sobota, 16 września 2017

Jesienne prace ogrodowe ( znów przesadzam co się da )

Doopność jesienna na dworze, żadnych porannych mgieł zwiastujących słoneczną pogodę tylko klasyczna półmżawka. Mimo tak niesprzyjających okoliczności przyrody naddszedł czas na ogrodowanie.  No bo jak nie teraz to kiedy? Diabli wiedzą czy  i kiedy zrobi się milej i bardziej sprzyjająco. A może będzie jeszcze paskudniej i co wtedy? W błotku będę się taplać albo sadzić rośliny w zmrożonej  glebie? Nie ma lekko, trza się cieplej ubrać, wypić zapobiegawczo jakieś promile przegryzione czosnkiem ( mieszanka zwana oddechem smoka ) i wyleźć do ogrodu zanim rozpada się na dobre ( w półmżawce da się pracować, w  strugach deszczu to raczej  kiepsko ). Za mną już sadzenie cebulek roślin kwitnących wiosną. W tym roku ze względu na opłakaną sytuację  finansową ( ale dach i kominki pikne ) zakupy były bardzo ograniczone. No ale były! Mam  na co czekać w marcu i kwietniu. Szczerze pisząc nie wyobrażam sobie wiosny w Alcatrazie bez kwitnących roślin cebulowych, tak jak nie wyobrażam sobie jesieni bez kwitnących zimowitów - nie ma zmiłuj, cebulowe muszą u mnie być. Najbardziej miła jest memu sercu cebulowa drobnica, te wszystkie bździągwy wyrastające 5 - 10 cm nad glebę, pokrywające ziemię kolorowym dywanem w czasie gdy drzewa jeszcze łyse jak chłopcy  stadionowi.

Zakupiwszy znaczy krokusy czyli szafrany.  Tommasinianusy i vernusy, z przewagą tych pierwszych. Jedynym szaleństwem na jakie sobie pozwoliłam był zakup odmiany  'Vanguard'. Zakochałam się w kwiatach tej rośliny,  wrzosowo - perłowych tonach barw jej płatków. To wyjątkowy krokus, który łączy wielkość  kielicha krokusów wiosennych z urokiem charakterystycznym dla krokusów zwanych botanicznymi. Vanguard tłumaczone "z ichniego na nasze" znaczy awangarda i trzeba przyznać że nazwa jest adekwatna do pory kwitnienia tego dużego krokusa. Zanim inne wielkokwiatowe krokusy rozwiną pąki ta odmiana już kwitnie. Może dlatego że z niej w sumie też dziczyzna, to pochodząca z  Rosji forma Crocus vernus która została odkryta  dopiero w 1934 roku przez Tubergena. Sadzę krokusy ku radości swojej  i trzmieli, kiedy słoneczko przygrzeje i  temperatura wewnątrz kielicha będzie wyższa niż na zewnątrz, otworzą się krokusowe kwiaty a do co stołówki zlecą się trzmiele i pierwsze pszczoły.  I niech mi teraz ktoś powie że bez wczesnych cebulaczków  to w ogrodzie prawdziwa wiosna! Żadna tam wiosna, głód, Panie tego, głód wśród  Tyrawników i tuj! Nakarmić  potrzebujących - znaczy krokusy w każdym ogrodzie, he, he!




Moją śródziemnomorską prerię też dopieściłam cebulami, posadziłam hym...masowo ( znaczy cóś tam w ilości osiemdziesięciu cebul - tanizna była ) czosnek główkowaty Allium sphaerocephalon. Co prawda kwitnie znacznie później niż młodą wiosną bo w czerwcu  a nawet w lipcu ale uznałam  że jego drobne kwiaty dobrze zrobią mojej Suchej - Żwirowej w jej wczesnoletniej odsłonie. Natomiast nie jestem tak do końca pewna czy mój wiosenny prezencik dla podwórkowej  rabaty to będzie strzał w dziesiątkę. Jednak łakomstwo mnie opanowało kiedy zobaczyłam cebulki tulipana 'Blushing Lady'. Mam cholerną słabość do tej odmiany, chyba  żaden z ogrodowych tulipanów nie pasi mi tak bardzo jak ten bardzo wysoki i bardzo późny tulipek. To aż dziw  że się rzuciłam bo już od ładnych paru lat sadzę raczej botaniczne tulipki ( jakoś bardziej pasują do Alcatrazu ).





