W domu trwa akcja Świąteczne Porządki w związku z którą mam ochotę przetrzepać skórę kotom. Towarzystwo czterołape kombinuje jakby tu zniweczyć mój sprzątalniczy trud. Nie dość że bezczelnie usiłuje skakać na "zakazane" kuchenne blaty to jeszcze przesiaduje w komorach zlewozmywaka. Eksmitowane wraca z miauczeniem pełnym pretensji, ba, nawet zdarzały się już harde pomruki w moim kierunku. Znowu wyjęłam ścierę dyżurną ( taka specjalna, tylko na koty przeznaczona ) i zaczynam kociarstwo nią trzepać. To sprawdzona metoda, niemal tak skuteczna jak akcja ze spryskiwaczem. Nawiasem pisząc zadziwiające jest że moje koty lubią zabawy z wodą, te wszystkie łapanie ściekającej z kranu wody, podstawianie ciałek pod ciepły strumień, brodzenie w napełnianej wannie ( stanowczo zakazane ), a wody ze spryskiwacza nie cierpią. Nie dodaję do niej niczego, czysta woda ale koty zwiewają jakbym je traktowała gazem pieprzowym. W przypadku Lalka wystarczy samo sięgnięcie po spryskiwacz, reszta żywi jeszcze złudzenia że ten przedmiot w moich rękach nie koniecznie znaczy że zaraz będzie pryskanie po obrzydliwie bezczelnych sznupach. Jak orientują się że nie ma zmiłuj przy wejściu do pokoju ( miejsce ich kryjówek ) mam tzw. korek ucieczkowy - wszystkie bestie naraz usiłują przedrzeć się przez uchylone drzwi. Przez jakiś czas jest spokój ale nie na długo, po chwili któreś z bandy zapuszcza mało dyskretnego żurawia do kuchni. Jak nie zamknę drzwi albo nie będę furczeć ścierą w ich kierunku za pół godziny najpóźniej, będę miała całą piątkę asystującą mi przy porządkach
Przed nami jest coroczna pogadanka bombkowa - koty a świecidełka choinkowe to dramat i to niemal szekspirowski ( jeszcze trochę i tak jak u angielskiego mistrza, tylko sufler pozostanie żywy, wrrrr.... ). Miło wspominam te czasy kiedy w pokoju w którym stoi choinka rezydowała Azalska z Tabisią. Poza jednym incydentem ( wyżarcie przez psice pierniczków powieszonych na choince ) nie było ekscesów. Koty doskonale wiedziały że pokój choinkowy należy do suczek, które pilnują świętości choinki i nie ma się tam co zapuszczać w celach rozrywkowych ( kociarstwo zadowalało się wówczas złodziejstwem gwiazdek używanych do ozdabiania prezentów - potem się je turlało po podłodze, sama radość ). Generalnie obchody świąt Bożego Narodzenia z towarzystwem mieszanym czyli kocio psim były mniej dla mnie stresujące. Od kiedy koty stały się jedyną żywiną w domu, pozwalają sobie na "o wiele za dużo". Co prawda Lalek jako najstarszy i najlepiej wychowany z moich kotów już dawno ogłosił tzw. desinteressment w kwestii bombkowej, ale pozostałe działają z taką energią że lalkowy brak aktywności nie wpływa znacząco na ilość potłuczonych bombek. Co roku odnotowuję stłuczki pokotowe i mam stracha przed zawieszaniem najładniejszych bombek. Próbowałam ubierać choinkę w innych stylach ( eko - słomianki, papierowe cudeńka, choinka z wikliny w stylu "modern" ) ale najbardziej mnie chwyta za serducho choinka zabombkowana szklanymi bombkami - wspominkowa z dzieciństwa.
Jeżeli koty nadal będą uniemożliwiały mi ubieranie drzewka "po mojemu" to znajdą pod przyszłoroczną choinką.......psa, ha, ha! Skończą się wtedy dzikie ekscesy i szarogęszenie. Szpagetka, Sztaflik, Okularia i Felicjan będą wówczas chodziły jak w zegarku ( Felicjan to może wtedy pochodzić sobie i na Wysoki Zamek albo Kopiec Kościuszki ). Zajadły kundelek to jest osoba, która przydałby się kotom. Niezbyt duży ale i nie mały, tak żeby w piątkę ( bo nie mam złudzeń że Lalek nie dołączy do próby buntu ) nie dały mu rady. Master and Commander, kapitan zespołu, delikatnie podgryzający kocie tyłki szefunio.
Tak, tak luba ta wizja serduszku - w domu zaczyna panować porządek, nie żeby tam zaraz pruski dryl ale poszanowanie dla mojego zdania i mojej własności. Koty ułożone, bombki bezpieczne, sprzątanie łatwiejsze. Psia "prawa ręka" pilnuje stadka, rozstrzyga spory, udziela reprymend i łask.Wykonuje wszystko to co tak dzielnie i wspaniale robiła Azunia ( Tabisia była od polityki międzynarodowej, znaczy załatwiała sprawy z sąsiedztwem ). Ja występuję w mojej ulubionej roli dobrej carycy matuszki, która to ma złych bojarów. Sam miód i niewinność ze mnie, he, he! Zero ściery, spryskiwacz pracuje nad araukarią i żadnych stresów bombkowych. W jutrzejszej pogadance przedświątecznej przy przeglądzie bombek oznajmię kotom dobrą nowinę - Mikołaj w przyszłym roku przyniesie im pod choinkę psa! Za karę!!! He, he, he.
czwartek, 11 grudnia 2014
wtorek, 9 grudnia 2014
Rododendronarium skarpkowe - część druga
Rododendronarium skarpkowe właściwe rodziło się w bólach. Nie szła mi na nim robota jak rzadko. Zważywszy na ilość gruzu uzbieranego podczas wykopków to właściwie nie ma się czemu dziwić. Rodki, które zaplanowałam posadzić na tym stanowisku miały być samograjami, roślinami o charakterze twardym jak stal, takie Pawki Korczaginy rabaty rododendronowej. Zakupy niestety czyniłam w niewłaściwych źródełkach, które dodatkowo mnie dezinformowały ( baaaardzo odporny ten rododendron jest, baaaardzo ) , był to bowiem jeszcze czas błędów i całkowitych ich wybaczeń. Wskutek tej błędnej polityki zakupowej nie wszystkie rodki okazały się ascetycznymi Korczaginami, co niektóre miały znacznie więcej ze zdradzieckiego charakteru Pawlika Morozowa. Dotyczyło to zwłaszcza odmian o jasnoróżowych kwiatach, te okwiatach z odcieniem fioletu mają często w rodowodzie jako bliskiego przodka, rododendrona katawbijskiego Rhododendron catawbiense, który nie zalicza się do rododendronowych delikatesów. Prześliczne i dzwonkowe bladoróżowe kwiaty rododendronów Williamsa Rhododendron williamsianum cieszyły mnie tylko dwa sezony, te rodki odfrunęły z królikami pierwszej ostrzejszej ( zaznaczam ostrzejszej a nie ostrej ) zimy. Pożegnałam się zatem z możliwością wczesnego kwitnienia na rododendronowej skarpce, nie dla mnie te radości. Są w Polsce co prawda dostępne w handlu i z powodzeniem w łódzkim uprawiane odmiany Rhododendron williamsianum, cóż z tego kiedy mnie nijak nie kręcił 'Gartendirektor Glocker' czy 'Aprilglocke'. Bardziej podobają mi się 'Claudius' czy 'Gartendirektor Rieger', odmiany znacznie słabiej znoszące naszą centralno - polską zimę ( ta ostatnia odmiana wypadała u mnie dwa razy ).
