czwartek, 11 grudnia 2014

Koci grudzień

W domu trwa akcja Świąteczne Porządki w związku z którą mam ochotę przetrzepać skórę kotom.  Towarzystwo czterołape kombinuje  jakby tu zniweczyć mój sprzątalniczy trud. Nie dość że bezczelnie usiłuje skakać na "zakazane" kuchenne blaty to jeszcze przesiaduje  w komorach zlewozmywaka. Eksmitowane wraca  z miauczeniem pełnym pretensji, ba, nawet zdarzały się już harde pomruki w moim kierunku. Znowu wyjęłam ścierę dyżurną ( taka specjalna, tylko na koty przeznaczona ) i zaczynam kociarstwo nią  trzepać. To sprawdzona metoda,  niemal tak skuteczna jak akcja ze spryskiwaczem. Nawiasem pisząc zadziwiające jest że moje koty lubią  zabawy z wodą, te wszystkie łapanie ściekającej z kranu wody,   podstawianie ciałek pod ciepły strumień,  brodzenie w  napełnianej wannie ( stanowczo zakazane ),  a  wody ze spryskiwacza nie cierpią. Nie dodaję do niej niczego, czysta woda ale koty  zwiewają jakbym je traktowała gazem pieprzowym. W  przypadku Lalka wystarczy samo sięgnięcie  po spryskiwacz, reszta  żywi  jeszcze złudzenia że  ten przedmiot w  moich  rękach nie koniecznie znaczy że zaraz będzie pryskanie  po obrzydliwie bezczelnych sznupach. Jak orientują  się że nie ma zmiłuj przy wejściu do pokoju ( miejsce  ich kryjówek ) mam tzw. korek ucieczkowy - wszystkie bestie naraz usiłują przedrzeć się przez  uchylone drzwi. Przez  jakiś czas jest spokój ale nie na długo,  po chwili któreś z  bandy zapuszcza  mało dyskretnego żurawia do kuchni. Jak nie zamknę drzwi albo nie  będę furczeć  ścierą w ich kierunku za  pół godziny najpóźniej, będę miała całą piątkę  asystującą mi przy  porządkach

Przed nami jest coroczna pogadanka bombkowa - koty a świecidełka choinkowe to dramat i to niemal szekspirowski (  jeszcze trochę i  tak jak u angielskiego mistrza, tylko sufler pozostanie żywy, wrrrr.... ).  Miło wspominam te czasy kiedy w pokoju  w którym  stoi choinka  rezydowała Azalska z Tabisią. Poza jednym incydentem ( wyżarcie przez psice pierniczków powieszonych na choince ) nie było ekscesów. Koty doskonale wiedziały że pokój choinkowy  należy do suczek, które pilnują świętości choinki i nie ma się tam co zapuszczać w celach rozrywkowych  ( kociarstwo zadowalało się wówczas złodziejstwem gwiazdek używanych do ozdabiania prezentów  - potem się je turlało po podłodze, sama radość ). Generalnie obchody świąt Bożego Narodzenia z towarzystwem  mieszanym czyli kocio  psim  były mniej dla  mnie stresujące. Od  kiedy koty stały się jedyną żywiną  w domu,  pozwalają sobie na "o wiele za dużo". Co prawda Lalek jako najstarszy i najlepiej wychowany z moich kotów już dawno ogłosił tzw. desinteressment w kwestii bombkowej, ale pozostałe działają z taką energią że  lalkowy brak aktywności nie wpływa znacząco na ilość potłuczonych bombek.  Co roku odnotowuję stłuczki pokotowe i mam stracha przed zawieszaniem najładniejszych bombek. Próbowałam ubierać choinkę w  innych stylach ( eko - słomianki, papierowe cudeńka, choinka z wikliny w  stylu "modern" ) ale najbardziej mnie chwyta  za serducho choinka zabombkowana szklanymi bombkami - wspominkowa z dzieciństwa.

Jeżeli koty nadal będą  uniemożliwiały mi ubieranie drzewka  "po mojemu" to znajdą  pod  przyszłoroczną choinką.......psa, ha, ha! Skończą  się wtedy dzikie ekscesy  i szarogęszenie. Szpagetka,  Sztaflik, Okularia  i Felicjan  będą  wówczas chodziły jak w zegarku  ( Felicjan to może wtedy pochodzić sobie i na  Wysoki Zamek albo  Kopiec Kościuszki ). Zajadły kundelek to jest osoba, która przydałby się  kotom. Niezbyt duży ale i nie mały,  tak żeby w piątkę  ( bo nie mam złudzeń że  Lalek nie dołączy do próby buntu ) nie dały mu rady. Master and Commander, kapitan zespołu,  delikatnie podgryzający kocie tyłki szefunio.
Tak, tak luba ta wizja serduszku - w domu zaczyna panować porządek, nie żeby tam zaraz  pruski dryl ale poszanowanie dla mojego zdania i mojej własności. Koty ułożone, bombki bezpieczne, sprzątanie  łatwiejsze. Psia "prawa ręka" pilnuje stadka, rozstrzyga spory,  udziela  reprymend i łask.Wykonuje wszystko to co tak dzielnie i wspaniale robiła Azunia  ( Tabisia była od polityki międzynarodowej, znaczy załatwiała sprawy z sąsiedztwem ). Ja występuję w mojej  ulubionej roli dobrej carycy matuszki, która to ma złych bojarów. Sam miód i niewinność ze mnie, he, he! Zero ściery, spryskiwacz pracuje  nad  araukarią i żadnych stresów bombkowych. W jutrzejszej pogadance przedświątecznej  przy przeglądzie bombek oznajmię kotom dobrą nowinę - Mikołaj w  przyszłym roku przyniesie im pod  choinkę psa! Za karę!!! He, he, he.

