  mi tak te synapsy się jarzą  przy przeliczaniu garnców, kwart i półkwaterek na współczesne miary. Nie czytam jej  dosłownie  jako książki kucharskiej,  to raczej opowieść o XIX wiecznej polskiej kuchni. Niektóre przepisy to wręcz  opowieści z kręgu markiza de Sade, np. topione kurczęta  na "szybkie użycie".

Szczęśliwie jakoś wrażliwość nam się  wywrażliwiła w ciągu tego wieku z solidnym hakiem, który minął od napisania tej książki "dla pań" . No i tak podczytuję na przemian obie pozycje naraz czego wynikiem może być przekonanie  że Heine to najlepiej jak w cebulce czytany, albo jakieś inne  bzdury. A takowe podejrzenie  o możliwość popieprzenia wrażeń z czytanych  lektur mnie się zalęgło  przez to że Cio Mary straszy mnie obumieraniem komórek mózgowych atakowanych przez  wraży tłuszcz, które to obumieranie ma ponoć powodować między innymi spiętrzanie danych i niemożność ich przyporządkowania do określonych folderów. Cio Mary twierdzi że należy walczyć alkoholem ze złowrogim tłuszczem który pośrednio i bezpośrednio zagraża biednym, szarym komórkom. Tylko trzeba uważać żeby nie wpaść w alkoholizm bo wtedy szlag trafi  szare z powodu ochlajstwa. Normalnie wszędzie się czai niebezpieczeństwo, człowiek boi się więcej niż jedną książkę  czytać "w tym samym czasie" bo jeszcze się okaże  że musi wybierać między dietą ekstremalną a możliwością wpadnięcia w alkoholizm. A te wszystkie strachy to przez to  że Wujek Jo jakąś kretyńską gazetkę darmową z apteki przyniósł ( przy zakupie Amolu do walki z przeziębieniem - wtedy jeszcze nie byliśmy świadomi że  Amol ma głównie walczyć z tłuszczem ). Na wszelki wypadek, w trosce o zdrowie  psychiczne  został wydany zakaz przynoszenia  gazetek z apteki. Lepiej  jednak  czytać książki, nawet dwie naraz.




Dzisiejsze ozdobniki wpisu  to wyjątki z manuskryptu zwanego Mira Calligraphiae Monumenta . W XVI wieku druk stał się podstawową metodą produkcji książek. Nie znaczy jednak że sztuka kaligrafii została zapomniana. Ba, jak to bywa z rzeczami które nie muszą już spełniać tylko podstawowej funkcji co innego niż dotychczas się liczyło , estetyczne właściwości pisma zaczęły być uważane za bardzo  istotne. No wzięło i się rozbuchało. Od 1561 do 1562 r. Georg Bocskay, chorwacki sekretarz sądowy cesarza Ferdynanda I , stworzył taką księgę kaligrafii, wzornik złożony ze znanych mu stylów pisania. Około trzydziestu lat później cesarz Rudolf II, wnuk Ferdynanda, zlecił Jorisowi Hoefnagelowi, rysownikowi uważanemu za najlepszego ilustratora epoki ozdobić książkę Bocskaya. Hoefnagel dodawał wizerunki owoców, kwiatów, owadów do niemal każdej strony, równoważąc tzw. kompozycję i równowagę karty . Ilustrator i kaligraf nigdy się nie spotkali a jednak razem stworzyli coś co do dzisiaj budzi zachwyt. Księga znajdowała się w gabinecie osobliwości osobliwego cesarza Rudolfa II, teraz zdaje się jest w Getty Museum w Los Angeles.




