"Pięć elektrycznych przewodów
Pięciolinia pod napięciem
Rozwieszona na gołych słupach w polu
Od hen, hen po hen, hen
Jesień, zrudziałe ścierniska
Płoną łęciny, wiatr porywa dym
W sadzie jabłonie gubią jabłka
Na zgniłe liście padają pac, pac
Rzeka wystygła, płynie cicho
I wrony, wrony, muzykalne wrony
Przysiadły na pięciolinii elektrycznej
Od hen, hen po hen, hen
Re do si la sol sol fa
Mi re do si la la sol
Sol fa sol mi fa re mi
Fa mi fa re mi do re
Nuty pierzaste, nuty skrzydłopióre
Na pięciolinii z metalu
Kto wam podpowiedział Adagio
Od hen, hen po hen, hen"
Są takie dni w listopadzie że tylko smętek i Albinoni, nostalgia, Panie, nostalgia! Nie depresja i gorzkie żale, prędzej smakowanie smuteczków. W doopie za przeproszeniem mam listopadowe bombkowanie sklepowe, handlowe kolędowanie, całą tę komerchę zarzynającą magię świąt z nachalnością wpychaną mi przy zakupach "kocich puszków" czy "miącha" ( które to zakupy uskuteczniać muszę bo ni ma że ni ma ). W necie niewiele lepiej, jeszcze niezmasowany atak Mikołajów, ale pierwsze bałwanki i renifery już atkujo! A tymczasem na świecie listopad, muzykalne wrony i ostatnie złote liście na drzewach, nie mam ochoty na radosne "Ho, ho, ho!". Amerykanie nadal dyniują, zaczynają modlić się o indyki, dekory w jesiennych coolorach na odrzwiach domowych wieszajo. No jesienniujo po całości. U nas jesień kończy się drugiego listopada, a potem to już zima i oczekiwanie na śnieg. Nie podobie mi się takie zamienianie listopadowych dni w nie wiadomo co, nieistniejącą porę roku, niejesienne wyglądanie zimy, przedłużony do niemożliwości adwent. Jakoś podświadomie człowiek nasiąka "gwiazdką" i tak w okolicach połowy grudnia rzyga kolędami, dostaje dreszczy na widok faceta w czerwonym ubabranku i rzuca się do ucieczki przed sępiącymi "na okoliczność" aniołkami. Nic tak skutecznie nie obrzydza świąt jak ich namiętna celebracja na długo przed terminem. Mnie na ten przykład natentychmiast przeszło zauroczenie bałwankiem w śniegowej kuli.
No cóż, trudno żebyśmy dziękowali za indyki zesłane przez Najwyższego, nie nasza to bajka ale może tak krótki paciorek w intencji Puszczy Białowieszczańskiej. Wicie rozumicie, rodzina zbiera się wokół stołu na którym wypieczony cudnie pieniek po byłym drzewku. Co bardziej ambitni wypiekacze to nawet wykarcz z korzonkami będo uskuteczniać. Nostalgia listopadowa zapewniona bo mało jest tak smętnych rzeczy jak pieńkowy wspominek po dużym drzewie. Popierający działania wiadomego mynistra też mogo świętować, święta w końcu majo łączyć a nie dzielić ludzi należących do różnych opcji politycznych ( święta narodowe jak wiadomo nie nadajo się do tej roli ). Oni tylko będo wypiekać szyszkę zamiast pieńka. I możemy obchodzić nasze jesienne Święto Lasu, które proponuję tak gdzieś w końcu listopada wyznaczyć ( no wybuch Powstania Listopadowego i Andrzejki to nie ten, data musi być insza ). W tzw. placówkach handlowych dyskretnie towarzyszyć nam będą w listopadzie dźwięki lasu, ludność z wypiekami na twarzach będzie poszukiwała co ładniejszych sztucznych ptoszków, jeży, wewiórek, rysiów i żubrów ( koniecznie żubrów żeby Niemce zazdrościły ) dla ozdóbstwa domów, formy na ciastowe pieńki będo schodzić na pniu. No jesień, Panie tego, będzie w listopadzie rozpełzała się po handlu jak te puszkinowskie tumany po paljach. A ja kupując kocie żarło będę nuciła cichutko pod nosem słowa pięknie zebrane, do końca nie wiem czy Michała Górnego czy Piotra Abla, wyśpiewane kiedyś przez Igę Cembrzyńską.
