wtorek, 18 czerwca 2024

Kiedy można wszystko to nie można niczego

Wiem że tytuł tego wpisu to oksymoron ale mła ostatnio bujała się wśród zdziwnych wykwitów postmodernizmu. Zaczęło się śmiesznie, mła się coś nie może zebrać w sobie i posprzątać, w związku z czym  Cio Mary stwierdziła  że mła ma najwyraźniej ADHD. Mła się nieco zdziwiła, bowiem ADHD kojarzy się jej z nadaktywnymi dzieciakami roznoszącymi chałupę. No wicie rozumicie, nadwrażliwość na bodźce rozwijającego się mózgu. Cio Mary mła oświeciła  że teraz się zmieniło i np. sama Cio  ma ADHD starcze, objawiające się ciągłym łażeniem na miasto. Hym... zdaniem mła to Cio Mary do miasta ciągnie ciekawość, ale co ja tam wiem o specyficznej budowie mózgu ADHDowca, no nic nie wiem. Wychodzi na to że zdawa się wg. nowej szkoły psychologii jestem usprawiedliwiona nie reagując na bordello w chałupie. No bo mam to ADHD.  Postanowiłam się bliżej przyjrzeć sprawie, bo cóś mła zaczęło podśmiardywać, zupełnie jak przy sprawie epidemii depresji. Taa... sobie zacytuję "ADHD u dorosłych siłą rzeczy manifestuje się innymi objawami. Brak wiary w siebie, niskie poczucie własnej wartości i porównywanie się do otoczenia" - zadziwienie  mła  się zrobiło pełnoobjawowe, znaczy szczena opadła. Cholera, nie mam tego, bliżej mła do narcystycznych brzydkości. Potem było jeszcze ciekawiej - "Warto również wspomnieć, że ADHD nie zawsze daje te same objawy, dlatego każda osoba może borykać się z innymi symptomami. Podjęcie terapii jest kluczowym sposobem poradzenia sobie z zaburzeniem." Yyy... tego... eee, no tak, hurra!  U mła symptomem może być niechęć do tak nudnej i wymagającej skupienia czynności jaką jest mycie podłogi. Gdyby dłubała w nosie namiętnie i wydłubki z nosa wkładała do ucha i była przy tym rozkojarzona  to też mógłby być objaw. Nie żadne tam kompulsywne zachowania tylko swoisty objaw ADHD. Symptomy ADHD u dorosłych są takie że można z każdego zrobić ADHDowca, któren powinien podjąć terapię. Drażliwość  na ten przykład  i unikanie uroczystości rodzinnych to z zaburzenia. Nosz qurna, baba handlująca pietruchą wyszła ze mła. Któś tu usiłuje na zwykle zestresowanych ludziach zarobić ( rodzaj smrodku na który mła jest coraz bardziej wyczulona ). To jest dopiero popiendrolenie! Rozrzedzenie diagnoz, tzw. spektra, to nic innego tylko  kombinowanie jak tu na modłę "naukową" ostrzyc  baranki i owce. 

Mła zaczęła śledzić skąd to się wzięło, ten zaburzenizm stosowany, te depresje masowo występujące ( np. u nastolatek które nie mają kasy, co za czasów młodości mła zwano nastoletnim wkarwem na świat ), te wszystkie afektywne - dwubiegunowe, które często wyglądają jak afektowane  bez żadnego bieguna, ta postępująca paranoja, która w każdym widzi przypadek psychiatryczny. Normy czyli uśrednianie jakby przestały istnieć, my są wszyscy ciężkie przypadki. Jak ciężkie przypadki stają się nową normą to w zasadzie czemu nie dojść do przekonania  że schizofrenik nie różni się specjalnie od mła, ot, chemia mózgu tylko inna ale w zasadzie to OK że słyszy się głosy. A  w ogóle  halucynacje to po prostu inne postrzeganie świata, urojenia to żadne tam fałszywe przekonania na temat rzeczywistości, to po prostu osobnicze do niej podchodzenie, ostra psychoza z napadem agresji to w pełni uprawnione wyrażanie siebie w stanie skrajnym, zaburzenia dysocjacyjne to jest tylko szukanie sposobu w jaki umysł wpływa na ciało. Hym... ludzi, którzy uważają że taki stan rzeczy służy zarówno jednostkom jak i społeczeństwu powinno umieścić się u czubków.  W dupie mam że wyrażenie umieścić u czubków kogoś stygmatyzuje, stygmatyzowanie durniów powinno być obowiązkiem obywatelskim. A skąd mła wzięła ten postmodernizm, o którym wspomniała na początku wpisu? Ano z tego że ten cały ruch zrównujący chore ze zdrowym, normę ze zniekształceniem to nic inszego jak postmodernizm stosowany.  Postmoderniści bowiem wypielęgnowali  przekonanie o płynnej względności i społecznym konstrukcjonizmie wszelkich idei. Słowo społeczny darzyli takim uwielbieniem że jakoś im się zapomniało że człowiek to przede wszystkim  biologia a reszta jest założeniem. Mła wie że bardzo wiele spraw jest naprawdę względnych, bo na przestrzeni czasu zmieniał się do nich stosunek ale pewne rzeczy są jednak niezmienne, choćby to że człowiek się rodzi, wzrasta i obumiera, że jest stworzeniem stadnym, biologicznie dwupłciowym coby tam WHO nie wymyśliło na temat 110 płci ( indywidualne poczucie płci to jedno a DNA  to drugie ). No i dlatego że widzę tę wybiórczą ślepotę podejścia postmodernistycznego  mła doszła do wniosku że jednak ma zwykłego lenia a nie żadne tam  ADHD dorosłych. Dzięki  Najwyższemu, mła jest zdrowa na umyśle. 