Trudno, do znoszenia naszych zim wszystkich odmian rodków wytresować się nie da. Poległam na rodkach Williamsa ale całkiem dobrze poszło mi z yakuszimankami czyli odmianami wywodzącymi swój rodowód od Rhododendron yakushimanum. To grupa rododendronów dorastających średnio do metra wysokości i tylko nieco większej niż ten metr szerokości. Są dość odporne na zimowe ekscesy pogodowe, mało kłopotliwe w uprawie i stanowią wdzięczny materiał do komponowania grup z rodków. Ich niewielkie gabaryty sprawiają że idealnie nadają się na przody rodkowych rabat, w małych ogrodach można z nich tworzyć całe rododendronaria. kwitną w maju, w czasie największego rodkowego szaleństwa. Moja przygoda z tą grupą rodków jeszcze się nie skończyła, nadal poszukuję ciekawych odmian na stanowiska na najniższej części rabaty skarpkowej. Ta część rabaty w moim zamyśle miała być obsadzona azaliami japońskimi ale doszłam do wniosku że i w tym miejscu dobrze będą wyglądały rośliny o nieco większych liściach i przede wszystkim o nieco większych kwiatach. Chciałabym uzyskać podobny efekt jak w rododendronarium przy oczku wodnym, gdzie azalki udało się nieźle wkomponować w rodki ( bergenie, paprocie i kokoryczki to zasłużeni "najlepsi przyjaciele rododendronarium" - skorzystam z tych roślin w nasadzeniach azalkowo - rodkowych w rododendronarium skarpkowym ).
Azalie japońskie Azalea japonica mają jak dla mnie jedną zasadnicza przewagę nad rododendronami - ich liście przebarwiają się jesienną porą. Niestety liście odmian o jasnych kwiatach, mimo słoneczka zaglądającego często na stanowisko na którym te azalki są posadzone, nie przebarwiają się aż tak spektakularnie jak liście azalek o ciemniejszych kwiatach. No cóż, nie można mieć wszystkiego, postawiłam na azalki o kwiatach jasnych i dodatkowo o zdublowanej ilości płatków to nie mam co wyrzekać że jesień tylko od czasu do czasu, w baaaardzo sprzyjających warunkach bywa kolorowa z azalkowej strony. Są na rabacie rodkowej zjawiska, które bardziej mnie złoszczą, niż takie sobie przebarwienia liści azalek japońskich. Liście zimozielonych rodków jesienią jeszcze dają radę i wyglądają całkiem poprawnie, natomiast w mroźnawe zimowe dni walą po oczach zwiniętymi smętnie blaszkami. Jedna moja cooleżnka bardzo dobrze określiła wygląd zimowy rodków - krzewy w stanie permanentnej impotencji. Łeeee!
W rododendronarium skarpkowym na najniżej położonych stanowiskach rosną dwie wspaniałe odmiany japońskich azalek - 'Schneeperle' ( fotka nr 3 ) i silnie rosnąca 'Elsie Lee' ( fotka nr 4 ). Swego czasu miałam bardzo niedobre doświadczenia z odmianami o dubeltowych kwiatach ( złej pamięci 'Rosebud', niech ją gęś kopnie ) i przyznam że byłam zaskoczona odpornością tej dwójeczki. Niewątpliwie te azalki zasługują na większą ilość miejsca na rabacie. Najbliższym towarzystwem jest dla nich piękny rododendron 'Caroline Allbrook' ( zdjęcie nr 6 ), moim zdaniem jeden z najpiękniej kwitnących rododendronów z grupyYakushimanum. Nieco tylko dalej rośnie standardowa odmiana rodka yakuszimańskiego - 'Lumina'. Jak wcześniej napisałam na tych dwóch yakuszimankach nie zamierzam zakończyć sadzenia rodków tej grupy. Pilnie przeglądam co tam nowego pojawia się w moich źródełkach. Jak do tej pory najbardziej zacięty bój o miejsce w Alcatrazie toczą odmiany 'Silbervolke' i 'Sneezy'. Ta ostatnia nieco słabnie w rankingu - landrynkowy kolorek jej kwiatów to może nie jest akurat to o czym marzę w tym konkretnym miejscu.
Teraz o rododendronach z grupy Hybrid. Na położonym troszkę wyżej na skarpce stanowisku rosną dwie odmiany rododendronów kupione w amoku tzw. miłości od pierwszego wejrzenia - 'Progres' i 'Danuta'. 'Danuta' ( zdjęcie nr 1 ) ma olbrzymie kwiaty, niemal 9 cm średnicy i kwiatostan zbudowany z 11 -13 kwiatów. Podczas kwitnienia sprawia że opada mi szczena, niestety jest z tych wrażliwych rodków. Temperatura zimowa jaką jest w stanie znieść bez uszczerbku to na maksa - 22 stopnie. 'Progres' ( na fotce obok ) jest kameleonem, jego kwiaty bledną jak kwiaty yakushimanek. Zaczyna mocnym ciemnym różem , kończy śmietankową bielą. Na fotce obok faza "środka" kwitnienia. Urody kwiatom tej odmiany dodaje fryzowanie brzegów płatków. Podobnie jak 'Danuta' gigantycznych rozmiarów i 'Progres' nie osiągnie, to są takie rodkowe średniaki. 'Progres' ma wytrzymywać do - 22 stopni ale u mnie wytrzymał na skarpce mroźniejsze zimy, ta odmiana wydaje mi się bardziej odporna niż 'Danuta'. Dwa kolejne różaneczniki z tego poziomu skarpki to rosnące troszkę z boku 'Pfauenauge' i 'Azzuro' ( fotka nr 9 ). Czasem się zastanawiam co kierowało moim wyborem przy zakupie tych rodków, Szczerze pisząc nie bardzo pamiętam a na widok ich kwiatów nie doznaję dziś jakichś sensacji mentalnych. No może 'Azzuro' to i fryz brzegów płatków i kolorek ale na tle innych moich rodków jakoś specjalnie się urodą nie wybija. 'Pfauenauge' jest na rabacie ledwie zauważalny, może to wina zestawienia, będę musiała nad tym pomyśleć.
Najulubieńsze rodki o fioletowych kwiatach rosną nieco wyżej - Tamarndos' ( fotka obok ) i 'Libretto' ( fotka nr 2 ). Obydwie odmiany kwitną późno, na przełomie maja i czerwca. Kręcą mnie jaskrawo - pomarańczowo - żółte znamiona utworzone z kropek. Bardziej do mnie przemawiają niż ciemne znamiona rosnącego nieopodal rodka 'Rasputin' czy wspomnianego już 'Azurro. Rododendrony okwiatach z jasnymi znamionami sprawiają wrażenie weselszych. Może dlatego moją wielką sympatia cieszy się 'Purpureum Grandiflorum' ( zdjęcie nr 10 ), bardzo silnie rosnący rodek, posadzony z boku rabaty, na mniej więcej tym samym poziomie co 'Progres' i 'Danuta'. To klasyczny zawodnik wagi ciężkiej - wyrośnie na potwora i wytrzyma paskudne spadki temperatury. Zastanawiam się czy nie dosadzić mu do towarzystwa jakiegoś odpowiedniego wzrostem kolegi kwitnącego na biało ( może Rhododendrn catawbiense 'Album' - grałoby i ze względu na termin kwitnienia ). Na skarpce rosną jeszcze dwa rodki - jeden z nie najlepszego źródełka,więc nie do końca jestem pewna czy ta moja 'Pink Pearl' ( zdjęcie nr 11 ) jest właśnie tą odmianą i poczciwina 'Album novum'. Rododendronorium skarpkowe jest nadal w budowie, za mną wykonanie około 3/4 gryplanu, przede mną jeszcze wiele roboty.Może za parę lat da się pokazać nieźle wyglądające tzw. szersze plany z tej części ogrodu.
