poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ho, ho, ho! - witajcie w Krainie Świątecznych Porządków

No i mamy  już najświątecziejszy  miesiąc roku. Zaczęło się mroźno, prawdziwie  po  zimowemu.  Co prawda jeszcze nie jest biało ale szczypie w  nos  porządnie.  Mnie się robi świątecznie w związku z. rozpoczęciem od...tego....ten odstajnienia stajni Augiasza czyli sprzątania chałupy.  Wiadomo, żeby  były święta  najpierw muszą  być  porządki.  Nie jestem co prawda zwolenniczką  tradycyjnych obchodów, a zwolenniczką  sprzątania przed  obchodami to jeszcze mniej  ale rzeczywistość  już nie tylko woła  wielkim głosem o  potrzebie  porządków co wręcz ryczy z siłą  zdolną  zedrzeć  z człeka ubranie. Jak  wiadomo świąteczne  porządki  najlepiej zaczyna się od porządkowania rzeczy najmniej istotnych - puszeczek z przyprawami, wpół doczytanych  książek, zaginionego pędzelka (  a gdzie są farby do tkanin? ), tej chusty  co ją kiedyś nosiłam a potem ona zniknęła i tym podobnych. Co tam okna z szybami ze szkła  półmatowego, co tam tajemnicza i groźna przestrzeń pod  łóżkiem - duperele trza  ostro porządkować. I oczywiście często przerywać robotę żeby podobnie jak Śnięty  Mikołaj z  obrazka grudniowo - zimowo odpoczywać  w  towarzystwie Najmilejszych.  Tak przeprowadzane świąteczne porządki są  moim zdankiem porządkami przeprowadzanymi właściwie, he, he. Nawet są  fajne ( czego  ja wtedy nie  odnajduję ), ale trzeba je zaczynać pierwszego dnia grudnia, tylko wtedy  jest szansa na zakończenie ich w odpowiednim terminie.

piątek, 28 listopada 2014

Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - czas na mak!


"Nadejszła wiekopomna chwila", że zacytuję Pawlaka, związana z rozpoczęciem sezonu "zimowych" wypieków. Tradycjnie czas wzmożonej aktywności cukierniczej zapoczątkowały moje imieniny. Dżizaas corocznie kombinuje co by tu i przegląda nowinkowe przepisy a ja tradycyjnie, jak zagorzały kulinarny konserwatysta, brzdąkam jej o wyższości "prawdziwych tortów" nad tortami "lekkimi, łatwymi i przyjemnymi". Uroczystość moja więc w sprawie tortowej mam najwięcej do powiedzenia. Dżizaas coś podejrzanie łatwo się godzi na moje wydziwiania, mam wrażenie że i do niej przemawia magia starych przepisów ( co nie znaczy że przy nich nie kombinuje i nie posiłkuje się "blogową" cukierniczą wiedzą ).

W  tym roku zażyczyłam sobie wykonania tortu makowego.Uwielbiam mak, rasowy ze mnie makoholik. Radość z  opiatów na słodko, można by napisać  gdyby nie  fakt że sprzedawany obecnie maczek niemal ich nie zawiera. Przynajmniej ten z pól uprawnych bo po ogrodach to stare, samowysiewające się odmiany przetrwały.W czasach powszechnej histerii antynarkotykowej władzy może nie tyle nie przyszło do głowy sprawdzanie wszystkich zapuszczonych ogródków, co raczej  dość szybko zdała sobie sprawę że zadanie jest niewykonalne i skoncentrowała się na uprawach polowych ( dzisiaj ta historia jest przerabiana na nowo z maryśką - tu pozdrowienia dla Fafika, której  kolekcja kloników palmowych zainteresowała stróżów prawa, he, he ). No cóż, głupota jak zawsze w moralne piórka się stroi  i pieje z wysokiego C - wszystkiemu winny jest dostęp do narkotyków a nie ludzie.  Handel produktami  opiatowymi na świecie  zdrowo kwitnie i cudownie się rozwija,  bo jak człowiek postanowi  odjechać  to co mu tam. Tylko że koniecznie ma  odjeżdżać  przy mocy takiego dozwolonego "twardego" odurzacza mózgu jakim jest wysokoprocentowy alkohol. Nie ja  pierwsza i  nie ostatnia czuję się zatkana hipokryzją współczesnych zachodnich społeczeństw ( i nie tylko zachodnich ). Sytuację doskonale ilustruje powiedzonko Lecha - "Stłucz se pan termometr, nie będziesz miał gorączki". Po mojemu  wygląda to tak - lepiej  nie widzieć  przyczyn tylko zwalczać skutek.. Prohibicja alkoholowa  nie zdała egzaminu (  wg. badaczy problemu koszty społeczne nie były "jednoznacznie pozytywne", bardzo oględnie pisząc ) więc  dlaczego miałaby zdać  egzamin prohibicja narkotykowa? Ludzie ćpali, ćpają  i ćpać  będą, brzydko pisząc część populacji ze skłonnością do bardzo ostrych uzależnień sama dość  szybko eliminuje się z puli genów. Poza  tym człowiek jak bardzo chce  to się uzależni od czekolady, cukru i ćpanego proszku ixi. Czekoladoholicy mogą paść  po spożyciu dziesiątej tabliczki pod  rząd, uzależnieni  od cukru zejdą prędzej czy później na cukrzycę  a najprędzej wykończą  się miłośnicy ćpania  proszku ixi.  Tylko że nikt tych śmiercionośnych potencjalnie substancji nie zakazuje.  Pewnie zyski z nielegalnie sprzedawanej działki proszku ixi nie byłyby zbyt  duże, no i sprawa wydania zakazu zwyczajnie się  nie opłaca. Poza tym takie Tabazelle  chyba wylazłyby na ulicę gdyby zakazano  sprzedaży czekolady, he, he!