wtorek, 9 grudnia 2014

Rododendronarium skarpkowe - część druga

Rododendronarium skarpkowe właściwe rodziło się w  bólach. Nie szła mi na nim robota jak rzadko. Zważywszy na ilość gruzu uzbieranego  podczas wykopków  to właściwie  nie ma się czemu dziwić. Rodki, które zaplanowałam posadzić na tym stanowisku miały być samograjami, roślinami o charakterze twardym jak stal,  takie Pawki Korczaginy rabaty rododendronowej. Zakupy niestety czyniłam  w niewłaściwych źródełkach, które  dodatkowo mnie  dezinformowały (  baaaardzo odporny ten rododendron jest, baaaardzo ) , był  to  bowiem  jeszcze czas  błędów i całkowitych ich   wybaczeń. Wskutek tej błędnej  polityki zakupowej  nie wszystkie  rodki okazały się ascetycznymi  Korczaginami, co niektóre miały znacznie  więcej ze zdradzieckiego charakteru Pawlika  Morozowa.  Dotyczyło to  zwłaszcza  odmian o jasnoróżowych kwiatach,  te okwiatach  z odcieniem fioletu  mają często  w  rodowodzie jako  bliskiego przodka, rododendrona katawbijskiego Rhododendron catawbiense, który nie zalicza się  do rododendronowych delikatesów. Prześliczne  i dzwonkowe   bladoróżowe kwiaty  rododendronów Williamsa Rhododendron williamsianum cieszyły  mnie tylko dwa sezony, te rodki odfrunęły z  królikami pierwszej ostrzejszej  ( zaznaczam ostrzejszej a nie  ostrej  ) zimy. Pożegnałam się zatem z możliwością  wczesnego kwitnienia  na rododendronowej  skarpce, nie dla mnie te radości. Są w Polsce co prawda dostępne w handlu  i z powodzeniem w łódzkim uprawiane odmiany Rhododendron williamsianum, cóż z tego kiedy mnie nijak  nie kręcił  'Gartendirektor  Glocker' czy  'Aprilglocke'. Bardziej podobają mi się 'Claudius'  czy 'Gartendirektor Rieger', odmiany znacznie słabiej znoszące naszą  centralno - polską zimę (  ta ostatnia odmiana  wypadała u mnie dwa razy ).

Trudno, do znoszenia naszych zim  wszystkich odmian rodków wytresować się nie da.  Poległam na  rodkach Williamsa ale  całkiem dobrze  poszło mi z  yakuszimankami  czyli  odmianami wywodzącymi swój  rodowód od Rhododendron yakushimanum. To  grupa rododendronów dorastających średnio do metra wysokości i tylko nieco większej niż ten metr szerokości. Są  dość odporne  na zimowe ekscesy pogodowe,  mało kłopotliwe w uprawie  i stanowią wdzięczny materiał do komponowania grup z rodków. Ich niewielkie gabaryty sprawiają że idealnie nadają się na przody rodkowych rabat,  w małych ogrodach można  z nich tworzyć całe rododendronaria.  kwitną  w maju, w czasie największego rodkowego szaleństwa. Moja przygoda z  tą  grupą  rodków jeszcze się nie skończyła, nadal poszukuję  ciekawych odmian na  stanowiska na najniższej części rabaty skarpkowej.  Ta część rabaty w  moim zamyśle miała być obsadzona azaliami japońskimi ale doszłam do wniosku że i w tym miejscu dobrze  będą  wyglądały rośliny o nieco większych liściach  i przede wszystkim  o nieco większych kwiatach. Chciałabym uzyskać podobny efekt jak w rododendronarium przy oczku wodnym,  gdzie azalki udało się  nieźle  wkomponować w rodki ( bergenie, paprocie i kokoryczki  to zasłużeni "najlepsi przyjaciele rododendronarium" - skorzystam z  tych roślin w  nasadzeniach azalkowo - rodkowych w rododendronarium skarpkowym ).

Azalie japońskie Azalea japonica mają jak dla mnie jedną  zasadnicza przewagę nad  rododendronami - ich liście  przebarwiają się jesienną porą. Niestety liście odmian  o jasnych kwiatach,  mimo słoneczka zaglądającego często na stanowisko na  którym te azalki są posadzone, nie przebarwiają się aż tak spektakularnie jak  liście azalek  o ciemniejszych kwiatach. No cóż,  nie  można mieć wszystkiego,  postawiłam na azalki o kwiatach jasnych i dodatkowo o zdublowanej ilości płatków to nie mam co wyrzekać  że jesień  tylko od czasu do czasu, w baaaardzo sprzyjających warunkach bywa kolorowa z  azalkowej strony.  Są na rabacie rodkowej zjawiska, które bardziej mnie złoszczą, niż  takie sobie przebarwienia  liści azalek japońskich. Liście zimozielonych rodków jesienią  jeszcze dają radę i wyglądają całkiem poprawnie, natomiast w mroźnawe zimowe dni walą po oczach zwiniętymi smętnie blaszkami. Jedna moja cooleżnka bardzo  dobrze określiła wygląd zimowy rodków - krzewy w stanie permanentnej impotencji. Łeeee!

