niedziela, 25 grudnia 2022

Brugia - o urodzie beginaży


Podczas tegorocznych podróży  mła naszła dwa miejsca które wywołały efekt wow! Jedno krańcowo odmienne od drugiego ale jednocześnie w jakiś sposób podobne. Mła myśli że chodzi o to że w obydwu człowiek znajduje się w krainie harmonii. Nie że złotkiem po gałach, jak już to złoty podział. No i to wtopienie w pejzaż, takie bardzo, bardzo mocne, znaczy nie sposób sobie wyobrazić po oblookaniu tych miejsc że mogło ich kiedyś w tych okolicznościach przyrody nie być. Dziś pokażę Wam jedno z nich - begijnhof w Brugii, dla mła  absolutny must see. Po polsku takie miejsca nazywano beginażami, tak bardziej z francuskiego béguinage. Zacznijmy jednak nie od opisu beginaża a od historii od której cała idea zgromadzeń beginardzkich się zaczęla.  Bega z Andenne, czasem nazywana Begue. Urodziła się koło roku  620 w Landen w Belgii, zmarła dnia  17 grudnia,  w  691 lub 693 roku w Andenne. Mła Begę lubi już za samą rodzinę, w której przyszła  na świat,  młodszą siostrą Begi jest  święta Gertruda z Nijvel, mniszka, święta Kościoła katolickiego i patronka kociarzy. Świętym został też ich brat Bawo. Czwórka rodzeństwa a troje z nich zostało kanonizowanych, niezły osiąg.  Bega i Gertruda  były  córkami Pepina z Landen, majordoma Austrazji ( to była kraina, do której za czasów Merowingów  należały ziemie wschodniej Francji, zachodnich Niemczech, Belgii i Holandii i której głównymi  ośrodkami  były Metz i Reims, w którym w później,  nawiązując do dynastycznych powiązań z Merowingami, koronowali się królowie francuscy) i jego żony świętej Idubergi ( Itty ). Prowadziła  świeckie życie, wydano ją za mąż za Ansegizela, syna Arnulfa, biskupa Metzu. Niech Was nie dziwi ten syn u Arnulfa, to nie było jego jedyne dziecko.   Arnulf był mężem Dody i ojcem Ansegisela, Chlodulfa i Martina, formalnie to wszystko jak  w liście do Tymoteusza pisał święty Paweł - "Biskup więc po­winien być bez zarzutu, mąż jednej żony, trzeź­wy, rozsądny, przyzwoity, gościnny, sposobny do nauczania, nieprzebierający miary w pi­ciu wina, nieskłonny do bicia, ale opanowany, niekłótliwy, niechciwy na grosz, dobrze rzą­dzący własnym domem, z całą godnością trzy­mający dzieci w uległości".  Unius uxoris vir było stosowane nieraz  prosto, dopiero następne  tysiąclecie stworzyło kler katolicki jaki dziś znamy. 

W przypadku Arnulfa wyglądało to już tak bardziej nowożytnie,  że  rzecz tak określę, kiedy jego małżonka Doda postanowiła wstąpić do zakonu, to on natentychmiast tyż chciał pójść do klasztoru, jednak w 614 został obwołany biskupem Metzu. Nie wiadomo czy z powodu aury świętości otaczającej rodzinę czy po prostu był popularny, bo w kraju piwoszy, facet w cudowny sposób mnożący piwo ma spore szanse na zostanie biskupem a nawet świętym. Arnulf zakończył żywot jako świętobliwy pustelnik a rodzinną misję bycia świętym człowiekiem przejęła  jego synowa Bega. Ansegizel i Bega  dali początek dynastii Karolingów, tak, tak, to praszczury Karola Wielkiego.   Byli jednymi z najznamienitszych możnych Austrazji, ich  małżeństwo  zapewniło rodowi takie znaczenie że córka, Klotylda z z Herstalu,  została wydana za króla a synowie Pepin z Herstalu i  Martin z Laonu mieli aspiracje że ho, ho.   Po śmierci męża Bega postanowiła resztę życia spędzić w zakonie, to był popularny trynd wśród wdów z arystokracji. Bega oprócz ufundowania paru kościołów,  zbudowała klasztor w Andenne pod Namur, gdzie spędziła resztę swych dni jako ksieni. W XI wieku została wprowadzona do Martyrologium, a jej wspomnienie liturgiczne obchodzone jest 17 grudnia. W zbiorach wilanowskich znajduje się obraz autorstwa nieznanego malarza według obrazu Petera Paula Rubensa który powstał w latach 1612–1615 , które to malowidło  z kolei miało być  inspirowane obrazami Huberta van Eycka, co widać po strojach portretowanych na nim postaci. To Podwójny portret Ansegisusa i św. Begi z Brabantu, której kult w XV wieku miał się we Flandrii nieźle.

W końcu XI wieku  i na początku wieku XII  w Europie dzieją się zdziwne sprawy, mamy do czynienia z taką zapomnianą rewolucją. Zostaje przełamana dominacja kleru w życiu duchowym społeczeństw i rodzą się pierwsze oddolne ruchy heretyckie. Oczywiście to nie jest tak że od tej i tej daty to koniec, zamykamy klasztory i wogle.  To jest raczej rewolucja z tych pełzających, wielu mogłoby to nazwać ewolucją , jednakże mła postrzega sposób zmiany  myślenia jako rewolucyjny.  W wieku XIII ta pełzająca rewolucja zaowocuje w Zachodniej Europie powstaniem ruchów kontestujących jedynie słuszną, papieską wersję chrześcijaństwa. Beginat, będzie jednym z nich. Będzie miał więcej szczęścia niż ruch katarów vel albigensów i wiele pomniejszych ruchów, które kościół mniszył lub bardzo szybko eksterminował. Czasy wypraw krzyżowych sprawiły że w Zachodniej Europie wiele kobiet, nie tylko z możnych rodów rycerskich,   zostało wdowami lub nie miało możliwości  wyjścia za mąż. W beginacie takie  osoby odnalazły swoje miejsce w życiu. Dlaczego nie klasztory?  Klasztory nie były w stanie wchłonąć tak dużej liczby kobiet, doszła jeszcze kwestia wkładu własnego czyli wiana, którego nie było dla klasztoru  odpowiednie no i uchwały Soboru Laterańskiego IV z 1215 zakazywały tworzenia nowych zakonów. Jak  beginki się pojawiły to tylko czekać  trza było żeby pojawili się  begardzi, mężczyźni wywodzący się  z tych samych klas społecznych co beginki. Dobra, teraz do konkretów - czym był właściwie beginat?

Ruchem  religijno - społecznym, pokrewnym  ruchowi  franciszkańskiemu, którego uczestnicy uważali  że człowiek może osiągnąć doskonałość bez pośrednictwa Kościoła, jeżeli będzie prowadził życie w duchu cnót chrześcijańskich ( tzw. vita apostolica - życie apostolskie czyli życie jak  żyli apostołowie ),  proste i ubogie.  Taa... niebezpieczne poglądy. Te grupy ludzi świeckich, którzy decydowali się na życie we wspólnocie i ubóstwie ( na podobieństwo zakonów żebraczych ),  których  członkowie nie składali ślubów wieczystych ( a szczególnie ślubów posłuszeństwa wobec hierarchii kościelnej ) tworzyły miejsca dla siebie. Ci ludzie  nie odcinali się całkowicie od życia świeckiego ale nie zanurzali się w niej całkowicie. Wiedzieli że są odrębni i dla własnego spokoju a także spokoju innych  ( przeca jasne że  byli solą w oku hierarchii kościelnej  ) osiedlali sie w miejscach wydzielonych, najpierw poza miastami a później  w przestrzeni miejskiej. Te osiedla nazywamy beginażami. No i rzeczywiście żyli  prosto, begardzi zajmowali się głównie pracą rzemieślniczą, a beginki dziełami miłosierdzia, znaczy pielęgnowaniem chorych w szpitalach, czasem nauczaniem dzieci.Wspólnoty beginek i begardów były autonomiczne i rządziły się własnymi, specyficznymi dla każdej j wspólnoty prawami.  Mieli  swojego przełożonego wspólnotowego, który kierował funkcjonowaniem beginażu i reprezentował beginat czasem  sam a czasem z radą. Najczęściej były to matka  przełożona, wielka panna ale najczęściej  nie oznacza zawsze bo istnieli wszak begardzi. Wspólnota  utrzymywała się z własnej pracy, posiadała wspólną kasę, budynki. Jadano wspólne posiłki i rzecz jasna odprawiano wspólne nabożeństwa. Dziś byśmy to określili  jako komunę ale nie określimy bo ostatnia  beginka, niejaka Marcella Pattyn, Belgijka, zeszła z tego świata w wieku lat 91 w roku 2013.
 

 
Kościół katolicki miał  z gryz z takimi religijno - społecznymi ruchami,  z jednej strony tolerował je, a niekiedy nawet wspierał, bo jakoś jeszcze te beginaty wydawały się  tej instytucji  alternatywą wobec ruchów bardziej odlecianych od  doktryny, typowo heretyckich ( np. w Tuluzie, gniazdku katarów, beginaty były cacy  ). Z drugiej strony ten nieuregulowany status kanoniczny  wspólnot sprawiał, że  hierarchia kościelna nie  mogła beginatów kontrolować w sposób jaki chciała to robić. Ruch beginek i begardów od zawsze  budził podejrzliwość ze strony  duchowieństwa. Zarzucano im  hipokryzję, rozwiązłość seksualną, a także  naruszenia dyscypliny kościelnej, szczególnie  nieautoryzowane głoszenie kazań bo tu monopol był zagrożony. Generalnie to za słodko beginatowi z Kościołem nie było, zwłaszcza że niektóre wspólnoty znalazły się pod wpływem potępionych przez Kościół myśli albigensów oraz tzw. Herezji Wolnego Ducha. Kościół się wówczas bardzo mocno pultał, czego skutkiem było przejście całkiem sporej  liczby  beginatów  na tercjarstwo franciszkańskie i przyjęcie przez te wspólnoty  reguły trzeciego zakonu św. Franciszka z Asyżu.  Wspólnoty będące pod  duchową opieką franciszkanów były zabezpieczone przed oskarżeniami o sprzyjanie  heretykom. Inne wspólnoty zdecydowały się przyjąć taką opiekę od  dominikanów  czy karmelitów, przyjmując tercjarstwo dominikańskie lub karmelitów. Wspólnoty które pozostawały  pod wpływem flagelantów  czyli biczowników zostały ostatecznie uznane przez Kościół za heretyckie.
 