Na szczęście chyba powolutku przychodzi nam otrzeźwieć  z tego antynarkotykowego amoku.  Kto wie może jeszcze kiedyś przyjdzie mi zjeść makowca z tzw. odparzanego maku, ze starych wysokomorfinowych odmian ( he, he całkowicie bezpiecznie,  w ziarnach wszak nie występują  w straszliwej ilości najbardziej "złowieszcze" substancje kojarzone z makiem ). Obecnie mamy do dyspozycji nasiona odmian maków  o niskiej zawartości opiatów. Odmiany 'Mieszko', 'Michałko', Agat', 'Rubin' i 'Zambo' mają śladową ( od  0,04% do 0,06% ) zawartość morfiny w makówce bez nasion, wraz z przylegającą do niej łodygą o długości do 7 cm,w przeliczeniu na zasadę morfiny i na suchą masę wymienionych części rośliny. Ta makówka i łodyga to z ustawy, trzeba było sprecyzować "zawartość cukru w cukrze". Uprawia się też nadal odmiany wysokomorfinowe, czyli wszystkie z "ustawową zawartością" morfiny powyżej 0.06%. Należą do nich odmiany 'Niebieski KM', 'Modry', 'Lazur' - wszystkie są solidnie namorfinowane - od 0,55% do 1%. No i teraz będzie z mojej strony ostro - sorry  Gregory może ja mam  inne kubki smakowe niż uznane autorytety naukowe, które ćwierkają że nasiona maku niskomorfinowego niczym w smaku się  nie różną od tych pozyskanych z maku wysokomorfinowego, ale mak tych bezpiecznych odmian jest w smaku  bezpłciowy.  Krótko  pisząc  jest do dupy! Mogą sobie oszukiwać  Dżizaasa, dziecię wychowane w latach  dziewięćdziesiątych XX wieku, co to smak  prawdziwego maku ledwie kojarzy, mnie  wypasioną w latach sześdziesiątych i siedemdziesiątych na  babcinych makowcach, rogalikach z makiem i torcie makowym ( o wigilijnych potrawach nie pisząc   ) to mogą  co nawyżej solidnie wkurzyć  hucpą bredni o smaku,  podawanych w "naukowym" sosie. Po pierwsze mak wysokomorfinowy jest na tyle gorzki że nawet po odparzeniu lub  gotowaniu da się wyczuć specyficzną  goryczkę, której  jakoś nijak nie wyczuwam w maku pochodzącym z bezpiecznych makówek. Po drugie  nie dość że doprawiony miodem lub cukrem  mak bezpieczny ( nawet wtedy kiedy zmniejszymy zalecane proporcje)  zmienia się w okrutnie słodki produkt to jeszcze  przejmuje w jakiś  dziwny sposób inne aromaty.  Do cholery chcę  jeść  makowiec a nie ciasto migdałowe czy zestaw  bakaliowy!

Myślałam że  tylko ja  tak mam i te moje kubki smakowe to są rozpustne  i wyrafinowane do nieprzytomności. Okazuje się jednak że nie jestem osobliwością tralala z niezwykłym horyzontem zdarzeń, takich jak ja zdegustowanych smakiem bezpiecznych nasionek jest więcej. W najbliższym otoczeniu znalazłam siedem osób pamiętających smak starszych odmian maku i wytykających niskomorfinowym odmianom bezpłciowość  smaku ich nasion. Popytałam też  trochę tzw.  otoczenie dalsze.  Wyszło na  to że większości podpytywanych ludków serwowane w niemal wszystkim  glutaminian sodu, syrop kukurydziany i tzw. wzmacniacze smaku nie do końca załatwiły kubki smakowe.  Mak  bezsmakowy to najczęściej stosowane określenie na ziarenka dostępne w sklepowej ofercie. Dżizaas zrobiła  bardzo dobry  tort, krem kawowy wspaniały, bakalie użyte w odpowiedniej ilości, konsystencja makowego ciasta idealna - żeby to jeszcze  był smak prawdziwego maku! No  to by była poezja! Tylko żeby taką poezję  uzyskać  trzeba by przejść do podziemia i zająć  się uprawą maku na nielegalu ( na własne potrzeby to w świetle  wiadomej ustawy nie ma szans - wszystko do zakontraktowania ). Te obostrzenia ustawowe dotyczące upraw maku jakoś  zjawiska narkomani nie zlikwidowały za to zmniejszyły znacznie chęć  uprawy tych roślin przez rolników. Ostatnio sprowadzają ludeczkowie mak z Bliskiego Wschodu.  Dopiero  się  robi zabawnie. To historyjka z października  tego roku. U  pewnej pani wykryto podczas badania  moczu śladowe ilości opiatów, panią  rzecz jasna posądzono o zażywanie tzw. substancji niedozwolonych. Okazało się  że  nie tylko owa pani ale i jej mamusia podjadły  sobie drożdżówek z pewnej krakowskiej piekarni.  Ponoć  bardzo smaczne  te drożdżóweczki. W  tym miejscu następuje moim zdaniem najzabawniejsza część całej tej "narkotykowej afery" , zacytuje  za TOK FM - "Lekarze i pracownicy jednego z laboratoriów postanowili sami sprawdzić, czy to prawda - kupili w kilku sklepach tej samej sieci ciastka z makiem i je zjedli. Dzisiaj rano wszyscy mieli dodatnie próby, czyli u nich również stwierdzono opiaty w moczu. Na szczęście stężenie, jakie u nich wykryto, nie zagraża życiu. Co więcej, osoby, które zjadły takie drożdżówki, nie czują żadnych skutków ubocznych, nie wiedzą, że znajdują się pod wpływem opiatów". Rany , poświęcenie medyków i laborantów nie zna granic! Chyba zacznę rozważać zatrudnienie  się w jakimś  laboratorium sanepidowskim, choćby w charakterze gońca! Zawsze się będę mogła  poświęcić  w razie wpadki z makiem jakiejś piekarni  czy cukierni. A co poczują kubeczki smakowe to moje!