"Mistrzu ukojenia, mistrzu harmonii
Zwróć mi niepokój wczesnej wiosny
Pochylam się ku ziemi
Sięgam po kamień długowieczny w polu
Spłoszę was, nuty niewesołe
Odfruńcie, muzykalne wrony
Kołujcie wściekle na wietrze
Od hen, hen po hen, hen
Re do si la sol sol fa
Mi re do si la la sol
Sol fa sol mi fa re mi
Fa mi fa re mi do re"
czwartek, 9 listopada 2017
sobota, 4 listopada 2017
Listopadowa przebieżka pobieżna po Alcatrazie
Słońce wreszcie się pokazało i mogłam dziś trochę przelecieć się po Alcatrazie, tak bez ryzyka przemoczenia się do suchej nitki ( rośliny trochę obeschły, przedzieranie się przez trawska, krzewy i inne zarosłości odbywało się na wpół sucho ). Alcatraz i Podwórko obecnie mają zakola i hym... powiększające się miejsca bezlistne. Nie jest łyso ale złota jesień wyraźnie ma się ku końcowi. Tak specjalnie złota to ona zresztą w tym roku nie była, mokre lato i jeszcze bardziej mokre wrzesień i październik nie sprzyjały super pięknym przebarwieniom. Był to też średni jesienny sezon dla miłośników preriówek. Palczatki wylegające to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej. Za to bardzo dobrze rosły w tym roku molinie i miskanty. Cóś za cóś, fylozoficznie rzecz ujmując.
Bylinków kwitnących w zasadzie już ni ma, na Podwórku powoli dogasają październikowe asterki. W ten bezkwietny i wpółdobezlistny czas moje ślepia zaczepiają o paprocie. No, dla paproci cały ten sezon był w zasadzie dobry, nawet późny start zimną wiosną specjalnie nie przeszkodził im w "nabieraniu ciała". Zeszłoroczne dary i zakupy nieźle się rozrosły. Większość wietlic ( wyjątkiem jest tu wietlica uszkowata czyli okanumka której wyraźnie nie che się spać tylko rozrabiać ) i adianta układają się już do snu, zmieniają barwy, elegancko zasychają. Kolorowe wietlice schodzą uroczo płowiejąc i wysrebrzając te swoje "koronki", zwyczajnie zielone nabierają złocistych odcieni i zasychają brązowiejąc. Niestety ich sporofile szybko zgniją lub skruszeją i po paproci zostanie tylko wspomnienie, aż do przyszłej wiosny, gdy poczuwszy majowe ciepełko wietlice znowu pokażą pastorały. Trochę wcześniej niż kolorowe i zielone japońskie wietlice obudzą się adianta, które nie znikają może aż tak całkowicie jak "Japonki" ale o uroku poplątanych brązowych nitek zostawianych przez te paprocie na zimę lepiej nie wspominać, wszak takowy nie istnieje. Takie delikatne paprocie najpiękniejsze są latem, wiosną ich pastorały i pastorałki przegrywają moim zdaniem z bardziej widowiskowymi pastorałami nerecznic a jesienią ich uroda jest nietrwała. Proces przebarwienia nie trwa długo, jak wspomniałam sporofile szybko więdną i zanikają, nie ma czym oka ucieszyć. Obserwuję w tym roku mieszańcowe wietlice, ciekawa jestem ich zamierania. W zeszłym roku jakichś spektakularności nie było, no ale to był pierwszy sezon w Alcatrazie, a wiadomo pierwszy sezon się nie liczy - rośliny zachowują się jak te panny debiutujące w towarzystwie, zawsze mogą coś palnąć nie tak.