W rododendronarium skarpkowym na najniżej położonych stanowiskach rosną dwie wspaniałe odmiany japońskich azalek -  'Schneeperle' (  fotka nr 3 ) i silnie rosnąca 'Elsie Lee' ( fotka nr 4 ). Swego czasu miałam bardzo niedobre doświadczenia z odmianami o  dubeltowych kwiatach (  złej pamięci 'Rosebud', niech ją gęś  kopnie ) i przyznam że  byłam zaskoczona  odpornością tej dwójeczki.  Niewątpliwie te azalki zasługują na większą ilość miejsca na rabacie. Najbliższym towarzystwem jest dla nich piękny rododendron  'Caroline Allbrook' ( zdjęcie nr 6 ),  moim zdaniem jeden z najpiękniej kwitnących  rododendronów  z grupyYakushimanum.  Nieco tylko  dalej rośnie standardowa odmiana rodka yakuszimańskiego  - 'Lumina'.  Jak  wcześniej napisałam na tych dwóch yakuszimankach nie zamierzam zakończyć sadzenia rodków  tej grupy. Pilnie przeglądam co tam nowego pojawia się w  moich źródełkach.  Jak do tej  pory najbardziej zacięty bój o miejsce w Alcatrazie toczą odmiany 'Silbervolke' i 'Sneezy'. Ta ostatnia nieco słabnie w rankingu - landrynkowy kolorek jej kwiatów to może nie jest akurat to o czym marzę w  tym konkretnym miejscu.



Teraz o rododendronach z grupy  Hybrid. Na  położonym troszkę wyżej na  skarpce  stanowisku rosną dwie odmiany rododendronów kupione w amoku tzw. miłości od  pierwszego wejrzenia - 'Progres' i 'Danuta'. 'Danuta'  ( zdjęcie nr 1 ) ma olbrzymie kwiaty,  niemal 9 cm średnicy i kwiatostan zbudowany z 11 -13 kwiatów. Podczas kwitnienia sprawia że opada mi szczena, niestety jest z tych wrażliwych rodków. Temperatura zimowa jaką  jest w stanie znieść bez  uszczerbku to na maksa - 22 stopnie.  'Progres'  ( na  fotce  obok  ) jest kameleonem, jego kwiaty bledną jak kwiaty yakushimanek. Zaczyna mocnym ciemnym różem , kończy śmietankową  bielą. Na fotce obok faza "środka" kwitnienia. Urody kwiatom tej odmiany dodaje fryzowanie brzegów płatków. Podobnie  jak  'Danuta' gigantycznych rozmiarów i  'Progres' nie osiągnie, to są takie rodkowe średniaki. 'Progres' ma wytrzymywać do - 22 stopni ale u mnie wytrzymał na skarpce mroźniejsze zimy, ta odmiana wydaje mi się bardziej odporna niż 'Danuta'. Dwa  kolejne różaneczniki z tego poziomu skarpki to rosnące troszkę z boku 'Pfauenauge' i 'Azzuro' ( fotka nr 9 ). Czasem się zastanawiam co kierowało moim wyborem przy zakupie  tych rodków, Szczerze pisząc nie bardzo  pamiętam a na widok ich kwiatów nie doznaję dziś  jakichś sensacji mentalnych. No może 'Azzuro' to  i fryz brzegów  płatków  i kolorek ale  na tle innych moich rodków jakoś specjalnie się urodą nie wybija. 'Pfauenauge' jest na rabacie ledwie zauważalny, może to wina zestawienia, będę  musiała nad tym pomyśleć.

Najulubieńsze rodki o fioletowych kwiatach rosną nieco wyżej  - Tamarndos' ( fotka obok ) i 'Libretto' ( fotka nr 2 ). Obydwie odmiany kwitną późno, na  przełomie  maja i czerwca. Kręcą mnie jaskrawo - pomarańczowo - żółte znamiona utworzone z kropek.  Bardziej do mnie przemawiają  niż ciemne znamiona rosnącego nieopodal  rodka  'Rasputin' czy wspomnianego już  'Azurro. Rododendrony okwiatach z jasnymi znamionami sprawiają wrażenie weselszych.  Może dlatego moją wielką sympatia cieszy się 'Purpureum Grandiflorum' ( zdjęcie nr 10 ), bardzo silnie rosnący rodek, posadzony z boku rabaty, na mniej więcej tym samym poziomie co  'Progres' i 'Danuta'. To klasyczny zawodnik wagi ciężkiej - wyrośnie na potwora i wytrzyma  paskudne spadki temperatury. Zastanawiam się  czy nie dosadzić mu do towarzystwa jakiegoś odpowiedniego wzrostem  kolegi kwitnącego na biało ( może Rhododendrn catawbiense  'Album' - grałoby i ze względu na termin kwitnienia  ). Na skarpce rosną jeszcze dwa rodki - jeden  z  nie najlepszego źródełka,więc  nie do końca  jestem pewna czy ta moja  'Pink Pearl'  ( zdjęcie nr 11 ) jest właśnie tą odmianą i poczciwina 'Album novum'. Rododendronorium  skarpkowe jest nadal w budowie, za mną wykonanie około 3/4 gryplanu,  przede mną jeszcze wiele  roboty.Może za parę lat da się pokazać nieźle wyglądające tzw. szersze plany z  tej części ogrodu.



sobota, 6 grudnia 2014

Rododendronarium skarpkowe - część pierwsza

Alcatraz  jest na  tyle dużym ogrodem że zmieściły się w nim  dwa rododendronaria - pastelowe  rodki i azlki posadzone są w  okolicach oczka wodnego ( w tym miejscu  jest też  najlepszy klimat dla  bardziej wrażliwych  odmian ) a  rodki o ciemnych fioletowych i czerwonych kwiatach, czyli przeważnie te twardsze odmiany, rosną  w  przeciwnym  końcu ogrodu.  Sadzenie rozpoczęłam od  małej skarpki utworzonej dawno  - dawno temu podczas kopania  tzw. szczeliny przeciwlotniczej. Nie  wiem czy używam fachowego terminu, nigdy z  bliska tego  "urządzenia"  nie  widziałam, z  tego co wiem schrony na  terenie  mojej nieruchomości wybudowano w czasch II Wojny  Światowej, czyli akurat wtedy  kiedy pradziadki guzik  miały do gadania w swojej nieruchomości a  wieści co się  na niej dzieje dostawali pocztą pantoflową.  Po  wojnie pradziadki i dziadki nadal sobie  mogły pooglądać własność zza płota i sprawa schronów nie była  wyjaśniona, nawet  wtedy gdy komuna  troszkę nam poluzowała (  zderzyliśmy się z tajemnicą dotyczącą  obrony cywilnej ). Po tzw.  przemianach tajemnica  się odtajemniczyła i wyszło na to że mamy do czynienia z  jakimiś ruinami dawnych schronów, których malutka część znajdowała się pod naszą działką.