czwartek, 27 listopada 2014

Zakupy irysowe czyli "rozpasanie kontrolowane"

Rzecz jasna  zbitka słów  "rozpasanie  kontrolowane" to klasyczny  oksymoron, rozpasanie  dlatego jest rozpasaniem bo brak nad  nim  jakiejkolwiek kontroli. Zdaję  sobie  z tego świetnie sprawę ale zakupoholizm irysowy podsuwa mojemu zdemoralizowanemu ja usprawiedliwienie  niecnych uczynków pięknymi słówkami pisane . Z kasą muszę  się  obchodzić nader ostrożnie ( tzw. inwestycje konieczne  ) a tu rozkosze bródkowe ( i nie tylko ) czyhają. Na pierwszy ognień  poszła Australia.  Barry Blyth tradycyjnie wyrąbał katalog przy którym dostałam oczopląsu.  Na jedno szczęście od  pewnego czasu nie kręcą  mnie  TB ( no i bardzo dobrze, bo tylko wór zawiesić by  mi przyszło na kiju i udać  się  w świat wraz z kłączami  - koty by mi wcześniej rodzina odebrała plując jadem w moim kierunku ). Prawie całą swoją  uwagę i najlepsze miejsca w  ogrodzie poświęcam  niższym kategoriom bródek. Z Tempo Two postanowiłam w  tym roku sprowadzić  głównie irysy IB. Wpływ  na tę decyzję miał   dobry sezon tej kategorii na  rabacie   podwórkowej (  w  ogrodzie oberwały niestety na skutek przymrozków ). Przyjedzie też  jeden  SDB, który będzie uzupełniał dział  fioletów i niebieskości. 'Devoted' zawsze "podpaszał" mi kolorami, mam słabość do  łączenia  "blue and burgundy".  Nie dość że  bicolor w  moich barwach to jeszcze z białą bródką na dodatek. No i wiadomo, dobry domek bo to introdukcja Paula Black'a. Do  towarzystwa karzełkowi dobrałam naprawdę miłych i urodnych kolegów - mój wybór  IB to 'Irish Dancer', 'Palaver' i  'Party  Boy' .

Na Australii światek irysowy się nie kończy, w tym roku starannie "wywierciłam  brzusznie" od  Roberta  nowe siewki  najbardziej obiecujących  maluchów. Będę  je dzielnie  testować w Alcatrazie i mam wrażenie że  przynajmniej dwie z  nich zasłużą sobie na miano odmiany ( znaczy Robert nie będzie wybrzydzał jak to on zawsze, z tymi kopułkami, ilością  pąków, pędami, kolorkiem i wszystkim tym "co nie jest wiesz" ). Ponadto najwyższy czas żeby  i u mnie zagościł ten mocny odcień fioletu jaki ma  'Duma  Jaźwinu' ( coś  ostatnio za mną  łażą niuanse odcieni fioletu ).  Ponadto chciałabym się nieco bliżej zapoznać  z introdukcjami Tasquiera, taka  'Jolie  Mome' bardzo do mnie przemawia. No i  'Ksar' tego samego hodowcy, który powinien być  idealnym uzupełnieniem do  'Cat's  Eye'. Do tego jeszcze dwa "blacki"-  'Pussycat Pink' i  'Raspberry Tiger'. To są   pewniaki, leniwie się  natomiast zastanawiam nad  kolejnymi "tasquierami' -  'Smalltown Boy' i  'Yoruba'. I to  jeszcze nie jest cała groza rozpusty w której zamierzam się tarzać jak  Rzymianie  w płatkach róż, wszak  przede mną  wiosenna wizyta (  tym razem  nie odpuszczę ) u  Ewy i Andrzeja.  Normalnie strach się bać! "Obrazki ilustrujące"  to dzieło Sir Lawrence Alma Tadema "Róże  Heliogabala" z 1888 roku.  Pisałam ja, Wasz Heliogabal, hodowca  i trener  irysowy  drugiej klasy.