 
W 1311 papież Klemens V oskarżył ruch beginek o rozprzestrzenianie herezji. Wszystko przez niejaką   Marguerite  Porète z Hainaut, która w roku 1306 napisała Speculum simplicium animarum co tłumaczy się jako "Zwierciadło dusz prostych". Nie dość że kobieta nie będąca mniszką tworzy literaturę jakby teologiczną to jeszcze nie uznaje autorytetu Kościoła. To nie mogło skończyć się dobrze, Sanctum officium vel Inquisitio haereticae pravitatis zainteresowało się Małgorzatą. Skutek był taki że po procesie prowadzonym przez  inkwizytora Wilhelma z Paryża, w którym beginka nie zgodziła się uznać autorytetu duchowego Kościoła i odmówiła składania zeznań, została ekskomunikowana i 1 czerwca 1310 roku na Place de Grève w Paryżu zapłonął stos na którym spalono ją wraz z jej dziełem. Na wiele to się nie zdało, Kościół stworzył męczennicę, której słowa poszły w świat. Wraz z nastaniem ery druku to w ogóle było przerąbane i praca Małgorzaty stała się jedną z podwalin reformacji. Książka nie dość że była drukowana, to była tłumaczona na języki nowożytne. Zgroza. Tak beginka została babką reformacji. Na początku XIV wieku w ogóle  władze kościelne wykonały szereg ruchów wymierzonych w tzw. heretycki mistycyzm, po prostu te ruchy oddolne, które w olbrzymiej większości były skierowane przeciw doktrynie Kościoła, zaczęły wyrastać jak  grzyby po deszczu i Kościół czuł że przestaje ogarniać. To właśnie na to stulecie przypada największy rozwój beginatów.



Podczas obrad Soboru w Lyonie w 1274 przeciwnicy begardów i beginek przeprowadzili propagandowy atak na wspólnoty. Udało im się doprowadzić  do odnowienia i potwierdzenia postanowień z 1215 o zakazie tworzenia nowych zakonów i zaczęto się zastanawiać czy aby nie rozwiązać wspólnot. Baby, bo był to głównie ruch babski,  miały podporządkować się nakazowi zamążpójścia albo wstąpienia do uznanych prawnie zakonów, które w XIV stuleciu to już mogły przyjmować panie jak leci. W roku 1290 w Kolmarze postawiono  pierwsze formalne oskarżenia o herezję wobec beginatu, nieortodoksyjne podejście do religii oparte na mistycyzmie, nowe koncepcje teologiczne niekoncesjonowane przez papiestwo - wszystko to działało na kler jak płachta na byka. Największe procesy o herezję spod znaku Wolnego Ducha miały miejsce w w Strasburgu w roku 1317, zainicjowany  przez miejscowego biskupa Jana z Zürichu oraz w Kolonii około roku 1326 z inicjatywy miejscowego arcybiskupa Henryka z Virneburga. W pierwszym z nich wynik był taki se dla biskupa,   chyba wszystkim begardom udało się myknąć ze Strasburga, więc i owszem spokój ale zero satysfakcji.  W drugim Kościołowi poszło lepiej - księdza związanego z beginatem spalono na stosie, a osiem innych osób skazano na więzienie. U nas tyż tak  było,  beginki w liczbie 16 - 20,  które mieszkały na Śląsku, we wrześniu 1332  miały nieprzyjemność bycia oskarżonymi w procesie, który wytoczył im inkwizytor Jan Schwenkenfeld.  W latach  1293 -  1300 rokiem włocławski biskup Wisław osadził w swoich dobrach pięciu begardów, którzy wznieśli  jedyny na ziemiach polskich kościół i klasztor, od którego zresztą powstała nazwa miejscowości Kaszczorek ( dziś jest to dzielnica Torunia ). Po potępieniu begardów na soborze w Vienne następca Wisława Gerward wywalił beginat z Kaszczorka, na mocy  wyroku sądowego zatwierdzonego przez  papieża Jana XXII w 1321 roku a te resztki begardów przeniósł do swoich dóbr w Dobrzejewicach, gdzie przebywali do śmierci. Dopiero następne stulecie przyniosło uspokojenie stosunków na linii beginaty   - Kościół,  ruch beginatów i jego pierwotne idee, został zrehabilitowany przez papieża Eugeniusza IV w XV wieku, Kościół już wówczas wiedział że lepiej mieć beginaty po swojej stronie niż przeciw sobie. na wiele  się to nie zdało bowiem w następnych stuleciach  ich zgromadzenia zostały w większości rozwiązane w ramach ruchów reformacji. Po prostu beginki, które przeszły na protestantyzm, zostały diakonisami.
 


Najbardziej znane beginaty, w których żyło   nieraz tysiące ludzi znajdowały się w: Mechlin, powstały w roku 1207, Brukseli powstał w 1245, Leuven powstał około roku  1232, Antwerpii  w 1234, Brugii w 1244, Lier, Kortrijk, Gandawie, Amsterdamie. Najczęściej beginaże powstawały na terenie północnej i dzisiejszych: północno-wschodniej Francji, Belgii, Holandii oraz zachodnich i północno-zachodnich Niemiec. Jak taki  begijnhof wyglądał? Zwykle to były niewielkie domki zgrupowane  wokół prostokątnego lub trójkątnego placyku, takiego dziedzińca, choć nie zawsze to tak wyglądało, niektóre beginaże miały domki budowane w dwóch  rzędach wokół trawiastego placu. Begijnhof brugijski to około trzydziestu pomalowanych na biało domów, z których większość pochodzi z końca wieku XVI a także wieków XVII i XVIII. Te domy są wszystkie zgrupowane wokół dużego centralnego dziedzińca. Domy w beginażach mogły być jedno- lub wieloosobowe ( niby wszyscy równi ale domy wieloosobowe były dla mniej zamożnych beginek i nowicjuszek ). Kiedy zamożna kobieta albo zamożny mężczyzna zostali przyjęci do wspólnoty mogli  wynająć  lub kupić jeden ze wspólnotowych domów. Po ich śmierci dom ponownie stawał się własnością  beginatu. W każdym begijnhofie znajdował się  mały kościółek lub kaplica. W Brugii begijnhofkerk  jest poświęcony Świętej Elżbiecie Węgierskiej. Najstarsza, wczesnogotycka budowla kościelna w tym miejscu w 1245 roku, kiedy hrabina Flandrii,  Małgorzata II z Konstantynopola kazała przenieść nieczynną kaplicę wicehrabiego Burgii do niedawno założonego begijnhofu.
 
No i przeniesiono dosłownie,  oprócz wyposażenia  w miarę możliwości ponownie wykorzystano również materiały budowlane. W styczniu 1584 roku, za czasów administracji kalwińskiej w Brugii, budynek kościelny, który pełnił wówczas funkcję magazynu zboża i słomy został strawiony przez  pożar. Uniknął szczęśliwie całkowitego zniszczenia i już od 1587 roku mógł być ponownie używany. Całkowita renowacja trwała kilkadziesiąt lat i została zakończona w latach 1604-1609. Wnętrze, które zostało wzbogacone dziełami sztuki w ciągu XVII i XVIII wieku, jest typowo barokowe. Na mła zrobił sympatyczne wrażenie  bowiem śpiewały w nim dwie siostrzyczki zakonne, jedna staruszka a druga młodsza, czarnoskóra. Obie radośnie  fałszowały, kościół lekko pachniał pleśnią, tak jakoś naturalnie i z lekka omszało było. W wielu wspólnotach znajdowały się budynki szpitalne, w pobliżu szpitala lokowano często dom matki przełożonej.  Beginaż otoczony był murem, w którym znajdowała się jedna lub więcej bram, łączące beginaż z miastem. Do głównego bramy wejściowej brugijskiego bejginhofu można dotrzeć przez kamienny most z trzema łukami, który nosi cud nazwę - Wijngaardbrug. W niszy nad wejściem można zobaczyć figurę św. Elżbiety Węgierskiej, patronki wielu beginaży.  Brama wjazdowa jest stosunkowo nowa, została zbudowana w 1776 roku przez znanego W Brugii i okolicy  mistrza murarskiego Hendrika Bultyncka w stylu modnego klasycyzmu. Druga brama zapewnia dostęp przez most Sasbrug do  czegóś zwanego Sashuis, co mła tłumaczy sobie jako przedbramie ( na pierwszej fotce poniżej ). W beginażach znajdowały się zwykle takie miejsca jak: izolatka dla zakaźnie chorych, stajnia, kurnik, browar, ogrody i łąki W brugijskim jest winnica powierzona opiece świętego Aleksego z Edessy.
 
 
Begijnhof  w Brugii powstał pod patronatem hrabiny Flandrii Małgorzaty II z Konstantynopola. Jeszcze przed 1240 rokiem społeczność pobożnych kobiet osiedliła się w miejscu zwanym de Wi(j)ngaard na południu miasta. Ta nazwa oznaczała ponoć z lekka bagniste łąki. Pierwszymi beginkami były, podobnie jak w innych miejscach, dziewczęta o skromnym pochodzeniu, wspólnota której  źródłem utrzymania było sukiennictwo. Wytwarzanie sukna wymagało dużej ilości wody, więc osiedlono się blisko cieku wodnego. Beginki z Brugii otrzymały wsparcie kaznodziejów, którzy osiedlali się w Brugii od 1235 roku. Działali oni mocno u władz kościelnych i świeckich  na rzecz uznania begijnhofu za odrębną parafię, co pozwoliłoby wspólnocie na niezależność. W 1245 roku ich starania zostały uwienczone powodzeniem i uznano begijnhof za samodzielną parafię. W 1299 roku przeszedł pod bezpośrednią władzę króla Francji Filipa Pięknego i otrzymał tytuł Béguinage Princier czyli Beginaża Książęcego, pod którą to nazwą znany jest do dziś. Kolejni hrabiowie Flandrii i książęta Burgundii podtrzymali ten przywilej. Od 1300 roku begijnhof rządził się regułą ostateczną, ustanowioną na podstawie kilku następujących po sobie reguł prowizorycznych. Okres prześladowań ( lata 1311-1318 ) utrudnił życie beginkom ale bez przesadyzmu, miały możnych patronów. W XIV i XV wieku begijnhof brugijski przeżywał swoje złote lata.  Kościół parafialny obsługiwał proboszcz i siedmiu kapelanów. W ambulatorium i  szpitalu beginki opiekowały się chorymi współobywatelami, ciesząc się bardzo dobrą opinią. Kres temu złotemu wiekowi położyła reformacja i niepokoje religijne. Podobnie jak  klasztory, beginjnhof przeżywał ciężkie chwile w latach Republiki Kalwińskiej ( 1578-1584 ). Co prawda beginki nie  zostały zmuszone do ucieczki, jak  zakony, ale ingerowano mocno w ich prawa majątkowe, choćby przez zamianę budynku ich kościoła na magazyn siana i zbóż.
 