Ruiny nie nadawały się do eksploatacji i w związku ze związkiem nie  pełnią już  funkcji obronnych, jakie  miały pełnić. Ślady po nich jednak pozostały i południowo  - wschodnia część Alcatrazu ma nieco podniesiony poziom gleby w stosunku do reszty ogrodu.W najwyższym punkcie  owego wzniesienia, w czasach Alcatrazu  pierwotnego posadziłam iglaki.  Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to że  takowa  moda  wtedy była, he, he. Tak naprawdę byłam wtedy osobą zaczynającą swoją  przygodę z ogrodnictwem  i budowałam dopiero szkielet ogrodu. Iglaki w tym miejscu  okazały się nasadzeniem trafionym, dającym solidne  oparcie  dla oczu, osłaniającym  nasadzenia  wymagające lekkiego cienia. Nie posadziłam  gatunków  osiągających niebotyczne  rozmiary a ich odmiany, rosnące  znacznie mniej silnie. Swoje miejsce znalazły tam jałowce chińskie, pośrednie i skalne, sosna kosówka i dwa  świerki gniazdowe. Większymi iglakami są  choina kanadyjska ( starannie  przycinana ) i sosna  himalajska (  no bywam czasem nie najrozsądniej zauroczona ). Poniżej punktu zaiglaczenia  utworzyła  się od  północnej strony mała nisza - spadek terenu  wprost wymarzony dla rodków.  Niestety  praca nas tą skarpką okazała  się drogą przez mękę, ilość gruzu w  glebie skarpkowej była dobijająca. Odgruzowywanie i przygotowanie gleby pod nasadzenia z rodków zajęło mi sporo czasu, nie chodziło  tylko o to żeby wszystko wyczyścić  z odłamków cegieł, betonu i kamorów.  Skarpka  miała na  tyle ostry spad że trzeba było troszkę  pokombinować  żeby nie spłynęła  wraz z deszczami zanim rodki się  dobrze na niej zakorzenią  ( a system korzeniowy u nich to też nie z tych co to zwały ziemi podtrzymuje ).  Trzeba było w dwóch  miejscach trochę podmurować i posadzić trochę roślin, których  korzenie poprzerastałyby  glebę i uniemożliwiłby  spłynięcie skarpki.



Nie wszystkie z  nasadzeń "podtrzymujących" okazały się właściwe, z niektórymi  "podtrzymywaczami" walczę do dziś. No cóż, błędy młodości się kłaniają. Obecnie kombinuje jak się pozbyć resztek "podtrzymywaczy" i  zastąpić je roślinami mniej ekspansywnymi i przede wszystkim  milszymi dla rodków. Oczywiście funkie ale nie tylko, widzę w tym miejscu  całkiem niezłe stanowisko dla kokoryczek,  tych większych a nawet bardzo dużych. Może też stanowisko dla  paprotników, zaczynam powoli dochodzić  do wniosku że paprotniki,  podobnie jak nerecznice,  są paprociami nie do zdarcia. Co  do  host to kolorki  hostowe  raczej niebieskie i  zielone, żadnych neonów czy zapierających dech w piersiach "cudownych wzorków".  Rozmiary też z tych słuszniejszych, wszak większość rodków na skarpce do nie karzełki. Co prawda na dole skarpki rosną  sobie  jakuszimanki  i azalki  japońskie ale  większość rodków ma  docelowo osiągać  około 150 cm wzrostu. Rośliny towarzyszące nie mogą  zatem być   piciumiaste i mało widoczne.

Teraz  trochę o odmianach rodków, które  egzystują  w tym kątku Alcatrazu. Kolorystycznie miało wyglądać to tak  - w najciemniejszym stanowisku posadzić rodki o jasnych  kwiatach, a w miejscach jaśniej oświetlonych  odmiany o kwiatach czerwonych i fioletowych. Oczywiście życie zweryfikowało gryplany - część rodków o ciemnych kwiatach nie nadaje  się nawet na półcieniste  stanowiska, dotyczy to  szczególnie odmian o kwiatach w  odcieniach czerwieni. Zgroza  i ból zęba z tymi odmianami - nie dość że kwiaty źle reagują  na słońce to jakby było mało, zbyt zacienione miejsce nie sprzyja ładnemu pokrojowi krzewów. Wiele odmian o czerwonych kwiatach ma tzw. luźny pokrój. Przycinanie rodka niewiele pomaga, a w warunkach klimatycznych Alcatrazu  przycinanie rodków w prawidłowym terminie oznacza brak kwiatów  w przyszłym sezonie.  Miłośnicy rodków czerwonokwietnych starannie  wybierajcie odmiany, które sadzicie! Mniej stresu przy dobrej odmianie.


