Było upolitycznienie, czyli mła odwaliła niby cóś na kształt prasówki i może wrócić do tego dla niej najważniejszego, do domowizny i ogrodnictwa, tym razem doniczkowego. Mła się w mijającym tyźniu za dużo nie udzielała bo miała problemy z opanowaniem helikoptera, który zainstalował się jej w głowie tak jakby bardziej na stałe. Stąd zresztą wpis poprzedni, bo mła niespodziewanie zaległa i mogła troszki poczytać i światu się przyjrzeć. Z tego przyjrzenia się to jej wyszło że wiele spraw jest mendialnie przegrzewanych, dlatego wybrała jedną z tych grzanych szczególnie mocno i się zabrała za amatorską analizę w stylu starej ciotki. Tym co jej wylazło podzieliła się w poprzednim wpisie, mam nadzieję że wylałam nieco oliwy na te fale powstałe przez histeryczne mendialne wzmożenie. W domu po staremu, Małgoś głównie śpi. TZP śpi w dzień a w nocy szaleje po chałupie, kotom totalnie odwaliło i urządzają balety z TZP w domu, albo w ogrodzie z nowym kochasiem Okularii. Tfu, tfu, tfu, oznak schorzeń u stworzeń nie widać. Ogniskiem kociej zarazy zdawa się jednak być chory drób i brak właściwej kontroli weterynaryjnej w tzw. przemyśle drobiarskim ( słowa przemysł i zwierzęta zestawione razem budzą we mła najgorsze instynkta ). Ponieważ nasze zarzundowe zaprzeczają że cóś jest na rzeczy a jak wiecie one kłamią zawsze i wszędzie, to uważajcie co jecie. Jak widać na przykładzie kotów bariera gatunkowa między ssakiem a ptakiem nie jest taka trudna do pokonania.
Mła oczywiście nie może sobie pozwolić na zaleganie totalne, bo TZP jest straszliwym brudasem, po którym trzeba non stop sprzątać i jeszcze pilnować żeby TZP w odkażacz nie wlazł. No takie radości ze zwierzętami są, Ciotka Hanka musiała pożegnać psiego przyjaciela z powodu choroby odkleszczowej - strasznie ciężko się jej po tym pozbierać, Kocurrek lata z małymi do weta bo choróbki wieku kocięcego, Romi obserwuje nieustająco Cacka i trzyma kciuki za prawidłowe szczalnictwo. Mła ma szczęśliwie tylko sprzątanie po jeżu, w sumie lighcik. Jeśli chodzi o fotki TZP to jest pewien problem bo na ogół wyłazi ze swoich kryjówek po zmroku, jak już wspomniałam prowadzi typowo nocne życie i wydaje mła się że TZP niespecjalnie lubi zapalone światło. Naprawdę ciężko go teraz sfotkować. Z wystawieniem TZP z chałupy do ogrodu jest niełatwo, bo wystawiony wraca bardzo prędko, jest z powrotem w chałupie szybciej niż mła, a po chałupie porusza się tak że spowolniona mła nie ma szans na odłowienie zwierza. TZP obecnie przesypia dzień w starej bazie za szafką kuchenną albo w nowym ulubionym miejscu, za szafeczką na której stoi drukarka. Dziecinne pudełko po butach zostało odstawione w krótkim czasie po tym, kiedy TZP stwierdził że jest za duży na butelkowanie. Oczywiście jak typowy chluń pierwsze kroki po obudzeniu TZP kieruje do michy, jak pusta to fuka. Z pretensją i nosem uniesionym do góry, co oznacza że jego zdaniem mła się opiendrala zamiast należycie zajmować jeżęciem. Cholera, ucywilizowany. Cała moja nadzieja w kotach, one wychodzą a TZP je śledzi, bo wie że gdzie koty tam żarło. Po młowemu to TZP powinien jak najszybciej wdrażać się w dziczyznę, w końcu instynkta ma, w nocy sprawdza czy robaki nie zalęgły się w domowych kątach.