W XVII wieku było już lepiej,  wspierane przez władze kościelne, w tym arcybiskupa Mechelen Jana Hauchunisa, beginki ponownie doprowadziły  to miejsce do rozkwitu. Nie było tak jak za dawnych , dobrych czasów, kiedy Brugia była jednym z najbogatszych miast Europy, ale było nieźle.  Wspólnota w  Brugii skupiła się całkowicie na życiu kontemplacyjnym. W rezultacie takiego podejścia   że ora cóś ważniejsze  niż labora do begijnhofu przybywało coraz więcej dziewcząt z zamożnych rodzin, które miały własne środki do życia. Begijnhof nabrał więc z lekka arystokratycznego wdzięku. Domy wokół dziedzińca zostały gruntownie wyremontowane lub wybudowane na nowo. Gmina weszła również w posiadanie wielu majątków. W XVIII wieku beginek nie dotknęła kasata klasztorów, którą cesarz Józef II Habsburg leczył bolączki państwa, wszak one nie do końca były  zakonem. Beginki udostępniły część swoich domów zakonnicom, które zostały bez klasztorów, odbyło sie to bez sprzeciwu ze strony rządu. W 1796 roku po ustanowieniu Republiki Francuskiej begijnhof nagle okazał  się być własnością rządu. Beginki miały wybór między wywłaszczeniem i wydaleniem lub włączeniem ich  majątku do sieci "mieszczańskich przytułków" administrowanych przez gminę, przy jednoczesnym zachowaniu wspólnoty  jako usługodawców dla opieki nad osobami starszymi organizowanej na tym terenie. Beginat wybrał rzecz jasna drugą opcję. Następne stulecie nie sprzyjało wspólnocie. Przez cały okres rządów francuskich, a także czas kiedy te ziemie należały  do Zjednoczonego Królestwa Niderlandów a potem przez pierwsze lata Królestwa Belgii, beginkom co prawda  pozwolono dalej mieszkać w begijnhofie, ale nie było mowy, nawet gdy katolicy rządzili zarówno państwem, jak i miastem, o ponownym przeniesieniu własności na wspólnotę.
 
Przy minimalnych dochodach i malejącej liczbie członkiń nadal jednak beginat funkcjonował. W XX wieku społeczność skurczyła się do zaledwie kilku starszych beginek. Ich wielką panną była Geneviève de Limon Triest, członkini szlacheckiej rodziny Ghent i córka Esquire Alfreda de Limon Triest . Wraz z proboszczem Begijnhofkerk kanonikiem Rodolphem Hoornaertem i Domem Gasparem Lefébvre wielka panna pracowała nad utworzeniem bardziej współczesnej wspólnoty monastycznej, która mogłaby ponownie być atrakcyjna dla młodych dziewcząt. Wymyślono  Córki Kościoła, wielka panna  Geneviève de Limon Triest została pierwszą przeoryszą tego zgromadzenia w roku 1927.  Wiele domów przekształcono w pomieszczenia klasztorne, rozbudowano by  można było wynajmować je na rekolekcje i spotkania duchowe. Liczne domy w tzw. dolnej części, która opustoszała, po renowacji wynajmowano samotnym damom. W 1974 roku własność całego obszaru została przekazana miastu Brugia, bowiem mogło zapewnić solidniejsze finansowanie prac konserwatorskich prawie 800 letniego założenia. W roku 1998 begijnhof książęcy Ten Wijngaerde, jedyny zachowany beginaż w Brugii, został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

sobota, 24 grudnia 2022

Najświąteczniejszego żłóbkowego i wogle!

Kochani, mła zaganiana ale Małgoś zadowolniona i co najważniejsze utrzymana w należytym stanie, ku zdziwieniu niektórych mendycznych, wg. których powinna zejść z tego świata z początkiem listopada najpóźniej bo tak jest w mundrych książkach napisane. Na szczęście czasem medycyna bywa  bezsilna. Mła nie  będzie komentować tego  bo sił nie ma i nie chce się denerwować. W związku z przygotowaniami "ostatnich świąt" Małgoś, z paczkami mła nie zdążyła. Nawet Dżizaas mieszkająca niedaleko mła dostanie swoje prezenty po śniętach. No nie ma lekko. Mła postara się cóś dla Was do czytania podróżniczego napisać  na śnięta, w XIX wieku książki podróżnicze  były mile  widziane pod chujinkami. Życzę  Wam Czytacze i Waszym Rodzinom i Waszym Stworzeniom wszystkiego naj, naj. No i w ogóle abyśmy zdrowi byli i nie przeżarli się w śnięta. Na wszystkie komenty odpowiem jak tylko znajdę chwilkę na to pisania blogowe, na razie mam bulgotanie w kociołku i muszę lecieć. 

poniedziałek, 19 grudnia 2022

Crazy crisis czyli o szaleńtwach świata w przedświątecznej prasóweczce


Mła ma lekko odpuszczone i troszki wincyj czasu to sobie poczytała nieco info, coby wiedzieć na jakim świecie żyje. Trochę jej to zajęło bo wraz z rozwojem społeczeństwa informatycznego coraz mniej rzetelnych informacji w obiegu. Ponoć wszystko przez biednego Roniego Reagana, któren powołał niewłaściwy skład Sądu Najwyższego a ten ustalił że dziennikarze to w zasadzie nie muszą zachowywać zasady obiektywizmu podając info. I dlatego 40 lat później zamiast informacji  często gęsto czytamy cudze  opinie o tym co tyż się wydarzyło. Biedny Ronie, to druga wtopa po tej czepionkowej. Mła różności wyczytała, najbardziej ją zmartwiły info z Budapesztu bo nasze kretynozy zarzundowe zawsze chciały mieć Budapeszt w Warszawie. Mła jest temu przeciwna ze względów zasadniczych. Mimo włażenia Wujkowi Wowie bez mydełka i tanizny paliwowej Węgry mają inflację wyższą od nas, sporo wyższą bo to ponad 22%. Na Wujka Wowę zwalić się nie da choć Baron Cygański cóś tam zaczął dulczyć. O socjalizm dobólny raczej zarzund węgierski trudno oskarżyć, oni parę lat temu wprowadzili tzw. zapis niewolniczy, znaczy zlikwidowali prawie prawo pracy, żeby przypodobać się niemieckimi koncernom motoryzacyjnym.

No wicie rozumicie, nie jedź z to produkcjo do Chin, Węgry so bliżej. Jednakaże, jak się tak głębiej zastanowić to ograniczanie praw pracowniczych jest charakterystyczne dla realnego socjalizmu. Taa... i to zamrożenie cen. No reglamentację produktów rozumiem, to się zdarza w każdym typie gospodarki ale walka ze spekulacją poprzez gwarantowane przez rząd ceny produktów? Rany. Chodzą ploty że Baron Cygański chce przejąć zagraniczne sieci handlowe i wypchnąć je z Węgier. Hym... one same wylezą, tylko czy będzie co jeszcze po nich przejmować? Teraz bratanki majo jakby kłopot, z ich zarzundu padły nawet takie słowa - "Deficyt produktów jest spowodowany nadmiernymi zakupami węgierskich klientów". Mój boszsz... co za niewdzięczny naród, żre niepatriotycznie bez opamiętania. Obrodziło geniuszami ekonomicznymi na południe od nas, jak nie Baron Cygański to ten Półsułtan, który tak działa jakby zamierzał zrobić w kraju Orientu Najbliższego inflację rzędu 1000 i 1%. Nasze ludzie się cieszą, wspominki wypraw handlowych na Węgry i tych późniejszych do Turcji w narodzie odżywają. Co prawda pojawiają się ponoć na Węgrzech niepokojące pomysły żeby zamiast cen zamrozić Barona Cygańskiego, ale może jeszcze zdążymy sobie pojeździć. Mła naprawdę ma problema żeby zjawisko zrozumieć, za cenę bycia kolabo mieli uzyskać spokój gospodarczy. No i są kolabo i mają biedę? 


Te zachodnie innostrańce to kryzys po całości mogo zwalić na Wujka Wowę, z ulgą ichnie zarzundy przyjęły słówko wojna do planów budżetów.  Kochana wojna, jak ładnie przykryła to wywalanie kasy i zwyczajne złodziejstwo ery covida złego. Niektóre ludzie prominentne  już się co prawda przestawiły na złodziejstwo wojenne ale jeszcze takie nieduże jakby, bo ten kryzys i ludzie jakby znerwowane. Jeszcze fikną zarzundom albo co. Włochy się obraziły, na razie na bank nasz główny europejski ale tak naprawdę to Włochy obrażone są na Niemcy że wiszą ich bankom kasę. Będzie się działo. Tym bardziej że na Niemcy to właściwie obrażeni są wszyscy, z tym że za różne sprawy. Na wschodzie kontynentu tyż kłótliwie ale nie po tych liniach co my się przyzwyczaili.  Podobno Donieckie pokłóciły się z Rosjanami. Mła nie dowierza ale to jest druga wiadomość z przeglądu, którą mła znalazła w ciągu minionego miesiąca i słyszała z pantofla że Donieckie i Ługańskie się wkurzyły za taktykę spalonej ziemi, tym razem nie na Ukraińców. Tego też nie rozumiem bo Rosjanie nie  bombardują terenów  Ługandy i Dombabwe. Jak nie wiadomo o co chodzi to pewnie o piniądze. Z łobowiązku zapodaję ale o prawdziwość tych info mła nie pytajcie, to mogą być tylko opinie o wydarzeniach. Na wschodzie to teraz nagminne.

Wujek Wowa ponoć jedzie do Ciepłego Człowieka. Na zdjęciu ilustracyjnym miał czarny krawat w białe kropeczki, szczegółów przyjęcia nie omawiano, zadowolono się tradycyjnym straszeniem eskalacją. Za to administracja  Śpiącego Joe przecieka, tematy te same co zawsze  -  Ukraina do boju, huzaaar! Ukraina przyjmuje to ze stoickim spokojem jako niezbędny dodatek do broni za którą amerykański podatnik płaci amerykańskim koncernom zatrudniającym amerykańskich podatników płacących amerykańskiemu fiskusowi, który płaci podatkami amerykańskich podatników amerykańskim koncernom za broń dla Ukrainy. Wojna zapowiada się na długą. W UK nie mają  dużych zakładów zbrojeniowych i podwykonawców, dlatego zamiast z kolędą chodzą ze strajkiem. O ile kłopoty Węgier są u  nas nagłaśniane na zasadzie a  dobrze tak tym kolabo o tyle o tym co się dzieje w Windsorlandzie cisza. A mła tak sobie myśli że niedługo  łatwiej będzie wymienić kto jeszcze na wyspach nie strajkował niż tych którzy strajkowali bądź strajkują. Tu się wszystko naraz posypało, pocovidostwo, posocjalstwo, pobrexitostwo ( UK jako jedyny kraj z anglosfery ma problem z samodzielnością gospodarczą pozwalającą utrzymać życie mieszkańców na dotychczasowym poziomie ). A teraz przechodzimy do Gwiazdora - Elon działa a wszyscy zastanawiają się po co w ten a nie inny sposób. No cóż, dla piniądzów, których  przypływu wszystkim na te święta życzę. Ho, ho, ho!
 

