środa, 19 lipca 2017

Zielono mi i cieniście



Powolutku zbieram się do przesadzania i  dzielenia roślin w Alcatrazie. Muszę zrobić porządek z kokoryczkami, miodunkami i brunnerami. Po czerwcowo - lipcowym kwitnieniu muszę się też zabrać za dzielenie rutewek ( koniecznie rozsadzić  'Elin' która buja na wysokości ponad dwóch metrów i której kępy chcę wykorzystać w różnych częściach Alcatrazu ). Nie ma zmiłuj,  po raz enty muszę popracować z funkiami - sporo odmian wymaga nowych stanowisk, na których będą mogły zaprezentować się  z jak najlepszej strony. Szpadel w dłoń i przesadzać póki  leją ciepłe deszcze. Mobilizować się choć tzw. warunki atmosferyczne nie są optymalne  dla Jej  Tłustości ( siebie mam na myśli ). Do przesadzenia natychmiastowego kwalifikują się 'Sum Of Substance' ( chyba padnę wraz  ze szpadelkiem ), 'Hippodrome' której niemal nie widać spod krzaka kaliny japońskiej,  niby mała  ale zażyta 'Love Pat', 'Gulf Stream' która rośnie wstecz i 'Spartacus' który dzielnie pokazuje tylko dwa kły z którymi zawitał do Alcatrazu. Do dzielenia natomiat kwalifikuje się wspomniana  'Sum Of Substance' i  przesadzona w zeszłym roku 'Lady Isobell  Barnett' ( wiem, powinnam solidniej dziabnąć ją już w zeszłym sezonie ale tak sobie wyglądała więc nie chciałam do przesadzania dodawać następnego stresu pod  tytułem dzielenie - no to teraz mam! ).



Oczywiście samymi hostami cienistego  ogrodu  obsadzić się nie da ( to znaczy da się ale to już nie będzie ogród tylko plantacja ) więc po raz kolejny w tym roku sprowadziłam do Alcatrazu trochę paproci. Nawet na języcznik 'Angustifolia' się skusiłam ( w liczbie sztuk dwie bo jeden egzemplarz już u mnie rośnie i ma się całkiem całkiem - języczniki nie różnią się tak bardzo od bylin, najlepiej wyglądają w grupie ). Oprócz tego  trafił nam  się z  Mamelonem prezent od Sławencjusza, który nie wiedzieć czemu postanowił kupić nam solidnego paprociuma do podziałki. Sławencjuszowy Dryopteris atrata to tzw. sadzoneczka  słuszna, pół rabaty się nią obskoczy, he, he. Paproć jest fajna,  taka z lekko błyszczącymi liśćmi. Azjatka rzecz jasna ale  z tych bardziej wytrzymałych. Dorasta do 70 - 80 cm wysokości, posadzę  gdzieś w okolicach czerwonozawijek ( zamierzam wysadzić hosty spod   Podskubanej i na ich miejsce posadzić nerecznice - sosna i hosty nie przypadły sobie do gustu ). Przywiozłam z Szewczykowa też paprocie "ogrodowe", 'Ocean Fury' jest z tych bezproblemowych, zaliczam ją do tzw. wypełniaczy awaryjnych czyli takich hardcorowych paproci które sadzę tam gdzie paproć by się przydała ale  większość paprociumów nie chce rosnąć (  inną taką twardzielką jest 'Lady In Red', niby powinna rosnąć w wilgotnej glebie, w głębokim cieniu a w Alcatrazie daje radę wszędzie ).