A dlaczego mła dała taki zdziwny tytuł temu wpisu? Bo przekonanie  o względności wszystkiego odbija nam się czkawką, postmodernistyczne społeczeństwo ma  być qurna tolerancyjne  do bólu,  tolerancyjne nawet dla nietolerancji. Ale takiej wybranej. W 1965 roku ideolog Nowej Lewicy, niemiecki komunista Herbert Marcuse, napisał esej pod tytułem "Tolerancja represywna" . O czym to było? To uzasadnienie istnienia dominacji niewielkiej, świadomej swoich celów i dobrze zorganizowanej mniejszości nad rozbitym, upokorzonym, nie potrafiącym bronić własnego systemu wartości społeczeństwem. Baaardzo niby lewicowe, takie bolszewickie, znaczy bezczelne, bo  bolszewicy nie byli wcale  bolsze  tylko byli mniejszością.  A jakie egalitarne, he, he, he.  Cała prawda o przerobionym Marksie i Engelsie, komunizm w praktyce zawsze był elitarny, lewica prawdziwa, czyli egalitarna, to socjaldemokraci byli. Teraz mła Wam zapoda przykłady tzw.  tolerancji represywnej.  Klimatyzm i zielonowalizm, nadużycia genderowe, czarny rasizm, święty i jedyny prawdziwy covidianizm, cały ten woke. Kiedy społeczeństwo nie jest pewne swoich norm, bo wszystko jest względne, to łatwo może paść ofiarą nadużyć ze strony mniejszości uznającej że "Teraz, k...a my", że tak pojadę klasykiem. Bardzo łatwo może się okazać że wszystko można tylko własnego zdania mieć nie można, bo to quźwa "mowa nienawiści" jest. 

Dzisiejszy wpis o zdziwnościach ilustrują zdziwne zdjęcia najsłynniejszej blondynki świata. MM jako Zelda Zonk, tajemne wcielenie, zastanawiająco podobne do Jackie Kennedy. W Muzyczniku tyż Marilyn, z czasów zanim została gwiazdą.

P.S. Cio Mary sprzątała u się w chałupie i postanowiwszy wyczyścić karnisz i zmienić zasłonkę. Zasłonka przeżyła, karnisz nie. Spadł był a potem Cio Mary niechcący go nadepnęła i się wziął i rozpękł. Ciekawe czy to podpada pod starcze ADHD? Kiedy tak sobie dywagowałam na ten temat u Cio  cóś wzrosła agresja, chyba czas na terapeutę, he, he, he.

niedziela, 16 czerwca 2024

Nasz krnąbrny Tatuś

Mła dochodzi do się. Tatusia wczoraj zgarnęło pogotowie, przesiedział naście godzin na SORze z podejrzeniem zawału. Na szczęście fałszywy alarm, troponina niska na wejściu i wyjściu, o ile  Tatuś nie buja - zażądałyśmy z Dżizaasem wypisu szpitalnego. Przyznał się że malował mieszkanie, no i zabolało go i miał problem ze złapaniem oddechu kiedy dźwignął drabinę. Teraz bezczelnie  mła wmawia że ta drabina  aluminiowa. Mła opadły macki, Tatuś ma lat 80, idzie mu na 81 ale wygląda mła że nie serduszko u Tatusia problemem, zdawa się że ma jakąś formę demencji,  bo cyferki mu się najwyraźniej miejscami zamieniły. Mła już  to drzewiej podejrzewała. Tatuś groził mła kontynuowaniem malowania i mało tego, oświadczył że jego najwyższy niepokój wzbudziło zestresowanie Rattuska przez sanitariuszy a Dżizaas, Magdzioł i mła histeryzujemy, w związku z czym o stanie swojego zdrowia będzie informował tylko kury, bo one nie panikują tylko spokojnie znoszą jajka. Kot i my mamy wprowadzone embargo informacyjne. Na takie dictum to mła mało jajka nie zniosła, tak mła ciśnienie skoczyło. Zagroziłam Tatusiowi ekspedycją karną i wymogłam obietnicę zaniechania na jakiś czas tych malunków w chałupie. Tatuś oświadczył że w związku z zaniechaniem będzie teraz oglądał internet i ani myśli wyjść na powietrze dla zdrowia. Wzięłam tabletkę od spokojności, jutro z Tatusiem bojów ciąg dalszy. To by było na tyle, za ozdobnik robi obabrazek Heinricha Schlitta. Malowanie przedstawione  na tym obabrazku to jedyne malowanie jakie mła dopuszcza obecnie w wykonie Tatusia. W Muzyczniku cóś w sam raz dla Tatusia, Panie Dziejaszku, jak go córcia ucałuje - uceluje z dubeltówki za te numery...