Z paprociami po których spodziewamy się wiecznej zieloności wydawałoby się powinno być "bardziej lepiej" ale nie zawsze tak jest. Są ogrody w których języczniki wyglądają jak marzenie niemal przez cały sezon ( takie króciutkie intermedium na zmianą liści się nie liczy ) ale mój Alcatraz nie zalicza się do takich ogrodów przyjaznych języcznikom czy paprotnikom kolczystym. Owszem, toleruje, zaraz nie zabije ale żeby języcznik śmiał być urodny np. w listopadzie czy tam innym marcu to co to, to nie! Nie ma brewerii, w listopadzie i marcu paproć powinna wg. Alcatrazego wyglądać na lekko zdechłą, w końcu w listopadzie to prawie już zima a w marcu to jest tylko chwilkę po zimie. I nie będzie paprotnik czy tam inny języcznik z tą zielenią się Alcatrazu narzucał! Wystarczy że Alcatraz jest dobry dla nerecznic. Nawet dla takiej nerecznicy Siebolda, która potrafi nieźle w ogrodach grymasić. U mnie o dziwo ta paproć najładniej wygląda właśnie w listopadzie, tak było w ubiegłych sezonach , w tym roku sytuacja się powtarza. Wyłazi to to późno, długo nabiera ciała, solidnie się rozrasta w drugiej części sezonu i to pod warunkiem że ma sporo wilgoci. W październiku zaczyna wyglądać dobrze a apogeum urody przeżywa w miesiącu uważanym za koniec sezonu ogrodowego, czas w którym się narzędzia konserwuje i krzewy co wrażliwsze opatula.
No tak, dla nerecznic Alcatraz naprawdę jest miły. Jak cóś jest nie tak z tymi paprociami to jest to moja wina. Na ten przykład w przyszłym roku muszę się zebrać do przesadzania Dryopteris filix-mas 'Linearis Polydactylon'. To prosta w uprawie, tzw. bezproblemowa paproć, która w Alcatrazie po prostu rośnie w złym miejscu. Podzieliłam dużą kępę i wsadziłam parę sztuk przy rodkach. Rodki rosną, paprocie rosną, wysoka kokoryczka obok też rośnie - cóś się za ciasno zrobiło, paprocie źle wyglądają. W przyszłym sezonie czeka mnie znalezienie dla niej odpowiedniego stanowiska, mam nad czym się zastanawiać w długie, zimowe wieczory.
No a teraz samograje królowe balu, królowe serc i w ogóle gwiazdy. Na pierwszy rzut Dryopteris affinis 'The King'. Jak nie wiesz co człowieku posadzić paprotnego sadź "Kinga", Twardy jest jak nie przymierzając pióropusznik strusi tylko bez zdobywczych zapędów, zielony jak żaba i mało wybredny jeśli chodzi o stanowisko ( co nie znaczy że zniesie pioch i słoneczną patelnie, mało wybredny jak na paproć, które to rośliny jak wiadomo lubiejo cień, półcień i wilgoć ). Nieraz już na blogim wylewałam się na temat "Kinga" bo moim zdaniem to świetna odmiana. Sporofile mają piękny, czytelny, paprociumowy kształt ( żadnego pietruszkowania kędzierzawego ) a forma cristata ( to rozwidlenie na końcu liści, taki żmijowy języczek ) jest u tej odmiany wyjątkowo ładna. Tak szczerze pisząc nie przepadam jakoś szczególnie za formą cristata u gatunków nerecznic, 'Linearis Polydactylon' posadziłam ze względu na soprofile jak koronki, Dryopteris dilatata 'Lepidota Crispa Cristata', ze względu na wzrost ( potrzebowałam niezbyt wysokiej nerecznicy i ta mi się akurat trafiła ), tak naprawdę jedynie u "Kinga" podoba mi się to rozwidlenie. Wolę kiedy paprocie są klasycznie "jednojęzyczne". Oczywiście powyższe nie dotyczy języczników, języczniki mogą być poliglotami, he, he!
Na drugi rzut królowa barw, żadne wietlicowe kolory tak nie cieszą jak miedziane sporofile Dryopteris erythrosora nerecznicy czerwonozawijkowej. Rośnie u mnie na trzech stanowiskach i cóś mi się zdaje że to nie jest jeszcze moje ostatnie czerwonozawijkowe słowo. Listopadowa sobotnia przebieżka upewniła mnie że ta paproć mimo nie najlepszego startu dogadała się świetnie z Alcatrazem. Rośnie w dużym rozrzucie, że się tak wypiszę, w dość oddalonych od siebie miejscach ogrodu i w każdym z nich rośnie naprawdę dobrze. Uprawiam jej trzy formy, nie widzę żadnych różnic w wymaganiach, wszystkie trzy formy są dość łatwe w uprawie. Nie widzę też różnicy w nabieraniu ciałka, choć forma 'Brilliance' uchodzi za nieco delikatniejszą ( być może z tą delikatnością chodzi raczej o to że nie przepada za podziałem, a mnożona in vitro może dawać sporą ilość roślin rewersujących ). Sprawdziłam jak się ma nowe koleżeństwo dosadzone do czerwonozawijek rosnących pod Podskubaną. Golteria nie procumbensuje ale nie wygląda na zdychającą, a wsadzony w zeszłym roku mały odmianowy bluszczyk jest dokładnie w tym samym rozmiarze jak rok temu. Hym... no ekspansywność innych roślin to na pewno moim czerwonozawijkom nie grozi, tym bardziej że dziś pogroziłam naszemu staremu bluszczowi sekatorem ( raz na jakiś czas trzeba ). No i to by było na tyle z dzisiejszej przebieżki, takiej pobieżki właściwie bo nic poważnego ogrodowego dziś nie zrobiłam, mimo ładnej pogody. Niby było wolne ale w tym wolnym to tyle zajęć się nazbierało że ogród był załatwiony przebieżkowo - pobieżnie.
