poniedziałek, 11 grudnia 2017

'Wilanow' - irys TB "radosny"

'Wilanow'  to  nasz swojski "Wilanów", odmiana autorstwa Zbigniewa Kilimnika, zarejestrowana w roku  2006.  Na etapie sieweczki nazywała się ZK-01-10-B, powstała z krzyżowania odmian 'Coral Joy' X 'Fringe Benefits'. Po mamusi taka radosna.  Osiąga  76 cm wysokości, kwitnie  bardzo wcześnie, z tym że kwitnie długo i wytrwale. Jeszcze w  połowie sezonu TB wydaje kwiaty. rozprowadzana jest od  2010 roku przez szkółkę Pana Woźniaka. Moim zdaniem jest znacznie ciekawsza niż rodzice ( Małgoś - Sąsiadka przymusowo edukowana w kwestii irysów mawia parentsy ). Niemal biała 'Coral Joy' ma co prawda uroczą bródkę i zadmuszki przy haftach ale na tym urodność właściwie się kończy. 'Fringe Benefits' to klasyczny pomarańczowy irys z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.  Niezbyt wysoki, o pięknie pofalowanych płatkach i sporym wigorze ( co u pomarańczowo kwitnących irysów wcale nie jest tak częste ). Odmiana Pana Zbyszka wzięła po rodzicach co mieli najlepszego, jest radośnie urocza i świeża. Zamierzam zestawić ją z nieco o niższymi  odmianami irysów BB 'Fantasy Dream'  i 'Peach Ice Cream' ,  kwitnącymi w tym samym czasie .  Będzie totalna słodzizna w masie, wicie rozumicie, złocistości,  brzoskwinki i morelki - po prostu radosny odjazd!



'Cameo Minx' - irys TB "wysmakowany"

To jest bardzo piękna odmiana do której, przyznaję  bez bicia, cóś nie mam serca.  Nie bardzo wiem dlaczego bo irys z niej  naprawdę świetny i w dodatku  mało kapryśny ale nie zapałałam do niego  uczuciem tak jak nie zapałałam niegdyś miłością do podobnej w kolorystyce  wielce utytułowanej odmiany Schreinera 'Celebration Song'. No nie zajarzyło między  nami, choć kolorki wysmakowane, kształt prześliczny i  pozwalający  bez  trudu cieszyć się rozwijającymi się barwami dolnych płatków. Tak,  ten irys ma wszystko co powinna mieć dobra odmiana  a ja mam jak to się kiedyś mawiało "limfatyczne gusta" ( to określenie szalenie mi się podoba, choć dziś wraz z odejściem  do lamusa medycznej teorii "humorów" jest  właściwie niezrozumiałe ). 'Cameo Minx' rośnie sobie w ogrodzie Mamelona, gdzie wygląda "na miejscu", po prostu uroczo.  Mamelon zresztą pieje na temat tego irysa i składa dziękczynienia za namówienie jej do zakupu  ( no wiedziałam  że to będzie dobra odmiana dla Mamiego ).  Teraz metryczka - odmianę zarejestrował Barry Blyth w roku  2010, w sezonie antypodzkim 2010/2011 rozprowadzać ją zaczęła szkółka Tempo Two. 'Cameo Minx' powstałą w  wyniku krzyżowania odmian 'Decadence' X 'Royal Sterling'. Dorasta do 91 cm, ma dobre , mocne pędy i raczej się nie wykłada. Kwitnie bardzo wcześnie i podobno potrafi powtórzyć kwitnienie jesienią. Mamelon nie zaobserwowała  u siebie takich ekscesów, więc pewnie to w cieplejszym niż nasz klimacie takie zdarzenia następują.  Z tym bardzo wczesnym kwitnieniem to też ponoć przesada,  Mamelon twierdzi że i owszem  irys jest  wczesny ale na pewno  nie rozpoczyna u niej sezonu  TB.


niedziela, 10 grudnia 2017

Śnięty Mikołaj i cholerna "magia świąt"