Przy okazji  wizyty w Szewczykowie naszłam nową dla mnie roślinę na półcieniste stanowiska - Leucospectrum japonicum 'Golden Angel'. Złocistość liści mnie skusiła, cóś  co nie jest funkią a złoci się w cieniu  półcieniu zawsze pożądane. Trochę  muszę o chwaściku poczytać ale wstępnie mi się wydaje że cóś z jasnotą ma wspólnego.Ciekawe jak będzie z mrozoodpornością ( no tak, kto nie testuje ten nadal będzie nieświadomy - znaczy trzeba zaryzykować.


sobota, 15 lipca 2017

'Lawendowa Amfora' - irys TB '"przeprowadzkowy"

Ależ to biedne  kłącze napodróżowało się po Alcatrazie i podwórku.  Parę lat mam  tego iryska  w ogrodzie a zaliczył więcej stanowisk niż zasiedziali weterani rabat. Kłącze nie chorowało, nie papranie się i zgnilizna były powodem nieustannych przeprowadzek, po prostu nie umiałam się zdecydować jakie ta odmiana powinna mieć sąsiedztwo. Kwitnie późno więc nie jest wcale bardzo prosto znaleźć jej odpowiedniego towarzysza, do którego pasuje dość bogata forma kwiatu. Przyznam też  że nie do końca byłam pewna koloru, netowe fotki często przekłamują barwy ( ten coolorek z fotki obok jest najbardziej  zbliżony do  barwy płatków w realu ). Kolor  żywcem oglądany czyni ten self nader pożądanym, to rzeczywiście jest lawendowy odcień błękitu, nie do przegapienia. Do tego trójkolorowa bródka i barokowe  wykończenie płatków. Dużo atrakcji jak na jeden irysowy kwiat,  na szczęście wszystko to jest dobrze zbalansowane - 'Lawendowa Amfora'  nie ma  w sobie nic z "papagaja", żadnej nachalności krzykliwej walącej po oczach. Po prostu elegancki self z urozmaiceniami. Teraz metryczka - odmianę zarejestrował Zbigniew  Kilimnik w roku 2008, od 2015 roku  odmiana jest dostępna w handlu. Powstała w wyniku krzyżowania 'Song Of Angels' X 'Grecian Skies'. Dorasta do 89 cm wysokości, kwitnie w połowie sezonu ( u mnie zakwitła pod koniec środka sezonu, dość późno ).



piątek, 14 lipca 2017

'Jealous Guy' - irys TB "późno blythowski"

Tym razem zacznę od metryczki. Odmiana 'Jealous Guy' została zarejestrowana w roku 2009 przez  Blyth'a. Do handlu wprowadzona w roku 2011 Osiąga wysokośc 94 cm, kwitnienie zaczyna w środku sezonu i kwitnie aż do jego końca. Krzyżowanie w wyniku którego powstała wyglądało następująco - siewka oznaczona O258-2: ( 'Puff the Magic' x siewka oznaczona L169-2: ( siewka oznaczona J230-2: ( 'Enjoy the Party' x 'Kathleen Kay Nelson') x 'Calling')) X ( 'Apricot Already' x ( 'Terracotta Bay' x 'Mango Daiquiri')). No bardzo, bardzo skomplikowane to było. Jak to ze współczesnymi bródkami bywa. W roku 2014 odmiana otrzymała Honorable Mention. Mam już podobnego pięknisia na rabacie - 'Coffee Trader' tego samego hybrydyzera. Jednak 'Jealous Guy' to jakby rozwinięcie zabawy kolorami kwiatów 'Coffee Trader'. Nowsza odmiana  Blyth'a to "podkręcenie" tego co  w kwiatach 'Coffee Trader' jest subtelnie stonowane - 'Jealous Guy' ma bardziej nasycone kolory, większą i bardziej jaskrawą bródkę ( taa,  "tango beards" ), bogatszy kształt kwiatów. To jest  późny Blyth, tak to określam. Nie wiem która z tych dwóch odmian jest bliższa memu sercu, obie są w tym typie który tygrysy lubią najbardziej. Myślę że jak trochę się rozrosną i będą solidniej kwitły to upatrzę  faworyta który zachwyca "w masie".