Odkąd nowy kochaś Okularii przeniósł się do tej części fabryki leżącej bliżej naszego ogrodu, Okularia jest częściej widywana w domu. Skończyły się długaśne wycieczki, Okularia pojawia się regularnie w porze wydawania żarła. Wielkich awantur z kochasiem nie ma bo nasz pięknie letnio wypłowiały Pasiak, chadza teraz razem z naszym pięknie zrudziałym Mrutkiem do Pusia. Czarne dziefczynki ogrodują pod magnolkami, niekiedy na grzbiecikach z łapkami w górze. Znaczy lato prawdziwe. Mła lato prawdziwe robi sobie kisząc ogórki małosolne, na to jeszcze ma siłę, bo o ogrodowaniu to na jakiś czas musi zapomnieć, nie tylko ze względu na pogodę. Mła sobie musi wyrównać różne rzeczy w organizmie, zanim będzie mogła przystąpić do ogrodowania. Zostają jej te ogórki, może troszki dżemowania i zalewanie owocków alkoholem. Na razie mła sprawdziła jak tam z jej nalewką z chlebka świętojańskiego przywiezionego z Chorwacji - ciemna jak czekolada. Mła dodała wanilię. Teraz po dziesiątym, jak troszki kasy spłynie, to zaleje osobno odrobinę dobrej kawy i dobrej cytryny. Zrobię dwie wersje chlebkoświętojańskiego napitku - z cytryną i kawą.
Upał działa na mła jak na koty, najlepiej jej na wyrku z wyciągniętymi kończynami. Najmilej zalegać w towarzystwie lodów, bitej śmietany i truskawek. No, w towarzystwie lodów zalanych espresso tyż. Po południu w niedzierlę mła wykombinowała że wanna napełniona chłodnawą wodą to prawie jak basen, przeliczyła szybciutko że nie zbankrutuje fundując sobie taką przyjemność i zaległa w wodzie. Było bosko, tym bardziej że mła zrobiła sobie mazagran, na prawdziwym rumie do którego mła ma grzeszną słabość i z dużą ilością lodu. Niestety nie co dzień niedzierla, a szkoda bo godzinne leżenie w chłodnej wodzie z café mazagran jest idealne na upały. Znaczy dla mła idealne, nie każdy musi przepadać za takimi rozkoszami. Ech... w dni powszednie mła ma wincyj zajęć i to takich przy których lepiej żeby trzeźwa była więc sobie nie pozwala. Zostaje jej chlanie wody z solami i branie kropelków, te mniej przyjemne sposoby zwiększenia ciśnienia juchy. Co prawda od drinków mła też ma helikopter ale innego rodzaju. Wiecie jak to jest z helikopterowaniem, są miłe i niemiłe przeloty, he, he, he.
Mła późne niedzierlne popołudnie spędziła na lekturze, wyciągnęła wielokrotnie czytaną powieść Agathy, bo bała się że od czego innego to się jej zwoje przepalą a potem sobie poprzeglądała stare gazety. Nawet bardzo stare, takie z dwudziestolecia międzywojennego. Zrobiła sobie jeszcze jednego drinusia i rechotała jak ta nawalona żaba z odpowiedzi na listy do redakcji. W stanie lekkiego upojenia poszła do Małgoś zapodać jej odżywczą zupkę ale Małgoś oświadczyła że ma gdzieś odżywczą zupkę, natomiast nie pogardzi tym co mła zastosowała na poprawę ciśnienia. Mła sprawdziła Małgosine leki pod kątem łączenia z alkoholem, później zmierzyła Małgoś ciśnienie a potem zrobiła porządny mazagran i wysłuchała krótkiego wykładu Małgoś na temat wyższości schodzenia we własnym domu nad schodzeniem w ZOLu czy tam innym szpitalu nie serwującym alkoholi. Małgoś była ożywiona dłużej niż zwykle i naprawdę zadowolona, tym bardziej że przyszła do nas Szpagetka, nagle spragniona przytuleń. Wieczorem wytupał TZP i nawet wylazł na podwórko, stwierdził że za gorąco, troszki zjadł i w te pędy wrócił do domu, tym razem za pralkę w pralni, bo tam chłodniej. Koty najedzone zwisają z parapetów, Małgoś chrapie a mła zaraz sobie zapoda "Lewisa" i będzie po weekendzie. Upalnym i leniwym.Fotki weekendowe a w Muzyczniku coś Lalo Shifrina w klimacie krwawo - wesołomiasteczkowym.