No i zaczął się sezon świąteczny, tak pod koniec pierwszej dekady grudnia czuję zbliżającą się  "magię świąt". Znaczy alergia na święta już mnie się pokazuje na humorze i w ogóle.  Powszechny  sposób  świętowania w naszym kraju  sprowadza się do  żarcia i to wcale nie takiego najlepszej jakości. Coś w nas takiego siedzi że ilość zawsze przedkładamy nad jakość.  Chyba to spadek po epoce sarmackiej, tak mniemam. Dobrze to widać gdy przestudiuje się tzw. czytelnicze przepisy ciastowe ( Ciotka Elka spragniona nowości zagoniła  mnie do przeglądu takowych ). Największym uznaniem cieszą się te ciasta gdzie jest i krem budyniowy i garaletka, byszkopcik w dwóch rodzajach i jeszcze bezę można zmieścić. Szlachetna sztuka  umiaru w czasach rozbuchanego  konsumpcjonizmu  stanowczo obca jest polskiej duszy.  Po tych  czytelniczych przepisach  sądząc współczesne   polskie domowe ciastróbstwo to wyraźne ciągotki w stronę różnych ersatzów reklamowanych na prawo i lewo, czasem brak podstawowej wiedzy cukierniczej ( np. zanim dodasz alkohol do kremu maślanego cukier musi  być całkowicie roztarty ) i przede wszystkim zero wyrafinowania. Zastanawiam się czy ludziom kubki smakowe wypaliło czy cóś?  O  stanie wątrób i innych dwunastnic lepiej nie wspominać. Czasem trafi się jakaś perełka przepisowa w oceanie zemst babuń, marlenek,  pszczółek z manną czy tam innych podejrzanych wypieków ale to zaprawdę rzadkość. Ech, chyba zostaniemy przy tradycyjnych  ciastach, inspiracją będą nam stare książki kucharskie. Najśmieszniejsze jest że ostatnio słodkich wypieków jadamy cóś mało - Ciotka Elka  cukrzyk a ja chronię krnąbrny kręgosłup. Ale nie o to chodzi żeby  zżerać samemu tylko  żeby piec wyczynowo bo  Ciotka  Elka  w ten właśnie sposób  odstresowuje się przed tak ciężkim przeżyciem jakim są dla  pań domu polskie Święta  Bożego Narodzenia. Ja szczęśliwie tylko asystuję przy operacji "Ciasto", więc tegoroczny wyczyn mnie  nie wyczerpie.



Rozmyślam sobie o tegorocznych  dekorach świątecznych, chyba tylko po to  żeby nie rozmyślać o porządkach świątecznych.  No niestety, nic mi się nie chce pucować do lśnienia, wypierać do śnieżnej  bieli, czy nawet ogarniać po całości. Co ja do cholery, sprzątaczka na siedmiu etatach?! Pogoda nie nastraja do rześkiego "Hej ho,  hej  ho, do pracy by się szło",  pogoda nastraja do wlezienia w gawrę i misiowania. Mokro, zimno i szybko ciemno, przebłyski niby słońca to tak  na godzinkę lub dwie - zestaw usypiający. Książki co to miały  być  przeczytane pochłonięte, filmy co to miały  być obejrzane, obejrzane zostały, neta strach włączyć bo  polityczni już  z lodówki wyglądają a co dopiero z monitorka, po zaprzyjaźnionych  blogach coś dużo smętnego info - czworonożni przyjaciele odchodzą  - udekoracyjnianie przestrzeni mieszkalnej mi zostaje.  Czas na bombki srąbki, gwiazdki i tym podobne szopki. Powyciągam  akcesoria z szaf i upieprzę dekora w brudnej chałupie i niech się rozpełza cholerna "magia świąt". Może zapach naćkanych  goździkami cytrusów humor mi nieco polepszy, choć na cud wielki  nie liczę, do tzw. szampańskiego humoru będzie daleko. Dekoracyjnie to myślę jakby tu  zakloszować, bombki w szklanym kloszu wydają mi się należycie zabezpieczone przed  złem czarnym, szaro - tygrysim i białym w czarne łatki. No a poza sezonem świątecznym klosik kusi, czegóż to  nie można zakloszować. No i to by było na tyle tego postowania o niczym.