środa, 1 listopada 2017
Codziennik - grobing i kojenie crise de nerfs
Listopad już, Polacy na mogiłki jeżdżo. U mnie takowych wycieczek nie ma bo ja jestem z tych co to majo cmentarniane potrzeby i jeżdżo kiedy inne siedzo w domu. Znaczy żadnego szorowania nie uskuteczniam, tony listowia nie zgarniam, co najwyżej świeże kwiaty pod koniec października postawię, ogień zapalę bo tak mi w sercu gra i to wszystko. Żadnych wystawań przy grobach nie urządzam bo życie towarzyskie wolę uprawiać w ciepełku, od wielu lat nie chodzę na cmentarz wówczas kiedy cała Polska czuje że musi. No chyba że wieczór w dzień Wszystkich Świętych jest ładny, zaglądam wtedy na oświecone zniczami, z lekka opustoszałe cmentarze. Na wizyty u bliższych i dalszych zmarłych wolę czas przed listopadowy , dzień zaduszny, czy pierwsze dni listopada. Zresztą tych najbliższych odwiedzam często, te wizyty około listopadowe to tak bardziej po krewnych, przyjaciołach, czasem tylko znajomych. Zazwyczaj kupuję masę chryzantem do domu ( zmarłym palę znicze, zgodnie z babcinym i Małgosino - Sąsiadkowym, mocno magicznym "Dla zmarłych najważniejszy ogień" ) i smakuję nostalgię. Za stara jestem na halloweeny ale lubię oglądać głęboką jesienią horrory i w necie pogapić się na dyniowe dekory w stylu klimat Nowej Anglii. Ostatnio odkryłam urok karaibskich dekorów związanych z dniem Wszystkich Świętych, a właściwie dniami bo święto Barona Samedi ( na obabrazku powyżej ) trwa niemal przez tydzień. Taka egzotyka u progu paskudnych, ciemnych miesięcy. Pocieszające jest że to ostatni rok kretyńskiego przestawiania zegarów, zwyczaju który trwa nie wiadomo dlaczego, bo jego trwanie niczego dobrego ze sobą już nie niesie. Czas od przyszłego roku będziemy mieli co prawda nieastronomiczny ale za to chyba odpowiadający większości ( a kto by o tej drugiej w nocy zrywał się latem wraz z pianiem kogutów do orki, he, he ). Znaczy dłużej będzie można z uroków spacerów czy tam odwiedzin na tzw. świeżym powietrzu korzystać. Jakby mniej ciemności podczas ciemności. Baaardzo dobrze!