środa, 26 listopada 2014

Katarzynki

Minęły doroczne obchody "Świąt wszelakich związanych z Mła".  Nie ma ich dużo bo ledwie dwie uroczystości  do odbębnienia ( matka  to ze mnie  jedynie psio - kocia, babcizm też odpada, Dnia Siostry  czy Dnia Ciotki jeszcze  nikt nie  wyznaczył, mogę  jeszcze najwyżej osobiście  obchodzić  Święto Strażaka z racji "gaszenia pożarów" ). Obchodzę   znaczy  urodzinki i imieniny czyli tzw. dzień patrona. Jakimś  cudem żadna Tabazella nie dostąpiła  zaszczytu  świętych obcowania i  zostałam oddana pod  opiekę św. Katarzyny z  Aleksandrii. Wieilkomuczenica Jekaterina ,święta  Kościoła katolickiego i Kościoła prawosławnego ponoć  nigdy nie istniała, legenda znaczy,  ale  pierwowzorem na którym oparto oficjalny  żywot  świętej miały być dzieje  Hypatii z  Aleksandrii. Nieco to zakręcone zważywszy na  to że  tolerancyjną "z urodzenia pogankę"  ( wygląda na to że była  agnostyczką, nic nam nie wiadomo żeby wyznawała jakiś  kult ) ponoć  "załatwił" za pomocą parabolanów ( bractwa duchownych chrześcijańskich najniższego stopnia co to miało się  zajmować opieką nad  chorymi i grzebaniem zmarłych a zajmowało się głównie produkcją inwalidów i trupów ) niejaki  Cyryl z Aleksandrii, awansowany do grona świętych. Ponoć  z zazdrości o popularność wśród chrześcijańskich ( i nie tylko ) aleksandryjczyków, choć  być może tak naprawdę jego rola sprowadzała  się jedynie  do tolerowania nietolerancji religijnej. Zazdrość  czy pobłażanie skutek ten sam -  Hypatię  paskudnie zabito, chyba głównie za to że  była ponad  konflikty religine i w związku z tym  cieszyła się  powszechnym  szacunkiem. Nijak  nie pasowała  do  świata  który przypisywał realną władzę walczącym frakcjom religijnym.  Kojarzono ją ze stronnictwem namiestnika cesarza a mam wrażenie że główny  problem w jej wypadku polegał na tym że była tak naprawdę niezależna. W dodadku we wczesnochrześcijańskim świecie  stanowiła żywe zaprzeczenie słów św. Pawła  o roli kobiety. Śmierć  Hypatii wywołała spory skandal, trzeba było coś z pr zrobić - pojawiła się św. Katarzyna.
No to w sumie niezła  patronka mi się trafiła - święta  "wolnomyślicielka". Oczywiście oficjałka o św. Katarzynie nie  mogła puścić  opowieści ze św. Cyrylem w roli "Złego". Wątpliwy zaszczyt odgrywania tej roli przypadł cesarzowi Maksencjuszowi ( on i tak miał  kiepską prasę, stanął na drodze samemu  Konstantynowi ) lub cesarzowi Maksymianowi ( knował wraz z Maksencjuszem w  Italii, też się nadawał na "Złego" ).  Św. Katarzyna legendarna  w  genialny sposób miała dowieść w dyspucie pięćdziesięciu  pogańskim filozofom wyższości doktryny chrześcijańskiej nad wszelkimi  innymi doktrynami. I za to została ścięta ( koło, którym miała być łamana w ramach obowiązkowych dla chrześcijańskiego męczennika  tortur,  zostało starannie  usunięte  przez anioła - Hypatia nie miała  tyle szczęścia, zabito  ją ostrakonami ). Św. Cyryl  z Aleksandrii uznany został za ojca i doktora  Kościoła i jakoś  mało się dziś o nim pamięta, może z  tego powodu że tzw. dogmaty  maryjne nie są  obecnie w  centrum sporów  teologicznych ( pięćset  lat po Lutrze temperatura  dysput  mocno spadła, o tym żeby powtórzyła  się historia  z IV wieku to w  ogóle mowy nie ma - nastąpiło okopanie się na  pozycjach a współczesne  Kościoły chrześcijańskie mają inne problemy teologiczne  do przerobienia ). Cyryl znaczy nie jest takim przypadkiem jak  św. Augustyn, którego teologiczne rozważania rzutują na współczesne chrześcijanstwo. Zważywszy na  osobę  historycznego Cyryla, takiego  odartego z nimbu świętości, to może i dobrze. A Katarzyna czyli "Hypatia  Ukryta"? Ma się całkiem  nieźle, Katarzyn na świecie  więcej od  Cyrylów. Co prawda w dzisiejszym laicyzującym się społeczeństwie zdaje się mało kto tak naprawdę myśli o wstawiennictwie  patronów, rola świętych ulega zmianie  i w samych  Kościołach.  Imieniny  jednak to obrządek w naszym  kraju nadal powszechny. Rzekłabym starannie celebrowany! No  i w Polszcze w  ramach bonusa mamy piernikowe  katarzynki, ale  to już raczej temacik dla Dżizaasa.