niedziela, 18 grudnia 2022

Codziennik - "radości" minionego tygodnia

Ten tydzień nie należał do najłatwiejszych. Co prawda Sławencjusz wrócił ze szpitala z nowymi lekami i lepszym samopoczuciem, za to Małgoś się staranie rozłożyła bo jej syn odebrał wnuczka z przedszkola. Zawsze wiedziałam że dzieci to zaraza ale Kubusia nie podejrzewałam. A tymczasem  Małgoś miała zapodanego najnowszego wirusa dziecięcego, i dostała leki  z antybiotykiem osłonowym włącznie. Obecnie już mówi, na ogół same  brzydkie rzeczy o mła i katowaniu jedzeniem. Mła załatwia sprawę krótko, zdawało się Małgoś a w ogóle to ma rozmiękczenie mózgu. Małgoś na to mła  że rozmiękczenie to  ma nasz komendant  główny policji a Małgoś to ma co najwyżej lekką niedyspozycję mentalną. No nie wiem czy to krzywienie się , machanie łapkami i usiłowania ryczenia niemym gardziołkiem to jest lekka niedyspozycja, dla mła to wyraźnie mózg miękki jak  niedogotowane jajko. Jak widzicie nie było pierniczenia bo Małgoś leczona, młą nieco zajechana i wogle się działo. Na ten przykład sąsiad Maciuś wrócił był z pracowej wigilii o drugiej nad ranem  i zaliczył glebę przed wejściem. Dobrze że mła kole drugiej  w nocy ostatnio na nogach bo ten dureń by zamarzł.  Mła jak zobaczyła  zwłoki leżące przed domem, to czym prędzej wybiegła na to  - 11 i zbierała idiotę z dużym trudem, bo jemu się wydawało że mła chce  go wyrzucić z tramwaju. Tak mła wkurzył że udałam się po parasol i moim starym sposobem przećwiczonym na dużych  facetach z zaburzoną świadomością, zapędziłam do kojca, znaczy na korytarz. A potem zaczęły się schody, dosłownie. Tak w połowie drogi przyszło mła do głowy żeby się zorientować  czy Maciejuchna  ma  klucze przy tyłku, oczywiście nie miał i twierdził że współpracownicy mu  ukradli, ponoć z zazdrości o mniłość kotki do jego osoby. 

Potem niepokój nim targał czy aby kotka Czarnuszka nie głoduje i czy nie trzeba  natentychmiast wzywać ślusarza albo straż pożarną, coby drzwi  wystawiła . Na wszelki wypadek odebrałam komórkę grożąc parasolem i na kopach wciągałam dalej. Pod drzwiami jego mieszkania, w korytarzyku, który jest ciepły, pościeliłam psie kocyki, ułożyłam, pozwoliłam sobie przyjąć wyznanie że jestem najukochańszym administratorem  nieruchomości, przypierniczyłam  parasolem bo mną nosiło i Maciuś zachrapał. Rano było mu głupio jak cholera i dobrze. Małe  elfy zrobiły odśnieżanie  po całości za mła i wylizały schody. Ot, nieoczekiwane obowiązki administracyjne mła w nocy dopadajo i nerwujo. Dla mła niby to nic nowego, w końcu jest zaprawiona w bojach od czasu kiedy jeden z jej lokatorów przeczytał na monitorze kompa że powinien udać  się do admina w celu  przywrócenia czegóś tam z systemu. Mła nie przepuściła Maćkowi, odbyła rozmowę z nieodpowiedzialnym opiekunem kota, który to opiekun jak się okazało klucz od mieszkania miał przezornie schowany w skarpetce. Ulałam się Ciotce Elce, która czym prędzej chciała pożyczyć parasol, bowiem Włodzimierz coś tam bredził o pracowym opłatku. Ku jej rozczarowaniu wrócił bez promili i cały zdziwiony był tym że oczekiwała go w progu z parasolem. Zapodał info że nie śnieży i z tą zadymką to przesada. I jedno szczęście bo jego kolega Snuj się był urżnął z okazji świątecznej   i Włodzimierz jako jedyny trzeźwy na  pracowej fieście musiał go do domu zaholować. Włodzimierz rozmówkę później ze mła prowadził na temat złego humoru Ciotki Elki,  objawiającego się chodem sztywnym  jak u Jaruzelskiego i jadem z ust spływającym jak u Urbana Jerzego. Cóż, mła nie wyjaśniała sprawy ciotczynych oczekiwań i parasola, pomyślała sobie tylko że Włodzimierz ma troszki racji, kiedy mawia że Elunia jest z tych wybrednych, które ciężko byle czym zadowolić.

czwartek, 15 grudnia 2022

Jak szuria staje się mainstreamem

Powolutku choć wcale nie po cichutku do mainstreamu przedostaje się prawda o obeszczeniach covidowych. Już nie ma opowiastek że to Wujek Wowa stoi za straszliwymi antyczepionkowcami, bo widać coraz wyraźniej  że propaganda Wujka Wowy tylko korzystała z okazji, jaką stworzyła jej głupota, chciwość i zacietrzewienie ideolo wśród zarzundzających masami. Wujek Wowa robił za skutek a nie za przyczynę. Mocno przeżywają Niemce, tam podskórnie zaczyna bulgotać i mainstream niemieckiego  info nasiąka  realem.  Znaczy przez osmozę nasącza się tym wszystkim przez  niemiecki zarzund niechcianym, wyłazi ten kretynizm  obeszczeń po całości i zarzund Niemiec zalicza właśnie trójcę nieświętą porażek politycznych - dali doopska w sprawie zarazy, pomogli wywołać wojnę i za rogiem widać już krach tzw. polityki klimatycznej. Zarzund niemiecki udaje że nie widzi, kanclerz bredzi, służby usiłują ratować sytuację Heinrichem którymś tam, bez powodzenia zresztą. A tymczasem na Deutche Welle - "Zagadkowo wysoka liczba zgonów. W tym roku Niemcy mają do czynienia z wysoką nadumieralnością. W październiku zmarło aż o 19 proc. więcej osób niż w poprzednich latach. Zdaniem ekspertów nie da się tego wytłumaczyć samym koronawirusem." Taa... Krótkopamiętliwym przypominam że w zeszłym roku szalała srandemia z którą zarzundy walczyły z całych sił wciskając ludziom zdziwne preparaty za pomocą źle maskowanej przemocy instytucjonalnej. No a teraz to larum grają bo ubezpieczyciele niemieccy raban robią  w sprawach zgonów, które są tak duże że srandemia to jakiś pryszczyk. Tak, tak, w październiku tego roku zmarło o prawie 1/5 Niemców więcej, niż w tym miesiącu  podczas lat srandemii,  w której zresztą Niemcy nie mieli jakiegoś specjalnego wychylenia statystycznego jeśli chodzi o umieralność. Smród  z Niemiec idzie w Europę, więc mła przypuszcza  że dla odwrócenia uwagi od niektórych członków KE poświęca się pomniejszą łapówkobierczynię z PE.

Ponieważ u nas o koronawirusowych sprawach tak ostatnio półgębkiem i tylko z okazji dopuszczenia berbeluchy dla dzieci czy napadu zakoronawirusowanego Rosattiego na  nasz parlament, któremu to napadowi pewnie większość rodaków kibicuje, to mła Wam troszki napisze co u somsiadów. "Według Instytutu Roberta Kocha w październiku w Niemczech zmarły z powodu infekcji koronawirusem łącznie 4334 osoby, znacznie więcej niż w poprzednich latach ( 2021: 2493 osoby; 2020: 1482 ). Również latem, gdy też występowała nadmierna umieralność, w tym roku zmarło na koronę znacznie więcej osób niż w latach poprzednich."  Taa... lato to taki typowy sezon grypowy w naszej szerokości geograficznej. Tego zjawiska  nie mogą wyjaśnić, jak na razie, nawet eksperci. He, he, he, nie ma to  jak eksperckość  grantowa. "W internecie zaczynają krążyć teorie spiskowe, że powodem były szczepionki na koronawirusa. Tymczasem eksperci twierdzą, że za wcześnie jeszcze na ostateczne stwierdzenia".  Uwaga, za wcześnie na ostateczne stwierdzenia. Nie że łyżka na to niemożliwe. W końcu społeczeństwo wyczepione  po kokardę nie powinno schodzić w ilości większej niż podczas srandemii, zwłaszcza z powodu wrażego koronawirusa. 

No to jedziemy dalej - "Jednak sam wzrost liczby zgonów z powodu koronawirusa nie wystarczy, aby wyjaśnić ogólnie wysoką liczbę za październik. ( ... ).  To, co widzimy, to dwa wydarzenia zbiegające się w czasie: z jednej strony zgony koronawirusowe, które nasiliły się wczesną jesienią. Z drugiej strony infekcje układu oddechowego, które również gwałtownie wzrosły". To Jonas Schoeley z Instytutu Maxa Plancka. Dalej jest jeszcze ciekawiej "To, co widzimy teraz coraz częściej, to fakt, że inne miesiące również mają wysoką śmiertelność"  - to Sebastian Kluesener z Federalnego Instytutu Badań Ludnościowych ( BiB ).  "Lato jest dla mnie bardziej niejasne niż to, co stało się w październiku" to znów  Jonas Schoeley, po czym słodko pituli  że część z tych zgonów można wyjaśnić falami upałów. Realy?  Pewnie to co się dzieje teraz wyjaśnią falami mrozu. To jednakże nie wystarczy. "Możliwe, że wyraźniej widzimy pośrednie skutki pandemii. Chodzi m.in. o przeciążony system opieki zdrowotnej w wyniku stresującego okresu pandemii." Za wszelką cenę  któś tu stara się unikać takiego pojęcia  jak dług zdrowotny, w kraju namiętnie wprowadzanych  lockdownów  i wiecznie noszonych maseczek to przeca brzydkie słowa. "Jonas Schoeley uważa jednak, że korelacja między szczepionką na koronawirusa a nadmierną śmiertelnością jest prawie niemożliwa. - Jako naukowiec chcę mieć otwarte wszystkie możliwości, ale po prostu nie widzę związku - mówi. Gdyby szczepionki prowadziły do zwiększonej liczby zgonów, to już dawno zostałoby to udowodnione w badaniach medycznych i epidemiologicznych." To mła rozśmieszyło, czepionka została wprowadzona w grudniu roku 2020, od kiedy to ledwie po dwóch latach masowych czepień, dających zresztą największy w historii medycyny odsetek powikłań i nieskutecznych, co  widać po danych dotyczących zgonów, można twierdzić że,  to Panie tego, jakby cóś było to już by dawniej wyszło? Raczej nie można  bo czepionki się bada latami ale mła cóś tak czuje że przede wszystkim trza wszystko co  o czepionkach nieciekawego już wiemy starannie ignorować bo Bayer i spółka jeszcze Instytutowi Maxa Plancka granty cofną. 