Trudno, do znoszenia naszych zim wszystkich odmian rodków wytresować się nie da. Poległam na rodkach Williamsa ale całkiem dobrze poszło mi z yakuszimankami czyli odmianami wywodzącymi swój rodowód od Rhododendron yakushimanum. To grupa rododendronów dorastających średnio do metra wysokości i tylko nieco większej niż ten metr szerokości. Są dość odporne na zimowe ekscesy pogodowe, mało kłopotliwe w uprawie i stanowią wdzięczny materiał do komponowania grup z rodków. Ich niewielkie gabaryty sprawiają że idealnie nadają się na przody rodkowych rabat, w małych ogrodach można z nich tworzyć całe rododendronaria. kwitną w maju, w czasie największego rodkowego szaleństwa. Moja przygoda z tą grupą rodków jeszcze się nie skończyła, nadal poszukuję ciekawych odmian na stanowiska na najniższej części rabaty skarpkowej. Ta część rabaty w moim zamyśle miała być obsadzona azaliami japońskimi ale doszłam do wniosku że i w tym miejscu dobrze będą wyglądały rośliny o nieco większych liściach i przede wszystkim o nieco większych kwiatach. Chciałabym uzyskać podobny efekt jak w rododendronarium przy oczku wodnym, gdzie azalki udało się nieźle wkomponować w rodki ( bergenie, paprocie i kokoryczki to zasłużeni "najlepsi przyjaciele rododendronarium" - skorzystam z tych roślin w nasadzeniach azalkowo - rodkowych w rododendronarium skarpkowym ).
Azalie japońskie Azalea japonica mają jak dla mnie jedną zasadnicza przewagę nad rododendronami - ich liście przebarwiają się jesienną porą. Niestety liście odmian o jasnych kwiatach, mimo słoneczka zaglądającego często na stanowisko na którym te azalki są posadzone, nie przebarwiają się aż tak spektakularnie jak liście azalek o ciemniejszych kwiatach. No cóż, nie można mieć wszystkiego, postawiłam na azalki o kwiatach jasnych i dodatkowo o zdublowanej ilości płatków to nie mam co wyrzekać że jesień tylko od czasu do czasu, w baaaardzo sprzyjających warunkach bywa kolorowa z azalkowej strony. Są na rabacie rodkowej zjawiska, które bardziej mnie złoszczą, niż takie sobie przebarwienia liści azalek japońskich. Liście zimozielonych rodków jesienią jeszcze dają radę i wyglądają całkiem poprawnie, natomiast w mroźnawe zimowe dni walą po oczach zwiniętymi smętnie blaszkami. Jedna moja cooleżnka bardzo dobrze określiła wygląd zimowy rodków - krzewy w stanie permanentnej impotencji. Łeeee!
W rododendronarium skarpkowym na najniżej położonych stanowiskach rosną dwie wspaniałe odmiany japońskich azalek - 'Schneeperle' ( fotka nr 3 ) i silnie rosnąca 'Elsie Lee' ( fotka nr 4 ). Swego czasu miałam bardzo niedobre doświadczenia z odmianami o dubeltowych kwiatach ( złej pamięci 'Rosebud', niech ją gęś kopnie ) i przyznam że byłam zaskoczona odpornością tej dwójeczki. Niewątpliwie te azalki zasługują na większą ilość miejsca na rabacie. Najbliższym towarzystwem jest dla nich piękny rododendron 'Caroline Allbrook' ( zdjęcie nr 6 ), moim zdaniem jeden z najpiękniej kwitnących rododendronów z grupyYakushimanum. Nieco tylko dalej rośnie standardowa odmiana rodka yakuszimańskiego - 'Lumina'. Jak wcześniej napisałam na tych dwóch yakuszimankach nie zamierzam zakończyć sadzenia rodków tej grupy. Pilnie przeglądam co tam nowego pojawia się w moich źródełkach. Jak do tej pory najbardziej zacięty bój o miejsce w Alcatrazie toczą odmiany 'Silbervolke' i 'Sneezy'. Ta ostatnia nieco słabnie w rankingu - landrynkowy kolorek jej kwiatów to może nie jest akurat to o czym marzę w tym konkretnym miejscu.
Teraz o rododendronach z grupy Hybrid. Na położonym troszkę wyżej na skarpce stanowisku rosną dwie odmiany rododendronów kupione w amoku tzw. miłości od pierwszego wejrzenia - 'Progres' i 'Danuta'. 'Danuta' ( zdjęcie nr 1 ) ma olbrzymie kwiaty, niemal 9 cm średnicy i kwiatostan zbudowany z 11 -13 kwiatów. Podczas kwitnienia sprawia że opada mi szczena, niestety jest z tych wrażliwych rodków. Temperatura zimowa jaką jest w stanie znieść bez uszczerbku to na maksa - 22 stopnie. 'Progres' ( na fotce obok ) jest kameleonem, jego kwiaty bledną jak kwiaty yakushimanek. Zaczyna mocnym ciemnym różem , kończy śmietankową bielą. Na fotce obok faza "środka" kwitnienia. Urody kwiatom tej odmiany dodaje fryzowanie brzegów płatków. Podobnie jak 'Danuta' gigantycznych rozmiarów i 'Progres' nie osiągnie, to są takie rodkowe średniaki. 'Progres' ma wytrzymywać do - 22 stopni ale u mnie wytrzymał na skarpce mroźniejsze zimy, ta odmiana wydaje mi się bardziej odporna niż 'Danuta'. Dwa kolejne różaneczniki z tego poziomu skarpki to rosnące troszkę z boku 'Pfauenauge' i 'Azzuro' ( fotka nr 9 ). Czasem się zastanawiam co kierowało moim wyborem przy zakupie tych rodków, Szczerze pisząc nie bardzo pamiętam a na widok ich kwiatów nie doznaję dziś jakichś sensacji mentalnych. No może 'Azzuro' to i fryz brzegów płatków i kolorek ale na tle innych moich rodków jakoś specjalnie się urodą nie wybija. 'Pfauenauge' jest na rabacie ledwie zauważalny, może to wina zestawienia, będę musiała nad tym pomyśleć.
Najulubieńsze rodki o fioletowych kwiatach rosną nieco wyżej - Tamarndos' ( fotka obok ) i 'Libretto' ( fotka nr 2 ). Obydwie odmiany kwitną późno, na przełomie maja i czerwca. Kręcą mnie jaskrawo - pomarańczowo - żółte znamiona utworzone z kropek. Bardziej do mnie przemawiają niż ciemne znamiona rosnącego nieopodal rodka 'Rasputin' czy wspomnianego już 'Azurro. Rododendrony okwiatach z jasnymi znamionami sprawiają wrażenie weselszych. Może dlatego moją wielką sympatia cieszy się 'Purpureum Grandiflorum' ( zdjęcie nr 10 ), bardzo silnie rosnący rodek, posadzony z boku rabaty, na mniej więcej tym samym poziomie co 'Progres' i 'Danuta'. To klasyczny zawodnik wagi ciężkiej - wyrośnie na potwora i wytrzyma paskudne spadki temperatury. Zastanawiam się czy nie dosadzić mu do towarzystwa jakiegoś odpowiedniego wzrostem kolegi kwitnącego na biało ( może Rhododendrn catawbiense 'Album' - grałoby i ze względu na termin kwitnienia ). Na skarpce rosną jeszcze dwa rodki - jeden z nie najlepszego źródełka,więc nie do końca jestem pewna czy ta moja 'Pink Pearl' ( zdjęcie nr 11 ) jest właśnie tą odmianą i poczciwina 'Album novum'. Rododendronorium skarpkowe jest nadal w budowie, za mną wykonanie około 3/4 gryplanu, przede mną jeszcze wiele roboty.Może za parę lat da się pokazać nieźle wyglądające tzw. szersze plany z tej części ogrodu.