piątek, 14 czerwca 2024

Prasówka - rzecz o pełzającej rewolucji ( między innymi )

Tytuł dzisiejszego wpisu odnosi się rzecz jasna do wyników wyborów do europarlamentu. No bo  wybory, wybory i po wyborach! Jest dokładnie tak jak mła się spodziewała że będzie. EPL czy europejska chadecja dostała po łapach choć inaczej niż się nam wydawa. Kiedy wchodziliśmy do UE EPL miała prawie dwie trzecie głosów w parlamencie, obecnie ma ich znacznie mniej ale nie jest to tak że cóś tej partii ostatnio straszliwie zjechało. Nic z tych rzeczy, jest jak było. Większość zachowa koalicja EPL z socjaldemokratami i liberałami, którym też straszliwie nie ubyło. Jak ubyło to Zielonym i to solidnie. Europejczycy wyrazili się  jasno na temat Zielonego Wału. Problemem EPL jest to co wyrosło jej na prawej stronie i nadal rośnie. Bo nie da się ukryć że wzrosła rola partii konserwatywnych, zarówno EKR, jak i ID stały się zusammen dość znaczące.  Na tyle że  Ursula nie jest pewna stołka i bardzo dobrze. Te wybory europejskie miały duży wpływ na polityczną scenę krajową w wielu państwach UE, największy w największych, we Francji i w Niemczech, gdzie dosłownie się zatrzęsło. To od tego co się będzie działo w tych dwóch krajach zależy tak naprawdę to w jakim kierunku potoczą się losy UE. Choć nie da się ukryć że ich rola po tych  wyborach nie jest już tak duża, brak stabilności zawsze ogranicza polityczne możliwości. Mła zatem zapoda Wam przede wszystkim info z Francji i Niemiec.
 
Zacznijmy od Reichu, bo wbrew temu ze wszyscy ćwierkają że to we Francji powyborcze trzęsienie ziemi, to zdaniem  mła najbardziej zatrzęsło  się w Niemczech. Bardzo potężnie i głęboko, tak głęboko że nawet skandal z umoczeniem kerownictwa AFD, mocno prawicowej  partii, w sympatie nazistowskie i  czerpanie z rosyjskich pieniążków nie zaszkodziło tej  formacji i jest ona obecnie drugą najbardziej  popularną partią w Niemczech. Dla nas jest to o tyle ciekawe że znaczna część  tejże partii  nie uznaje granic współczesnych Niemiec. Skąd taka popularność AFD? Została wyhodowana podczas kryzysu migracyjnego i srandemii, kiedy ludziom wmawiano że ich siedzenie w domach nie spowoduje zapaści gospodarczej a ograniczanie praw obywatelskich to konieczność. Niemcy przechodziły covid bardzo ciężko, chadekom wyraźnie zabrakło rozumu, ulegli koalicjantom z SPD i pojechali.  Ich gospodarka nie zdążyła się jeszcze porządnie otrząsnąć z obeszczeń srovidowych kiedy oberwała ruską wojenką. Niemcy bardzo długo nie rozumiały że to już i właśnie się zmieniło na poważnie,  więc brnęły w jakieś głupoty  typu  trochę rozumiemy  tych Rosjan  czy wyłączenie elektrowni atomowych. Kiedy ich oficjalnie nierządowy gazociąg bałtycki piendrolnoł mieli nadal problem ze zrozumieniem, aż im Radzio w imieniu zleceniodawców "gupio powiedział". Wówczas niemiecki przemysł  zarzundzający tym państwem postanowił poszukać sobie innych łąk do żerowania.
 
Wyprowadzka do Stanów, wyprowadzka do Chin, nawet wyprowadzka do Polski. No a kto bandzie płacił podatki? No jest się czym martwić, tym bardziej że do utrzymania jest coraz wincyj osób. Radosna polityka przyjmowania migrantów jak leci spowodowała problem o którym polityczne poprawni Niemcy do niedawna mówili ściszonym głosem. No, teraz za sprawą AFD zaczynają mówić głośno - spora część migrantów kocha socjal a nie znosi pracy. Świadczenia są takie że zwykłemu Helmutowi zaczęła pod dekielkiem para buchać, kiedy sobie uświadomił ile płaci na wyrośnięte dzieci Ahmeda, które mimo pożegnania dzieciństwa jakoś nie garną się do roboty. Obywatele  Reichu oczekiwali kogoś w rodzaju gastarbeiterów a przywitali masę ludzi uważających że pieniądze spadają z nieba. Co gorsze młodzi Niemcy zachęceni tym imigranckim przykładem tyż nie są  zbyt chętni do zarabiania i płacenia podatków. Na to wszystko nakłada się jeszcze zielony szał, czyli mieszanie przez czerwonych, którzy ubrali się w zielone ubranka i udają ekologów.
 