środa, 12 lipca 2017

'Sherbet Bomb' - irys TB "nadprogramowy"

Dostałam  go jako bonus wraz z "australijskim transportem" . Przede wszystkim widać że to nowa introdukcja, płatki dolne ustawione w poziomie ( nie jest to typ budowy preferowany  przez Barrego ), kolory subtelne choć nie da się w żaden sposób określić ich jako pastelowe, piękne pofalowanie płatków. Oczywiście kwiat jeszcze nie prezentuje się tak jak powinien, w końcu kłącze  siedzi w  glebie dopiero  od kwietnia i to kwietnia zimniejszego niż zazwyczaj. Myślę że dopiero za dwa lata ten irys pokaże wszystkie atuty, w przyszłym roku zapewne będzie pauza  w kwitnieniu jak to z irysami sprowadzanymi wiosenną porą z Australii bywa.Teraz metryczka - odmianę zarejestrował Barry Blyth w roku 2014, w sezonie 2015/2016 została wprowadzona do sprzedaży przez szkółkę Tempo Two. Genealogia jest z tych "królewskich", lista przodków dłuuuga - (T196-1: (R85-Y: 'Alpine Harmony' x 'Adoree')) x R41-1: (P157-1: (N275-1: (L280-1: (G75-A: (E99-1: (B132-2: 'Holiday Lover' x 'Love Comes') x 'Bygone Era') x (E158-2: (B202-1: 'Affaire' x (Z55-3: (X108-2 x X108-10: 'Chocolate Vanilla' sibs)) x (B164-1: 'Chocolate Vanilla' x 'Electrique'))) x (G63-G: 'Mandarin Morning' sib)) X (L133-1: 'I’m Dreaming' sib) x (L115-B: 'Shiver Of Gold' sib) x (O228-4: 'I’m Dreaming' sib x 'Platinum Class' sib)) X 'Infatuate'). To sib. to oznaczenie siostrzanych siewek odmian. 'Sherbet Bomb'  jest odmianą wcześnie kwitnącą, dorasta do 86 cm wysokości. U mnie będzie robił za wytrawnego  gościa przy tej słodziźnie 'Keeping Up Appearances'.


Sucha - Żwirowa a spójność ogrodowa


Zastanawiawszy się ostatnio nad swoim ogrodem w kontekście zapodanego przez Meg zagadnienia  spójność, która bierze się z pomysłu na ogród  i oczywiście wylazło mi  że nadmiar pomysłów jest dla  ogrodu prawie tak szkodliwy jak ich brak ( na szczęście prawie robi  różnicę, he, he, he,  choć nie jest ona znacząca ). Tak sobie popatrzywszy po swoich rabatach i doszedłszy do wniosku  że co tu  ćwierkać o spójności ogrodu jak rabaty są   od Sasa do Lasa. Taka  Sucha - Żwirowa da się określić krótko - preria śródziemnomorska, he, he. Szałwie lekarskie solidnie architektoniczne, lawendy  co to nie są celowo sadzone w wielkich grupach ( boję się żeby przy  plantacji irysów bródkowych nie wyrosła  mi plantacja lawendy ), łany czyśćca bizantyńskiego, perowskie a do tego rozchodniki , marcinki, jeżówki, podejrzane rozarium na obrzeżach rabaty, morze traw i łup - lilie orienpety. Taa, preria jak się patrzy.  Jest nawet ukłon w stronę naturalizmu, rozsiewające się krwawniki które najzwyczajniej w świecie  mi się podobają. Totalny misz - masz, nijak to się ma to śródziemnomorskich ogrodów i nijak  do preriowych nasadzeń. Dziada z babą brakuje ale za to w tle zwodniczo majaczą iglaki a w samym centrum irysowiska przycupnął mały  ambrowiec ( tam jest taki wilgniejszy kawalątek gleby i zacisznie, w sam  raz radość dla ambrowca i rozpacz  dla spójności  rabaty ). No cudnie, he, he, he!