sobota, 6 grudnia 2014
Rododendronarium skarpkowe - część pierwsza
Alcatraz jest na tyle dużym ogrodem że zmieściły się w nim dwa rododendronaria - pastelowe rodki i azlki posadzone są w okolicach oczka wodnego ( w tym miejscu jest też najlepszy klimat dla bardziej wrażliwych odmian ) a rodki o ciemnych fioletowych i czerwonych kwiatach, czyli przeważnie te twardsze odmiany, rosną w przeciwnym końcu ogrodu. Sadzenie rozpoczęłam od małej skarpki utworzonej dawno - dawno temu podczas kopania tzw. szczeliny przeciwlotniczej. Nie wiem czy używam fachowego terminu, nigdy z bliska tego "urządzenia" nie widziałam, z tego co wiem schrony na terenie mojej nieruchomości wybudowano w czasch II Wojny Światowej, czyli akurat wtedy kiedy pradziadki guzik miały do gadania w swojej nieruchomości a wieści co się na niej dzieje dostawali pocztą pantoflową. Po wojnie pradziadki i dziadki nadal sobie mogły pooglądać własność zza płota i sprawa schronów nie była wyjaśniona, nawet wtedy gdy komuna troszkę nam poluzowała ( zderzyliśmy się z tajemnicą dotyczącą obrony cywilnej ). Po tzw. przemianach tajemnica się odtajemniczyła i wyszło na to że mamy do czynienia z jakimiś ruinami dawnych schronów, których malutka część znajdowała się pod naszą działką.
Ruiny nie nadawały się do eksploatacji i w związku ze związkiem nie pełnią już funkcji obronnych, jakie miały pełnić. Ślady po nich jednak pozostały i południowo - wschodnia część Alcatrazu ma nieco podniesiony poziom gleby w stosunku do reszty ogrodu.W najwyższym punkcie owego wzniesienia, w czasach Alcatrazu pierwotnego posadziłam iglaki. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to że takowa moda wtedy była, he, he. Tak naprawdę byłam wtedy osobą zaczynającą swoją przygodę z ogrodnictwem i budowałam dopiero szkielet ogrodu. Iglaki w tym miejscu okazały się nasadzeniem trafionym, dającym solidne oparcie dla oczu, osłaniającym nasadzenia wymagające lekkiego cienia. Nie posadziłam gatunków osiągających niebotyczne rozmiary a ich odmiany, rosnące znacznie mniej silnie. Swoje miejsce znalazły tam jałowce chińskie, pośrednie i skalne, sosna kosówka i dwa świerki gniazdowe. Większymi iglakami są choina kanadyjska ( starannie przycinana ) i sosna himalajska ( no bywam czasem nie najrozsądniej zauroczona ). Poniżej punktu zaiglaczenia utworzyła się od północnej strony mała nisza - spadek terenu wprost wymarzony dla rodków. Niestety praca nas tą skarpką okazała się drogą przez mękę, ilość gruzu w glebie skarpkowej była dobijająca. Odgruzowywanie i przygotowanie gleby pod nasadzenia z rodków zajęło mi sporo czasu, nie chodziło tylko o to żeby wszystko wyczyścić z odłamków cegieł, betonu i kamorów. Skarpka miała na tyle ostry spad że trzeba było troszkę pokombinować żeby nie spłynęła wraz z deszczami zanim rodki się dobrze na niej zakorzenią ( a system korzeniowy u nich to też nie z tych co to zwały ziemi podtrzymuje ). Trzeba było w dwóch miejscach trochę podmurować i posadzić trochę roślin, których korzenie poprzerastałyby glebę i uniemożliwiłby spłynięcie skarpki.
Nie wszystkie z nasadzeń "podtrzymujących" okazały się właściwe, z niektórymi "podtrzymywaczami" walczę do dziś. No cóż, błędy młodości się kłaniają. Obecnie kombinuje jak się pozbyć resztek "podtrzymywaczy" i zastąpić je roślinami mniej ekspansywnymi i przede wszystkim milszymi dla rodków. Oczywiście funkie ale nie tylko, widzę w tym miejscu całkiem niezłe stanowisko dla kokoryczek, tych większych a nawet bardzo dużych. Może też stanowisko dla paprotników, zaczynam powoli dochodzić do wniosku że paprotniki, podobnie jak nerecznice, są paprociami nie do zdarcia. Co do host to kolorki hostowe raczej niebieskie i zielone, żadnych neonów czy zapierających dech w piersiach "cudownych wzorków". Rozmiary też z tych słuszniejszych, wszak większość rodków na skarpce do nie karzełki. Co prawda na dole skarpki rosną sobie jakuszimanki i azalki japońskie ale większość rodków ma docelowo osiągać około 150 cm wzrostu. Rośliny towarzyszące nie mogą zatem być piciumiaste i mało widoczne.
Teraz trochę o odmianach rodków, które egzystują w tym kątku Alcatrazu. Kolorystycznie miało wyglądać to tak - w najciemniejszym stanowisku posadzić rodki o jasnych kwiatach, a w miejscach jaśniej oświetlonych odmiany o kwiatach czerwonych i fioletowych. Oczywiście życie zweryfikowało gryplany - część rodków o ciemnych kwiatach nie nadaje się nawet na półcieniste stanowiska, dotyczy to szczególnie odmian o kwiatach w odcieniach czerwieni. Zgroza i ból zęba z tymi odmianami - nie dość że kwiaty źle reagują na słońce to jakby było mało, zbyt zacienione miejsce nie sprzyja ładnemu pokrojowi krzewów. Wiele odmian o czerwonych kwiatach ma tzw. luźny pokrój. Przycinanie rodka niewiele pomaga, a w warunkach klimatycznych Alcatrazu przycinanie rodków w prawidłowym terminie oznacza brak kwiatów w przyszłym sezonie. Miłośnicy rodków czerwonokwietnych starannie wybierajcie odmiany, które sadzicie! Mniej stresu przy dobrej odmianie.
Z rodkami o kwiatach w odcieniu różu też bywa zabawnie. Prześliczna odmiana 'Progres' zaczyna kwitnienie jako ciemnoróżowo kwitnący rodek a kończy jako odmiana o kwiatach niemal czysto białych. Takie numery należy uwzględnić przy zestawieniach kolorystycznych. Dla mnie najtrudniejsze jednak okazało się zestawienie terminów kwitnień. Sporą część rododendronowych krzaczków kupowałam w czasach kiedy tak istotne info jak to o terminie kwitnienia nie miało dla mnie specjalnego znaczenia. Głupota boli i to mocno. Przesadzanie rodków na mojej skarpce nie należy do najłatwiejszych ale nie było zmiłuj. Może różowości atakowało z całą mocą. Przesadzanie nie do końca załatwiło sprawę, trzeba było dokupić trochę rodków w fioletach kwitnących wcześniej niż taki piękny 'Libretto'. Dokupienie nowych odmian wymusiło rozpełznięcie się rododendronów i azalek o różowych i czerwonych kwiatach na Podskarpek i Zabukszpanie. Rosną tam teraz odmiany 'Old Port', 'Purple Splendour', 'Erato', Ann Lindsay' i 'Prof. Horst Robenek'.
Przed nimi posadzone zostały małe azalki japońskie, wcześnie kwitnące rododendrony z grupy Repens - 'Baden - Baden' i 'Bad Eilsen' ( ta ostatnia miała zakwitać nieco później ale bezczelnie kwitnie w kwietniu ), a tuż za nimi rośnie wspaniała azalka 'Homebusch', niewątpliwie najobficiej kwitnąca z wszystkich moich azalek.
Przejściem do właściwego Rododendronarium skarpkowego jest część z tyłu Ciemiernikowszczyzny, za świerkami Picea abies 'Nidiformis' i sosną górską Pinus mugo 'Pumila' znalazło się na tyle dużo miejsca że można było posadzić dwa rodki. Standardowa 'Nova Zembla' i znacznie cieplejsze w odbiorze kwiaty odmiany 'Sammetglut' całkiem dobrze wyglądają w morzu zieleni. Nawet pasują do czerwonawych liści berberysa rosnącego nieopodal ( tylko lekki zgrzyt kiedy zbiega się kwitnienie - żółć berberysowych kwiatów to nie jest to przy czym zimna czerwień kwiatów odmiany 'Nova Zembla' wygląda najlepiej, ale da się przeżyć bo berberysowe kwiatki małe ).Za tym czerwonokwitnącym rodkowym miejscem rozciąga się Rododendronarium skarpkowe właściwe. Ale o nim, w właściwie o rosnących na nim odmianach rodków solidniej napiszę w następnym poście.