sobota, 13 stycznia 2018

Podgniły styczeń i ciemiernicze zakupy

No i mija ten miesiąc zimowy w stylu angielskim,  że tak rzecz ujmę. Mży, leje, czasem z lekka tylko sypnie, cóś tam oblodzi.  Nie żebym  bardzo narzekała, wszak paliwka  mniej idzie na ogrzanie kocich tyłków ( dobra, mojego tyłka też ).  Z drugiej strony pamiętam łagodną zimę sprzed dwóch lat po której ogrodnicy nie mieli wesoło. Ileż to roślin wówczas wygniło, a ile przedwcześnie rozbudzonych załatwiły wiosenne przymrozki! Nie chciałabym powtórki z rozrywki. Alcatraz wygląda podgniło ale trudno dobrze się prezentować pod ołowianym niebem, Sucha  - Żwirowa też nie wygląda wyjściowo - trawy  się wytrawiły, niby sterczą ale tzw. roli dekoracyjnej  nie spełniają a półkrzewy czyli szałwije lekarskie  i lawendy szarzeją w ogólnej szarości. Nie czuję urody przyrody, wolałabym już lekki  śnieżek, ale taki zakrywający niedostatki wyglądu otoczenia i niewielki mrozik - przynajmniej człowiek wiedziałby bez upewniającego porannego zerknięcia w kalendarz ( tylko raz mi się zdarzyło, jak porządnie pospałam po laj, laj, laj miałam chwilowe zamroczenie, takie właściwie na półjawie )  że to już styczeń a nie nadal listopad. No dobra, ponarzekawszy jak to rasowy ogrodnik na  pogodę i szlus!
Jak nie uprawiam ogrodu to uprawiam zakupy, znaczy poluję na poświąteczne resztki na wyprzedażach. Mamelon poluje na ciuchy pod pozorem konieczności sporządzenia ekwipunku "na Portugalię", każda z nas wygrzebuje ostatki, "koszowe" i nabywa za  niewielkie  pieniądze rzeczy na które wcześniej  nie było jej stać ( na wyprzedażach poznaje się prawdziwą cenę towaru, he, he, he ). Oczywiście bez zielonych zakupów  prawdziwych zakupów nie ma. Bez zielonego się nie liczy!



Nabywszy Alcatrazu jeszcze jednego uroczego i cudownie przecenionego o ponad połowę  ciemierniczka ( oby ten gadzi ogród jakim jest Alcatraz   go docenił ). Roślina nazywa się Helleborus x ericsmithii 'HGC Monte Christo'. To HGC to  oznaczenie serii mieszańcowych ciemierników - Helleborus Gold Colection. Ta złota rodzinka to efekt pracy faceta nazywającego się  Josef Heuger, który tak na bardzo ale to bardzo poważnie zajmuje się  w Niemczech uprawą ciemierników.   Złotą ciemierniczą rodzinkę można podzielić zasadniczo na trzy grupy: bardzo wcześnie kwitnących, królów stycznia i lutego, późnych piękności. Oczywiście niemieckich zapewnień  co do ciemierniczych kwitnień nie należy brać bardzo serio, u nas klimacik ostrzejszy i poza pojedynczymi kwiatami ciemiernika białego  nie liczyłabym na większe występy, a już na pewno na oszołamiające kwitnienie  wszelkich mieszańców.

W grupie wcześnie kwitnących rozróżnia się tzw. Christrosen czyli odmiany ciemiernikia białego Helleborus niger oraz odmianę polecaną do  świątecznych dekoracji, dość dobrze znoszącą domowe warunki  'White Christmas'. W grupie  Christrosen, nazwijmy ją bożonarodzeniowej trafiają się rośliny  zakwitające już przy końcu listopada. Odmiany 'Diva', Jacob Classic' , Jacob Royal', 'Jesko' i 'Jonas' znane mi sa tylko z fotek, natomiast odmianę 'Wintergold' poznałam osobiście. Bardzo miły dla oka ciemiernik, jego kwiaty mają zwiększoną liczbę płatków  ( choć nie nazwałabym go odmianą dubeltową to niewątpliwie jest znacznie bardziej ogrodowy  od gatunku ).

 Ciemierniki kwitnące w pełni zimy  tę podzielono na podgrupy:  Schneerosen czyli ciemierniki dość wcześnie kwitnące - mieszańce Helleborus x ericsmithii, Helleborus x ballardiae, Helleborus x nigercors i Helleborus x lermonierae oraz   Ice N' Roses - mieszańce Helleborus x glandorfensis. Z  podgrupy Schneerosen pochodzi  mój urodny 'Monte  Christo', o lekko niebieskawych liściach, różowawym nalocie na kremowych płatkach kwiatu, sam cudek.  Odmiana ma być ponoć mniej wrażliwa na chłody niż mieszańce ericsmithii o mocno wysrebrzonych liściach.  No cóż, pożyjemy zobaczymy.  Inne znane odmiany tej grupy to : 'Joker', 'Champion', 'Camelot', 'Paradenia',  'Marlon', 'Malory', 'Shooting Star', 'Merlin", 'Sparkle',  'Pink  Frost' i 'Madame Lemonnier' ( obie na ostatku wymienione mają różowe kwiaty ). Jest też cała  podgrupka w podgrupce - seria ciemierników nazwana 'Ice Breaker' złożonych mieszańców   Helleborus x nigercors.  To hardcory, które mają odporność ciemiernika białego i zwiększoną liczbę pąków  na pędzie po ciemiernikach korsykańskich. W grupie Ice N' Roses na razie dopracowano się trzech odmian - 'Ice N' Roses White', 'Ice N' Roses Red' i uroczej 'Ice N' Roses Rose'. Ostatnia z tej grupy trafiła na moją listę chciejstw, jest  pikotka na płatkach kwiatów i serce bije mi szybciej.