piątek, 1 grudnia 2017

Idzie zima - rady na to ni ma

W tytule  wpisu trochę zmodyfikowany tekst  starej piosenki Andrzeja Waligórskiego, za oknem pluszy , pruszy i znów  pluszy, za mną pluszowe walczą o lepsze miejsce przy źródełku ciepła. No zima, zima  już przylazła i to w takiej  nieciekawej wersji mokrośnieżnej. Wczoraj do późnego popołudnia nie było żadnego delikatnego  śnieżku dekoracyjnie ułożonego  na gałązkach drzew i krzewów, przykrywającego polistopadowe brudy tylko zamarzająca chlapa. Auralna doopa panowała za oknami że się tak wypiszę.  Wieczorem andrzejkowym jakby bardziej zimowo się zrobiło, śnieg co  prawda mokry i ciężki ale za to oblepiający należycie co trzeba ( i co nie trzeba tyż ). Koty natychmiast przyszły do  Sweet California czyli na  podgrzewane wyro, co bardziej bezczelne osobniki zniknęły w Malibu czyli pod zakazaną kordłą. Z dużym trudem zdobyłam  miejscówkę dla się w ten  śnieżny wieczorek.  No i poczułam lenia co się we mnie rozbiesił! Powinnam zacząć cóś tego, jakby na kształt świątecznych porządków, albo choć zaciasteczkować a ja twardo nic - zalegam jak tylko  mi się uda  chwilę znaleźć  i gapię się przez okno  na zaśnieżone Podwórko.  No zgroza, Panie, zgroza, jak tu przeżyć  świadomie te trzy  cholerne  zimowe  miesiące?! Zasnęłabym jak ta niedźwiedzica w gawrze ale moje młode ( koty znaczy ) mimo zrobienia sobie  odpowiedniej tkanki tłuszczowej nijak w sen zimowy zapaść nie chcą. Owszem w dzień chrapią ale o drugiej czy trzeciej w nocy prowadzą dość intensywne  życie towarzyskie, takie z wyłażeniem na dwór ( robię za okienną, znaczy wpuszczam przez okno jak tylko słyszę ryk ponaglający ). Ech, tak jakoś przez te ich nocne spacery jestem wymęcona, a wiadomo  że takie wymęcenie niczym dobrym nie skutkuje. Rozmyślam o zalanych słońcem klifach wybrzeża Portugalii, o tym poszumie jaki robi  "Ołszyn", o porannych mgłach ciepłych i jakby słonawych, o zapachu kwitnących laurowych lasów. 

Za oknem zapach zimy  ledwie wyczuwalny w miejskim smogu, beżowe  niebo i odgłosy protestujących przeciwko  zimie tramwajów ( co i raz jakieś  spięcia, iskry i zgrzytanie po szynach ). No doopa, doopa, doopa! Gdzie się podziała ekscytacja pierwszym  śniegiem, tak mile zapamiętana  z dzieciństwa?  Dlaczego nie umiem cieszyć się białym i puchatym ( nawet jeśli mokrawym )? Wszak odgarniać jeszcze nie muszę. Co takiego porobiło się z zimą i mną że  przestałyśmy się lubić? Zamiast celebrować zimowe rytuały  typu herbatka i nalewka marzę o cieplejszych stronach w których całorocznie uprawiać można ogrody i w których świat nie zamiera na parę miesięcy w roku. Chce mi się odcumować miasto  Ódź i popłynąć  z nim do  Ciepłych  Krajów ( tym bardziej  że ono miasto, gród  dumnych meneli  mimo tego menelstwa wbrew pozorom cóś tak mało przystaje do Najjaśniejszej  Pszenno - Buraczanej, Ziemia Obiecana zatruwa najwyraźniej zdrową, chłopską krew swoich mieszkańców bo une krnąbrne i mało prawomyślne ). I wiecie co? Świetnie wiem że miasto Ódź to byłby okręt  flagowy  Armady Spragnionych  Ciepła i Normalności.  Kupa luda by się w ten rejs udała zostawiając za sobą koszmarną pogodę i różne takie rekiny, ośmiornice i inne meduzy unoszone na falach politycznej koniunktury ( nie wiadomo co gorsze - nawiedzeni idioci czy klasyczni oportuniści ). Armada wróciłaby  pod koniec marca a  paskudna  żywina przez zimowy czas  trochę by się przerzedziła w tzw. procesie naturalnym, oszczędzając nam nerwów z powodu marnowania naszych własnych pieniędzy na działania  pozorne ( tak nawiasem  pisząc  co to się dzieje z  rzundzącymi  ze wszystkich opcji że po połowie kadencji markują normalna pracę ). A w czasie zimy na południowym  "Ołszyn"  poławiali my by perły, łapali słoneczko i nie myśleli smętnie o cenach opału czy tam innego paliwa bo pasaty by nas  popychały w kierunku zachodnim, który jest  zdaje się kierunkiem preferowanym przez większość  mieszkańców  Kraju  Kwitnącej  Cebuli.