Ruiny nie nadawały się do eksploatacji i w związku ze związkiem nie pełnią już funkcji obronnych, jakie miały pełnić. Ślady po nich jednak pozostały i południowo - wschodnia część Alcatrazu ma nieco podniesiony poziom gleby w stosunku do reszty ogrodu.W najwyższym punkcie owego wzniesienia, w czasach Alcatrazu pierwotnego posadziłam iglaki. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to że takowa moda wtedy była, he, he. Tak naprawdę byłam wtedy osobą zaczynającą swoją przygodę z ogrodnictwem i budowałam dopiero szkielet ogrodu. Iglaki w tym miejscu okazały się nasadzeniem trafionym, dającym solidne oparcie dla oczu, osłaniającym nasadzenia wymagające lekkiego cienia. Nie posadziłam gatunków osiągających niebotyczne rozmiary a ich odmiany, rosnące znacznie mniej silnie. Swoje miejsce znalazły tam jałowce chińskie, pośrednie i skalne, sosna kosówka i dwa świerki gniazdowe. Większymi iglakami są choina kanadyjska ( starannie przycinana ) i sosna himalajska ( no bywam czasem nie najrozsądniej zauroczona ). Poniżej punktu zaiglaczenia utworzyła się od północnej strony mała nisza - spadek terenu wprost wymarzony dla rodków. Niestety praca nas tą skarpką okazała się drogą przez mękę, ilość gruzu w glebie skarpkowej była dobijająca. Odgruzowywanie i przygotowanie gleby pod nasadzenia z rodków zajęło mi sporo czasu, nie chodziło tylko o to żeby wszystko wyczyścić z odłamków cegieł, betonu i kamorów. Skarpka miała na tyle ostry spad że trzeba było troszkę pokombinować żeby nie spłynęła wraz z deszczami zanim rodki się dobrze na niej zakorzenią ( a system korzeniowy u nich to też nie z tych co to zwały ziemi podtrzymuje ). Trzeba było w dwóch miejscach trochę podmurować i posadzić trochę roślin, których korzenie poprzerastałyby glebę i uniemożliwiłby spłynięcie skarpki.
Nie wszystkie z nasadzeń "podtrzymujących" okazały się właściwe, z niektórymi "podtrzymywaczami" walczę do dziś. No cóż, błędy młodości się kłaniają. Obecnie kombinuje jak się pozbyć resztek "podtrzymywaczy" i zastąpić je roślinami mniej ekspansywnymi i przede wszystkim milszymi dla rodków. Oczywiście funkie ale nie tylko, widzę w tym miejscu całkiem niezłe stanowisko dla kokoryczek, tych większych a nawet bardzo dużych. Może też stanowisko dla paprotników, zaczynam powoli dochodzić do wniosku że paprotniki, podobnie jak nerecznice, są paprociami nie do zdarcia. Co do host to kolorki hostowe raczej niebieskie i zielone, żadnych neonów czy zapierających dech w piersiach "cudownych wzorków". Rozmiary też z tych słuszniejszych, wszak większość rodków na skarpce do nie karzełki. Co prawda na dole skarpki rosną sobie jakuszimanki i azalki japońskie ale większość rodków ma docelowo osiągać około 150 cm wzrostu. Rośliny towarzyszące nie mogą zatem być piciumiaste i mało widoczne.
Teraz trochę o odmianach rodków, które egzystują w tym kątku Alcatrazu. Kolorystycznie miało wyglądać to tak - w najciemniejszym stanowisku posadzić rodki o jasnych kwiatach, a w miejscach jaśniej oświetlonych odmiany o kwiatach czerwonych i fioletowych. Oczywiście życie zweryfikowało gryplany - część rodków o ciemnych kwiatach nie nadaje się nawet na półcieniste stanowiska, dotyczy to szczególnie odmian o kwiatach w odcieniach czerwieni. Zgroza i ból zęba z tymi odmianami - nie dość że kwiaty źle reagują na słońce to jakby było mało, zbyt zacienione miejsce nie sprzyja ładnemu pokrojowi krzewów. Wiele odmian o czerwonych kwiatach ma tzw. luźny pokrój. Przycinanie rodka niewiele pomaga, a w warunkach klimatycznych Alcatrazu przycinanie rodków w prawidłowym terminie oznacza brak kwiatów w przyszłym sezonie. Miłośnicy rodków czerwonokwietnych starannie wybierajcie odmiany, które sadzicie! Mniej stresu przy dobrej odmianie.
Z rodkami o kwiatach w odcieniu różu też bywa zabawnie. Prześliczna odmiana 'Progres' zaczyna kwitnienie jako ciemnoróżowo kwitnący rodek a kończy jako odmiana o kwiatach niemal czysto białych. Takie numery należy uwzględnić przy zestawieniach kolorystycznych. Dla mnie najtrudniejsze jednak okazało się zestawienie terminów kwitnień. Sporą część rododendronowych krzaczków kupowałam w czasach kiedy tak istotne info jak to o terminie kwitnienia nie miało dla mnie specjalnego znaczenia. Głupota boli i to mocno. Przesadzanie rodków na mojej skarpce nie należy do najłatwiejszych ale nie było zmiłuj. Może różowości atakowało z całą mocą. Przesadzanie nie do końca załatwiło sprawę, trzeba było dokupić trochę rodków w fioletach kwitnących wcześniej niż taki piękny 'Libretto'. Dokupienie nowych odmian wymusiło rozpełznięcie się rododendronów i azalek o różowych i czerwonych kwiatach na Podskarpek i Zabukszpanie. Rosną tam teraz odmiany 'Old Port', 'Purple Splendour', 'Erato', Ann Lindsay' i 'Prof. Horst Robenek'.
Przed nimi posadzone zostały małe azalki japońskie, wcześnie kwitnące rododendrony z grupy Repens - 'Baden - Baden' i 'Bad Eilsen' ( ta ostatnia miała zakwitać nieco później ale bezczelnie kwitnie w kwietniu ), a tuż za nimi rośnie wspaniała azalka 'Homebusch', niewątpliwie najobficiej kwitnąca z wszystkich moich azalek.
Przejściem do właściwego Rododendronarium skarpkowego jest część z tyłu Ciemiernikowszczyzny, za świerkami Picea abies 'Nidiformis' i sosną górską Pinus mugo 'Pumila' znalazło się na tyle dużo miejsca że można było posadzić dwa rodki. Standardowa 'Nova Zembla' i znacznie cieplejsze w odbiorze kwiaty odmiany 'Sammetglut' całkiem dobrze wyglądają w morzu zieleni. Nawet pasują do czerwonawych liści berberysa rosnącego nieopodal ( tylko lekki zgrzyt kiedy zbiega się kwitnienie - żółć berberysowych kwiatów to nie jest to przy czym zimna czerwień kwiatów odmiany 'Nova Zembla' wygląda najlepiej, ale da się przeżyć bo berberysowe kwiatki małe ).Za tym czerwonokwitnącym rodkowym miejscem rozciąga się Rododendronarium skarpkowe właściwe. Ale o nim, w właściwie o rosnących na nim odmianach rodków solidniej napiszę w następnym poście.