A co tam w życiu naszym codziennym? Przygłuchła z powodu ciśnienia atmosferycznego i nie tylko dlatego Małgoś - Sąsiadka bardzo zdenerwowała się odwiedzinami Grzegorza, musiałam głośno powtarzać że Grzegorz nie tylko do niej ale do nas wszystkich zmierza. Po przejrzeniu serwisów info w telewizji Małgoś - Sąsiadka rechotała z samej siebie, nadchodzi Grzegorz jakoś mniej groźnie dla niej już brzmiało ( bo wicie rozumicie, to nie ten Grzegorz który to pod żadnym pozorem nie może zobaczyć suszarki z rozwieszonym przez Małgoś - Sąsiadkę praniem pod tytułem majty różowe ). Ja się bardzo zdenerwowałam w szpitalu , podczas odwiedzin u Kristin. Co bardzo rzadko mi się zdarza opierdoliłam ( no niestety, nie ma innego słowa lepiej opisującego mój występ ) jeszcze starsze niż ja panie, tzw. życzliwe pacjentki. Jakoś specjalnie mnie nie pociesza że życzliwe mogły sobie zafundować niezłe gugu bo nie raczyły przeczytać kartki przy łóżku pacjentki. Nie napiszę co im w co, zresztą sam występ odbył się bez wulgaryzmów choć podniesionym głosem, bo życzliwe dość szybko się przymknęły ( i głosu podniesionego z mojej strony by nie było gdyby nie durne pultanie i prezentowanie tzw. mądrości życiowych ). Co prawda wizja jaką im roztoczyłam była mroczna, w sam raz na Halloween ale babska zdrowo mnie wkurwiły! Taki mały crise de nerfs mnie się zrobił. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane a najgorzej jak któś czuje się mądrzejszy niż lekarz i wszystkie pielęgniarki na oddziale a zaangażowany jak wyróżniająca się pracownica opieki socjalnej. Nie wiem czy to tylko mój rozpruty ryj, czy wizja bakterii nie do wybicia którą sobie mogły do organizmów zaprosić ( i co gorsza roznieść innym ) spowodowały że do momentu mojego wyjścia z sali było cichutko. Pewnie krówska ulżyły sobie jak wyszłam. No cóż, nie od dziś wiadomo że rosołkowi pacjenci ( mniam, nie ma to jak dobry, domowy rosołek po resekcji woreczka ) są groźni dla siebie i innych ( kochaneńka niech Pani spróbuje ) i bywają prawdziwą zmorą w szpitalach.
Dla odstresunku znów polazłam na zakupy, mimo zaklinań że koniec, szlus, przeplute i w ogóle! Jest łup w postaci puszeczki z niepijalną herbatą ( na moje oko, nos i podniebienie pakowano ją w ubiegłym dziesięcioleciu ), nadającą się jedynie farbowania. No ale puszeczka zacna, Peter Rabbit i jego towarzycho, te klimaty. Lube wspomnienie shopów przy angielskich ogrodach pokazowych mnie nawiedza kiedy patrzę na to cudo. Widzę niemal jak żywcem te książeczki o rasach świń i kur, sto i jeden rodzajów kubeczków z "ogrodowymi" nadrukami, zielone, jedyne prawdziwie eleganckie ogrodowe kaloszki w których pokazują się zaangażowani ogrodowo lordowie. Cały ten garden buisness. Mamelon znalazłwszy w tajemniczy zaułkach swojej spiżarni puszeczkę w stajlu lat czterdziestych, w niebiewskościach paszących do tej Rabbitowej. Podarowała ją mła i teraz mam biscuits do tej tea, he, he. Oczywiście herbata wymieniona a ciasteczka "się upieką". Dopieściłam się też bombkami "z wewiórką" ale nie zdążyłam nacieszyć się bałwankiem w śnieżnej kuli ( Mamelon wyrwała mi "ten cud" z rąk, ratując moje śladowe resztki gustu i finansów ). Nie jest jeszcze jasne kiedy będziemy robiły z Ciotką Elką nasze kruche ciastka bo Ciotka znów przeżywa drożdżowe zauroczenie. No cóż, może w puszce bo biszkoptach będą drożdżowe rogaliczki albo dyńki, Na pewno, choć nie w biszkoptowej puszeczce, pojawi się niedługo ostatni placek ze śliwkami. Może nawet wykonany w korowaj stajl. W sam raz na pożegnanie złotej jesieni. A jak już pożegnamy tę jesień to pewnie złe mnie podkusi ( Baron Samedi i pomocnicy ) i udam się w cichości i tajemnicy przed Mamelonem do zakazanego sklepu w celu totalnego upodlenia się przez nabycie ohydnego bałwanka w śniegowej kuli - wszak zima za pasem!