No i tyle o cebulowaniu, teraz będzie o jesiennej  bujności traw. Przyjęło się że trawiasta  bujność to jest wiosenna. I owszem na łąkach, w ogrodzie to bujność traw największa jest jesienną porą. Wtedy są ochy i achy wydawane nad urodą kłosów czy przebarwiających się źdźbeł. U mnie trawstwo ozdobne zaczyna się wcześniej, głównie za sprawą trzcinników i ostnic. Jednak główną rolę trawy zaczynają grać jesienią. Wtedy kwitną ukochane molinie, świetna obiedka, cud rozplenice czy z lekka trywialne miskanty ( hym... najbardziej podobają mi się te miskanty które u nas  się nie kłoszą ). Szczęśliwie jakoś traw nie muszę przesadzać, za to krzewy róż, wspomniane we wcześniejszych postach drzewa to i owszem. Nie sądziłam  że niektóre z róż, mimo przycinania, tak spotwornieją. Z jednej strony fajnie bo roślina w rozmiarze XXL to roślina pielęgnowana właściwie ( duża taka i silna ),  z drugiej strony potrzeba dla niej sporo miejsca, żeby sobie mogła prawidłowo wegetować , no i żeby dobrze wyglądała. Kopanie dołów metrowych przede mną, taa baardzo się cieszę. A mój kręgosłup to wręcz szaleje z radości! Nie ma jednak rady - chcesz mieć fajną roślinę to zapewnij  jej optymalne warunki. Nie żałuj gleby dla korzonków, nie kupuj pięćdziesięciu pięciu i pół odmian kolejnej super byliny i hitu sezonu tylko daj więcej miejsca roślinie którą już masz. No czas do ogrodu - o pracach jesiennych będzie jeszcze ale teraz ogród wzywa.



czwartek, 14 września 2017

Las

Jesień, Panie tego, jesień - w domu ustrojstwo typu "leśne" ze wszystkiego sztucznego od mchu ( no może jeden jest prawdziwy choć kwiaciarnianego pochodzenia, suszony  i barwiony ) poprzez papierowe grzybki na szklanych ptoszkach skończywszy ( no ale te ostatnie to choć z materiału szlachetnego ), za oknem dżedż na przemian ze słoneczkiem, znaczy czas na odwiedziny lasu. Póki jeszcze rośnie bo jak twierdzą mendia Szyszko szaleje, ponoć w towarzystwie kapelana dusiciela rysi ( cóś mi  mówiło że to przestępcze dranie,  mynister i ta banda go otaczająca ale nie sądziłam że to kłusownicy, myślałam że zwykli kombinatorzy  i złodzieje a tu siurprajz  - taa, lis pilnuje kurnika, ze słoikiem z kornikiem w łapie, co nie przeszkadza mu   wyrzynać czego się da i zabijać kogo się da ). Chyba pierwszy raz aż tak bym chciała żeby mendia koloryzowały, bo jeżeli to prawda jest gorzej niż źle.  Rysie to mimo wszystko inna bajka niż rozstrzeliwane bażanty ( choć tamta historia była jak dla mnie wystarczająco obrzydliwa i dyskwalifikująca faceta do zajmowania  jakichkolwiek stanowisk związanych z ochroną zasobów przyrodniczych ). O ile polowanie mynisterialne rzeczywiście tak wyglądają to czas zapolować na mynistra. Z naganką,  rzecz jasna!
No więc pojechali my do lasu!