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Ho, ho, ho! - witajcie w Krainie Świątecznych Porządków
No i mamy już najświątecziejszy miesiąc roku. Zaczęło się mroźno, prawdziwie po zimowemu. Co prawda jeszcze nie jest biało ale szczypie w nos porządnie. Mnie się robi świątecznie w związku z. rozpoczęciem od...tego....ten odstajnienia stajni Augiasza czyli sprzątania chałupy. Wiadomo, żeby były święta najpierw muszą być porządki. Nie jestem co prawda zwolenniczką tradycyjnych obchodów, a zwolenniczką sprzątania przed obchodami to jeszcze mniej ale rzeczywistość już nie tylko woła wielkim głosem o potrzebie porządków co wręcz ryczy z siłą zdolną zedrzeć z człeka ubranie. Jak wiadomo świąteczne porządki najlepiej zaczyna się od porządkowania rzeczy najmniej istotnych - puszeczek z przyprawami, wpół doczytanych książek, zaginionego pędzelka ( a gdzie są farby do tkanin? ), tej chusty co ją kiedyś nosiłam a potem ona zniknęła i tym podobnych. Co tam okna z szybami ze szkła półmatowego, co tam tajemnicza i groźna przestrzeń pod łóżkiem - duperele trza ostro porządkować. I oczywiście często przerywać robotę żeby podobnie jak Śnięty Mikołaj z obrazka grudniowo - zimowo odpoczywać w towarzystwie Najmilejszych. Tak przeprowadzane świąteczne porządki są moim zdankiem porządkami przeprowadzanymi właściwie, he, he. Nawet są fajne ( czego ja wtedy nie odnajduję ), ale trzeba je zaczynać pierwszego dnia grudnia, tylko wtedy jest szansa na zakończenie ich w odpowiednim terminie.
piątek, 28 listopada 2014
Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - czas na mak!
"Nadejszła wiekopomna chwila", że zacytuję Pawlaka, związana z rozpoczęciem sezonu "zimowych" wypieków. Tradycjnie czas wzmożonej aktywności cukierniczej zapoczątkowały moje imieniny. Dżizaas corocznie kombinuje co by tu i przegląda nowinkowe przepisy a ja tradycyjnie, jak zagorzały kulinarny konserwatysta, brzdąkam jej o wyższości "prawdziwych tortów" nad tortami "lekkimi, łatwymi i przyjemnymi". Uroczystość moja więc w sprawie tortowej mam najwięcej do powiedzenia. Dżizaas coś podejrzanie łatwo się godzi na moje wydziwiania, mam wrażenie że i do niej przemawia magia starych przepisów ( co nie znaczy że przy nich nie kombinuje i nie posiłkuje się "blogową" cukierniczą wiedzą ).
W tym roku zażyczyłam sobie wykonania tortu makowego.Uwielbiam mak, rasowy ze mnie makoholik. Radość z opiatów na słodko, można by napisać gdyby nie fakt że sprzedawany obecnie maczek niemal ich nie zawiera. Przynajmniej ten z pól uprawnych bo po ogrodach to stare, samowysiewające się odmiany przetrwały.W czasach powszechnej histerii antynarkotykowej władzy może nie tyle nie przyszło do głowy sprawdzanie wszystkich zapuszczonych ogródków, co raczej dość szybko zdała sobie sprawę że zadanie jest niewykonalne i skoncentrowała się na uprawach polowych ( dzisiaj ta historia jest przerabiana na nowo z maryśką - tu pozdrowienia dla Fafika, której kolekcja kloników palmowych zainteresowała stróżów prawa, he, he ). No cóż, głupota jak zawsze w moralne piórka się stroi i pieje z wysokiego C - wszystkiemu winny jest dostęp do narkotyków a nie ludzie. Handel produktami opiatowymi na świecie zdrowo kwitnie i cudownie się rozwija, bo jak człowiek postanowi odjechać to co mu tam. Tylko że koniecznie ma odjeżdżać przy mocy takiego dozwolonego "twardego" odurzacza mózgu jakim jest wysokoprocentowy alkohol. Nie ja pierwsza i nie ostatnia czuję się zatkana hipokryzją współczesnych zachodnich społeczeństw ( i nie tylko zachodnich ). Sytuację doskonale ilustruje powiedzonko Lecha - "Stłucz se pan termometr, nie będziesz miał gorączki". Po mojemu wygląda to tak - lepiej nie widzieć przyczyn tylko zwalczać skutek.. Prohibicja alkoholowa nie zdała egzaminu ( wg. badaczy problemu koszty społeczne nie były "jednoznacznie pozytywne", bardzo oględnie pisząc ) więc dlaczego miałaby zdać egzamin prohibicja narkotykowa? Ludzie ćpali, ćpają i ćpać będą, brzydko pisząc część populacji ze skłonnością do bardzo ostrych uzależnień sama dość szybko eliminuje się z puli genów. Poza tym człowiek jak bardzo chce to się uzależni od czekolady, cukru i ćpanego proszku ixi. Czekoladoholicy mogą paść po spożyciu dziesiątej tabliczki pod rząd, uzależnieni od cukru zejdą prędzej czy później na cukrzycę a najprędzej wykończą się miłośnicy ćpania proszku ixi. Tylko że nikt tych śmiercionośnych potencjalnie substancji nie zakazuje. Pewnie zyski z nielegalnie sprzedawanej działki proszku ixi nie byłyby zbyt duże, no i sprawa wydania zakazu zwyczajnie się nie opłaca. Poza tym takie Tabazelle chyba wylazłyby na ulicę gdyby zakazano sprzedaży czekolady, he, he!
Na szczęście chyba powolutku przychodzi nam otrzeźwieć z tego antynarkotykowego amoku. Kto wie może jeszcze kiedyś przyjdzie mi zjeść makowca z tzw. odparzanego maku, ze starych wysokomorfinowych odmian ( he, he całkowicie bezpiecznie, w ziarnach wszak nie występują w straszliwej ilości najbardziej "złowieszcze" substancje kojarzone z makiem ). Obecnie mamy do dyspozycji nasiona odmian maków o niskiej zawartości opiatów. Odmiany 'Mieszko', 'Michałko', Agat', 'Rubin' i 'Zambo' mają śladową ( od 0,04% do 0,06% ) zawartość morfiny w makówce bez nasion, wraz z przylegającą do niej łodygą o długości do 7 cm,w przeliczeniu na zasadę morfiny i na suchą masę wymienionych części rośliny. Ta makówka i łodyga to z ustawy, trzeba było sprecyzować "zawartość cukru w cukrze". Uprawia się też nadal odmiany wysokomorfinowe, czyli wszystkie z "ustawową zawartością" morfiny powyżej 0.06%. Należą do nich odmiany 'Niebieski KM', 'Modry', 'Lazur' - wszystkie są solidnie namorfinowane - od 0,55% do 1%. No i teraz będzie z mojej strony ostro - sorry Gregory może ja mam inne kubki smakowe niż uznane autorytety naukowe, które ćwierkają że nasiona maku niskomorfinowego niczym w smaku się nie różną od tych pozyskanych z maku wysokomorfinowego, ale mak tych bezpiecznych odmian jest w smaku bezpłciowy. Krótko pisząc jest do dupy! Mogą sobie oszukiwać Dżizaasa, dziecię wychowane w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, co to smak prawdziwego maku ledwie kojarzy, mnie wypasioną w latach sześdziesiątych i siedemdziesiątych na babcinych makowcach, rogalikach z makiem i torcie makowym ( o wigilijnych potrawach nie pisząc ) to mogą co nawyżej solidnie wkurzyć hucpą bredni o smaku, podawanych w "naukowym" sosie. Po pierwsze mak wysokomorfinowy jest na tyle gorzki że nawet po odparzeniu lub gotowaniu da się wyczuć specyficzną goryczkę, której jakoś nijak nie wyczuwam w maku pochodzącym z bezpiecznych makówek. Po drugie nie dość że doprawiony miodem lub cukrem mak bezpieczny ( nawet wtedy kiedy zmniejszymy zalecane proporcje) zmienia się w okrutnie słodki produkt to jeszcze przejmuje w jakiś dziwny sposób inne aromaty. Do cholery chcę jeść makowiec a nie ciasto migdałowe czy zestaw bakaliowy!