Ciemierniki późno kwitnące złożone czyli wielokrotnie skrzyżowane z  innymi gatunkami mieszańce Helloborus orientalis, nazywane prawilno z łacińska Helloborus x hybridus zaliczono do grupy zwanej Lenzrosen. Ślicznych odmian od cholery i ciut, ciut, mnie w oko wpadła należycie przypikotkowana na końcach płatków i  cudnie na  nich użyłkowana  'SP Anja Oudlof'. W tym typie, tylko o zwiększonej  ilości płatków jest też odmiana  'SP Maggy'. Są też z lekka odjechane "baroki", jak nazywam ciemierniki mocno ogrodowe -  odmiany 'SP Frilly Kitty'  i  'Frilly Isabelle'. Jak widzicie za tą naszą zachodnią granica, wcale nie aż tak daleko wyrosła ciemiernikowa potęga. I dobrze, bo do tej pory człowiek smętnie spoglądał w kierunku wysp i zastanawiał się jak na ekscesy kontynentalnego klimatu zareagowałyby  ciemiernikowe krzyżówki Juliet Davis.



Dzisiejsze fotki to Mamelonowy wypiek ( Mamelon mnie zażyła wykonując makaroniki z kremem malinowym, nie wiedziałam jeść czy tylko nabożnie podziwiać to cudo ) - po degustacji doniosłam Mamelonowi składniki do ciasteczek i wyczekująco patrzę w jej kierunku ( metoda na Kaszpirowskiego - adin, dwa, tri, myślisz o makaronikach, chcesz robić makaroniki, robisz makaroniki ), mój nowy ciemierniczek ( sztuk dwie, bo na fotkach znalazł się i ten kupiony w grudniu ) i pożegnanie na rok z chowanymi do szafy  z bombkami, jedyną rzeczą która jeszcze  jakoś tam podtrzymuje w moim domu tzw. magię świąt  ( sporo nowych  nabywszy za 1/3 ceny ) .




P.S.  Żeby wpis nie był za słodki - właśnie się dowiedziałam  że bliska znajoma pożegnała się ze swoim kociambrem, szesnaście lat byli razem.  Odszedł  na jej rękach. Przykro mi bo znałam kiciulca, moja słodkiej pamięci Melania się z nim lała o dostęp  do korytarzowego okna ( pozycjonowanie się na parapecie ). Stara gwardia odchodzi i przyznam się że z niepokojem patrzę na  nie najmłodszego w końcu Lalunia.  Na szczęście Lali jakoś się trzyma, złośliwy z niego tetryk ( w stosunku do innych kotów,  mnie tylko karze udając  głuchego ) ale tfu, tfu, tfu,  zdrowie jeszcze ma nie najgorsze.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

O Agatkowej rabacie

To nie jest przepis na "piąkną" rabatę, to nawet nie  jest instant przepis na konkretną rabatę.  To  po prostu wpis na temat jak amator zabiera się do ucudniania rabaty innego amatora.  Takie tam porady Ciotki  Klotki,  znaczy są to internetowe ogrodowe gadki dla Agatki.



Zacznę od  czegoś co niby jest oczywistą oczywistością  ale po ogrodach naszych się rozglądając nie zauważyłam żeby ta oczywistość była w realu tak oczywista. Rabata jest częścią ogrodu a nie bytem samodzielnym, wyalienowanym z otoczenia.  Kiedyś Megi pisała o tym ze ogród musi byś jakiś, że nie może być zbiorem pomysłów ogrodowych.  U siebie też   już kiedyś o tym pisałam ale wracam do tematu żeby było porządnie o rabaciźmie napisane. Na ogród w różnych stylach prowadzony można sobie pozwolić  jak się ma przynajmniej skromny hektarek, he, he, he. No dobra, można  mieć wielostylowy ogród mniejszy ( w końcu od czego żywopłoty cisowe i wymyślone w edwardiańskiej  Anglii - pokoje ogrodowe ) ale zasada jest taka - im mniejszy ogród tym mniej pomysłów "na ogród"  na nim  mieścimy. A zatem mniej różnorodnych rabat bo skalniaczek, oczko wodne, byliniak klasyczny, japońskie klimaty, "ogródek  żwyrowy" i tu panie "świątynia dumania" a to wszystko na pięciuset metrach kwadratowych zusammen do kupy nie powoduje wcale  że nasz ogród jest piąkny  i przebogaty tylko że jest niespójny, męcący dla oka, drenujący kieszeń  w w ogóle od  czapy. Zdecydujmy się zanim rozrysujemy czy też  tylko  ułożymy w głowie plany  jaki ogród chcemy mieć.   No  i rzecz bardzo ważna - lepiej od razu rozplanujmy całość ogrodu, tworzenie nowych rabat w różnych przypadkowych miejscach ( prawie każdy to  robi,  z te słowa piszącą włącznie, he, he, he  ) to  nie jest coś co pozwala uzyskać ogrodowi piękny wygląd i utrzymać typ czy styl. W przypadku  Agatka preferowany jest styl zwany z angielska stylem country - ogród wiejski,  rabatowo rzecz ujmując to dość swobodne rabaty z bylin podstawowego doboru przechodzące wraz z oddalaniem się od  domu w coraz bardziej naturalistyczne założenia.