Oczywiście wyprawa do lasu nazywała się wyprawą na grzyby, ale tak o prawdzie za grzybami rozglądałam się tyle o ile. Coś tam się zebrało ale  szczerze pisząc to zbieranie grzybków było tylko pretekstem do łażenia po lesie. Las po którym chodziłam  to nie żadna pradawna puszcza, ot taki podmiejski las użytkowy. Bór sosnowy, niby plantacja drzew bardziej aniżeli las prawdziwy. Jednak wystarczy choć trochę drzew i dzieje  się cud, pojawiają się mchy, porosty i grzyby, wysiewają się brzozy, nagle wyrastają borówkowe krzewinki i wrzos  i znika plantacja, już mamy las. Żyjące odrębnym życiem istnienie, w którym rośliny i zwierzęta "są na swoim miejscu", tylko człowiek jakby z innej bajki.



Teraz jest czas kwitnienia wrzosów, ich delikatne krzaczki niepodobne do przysadzistych i zażytych "wrzosów hodowlanych" rosną na polankach,  przy leśnych duktach, wszędzie tam gdzie mają trochę więcej słońca. Mało jest rzeczy równie miłych jak zasięście w okolicach porośniętych kwitnącym wrzosem   i wgapianie się w mikrokosmos wrzosowiska. We fruwaczy i pomykaczy,  w życie tych co brzęczą i  tych co bezgłośnie sobie bytują, w cały ten światek malutkich stworzeń. A do tego ten zapach, nie kwietny tylko  krzewinkowo - mszasty, ziemny i jakby troszkę gorzkawy ( wiem, wiem, gorzkawy to całkiem inny zmysł identyfikuje ale u mnie taka synestezja się czasem robi ). Zatem zamiast  pracowicie wypatrywać prawdziwków, krawców, koźlarzy czy tam innych podgrzybków zaległam we wrzosie i śledziłam błonkoskrzydłe. Relaks przez duże R był uprawiany, wiele z tych chwil spędzonych w lesie  na radości kuchenne  się nie przełoży ale wszak nie samymi sprawami   żołądka człowiek żyje. Czasem po prostu potrzebna jest chwila wyciszenia, czas na uważność, przeżywanie teraźniejszości. Ostatnimi czasy bardzo mi takich chwil brakuje w mojej zalatanej codzienności. Korzystałam więc na całego z wrzosowiskowych dobrodziejstw, bezczelnie się leniąc.



A las wokół wrzosem porosłej polanki śpiewał sobie razem z wiatrem. Pieśń była o kolonizacji nowych terenów, o życiu do zmurszałości, zamieraniu przekształcającym się w nowe życie i tym podobnych sprawach. Bo las sobie świetnie bez pomocy ludzkiej radzi, między bajki włożyć jak to człowiek las uprawia. Człowiek to drzewa uprawia, zwierząt dogląda ( na ogół po to żeby je odstrzelić ) ale lasu nie uprawia, las uprawia się sam. Jest tak złożonym ekosystemem że uprawiać się nie da. Można go chronić, odtwarzać, próbować przywracać "leśności" ale uprawiać się go nie da. Tak jak nie da się uprawiać stepu czy morza. Można hodować w fiordach  łososie czy przekształcać step w pola uprawne ale to wycinek, wykrojenie z natury tego co wydaje nam się najbardziej dla nas  potrzebne. Myślę że większość nieporozumień pomiędzy tzw. ekologami a leśnikami bierze się z tego że wśród tych ostatnich panuje przekonanie że człowiek może kształtować "naukowo" w zasadzie  bez konsekwencji  przyrodę, bo  na studiach uczyli że las gospodarczo się wykorzystuje i to po to leśnik w lesie siedzi żeby dopilnować tej prawidłości gospodarki leśnej. To że z czasem trzeba będzie ograniczać "gospodarczość" lasów a stawiać na ohydną "ekologię" ciężko przyjąć do wiadomości. Nie tylko leśnikom, nam zwykłym  ludziom też. Możemy doczekać  się zakazu  grzybobrań a nawet wstępu do lasów. Mamy to prawie jak w banku  jeżeli nadal będziemy gospodarczo wykorzystywać las tak  jak teraz go wykorzystujemy. Wiem że smętne, ale człowiek to takie stworzenie które  ogranicza się tylko wtedy kiedy nie ma już innego wyjścia. Więc cieszyłam się lasem póki jeszcze można.