Ci z  bardzo lewa sprawiajo na mła wrażenie świeżynek yntelektualnych, np. w sprawach niekontrolowanej migracji czy poparcia dla Gazy czytaj Hamasu zachowują się  jakby nie znali historii.  Te zauroczenia  hamasowskie, zupełnie jak komusza brać z Iranu, gdzie czerwone też myślały, że użyją islamistów jako środka, by dorwać do władzy.  Potem albo emigrowali na zgniły Zachód albo kończyli na stryczku zawieszonym na dźwigu. Pomieszanie po tej  lewej stronie z poplątaniem,  ci od LGBTów  popierający islamistów kamieniujących gejów, feministki walczące o prawo do noszenia  uroczego czadoru, normalnie żal dudę ściska kiedy człek słucha tych idiotyzmów w wykonie nawiedzonych, przekonanych o wyjątkowości swojej misji. I jeszcze to kretyńskie  twierdzenie że  demokracja jest tylko wtedy, gdy lewica jest u władzy. To mła po prostu rozwala. Starczo i złośliwie zabrałabym tej zgrai srajfony i srajpady, piniążki od rodziców albo wpłacane via internet z niewiadomych źródeł i pogoniła  do kopania rowów nawadniających, sadzenia drzew i okopywania szparagów.
 
Ostatnio młode naiwne doszły do wniosku że polska uczelnia  jest miejscem rozstrzygania sporów  Bliskiego Wschodu. Dżizuu... Chyba do tych szparagów powinnam dodać zbiór truskawek, czymś pożytecznym trza by niedorozwoje zająć. Żałosna formacja ta nawiedzona lewica, u nas występuje  to jako partia Razem. Śnieżynki delikatne i wrażliwe  wyrosłe pięknie w kapitalizmie, które sobie znalazły niszę i zarabiają na komuszych tęsknotach. Cudem, czytaj prawem  podaży i popytu, zwąchały się te lewaki z kapitałem, który wyczuł że ludzie chcą wincyj ekologii i zaczęli wciskać zieloność po wierzchu, pod spodem czerwień. Jak nie dało rady wcisnąć wincyj to wymyśliły Zielony Wał. Przed samymi wyborami w Reichu wybuchł był skandal  z ministrem Habeckiem.  U nas ćwierkało się głównie o cóś mało mądrym zamknięciu elektrowni jądrowych i okłamywaniu zarówno rządu jak i społeczeństwa, w  Niemczech wkarw dotyczył także dojenia państwa i wymyślania "ekologicznych projektów", zmuszających  ludzi do wydawania na nie kasy, coby tylko sobie samym kabzę nabić. Zatwierdzono kolesiowsko projekt berlińskiego stowarzyszenia BUND zajmującego się ochroną klimatu, w którego władzach jest siostra głównego zatwierdzającego. Potem się okazało że ta sister to jest żoną parlamentarnego sekretarza w ministerstwie wicekanclerza Habecka. Z kolei brat głównego zatwierdzającego jest we władzach instytutu ekologicznego żyjącego z dotacji ministerstwa.
 
Znaczy jak u nas - rodzina na swoim. Ideolo, ideolo a jak zwykle chodzi o kasę dla wybranych. No i Niemce się wściekły na Zielonych i coraz głośniej mówią że jak państwo czegoś wymaga to niech za to płaci. Najlepiej z rozdętych pensji managerów biznesa albo wysokich urzędników rządowych. Ponadto sporo ludzi doszło do wniosku  że zagrożenia klimatyczne to są na tej planecie od zawsze, zawracanie rzeki kijem nie wchodzi w rachubę, trzeba się zgodnie z teorią Darwina przystosować. A w ogóle to najlepiej nie wierzyć Zielonym i tym innym z lewa. Po takich występach to mła się nie dziwi że tak proste że aż prostackie recepty AFD na społeczną szczęśliwość się sprzedają.  Nie ma to jak skrajność zwalczać skrajnością, he, he, he. Jak niemieckie władze  szybko nie zejdą z tej ścieżki i kursu to AFD będzie rosła w siłę, co sprowadzi Niemcom na głowę kłopoty, ponieważ nikt na świecie, nawet Rosja, nie chce powtórki z rozrywki.



We Francji Zielony Wał dotyczy głównie rolników, ponieważ Francuzi nie brali nigdy na poważnie idiotyzmów Energiewende. Bawią się atomem, raczej będą szli w kierunku nowego typu reaktorów i ani myślą oddawać się urojeniom typu zielony wodór dla każdego, zawsze i wszędzie. Cóś tam od czasu do czasu rzucą, ku zaspokojeniu wszechzieloności największego w UE partnera, ale po prawdzie to myślą o gazociągach z Algierii a nie o problemach energetycznych Niemiec i ich zielonej obsesji, nasilonej po nieudanej próbie zostania gazowym hubem Europy. Mają na to wylane o czym wiadomo od czasu zatwierdzenia atomu jako  "niskoemisyjnego źródła energii" ( mła się z tej okazji obśmiała jak norka ). We Francji problemami są:  migracja cóś słabo zintegrowana z autochtonami i rosnące koszty życia, które rosną bo ktoś tu bardzo chciał  zarobić ( sytuacja podobna  do tej z UK, gdzie w czasie kryzysu energetycznego to te biedne firmy energetyczne doiły ludzi tak że nie wiedziały co z kasą robić, teraz  strach  bo się wysypało a tu już nic na UE zwalić nie można, ot zwykle brytyjskie złodziejstwo zwane enigmatycznie korzystaniem z okazji ).
 