Pocieszająco  sobie pitulę że przełamuję schematy, czasem to pomaga przy oglądzie osobistych ogrodniczych dokonań ale nie zawsze. I tak sobie rośnie ta moja  Sucha - Żwirowa patchworkowa ( potworkowa ) wpisując się  w kontekst łódzkiego eklektyzmu. Rabata eklektyczna, w sam raz pasząca do klimatu ziemi obiecanej, he, he, he.  No, dorobiwszy ideolo do skrzeczącej rzeczywistości. Sucha - Żwirowa rzecz jasna nadal bez żwiru bo na dachu przyszedł czas na kominy, czapeczki,  "oblachowania"  i tym podobne wymysły mody dachowej. Grunt że rabacisko  szumną nazwę ma i grunt przepuszczalny i po całości nie jest porośnięte przez nawłoć i dziewannę ( dziewanny lubię, na nawłoć jestem wkurzona - podstępna francowatość - po całości to nie lubię żadnych roślin, nawet bródek ukochanych ). Oczywiście rabata  nigdy nie będzie skończona, zresztą uważam że  pojęcie "rabata ukończona" to oksymoron. Rabaty są zawsze wstępnie obsadzone, albo ciągle  nad nimi pracuje ogrodnik albo natura. Rabatowa nirwana, constans i w ogóle absolutna nasadzeniowa doskonałość to tylko chwilka w ogrodowaniu (  i nie tylko w ogrodowaniu ), mija jak wszystko na tym świecie ku satysfakcji wyznawców przemijania i zmartwieniu tych którzy chcą by chwila trwała wiecznie.








A teraz tak do konkretów - największym ( moim zdaniem ) problemem Alcatrazu i  podwórka jest  nienasycony apetyt ogrodniczki na nowe rośliny. Co ja tu będę ściemniać - ilość roślin przetestowanych w moim ogrodzie jest zatrważająca. Na Madagaskar i do Kenii na długie foto safari mogłabym zapodróżować za kasę, którą w ciągu lat wydałam na rośliny. Tak, tak! Oczywiście sporo z kupowanych  zielsk  pożegnało się z ogrodem, cóż miałam złudzenia na temat niektórych magnolek, rodków ( Alcatraz ), santoliny, acaeny ( z tego złudzenia nie chce mi się otrząsnąć ) i nowozelandzkich traw ( podwórko ). Przykro ale tak jak każdy lekarz ma swój mały cmentarzyk  pacjentów tak każdy ogrodnik ma swój własny kompostownik pełen roślinek "którym nie poszło". Ogród nie salonik, roślina nie  konsolka czy tam inny fotelik, które co najwyżej uzłośliwić się mogą w sposób przystający przedmiotom martwym. Roślina jako żywe jest o wiele bardziej nieprzewidywalna, nie sposób jej ustawić tak do końca  zgodnie z naszym widzimisię (  o czym dobrze wiedzą wszyscy przycinający klasycznie prowadzone ogrody ). Ech, dużo by pisać o tym co człowiekowi  się ogrodowo wydaje i o przebudzeniach i powrotach do realu. Ja na razie zamiast acaen na Suchej - Żwirowej  "w parterze" rosną kolorowe rozchodniki, santoliny zastąpiły krwawniki a egzotyczne ostnice ( bye, bye,  Stipa lessingiana i Stipa gigantea ) swojscy przedstawiciele rodzaju.





Na Suchej - Żwirowej kwitną kwiaty o prostej budowie, nie posadziłam tu żadnych wiktoriańskich ogrodowych  piękności ( jedynie kwiaty róż mają więcej niż jeden okółek płatków ), dzięki temu grządka bzyczy  i motyli się od  samego rana do późnych godzin wieczornych. To owadzie życie przyciąga życie ptasie i kocie, a kocie życie przyciąga moje  ( ostatnio była interwencja w sprawie białego gołębia - przeżył ). Oglądając  kocie zdjęcia  ( Laluś i  seksowna Okularia ) doszłam do wniosku że moje ohydne płyty podwórkowe to nie jest najgorsza opcja podłoża koło rabaty, w sumie paszą do fabrycznych klimatów. Zawsze to lepsze niż polbruk a inwazja roślin ( starannie wyselekcjonowanych ) i przybranie kotami  ( uwielbiajo się na płytach  wygrzewać ) pozwoli mi znieść szarą ohydę. A w ogóle to muszę przesadzić nie najmądrzej posadzone na Suchej  Żwirowej drzewa, też mi  ze zdjęć to przesadzanie wyszło. Ot i tyle na dzień dzisiejszy o mojej mało spójnej rabacie wpisanej w industrialny kontekst.