wtorek, 12 września 2017

Ususzyć lato


Mój boszsz... łapaliśmy słoneczko jak  tylko można. Ubiegły tydzień dał mi solidnie w kość i to dosłownie także  wszystko co jeszcze ciepłego i letniego jest wykorzystywane na maksa. Usiłuję utrwalić te wiosenno letnie klimaty, zatrzymać na dłużej tak żeby można było się nimi cieszyć gdy wokół będzie wszędzie wciskająca  się wilgoć, mżawość, przeciągłe deszczenie, czy lejność wzmożona. W tym roku ze względu na ceny "miejskich" owoców ( do prawdziwych "wiejskich", nieskupowych dostępu nie było ) zatrzymywanie lata nie będzie polegało na  smażeniu dżemów i powidełek ( szczęśliwie udało się zachować co nieco z zeszłorocznych przetworów, nie wiem jakim cudem ). Taa, w tym roku zatrzymanie lata na dłużej zostanie osiągnięte za pomocą suszu zielnego.  Znaczy nie ma że nie ma,  przy okazji odwiedzin najmniej mobilnej części rodziny ( pod cmentarzami w  Odzi kfioty są tańsze niż w mieście, takie  zjawisko ekonomiczne ) nabyłam drogą kupna za jedyne 5  peelenów bukiet zatrwianów i nieśmiertelników i namiętnie teraz obsuszam zdobycz. Zatrwian wrębny Limonium sinutum to jednoroczna roślina, chyba najbardziej znany zasusznik z jakże wdzięcznej i pięknie mumifikującej się rodziny Limonium. Mniej znanym a przepięknym mumiołem jest również  pochodzący z Wysp Kanaryjskich a konkretnie to z Teneryfy,  zatrwian Pereza  Limonium perezi. Można dostać u nas jego nasiona i spróbować uprawy jak kto cierpliwy i skory do poświęceń. Cierpliwy  bo roślina często kwitnie  tak jak rośliny dwuletnie, w drugim roku uprawy ( na blogu  dobrej pamięci  Zoji Litwn było o tym jak przyspieszyć  kwitnienie przez wysiew nasion w domu ), a poświęcenie jest konieczne bo roślina z tych mało odpornych  na warunki naszej zimy musi spędzać tę porę roku w ciepełku  domowych pomieszczeń. Znaczy nie ma lekko. Ponoć mniej "chodzenia" jest koło  pochodzącego z Turkiestanu zatrwianu Suworowa Limonium suworowii. Trochę się różni od innych zatrwianów, jego wrzosowo - różowe kwiatostany  przypominają kwiatostany tawułek w wersji  "na sucho". Ponoć uprawia się też na kwiat cięty zatrwian zwyczajny Limonium vulgare, ale tak szczerze pisząc  nigdy nie spotkałam  się z tą rośliną  w szkółkach jaki i na straganach czy kwiaciarniach. Uprawiam za to od niedawna zatrwian szerokolistny Limonium latifolium, który wydaje  kfiot jak najbardziej nadający się do suszenia ( z tym że po mojemu to najładniej wyglądający  na rabacie, he, he ). Do suszenia nadaje się też kwiatostan kuzyna  zatrwianów, niegdyś zwanego zatrwianem tatarskim  Limonium tataricum a obecnie najprawilniej  Goniolimon tataricum ( nowej  polskiej nazwy się jeszcze nie dorobił - może z czasem  jakiś botanik przypnie mu zatrwianek albo gozatrw ku zgrozie ogrodniczej braci ). Zarówno Limonium latifolium  jak i Goniolimon tataricum są w naszym klimacie bylinami, znaczy zero corocznych wysiewów.