Twarzą grozy czyli wygrywającej eurowybory prawicowej partii Marine  Le Pen jest Jordan Bardella, hym... syn imigrantów. Taa... cinżko w tej sytuacji ćwierkać że to partia antyimigrancka, choć mła nie sądzi że  ma ta organizacja wielu członków o imieniu Abdul czy też Mustafa. Oczywiście program partii jest prawicowy, czy jednak jest to prawicowość do bólu? Jak dla mła na prawo od Le Pen jest jeszcze miejsce na taki beton jak Zemmour. To jest dopiero ból, co nie znaczy że partia Marine ma program jak marzenie. Makaron, któren jest popularny jak wrzód na dupie na dobę przed pęknięciem, wykombinował ucieczkę do przodu, znaczy zarzundził wybory parlamentarne. Zważywszy na to że prezydencki rząd Attala cóś jakby nie wypalił, to niby rozsądne. Jeżeli Marine zwycięży to wzorem brytyjskich torysów i boskiej Giorgii,  między innymi dzięki kohabitacji z Makaronem,  polegnie na sprawie migracji, bo każdy na niej się wyłoży i tego elektorat nie wybaczy.
 
Jeżeli przerżnie,  Makaron będzie dalej z przekonaniem po staremu męczył sobą naród,  "bo wybrano postępowe siły związane z prezydentem". Jeżeli będzie ni to ni sio to Makaron o nitowizm nisiowizm będzie dojeżdżał partię Marine. Taki zdawa się jest gryplan ale wiecie jak to ze szczwanymi gryplanami bywa. W spolaryzowanym społeczeństwie rządy partii zakładającej  wykluczenie sporej części tego społeczeństwa mogą doprowadzić do bordello, z napiendralankami włącznie. Już widzę jak Francuzi się cieszą. Makaron gra oczywiście o wybory prezydenckie dla następcy, to jest jasne jak słoneczko. Dla siebie raczej nic nie ugra, Francuzi mają dość polityki wewnętrznej w wykonie zarzundu prezydenta. Zdawa się też że boją się prezydenckiej polityki zagranicznej. Mła jest zdania że we Francji będzie się działo, neomarksiści się w sobie zbiorą i jeszcze się doczekamy czasów że polityczne centrum będzie oskarżane o ciężką prawicowość. No bo popadając w skrajności to rozum się traci i uważa się że za różnice trzeba oskarżać.
 


Jak widzicie ruchy solidnie prawicowe zyskują na sile we Francji, Niemczech czy np. w takiej Belgii  czy Holandii. Tak wygląda po tych eurowyborach.  Dlaczegóż?! Dlategóż  że prawicowi, centrowi i przede wszystkim lewicowi politycy, którym udało się narzucić politycznemu centrum swojją narrację,  w porozumieniu z biznesem, ruskimi lub chińskimi lobbystami i aktywiszczami od ponad dekady  rozwalają UE. Nielegalna i masowa imigracja, Zielony Wał i rosnące jak szalone koszty życia wkarwiają ludzi na tyle że głosują "na tych niedobrych".  Co oczywiście doprowadzi lewaków nie wiadomo dlaczego zwanych lewicą do białej  gorączki i próby zaprzeczenia rzeczywistości. Jak dla mła  to czas skończyć z dotychczasowymi opowiastkami z repertuaru  koncesjonowanej przez koncerny lewicy. Bardzo radykalnie, żeby tu się nikt nie łudził i w Bader  - Meinhof nie bawił. Miejmy świadomość że najbardziej  w UE zapracowali na sukces AFD czy Le Pen ci, którzy te wszystkie głupoty w.w.  firmowali. Teraz to trza wziąć na klatę i znormalnieć zanim rewolucja nie zrobi się prawdziwie rewolucyjna, znaczy przestanie pełzać. 

Dobra, temat był paskudny to fotki za to ogrodowo - domowe, uspokajające. Dla jeszcze większego uspokojenia w Muzyczniku Andreas Vollenweider.
 

P.S. W sprawie Niemiec mła załącza wydawa jej się bardzo wyważoną opinię.