Dzisiejszy wpis ilustrują prace  Vivien  Wu, która mieszka sobie w południowej Kalifornii. Ech!

sobota, 25 listopada 2017

Codziennik - listopadowe w domu i w zagrodzie

No i wyszło słońce i zaświeciło nad moim zbolałym kręgosłupem.  Kręgosłup bardzo tego potrzebował bo ostatkiem sił już się trzymał i to przy wsparciu leków ( i tak dobrze  że nie przy wsparciu gorsecika ). Za nadużywanie leków zapłaciłam tzw. klasycznym objawem, nie będę wchodzić w szczegóły, każdego kiedyś ta radość  dopadła. Od paru dni  degustuję  ryżankę, ryż na sypko, wafle  ryżowe, niedługo  pewnie włos  ryży na mnie się pojawi.  Cóż, człowiek nie  młodnieje a kiedy robi się starszy to jak  uczył  klasyk "wszystko w nim parszywieje". Ha, nawet własnego tortu na  Święto  Lasu ja nie spróbowawszy ( dla kręgosłupa to może i dobrze ). Koty w zasadzie OK z wyjątkiem Okularii, która  kicha i wymaga w związku z tym zwiększonej  ilości pieszczot mogących zatrzymać ją w domu.

Reszta towarzystwa zachowuje się tak jakby codziennie był  Black Friday na wołowinę, znaczy ma wymagania żywieniowe na poziomie ludziów przyznających  gwiazdki  Michelin. Rodzina i sąsiedztwo w granicach normy o ile za normę uznamy próbę mycia okien przez osiemdziesięcioośmiolatkę,  której parę miesięcy temu  wstawiono po złamaniu protezę biodrową,  i która musi przetrzeć szybki "bo pogoda  ładna się zrobiła" lub zagnanie  przez Cio  Mary Wujka  Jo na działkę do robót ciężkich  pod tym samym pretekstem. Ciotka  Elka też nie należy do jasno myślących, zastałam ją przy  fabrykowaniu ilości pierogów potrzebnych  do nakarmienia armii i to takiej udającej się na Sybir. Tak, bliscy i bliżsiejsi  działają czasem  w sposób którego nie rozumiem, ba,  bywają  krnąbrni kiedy usiłuję podjąć działania ratownicze i jeszcze pultania uskuteczniają. Czyli zasadniczo norma.