Rzecz jasna na zatrwianach i  kuzynostwie suszenie kwiatów się nie kończy. Chyba najpopularniejszym "suszkiem" jest nieśmiertelnik czyli kocanka ogrodowa Xerochrysum bracteatum vel Helichrysum bracteatum. Tę radość europejskich jesiennych mżawych dni podarowała światu Australia, od  XIX  wieku kocanka króluje w ogrodach całego świata. Cicho i bez szumu ale za to nieusuwalnie  kocanki  ogrodowe zrosły się nam z jesienią.  Niegdyś zasiedliły ogrody, a później uprawy  ( uprawiane są teraz na tzw. kwiat cięty ), twardo się trzymają nie dając się zdetronizować "suszkowym nowinkom". Odmian kocanek ogrodowych od groma, już w połowie XIX wieku znano kilkadziesiąt kultywarów, znaczy jest w czym wybierać.  Od ognistych czerwieni, poprzez jaskrawe pomarańcze, tzw. wszystkie odcienie  żółci do łagodnych różyków, morelkowych odcieni i  kremowej bieli. Mniej znane są kocanki włoskie Helichrysum italicum, roślina od niedawna robiąca u nas karierę jako "włoskie maggi". Po mojemu to listki bardziej zalatują kuchnią indyjską niż selerkiem czy tam innym lubczykiem. Kwiaty tej "przyprawowej" rośliny nie są tak okazałe  jak kwiaty kocanek ogrodowych ale ich intensywnie żółta barwa utrzymująca się po zasuszeniu czyni z nich pożądaną "suszkę". Podobnie sprawa  ma się z kwiatami santoliny cyprysikowatej Santolina chamaecyparissus. Obie rośliny niby da się uprawiać w naszym klimacie. piszę niby  bo moje doświadczenia z santoliną tego nie potwierdzają. O ile taka lawenda spokojnie przezywa ódzkie  zimy o tyle santolina złośliwie wymarza nawet podczas średnio mroźnych zim. Znaczy mniej śródziemnomorskiej kwietnej żółci mam do dyspozycji ale za to mogę spokojnie suszyć kwiatostany lawend i lawandyn ( co robię rzadko  bo lawendowe i lawandynowe kwiaty  najładniej rzecz jasna wyglądają na rabacie, he, he ). Za to suszę kwiatostany anafalisa perłowego Anaphalis margaritacea, to taka łażąca bylina więc ograniczam ją w okresie kwitnienia. Nie uprawiam miechunki peruwiańskiej  Physalis peruviana bo nie moja bajka, ale muszę przyznać że  osłonka owoców przypominająca zapalony lampion jest urocza. Może gdzieś uda mi się ją najść,  podobnie jak  nasienniki miesięcznicy, tfu, miesiącznicy  rocznej Lunaria annua.  Na ususzone nasienniki czarnuszki damasceńskiej Nigella damascena czy maku lekarskiego Papaver somniferum w handlu raczej nie ma co liczyć. Chcesz mieć  ich suszki sam wysiej, zbierz i susz człowieku. Nie ma lekko!


No tak to by było na tyle o takiej suszkowej, dość zachowawczej tradycji, samograjach namiętnie suszonych w celach dekoracyjnych. A co z innymi roślinami, nie tak oczywistymi suszkami, takimi  o mniej sztywnych pędach, których kolor kwiatów bywa trudny  do utrzymania? Suszy się, suszy, tylko  że mniej i nie dostaniecie w kwiaciarniach czy tam innych "punktach kwiatowych" takich roślin już ususzonych i gotowych do suchych  bukietów. Takie rośliny trzeba suszyć samej ( lub samemu co zdarza się rzadko bo bukietowanie wyczynowe to chyba jedna z najbardziej sfeminizowanych czynności na świecie ), niekiedy wykonując różne sztuki ( znajdź ciemne a ciepłe i przewiewne pomieszczenie, he, he ). Trzeba się pogodzić  z tym że kwiaty czasem zmieniają fason ( nie każda roślina jest podobna do wrotyczu, który po ususzeniem wygląda podobnie jak przed ususzeniem ).