piątek, 7 lipca 2017

Refleksyje samochodowe na temat "Środowisko atakuje"

"Co się polepszy to się popieprzy" - jak to leciało w kabareciku co to latał. Tak cóś teraz pasuje to do mojego bytowania, ledwie zamknę jeden front walki z losem to otwiera się następny. Oczywiście jako stara wiarusa ( no co, jak może być ministra to może być i wiarusa ) łatwo  przeciwnościom losu się nie daję i rzucam podstępnie siły na tyły wroga. Ciągle mam nadzieję że troszki losu dokopie (  rzecz jasna chciałabym mu spuścić solidny wpierdziel ale to raczej bez szans ). Oczywiście są jaśniejsze punkty żywota i ich się trzymam. Koty zdrowe, ja właściwie też, finansowo nie jest pięknie ale bywało gorzej ( dach na kamienicy za darmo się nie zrobi, niestety ), z ludźmi  żyję bardzo dobrze ( bliskie grono ) dobrze ( sąsiedztwo dalsze ) oraz poprawnie ( przypadkowi turyści, że tak ich nazwę ). Czasu jest tylko mało na to cobym chciała robić i jak się okazuje wcale nie dużo  na robienie tego do czego się poczuwam,  głównie dlatego  że niepomiernie dużo czasu zabierają mi  tzw. dojazdy. No ponarzekawszy sobie i od razu mi lepiej, wentylek i wywalenie  żalu dobrze mi  robi od czasu do czasu na jestestwo.








Co w ogrodzie to już wiecie, spuszczony z oka żyje swoim tajemniczym życiem. W nocy odgłosy dżungli i wracania na czworakach po libacji ( jeże ), w dzień bzyczenie, ptasie śpiewy  i  chrapanie kotów. Zieloność zarasta co się da i co się nie da, deszczyło solidnie więc jest bujnie. Co wysłuchane w samochodzie dojazdowym to nie wiecie  ale zaraz Wam napiszę. Sprawa sąsiedzko - ogrodowa była niedawno na tapecie - dwa koty wyżarły rybki z oczka wodnego  i straż miejska wzięła  się  poczuła i przywaliła mandat właścicielowi kotów. Pomijam kwestię kompetencji straży, pomijam kwestię budowania ogrodzeń, pilnowania pupili i ponoszenia odpowiedzialności za ich wyczyny ( bo  te dwie ostatnie kwestie są oczywiste - za sprawki źwierzontek odpowiada  opiekun i nie ma zmiłuj, rybki majo być odkupione, guana posprzątane a podrapane drzwi zrekompensowane malowaniem  lub  pieniężnie a stworzenia pod tytułem  dzieci winny  być pouczone że  jap majo więcej nie drzeć, he, he, he  ) to zaintrygowało mnie jedno - co zrobiłaby straż miejska gdyby okazało się  że  rybki z oczka wodnego wyżarły dzikie koty lub też coraz częściej migrujące do miast dzikie stworzenia?  Komu przywaliliby mandat?  Nie znam do końca sprawy z Wrocka, być może złapano sprawców  lub sprawczynie na gorącym uczynku ( i od takich spraw są  sądy cywilne choć o wiele lepsze jest dogadanie się z sąsiadami i zabezpieczenie działek odpowiednimi  ogrodzeniami ).