Mimo tych słodyczastych zapewnień  że  chyba jednak nie czepionka, że chyba jednak nie dług zdrowotny, że upały straszne były i wogle, należy odnotować że dane statystyczne są w Reichu takie że nie da się dłużej o nich nie pisać, nie mówić i udawać że wszystko jest OK. Nie jest i do społeczeństwa niemieckiego to dociera, więc mainstream informacyjny musiał się tym zająć bo jeszcze troszki takiego ignorowania tematu a przestałby być mainstreamem. Tym bardziej  że zza Wielkiej Wody płyną ze strony przedstawicieli  Big Pharmy  takie słowa że można  by je spoko w niektóre szurnięte usteczka włożyć, które drzewiej mówiły że my cóś słabo znamy długofalowe skutki czepień i  jakby nie do końca widzimy zależności które mogą spowodować taką  a nie inną reakcję na wstrzykniętą substancję. Szurnięta mła, która ma mózg jak płaskoziemiec, przesadza? No to sobie poczytajcie co o zbyt licznych przypadkach uszkodzenia  mięśnia serca pisze doktor Paul Burton, główny lekarz firmy Moderna - "Nie mamy jeszcze konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, co wywołuje taki stan u niektórych osób. Możliwe, że za stan zapalny odpowiada białko kolczaste wirusa wytworzone w komórce po szczepieniu. Nie rozumiemy jednak jeszcze tego mechanizmu, dlatego trwają badania." No tak, doktor Burton, szurostwo zalęgło się nawet w Big Pharmie. Zgroza. A tak by było spoko gdyby władze Bergamo pozwoliły na normalne pochówki a nie trzymały zmarłych tak długo w chłodniach, że trzeba  było wywozić później te zwłoki ciężarówkami. Ciężarówki z Bergamo to nie groza pandemii, to  groza głupoty władz, które pozwoliły na takie bordello, następstwem którego mieliśmy  mendiami napędzaną panikę. Większości problemów z tym nowym wirusem by nie było, ot ostrzejsza  choroba grypopodobna, która raz na parędziesiąt lat  kosi ludzi w sezonie przeziębieniowym.

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Brugia - sploty i wiązania

Dziś będzie o czymś robótkowym, tak z wysokiej półki robótkowym. Hym... właściwie to najwyższej bo koronkarstwo to sztuka. Ażurowe tkaniny czy dzianiny o zachwycających wzorach wymagają precyzji jak mało które tkanie czy dzierganie. No wicie rozumicie, niby bardzo to skomplikowane nie jest ale koronkarstwo wymaga  jednak sporych umiejętności. Nie bardzo wiemy kiedy i gdzie powstały pierwsze koronki, przypuszczamy że powstały z pierwszych plecionek, koszy i sieci. Wiadomo że już w w starożytnym Egipcie i starożytnych Chinach robiono  wiązane siatki o dekoracyjnych splotach,  które zabezpieczały krawędzie tkanin, jednocześnie je ozdabiając. Te pierwsze koronki niewątpliwie były koronkami wiązanymi, stąd zresztą hipoteza że koronkarstwo wywodzi się od sztuki wiązania sieci rybackich. Kiedy  i skąd umiejętność wytwarzania koronek dotarła do Europy też jest tajemnicą. Wiadomo za to że  to właśnie w Europie koronkarstwo  osiągnęło najwyższą   jakość techniczną, jak też  artystyczną.  Technik tworzenia koronek jest całkiem sporo, najbardziej popularne jest tworzenie koronek dzianinowych na szydełku, bądź na drutach lub widełkach. Popularne są też  koronki wiązane takie jak makrama i cerowane na wiązaniach, do takich należą roboty filet czy teneryfy czy poszywanie tiulu. Rzadziej spotyka się koronki wykonywane za pomocą czółenka, tzw. frywolitki. Wśród wielu technik koronkarskich za najbardziej szlachetne i luksusowe uważane były i są koronki igłowe i koronki klockowe. Koronka klockowa swoją nazwę wzięła od narzędzi, klocków, za pomocą których jest wykonywana. Anglojęzyczna  nazwa koronki klockowej, bobbin lace, także odnosi się do rodzaju klocków wykonanych z kości - bone - znaczy kościana, he, he, he. Na klockach tych nawijane są nici, które tworzą następnie koronkę. Technikalia wyrobu koronki klockowej są takie:  przeplata się w grupach po cztery wiele nici nawiniętych na klocki. Prawidłowy sposób splatania nici zawiniętych na klockach odpowiada za tworzenie wzorów koronek. Tworzy się w ten sposób  tzw. płócienko budujące  formy ornamentu i różne rodzaje siateczek w tle oraz wypełnieniach motywów.  Koronka  powstaje zawsze na podstawie wcześniej wyrysowanego wzoru przymocowanego do poduszki. Dawniej  przezroczystą  tkaniną  a później kalką techniczną i foliami nakrywano ów wzór, coby nie pobrudzić nici.

Pierwsze wzmianki o koronkach klockowych wykonywanych  przy użyciu klocków wg. wzorów rozrysowanych na podkładkach pochodzą z drugiej połowy XV wieku. Testament mediolańskiej rodziny panującej Sforzów z 1493 roku wspomina o koronce wykonanej za pomocą dwunastu klocków. Pierwsze koronki powstały  albo w Wenecji albo we Flandrii,  która od XIII do XV wieku była jak  już wiecie najbogatszym i najszybciej rozwijającą się gospodarką w Europie, regionem który zbudował się na  tkactwie i produkcji wyrobów tekstylnych. Być może to w Genui czy w Serenissimie wpadli na pomysł klocuszków ( Za tym przemawia wpowadzenie do stroju kobiecego we w XV wiecznych Włoszech bielizny, którą można było zdobić koronkami  ) a być może jednak we Flandrii, tego nie wie nikt. Wiadomo  za to że koronka klockowa wywodzi się z plecionych pasmanterii  a niektóre jej motywy prawdopodobnie kopiowane były z koronek igłowych z których słynęła Wenecja -  z koronek reticella. Reticella ( lub z francuska point coupé  ) to koronka igłowa popularna od  drugiej połowy XV wieku  do pierwszej ćwierci wieku XVII.  Reticella była pierwotnie formą mereżkowanej snutki. Znaczy nici były wyciągane z lnianej tkaniny w celu stworzenia  siatki, na której wyszywany był wzór, głównie za pomocą ściegu dziurkowego ( baaardzo daleki krewny  haftu  hardagen ). Później  w reticella używano siatki wykonanej z nici zamiast snutki. Obiema metodami  wykonywano geometryczne projekty kwadratów i kół z różnymi formami  ozdobnymi na brzegach figury. Książki z wzorami reticella  były popularne w XVI wiecznej Europie ( wzornik Federico de Vinciolo wydany we Francji w roku 1587 czy wzornik Cesare Vecellio stworzony  we Włoszech gdzieś w latach 90 XVI wieku, wydany w roku 1617 ) i często wznawiane. Reticella przeszła w formę wyższą, znaczy bardziej skomplikowaną  koronkę igłową,  w punto in aria,  po naszemu ścieg w powietrzu, która wyszła poza geometryczne ramy. Tak naprawdę to właśnie punto  in aria uchodzi za pierwsza prawdziwą koronkę igłową, szytą samodzielnie.

Pierwszą znaną książką zawierającą wzory koronek klockowych, była pozycja zatytułowana "La Pompe",  która ukazała się w Wenecji w 1557 roku.   W roku 1561 w Zurichu książka książka "Nüw Modelbuch, Allerley Gattungen Däntelschnür" autora znanego nam jedynie z inicjałów R. M, o którym wiemy  że  był nauczycielem  koronki klockowej uczącym w Zurichu, który do tego miasta przybył z Wenecji w roku 1536. W latach 1597 i 1616 w Rzymie niejaka  Isabelle Catanea Parasole wydała dwie publikacje, które zawierały  własnoręcznie przez nią opracowane  rysunki wzorów. Jak widzicie koronkarstwo to była poważna sprawa, skoro opłacało się drukować książki na jego temat. Na podstawie zawartych w  publikacjach  ilustracji można prześledzić ewolucję wzorów koronki klockowej z geometrycznych, typowych dla  XVI wieku,  do wprowadzenia motywów linearnych, ornamentów zaokrąglonych, czy wijących się wici popularnych w XVII wieku . Technika wytwarzania koronki klockowej urodziła się w wieku XV, na poważnie rozwinęła się w   XVI wieku, lecz to wieki XVII i XVIII były złotymi stuleciami  koronkarstwa europejskiego. Początkowo  najpopularniejsze do wyrobu koronki klockowej były nici metalowe, znaczy nici z oplotem metalowym, złote bądź ze stopów srebra , później białe lub kremowe nici lniane i bawełniane, czarne, białe, kremowe i beżowe nici jedwabne a także wielobarwne nici wełniane. Zresztą to nie tylko nici  były, koronki wykonywano z cienkich blaszek, drucików. Produkowano  druciaki  głównie w Genui oraz we Florencji. Popyt na tego rodzaju koronki wraz z pasamonami oraz galonami  zwiększył się po  czterokrotnie  wydanym w Hiszpanii ( lata 1515, 1520, 1523, 1534 ) zakazie zdobienia strojów złotymi i srebrnymi haftami. Taa... w XVI stolicy mody to wprowadzanie ograniczeń dotyczących stroju po prostu nie mogło się udać, ale gdzie indziej od  złotek i srebełek powrócono do poczciwego lnu. We włoskich miastach takich jak Genua, Florencja, Mediolan, Rzym czy Wenecja  nadal namiętnie klockowano, len królował. Najbardziej w XVI wieku były znane wyroby z Wenecji ale zasłużoną sławą cieszyła się też np. koronka genueńska, z charakterystycznym motywem  przypominającym ziarna prosa i migdałów ułożone przeważnie w rozety. Ze względu na perfekcję wykonania  koronka genueńska stała się wzorem dla powstających ośrodków koronkarskich na Wybrzeżu Liguryjskim oraz na Malcie.