A co w zagrodzie? A w zagrodzie przedzimowy bezruch. Listopad zerwał już prawie wszystkie liście z dużych drzew, jeno krzewy jeszcze płoną. Pewnie z  powodu uogólnionej łysiny ogrodu mimo ładnej pogody czuć zbliżającą się zimę.  W naszej strefie klimatycznej ogrodnika to  jakoś nie rozrzewnia i  mile nie nastraja, zostanie mi tylko rozpamiętywanie zwycięstw i porażek  minionego sezonu i oczekiwanie na nowy. Przebieżka po Alcatrazie ujawniła: półtajne ( zieleń lisci krzewów zasłaniała ) wysypisko sąsiedzkie w rejonie sumaka ( do zlikwidowania ale nie przeze mnie - znaczy dintojra będzie ), wiecznie zielone  wybarwienie  liści nasturcji, ostatki różane, końcówkę chwały  berberysów ( w wielkim stylu ), dzielnego cyklamenka i zapowiedź radości przyszłego sezonu  czyli puchate pąki magnolii i szczypiorki czosnków oraz,  o zgrozo,  kły krokusów. Jednak mimo tych prewiosennych zwiastunów odczuwałam  już ogrodowe zapadanie w sen. Znacznie ciekawiej  było mi na podłódzkim, krótkim  spacerku. No, listopadowy Albinoni, te klimaty.



Qrcze, ścierniska urodziwe i ponoć należy się cieszyć że są. Rozmawiawszy z Tatusiem, który nadał że w jego okolicach pola nieogołocone należycie bo wjechać sprzętem ciężko z powodu   mokrego  podłoża  a ręcznie nikt pól nie ogarnie bo to nie czasy w których plonów z pól niezebranych trza było pilnować a wrony kisiło się w beczkach coby zimą jakieś białko zwierzęce na stole się pojawiło. U nas mimo mokrej jesieni aż takich ekscesów nie ma, pola łysawe albo w oziminie.





Niestety jak słoneczko tylko się schowa spleen się rozsnuwa po całości, ciężka późnojesienna paleta bez  światła. Smętek smętek smętkiem pogania i jakoś tak ciężko się znów człowiekowi robi na duszy ( tak, posiadam cóś takiego - umysł z turbodoładowaniem prawdopodobnie ). Tylko wyć do księżyca! Ale po ludzku nie po wilczemu  bo ponoć wilcze wycie to  żaden smutek tylko radosne "heloł".


czwartek, 23 listopada 2017

'Urocze Marzenie' - irys TB długo kwitnący

Odmiana 'Urocze Marzenie' została zarejestrowana przez Zbigniewa Kilimnika w roku  2012. Na etapie sieweczki nazywała  się  ZK-06-101-G, jest wynikiem kryzowania odmian  'Motylek' X 'Romantic Evening'. Winna dorastać do  75 cm ale u mnie była trochę wyższa. Według opisu  zamieszczonego w AIS to 'Urocze Marzenie' "early bloom" czyli jest odmiana wcześnie kwitnącą. Od 2015 roku rozprowadza go szkółka Irysek. No i mamy metryczkę z głowy. Irys przyjechał do Alcatrazu z ogrodu twórcy odmiany, Pana  Zbyszka Kilimnika. Przyznam  ze byłam nieco zdziwiona jego nazwą, na fotkach znalezionych w necie prezentował się co prawda  godnie ale delikatności, którą kojarzę z urokiem jakoś  się w nim nie dopatrzyłam. Ha, i to jest jeden z tych nielicznych wypadków  kiedy irys żywcem widziany zostawia gdzieś tam daleko w tyle, hen, hen, za peletonem swoje fotkowe podobizny. Otóż 'Urocze Marzenie' oglądane na rabacie jest rzeczywiście odmianą pełną uroku i wdzięku, o doskonale zbalansowanych ciepłych i zimnych kolorach, świetnym pofalowaniu płatków wykończonych delikatną, taką nienachalną koronką.  I teraz najlepsze - zaczyna kwitnienie bardzo wcześnie a potem kwitnie, kwitnie, kwitnie i kwitnie. Solidnie upączony pęd gwarantuje że przynajmniej  do połowy sezonu irys tej odmiany powinien dawać przedstawienie.