 Dobra, ogarnęli  my rabatę jako jeden z elementów składowych ogrodu, teraz do konkretów. Agatek ma takiego zgryza  - "Miejsce mało słoneczne ale za to jest w bardzo bliskim sąsiedztwie z moją ławką na ala patio, na którym lubimy z mężem posiedzieć i odpocząć. W bardzo upalny dzień ten zakątek tuż u stóp wielgaśnego domu jest niewiarygodnie chłodny i przyjemny o każdej porze dnia." - a ogrodniczo się z lekka denerwuje  bo  - "Niby taki prosty kawałek paska z ziemią a mam z nim mnóstwo problemów.". Poprosiwszy  Agatka o dogłębniejsze skonkretyzowanie konkreta i dowiedziawszy się że "Ogólnie zaskoczyły mnie parametry w szczególności usadowienie na oko świerka. Świerk dzieli rabatę na dwie części. Stojąc do rabaty przodem, to na lewo mamy więcej cienia na prawo od świerku trochę więcej słońca ale ogólnie cała rabata jest z małą ilością słońca. Część lewa ma długości 340 cm a szerokości 280 cm. Rosną na niej 2 cisy pod płotem, 2 rododendrony bliżej świerku i mam na niej posadzone hosty i języczki. Oraz za świerkiem wspomniane kiedyś bodziszki. Prawa strona od świerka, ma długości 340 cm i szerokości 240, rośnie na niej 1 rodendron, część irysów do przesadzenia , zostają liliowce, zostaje berberys tak przy świerku ( bliżej ogrodzenia ). I nie wiem co zrobić z hortensją bo nie zakwitła przesadzona wiosną ale za to pięknie się rozrosła i odżyła bo była w opłakanym stanie."



Mamy  około osiemnastu  metrów kwadratowych po jednej i drugiej stronie świerka, trzy rodki,  dwa cisy , berberys i hortensję.  No i wiem jedno - to już nie będzie rabata bylinowa  w stylu country.  Nie da się, chyba  że z piłą, siekierą i szpadlem. Nie uda się też zrobić rabaty bylinowej która będzie kwitnąca przez większość sezonu, za mało miejsca ( mam ten problem z Suchą - Żwirową a ona ma dziesięć metrów szerokości  i jakieś naście długości,  z tymi nowszymi nasadzeniami  przed różanką to cóś ponad  dwadzieścia ale jakoś ogromnie to nie pomogło ). 

Zacznę od tego że i ja kiedyś przeszłam etap "małych dużych drzew i krzewów".  Człowiek sadzi młode egzemplarze tych roślin a po jakimś czasie orientuje się że potrzebny będzie sekator,  jeszcze później dociera do niego że chyba jednak bardziej właściwym  narzędziem  będzie piła. Rabata bylinowa, taka  klasyczna,  którą swego czasu  usiłowałam ucudnić okolice magnolki jest już w zasadzie wspomnieniem.  Drzewa to do siebie mają  że rosną a te, które mają płytki system korzeniowy, taki właśnie jak magnolka czy świerk są  trudnymi partnerami dla bylin podstawowego doboru.  Takie roślinne partnerstwo prędzej czy  później smutno kończy się dla jednej ze stron, zgadnijcie której? Polazłwszy do  ogrodu Agatka i oblookawszy świerk i stwierdziwszy  że drzewko spore i ładne i  żal piłę ostrzyć.  Lepiej niech rośnie i zacienia co trzeba. Rodki  Agatek posadziła dosyć daleko  od  drzewa więc  na razie nie powinno być większych problemów  z nawodnieniem, cisy z kolei  mają niewielki system korzeniowy wiec nie powinny innym roślinom przeszkadzać. Rodki Agatek ma  młodziutkie  i stąd pewnie się wzięło  Agatkowe przekonanie  że miejsca do sadzenia to jest na tej rabacie ho, ho  i jeszcze trochę. Moje rodki zaskoczyły mnie po paru latach, owszem grzeczne rododendrony yakuszimańskie trzymają się w granicach metra ale  niektóre  krzewy to bezczelne są, sekator musiał przyjść z pomocą. Za wiele bylin w tej sytuacji na rabatę się nie wciśnie, konkurencja rodkowo - świerkowa w zacienionej stronie jest zbyt duża. No i cóś nie pasują te pierwsze  przychodzące zazwyczaj na myśl  rośliny podstawowego doboru, rododendronowiska to  inne klimaty. Po lewej stronie są cztery krzewy, to sporo jak na dziewięć metrów kwadratowych.  Liczmy  że rodki docelowo zajmą około czterech  metrów kwadratowych powierzchni  i że na upartego zostało nam coś  pięć metrów i że cisy są kolumnowe ( tak mi się wydaje  że na zdjęciu były kolumnowe ).