Za Alpami, we Flandrii i Brabancji klockowano równie namiętnie jak w Italii. W XVII wieku już tylko Wenecja mogła być konkurencją dla koronkarskiej potęgi wyrosłej na zachodzie kontynentu. Prawa antyzbytkowe wydawane  w całej Europie przyczyniły się początkowo do popularności koronek, wykonywanych  z nici lnianej, która  charakteryzuje się swoistą sztywnością, dzięki czemu  można było tworzyć  z niej trójwymiarowe dekoracje stroju. Moda na krezy różnego rodzaju zdobione koronkami lub w całości z nich wykonane sprawiła że miasta Flandrii i Brabancji zaczęły na delikatnych  koronkach robić ciężki biznes. No i cóż się wówczas okazało? No że koronki z lnu to zbytek, Panie tego, straszliwy. A  największy zbytek był w krajach, które własnych ośrodków koronkarskich nie miały. Z tego względu np. we Francji kardynał Richelieu próbował ograniczyć nadmierny import wyrobów koronkarskich wydawanymi edyktami zakazującymi między innymi noszenia koronek. Zawsze można przeca nosić cóś koronkopodobnego, taki haft richelieu na ten przykład , imitujący koronkę, he, he, he.  Jednakże nie odniosły pożądanego skutku działania przeciwnego wydawaniu kasy na szmaty kardynała. Jean Baptiste Colbert, minister Ludwika XIV, postanowił  zainwestować w modę i sprowadził z Wenecji około trzydzieści koronczarek by rozpocząć krajową produkcję koronek. W 1665 roku we Francji powstaje pierwszy cech koronkarski zrzeszający wykonujących ten zawód. Rok później założone zostają pierwsze manufaktury koronkarskie. Początkowo wzory wykonywanych francuskich koronek były analogiczne do wzorów weneckich oraz flandryjskich, jednakże w niedługim czasie zaczęły się kształtować koronki charakterystyczne dla ośrodków francuskich, choćby koronka paryska oraz valenciennes. Podobnie było w Wielkiej Brytanii.  Niestety wyroby Honinton, powstałe we flandryjskich XVI wiecznych koloniach w Devon, różniły się jakością od jedynie prawdziwych flandryjskich koronek. Koronka Honinton  całkiem insza inszość niż brukselskie ażurki. W 1662 roku angielski parlament uchwalił ustawę zakazującą importu wszelkich zagranicznych koronek, bo trza było chronić rodzimych producentów. Jednak angielscy miłośnicy koronek płacili za jakość, a flamandzcy koronkarze w  XVII wieku już nie tak chętnie osiedlali się w Anglii. W Anglii produkowano również gorszy len i dlatego nie można było prząść odpowiednio cienkiej nici, co przekładało się na jakość koronki. Ponieważ nie można było wyprodukować koronki u się, uciekano się do przemytu. Przemycana koronka brukselska  nazywana była Point d'Angleterre, czyli koronką angielską. We Francji do dziś wszystkie brukselskie koronki nazywają Point d'Angleterre. Takie wspominki po nielegałach. W Hiszpanii w końcu się zorientowano że len tyż potrafi osiągać wysokie ceny i  w 1623 zostały zakazane krezy, to cholerne narzędzie szatana drenujące złoto z Hiszpanii. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na rozwój koronkarstwa, wręcz przeciwnie, koronkaestwo się rozbujało.

Dobra, przechodzimy do mięcha. Koronki klockowe,  podobnie jak i inne  rodzaje koronek,  dzielimy na koronki jedno i wieloelementowe ( zszywane z wielu elementów ) .   Rozróżniamy następujące podstawowe typy koronek klockowych; antualaż ( z fr. entoilage ) - koronka z przewagą płócienka o motywach roślinnych, wyrabiana od XVII do XIX wieku, wykonywana z nici lnianych o różnej grubości, rozpowszechniła się w XVIII wieku.. Ten typ koronki wykonywano w szerokich pasach zdobionych wzorami roślinnymi. Podobno  to z antualażu oraz tzw. kampanki lub koronki torchon, czyli wąskich pasów najprostszej koronki geometrycznej, którymi poszerzano importowane wzory, urodziła się tradycja ludowego koronkarstwa na Śląsku; koronka brukselska ( nie mylić  z point de gaze, która jest koronką igłową a którą często nazywa się koronką brukselską ) - produkowana od XVI wieku, wysoce zaawansowana technicznie, wieloelementowa o motywach kwiatowych łączonych za pomocą réseau, siateczkowego tła wykonanego techniką klockową. Pierwotnie była wykonana tylko z najdelikatniejszej przędzy lnianej, którą przędzona w ciemnych, wilgotnych pomieszczeniach, aby nić nie stała się zbyt krucha. Do pomieszczenia wpuszczano światło w ten sposób który że padało na nić ( dlatego chorobami zawodowymi przędących nici i koronczarek były reumatyzm i ślepota ). Wzór czyli toilé nie jest konturowany; brabancka - technicznie gorsze naśladownictwo brukselskiej, wykonywana w mniejszych ośrodkach. Toczą się dyskusje czy odmianą koronki brabanckiej czy koronki brukselskiej są point de duchesse i point de rose.  Wiele belgijskich miast twierdzi że prawdziwa point de duchesse powstała w ich murach. Tak naprawdę to powstała w Brugii, we Flandrii. Znaczy tak twierdza brugijczycy, he, he, he. Ta koronka ma po prostu wiele lokalnych wersji.   Koronka duchesse jest koronką która nie ma réseau. Ta forma koronki została nazwana na cześć księżnej Brabancji, Marii Henrietty z Austrii, która była wielką zwolenniczką produkcji koronek, kochała swoje konie i absolutnie nie kochała swojego męża, tej kanalii Leopolda II. Duchesse niby jest  koronką jednoelementową, choć się  zdarzają odmienne poglądy na tę jednoelementowość. Wzór jest wykonany w taki sposób, że liście i kwiaty łączą się w naturalny sposób i rzadko zdarza się wykonanie siatki, aby je połączyć. Ponieważ nie ma réseau, koronki  są bardziej ciągłe, że tak to określę; malines - koronka jednoelementowa produkowana od XVII do XVIII wieku, bardzo cienka, o dużych motywach kwiatowo - wiciowych konturowanych błyszczącą nitką na tle siateczki sześcio - i ośmiobocznej wykonanej z białych nici lnianych. Pierwotnie termin koronka malines był używany w odniesieniu do każdej koronki klockowej z Flandrii. Nazwa wywodzi się od francuskiej nazwy miejscowości Mechelen, w północnej Belgii, gdzie początkowo je wyrabiano. Później wytwarzano ją  również w Antwerpii i Brukseli; 

valenciennes ( walensjenka ) - powstała w Valenciennes w północnej Francji w końcu XVII wieku, lata największej chwały to czas od 1705 do 1780 roku. Później produkcja została przeniesiona do Belgii, w okolice Ypres. Jest koronką jednoelementową. To wąska, cienka, wyglądająca na bardzo delikatną koronka z nici lnianych, której ornament kwiatowy wykonano bez konturowania. Charakterystyczna jest dla niej siateczka tła o kolistych oczkach, a od końca XVIII wieku oczkach rombowych. Podłoże czyli réseau składa się z czterech splecionych ze sobą nici, z ośmioma nitkami w punktach krzyżowania się nici, co czyni tę koronkę mimo jej delikatnego, "bieliźnianego" wyglądu, bardzo mocną; binche - wg. tradycji koronki Binche zostały zapoczątkowane w XV wieku przez koronczarki, które przeniosły się do Binche z Gandawy wraz z Marią Burgundzką. Tyle bajki z mchu i paproci. Wiadomo że koronki w Binche powstawały pod koniec XVI wieku. Są to koronki jednoelementowe, ornament wykonywany jest z płócienka nierównej gęstości z pięcio- i ośmioboczną siateczką w tle. Zwykle są wykonywane z pasków o szerokości czyli 5 cm . Réseau wykonane z bardzo cienkiej nici, mniej więcej tej samej grubości, co nić użyta we wzorze. Wzór z koronki Binche jest bardzo szczegółowy, ze scenami, postaciami zwierząt i ludzi. To bardzo skomplikowana technicznie koronka. Ze względu na delikatność a jednocześnie bogate wzornictwo koronka binche jest czasami nazywana koronką wróżki. Chwile chwały przypadają na koniec XVII wieku i pierwszą połowę wieku XVIII. Jakość koronki binche spadła pod koniec XVIII wieku, kiedy koronka stała się grubsza, a wzory mniej szczegółowe; chantilly - nazwa pochodzi od miasta Chantilly, w którym w końcu XVII wieku księżna de Longueville zorganizowała produkcję koronek. Jedwabne koronki zostały na dobre wprowadzone w XVIII wieku. Koronka Chantilly była również produkowana w XIX wieku, ale ta nie była wytwarzana w rejonie Chantilly, ale w normandzkim mieście Bayeux i w Geraardsbergen, obecnie w Belgii a także w Brukseli i Gandawie. Chantilly rzadko bywały białe, to najczęściej czarna koronka, z konturowanym ornamentem. Charakterystyczne w koronce Chantilly jest użycie półpełnego ściegu jako wypełnienia, aby uzyskać efekt światła i cienia we wzorze, który był na ogół kwiatowy. Réseau miało kształt sześcioramiennej gwiazdy i było wykonane z tej samej nici co wzór, co odróżnia koronkę chantilly od podobnej koronki blondy. Koronkę wykonywano w paskach o szerokości około 10 cm, a następnie łączono je ściegiem, który nie pozostawiał widocznego szwu. Czarna jedwabna koronka Chantilly stała się szczególnie popularna w Hiszpanii i obu Amerykach. Szczyt popularności tego typu koronki przypada na lata 30 XIX wieku;

blonda - koronka jedwabna rodem z Francji. Nazwa wywodzi się od naturalnego koloru jedwabnych nici z których pierwotnie ją wykonywano, później była często rworzona z nici w kolorze czarnym. [2] Większość blond koronek była również wykonana w kolorze czarnym. Najbardziej popularna była w wiekach XVIII i XIX. Wzór, na ogół kwiatowy, jest wykonany z miękkiej jedwabnej nici, grubszej niż nić używana do podłoża, co stanowi miły dla oka kontrast. Wykorzystuje się przy tworzeniu tej koronki te same sploty co w koronce chantilly i koronka z Lille, Jest też podobnie wykonywana z pasków o szerokości 12 zm i niewidocznie połączonych. Technicznie blonda nie ma tej jakości co koronki chantilly. Koronki tego typu były wytwarzane w Caen od 1744 roku, w niektórych częściach Flandrii, w Barcelonie i w niewielkich ilościach we wschodniej części środkowej Anglii od około 1806 roku. W 1840 roku blond koronki przestały być modne, jedynie w Hiszpanii uwielbiano robione z nich mantyle; gipiura -  z francuskiego guipure, które to słowo kiedyś opisywało koronkę, która ma żyłkę lub grubszą nić konyurową wzoru, dziś mało kto używa go w tym znaczeniu. Koronki wieloelementowe, o ornamencie kwiatowym, reliefowanym, nieraz bardzo wypukłym. Szalenie modne były w XIX i XX wieku. Choć technika bardzo stara, koronkami gipiurowymi były koronki genueńskie i pochodzące od nich maltańskie bizzille z wyspy Gozo. Pierwsze koronki wytwarzane na Malcie były koronkami igłowymi, robiono je od XVI do XIX wieku. W połowie XIX wieku koronkarstwo na Malcie niemal nie padło przez kryzys gospodarczy. Przetrwało dzięki Lady Hamilton Chichester, która zasponsorowała wyjazd koronczarek z Genui na Maltę. Używano starych wzorów koronek igłowych, które wykonywano techniką klockową. . Niedługo po wprowadzeniu miast igieł klocuszków, koronka maltańska rozwinęła swój własny styl, odrębny od koronki genueńskiej. Koronki maltańskie zwykle wykonano z kremowego jedwabiu . W przeszłości używano również czarnego jedwabiu, sporadycznie używano nici lnianych. Często we wzorze znajduje się 8-ramienny krzyż maltański, przerabiany ściegiem całościowym lub płóciennym. Popularny jest też wzór liści znany jako "kłosy pszenicy" lub "owies". Formy wzoru są "pulchne" i zaokrąglone. Koronka maltańska została pokazana na Wielkiej Wystawie Światowej w 1851 roku i stała się popularna w Wielkiej Brytanii. Styl został skopiowany przez producentów koronek w angielskim Midlands i był jednym ze źródeł koronek z Bedfordshire, która wywodziła się wg. tradycji z robótek rozwiedzionej Katarzyny Aragońskiej, umiejętność tworzenia których wzgardzona królowa miała przekazać ludowi z Bedfordshire, któren to lud nie przepadał za nową flamą Henryka VIII, Anną Boleyn. Cechami charakterystycznymi tej formy gipiury jest jednoelementowość i tzw. technika 9 szpilek. Kolejną formą gipiury jest koronka Cluny, point de Cluny jednoelementowa, grubo pleciona koronka o geometrycznym wzorze, często z promieniującymi cienkimi, spiczastymi kłosami ( ściśle splecionymi liśćmi ). Koronka ta pojawiła się w XIX wieku w Le Puy i Mirecourt w Lotaryngii, podobno wykorzystywano przy jej tworzeniu projekty z Muzeum Starożytności w Hotel Cluny w Paryżu.