Na załączonym obrazku dowód.  Nie dość  że  kwiaty dzielnie się trzymały przez długi jak na irysy czas, to z pączków ciągle wyłaziły nowe. Ostatni kwiat pojawił się na pędzie kiedy zaczęły rozwijać się kwiaty odmian późnych,  'Urocze Marzenie' było u mnie w tym roku najdłużej kwitnącym irysem bródkowym! Tak mi wyszło po sprawdzeniu  danych z zeszyciku. Nie wiem jak w innych ogrodach, to jeszcze mało rozpowszechniona odmiana ale jeżeli będzie zachowywać się w nich tak jak u mnie to wróżę  jej długie i świetlane  życie na rabatach, z których może wygryzać co bardziej  grymaśne irysy.

środa, 22 listopada 2017

'Juliusz Słowacki' - irys TB "wieszczy"

Odmiana 'Juliusz Slowacki' została zarejestrowana przez Zbigniewa Kilimnika w roku  2011. Jako siewka nazywała się  ZK-06-110-A,  powstała  z krzyżowania 'Slovak Prince' X 'Snowed In'. Od roku 2015 jest w sprzedaży w szkółce Irysek. Dorasta do 80 cm wysokości, kwitnie w  środku sezonu. Tyle metryczki a teraz przejdźmy do rzeczy interesujących "normalnych" ogrodników a nie tylko tych z irysomaniaczym zacięciem. Odmiana  dobra bo świetnie się rozrasta i dobrze kwitnie, kwiat dość długo się utrzymuje i całkiem nieźle starzeje jak na ten zestaw  barw. Żadnych stresów związanych z uprawą, jak to ma miejsce w przypadku niektórych przybyszy z Hameryki  czy Australii nie zanotowano.  To jest taki  irys z którym spokojnie poradzi sobie nawet  taki ogrodnik, który  na temat irysów wie tyle że w sierpniu to kłącze irysowe trzeba przysypać ziemią i za rok irys zakwitnie. Znaczy dobra odmiana dla początkujących. Jak dla mnie ( przygotować się - wylezie teraz ze mnie irysomania ) ma najładniejsze cechy roślin rodzicielskich, po mamusi genialną kopułkę z "lamóweczką" a po tatusiu świetny, cieplejszy  niż u mamusi kolor  bródki  ( 'Snowed In' ma taką jaskrawo pomarańczową, bródkę naszego  "Julka"  określono jako  "beards base white, tipped yellow ochre" ). Na rabacie wygląda bardzo elegancko, świetna odmiana. Co prawda głęboki fiolet  podany w opisie AIS jako barwa płatków dolnych uwidacznia się w słoneczne dni, w pochmurne mam wrażenie  że to bardzo ciemny granat ale oczy  kwiat rwie, a to najważniejsze.



wtorek, 21 listopada 2017

'Zawisza Czarny' - irys TB na którego można liczyć

Zacznijmy od  ogłów zanim przejdziemy do szczegółów. Jak to jest z tą czarną barwą kwiatowych płatków? Antocyjany czyli grupa organicznych związków chemicznych z klasy flawonoidów ( czyli grupy takich organicznych związków chemicznych występujących w roślinach , które spełniają funkcję barwników, przeciwutleniaczy insektycydów i fungicydów, chroniących przed atakiem ze wszelkiego wrażego roślinnego i zwierzęcego pochodzenia - większość z nich to barwniki zgromadzone w powierzchniowych warstwach tkanek roślinnych, nadające intensywny kolor i ograniczając szkodliwy wpływ promieniowania ultrafioletowego ), będących glikozydami ( pochodne cukrów, grupa organicznych związków chemicznych zbudowanych z części cukrowej i aglikonowej, resztę pominę milczeniem żeby nie bolało ), w których barwnymi aglikonami ( niecukrowy składnik glikozydów, podstawnik w glikozydach połączony z cukrem wiązaniem glikozydowym ) są antocyjanidyny na ogół cyjanidyna, pelargonidyna lub delfinidyna. Taa, wszystko jasne, nieprawdaż?
W sumie jedno zdanko zawierające wszelkie info, he, he. Dobra, z polskiego na nasze  - to czerwone co jest w buraczkach i fioletowe co jest w jagodach to antocyjany. No tak ale dlaczego buraczki są czerwone  a jagody  fioletowe? Bo w zależności od pH soku antocyjany komórkowego mogą przyjmować barwę od czerwonej po fioletową. Bardzo intensywne  wybarwienie  kwiatów ( i nie tylko kwiatów ale tez owoców i warzyw  ) w kolorze fioletowym czy granatowym uznaje się za "czarne" . No to było krótko, zwięźle i na temat.