No i tyle tej codzienności, niedoczytanej i niedooglądanej z braku czasu, tylko pobieżnie po sklepach truchtającej w chwilach kryzysów. Mam nadzieje że teraz choć z lekka czas się rozciągnie, godziny wydłużą a mnie choć trochę uda się siebie ogarnąć. Potrzeba mi dnia na zalegiwanie w wyrze z kotami i książką, albo choć godziny dziennie spędzonej w towarzystwie olejków do kąpieli i gorącej wody. Chwil na herbatę spokojnie popijaną i celebrowanie wypieku ciast. Chwileczek na obserwowanie kociego życia. Na odstresowujący Alcatraz nie mam co w tej chwili liczyć, ale może uda mi się zrobić jakąś wycieczkę za miasto ( w poniedziałek było jak dla mnie cool - zimnawo ale barokowe, dynamiczne niebo - nawet tęcza się pojawiła - miedziano - złote drzewa lśniące na tle ultramatryny ciężkich, burzowych chmur i to wszystko podlane światłem słońca wychodzącego zza tych chmur - Rembrandt albo inny Ruisdael ), taką mniej stresującą niż jazda "w celu". No potrzeba mi czasu na życie!
A co tam w życiu naszym codziennym? Przygłuchła z powodu ciśnienia atmosferycznego i nie tylko dlatego Małgoś - Sąsiadka bardzo zdenerwowała się odwiedzinami Grzegorza, musiałam głośno powtarzać że Grzegorz nie tylko do niej ale do nas wszystkich zmierza. Po przejrzeniu serwisów info w telewizji Małgoś - Sąsiadka rechotała z samej siebie, nadchodzi Grzegorz jakoś mniej groźnie dla niej już brzmiało ( bo wicie rozumicie, to nie ten Grzegorz który to pod żadnym pozorem nie może zobaczyć suszarki z rozwieszonym przez Małgoś - Sąsiadkę praniem pod tytułem majty różowe ). Ja się bardzo zdenerwowałam w szpitalu , podczas odwiedzin u Kristin. Co bardzo rzadko mi się zdarza opierdoliłam ( no niestety, nie ma innego słowa lepiej opisującego mój występ ) jeszcze starsze niż ja panie, tzw. życzliwe pacjentki. Jakoś specjalnie mnie nie pociesza że życzliwe mogły sobie zafundować niezłe gugu bo nie raczyły przeczytać kartki przy łóżku pacjentki. Nie napiszę co im w co, zresztą sam występ odbył się bez wulgaryzmów choć podniesionym głosem, bo życzliwe dość szybko się przymknęły ( i głosu podniesionego z mojej strony by nie było gdyby nie durne pultanie i prezentowanie tzw. mądrości życiowych ). Co prawda wizja jaką im roztoczyłam była mroczna, w sam raz na Halloween ale babska zdrowo mnie wkurwiły! Taki mały crise de nerfs mnie się zrobił. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane a najgorzej jak któś czuje się mądrzejszy niż lekarz i wszystkie pielęgniarki na oddziale a zaangażowany jak wyróżniająca się pracownica opieki socjalnej. Nie wiem czy to tylko mój rozpruty ryj, czy wizja bakterii nie do wybicia którą sobie mogły do organizmów zaprosić ( i co gorsza roznieść innym ) spowodowały że do momentu mojego wyjścia z sali było cichutko. Pewnie krówska ulżyły sobie jak wyszłam. No cóż, nie od dziś wiadomo że rosołkowi pacjenci ( mniam, nie ma to jak dobry, domowy rosołek po resekcji woreczka ) są groźni dla siebie i innych ( kochaneńka niech Pani spróbuje ) i bywają prawdziwą zmorą w szpitalach.