Myślałam że tylko ja tak mam i te moje kubki smakowe to są rozpustne i wyrafinowane do nieprzytomności. Okazuje się jednak że nie jestem osobliwością tralala z niezwykłym horyzontem zdarzeń, takich jak ja zdegustowanych smakiem bezpiecznych nasionek jest więcej. W najbliższym otoczeniu znalazłam siedem osób pamiętających smak starszych odmian maku i wytykających niskomorfinowym odmianom bezpłciowość smaku ich nasion. Popytałam też trochę tzw. otoczenie dalsze. Wyszło na to że większości podpytywanych ludków serwowane w niemal wszystkim glutaminian sodu, syrop kukurydziany i tzw. wzmacniacze smaku nie do końca załatwiły kubki smakowe. Mak bezsmakowy to najczęściej stosowane określenie na ziarenka dostępne w sklepowej ofercie. Dżizaas zrobiła bardzo dobry tort, krem kawowy wspaniały, bakalie użyte w odpowiedniej ilości, konsystencja makowego ciasta idealna - żeby to jeszcze był smak prawdziwego maku! No to by była poezja! Tylko żeby taką poezję uzyskać trzeba by przejść do podziemia i zająć się uprawą maku na nielegalu ( na własne potrzeby to w świetle wiadomej ustawy nie ma szans - wszystko do zakontraktowania ). Te obostrzenia ustawowe dotyczące upraw maku jakoś zjawiska narkomani nie zlikwidowały za to zmniejszyły znacznie chęć uprawy tych roślin przez rolników. Ostatnio sprowadzają ludeczkowie mak z Bliskiego Wschodu. Dopiero się robi zabawnie. To historyjka z października tego roku. U pewnej pani wykryto podczas badania moczu śladowe ilości opiatów, panią rzecz jasna posądzono o zażywanie tzw. substancji niedozwolonych. Okazało się że nie tylko owa pani ale i jej mamusia podjadły sobie drożdżówek z pewnej krakowskiej piekarni. Ponoć bardzo smaczne te drożdżóweczki. W tym miejscu następuje moim zdaniem najzabawniejsza część całej tej "narkotykowej afery" , zacytuje za TOK FM - "Lekarze i pracownicy jednego z laboratoriów postanowili sami sprawdzić, czy to prawda - kupili w kilku sklepach tej samej sieci ciastka z makiem i je zjedli. Dzisiaj rano wszyscy mieli dodatnie próby, czyli u nich również stwierdzono opiaty w moczu. Na szczęście stężenie, jakie u nich wykryto, nie zagraża życiu. Co więcej, osoby, które zjadły takie drożdżówki, nie czują żadnych skutków ubocznych, nie wiedzą, że znajdują się pod wpływem opiatów". Rany , poświęcenie medyków i laborantów nie zna granic! Chyba zacznę rozważać zatrudnienie się w jakimś laboratorium sanepidowskim, choćby w charakterze gońca! Zawsze się będę mogła poświęcić w razie wpadki z makiem jakiejś piekarni czy cukierni. A co poczują kubeczki smakowe to moje!
czwartek, 27 listopada 2014
Zakupy irysowe czyli "rozpasanie kontrolowane"
Rzecz jasna zbitka słów "rozpasanie kontrolowane" to klasyczny oksymoron, rozpasanie dlatego jest rozpasaniem bo brak nad nim jakiejkolwiek kontroli. Zdaję sobie z tego świetnie sprawę ale zakupoholizm irysowy podsuwa mojemu zdemoralizowanemu ja usprawiedliwienie niecnych uczynków pięknymi słówkami pisane . Z kasą muszę się obchodzić nader ostrożnie ( tzw. inwestycje konieczne ) a tu rozkosze bródkowe ( i nie tylko ) czyhają. Na pierwszy ognień poszła Australia. Barry Blyth tradycyjnie wyrąbał katalog przy którym dostałam oczopląsu. Na jedno szczęście od pewnego czasu nie kręcą mnie TB ( no i bardzo dobrze, bo tylko wór zawiesić by mi przyszło na kiju i udać się w świat wraz z kłączami - koty by mi wcześniej rodzina odebrała plując jadem w moim kierunku ). Prawie całą swoją uwagę i najlepsze miejsca w ogrodzie poświęcam niższym kategoriom bródek. Z Tempo Two postanowiłam w tym roku sprowadzić głównie irysy IB. Wpływ na tę decyzję miał dobry sezon tej kategorii na rabacie podwórkowej ( w ogrodzie oberwały niestety na skutek przymrozków ). Przyjedzie też jeden SDB, który będzie uzupełniał dział fioletów i niebieskości. 'Devoted' zawsze "podpaszał" mi kolorami, mam słabość do łączenia "blue and burgundy". Nie dość że bicolor w moich barwach to jeszcze z białą bródką na dodatek. No i wiadomo, dobry domek bo to introdukcja Paula Black'a. Do towarzystwa karzełkowi dobrałam naprawdę miłych i urodnych kolegów - mój wybór IB to 'Irish Dancer', 'Palaver' i 'Party Boy' .
Na Australii światek irysowy się nie kończy, w tym roku starannie "wywierciłam brzusznie" od Roberta nowe siewki najbardziej obiecujących maluchów. Będę je dzielnie testować w Alcatrazie i mam wrażenie że przynajmniej dwie z nich zasłużą sobie na miano odmiany ( znaczy Robert nie będzie wybrzydzał jak to on zawsze, z tymi kopułkami, ilością pąków, pędami, kolorkiem i wszystkim tym "co nie jest wiesz" ). Ponadto najwyższy czas żeby i u mnie zagościł ten mocny odcień fioletu jaki ma 'Duma Jaźwinu' ( coś ostatnio za mną łażą niuanse odcieni fioletu ). Ponadto chciałabym się nieco bliżej zapoznać z introdukcjami Tasquiera, taka 'Jolie Mome' bardzo do mnie przemawia. No i 'Ksar' tego samego hodowcy, który powinien być idealnym uzupełnieniem do 'Cat's Eye'. Do tego jeszcze dwa "blacki"- 'Pussycat Pink' i 'Raspberry Tiger'. To są pewniaki, leniwie się natomiast zastanawiam nad kolejnymi "tasquierami' - 'Smalltown Boy' i 'Yoruba'. I to jeszcze nie jest cała groza rozpusty w której zamierzam się tarzać jak Rzymianie w płatkach róż, wszak przede mną wiosenna wizyta ( tym razem nie odpuszczę ) u Ewy i Andrzeja. Normalnie strach się bać! "Obrazki ilustrujące" to dzieło Sir Lawrence Alma Tadema "Róże Heliogabala" z 1888 roku. Pisałam ja, Wasz Heliogabal, hodowca i trener irysowy drugiej klasy.
Na Australii światek irysowy się nie kończy, w tym roku starannie "wywierciłam brzusznie" od Roberta nowe siewki najbardziej obiecujących maluchów. Będę je dzielnie testować w Alcatrazie i mam wrażenie że przynajmniej dwie z nich zasłużą sobie na miano odmiany ( znaczy Robert nie będzie wybrzydzał jak to on zawsze, z tymi kopułkami, ilością pąków, pędami, kolorkiem i wszystkim tym "co nie jest wiesz" ). Ponadto najwyższy czas żeby i u mnie zagościł ten mocny odcień fioletu jaki ma 'Duma Jaźwinu' ( coś ostatnio za mną łażą niuanse odcieni fioletu ). Ponadto chciałabym się nieco bliżej zapoznać z introdukcjami Tasquiera, taka 'Jolie Mome' bardzo do mnie przemawia. No i 'Ksar' tego samego hodowcy, który powinien być idealnym uzupełnieniem do 'Cat's Eye'. Do tego jeszcze dwa "blacki"- 'Pussycat Pink' i 'Raspberry Tiger'. To są pewniaki, leniwie się natomiast zastanawiam nad kolejnymi "tasquierami' - 'Smalltown Boy' i 'Yoruba'. I to jeszcze nie jest cała groza rozpusty w której zamierzam się tarzać jak Rzymianie w płatkach róż, wszak przede mną wiosenna wizyta ( tym razem nie odpuszczę ) u Ewy i Andrzeja. Normalnie strach się bać! "Obrazki ilustrujące" to dzieło Sir Lawrence Alma Tadema "Róże Heliogabala" z 1888 roku. Pisałam ja, Wasz Heliogabal, hodowca i trener irysowy drugiej klasy.