Wizyta u najmniej  mobilnych członków rodziny zaowocowała nie tylko kupnem "suchatków". Podkusiło mnie na zielone chryzantemki ( mam kretyńską słabość do zielonawych kwiatów, nie wiem skąd u mnie taka skłonność ). Stoją teraz w wazonie w towarzystwie "zielska podwórzowego", wzbogaconego koprem i dużą ilością czerwonej koniczyny. Wpółdoelegancko, że się tak wypiszę. A w ogóle to zrobiło mnie się na sycylijskie klimaty ( przez wiadomą osobę ) i  wypichciłam tort sycylijski. Cała jego sycylijskość polega na tym że do kremu został użyty curd  z sycylijskich cytryn ( kupny, nie chciało mi się kręcić żółtek z masłem i cholera wie skąd pochodzą te cytryny, które mam w domu ). Dla wzmocnienia klimatów italskich posypałam wierzch utłuczonymi ciasteczkami amaretti, resztką tych ciasteczek cudem ocalałą. Średnio wyszło ale zjeść się dało.  Bita śmietana w kremie czyni cuda, tak rzecz ujmę.

piątek, 8 września 2017

Codziennik - półsłoneczny dzień po "lanym" tygodniu

No i mżyło i lało, a później lało i  mżyło. W przerwach wodna zawiesina w powietrzu, za mało żeby to kwalifikować jako mżawkę ale za dużo  żeby można było powiedzieć "O, dziś piękna pogoda!". Do doopy, Moi  Mili, do doopy! Jakby tego było mało dopadły mnie stare kontuzje, no czułam że mam plecy - bardzo mocno czułam. Wicie rozumicie, ból typu  a jakby tak wejść na drugie piętro kamieniczki i wykonać skok  uśmierzający. A co lepsi chińscy akupunkturzyści wynieśli się z Odzi na Zgniły Zachód, więc pomoc  będzie  taka na pół gwizdka ( ani słowa o rehabilitacji NFZ bo zagryzę, mnie boli teraz a nie za rok ). W związku z sytuacją zdrowotną nawet wyprawa na Piotrkowską wydawała  się cóś niepewna, no chyba żebym  odkryła jakiś gabinet przy naszej głównej ulicy. Tak to wyglądało jeszcze wczoraj. Dziś od rana słoneczko i kręgosłup jakby znów poczuł  że powinien  pionować człowieka, no lepiej jest ( choć daleko temu stanowi do błogiego zapomnienia o tym że posiada się kręgosłup ). Nie na tyle  żebym potupała na  Piotrkowską ale inne zaległe obowiązki mogę spróbować wykonać. Na ten przykład spaczyć wiadomo co  i wysłać wiadomo gdzie, choćby przy pomocy osób trzecich a nawet czwartych ( poruta na całego ).

Co owego u kotów? Kocie  życie jak w Madrycie że sparafrazuje  fragment dziełka "Byczek Fernando", bestie rozkapryszone  do niemożliwości majo  żądania. Rekonwalescentka uważa że musi  zjeść dokładnie tyle  żarcia  ile ją ominęło  podczas  choroby  ( spowodowanej zechlaniem tego czego nie trzeba było chlać ), więc walczę żebym tym razem nie musiała jechać do veta z przejedzoną do niemożliwości kotą. Okularia reaguje  tyko na imię Znajdosława, nie wiem dlaczego.  Być może ma jakiś problem psychologiczny, kompleksy  z  kocięctwa  albo cóś ( wyraźnie  nie lubi imienia Okularia, nawet w zdrobnieniach typu Okularek, Okulasek,  Okulutka ). Szpagetka jest obrażona na cały świat bo  gastryczne  przypadłości Sztaflika zdetronizowały ją jako Wielką Pacjentkę w Nieustającej Rekonwalescencji. Szpagetka owszem, posiada druciki wspomagające nóżki ( nasz mały robocopek pilnujący porządku czyli hierarchii wśród  domowników - najpierw  zawsze ona, potem reszta pospólstwa ) ale i innym czasem zdarzają się przypadłości (  które w okresie rekonwalescencji są wykorzystywane jako pretekst do szarogęszenia ). Chłopaki odfrunęły, Lalenty i Felicjan spali chyba dwadzieścia pięć godzin na dobę. Już się zastanawiałam czy im krwi nie utoczyć  i na obecność podwyższonej glukozy nie zbadać.  Senność z nich wyparowała wraz z pojawieniem się słońca, słyszę ich ryki z ogrodu ( odgłosy Rudego też słyszę, chyba  będę dziś przemywać podrapki a utoczenie juchy to chyba późniejszą jesienią się  wykona ). Aha, Lalek miał incydent  pod tytułem "Syn węglarza",  znaczy  zdrzemnął się w wiaderku używanym do noszenia węgla i wywalania popiołu. Ależ byłam szczęśliwa!