wtorek, 11 czerwca 2024

Czarnogóra vel Montenegro - Magiczne słowo sezon

Tak jak Amerykanie czują że dobrze byłoby się wygrzać urlopową porą na plażach  Florydy tak Europejczycy czują że w takiej  porze dobrze byłoby się znaleźć na którejś z plaż mórz  Morza Śródziemnego.  Nie znaczy że w Hameryce i Europie nie ma inszych miejsc do plażowania, są i to bardzo liczne, urodne i wogle, ale tak się jakoś porobiło że wakacje kojarzą się ze spędzaniem je w miejscu gdzie słoneczko dopieszcza aż za a słona woda  ma temperaturę nie wywołującą dreszczy. Mła z jednej strony  rozumie, z drugiej jakby nie, bo zdawa sobie sprawę że w pakiecie z gwarantowanym słoneczkiem i ciepłą wodą są tzw. dzikie tłumy. No ale to jest osobiste podejście mła, z jej obserwacji wychodzi że insze ludzie lubią wypoczywać gromadnie. Jesteśmy gatunkiem stadnym, lubimy kiedy koło nas kręcą się inne osobniki. Może czujemy się wówczas bezpieczniej? Nie wiem ale jakaś przyczyna dobrowolnego spędzania czasu wolnego wśród tłumu obcych ludzi musi być. Z  naszych stadnych zachowań korzystają kraje basenu Morza Śródziemnego, dla wielu z nich turystyka to wiodąca gałąź  gospodarki. Bez tego byłoby krucho, naprawdę słabo. O ile kraje takie jak Francja, Hiszpania czy Włochy są producentami dóbr wymagających jakiegoś tam stopnia komplikacji technologii potrzebnej do ich wytworzenia,  o tyle małe kraje wschodniej części basenu  Morza Śródziemnego stawiają na turystykę i rolnictwo, w tej właśnie kolejności. Mamelon i mła do takiego kraju właśnie pojechały, odwiedziłyśmy Czarnogórę, zwaną z wenecka Montenegro.

Mła zapodaje za Wikipedią - "W centralnej części Czarnogóry występuje klimat podzwrotnikowy kontynentalny, a wybrzeżach - śródziemnomorski, przez co notuje się 5300 mm opadów rocznie ( najwięcej w Europie ). Górzystość sprawia, że grunty orne zajmują zaledwie 5% powierzchni." Sami widzicie, utrzymać życie na jakim takim poziomie w kraju tak malutkim i o tak mało sprzyjających uprawom czy hodowli warunkach proste nie jest. Czarnogórcy vel Montenegrzanie jednakże kombinują, wykorzystują  potencjał górskich rzek i zbudowane zapory oraz postawione nad sztucznymi zbiornikami elektrownie. W kraju nawiedzanym przez trzęsienia ziemi utrzymanie zapór w dobrym stanie technicznym wymaga wincyj kasy niż gdzie indziej, zdawa się że Czarnogórcy nie robią na energetyce wodnej interesu życia więc postanowili się dopieścić farmami fotowoltaicznymi. Energią nie handlują ale są jednym z nielicznych w tym regionie krajów, które usiłują wyjść z uzależnienia od węgla brunatnego. Wyraźnie postanowili pójść śladem Chorwacji, stąd było parcie na autostrady, które miały rozwinąć możliwości turystyki. No niestety poszli na to że Chińczycy zbudują im drogi, w związku z czym ani Chińczyków, ani kasy, ani autostrad nie ma ale coś tam drogowego nadal dzielnie budują. Po tej chińskiej lekcji Czarnogórcy z powrotem myślą czule o UE, zapominają powoli jakim szokiem było wprowadzenie  u nich euro jako waluty krajowej. Czy droga do UE będzie dla nich prosta? Mają spore problemy polityczne, przez długi czas mieli władzę niewymienialną. Sytuacja w której któś nieprzerwanie rzundzi od ponad 20 lat żadnemu państwu nie służy. Z drugiej strony 1/3 obywateli Czarnogóry to Serbowie, którzy cierpią na kompleks Wielkiej Serbii, stabilności  politycznej to nie daje. Serbia, czytaj Rosja, miesza.

Dla Rosjan i Ukraińców z kasą to  kraj odpowiedni na emigrację. Dość łatwo jest dostać obywatelstwo o ile  zainwestuje się odpowiednio fundusze ( rozmowy lotniskowe kształcą! ). Infrastruktura turystyczna  rośnie a  o to właśnie Czarnogórcom chodzi. Wicie rozumicie, mła nie tego ten za takim modelem turystyki ale rozumie że Czarnogórcy muszą z czegoś żyć. Te molochowate hotele i ymc, ymc, ymc z klubów wokół plaży to kasa potrzebna do przeżycia miesięcy w których mało kto  do Czarnogóry zawita a przeca zakładów produkcyjnych, takich z prawdziwego zdarzenia, w których można by godziwie zarobić, tu nie ma. No dobra, dość smętnych rozważań, wróćmy do przyjemności życia. Znaczy do magicznego słowa sezon, he, he, he, które w krajach turystycznych określa poziom dobrobytu. Mamelon i mla wylądowały w miejscowości uchodzącej za  rodzaj czarnogórskiej Jebizy, imprezownia z dyskretnie usytuowanym na cypelku starym miastem. Wzdłuż wybrzeża hotele i apartamenty, te na wyspie szalenie luksusowe, takie wicie rozumicie - "Milordzie, pański  jacht już zacumowany w marinie". Hym... do korzystania z uciech Jebizy to już nie to zdrowie, jachtu nie posiadamy, więc trza było sobie te radości sezonu  inaczej wykombinować. Dla nas namiastką luksusu były lody Goddo Delizia Italiana. To jest czarnogórska sieć cukierni, w której receptury lodów oparte są na  naturalnych składnikach. Słodkie ale dobre. No i ta atrakcja w formie czekoladospadu i cieknącej z kraników czekolady deserowej i białej, w której maczane są wafelki. Jedząc wiesz że grzeszysz i to wszystko słodkie i dobre idzie ci w tyłek. Boszsz... dzięki za nasz domek na  wzniesieniu!

