poniedziałek, 21 maja 2018

Codziennik - Pan Hrabia i insze sprawy

Z Lalentym nieustanne jazdy - od  Himalajów  optymizmu po  depresję zwątpień. Jutro  odbieram podstawowe i nie tylko  wyniki, znów  ma włączony zestaw antyzapalny ( nowe zapalenie przyzębia mu wylazło ).  No jest się czym martwić.  Nie jest z nim jednak na tyle  źle  żeby nie okazał obrazy za to że musiał mieć  pobieraną krew. Patrzy teraz na mnie złym oczkiem, jak dla mnie to dobrze bo najbardziej boję się Lalczynego neptusiowania czyli spokoju wynikającego ze słabości. Póki widać po nim wnerw to znaczy  że są siły, że w Lalusiu życie terkocze. Oczywiście wiem  że Lalek ma swoje lata, że wyniki  mogą być takie sobie a nawet gorzej, że każde z nas żywych istnień ma termin przydatności zapisany w sobie kodem spiralnym i naszego wpływu na możliwość wydłużenia terminu  nie należy przeceniać, no ale chciałabym żeby było  nam dane z Lalkiem pobyć jeszcze chwilę ( oby jak najdłuższą ) na tym świecie. W oczekiwaniu na solidniejszą diagnozę Pana Hrabiego zajmuję  się wszystkim i niczym. Znaczy robię mnóstwo rzeczy ale mało co mi wychodzi. Wiecie jak to jest Wy wszyscy mieszkający  ze zwierzętami, uzależnieni od  mruków, pomiaukiwań, szczekań, mokrych nosów i tym podobnych niezbędności  życiowych.


 W ramach majowych celebracji komunijnych kupiwszy sobie mirt. Z jego gałązek pleciono kiedyś tam wianki komunijne, podobnie jak  weselne, póki tiule, sztuczne kwiatki i inne radości modniarki nie wyrugowały go z wianków, bukiecików czy tam innych ozdóbstw  świecy. Fuckicjanowi mirt się rzecz jasna  nie spodobał ale na szczęście  też mu  nie smakował. Niestety była próba podlania, jednak szybko ukrócona ( tym niemniej roślinę zaraz przesadziłam ) i została zapodana groźba obcięcia sekatorem zdradzieckiego, kociego fiutka. Dlaczego zdradzieckiego? Ucieleśniona niewinność czule patrząca mi w oczy oglądała ze mną roślinkę, co  prawda na zielone gapiła się z odrazą ale o mnie to były ocierki i przymruczenia słodyczne. Pogłaskałam potwora i odeszłam nalać sobie kawy, kątem oka złowiłam ten uniesiony ogon, sprytne przysiadanie i usatysfakcjonowany wyraz  sznupy - złapałam go w trakcie lania! Zdradzieckiego bo uśpił moją czujność tym przymilaniem! Zdradziecki właściciel zdradzieckiego fiutka. Najgorsze że pozostała czwórka obserwująca całe zdarzenie wyglądała jakby chciała  powtórzyć  Fuckicjanową próbę dewastacji zieleni domowej, nawet Pan Chorowity wyglądał hym...tego... zagadkowo.

 A teraz ogrodowo - ogrodowo to jest tak:






 Podwórkowo to jest tak:






Co do szerokich planów zdjęciowych dla Kurry Naczelnej - trza ogarnąć ogród to będą plany. Tylko ogarnianie mnie cóś słabo idzie.

niedziela, 20 maja 2018

'Wedding Belle' - irys TB "z zaświatów powrócony"