Dla odstresunku znów polazłam na zakupy, mimo zaklinań że koniec, szlus, przeplute i w ogóle! Jest łup w postaci puszeczki z niepijalną herbatą ( na moje oko, nos i podniebienie pakowano ją w ubiegłym dziesięcioleciu ), nadającą się jedynie farbowania. No ale puszeczka zacna, Peter Rabbit i jego towarzycho, te klimaty. Lube wspomnienie shopów przy angielskich ogrodach pokazowych mnie nawiedza kiedy patrzę na to cudo. Widzę niemal jak żywcem te książeczki o rasach świń i kur, sto i jeden rodzajów kubeczków z "ogrodowymi" nadrukami, zielone, jedyne prawdziwie eleganckie ogrodowe kaloszki w których pokazują się zaangażowani ogrodowo lordowie. Cały ten garden buisness. Mamelon znalazłwszy w tajemniczy zaułkach swojej spiżarni puszeczkę w stajlu lat czterdziestych, w niebiewskościach paszących do tej Rabbitowej. Podarowała ją mła i teraz mam biscuits do tej tea, he, he. Oczywiście herbata wymieniona a ciasteczka "się upieką". Dopieściłam się też bombkami "z wewiórką" ale nie zdążyłam nacieszyć się bałwankiem w śnieżnej kuli ( Mamelon wyrwała mi "ten cud" z rąk, ratując moje śladowe resztki gustu i finansów ). Nie jest jeszcze jasne kiedy będziemy robiły z Ciotką Elką nasze kruche ciastka bo Ciotka znów przeżywa drożdżowe zauroczenie. No cóż, może w puszce bo biszkoptach będą drożdżowe rogaliczki albo dyńki, Na pewno, choć nie w biszkoptowej puszeczce, pojawi się niedługo ostatni placek ze śliwkami. Może nawet wykonany w korowaj stajl. W sam raz na pożegnanie złotej jesieni. A jak już pożegnamy tę jesień to pewnie złe mnie podkusi ( Baron Samedi i pomocnicy ) i udam się w cichości i tajemnicy przed Mamelonem do zakazanego sklepu w celu totalnego upodlenia się przez nabycie ohydnego bałwanka w śniegowej kuli - wszak zima za pasem!
No i tyle tej codzienności, niedoczytanej i niedooglądanej z braku czasu, tylko pobieżnie po sklepach truchtającej w chwilach kryzysów. Mam nadzieje że teraz choć z lekka czas się rozciągnie, godziny wydłużą a mnie choć trochę uda się siebie ogarnąć. Potrzeba mi dnia na zalegiwanie w wyrze z kotami i książką, albo choć godziny dziennie spędzonej w towarzystwie olejków do kąpieli i gorącej wody. Chwil na herbatę spokojnie popijaną i celebrowanie wypieku ciast. Chwileczek na obserwowanie kociego życia. Na odstresowujący Alcatraz nie mam co w tej chwili liczyć, ale może uda mi się zrobić jakąś wycieczkę za miasto ( w poniedziałek było jak dla mnie cool - zimnawo ale barokowe, dynamiczne niebo - nawet tęcza się pojawiła - miedziano - złote drzewa lśniące na tle ultramatryny ciężkich, burzowych chmur i to wszystko podlane światłem słońca wychodzącego zza tych chmur - Rembrandt albo inny Ruisdael ), taką mniej stresującą niż jazda "w celu". No potrzeba mi czasu na życie!
niedziela, 29 października 2017
Koty vs Tabazella - 145 : 1
Obniżenie temperatury i tzw. opad dżdżysty poskutkował zalężeniem się kotostwa w domowych pieleszach. Zalężenie było inwazyjne i gwałtowne, po prostu pewnego dnia zastałam całe towarzystwo zajmujące moje całe łóżko. Wózeczek, koszyczki i spanka kocie opuszczone smętnie cóś wyglądały natomiast na łóżku, pod kocykiem - narzutą radośnie kłębiła się masa kocich ciałek szukających dla siebie najlepszego miejsca ( pazurem i zębem szukających ). No klasyka już nie raz przeze mnie opisywana w blogim , coś co zawsze ma miejsce kiedy robi się chłodnawo i kotom zachciewa się ciepełka. Próba zajęcie przeze mnie miejsca w wyrze jak zwykle natentychmiast wywołała kocie niezadowolnienie, bardzo różnie demonstrowane. Tak, jest jasne że od długiego już czasu nie mieszkam z Lalentym, Felicjanem, Sztaflikiem i Szpagetką oraz Okularią tylko z Sebą, Brajanem, dwiema Dżesikami i Andżelą. Stado zachowuje się jak tzw. małe patole, zawsze broniły "swoich" miejsc w wyrze i był problem z pozyskaniem należnej mi działki ale ostatnio bardzo mocno schamiały i zaczynają pogrywać jak obrońcy życia napoczętego ( zygotianie ) z babami. Znaczy usiłują mi wmiauczeć w jestestwo bzdury typu łóżko jest nasze bo my tu teraz leżymy a na moją odpowiedź na te próby "Won mi z mojego łóżka kupionego za moje pieniędze!" reagują nie tylko werbalną agresją ( Brajan bierze się do gryzienia z pyskowaniem ).