Z rodkami o kwiatach w  odcieniu różu też bywa zabawnie. Prześliczna  odmiana 'Progres' zaczyna kwitnienie jako  ciemnoróżowo kwitnący rodek a kończy jako odmiana o kwiatach niemal  czysto białych.  Takie numery należy uwzględnić przy zestawieniach kolorystycznych.  Dla mnie najtrudniejsze  jednak okazało się zestawienie terminów kwitnień.  Sporą  część  rododendronowych krzaczków kupowałam w czasach kiedy tak istotne info jak to o terminie kwitnienia nie miało dla mnie specjalnego znaczenia.  Głupota boli i to mocno.  Przesadzanie rodków na mojej skarpce  nie należy do najłatwiejszych ale  nie było zmiłuj. Może różowości atakowało z całą mocą. Przesadzanie nie do końca załatwiło sprawę, trzeba było dokupić trochę rodków  w fioletach kwitnących wcześniej niż taki piękny 'Libretto'.  Dokupienie  nowych odmian wymusiło rozpełznięcie się rododendronów  i azalek o różowych i czerwonych kwiatach na Podskarpek  i Zabukszpanie. Rosną tam teraz odmiany 'Old Port', 'Purple Splendour', 'Erato', Ann Lindsay' i 'Prof. Horst Robenek'.

Przed nimi posadzone zostały małe azalki japońskie, wcześnie kwitnące rododendrony z grupy Repens -  'Baden - Baden' i  'Bad  Eilsen' ( ta  ostatnia miała zakwitać  nieco później ale bezczelnie kwitnie  w kwietniu ), a tuż  za nimi  rośnie  wspaniała azalka 'Homebusch', niewątpliwie  najobficiej kwitnąca  z  wszystkich moich azalek.
Przejściem do właściwego Rododendronarium skarpkowego jest część z tyłu Ciemiernikowszczyzny, za świerkami  Picea  abies 'Nidiformis' i sosną górską Pinus mugo  'Pumila' znalazło się na tyle dużo miejsca  że można  było posadzić  dwa  rodki. Standardowa  'Nova Zembla' i znacznie  cieplejsze w odbiorze  kwiaty odmiany 'Sammetglut' całkiem dobrze wyglądają w morzu zieleni. Nawet  pasują do czerwonawych liści berberysa rosnącego nieopodal (  tylko lekki zgrzyt kiedy zbiega się kwitnienie - żółć  berberysowych kwiatów to nie jest to przy czym  zimna czerwień kwiatów odmiany 'Nova  Zembla' wygląda najlepiej, ale da się  przeżyć bo berberysowe kwiatki małe ).Za tym czerwonokwitnącym rodkowym miejscem rozciąga się Rododendronarium skarpkowe właściwe. Ale o nim, w właściwie o rosnących na nim odmianach rodków solidniej napiszę w następnym poście.



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ho, ho, ho! - witajcie w Krainie Świątecznych Porządków

No i mamy  już najświątecziejszy  miesiąc roku. Zaczęło się mroźno, prawdziwie  po  zimowemu.  Co prawda jeszcze nie jest biało ale szczypie w  nos  porządnie.  Mnie się robi świątecznie w związku z. rozpoczęciem od...tego....ten odstajnienia stajni Augiasza czyli sprzątania chałupy.  Wiadomo, żeby  były święta  najpierw muszą  być  porządki.  Nie jestem co prawda zwolenniczką  tradycyjnych obchodów, a zwolenniczką  sprzątania przed  obchodami to jeszcze mniej  ale rzeczywistość  już nie tylko woła  wielkim głosem o  potrzebie  porządków co wręcz ryczy z siłą  zdolną  zedrzeć  z człeka ubranie. Jak  wiadomo świąteczne  porządki  najlepiej zaczyna się od porządkowania rzeczy najmniej istotnych - puszeczek z przyprawami, wpół doczytanych  książek, zaginionego pędzelka (  a gdzie są farby do tkanin? ), tej chusty  co ją kiedyś nosiłam a potem ona zniknęła i tym podobnych. Co tam okna z szybami ze szkła  półmatowego, co tam tajemnicza i groźna przestrzeń pod  łóżkiem - duperele trza  ostro porządkować. I oczywiście często przerywać robotę żeby podobnie jak Śnięty  Mikołaj z  obrazka grudniowo - zimowo odpoczywać  w  towarzystwie Najmilejszych.  Tak przeprowadzane świąteczne porządki są  moim zdankiem porządkami przeprowadzanymi właściwie, he, he. Nawet są  fajne ( czego  ja wtedy nie  odnajduję ), ale trzeba je zaczynać pierwszego dnia grudnia, tylko wtedy  jest szansa na zakończenie ich w odpowiednim terminie.

piątek, 28 listopada 2014

Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - czas na mak!


"Nadejszła wiekopomna chwila", że zacytuję Pawlaka, związana z rozpoczęciem sezonu "zimowych" wypieków. Tradycjnie czas wzmożonej aktywności cukierniczej zapoczątkowały moje imieniny. Dżizaas corocznie kombinuje co by tu i przegląda nowinkowe przepisy a ja tradycyjnie, jak zagorzały kulinarny konserwatysta, brzdąkam jej o wyższości "prawdziwych tortów" nad tortami "lekkimi, łatwymi i przyjemnymi". Uroczystość moja więc w sprawie tortowej mam najwięcej do powiedzenia. Dżizaas coś podejrzanie łatwo się godzi na moje wydziwiania, mam wrażenie że i do niej przemawia magia starych przepisów ( co nie znaczy że przy nich nie kombinuje i nie posiłkuje się "blogową" cukierniczą wiedzą ).