No dobra mła opisała co najważniejsze. Nie będę Was katować nazwami siatek występujących w koronkach, które pozwalają niekiedy odróżnić poszczególne typy zabytkowych koronek. Nawet takie podstawowe nazwy jak: siatka różana, Point a la Vierge, fond de Mariage, fond de Flandres nic Wam nie powiedzą. Kto dziś oprócz zajadłych koronczarek i antykwariuszy zajmujących się tymi wyrobami potrafi odróżnić pojedynczą siatkę torchon od podwójnej, odróżnić point de Paris występujące w koronce z Lille od tego, który pojawiał się w koronkach Bucks? Kto dziś wie że fond de neige to to samo co oeil de perdix? Kto ma wiedzę jak wyrabiano pikotki w amerykańskich koronkach Ipswich i jak wyglądały tzw. lilie zwiastowania w koronkach antwerpskich? A odróżnienie wyrobów z Enghien, Lier, Lille czy też Ypern po gęstości konkretnego typu siateczek tła? Taa... mając przy tym świadomość że   wzory charakterystyczne dla jednego ośrodka były również stosowane w innych manufakturach. Na przykład koronka  lille, o zaokrąglonym oczkowym tle udekorowanym kropkami, punktami oraz wzorem roślinnym wypełnionym płócienkiem, początkowo wytwarzana w Lille, z czasem była wytwarzana także  w Le Puy, a potem to prawie światowa kariera, znaczy splatano w Anglii i Danii. I jeszcze ta historia, która przetrwała w nazwach a która ma mało wspólnego z przebiegiem dzisiejszych granic. Koronki z Antwerpii, Mechlin, Binche i Valenciennes zaliczane są do koronek flandryjskich. Ech... czarna koronkologia, dla większości robótkowych koronka brugijska to taka praca szydełkiem robiona. To nie powinno dziwić, w końcu gipiurą irlandzką przywykło się w naszym kraju nazywać bajeczne wyroby szydełkowe rodem z Irlandii. To jest irisch crochet ale u nas gipiura. Mało też znane są u na narządka do wykonywania robót klockowych a i tu jest jakby cóś mało prosto. No wicie rozumicie, klocuszki klocuszkim nierówne. Klocki belgijskie: mają pojedynczą główkę i bulwiaste zaokrąglenie w pobliżu końca trzonka, które pomaga w napinaniu nici, klocki z  Binche mają znacznie mniejsze te bulwiaste zaokrąglenie na końcu trzonek, dzięki czemu nadają się do delikatnych, prostych koronek, klocki z East Midlands są "dwugłowe", smukłe i ozdobione ćwieczkami, klocki Honiton przypominają kijki, Klocki portugalskie z kolei przypominają gruszki. Poduszki do wyrobu koronek miały drewnianą ramę i były ustawione pochyło. Wypełniano je sianem, tak na twardo, coby szpilki nie zmieniały położenia. To był typ podstawowy, do tego dodawano różne udogodnienia, walki przedłużające itp. do kompletu są różne rodzaje szpilek, szydełek i nożyczek. Wyposażenie że chirurg by się nie powstydził.

I to wszystko ma swoje nazwy, czasem dziwaczne ale uzasadnione tradycją. Z narządkami wiążą się też zdziwne historyjki. Pamietacie dziergające na drutach miłośniczki pokazów gilotynowania przeciwników rewolucji francuskiej. Ponoć we wzorach robótek drucianych prowadziły swoistą księgowość egzekucji. Taa... Z klocuszkami używanymi  w Anglii wiążą się podobne opowieści. Chodzi o klocki koronkarskie upamiętniające publiczne egzekucje, tzw. hanging bobbins. Drzewiej nie tylko w angielskich miastach i osadach, ale właściwie wszędzie w Europie czy jej koloniach,  udział w egzekucjach w charakterze widza był cool,  taka forma darmowej rozrywki z morałem. Imprezy tego rodzaju gromadziły tłumy bez względu na to czy miały miejsce w kraju rewolucyjnego terroru jakim była Francja czasu jakobinów, czy też działy się w  kraju szczycącym się długą historią parlamentaryzmu jakim  była Wielka Brytania. Nawet demokraci zza Wielkiej Wody publicznie wieszali jeszcze w XIX wieku. Publiczne egzekucje były okazją do dodatkowego zarobku dla drobnych rzemieślników, którzy przybywali na miejsce kaźni ze swoim obwoźnymi kramikami. Koronczarki w oczekiwaniu na wyprowadzenie skazańca łączyły przyjemne  z pożytecznym,  nie traciły czasu i robiły koronki. Niektóre przygotowywały klocki z wyżłobionym imieniem wieszanego oraz datą egzekucji, taka pamiątka wydarzenia w którym się uczestniczyło.   No wicie rozumiecie, wyciągasz klocuszek i przed oczyma staje  np. egzekucja Franza Mullera. Do dziś na  Wyspach Brytyjskich jednym z najczęściej spotykanych wisielczych klocków są te z inskrypcją  " Franz  Muller Hung 1864".  Wydarzenie było godne zapamiętania bowiem Muller był pierwszym skazanym za morderstwo w pociągu. Taki nowoczesny jak na XIX wiek  murder. Stracono go w więzieniu Newgate. Sporo klocuszków upamiętniało też ostatnią publiczną egzekucję w Bedford‚ noszą napis "William Worsley Hung 1868".  William Worsley i Levi Welch zabili człowieka w Luton, jednak Welch zepchnął  winę na   Worsleya, który ponoć zadał decydujący cios. Dzisiaj jest to jedna z najczęściej spotykanych w Anglii inskrypcji na hanging bobbins. Pamiątkowe klocuszki wykonywano nawet wtedy kiedy egzekucja nie była publiczna. Klocki z napisem "William Bull Hung 1871" dotyczyły wykonania kary na  Williamie Bullu, który w pijackim widzie   brutalnie zamordował staruszkę Sarah Marshall. Wymierzona mu kara spotkała się z aprobatą społeczną, pewnie stąd te klocuszki. Wiadomo o sześciu publicznych egzekucjach, które zostały upamiętnione wyżłobionymi napisami na drewnianych klockach, wszystkie odbyły się w  East Midlands w  XIX wieku.

Druga połowa XVIII wieku, czas rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii to okres schyłkowy koronkarstwa klockowego. Wszystko przez te ulepszenia, Panie tego, koronczarki odetchnęły z ulgą ale na krótko. Wkrótce stanęły przy maszynach wytwarzających koronki. A odbyło to się tak -  w Nottingham wykombinowano że koronki można produkować w  manufakturach pończoszniczych. Początkowo wyrabiana w ten sposób koronka nie odniosła  sukcesu komercyjnego, paskudnawa była. Jednak wkrótce zbudowano  nową maszynę do  wytwarzania koronek, która czyniła ich produkcję znacznie tańszą i umożliwiała trafianie koronek pod strzechy, niemalże dosłownie. Koronki przestały być artykułem luksusowym. Co prawda nie były to koronki o nadzwyczaj skomplikowanych splotach, bardzo często produkowano różne rodzaje réseau, które nie raz i nie dwa  służyło jako  półprodukt dla koronczarek. Bruksela na przełomie XVIII i XIX wieku wyspecjalizowała się w produkcji koronek kombinowanych, łączących różne techniki koronkarskie. Często w takich  pracach wykorzystywano maszynowe  podłoża. Do dziś toczą się boje wśród koronkowych czy taka  koronka  ma prawo do nazwy koronka wykonana ręcznie. W czasie kiedy na zachodzie Europy koronkarstwo  ręcznie wykonywane upadało, w Niemczech oraz w Czechach następuje wzrost  produkcji koronek. W krajach Europy Środkowej i basenu Morza Śródziemnego powstawały ukierunkowane szkoły, panie z arystokracji wręcz uważały za swój obowiązek  założenie szkoły koronkarskiej. Szły śladem francuskich i flamandzkich  dam z poprzednich stuleci. Najdalej rzecz zaszła w  w Czechach, tam doprowadzono do tego że panował obowiązek uczenia się koronkarstwa w szkołach powszechnych. Uważano że ta umiejętność nieprzynosząca  już znacznych dochodów, może być dla najuboższych ludzi jakimś tam źródłem utrzymania. To czas rozwoju tzw. słowiańskiej koronki, mającej ludowy charakter. Klockowano wszędzie gdzie śpiewna słowiańska mowa, wprowadzając do koronek motywy jakich nie znano w zachodniej Europie. Mła posiada stary album ze zdjęciami rosyjskich koronek klockowych, to są bajeczne koronki, szczęka opada. Choć wykonane z grubszych nici i nie ma w nich tej zwiewnej delikatności to po prostu wzornictwo powala. Czar śniegowych gwiazdek, wiązane opowieści o żar ptakach, kolorowe kogutki. Naprawdę coś niesamowitego, choć bardzo odległego do wyrafinowania wyrobów weneckich, flandryjskich, brukselskich.  Do  Polski koronki trafiły za sprawą damy z rodu Sforzów, to królowa Bona była u nas pierwszą koronowaną głową strojącą się w koronki. 