A co nowego w ogrodzie? A w ogrodzie czuć już jesień. Nie jest to jeszcze jesienność pełną gębą ale nie nazwałabym  już zieleni   Alcatrazu  późnoletnią. Niestety nie wszystko tą jesienią będzie takie jak trzeba - trzmielina  wielkoowocowa nie ma już  czerwonych liści ( w sierpniu miała ) a zamiast cud owoców wiszą mumioły, jarzębina pendulka zachowuje się podobnie, tylko troszki owoców się ostało. No ale to takie tam  "niewypały sezonowe", gorzej jest kiedy trza  i to na tempo szukać miejsca dla drzewa. Jarzębina pospolita 'Autumn Spire' zaczęła  niepospolicie gubić liście, w inny sposób niż zdarza się to jarzębom mającym problem z grzybkami ( liście nie opadały tylko schły ). Miejsce na  Suchej  - Żwirowej okazało się za żwirowe i za suche, drzewko wyląduje w Alcatrazie i  chyba mi przyjdzie paciorkować w  jego intencji  bo nie wygląda dobrze. Długo padający dżedż chyba trochę spowolnił zdychanie jarzębinki ale za to wyraźnie nie posłużył prerióweczkom. Znaczy trawki leżą a powinny na baczność stać jak szeregi  OT przed Antonim. A tymczasem nie mamy parady tylko siermiężny real niesłodzony i to co powinno być w pionie to wylega i "stoi horyzontalnie" jakby  to zapodali spece od propagandy. No cóż, "Zawsze coś"  jak mawiała pewna mucha  z profesjonalnie amatorskiego animowanego filmiku.





Na szczęście nie samymi jarzębowo - preriówkowymi  problemami człowiek w ogrodzie  żyje, są słodkie chwile z różnymi takimi ulubieńcami.  Ukochane anemonopsisy jak zwykle nie zawiodły, bardzo dzielnie kwitną ( w tym roku wyjątkowo długo ). Kiedy je sprowadzałam straszne się bałam że odmiana "ogrodowa" będzie sprawiać problemy. Tymczasem to właśnie ona najszybciej się rozrasta, najobficiej kwitnie, nie podłapuje  grzybów i w ogóle zachowuje się  jak mało problematyczna roślina. Śmiem twierdzić że to gatunek jest wrednawy, tak przynajmniej wynika z moich alcatrazowych obserwacji.  Oczywiście człowiek zawsze chce tego czego akurat nie ma - żebyż ten cholerny gatunkowy japoniec tak długo kwitł jak jego "ogrodowa" odmiana! Te płateczki z lekkim fioletem, pojedynczy okółek płatków i prostota dziczyzny. Ech!  A one kwitną i owszem ale  tak sobie od niechcenia, bez wielkich och i ach, tak sobie obficie i nie tak długo jak ogrodowiec.  Piękne rośliny ale wcale nie łatwo je oswoić. Muszę gatunek chyba dopróchnicować, leśność najlepiej tak nawozić.  Ale mam wymagania wobec roślin, one kwitną co ponoć nie w kazdym ogrodzie się zdarza,  a ja narzekam że krótko ( taa, szklanka dziś jest do połowy pusta ). Czyżbym potrzebowała do szczęścia tzw. bylin estetycznych ( u Meg odkryłam takie cudo ). Na szczęście cyklamenki, które właśnie zaczynają wyłazić są cóś mniej grymaśne. I dobrze, przynajmniej nie mam  się nad  czym pastwić (  plecki znów zaczynają pobolewać, chyba stąd to wyłażące  nawet przy opisie ogrodowych ulubieńców malkontenctwo ). Do zalegania prozdrowotnego przystąp!