W  tym roku zażyczyłam sobie wykonania tortu makowego.Uwielbiam mak, rasowy ze mnie makoholik. Radość z  opiatów na słodko, można by napisać  gdyby nie  fakt że sprzedawany obecnie maczek niemal ich nie zawiera. Przynajmniej ten z pól uprawnych bo po ogrodach to stare, samowysiewające się odmiany przetrwały.W czasach powszechnej histerii antynarkotykowej władzy może nie tyle nie przyszło do głowy sprawdzanie wszystkich zapuszczonych ogródków, co raczej  dość szybko zdała sobie sprawę że zadanie jest niewykonalne i skoncentrowała się na uprawach polowych ( dzisiaj ta historia jest przerabiana na nowo z maryśką - tu pozdrowienia dla Fafika, której  kolekcja kloników palmowych zainteresowała stróżów prawa, he, he ). No cóż, głupota jak zawsze w moralne piórka się stroi  i pieje z wysokiego C - wszystkiemu winny jest dostęp do narkotyków a nie ludzie.  Handel produktami  opiatowymi na świecie  zdrowo kwitnie i cudownie się rozwija,  bo jak człowiek postanowi  odjechać  to co mu tam. Tylko że koniecznie ma  odjeżdżać  przy mocy takiego dozwolonego "twardego" odurzacza mózgu jakim jest wysokoprocentowy alkohol. Nie ja  pierwsza i  nie ostatnia czuję się zatkana hipokryzją współczesnych zachodnich społeczeństw ( i nie tylko zachodnich ). Sytuację doskonale ilustruje powiedzonko Lecha - "Stłucz se pan termometr, nie będziesz miał gorączki". Po mojemu  wygląda to tak - lepiej  nie widzieć  przyczyn tylko zwalczać skutek.. Prohibicja alkoholowa  nie zdała egzaminu (  wg. badaczy problemu koszty społeczne nie były "jednoznacznie pozytywne", bardzo oględnie pisząc ) więc  dlaczego miałaby zdać  egzamin prohibicja narkotykowa? Ludzie ćpali, ćpają  i ćpać  będą, brzydko pisząc część populacji ze skłonnością do bardzo ostrych uzależnień sama dość  szybko eliminuje się z puli genów. Poza  tym człowiek jak bardzo chce  to się uzależni od czekolady, cukru i ćpanego proszku ixi. Czekoladoholicy mogą paść  po spożyciu dziesiątej tabliczki pod  rząd, uzależnieni  od cukru zejdą prędzej czy później na cukrzycę  a najprędzej wykończą  się miłośnicy ćpania  proszku ixi.  Tylko że nikt tych śmiercionośnych potencjalnie substancji nie zakazuje.  Pewnie zyski z nielegalnie sprzedawanej działki proszku ixi nie byłyby zbyt  duże, no i sprawa wydania zakazu zwyczajnie się  nie opłaca. Poza tym takie Tabazelle  chyba wylazłyby na ulicę gdyby zakazano  sprzedaży czekolady, he, he!

Na szczęście chyba powolutku przychodzi nam otrzeźwieć  z tego antynarkotykowego amoku.  Kto wie może jeszcze kiedyś przyjdzie mi zjeść makowca z tzw. odparzanego maku, ze starych wysokomorfinowych odmian ( he, he całkowicie bezpiecznie,  w ziarnach wszak nie występują  w straszliwej ilości najbardziej "złowieszcze" substancje kojarzone z makiem ). Obecnie mamy do dyspozycji nasiona odmian maków  o niskiej zawartości opiatów. Odmiany 'Mieszko', 'Michałko', Agat', 'Rubin' i 'Zambo' mają śladową ( od  0,04% do 0,06% ) zawartość morfiny w makówce bez nasion, wraz z przylegającą do niej łodygą o długości do 7 cm,w przeliczeniu na zasadę morfiny i na suchą masę wymienionych części rośliny. Ta makówka i łodyga to z ustawy, trzeba było sprecyzować "zawartość cukru w cukrze". Uprawia się też nadal odmiany wysokomorfinowe, czyli wszystkie z "ustawową zawartością" morfiny powyżej 0.06%. Należą do nich odmiany 'Niebieski KM', 'Modry', 'Lazur' - wszystkie są solidnie namorfinowane - od 0,55% do 1%. No i teraz będzie z mojej strony ostro - sorry  Gregory może ja mam  inne kubki smakowe niż uznane autorytety naukowe, które ćwierkają że nasiona maku niskomorfinowego niczym w smaku się  nie różną od tych pozyskanych z maku wysokomorfinowego, ale mak tych bezpiecznych odmian jest w smaku  bezpłciowy.  Krótko  pisząc  jest do dupy! Mogą sobie oszukiwać  Dżizaasa, dziecię wychowane w latach  dziewięćdziesiątych XX wieku, co to smak  prawdziwego maku ledwie kojarzy, mnie  wypasioną w latach sześdziesiątych i siedemdziesiątych na  babcinych makowcach, rogalikach z makiem i torcie makowym ( o wigilijnych potrawach nie pisząc   ) to mogą  co nawyżej solidnie wkurzyć  hucpą bredni o smaku,  podawanych w "naukowym" sosie. Po pierwsze mak wysokomorfinowy jest na tyle gorzki że nawet po odparzeniu lub  gotowaniu da się wyczuć specyficzną  goryczkę, której  jakoś nijak nie wyczuwam w maku pochodzącym z bezpiecznych makówek. Po drugie  nie dość że doprawiony miodem lub cukrem  mak bezpieczny ( nawet wtedy kiedy zmniejszymy zalecane proporcje)  zmienia się w okrutnie słodki produkt to jeszcze  przejmuje w jakiś  dziwny sposób inne aromaty.  Do cholery chcę  jeść  makowiec a nie ciasto migdałowe czy zestaw  bakaliowy!