Irysów o  "czarnych" płatkach całkiem sporo, hybrydyzerzy lubią uzyskiwać "najczarniejsze" odmiany. U mnie rośnie sobie 'Zawisza Czarny', polska  odmiana autorstwa Zbigniewa Kilimnika. To taki "czarny" irys o ciepłym odcieniu kwiatowych płatków. Odmiana została zarejestrowana w 2011 roku a od roku 2015 jest  do nabycia w szkółce Irysek Roberta Piątka.  Powstała w wyniku krzyżowania siewki o nr ZK-99-02-A ('Best Bet' x 'Gorby's Red') x 'Hello Darkness') X 'Midnight Oil'. Po tatusiu  'Zawisza Czarny' ma ten ciepły odcień głębokiego bardzo  ciepłego fioletu, natomiast  ten z lekka  ocierający się o staro złoty odcień bródki wygląda na spadek po babci, odmianie 'Best  Bet'. Co prawda bródka  odmiany  Pana Zbigniewa jest bardziej brązowa  niż złota, nie ma jednak nic ze zdecydowanych fioletów bródek pozostałych odmian  rodzicielskich ( no może tylko tę bazę pod  bródką ). 'Zawisza Czarny' dorasta do  81 cm wysokości, kwitnie w zasadzie w  środku sezonu ( piszę w zasadzie  bo zdarza się  że zaczyna ciut wcześniej ). Ma piękną aksamitną teksturę płatków i całkiem niezłą substancję ( znaczy  kfiot nie zdycha  błyskawicznie ). Odmiana została nazwana na część Zawiszy Czarnego z Garbowa herbu  Sulima, naszej XV wiecznej  supergwiazdy turniejów rycerskich. Z moich obserwacji wynika   że na tej odmianie można polegać jak na Zawiszy - ładnie się rozrasta i dobrze kwitnie ( aż się ciśnie na klawiaturę że niezawodnie, he, he )

niedziela, 19 listopada 2017

Codziennik - wypiek na Święto Lasu

Jakoś tak ostatnimi czasy zmęczenie mnie powala w najmniej spodziewanym i najmniej odpowiednim momencie. Chyba przeszło na mnie od  Mamelona, która jakiś tydzień z przylepką temu zauważyła u siebie takie dziwne, właściwie trochę niewytłumaczalne zmęczenie życiem. Czyżby depresja starorurzasta nas zaatakowała? Miałam szerokie gryplany domowe na ten weekend a tymczasem udało  mi się jeden dzień luźny poświęcić na ... nie wiadomo co. No znaczy niby cóś tam robiłam tylko  że tak właściwie to mało konkretów z tego robienia wyszło.  Oczywiście jestem niezadowolniona bo ja tu ten tego a rezultat mikry, żeby nie powiedzieć ledwie zaistniały. Oczy kleją mi się jakbym drzewniejszym socprzodownikiem  pracy była po ciężkiej   szychcie  na przodku w kopalni a tzw. zadania wyznaczone nadal są tylko wyznaczone.  Znaczy osiemnastego tort był w robocie, tworzywko  przygotowane ( częściowo ) ale sił nie miałam żeby to cholerne ciasto wykończyć ( a ciotka  Elka i Małgoś - Sąsiadka nogami przebierały, ślinę obficie  roniły i cóś jakby pretensje miały że przełożone z poniedziałku na weekend zajęcia ciastotwórcze jeszcze się nie  odbyły ). Trudno, zmęczenie materiału, moce przerobowe spadły do zera - trza czekać czyli wykazać się cierpliwością i  jakby samozaparciem!