Nas oczywiście interesowały sklepy i targowiska. Lubimy wiedzieć co kupują miejscowi i jak się naprawdę jada, restauracje czy nawet street foody przekłamują.  Nasz pierwszy kontakt z ofertą sklepową był taki se, bo jak się okazało poszłyśmy do nieodpowiednich marketów. Dopiero odkrycie solidnego centrum handlowego i targowiska ustawiło nam odpowiednio perspektywę. W Czarnogórze da się jeść dobrze i jak na nasze piniążki przeliczając niedrogo. My rzuciłyśmy się na  ryby, krewetki i jagnięcinę, obżerając się nimi wręcz do rozpęku. Oczywiście Mamelon robiła za kucharkę a mła za podkuchenną. Nie znaczy że przy garach stałyśmy, to były posiłki przygotowane w ciągu kwadransa. Świeże  rybki z targowiska, które obrano nam w gratisie, sałatka z pomidorów i papryki, z podarowanym serem owczym i oliwkami ( jakoś tak się dziwnie składało że do kupionych  na targu  rzeczy zawsze nam coś dodano, a to kawałek sera, a to oliwki, nie wspominając o darmowym pojeniu winem z granatów, dość słodkawym ). Zaczęłyśmy podejrzewać że  rodacy robią tu za bidę bo jak tylko usłyszano polski to natychmiast nam doładowywano. Skutki doładowywania spalałyśmy na naszej górce ale każdorazowe  spalenie kolejnego kilograma ociekających sokiem moreli wymagało takiego  wysiłku że z Mamelona jad wypływał.

No i żeby to się na morelach tylko  kończyło. Przypadkiem odkryłyśmy że najlepszy chlebek w mieście to nie w pekarach a na dworcu autobusowym, tak, tak, w autobuskiej stanicy. Z okrągłej foremki, z chrupiącą skórką i cudownym miękiszem, który jak podejrzewałyśmy zawierał olej bądź oliwę, cieplutki i zawsze świeży bo miejscowi kupują jak leci. Straszne rzeczy wyprawiałyśmy z tym pieczywem, górka prawdziwym błogosławieństwem. Przed samym podejściem pokrzepiałyśmy się jeszcze takimi miniburkami w pekarze u podnóża naszego wzniesienia. Raz na słodko, raz wytrawnie. Jeśli chodzi o wino było wytrawnie, głównie vranac - raz nam się trafił wręcz wyjątkowo dobry. Oczywiście to nie było tak że my tylko posiłki w domu, na starym mieście czyhał Alfredo z fettuccine. Naprawdę to nazywała się ta knajpka inaczej ale ponieważ  fettuccine Alfredo to była tam podstawa, obsługiwało ją trzech chłopaków, którzy sami robili makaron i mazali go w olbrzymiej bule  parmezanu, to sobie wymyśliłyśmy tego Alfreda jako jednego z nich. Fettuccine naprawdę zacne, parmezanu chłopaki nie żałowali, licznych klientów oczekujących  na swoją dawkę kulinarnego szczęścia przywoływali po imieniu ( co było zabawne w przypadku Hindusów, sorry ale kiedy człek słyszy "Prrakhe..ee... o my Good... szszsz... lady in pink shorts!"  to się śmieje, sama lady in pink shorts pokwikiwała radośnie ).

Alfredo był w zasadzie takim street foodem, malutkie, szmaragdowozielone wnętrze knajpki nie było w stanie pomieścić wielu osób, klienci czekali na ławkach rozstawionych na  pobliskim placyku. Tam też odbywała się konsumpcja, taka z mlaskaniem i wogle, w końcu u Alfredo jadali wszyscy, biali, żółci, czarni i ci w kropki, a w różnych kulturach różnie okazuje się że smakuje. Bardzo kosmopolityczne miejsce gdzie wszyscy zjednoczeni są wokół żarełka, pachnących parmezanem klusek. Jak się domyślacie Alfredo stanowił dla nas poważne zagrożenie, tym bardziej że był niedrogi. Nawet bardzo dobre mule zjedzone w restauracyjnym ogródku nie przebiły kluseczek, nawet afogato i sorbet z czerwonych pomarańczy - fettuccine Alfredo było przebojem tego wyjazdu. Zdaniem mła to my na naszą górkę powinnyśmy wchodzić parę razy dziennie żeby te ilości parmezanu porządnie przepalić, ale Mamelon mogłaby wówczas podgryźć mła gardło żywcem, więc nie proponowałam. Zresztą jak już osiągałyśmy naszą górkę to tak po prawdzie nie chciało się nam wychodzić z chłodnego tarasiku pod cedrem. Wokół kwitnące oleandry, pomarańczowe drzewko zawiązywało właśnie  owoce, kwitło  i pachniało kapryfolium, pachniały też po deszczu paprocie, sosny i cyprysy. Wyciągałyśmy vranaca i leczyłyśmy nim serduszka sterane życiem, he, he, he. Ptocy świergolili, somsiedzki pies wygrażał kotom bezczelnie zaglądającym do nas, bo przeca to już pora na żarcie i czas dzielenie się dobrem. No nie chciało się na dół, do miasta schodzić.