Myślałam że  tylko ja  tak mam i te moje kubki smakowe to są rozpustne  i wyrafinowane do nieprzytomności. Okazuje się jednak że nie jestem osobliwością tralala z niezwykłym horyzontem zdarzeń, takich jak ja zdegustowanych smakiem bezpiecznych nasionek jest więcej. W najbliższym otoczeniu znalazłam siedem osób pamiętających smak starszych odmian maku i wytykających niskomorfinowym odmianom bezpłciowość  smaku ich nasion. Popytałam też  trochę tzw.  otoczenie dalsze.  Wyszło na  to że większości podpytywanych ludków serwowane w niemal wszystkim  glutaminian sodu, syrop kukurydziany i tzw. wzmacniacze smaku nie do końca załatwiły kubki smakowe.  Mak  bezsmakowy to najczęściej stosowane określenie na ziarenka dostępne w sklepowej ofercie. Dżizaas zrobiła  bardzo dobry  tort, krem kawowy wspaniały, bakalie użyte w odpowiedniej ilości, konsystencja makowego ciasta idealna - żeby to jeszcze  był smak prawdziwego maku! No  to by była poezja! Tylko żeby taką poezję  uzyskać  trzeba by przejść do podziemia i zająć  się uprawą maku na nielegalu ( na własne potrzeby to w świetle  wiadomej ustawy nie ma szans - wszystko do zakontraktowania ). Te obostrzenia ustawowe dotyczące upraw maku jakoś  zjawiska narkomani nie zlikwidowały za to zmniejszyły znacznie chęć  uprawy tych roślin przez rolników. Ostatnio sprowadzają ludeczkowie mak z Bliskiego Wschodu.  Dopiero  się  robi zabawnie. To historyjka z października  tego roku. U  pewnej pani wykryto podczas badania  moczu śladowe ilości opiatów, panią  rzecz jasna posądzono o zażywanie tzw. substancji niedozwolonych. Okazało się  że  nie tylko owa pani ale i jej mamusia podjadły  sobie drożdżówek z pewnej krakowskiej piekarni.  Ponoć  bardzo smaczne  te drożdżóweczki. W  tym miejscu następuje moim zdaniem najzabawniejsza część całej tej "narkotykowej afery" , zacytuje  za TOK FM - "Lekarze i pracownicy jednego z laboratoriów postanowili sami sprawdzić, czy to prawda - kupili w kilku sklepach tej samej sieci ciastka z makiem i je zjedli. Dzisiaj rano wszyscy mieli dodatnie próby, czyli u nich również stwierdzono opiaty w moczu. Na szczęście stężenie, jakie u nich wykryto, nie zagraża życiu. Co więcej, osoby, które zjadły takie drożdżówki, nie czują żadnych skutków ubocznych, nie wiedzą, że znajdują się pod wpływem opiatów". Rany , poświęcenie medyków i laborantów nie zna granic! Chyba zacznę rozważać zatrudnienie  się w jakimś  laboratorium sanepidowskim, choćby w charakterze gońca! Zawsze się będę mogła  poświęcić  w razie wpadki z makiem jakiejś piekarni  czy cukierni. A co poczują kubeczki smakowe to moje!

czwartek, 27 listopada 2014

Zakupy irysowe czyli "rozpasanie kontrolowane"

Rzecz jasna  zbitka słów  "rozpasanie  kontrolowane" to klasyczny  oksymoron, rozpasanie  dlatego jest rozpasaniem bo brak nad  nim  jakiejkolwiek kontroli. Zdaję  sobie  z tego świetnie sprawę ale zakupoholizm irysowy podsuwa mojemu zdemoralizowanemu ja usprawiedliwienie  niecnych uczynków pięknymi słówkami pisane . Z kasą muszę  się  obchodzić nader ostrożnie ( tzw. inwestycje konieczne  ) a tu rozkosze bródkowe ( i nie tylko ) czyhają. Na pierwszy ognień  poszła Australia.  Barry Blyth tradycyjnie wyrąbał katalog przy którym dostałam oczopląsu.  Na jedno szczęście od  pewnego czasu nie kręcą  mnie  TB ( no i bardzo dobrze, bo tylko wór zawiesić by  mi przyszło na kiju i udać  się  w świat wraz z kłączami  - koty by mi wcześniej rodzina odebrała plując jadem w moim kierunku ). Prawie całą swoją  uwagę i najlepsze miejsca w  ogrodzie poświęcam  niższym kategoriom bródek. Z Tempo Two postanowiłam w  tym roku sprowadzić  głównie irysy IB. Wpływ  na tę decyzję miał   dobry sezon tej kategorii na  rabacie   podwórkowej (  w  ogrodzie oberwały niestety na skutek przymrozków ). Przyjedzie też  jeden  SDB, który będzie uzupełniał dział  fioletów i niebieskości. 'Devoted' zawsze "podpaszał" mi kolorami, mam słabość do  łączenia  "blue and burgundy".  Nie dość że  bicolor w  moich barwach to jeszcze z białą bródką na dodatek. No i wiadomo, dobry domek bo to introdukcja Paula Black'a. Do  towarzystwa karzełkowi dobrałam naprawdę miłych i urodnych kolegów - mój wybór  IB to 'Irish Dancer', 'Palaver' i  'Party  Boy' .

Na Australii światek irysowy się nie kończy, w tym roku starannie "wywierciłam  brzusznie" od  Roberta  nowe siewki  najbardziej obiecujących  maluchów. Będę  je dzielnie  testować w Alcatrazie i mam wrażenie że  przynajmniej dwie z  nich zasłużą sobie na miano odmiany ( znaczy Robert nie będzie wybrzydzał jak to on zawsze, z tymi kopułkami, ilością  pąków, pędami, kolorkiem i wszystkim tym "co nie jest wiesz" ). Ponadto najwyższy czas żeby  i u mnie zagościł ten mocny odcień fioletu jaki ma  'Duma  Jaźwinu' ( coś  ostatnio za mną  łażą niuanse odcieni fioletu ).  Ponadto chciałabym się nieco bliżej zapoznać  z introdukcjami Tasquiera, taka  'Jolie  Mome' bardzo do mnie przemawia. No i  'Ksar' tego samego hodowcy, który powinien być  idealnym uzupełnieniem do  'Cat's  Eye'. Do tego jeszcze dwa "blacki"-  'Pussycat Pink' i  'Raspberry Tiger'. To są   pewniaki, leniwie się  natomiast zastanawiam nad  kolejnymi "tasquierami' -  'Smalltown Boy' i  'Yoruba'. I to  jeszcze nie jest cała groza rozpusty w której zamierzam się tarzać jak  Rzymianie  w płatkach róż, wszak  przede mną  wiosenna wizyta (  tym razem  nie odpuszczę ) u  Ewy i Andrzeja.  Normalnie strach się bać! "Obrazki ilustrujące"  to dzieło Sir Lawrence Alma Tadema "Róże  Heliogabala" z 1888 roku.  Pisałam ja, Wasz Heliogabal, hodowca  i trener  irysowy  drugiej klasy.