Włoskie wyroby koronkarskie pod wpływem dworu zaczęły być stosowane w strojach polskich magnatów. Niestety, pomimo sprowadzenia na dwór królewski w Krakowie włoskich mistrzów, w Polsce koronkarstwo się nie zalęgło. Wykonywano je raczej dla rozrywki niż "na poważnie". Jednak przez cały okres świetności  koronkarstwa na zachodzie Europy,  koronki klockowe i nie tylko klockowe były do Polski nieustannie sprowadzane, choć niejeden majątek się kurczył. U nas  otrzymały spolszczone nazwy, utworzone od  ośrodków, z których pochodziły: pondeflandri to były koronki flandryjskie importowana w XVII i XVIII wieku, pondeparis  to  koronki sprowadzane z Francji w XVIII wieku, czy pondespani,  taka zdziwność bo to koronki wytwarzane we Francji pod nazwą koronek hiszpańskich, które trafiały do nas w wieku XVII. Rozrywkowo wytwarzano raczej prościzny,  popularna była np. kampanka,  wąskie pasy koronki klockowej o prostych siateczkach, służące do poszerzania sprowadzanych koronek francuskich, oraz antualaż. Dopiero w wieku XVIII  na południu Polski zaczynają powstawać ośrodki koronkarskie. W manufakturze w Horodnicy i Łosośnie pod Grodnem w latach 1777 -1780 wyrabiano złotą koronkę. Znamy nazwisko Heisler,  pochodzącej z z Saksonii koronczarki zatrudnionej w grodzieńskiej manufakturze jedwabniczej. Po ostatnim  rozbiorze Polski wszystko to padło i dopiero pod koniec XIX stulecia, w czasach odrodzenia rzemiosła postulowanego przez artystów europejskich,  następuje odrodzenie koronkarstwa. Powstają szkoły oraz ośrodki koronkarskie - w 1883 roku w Zakopanem, dzięki darowiźnie Heleny Modrzejewskiej, została założona Krajowa Szkoła Koronkarstwa, która była jedną z pierwszych na świecie zawodowych szkół dla kobiet. W 1899  powstała szkoła  w Bobowej a potem  szkoły  we Lwowie, Kańczudze, Muszynie, Przeworsku i Starym Sączu. Koronkarstwo staje się formą zarobku dla uboższej społeczności będąc  jednocześnie swoiście rozumianym propagowaniem polskości poprzez tworzenie narodowego stylu. No wicie rozumicie, szał zakopiańszczyzny. Zdarzało się że wzory koronek "narodowych" były  tworzone przez znakomitych, polskich artystów. Dlatego są takie nie do końca ludowe te "narodowe" koronki. Projektantami najbardziej charakterystycznych zakopiańskich koronek klockowych byli  Karol Kłosowski oraz Mieczysław Szopiński, koronki   projektu Kłosowskiego zdobyły złoty medal na światowej wystawie sztuki dekoracyjnej w Paryżu w 1925 roku . W dwudziestoleciu międzywojennym klockowano po polsku, nie wypadało wręcz inaczej.  Koronkarstwo było szczerzepolskie i już.  Inną dobrze prosperująca szkołą koronkarstwa na obecnych ziemiach naszego państwa, była ta założona  przez księżną Marię Hochberg von Pless. Robiono w niej koronki  których wzornictwo opierało się na stylu secesji. Szkoła  przetrwała do 1945 roku a potem niestety kaput.

Teraz będzie o koronce brugijskiej. Udokumentowane koronkarstwo zostało w tym mieście w XVI wieku. Początkowo była to umiejętność przekazywana w rodzinie, matki uczyły córki, później powstały szkoły robienia koronek, takie jak Foereschool czy szkoła Sióstr Apostołek. To szkoła Sióstr Apostołek stała za stworzeniem w 1970 roku Kantcentrum, organizacji non - profit, ktora ma za zadanie ocalić od zapomnienia umiejętność robienia koronek klockowych własnymi rękami. Dwa lata później ponownie uruchomiono szkołę koronkarską. Tak się jakoś złożyło że siostry zniknęły z organizacji, wymarły czy cóś. W 2014 roku Kantcentrum przeniosło się z zabytkowych budynków klasztornych na osiedlu Adornes do dawnej szkoły koronkarskiej Apostolines ( na tym samym osiedlu, które na mła zrobiło wrażenie małej Holandii). Obecnie Kantcentrum prowadzi kursy koronkarskie, ma własne wydawnictwo książek i wykrojów koronkowych oraz organizuje warsztaty koronkarskie. Od 1978 roku wydaje własny magazyn o koronkach w 4 językach i organizuje szkolenia dla nauczycieli koronek. Kantcentrum przekształciło się w siedzibę wiedzy, którą mła nazywa koronkologią i cieszy się światową renomą. Mła po wizycie w nim odpłynęła i doszło do gorszących ekscesów o których napiszę niżej. Najsampierw jednak o typach brugijskich koronek. Oczywiście robiono tu typową flandryjską koronkę klockową -   jednoelementową z nici  ciągłej. Powolnie ewoluowała od XVII wieku. Jak ja odróżnić od inszych. Taa... prościzna, réseau  we wzorek zwany five - hole  ground (  pięciodołkowiec znaczy) lub występuje siateczka flandryjska. Motywy wypełnione prostym płócienkiem   obrysowanym lamówką.  Wzornictwo bogate  -  kwiaty, girlandy, zwierzęta.  Dekoracje umieszczone  na réseau  i toilé: modyfikowane oczy kuropatwy, płatki śniegu, groszek.  Wszystko może być obramowane pikotami. No  jasne, każda i każden rozpozna. Spokojnie, następna koronka jest jeszcze bardziej zakręcona.  

Brugijska wersja koronki duchesse, która wyewoluowała z XVIII wiecznej koronki brabanckiej i brukselskiej, może być postrzegana jako odrodzenie staroflamandzkiej koronki.  Pochodzi z połowy XIX wieku. Części są  połączone bardzo małą ilością siatkowych splotów, z pikotami. W motywach naprzemiennie płócienko i półpłócienko.  Wzory to  bardzo małe kwiaty,  motyw liści koniczyny, insze łodyżki i liście, małe kółeczka.  Elementem  dekoracyjnym jest lamowanie motywu, wypukłe żyłki, kwadratowe płaszczyzny  jako centra kwiatowe.  Brukselska forma koronki  duchesse zawsze ma medalion z koronki igłowej ( point de gaze ), który jest wszyty w koronkę. Brugijska koronka kwiatowa to koronka wieloelementowa.  Wyewoluowało podobnie jak koronka duchesse z XVIII wiecznych koronek brabanckich i brukselskich. Réseau z pikotami lub bez, wykonane przez skręcone pary klocków,  motywy  płócienkiem, półpłócienkiem wykonanym przez skręcenie.  Wzornictwo na bogato: kwiaty, liście, łodyżki, brugijskie  łabędzie i insze figurki zwierząt. Bardzo naturalistyczna  ta koronka.  Elementami ozdobnymi  są listki i  rozcięcia. Teraz o brugijskiej rozalinie. Koronka rozalinowa to nazwa  weneckiej koronki igłowej  z końca XVII wieku oraz jej wersji  klockowej z końca XIX wieku. Znaczy rozalina wenecka to całkiem inna koronka  niż rozalina brugijska. Żeby było jeszcze piękniej istnieje wersja igłowa brukselska, zwana rosaline perlée, od pereł wmontowanych w koronkę. Spokojnie te perły to perły z koronki igłowej zamontowanej  na czymś zwanym sercem  róży. W latach osiemdziesiątych XIX wieku koronkarstwo  odrodziło się dzięki wytwarzaniu  imitacji  starych koronek. W mieście  Aalst opracowano koronkę wykonaną  techniką opartą na koronce duchesse . Często spotykany w niej motyw  małych różyczek sprawił że koronce nadano  nazwę rosaline. Rozalina jest koronką wieloelementową,  nowoczesną bo można ją wielokrotnie przekomponować. Była i nadal jest idealna na tzw. ślubne trousseaux. Oprócz charakterystycznych róż o trzech lub pięciu płatkach, często ułożonych w szlaki, cechą ją wyróżniającą jest brak  karbów.  W przeciwieństwie do duchesse, koronka nie ma karbów. Różyczki wykonane są płócienkiem z oczkiem. Oprócz girland różyczek są i insze kfiotki, rybki, fasolki, listeczki. Rozalina to nie  jest point de rose, to drugie   to sama słodycz i cinżki grzych mła.

Pytania swego czasu padły co mła przytargała z wycieczki do Flandrii. Otóż mła przywiozła koroneczkę, którą widzicie na zdjęciu powyżej. To point de rose z  około 1880 roku, z certyfikatem autentyczności, znaczy 140 lat  wyrób ręcznie robiony sobie liczy. Zapłaciła mła aż jęknęła i poczuła się jak jedna XVIII wieczna polska księżna,  o której kolekcji koronek,  za których cenę parę miast można było kupić, chodziły słuchy że była jedną z najbogatszych , najbardziej różnorodnych kolekcji koronek na świecie. Wszyscy obecni podczas napadu chcicy u mła, odmawiali ją od tego zakupu, po czym jak mła przystąpiła do realizacji zamierzenia, pożyczając od nich wszystkich kasę, stwierdzili całkowity brak poczytalności. Tym niemniej Dżizaas natentychmiast zażądała zapisania koronki w spadku, Jądrzej wystąpił z pretensjami do Dżizaasa że kupuje same pierdoły zamiast inwestować jak jej najstarsza siostra a Mamelon stwierdziła że koronka wymaga odpowiednich ram, najlepiej czegóś szlachetnego i bielonego oraz passe partout z czerpanego papieru w coolorze cinżko doświadczonej  natury. Wicie rozumicie, mła nagle  przestała być wariatką grożącą że położy się na podłodze i będzie walić nogami w drzwi a stała się  lokującą kapitał mecenaską sztuki.  Co  prawda  tylko sztuki  koronkarstwa ale zawsze  to cóś. Na szczęście  dla mła Jądrzej jest fachowcem, człek handlu władający biegle angielskim, w wersjach różnych. Dobrze zbił cenę i mła naprawdę odetchnęła. Obecnie koronka spoczywa w szufladzie, rama u Mamelona w robocie, czeka na szczotkowanie. Z dębu jest, chyba już  szlachetniej w wersji drewno - północnej się nie da. Passe partout upatrzone, cena niestety pasząca do koronki.  No wiecie,  ma być owalny otwór. Jeszcze podwójne szklenia i już.  Dzizaas przypomina  o zmianach w testamencie, Jadrzejowi się  fajny świąteczny prezent należy a Mamelon cinżko wzdycha pacząc na mła i twierdzi że na wyprawę do Wenecji, jeżeli kiedyś tam pojedziemy, trza się będzie  zaopatrzyć w kaftanik bezpieczeństwa dla mła.