 W kwestii  ogrodzeń  też nie ma zmiłuj,  zabezpieczyć się solidnie winien  ten kto zabezpieczeń swojej własności  potrzebuje,  np. właściciele tzw. groźnych ras psów ale też ludzie nie tolerujący obcych zwierząt lub zwierząt w ogóle w swoim najbliższym otoczeniu. Ci ostatni to choćby dlatego że podkopujące się psy czy przełażące nad niskim dla nich ogrodzeniem  koty to pryszcz - zawsze można właściciela dorwać , natomiast dziczyzna potrafi atakować spod ziemi lub z powietrza i jeżeli człowiek nie chce latać jak ten Pawlak i wrzeszczeć  "Precz z mojego nieba" to powinien wybudować  sobie nad działką wolierę i dodatkowo rozpiąć na niej moskitierę bo pozwać nie za bardzo ma kogo.  Ludziom wydaje  się że posiadanie kawałka ziemi wyłącza ów kawałek z środowiska. To głupota, nie da się tego inaczej nazwać. Posiadanie ziemi ma swoje ograniczenia, nie tylko prawne ale takie wynikające  z materii posiadania. Takie posiadanie kawałka  przestrzeni, mam tu na myśli działki pod zabudowę mieszkalną, to coś innego niż tylko posiadanie rzeczy, dlatego ustawodawcy w wielu państwach wprowadzają liczne ograniczenia związane z  posiadaniem takowych gruntów ( tak, tak, nawet w Hameryce są takowe ). U nas prawo regulujące kwestię związane z tego typu posiadaniem jest nieprecyzyjne i pomijające wiele istotnych kwestii ( choćby słynne  emisje o które toczy się tak wiele sąsiedzkich sporów ).

W skutek tego w społeczeństwie pokutuje  pogląd że ziemia jest moja i najmojejsza i jak  będę chciała lub chciał to schlos sobie wystawię, dżewa wytnę a żywinę wszelką wybiję do  nogi jak tylko wlezie mi w szkodę. Otóż  tak nie jest, nawet w Polszcze, kraju ustawodawczego bajzlu. A dlaczego o tej manii "posiadactwa" piszę? Nie, nie, to nie wpisik z  pozycji pańcio -  kocierzastej, na kotonach świat zwierząt się nie kończy - nawet jak wszystkie sąsiedzkie koty będą karnie w domu godzinki śpiewały to nikt nie zagwarantuje posiadaczowi oczka wodnego że jego rybkami nie poczęstuje się inna żywina. Ha, może nawet będzie to żywina chroniona ( już widzę  to odszkodowanie z Szyszkoministerstwa )! Nie można oczekiwać że pszczoły miodne znikną  bo część ludzkiej populacji jest uczulona na ich jad, że  ptaki nie będą śpiewać o świcie , że kleszcze zostaną weganami  a bakterie i wirusy przestaną się w nas  namnażać z jednej strony dając nam   możliwość  życia a z drugiej strony niosąc zagrożenie jego kresem. Jedyne  czego można oczekiwać to tego że ludzie choć trochę zmądrzeją i będą wiedzieli że powinni się zabezpieczać przed groźnymi dla nich stronami natury i że na ten przykład w mniejszym stopniu  pomoże uniknąć skutków użądlenia skasowanie ula u sąsiada niż dawka adrenaliny w lodówce, bo nikt nie wyczyści z pszczół miodnych całej  okolicy dla bezpieczeństwa osoby która  żąda aby  chronili ją inni bo sama nie potrafi się zabezpieczyć. Od dawien dawna ludzie hodowali pszczoły a problem zrobił się niedawno, znaczy ktoś i to nie pszczelarz nadużywa tu prawa do ochrony własności. O murarkach tu w ogóle nie wspominam bo większość naszego społeczeństwa nawet nie wie co to za zwierz ( na wszelki wypadek wrzask podnosi się na widok wszelkiego owadziego fruwactwa i żąda ubicia ) . Jakieś pół wieku temu problemem wydawała się  hodowla pszczół w terenie mocno zurbanizowanym ale powoli odchodzi się na świecie od modelu zakazu ( i  tak nikt pasiek wielkich w miastach nie zakłada ), bo jak się okazało  niespecjalnie przekładało to się na zmniejszenie zagrożeń.W powstałą niszę wleźli inni, nieraz tacy z groźniejszym jadem.