niedziela, 23 listopada 2014

Złoty Kamieniołom - wspominki

Miniony tydzień upłynął pod znakiem prawdziwie listopadowej pogody. Tzn. takiej jak to sobie w najpaskudniejszych koszmarkach śnionych letnimi nocami wymyślamy. Dżdżysto, mglisto i zimno! Na wschodzie kraju w ramach dopieszczania opady śniegu, które nie tylko tradycyjnie zaskakują służby drogowe ale też odcinają  nam domki od prądu. No po prostu listopad całą, kaprawą gębą!
Przypominam  jednak sobie w ramach pocieszki fajniejsze  późne jesienie, czas kiedy świeciło słoneczko a ja  i Mamelon   korzystając  z tego świecenia  urządziłyśmy ekskursję do kamieniołomu.


Taka końcówka jesieni naprawdę trafia się rzadko ale świetnie się wówczas wycieczkuje. Tłumów nie ma, dzieci w szkole walczą z programem i nauczycielami, można nawet zaryzykować wyprawę do tzw. atrakcji turystycznych. Jakoś tamtej jesieni, mimo sprzyjających warunków,  nie ciągnęło nas w zachwalane powszechnie  miejsca - wylądowałyśmy  w malutkiej wsi pod Radomskiem. Okolica piękna, na polach kwitła  gorczyca ( Sonaj mi to uświadomił, ja w swojej miejskiej głupocie podziwiałam.....rzepak, he, he ), niebo się  nawet jak na tę  porę roku solidnie niebieściło, ani śladu mgieł i mżawek.


W jednym z gospodarstw oblookałyśmy masę kamorów, piękne duże bryły żółtawo - kremowego piaskowca. Z rozmówek wstępno - zagajających dowiedziałyśmy się od gospodarza że w lesie ma własny "kawałek kamieniołomu". Mamelon została podziwiać kamory ( przy okazji miała zadania rozeznająco bojowe wyznaczone - kominek ewentualnie podłoże ścieżkowo ogrodowe z piaskowca ) a ja potupałam dróżką do lasu. Ciepło było tak że pozbyłam się kurteczki i radośnie wiosennie rozmemłana przemierzałam polne wertepki. Las się złocił resztkami dębowych i brzozowych liści, fruwały biedronki, pituliły ptaki.


Po wejściu w las drogę do kamieniołomu wyznaczały skupiska wielkich brył kamienia. Nie wszystkie były  pięknie kremowe, trafiały się rdzawe i w kolorze ochry. Przyznam się że  bardziej mi się podobała  ta naturalna różnorodność  piaskowcowych kamieni  niż elegancki wyselekcjonowany kolor  brył kamiennych z podwórza  gospodarstwa. Jednak różnorodność kolorów  ( szczególnie w jednej bryle he, he  ) to nie jest najlepsze  kryterium wyboru piaskowca do obróbki, więc  porzucone bryły cieszyły  moje oko na leśnej ścieżce.  Kiedyś pewnie powędrują na podwórko, zostaną pocięte i same  będą robiły za ścieżkę w czyimś  ogródku.


Kamieniołom w słońcu wyglądał przepięknie, wręcz lśnił! Rozkopana górka odkrywała swoje śliczne wnętrze. Niby nic szlachetnego, zwykły piaskowiec ale w kamieniołomach jest  coś magicznego, co sprawia że nawet pospolity kamień zdaje się szlachetnieć. Złote bryły kamieni  jaśniejące w słońcu, złotawo - rude ostatnie  liście na drzewach i na poszyciu - złota  orgia dla oczu. A wszystko ukryte w głębokim lesie. Nie tylko takim liściastym, były w  nim  i borowe akcenty - stare sosny otulały  ciemną zielenią   ten zjawiskowo złoty kamieniołom.



Na dnie kamieniołomu cud nad cudami - morze kwitnących rumianków.  W słońcu, przy jednak jesiennej już dość dużej wilgotności powietrza   pachniały tak intensywnie jak to ma miejsce  czasem latem na polach  co to opryskiwać je za drogo albo na tzw.nieużytkach. Zapach lata  wymieszany z jesienną wonią opadłych liści. Jedyne w swoim rodzaju połączenie. Wycieczka miała miejsce w początkach grudnia, więc  pogoda i rumianki radośnie  mnie nastrajały przed zimą. Potem przyszedł styczeń i paskudny  luty 2012 roku i nastąpiła  hekatomba roślin w ogrodzie.  Kiedy  myślę o tamtej, pięknej późnej jesieni co to miała zwiastować  łagodną zimę słyszę zaraz w głowie głos Babci Wiktorii skrzeczącej jedno ze swoich   ulubionych hasełek - "Miłe złego początki".
Może  i dobrze że ten listopad  taki normalnie paskudny!