Przygotowawszy rodzynki, znaczy olbrzymki królewskie jasne zalawszy blue quracao ku zgrozie  Małgoś - Sąsiadki ( "Elu ona chyba  leje  na nie denaturat!" ) i wymieszawszy marmoladę z pigwy ze zmielonymi  orzechami laskowymi. Byszkopcik czeka na przełożenie kremem z bitej  śmietany zwanym dawniej  sułtańskim. To był taki wynalazek  PRL-u, bitą śmietanę dzieliło się na dwie części i do jednej z nich  dodawało się  kakao.  Posypywało się ten cud  kulinarny rodzynkami i posiekanymi orzechami  i przez  chwilę pożerającemu ową  słodycz człowiekowi się wydawało  że on w nie wiadomo jakim luksusie się pławi. Normalnie uczta  Trymalchiona, he, he. Jedną z jaśniejszych ( jakże nielicznych ) chwilek w komunie ta konsumpcja była.

Postanowiwszy przywołać czar chwil minionych i "komunistyczny" kremik pojawi się jako przełożenie tortu. Nie jest to słodycz ulepek więc  będzie pasił do tej pigwowej marmolady, którą posmaruję tzw. pierwszy blat.  Hym... może na Święto Lasu powinnam wykonać jakiś bardziej leśny wypiek, wicie rozumicie,  jagody  czy tam inne  żurawiny pod kruszonką czy cóś w tym guście ale rodzina i sąsiedztwo od pewnego czasu uparcie  bredzi o tym torcie. Myślę że to zauroczenie nazwą krem sułtański, czas raczej nie jest tortowy tylko drożdżówkowy lub kruchociastkowy ( tzn. o tej porze, przed moimi  imieninami raczej nie robimy tortów, dopiero imieniny obchodzimy tortowo ). No cóż, zje się!



Jak widzicie na załączonych obrazkach tort został odbębniony.  Dekoracyjnie się nie wysiliłam ale to nie konkurs  tortowej piękności. Grunt żeby był zjadliwy. Dekoracyjnie wyżyłam się upieprzając kolejną "instalację artystyczną", he, he. "Las w lystopadzie" nazwałam to ustrojstwo i nie pozwoliłam  macać dekora  Ciotce Elce, żywo zainteresowanej moją nową paprocią.  No tak, zakupoholizm kwitnie w najlepsze - nabywszy rzeczoną paproć bo do mnie przemówiła. To Phlebodium aureum  'Blue Star'. Ponoć prosta w uprawie ale na moje oko wymagająca na dzień dobry wymiany  podłoża.  Na razie robi za "leśność" w dekorze, znaczy udaje języcznika ( dobra, marnie jej  idzie ).  Później zastanowię się nad stałym miejscem dla niej i nad nową doniczką  z nową paprotną ziemią rzecz  jasna. Mam nadzieję że   paproć w miarę szybko osiągnie w domu właściwe dla niej rozmiary, z tymi mnożonymi in vitro roślinami  różnie  z tym tempem wzrostu bywa.  W dekorejszyn listopadowym może nieco dziwić woskowy bałwanek, ale w końcu w lystopadzie  trafiają się przymrozki.  Może to i naciągnięcie  do granic możliwości bo ze szronu bałwanków się nie lepi, ale uwielbiam zapach palonego wosku, tak różny od woni chemicznych jabłuszek, zsyntetyzowanych wypieków domowych, żrących różyczek czy wazducha  magnolii. No innej  świecy woskowej niż ta bałwankowa po prostu nie miałam. W moim najnowszym odkryciu czyli supertanich świecznikach z IKEA, białym szkle o różnych odcieniach ( recykling czasem urodzie służy ) palą się takie tam zwykłe stearynówki.  Narzekam na nie jak  XIX wieczna konserwatywna dama: nie ta barwa światła, nie ten zapach, nie ta bajka,  ale świeca z prawdziwego wosku to w dzisiejszych czasach rarytet.  Kupić nie jest łatwo i cena wysoka. Taka parę razy jak te ikeowe świeczniki.