środa, 26 listopada 2014

Katarzynki

Minęły doroczne obchody "Świąt wszelakich związanych z Mła".  Nie ma ich dużo bo ledwie dwie uroczystości  do odbębnienia ( matka  to ze mnie  jedynie psio - kocia, babcizm też odpada, Dnia Siostry  czy Dnia Ciotki jeszcze  nikt nie  wyznaczył, mogę  jeszcze najwyżej osobiście  obchodzić  Święto Strażaka z racji "gaszenia pożarów" ). Obchodzę   znaczy  urodzinki i imieniny czyli tzw. dzień patrona. Jakimś  cudem żadna Tabazella nie dostąpiła  zaszczytu  świętych obcowania i  zostałam oddana pod  opiekę św. Katarzyny z  Aleksandrii. Wieilkomuczenica Jekaterina ,święta  Kościoła katolickiego i Kościoła prawosławnego ponoć  nigdy nie istniała, legenda znaczy,  ale  pierwowzorem na którym oparto oficjalny  żywot  świętej miały być dzieje  Hypatii z  Aleksandrii. Nieco to zakręcone zważywszy na  to że  tolerancyjną "z urodzenia pogankę"  ( wygląda na to że była  agnostyczką, nic nam nie wiadomo żeby wyznawała jakiś  kult ) ponoć  "załatwił" za pomocą parabolanów ( bractwa duchownych chrześcijańskich najniższego stopnia co to miało się  zajmować opieką nad  chorymi i grzebaniem zmarłych a zajmowało się głównie produkcją inwalidów i trupów ) niejaki  Cyryl z Aleksandrii, awansowany do grona świętych. Ponoć  z zazdrości o popularność wśród chrześcijańskich ( i nie tylko ) aleksandryjczyków, choć  być może tak naprawdę jego rola sprowadzała  się jedynie  do tolerowania nietolerancji religijnej. Zazdrość  czy pobłażanie skutek ten sam -  Hypatię  paskudnie zabito, chyba głównie za to że  była ponad  konflikty religine i w związku z tym  cieszyła się  powszechnym  szacunkiem. Nijak  nie pasowała  do  świata  który przypisywał realną władzę walczącym frakcjom religijnym.  Kojarzono ją ze stronnictwem namiestnika cesarza a mam wrażenie że główny  problem w jej wypadku polegał na tym że była tak naprawdę niezależna. W dodadku we wczesnochrześcijańskim świecie  stanowiła żywe zaprzeczenie słów św. Pawła  o roli kobiety. Śmierć  Hypatii wywołała spory skandal, trzeba było coś z pr zrobić - pojawiła się św. Katarzyna.
No to w sumie niezła  patronka mi się trafiła - święta  "wolnomyślicielka". Oczywiście oficjałka o św. Katarzynie nie  mogła puścić  opowieści ze św. Cyrylem w roli "Złego". Wątpliwy zaszczyt odgrywania tej roli przypadł cesarzowi Maksencjuszowi ( on i tak miał  kiepską prasę, stanął na drodze samemu  Konstantynowi ) lub cesarzowi Maksymianowi ( knował wraz z Maksencjuszem w  Italii, też się nadawał na "Złego" ).  Św. Katarzyna legendarna  w  genialny sposób miała dowieść w dyspucie pięćdziesięciu  pogańskim filozofom wyższości doktryny chrześcijańskiej nad wszelkimi  innymi doktrynami. I za to została ścięta ( koło, którym miała być łamana w ramach obowiązkowych dla chrześcijańskiego męczennika  tortur,  zostało starannie  usunięte  przez anioła - Hypatia nie miała  tyle szczęścia, zabito  ją ostrakonami ). Św. Cyryl  z Aleksandrii uznany został za ojca i doktora  Kościoła i jakoś  mało się dziś o nim pamięta, może z  tego powodu że tzw. dogmaty  maryjne nie są  obecnie w  centrum sporów  teologicznych ( pięćset  lat po Lutrze temperatura  dysput  mocno spadła, o tym żeby powtórzyła  się historia  z IV wieku to w  ogóle mowy nie ma - nastąpiło okopanie się na  pozycjach a współczesne  Kościoły chrześcijańskie mają inne problemy teologiczne  do przerobienia ). Cyryl znaczy nie jest takim przypadkiem jak  św. Augustyn, którego teologiczne rozważania rzutują na współczesne chrześcijanstwo. Zważywszy na  osobę  historycznego Cyryla, takiego  odartego z nimbu świętości, to może i dobrze. A Katarzyna czyli "Hypatia  Ukryta"? Ma się całkiem  nieźle, Katarzyn na świecie  więcej od  Cyrylów. Co prawda w dzisiejszym laicyzującym się społeczeństwie zdaje się mało kto tak naprawdę myśli o wstawiennictwie  patronów, rola świętych ulega zmianie  i w samych  Kościołach.  Imieniny  jednak to obrządek w naszym  kraju nadal powszechny. Rzekłabym starannie celebrowany! No  i w Polszcze w  ramach bonusa mamy piernikowe  katarzynki, ale  to już raczej temacik dla Dżizaasa.