 Kleszcze to ta sama śpiewka - w centrum miasta na trawniczku sobie czyhają i czy w związku z tym należy w miastach zlikwidować trawniczki?  Borelia i inne świństwa straszna rzecz  ( ale, tralalala, sporo chorób odkleszczowych się  "nie przyjmuje" o ile organizm jest na tyle silny by je zwalczyć   ), czy w związku z tym społeczeństwo ma w ogóle zrezygnować z zieleni wokół domostw? Bo część populacji jest słaba ( często gęsto w skutek stylu życia ) i wymaga dla siebie ochrony. A co z  resztą ludzi? Może wywalić wszelką zieleń bo alergicy cierpią z powodu pyłków? Najlepiej zażądać  żeby sąsiad rośliny przestał uprawiać. Jeszcze czego! Jak się ma problem ze sobą to pretensje do Zwierzchności Najwyższej a nie do sąsiadów! Zagrożeń nie wyeliminuje żadne sądowe postanowienie tylko zdrowy rozsądek nakazujący zacząć proces zabezpieczania się przed onymi od samej czy samego siebie. Tak, tak, piszę to ja,  mająca dwie alergiczne siostry i dwie przyjaciółki z tą przypadłością  a i sama  siąpająca nosem i roniąca łzy w czas kwitnienia topoli i zdrowo bojąca się pszczół i os. W dodatku ofiara przestępczego wyżarcia rybek z oczka wodnego przez mojego kota  Wiktorka ( kto wie  czy niewspomaganego przez kocie sąsiedztwo czy też dzikawą żywinę ).

Jak twierdził Konfucjusz mamy w sobie potencjał zmiany samych siebie ale jak widać cóś uwielbiamy nie robić z niego użytku ( chyba przymusić ustawowo by trzeba dokształcania ustawicznego  jak już ta obecna fala fascynacji głupotą minie ). Usiłujemy za to zmieniać to co nas otacza, najczęściej z opłakanym dla nas skutkiem. Czasem wydaje mi się że  jakieś 75% ludzkiej głupoty wynika z inercji, lenistwa umysłu posuniętego do granic eliminacji gatunku.  Reszta to tzw. szalone pomysły, twórcze działania godne nagrody Darwina.   Ten pierwszy rodzaj głupoty wydaje mi się groźniejszy bo  jest powszechny, sama  u siebie zauważam niekiedy symptomy brzydko wyglądające, he, he, he. Eliminacja tzw. biernej  głupoty jest chyba jedyną szansą ludzkości na dłuższe trwanie, przy tak rozrośniętej populacji ( z głupoty )  pławienie się w takim stanie głupocizmu po prostu nam zagraża.  Nic nie jest tak groźne i zabójcze  dla naszego gatunku jak my sami. Żadnym pocieszaniem nie jest dla mnie fakt że idioci zejdą z tego świata pierwsi. Takie to mnie refleksyje naszły podczas słuchania samochodowego radiowej  historii napadu na oczko wodne.
Dzisiejszy wpis miały ilustrować fotki owadziego życia w Alcatrazie, niestety focenie ostatnio  odbywa się na chybcika. No cóż nigdy nie byłam dobrą focistką a cykanie pospieszne nie wpływa dodatnio na jakość fotek. Wyszły mi dwa średnie ( mniej niż  średnie ) zdjątka żywiny i szlus.  No to wkleiłam fotki na których jest podwórko z Alcatrazem - w końcu moje środowisko najbliższe, he, he.