'Wedding Belle'  to odmiana autorstwa Keitha Keppela zarejestrowana w  2007 roku i wprowadzona  do handlu rok później.  Wysoka, dorasta do 117 cm wysokości, kwitnienie zaczyna na początku środka sezonu, czasem zalicza się tę odmianę do odmian wcześnie kwitnących.  'Wedding Belle' powstała w wyniku  krzyżowania odmian 'Fogbound' X 'Heaven'. Irys Keppela otrzymał Honorable Mention 2010 i Award of Merit 2013. To piękny irys o paskudnym charakterze. Podchodziłam do niego dwa razy, choć bardziej  właściwie byłoby  liczyć to jako dwa razy i pół. Pierwsza próba sprowadzenia 'Wedding Belle' ze szkółki ( boszsz... jaka mam sklerozę, nie pamiętam bez  notatek  czy to  było z Mid  - America czy z Tempo Two ) spełzła na niczym.  Rok gdzieś tam  w świecie był ponoć deszczowy i nasadzenia odmiany trza było ratować a  nie dzielić  do  sprzedaży.  Już samo to powinno mnie ostudzić, skoro najlepsi w branży majo z francowatym iryskiem problem to u mnie na pewno nie będzie lepiej. Jednak czasem  budzi  się we mnie demon uporu, robię się głucha i  ślepa  na tzw. rozsądne argumenty i brnę. Przyznaję bez  bicia  że tak było w tej konkretnej irysowej sprawie. Następne zamówienie ściepkowe i 'Wedding Belle' przyjechał do miasta Odzi.

Przyjechał  jako sadzonka  na tyle duża  że postanowiłam zmniejszyć  ryzyko  nieudania się uprawy.  Podzieliłam  kłącze na dwie części i wyznaczyłam  Mamelona na drugą uprawiającą. Stąd  podejścia do uprawy odmiany liczę jako  dwa i pół.  Mamelon zniosła zaszczyt  z godnością mamiona wizją różowo - złotawych kwietnych  łanów. Początkowo uprawa szła  jej dobrze, znacznie lepiej niż mnie. Po  dwóch miesiącach jednak okazało się  że kłączko w ogrodzie Mamelona podstępnie wygniło od spodniej strony  mimo przeraźliwie suchego lata.  Moje dychało ale nie był to oddech głęboki i "szerokopierśny". Rosło sobie i aklimatyzowało się w najcieplejszej części Podwórka  przez długi czas balansując na granicy  zanikania. Kiedy wreszcie zdecydowało się na  życie przyszła zeszłoroczna mokra jesień a ja przerażona stanem liści odmiany namiętnie drenowałam okolicę  stanowiska coby woda arystokracie  nie zaszkodziła. W tym roku 'Wedding Belle' wreszcie zakwitł. No tak, warto było choć prosty w uprawie nie jest. Francowatość i paskudyzm przypisuje genom  tatusia - 'Heaven' to irys Jo Ghio,  irysy tego hybrydyzera najlepiej udają się w cieplejszym niż  ódzki klimacie ( oczywiście nie wszystkie odmiany Ghio są delikatesami, ale sporo z nich rośnie lepiej  gdy w kłączko ciepło a deszczu tak sobie ).


piątek, 18 maja 2018

Majowe padanie - Podwórko

Nareszcie popadało i z lekka się ochłodziło. W tym roku Zimną  Zochę  witałam entuzjastycznie, w końcu normalne majowe temperatury i niebo podlewa za darmo ( no prawie,  zważywszy na pomysły rzundzoncych ).  Co prawda  lejący deszcz spowodował  zaniechanie naszej ( znaczy  Mamelona i mła  ) cotygodniowej wyprawy odstresowującej na rynek w Pabianicach ale za to wszystko zielone pięknie umyte i co najważniejsze, solidnie napojone.  Nawet zmokłe kwiaty majowych róż nie osłabiły mojego entuzjazmu dla  majowego deszczu i ochłodzenia, w końcu ich urodą cieszę się już od dłuższego czasu. Zresztą nie tylko  urodą, co prawda ich zapach jest delikatny, ginie przytłumiony "omdlewającą" wonią lilaka vel bzu czy słodką nutą jaką wydzielają kwiaty robinii zwanej akacją.