Nie tylko bródki czyli rzecz o irysach nieznanych

Szał ciał czyli  majowo - czerwcowe kwitnienia   irysów bródkowych, efektownych do nieprzytomności sprawiają  że jakoś  umykają naszej uwadze  mniej rzucający się w  oczy ( wg. niektórych ogrodujących to narzucający się oczom )  przedstawiciele irysowej familii. A wszak irysy to nie tylko bródkowce, sybiraki czy mieczolistne japońskie klejnociki. Irysów jak mrówków a każdy  kąśliwy  i za serducho potrafi złapać.Taki na przykład  na fotce obok,  niby niepozorny karzełek co to ledwie  nad  fiołka motylkowatego wzrasta ale jaki kwiat, jaka  elegancja! Fiołek to go może w korzeń pocałować, taka z niego urodna kruszyna. Teraz będzie  o pomieszaniu z  poplątaniem czyli o radościach zafundowanych  nam  przez botaników! Zacznijmy od Iris setosa, jest to roślina  pochodząca z Ameryki Północnej, tako głosi część botaników. Faktem jednak jest że  irys  ten występuje w też Azji. Azjatyckie irysy zaliczane do tego gatunku różnią  się nieco od amerykańskich krewnych. Oczywiście natychmiast pojawiły się  głosy że  to nie żadne zawleczenie roślin i "wymutowanie" tylko Iris  setosa  to gatunek od zawsze występujący w takim zasięgu geograficznym, mający odmianę azjatycką i amerykańską ( i to chyba  jest najbliższe prawdy ).  Szczerze pisząc dla "normalnie" ogrodującego nie ma  specjalnego znaczenia czy to Azjata czy Amerykanin, grunt że roślina  z niego bardzo dobra. Kojarzony jest zazwyczaj z roślinnością  porastającą  mokre łąki a nawet mokradła, ale to taka roślina  która  dostosowuje się  doskonale do środowiska i  spokojnie można  ją sadzić w suchej glebie.  Po doczytaniu tej informacji o zdolnościach adaptacyjnych  byłam  wielce  ucieszona że Iris  setosa var. setosa, zwany inaczej Iris hookeri ( pod  takimi łączonymi nazwami  go kupiłam ), czyli karłowata  odmiana występująca w  Arktyce będzie rosnąć w Alcatrazie.  Niestety namiętne doczytywanie objawiło przede mną kolejną  botaniczną zagwozdkę - Iris  hookeri to nie  jest forma Iris setosa, jak się  okazuje botanicy  doszli do wniosku że to całkiem inny gatunek. Endemiczny! Plaże amerykańskiego stanu Maine to zdaje się naturalne siedlisko. Jakoś mam podejrzenia że  mój irysek to chyba nie jest to co kupowałam ( co prawda w brytyjskiej szkółce ) jako  Iris  hookeri.  Kwitnie  maleństwo w maju, Iris  hookeri na amerykańskim wybrzeżu kwitnie w lipcu. Najprawdopodobniej mój irysowy krasnoludek to po prostu "tylko" karłowa  forma Iris setosa. Nieważne, grunt że piękny i odporny - zniesie zimy stulecia, śniegi i "bezśniegi", wytrzyma niemal każdą glebę i niezawodnie będzie kwitł!

Z tego samego źródełka z którego mam podejrzanego  "najpradopodobniejszego" Iris setosa, mam też  ślicznego malutkiego Iris cristata. W tym wypadku na szczęście nie ma wątpliwości - on  to jest on. Iris cristata zwany z polska kosaćcem grzebieniastym pochodzi z rejonu  Wielkich Jezior  Ameryki Północnej. Jest mniejszy  niż karłowaty setosiak i wcześniej zakwita. W Alcatrazie zaczyna kwitnienie w trzeciej  dekadzie kwietnia. Gatunek  jest dość  zmienny, kwiaty mają różny stopień wybarwienia, spotyka się też  biało kwitnącą formę.  W handlu  można  spotkać  wyselekcjonowane  odmiany, Japończycy którzy  uwielbiają  irysy bezbródkowe ostro kombinują z nowymi odmianami ogrodowymi  i z krzyżówkami międzygatunkowymi. W moim ogrodzie  ta roślina ma stanowisko  półcieniste, glebę umiarkowanie wilgotną. Traktuję  ją jako przyszłą roślinę okrywową ( kłącza  szybko sie rozrastają ) zamierzam   sporo miejsca w Alcatrazie  przeznaczyć  pod  uprawę  tych irysów  ( głównie te na  których nie chce mi się  uprawiać  wiecznego pielenia ).  Irys  grzebieniasty jest całkowicie mrozoodporny, jedyne co mu może zaszkodzić  zimą to stojąca w korzonkach woda.  Dlatego dobrze nadaje  się na  nasadzenia pod krzewy rosnące na  wilgotnawej  glebie. Pod  krzewami  jest zazwyczaj bardziej sucho i tam znajduje  wymarzone stanowisko. Iris cristata ma bliskiego krewniaka z którym czasem bywa mylony - Iris  lacustris. Nie wiem dlaczego te dwa gatunki są mylone,  Iris  lacustris to karzełek w świecie karzełków! Wiem bo też uprawiam. Poza tym  nie wiem czy to tylko mój egzemplarz tak ma czy to cecha gatunku ale  Iris lacustris jest niemal fioletowy, natomiast zarówno mój Iris  cristata , jak też oglądane w necie odmiany  nie miały aż tak mocno wybarwionych kwiatów.