Już podniesienie kocyka jest powodem do miauków, bynajmniej nieżałosnych a takich pełnych pretensji i pultania nieuzasadnionego. Brajan przy lekkim uchyleniu rąbka narzuty szykuje się do boju zaczynając przeciągle ryczeć ( Sebix dołącza, nie może być przecież gorszy choć zajmuje środek wyra i co mu tam podnoszenie rogu kocyka ). Po raz pierwszy doszło w domu do sytuacji kiedy całe stado odmówiło stanowczo ruszenia się z wyra, tak źle z zachowaniem jeszcze nie było. Brajan ryczał pokazując zęby i się prężył, Seba udawał że niby śpi ale leżąc i nie podnosząc łebka też wyrykiwał obelgi, obie Dżesiki w ogóle nie reagowały na to co się dzieje ( nie wiem czy stupor czy sen jak kamień ) w skutek czego nie ruszyły się o minimetr a Angela usiłowała udawać Brajana, z tym że adresatką agresji nie byłam ja tylko twardo śpiąca ( stuporzała ) większa Dżesika. Skutek taki że nikt się z wyra nie ruszył. Znów sięgnęłam po broń atomową czyli perfumy, flakonik stoi przy komputerze ku wielkiemu niezadowoleniu kotów.
Miejsce strategiczne bo mogę szybko podjąć działania zarówno na wyrze jak i uniemożliwić kotom ulubione zaleganie na klawiaturze. W całym domu pachniało różą damasceńską i drobiową wątróbką, którą stado życzyło sobie pożreć na surowo. Taa, zapach jesieni. Pomogło częściowo bo nie ruszyło Dżesik, dalej twardo zalegały stosując technikę kamiennego snu. Musiałam się wkulgnąć pomiędzy nie. A teraz będzie przytoczony dowód na inteligencję kotostwa. Wchodzę ja do domu ubiegłego wieczora a tam zajęte wyro. Zdzieram kocyk z wyra a w nim ( wyrze nie kocyku ) piątka kotów śpi snem kamiennym, krzyczę po staremu won i tak dalej a tu siurprajz - wszystkie wpadły w stupor, śpią snem stuletnim jak królewna co się wrzecionem ukuła. Ryczę ponownie a odpowiada mi jedynie równy i spokojny oddech kocięctwa. Sięgam po atomówkę i pryszczę a tu nic oprócz woni róży damasceńskiej zawieszonej w powietrzu. Pryszczę raz kolejny a tu nic tylko woń różana jakby bardziej intensywna. Koty nadal śpią snem sprawiedliwego bądź tkwią w stuporze. Polazłam do kuchni, usiadłam na krzesełku pomyślałam i wymyśliłam. Nic bestii nie ruszyło ale na otwieranie drzwi od lodówki w której jest wołowina ( o czym stado wie bo świadkowało wkładaniu mięsa ) nie ma mocnych.
Na kocie łakomstwo niemal zawsze można liczyć - tylko dwa razy drzwiami lodówkowymi stuknęłam a już stado czekało przy michach! Spokojnie, nadszedł czas zemsty i za stupor i za sen kamienny - wolnym kroczkiem ( żeby nie kusić Brajana do podgryzania ) ruszyłam do wyra obojętnie mijając lodówkę i zajęłam sobą tyle łóżkowej powierzchni ile tylko zdołałam. W kuchni trwała seria ryków domagalnych przechodzących w błagalne miauczenia ale postanowiłam nic nie słyszeć i powoli zaczęłam zapadać w sen kamienny ( a może nawet stupor ). Coś tam w nocy czułam, jakby przymilania i układania się koło mnie ale jako że msta się we mnie rozrosła jak pleśń na zgniłym jabłku zaproszeń z mojej strony nie było. Obudziłam się w tej samej pozycji w jakiej zasnęłam ( co wskazuje raczej na stupor niż na sen ), wśród kotów grzecznie czekających przy łóżku na to aż wstanę i raczę podać im posiłek. Taa, kotuchny... koteczki, kocidełka - pańcia rządzi na dzielni i nie będzie kot pluł jej w twarz! Nawet surową wątróbką i wołowiną w pierwszym gatunku!
Dzisiejszy wpis ilustrują prace których autorem jest Gary Patterson, pochodzący z Kalifornii rysownik. Facet chyba jest hodowany przez zwierzęta, tak to jakoś wyłazi z tej twórczości, he, he.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