Jednak w bezpośrednim sąsiedztwie krzewów  majowych róż daje  się wyczuć delikatną różaną woń.  Nic ciężkiego ani przejmującego  jak zapach róż alba, dzikusy i półdzikusy kwitnące majową porą pachną obietnicą różanego sezonu, takie zapachowe preludium.  Jeszcze chwileczka i rozwiną się ich bardziej skomplikowane genetycznie krewne, różany zapach zrobi się silniejszy, przenikliwy, w niektórych wypadkach wręcz  ciężkawy.  No i wtedy nadejdzie lato, niezależnie od tego jaka to data będzie widniała w kalendarzu.  Nie ma zmiłuj, masowe kwitnienie róż zwiastuje lato, to koniec roślinnej wiosny. Kalendarz sobie, przyroda sobie a ogrodnik skołowany.  No bo jakże to tak, już po wiośnie?! To kiedy te cebulki krokusów sadzić, byliny dzielić, przycinania uskuteczniać? A co będzie jak susza, a co będzie jak deszcz? Ech, pokręcenie!


Na  Suchej - Żwirowej swoje wielkie chwile przeżywają teraz irysy kategorii IB. Rzecz jasna nie wszystkie posiadane przeze mnie  odmiany zakwitły, niektóre bezczelnie grymaszą jak te  primadonny. Jednak parę niezawodnych pokazało kwiaty i porobiło solidne kępy więc jest na czym oko zawiesić.  mam nadzieję  że w przyszłym roku dołączą do tych kwitnień pauzujące odmiany i wreszcie  będę miała sezon irysów  IB   taki jak należy.  Bezczelnie przyznam że szczególnie liczę na irysy w ciepłych  barwach, które wyjątkowo  źle zniosły przeprowadzkę z Alcatrazu (  z wyjątkiem "kosiarkowej" - kosiarką przejedziesz a on irysek się zbierze i jeszcze spróbuje cóś na kształt kwiatu wydać - odmiany 'Ask Alma' ).




Powolutku rozkręcają  się też irysy  kategorii TB.  Cóś się im  porobiło  bo kwitną nietypowo, tzn.  nie  zaczynają tego kwitnienia  od najwcześniej zakwitających odmian tylko tak "od środka" czyli od kwitnienia  odmian średnio - późnych.  Tak się kończą  wariacje Wielkiego  Ogrodowego na temat uletnienia wiosny - 'Misty Lady' i 'Fogbound' kwitną pospołu! No, może to nie jest groza i ból zęba ale lekkie niedogodnościowanie uprawiającej irysy i piszące  te słowa to na pewno.  Przy okazji rozwijania się irysowych kwiatów widzę  działania srok sprzed dwóch lat. Złodziejstwo srocze czyli  podprowadzenie znaczników dało straszliwe efekty kolorystyczne  na  irysowej części rabaty.   Nie ma zmiłuj, szpadel  pójdzie w ruch i chyba poproszę  Wujka Jo  o wykonanie dla mnie procy. Tym  biało - czarnym skrzeczącym ptasim małpom naprawdę się należy! Będę strzelała do nich z grochu, niech wiedzą że napieprzyły.


Oczywiście na irysach  kwiatowe Podwórko się nie kończy, powoli zaczyna się kwitnienie bodziszków.