Irys mleczny czyli Iris lactea zawitał do Alcatrazu  za sprawą  Krysi. Pochodzi z Azji - strefa występowania ciągnie  się od  Kazachstanu, poprzez Chiny aż  do Korei, a na  południu przez  Afganistan aż do północnego Pakistanu. Nie da się ukryć że  w Azji Środkowej ten piękny irys  uważany jest za pospolitego chwasta.  No fakt, rośnie jak  burza,  tolerancyjny co do gleby to jest słabe określenie dla jego możliwości adaptacyjnych, mrozoodporny i bezproblemowo co roku zakwitający. Taka roślina z cyklu "Posadź  i zapomnij". Bardzo dobrze wygląda w  ogrodach naturalistycznych, kwitnie wcześniej  niż  gatunki Iris ruthenica czy Iris sibirica i może zaczynać  sezon  irysowy w takich ogrodach ( oczywiście sezon  nieco wyższych irysów, bo karzełki kwitną  jeszcze wcześniej  ). Iris lactea dorasta do 60 cm, jego pędy kwiatostanowe są jednak nieco niższe w związku z czym kwiaty tego  irysa wyglądają na lekko schowane w  liściach. Przy masowym kwitnieniu nie ma  to jednak aż  tak dużego znaczenia  dla ich ozdobnej roli.  Moim zdaniem  to  jest irys must have do  ogrodów bardzo dużych, gdzie jest problem z  pieleniem i  ograniczaniem chwastów. Znaczy postaw człowieku na  irysowego chwasta, he, he! Wszystkie  dziś  opisane  iryski  książkowo preferują  glebę wilgotną,  o lekko kwaśnym odczynie (  Iris lactea może najmniej ). Z mojego  i nie tylko mojego  doświadczenia wynika że rosną  niemal wszędzie , Iris setosa i  i Iris lactea na glebach zasolonych, o zasadowym odczynie. Po prostu  ogrodowe samograje z nich.  Trochę szkoda że tak mało znane.

piątek, 21 listopada 2014

Trochę mniej znane rośliny zacienionych miejsc w ogrodzie - część druga

O niespecjalnie znanych roślinach do cienia można pisać  długo i wytrwale, głównie dlatego że w Kraju Kwitnącej Cebuli ogrodowanie "ozdobne" nie jest sportem narodowym. Znaczy jako nacja znamy niewiele roślin godnych uprawy w ogrodzie ozdobnym co wynika po trosze z naszego konserwatyzmu ( babcia to uprawiała  peonije i róże i to były kwiaty ) i z atencji  jaką  darzymy  ogrody użytkowe ( prędzej zainteresujemy się  nową odmianą sałaty niż  hosty ). Wiele roślin kojarzymy z łąkami i lasami, żyjąc w  błogiej nieświadomości że można owe rośliny  uprawiać w ogrodach, ba,  że  mają one swoje "ogrodowe"  odmiany. Jest to znany z dziedziny kuchennej tzw. problem schabowego - tak nam smakuje "szczerzepolski" schabowy z kapustką że świat nam przesłania i z trudem do nas dociera istnienie innych potraw ( nieraz o niebo smaczniejszych ). Umiłowanie  tradycji +  pieszczenie żołądka jak  widać  nie   jest to sprawa tylko samej kuchni, "schabowe" podejście mamy też  do uprawy roślin. Dlatego dla  większości ogrodujących anemonelle, disporopsisy czy dejnante są tak samo obce jak  kosmiczne alieny. Szkoda wielka bo zamykamy sobie sami okienko na fajniejsze ogrodowanie. Na szczęście są blogi i fora ogrodowe, które podobnie jak  blogi  i fora kulinarne pozwalają Kowalskiemu wychynąć zza "schabowszczyzny".

Dla tych którym podoba się delikatna uroda zawilców gajowych anemonella będzie rośliną pożądaną. Miłośnicy "solidniejszych"  roślinnych powodów  do wzruszeń zapewne odpuszczą ją sobie. Na mnie  ten piciumiasty roślinek działa na tyle że zapuściłam sobie dwie odmiany. Anemonella rutewkowata Anemonella thalictroides to pochodząca z Ameryki Północnej bylina wyrastająca z małych bulwek. Dorasta na  maksa do 15 cm, tworzy małe  kępki. Po kwitnieniu zanika, podobnie jak zawilce gajowe. Idealna roślina pod drzewa czy krzewy. Jak ma optymalne warunki zaczyna się wysiewać ( odmiany o pełnych kwiatach jak ta  z pierwszej fotki rozmnaża się przez podział wczesną wiosną ). Lubi glebę próchniczą, lekko kwaśnawą.