środa, 26 listopada 2014
Katarzynki
Minęły doroczne obchody "Świąt wszelakich związanych z Mła". Nie ma ich dużo bo ledwie dwie uroczystości do odbębnienia ( matka to ze mnie jedynie psio - kocia, babcizm też odpada, Dnia Siostry czy Dnia Ciotki jeszcze nikt nie wyznaczył, mogę jeszcze najwyżej osobiście obchodzić Święto Strażaka z racji "gaszenia pożarów" ). Obchodzę znaczy urodzinki i imieniny czyli tzw. dzień patrona. Jakimś cudem żadna Tabazella nie dostąpiła zaszczytu świętych obcowania i zostałam oddana pod opiekę św. Katarzyny z Aleksandrii. Wieilkomuczenica Jekaterina ,święta Kościoła katolickiego i Kościoła prawosławnego ponoć nigdy nie istniała, legenda znaczy, ale pierwowzorem na którym oparto oficjalny żywot świętej miały być dzieje Hypatii z Aleksandrii. Nieco to zakręcone zważywszy na to że tolerancyjną "z urodzenia pogankę" ( wygląda na to że była agnostyczką, nic nam nie wiadomo żeby wyznawała jakiś kult ) ponoć "załatwił" za pomocą parabolanów ( bractwa duchownych chrześcijańskich najniższego stopnia co to miało się zajmować opieką nad chorymi i grzebaniem zmarłych a zajmowało się głównie produkcją inwalidów i trupów ) niejaki Cyryl z Aleksandrii, awansowany do grona świętych. Ponoć z zazdrości o popularność wśród chrześcijańskich ( i nie tylko ) aleksandryjczyków, choć być może tak naprawdę jego rola sprowadzała się jedynie do tolerowania nietolerancji religijnej. Zazdrość czy pobłażanie skutek ten sam - Hypatię paskudnie zabito, chyba głównie za to że była ponad konflikty religine i w związku z tym cieszyła się powszechnym szacunkiem. Nijak nie pasowała do świata który przypisywał realną władzę walczącym frakcjom religijnym. Kojarzono ją ze stronnictwem namiestnika cesarza a mam wrażenie że główny problem w jej wypadku polegał na tym że była tak naprawdę niezależna. W dodadku we wczesnochrześcijańskim świecie stanowiła żywe zaprzeczenie słów św. Pawła o roli kobiety. Śmierć Hypatii wywołała spory skandal, trzeba było coś z pr zrobić - pojawiła się św. Katarzyna.
No to w sumie niezła patronka mi się trafiła - święta "wolnomyślicielka". Oczywiście oficjałka o św. Katarzynie nie mogła puścić opowieści ze św. Cyrylem w roli "Złego". Wątpliwy zaszczyt odgrywania tej roli przypadł cesarzowi Maksencjuszowi ( on i tak miał kiepską prasę, stanął na drodze samemu Konstantynowi ) lub cesarzowi Maksymianowi ( knował wraz z Maksencjuszem w Italii, też się nadawał na "Złego" ). Św. Katarzyna legendarna w genialny sposób miała dowieść w dyspucie pięćdziesięciu pogańskim filozofom wyższości doktryny chrześcijańskiej nad wszelkimi innymi doktrynami. I za to została ścięta ( koło, którym miała być łamana w ramach obowiązkowych dla chrześcijańskiego męczennika tortur, zostało starannie usunięte przez anioła - Hypatia nie miała tyle szczęścia, zabito ją ostrakonami ). Św. Cyryl z Aleksandrii uznany został za ojca i doktora Kościoła i jakoś mało się dziś o nim pamięta, może z tego powodu że tzw. dogmaty maryjne nie są obecnie w centrum sporów teologicznych ( pięćset lat po Lutrze temperatura dysput mocno spadła, o tym żeby powtórzyła się historia z IV wieku to w ogóle mowy nie ma - nastąpiło okopanie się na pozycjach a współczesne Kościoły chrześcijańskie mają inne problemy teologiczne do przerobienia ). Cyryl znaczy nie jest takim przypadkiem jak św. Augustyn, którego teologiczne rozważania rzutują na współczesne chrześcijanstwo. Zważywszy na osobę historycznego Cyryla, takiego odartego z nimbu świętości, to może i dobrze. A Katarzyna czyli "Hypatia Ukryta"? Ma się całkiem nieźle, Katarzyn na świecie więcej od Cyrylów. Co prawda w dzisiejszym laicyzującym się społeczeństwie zdaje się mało kto tak naprawdę myśli o wstawiennictwie patronów, rola świętych ulega zmianie i w samych Kościołach. Imieniny jednak to obrządek w naszym kraju nadal powszechny. Rzekłabym starannie celebrowany! No i w Polszcze w ramach bonusa mamy piernikowe katarzynki, ale to już raczej temacik dla Dżizaasa.
No to w sumie niezła patronka mi się trafiła - święta "wolnomyślicielka". Oczywiście oficjałka o św. Katarzynie nie mogła puścić opowieści ze św. Cyrylem w roli "Złego". Wątpliwy zaszczyt odgrywania tej roli przypadł cesarzowi Maksencjuszowi ( on i tak miał kiepską prasę, stanął na drodze samemu Konstantynowi ) lub cesarzowi Maksymianowi ( knował wraz z Maksencjuszem w Italii, też się nadawał na "Złego" ). Św. Katarzyna legendarna w genialny sposób miała dowieść w dyspucie pięćdziesięciu pogańskim filozofom wyższości doktryny chrześcijańskiej nad wszelkimi innymi doktrynami. I za to została ścięta ( koło, którym miała być łamana w ramach obowiązkowych dla chrześcijańskiego męczennika tortur, zostało starannie usunięte przez anioła - Hypatia nie miała tyle szczęścia, zabito ją ostrakonami ). Św. Cyryl z Aleksandrii uznany został za ojca i doktora Kościoła i jakoś mało się dziś o nim pamięta, może z tego powodu że tzw. dogmaty maryjne nie są obecnie w centrum sporów teologicznych ( pięćset lat po Lutrze temperatura dysput mocno spadła, o tym żeby powtórzyła się historia z IV wieku to w ogóle mowy nie ma - nastąpiło okopanie się na pozycjach a współczesne Kościoły chrześcijańskie mają inne problemy teologiczne do przerobienia ). Cyryl znaczy nie jest takim przypadkiem jak św. Augustyn, którego teologiczne rozważania rzutują na współczesne chrześcijanstwo. Zważywszy na osobę historycznego Cyryla, takiego odartego z nimbu świętości, to może i dobrze. A Katarzyna czyli "Hypatia Ukryta"? Ma się całkiem nieźle, Katarzyn na świecie więcej od Cyrylów. Co prawda w dzisiejszym laicyzującym się społeczeństwie zdaje się mało kto tak naprawdę myśli o wstawiennictwie patronów, rola świętych ulega zmianie i w samych Kościołach. Imieniny jednak to obrządek w naszym kraju nadal powszechny. Rzekłabym starannie celebrowany! No i w Polszcze w ramach bonusa mamy piernikowe katarzynki, ale to już raczej temacik dla Dżizaasa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)