czwartek, 17 maja 2018

Cascais




No urocza, Panie tego, mieścina. Parque Marechal Carmona, Casa de Santa Maria, XVI wieczna Fortaleza da Citadela, Muzeum Condes de Castro Guimarães to takie punkty które tzw. rasowy turysta czuje że musi. Na jedno szczęście  nasza grupka to takie wesołe kundlowate stadko które nie zwiedza wg. bedekera jak XIX wieczne  Angielki. Znaczy oglądaliśmy co chcieliśmy, spokojnie  i niespiesznie spacerując zacienionymi wąskimi uliczkami czy promenadami zalanymi południowym słońcem. Każdy z nas znalazł w miasteczku "swoje" miejsce, coś co trwale zapisało mu się w pamięci. Gosię, Mamelona i Piotrka oczarował Parque Marechal Carmona, ja zostałam zauroczona drogą do Guincho okraszoną latarniami morskimi i widokiem Oceanu ( dodatkowym  bonusem była możliwość przymilania się do kota będącego  "na wyposażeniu" Casa de Santa Maria  ) . Jak widzicie moje wspominkowe  Cascais jest mało miejskie, najbardziej przemawiało do mnie miejsce za cyplem z latarnią morską pięknie po portugalsku zwaną  Farol de Santa Marta.  Promenada i owszem, z jednej strony wypasione "wylle"  z drugiej strony  poszarpane skały i spieniona oceaniczna woda.  Największy tłumek na odcinku od kiepsko  usytuowanej mariny ( fale oceaniczne ją niszczą, ponoć stare wilki morskie z Cascais mają  wcale nie cichą satysfakcję typu "A nie mówiłem!" ) do atrakcji geologicznej Boca da  Inferno ( na nasze nasze tłumacząc to Usta Piekieł choć chyba bardziej trafione byłoby tłumaczenie Gęba  Piekieł ). Potem turyści na ogół odpuszczają a Avenida Rei Humberto II de Itália pustoszeje.


Droga wzdłuż wybrzeża piękna, od czasu do czasu można  zejść z avenidy i podreptać po czerwonym podłożu usianym szaro -  czarnymi skałami. Oczywiście trzeba uważać gdzie się stawia stopy bo teren wprost wymarzony dla tych pragnących bliskiego kontaktu z portugalską medycyną ( rodzice pozwalają latoroślom hulać po skałkach dopóki się nie  orientują że  w skałki Ocean zapuszcza co i raz jęzor,  jak już się  zorientują to jest szybka ewakuacja całej familii i karne dreptanie aleją ). Ja ku zgrozie  Mamelona jak zwykle trepkowałam czyli chodziłam w obuwiu powszechnie uznanym  za narażające noszącą je osobę  na wszelkie  urazy.  Cóż, kostki to ja skręcałam łażąc w tzw. obuwiu  sportowym, ze stopkami w trepkach cóś jestem bardziej ostrożna i stąpam z większą rozwagą co przekłada się na nienaruszalność moich stawów  i kości. Po skałkach chodziłam jak ten mnich Zen, głęboko zastanawiając się nad każdym krokiem i unikając tzw. wyzwań. Nie oznacza to że skupiona  na  bezurazowym pokonywaniu skalnej materii nie cieszyłam się jej urodą.  Nie da się jej  nie widzieć! Ciemno szare skały,  podłoże w barwie czerwieni  dobrze wypalonej terakoty, koło skał zieloność mikra za to w parunastu  odcieniach,  mocno niebieskie niebo i głęboko niebieska barwa Oceanu. Raj dla oczu zmęczonych zimową szarzyzną!

Mamelon  z resztą towarzystwa dzielnie avenidowała, rzucając od czasu do czasu kontrolne spojrzenia w moim kierunku ( cóś jak rodzice hulających  latorośli ). Oglądała miasteczko od  bardzo eleganckiej, "lepszopensjonatowej" strony.  Wokół zieleń, zarówno ta  nasadzana przez miasto, jak i ta widoczna zza ogrodzeń prywatnych ogrodów ( Piotrek z lubością  śledził różne gatunki południowych sosen ). Lekki, wiosenny podmuch od  Oceanu sprawiał że skwar nie istniał, wręcz idealne warunki do spacerowania wyczynowego. Można iść i iść i iść, oczywiście dopóki żołądek nie upomni się o swoje prawa. Trzeba uważać żeby nie upomniał się za blisko tzw. atrakcji turystycznych bo nigdzie  tak  klientów  "nie kroją" jak w takich miejscach.