Beesia deltophylla to świeżynka w świecie roślin ogrodowych.Odkryto ją dopiero koło 1998 roku, w górskich lasach prowincji Syczuan w Chinach. Roślina której głównym atutem są liście, kwiatostany nie mają znaczenia zdobniczego - nikogo  nie powalą urodą. Natomiast liściorki robią  wrażenie. Trochę  większe  od kopytnikowych ( mam na myśli Asarum canadense, bessia dorasta nawet do 30 cm wysokości,  przy 60 cm średnicy  ), pięknie  żyłkowane, z  purpurowym nalotem.  Beesia deltophylla jest rzadziej spotykana w handlu  niż gatunek Bessia  calthifolia.  Dla   "normalnie"  ogrodującego te dwa  gatunki nie będą  się jakoś specjalnie różniły, mają  podobną  mrozodporność i tempo rozrastania, kolekcjonerzy  mogą sobie liczyć ilość  "wrębków" na blaszkach liściowych i mierzyć  ich głębokość. Roślina niełatwo się w Alcatrazie aklimatyzowała, jest w zasadzie mrozoodporna ale późne majowe  przymrozki potrafią jej liściom dać się we znaki  ( bardziej niż ma to miejsce w  przypadku liści kopytnika  ). Ponoć  jak już  się zaaklimatyzuje  to  "okrywówka"  z  niej nie do zdarcia. Pożyjemy, zobaczymy! W każdym razie  roślina jest na tyle urodna że będę  ją  próbowała oswajać i sadzić w Alcatrazie  w większej ilości.


Teraz moje "angielskie" odkrycie - ujrzany pierwszy raz w Wisley Disporopsis pernyi. Pochodzi z Azji a  konkretnie to z Chin Południowych.  Przypomina nieco kokoryczki i dobrze się czuje  w takich samych warunkach glebowych i świetlnych w których one się dobrze czują. Ta roślina ma się  u mnie bardzo dobrze, tempo wzrostu nie jest w  żadnym razie "ekskluzywne",  ot takie właśnie  kokoryczkowe. W tym roku zachęcona  sukcesem w  uprawie dosadziłam jeszcze dwa inne disporopsisy - Disporopsis arisanensis i Disporopsis fuscopicta.  Pierwszy ma liście na których pojawiają  się białawe  przebarwienia,  drugi ma szersze jasnozielone liście.  Ponieważ to ich  pierwsza zima w Alcatrazie, rośliny  na wszelki  wypadek zostały okryte
Kolejną rośliną która robi dobrą robotę w  cieniu ( daje radę  i w półcienistych miejscach, byleby nasłonecznienie nie było w okolicach południa ) jest dejnante. Uprawiam dwa  gatunki  Deinanthe  bifida i Deinanthe caerulea. Pierwszy ma  kwiaty białe, drugi błękitne ( w  handlu spotyka  się  odmiany o różnym stopniu nasycenia koloru  kwiatów ). Dejnante  pochodzi  z lasów górskich prowincji  Hubei w Chinach, robi tam za roślinę  okrywową.  Dorasta do 45 cm wysokości,  jest całkowicie mrozoodporna.  Gleba próchnicza o odczynie kwaśnym jest zalecana do jej uprawy  ale spokojne poradzi sobie i na tej o odczynie  obojętnym. W Alcatrazie zakwita w lipcu,  u Mamelona zaczyna kwitnienie razem z hortensjami ogrodowymi. Kwiaty ma ciekawe ale  ja  lubię  jej liście, kosmate, dość  duże, wyróżniające  się  wśród roślin średniego wzrostu uprawianych w cieniu. Kiedyś zalecano  uprawę tej rośliny w  założeniach naturalistycznych ale bezczelnie subiektywnie stwierdzam że sprawdza się  też w ogrodach bardziej uporządkowanych,  w "miejskich klasykach", że się tak wypiszę.


Żeby  nie było że w  cieniu jest tylko zielono  jak u żaby kolejna roślina  do uprawy w  cieniu ma brązowawe liście.  Trybula leśna Anthriscus sylvestris 'Raven's wing' to roślinek "podpowiedziany" przez Walentynę. Nie jest to tak po prawdzie roślina całkowitego cienia, raczej półcienia  i to takiego świetlistego ( w całkowitym cieniu trybula nam zielenieje i nici z radości jaką dają  kolorowe liście  odmiany ) ale ponieważ  u mnie rośnie na skraju rabat  cienistych, tak mi jakoś  wychodzi że ona niby w cieniu  uprawiana.  Dorasta do 60 cm wysokości ale pędy kwiatostanowe  bujają na  wysokości 120 cm. Nie jest rośliną długowieczną ale się nieźle sieje ( siewki powtarzają cechę mateczki - kolorowe liście - w  ponad  50% ). Jeżeli chcemy przedłużyć  jej żywot pozbywamy się  po  zaraz majowym kwitnieniu pędów kwiatowych ( nim zdążą  się zawiązać nasienniki ). Na półcienistym stanowisku, w okolicach  trybuli  rośnie u mnie konwalnik o ciemnych liściach Ophiopogon planiscapus 'Nigrescens' i niemal czarnolistny fiołek labradorski Viola labradorica 'Purpurea'. Żadna z tych roślin nie powinna być uprawiana w głębokim cieniu ale możemy nimi zagospodarować miejsca na rabacie  w półcieniu. Nieźle nawiązują do jednak bardziej  lubiących cień kolorowych świecznic ( choć  jak duża wilgotność w powietrzu to świecznice nic  sobie ze słoneczka nie robią - widziałam u Ewandki ).