 Na pięciu metrach kwadratowych to cztery a najwyżej z pięć grup z bylin średniej wielkości da się upchnąć bez szkody dla  tzw. widoków a tam już są bardzo duże  języczki i bliżej nieopisane hosty.  No i jak tam cóś jeszcze pchać.  Gdzie? Żeby języczki robiły wrażenie muszą mieć co najmniej trzy metry kwadratowe  tylko dla siebie.  I mam tu na myśli jedną odmianę bądź gatunek.  U Agatka są bardzo ładne języczki Przewalskiego, dałabym im te trzy metry i niech  gwiazdorzą. Co do  host to nie wiem jakie one mają rozmiary ( hosty oznacza się jak  ciuchy - są eski, elki, ikselki ) i ciężko  mi w związku z tym napisać ile mniej więcej miejsca trzeba by na nie przeznaczyć. Tak szczerze pisząc to nie wiem czy one  mogłyby się na tej rabacie zmieścić. Może jedna, może dwie, a może przenieść tam rodka z prawej i już.Po drugiej stronie świerka  jest półcień a w nim rosną liliowce i  irysy bródkowe i duży berberys z rodkiem. No i mamy dwa krzewy, w tym berberys nie osiągnął jeszcze właściwych  rozmiarów ( być może z powodu bliskości świerka - w każdym razie  jak przymierzyłam  go do  kiciandry widocznej  na zdjątku  to wydaje mi się  że krzew jeszcze urośnie ) a hortensja  odżyta czyli duża ( rodek  "ewentualnie do przeniesienia" pewnie za to  młodziutki ). No liczmy że  ze trzy metry kwadratowe zajmą,  na byliny cóś piątka z hakiem zostaje. 

Gdyby zgrupować rodki na jednej części rabaty byłoby trochę więcej miejsca dla innych roślin. Wtedy  można troszkę bylin posadzić, troszkę czyli trzeba uważać  żeby nie przesadzić  z ilością gatunków. Lepiej dla oczu jest sadzić mniej rozmaicie a w większej ilości sztuk. Tak właśnie sadzili Anglicy na przełomie  wieków XIX  i XX.  Klasyka, że się tak wypiszę. Co do konkretnych roślin, Agatek ma bodziszki, liliowce, hosty - może wcale  nie trzeba na tę rabatę kupować niczego nowego, tylko solidnie porozsadzać stare  rośliny tak  aby utworzyły duże, fajne kępy.  Myśląc o jesiennych kwiatach na  bardziej słonecznej stronie rabaty wpadałam  na  to czy aby nie dosadzić jakiejś hortensji drzewkowatej czy bukietowej do tej, która już tam rośnie. Może nawet więcej niż jeden krzew. Wtedy mniej  bylin rabata by zniosła ale kwitnienie letnio  - jesienne byłoby zapewnione ( Taka 'Annabelle' ma zieleniejące kwiaty już w sierpniu, pasiłaby do tych języczek Przewalskiego ). Rabata byłaby w zasadzie krzewiasta ale też małorobotna. A Agatek mógłby się wówczas rozejrzeć tak niby pod  pretekstem "Co z tymi roślinami zrobić" za miejscem na nowy  byliniak. To jest dopiero szczwany plan.




Dzisiejszy wpis okraszony jest zdjątkami z angielskich  ogrodów - Tintinhull Garden,   Rosemoor RHS Garden, Barrington  Court Gardens, Coleton Fishcare. Na zdjątkach ogrody w stylu country - mnóstwo bylin, trochę krzewów, wcale nie tak mało  roślin dwuletnich i jednorocznych.