Boca da Inferno niewątpliwie atrakcją turystyczną jest. Ma to tę złą stronę że ktoś tam zawsze w tzw. sezonie się kręci. Czasem ilość kręcących się bywa zatrważająca ale nam  się jeszcze jakoś udało zobaczyć to miejsce bez asysty  niepoliczalnych tłumów. Piekielna  Gęba to formacja skalna,  naturalnie  "wyerozjowany"  łuk i jaskinia wyrzeźbiona przez Ocean w skałach wapiennych, które tworzą wybrzeże w tej części Cascais.  Niegdyś Boca da Inferno  było jaskinią wietrzeniowo-erozyjną ale jej sklepienie się zawaliło tworząc  dziurwę w dość wysokim klifie. Utworzyła się dzięki temu procesowi niezwykle malownicza formacja skalna składająca się z ww. wspomnianego łuku oraz otwartej od strony oceanu zatoki napełnianej  przez  wody przypływu. Nazwa tego miejsca wzięła się od piekielnego odgłosu uderzających zimą w skały  fal Atlantyku, ponoć Gęba wydaje diabelskie ryki. Wierzę, choć oglądałam Gębę w słoneczny, wiosenny dzień. Przebieżka po Guincho uświadamia człowiekowi co może się dziać na styku Oceanu z lądem w wietrzny dzień. Zimą wiatr kołysze Oceanem nieporównanie mocniej niż przy najgorszej wiosennej czy letniej pogodzie, fale na wybrzeżu  portugalskim osiągają olbrzymie rozmiary ( dlatego to takie dobre  miejsce do ekstremalnego surfingu ) i Gęba wyje.




Po drugiej stronie miasteczka Ocean jakby bardziej spokojny. Zmierzające w stronę Tagu fale nie mają za bardzo o co się rozbijać. Owszem skałki są ale  mikrawe, ujarzmione  dawno temu przez  współpracę  rzeki i Oceanu. Nad wodami promenada do Estoril miejscami biegnąca tuż nad piaszczystymi plażami, miejscami nad porośniętymi wodorostami skałami. Ta droga skłania bardziej do obserwacji ludzi   niż podziwiania Oceanu. Jest tu wszystko  co powinno być w południowym kurorcie: damy opalające się toples,  zbieracze małż, ludzie  rzucający psom piłki, panie starsze spacerujące z wielopiętrowymi lodami w rożkach, biegające bachores, zapach smażonych ryb wypełzający ze smażalni i barów położonych  tuż przy promenadzie. W tle  odgłosy pociągu  dowożącego z Lizbony turystów którzy postanowili "wpaść na dzień do Tomaszowa". No, jest już bardzo blisko promenady w Brighton.  Nie są to moje klimaty ale z obowiązku załączam foty i tej "twarzy Oceanu".



środa, 16 maja 2018

Podsumowanie sezonu irysów SDB w 2018 roku





No i się skończyło. Dobra, prawie bo dogasają ostatnie kwiaty najpóźniejszych odmian.  Sezon  dobry bo bez przymrozków niszczących kwiaty choć nieidealny bo  majowe upały przyspieszały wykwitanie.  Niespodziewanki owszem były  ale raczej z tych przyjemnych. Znaczy zastanawiam się co to za jedne te nowo zakwitłe odmiany i skąd ja je mam.  Hym... nie przypominam sobie żebym kupowała tego iryska z fotki obok. Podejrzewałam że to 'Mikey  Likes It' Terrego Aitkena, odmiana z  2003 roku ale cóś mnie się nie zgadza. Wicie rozumicie szczególiki się liczą a to tzw. kfiot nieswoisty, znaczy niby wszystko ma  ale po uważnym obejrzeniu ma za mało żeby go tak na sto procent zakwalifikować jako kwiat tej a nie innej  odmiany. Niezidentyfikowany maluch nie jest taki zły choć bezczelnie przyznam  że chciałabym żeby wśród  przeniesionych z Alcatrazu irysów wreszcie objawiły się kwitnąco moje staruszki - 'Hi Sailor' i 'Gentle Grace'. Tęsknię za chłodną bielą ich płatków tak ładnie przyozdobioną niebieskimi plamkami.

Jeszcze gorszą zagwozdkę mam z odmianą iryska  z tego  zdjątka ( no, tej fotki po lewej ) bo cóś mi  świta ale ptocy się nie obudzili i nie  ćwierkajo, słońca nie widać bo to świt mglisty  i w ogóle jakby go prawie nie było. Mózg cóś mi tam podpowiada, nawet  jakby pamiętał że plicaty zamawiałam ale ten sam  mózg doprowadził  do tego  że nie wiem gdzie mam notatkę  zakupową więc nie bardzo mogę mu ufać. Przez te problemy z mózgiem bezczelnie pamiętającym mocno wybiórczo irysek nienazwany.  A szkoda bo odmiana świetna, jedna z ciekawszych  plicat SDB jakie u mnie kwitną. Na pewno zagości na stałe, znaczy przestanie być  gościem a zostanie  tego... ten... rabatownikiem.  Wyobrażam sobie solidną kępę tej odmiany kwitnącą koło moich  esdebiastych fioletów.  Pięknie rozjaśni a jednocześnie jak to mawia Mamelon - nawiąże.





Teraz o staruszkach przeniesionych z Alcatrazu.  Powolutku zaczynają się odliczać, w tym sezonie  całkiem sporo  ich zakwitło.  Nie było to to co prawda kwitnienie  spektakularne ale człowiek się cieszy że te odmiany  nie zaginęły podczas przeprowadzki. To takie miłe uczucie kiedy z poranną kawą  włóczę się po Suchej - Żwirowej i natykam na znajomy kwiat uroczego brudasa 'Serendipity Elf' na ten przykład.  Zaczynam mimowolne planowanie  ( racjonalnym nazwać go nie sposób bo sporo w nim nadziei ) że za parę lat kępisko tej odmiany znajdzie się tu i tu, w sąsiedztwie kolejnej ocalonej z Alcatrazu odmiany, która na pewno gdzieś się na Suchej - Żwirowej objawi.

Nadzieja  na taki obrót spraw grzeje i pobudza jak ta kawa podchłeptywana podczas przeglądu rabaty.  Sklerotyczny mózg zajmuje się wizjami kolorowych nasadzeń, cóś skręcających w stronę LSDowskich objawień. Taa, du holde Kunst! Szczęśliwie że  wyobraźnia jeszcze mi  nie szwankuje, dzięki temu jestem w stanie  wybaczyć  tej mojej galaretce "zaniechania" pamięci ( indolencja to jak na razie  za mocne słowo ) w sprawach tak poważnych notatki zakupowe. Póki jestem w stanie sobie wyobrazić  kwitnące irysowe łany to nie jest  źle!  Nie żebym miała w doopie zapiski ( w końcu dobrze wiedzieć która odmiana dobrze sprawdza się w naszych  warunkach a która  jest paskudna i niewdzięczna ) ale nie to jest najważniejsze w moim  irysowaniu.





A tak à propos łanów irysowych to niektóre  kępy będą wymagały w tym roku  odnowienia. Odmiana 'Wish Upon A Star' rozrosła się solidnie.  Nie należy do  moich ulubieńców ale jedno trzeba jej  przyznać, tempo przyrostu  ma znakomite. W masie nie wygląda źle, choć  białe  bródki na fiolecie  to nie jest mój ulubiony zestaw ( cóś preferuję biel z granatem ). Na koniec tego wpisu tzw. mocny debiut na Suchej  - Żwirowej - fotka odmiany jeszcze niezarejestrowanej. 'Paź  Królowej' tak się to będzie nazywać, nowa, bardzo delikatna plicata autorstwa  Roberta Piątka.  No a potem doklejka z fotek starych odmian co to się objawiły po dłuższej przerwie i żegnającej ten udany  sezon odmiany 'My Cher'