Miejsce w którym mieszkałyśmy było jakby  bliżej natury, owszem w ogródkach kwitły hortensje, żyworódki, czy tam inne południowoafrykańskie cuda, na pergolach rozpinała się ocieniająca tarasy winorośl ale tuż  przy naszym domu zaczynał się las, w którym co najwyżej siewki granatów mogły robić za ogrodowe wtręty. Las mieszany, z drzewami porośniętymi kolchidzkim bluszczem, zamieszkany przez dziczyznę, której odgłosy były na porządku dziennym i nocnym. Mła bezczelnie przyznaje że dla niej te odgłosy to jakby dodatkowa atrakcja, szczerze pisząc ptasie świergolenia w dzień i noc są cool, nie znoszę za to ymc, ymc, ymc przez które trza zamykać okna. Tu otwierałam je  na noc i chłodne powietrze ze wzgórz sprawiało że mła spała jak male dziecko. No dobra, wg. Mamelona jak dziecko chrapiące jak stary chłop. Podczas naszego  pobytu nie zaprzyjaźniłyśmy się z klimatyzatorem, ani razu nie włączyłyśmy urządzenia. Mła zauważyła że na dole, mimo bryzy znad morza, było cieplej niż na naszym wzgórzu. Miły chłodek na tarasie, chłodna sypialnia, cóś w sam raz dla mła, nielubiącej upałów.

Na dole, w kurorcie, szata roślinna bardziej egzotyczna i wyrafinowana. Platany razem z palmami, eukaliptusy z albizją jedwabistą w odmianach różnych, bugenwille w kolorach rozmaitych, gatunki jaśminów, obłędnie pachnące gardenie i mocno dające po oczach magnolie wielkokwiatowe, którymi namiętnie wysadza się aleje w kurortowej części miasta. Na kwietnikach tyż tak bardziej ciepłolubnie - agapanty w masie i licznych odmianach, sagowce robiące za rośliny szkieletowe, troszki roślin z Nowej Zelandii, no i róże. Mła przyuważyła że sadzą głównie mieszańce herbatnie, które radzą sobie średnio. Mła się wydawa że w tych warunkach lepiej jednak udają się egzoty albo rośliny z basenu  Morza Śródziemnego. Prędzej dobrze urosną tu rośliny z Przylądka Dobrej Nadziei niż klasyczne różyczki. Rabaty z takich wypasionych  klimatem egzotów miłe dla oka, u nas ani lantany ani burgmansie, zwane inaczej daturami, nie osiągają takich rozmiarów. Nawet rosnące w Czarnogórze miliny czy wisterie mają tu większe i bardziej wybarwione kwiaty.

Dla nas najbardziej zagadkową była roślina, którą zauważyłyśmy w starym mieście. Porastała mury, wrastając korzeniami w szczeliny. Liście miała dość twarde, kwiaty przypominały kwiaty dziurawca kielichowatego Hypericum calycinum, tylko miały białe płatki i cudowne pręciki w coolorze  lilaróż. Jakby było mało to wspaniale pachniały. Zdawa się że najlepiej prezentowały się wieczorem. Dla mła wielkim odkryciem były drzewa mogące rosnąć na upartego i w naszym klimacie. Lipa węgierska vel lipa srebrzysta Tilia tomentosa zrobiła na mła duże wrażenie. Wiadomo że lubi stanowiska słoneczne ale jest też odporna na mrozy, w lecie dobrze znosi suszę. Znaczy  lepiej niż inne lipy, odporna na warunki miejskie i  stosunkowo odporna na przemysłowe zanieczyszczenie powietrza, na choroby i owady. W Polsce da się ją spoko uprawiać, kwitnie nieco później niż nasze lipy, drobnolistna i szerokolistna. Kwiaty pachną tak że nie czuć żadnych innych kwietnych zapachów, naprawdę bardzo silnie. Spód dużych liści pokryty jest  biało - srebrzystym kutnerem. Mła postanowiła zdobyć i posadzić w Alcatrazie.

Koło plaży było roślinnie śródziemnomorsko plus zawleczenia z ciepłych rejonów świata. Pierwsza plaża na której byłyśmy nosi wdzięczną nazwę Ričardova Glava, z powodu nakręcenia tu w roku 1963 filmu z Richardem Widmarkiem "The Long Ships", który u nas znany jest pod tytułem "Długie łodzie Wikingów". Swego czasu to był hit, dziś z lekka śmieszy. Ričardova Glava leży tuż za murami starego miasta i jest łatwo dostępna, ale mła kusiło żeby poleźć dalej, mimo ze Mamelon zabijała mła wzrokiem. W końcu mła udało się zwabić Mamelona w kierunku malowniczych skałek i tak zawędrowałyśmy pod klify plaży Morgen. Nazwę plaża zyskała od wybudowanego w roku 1890, za czasów kiedy Czarnogóra wchodziła w skład  Austro - Węgier, fortu Morgen. Z racji tego, że  budowla była intensywnie użytkowana  podczas obu wojen światowych,  nie zachowała się w najlepszym stanie. Dziś robi za punkt widokowy. Ze skałek przy forcie co odważniejsi młodzi ludzie skaczą w fale Adriatyku, mniej spragnieni wrażeń zalegają na plażach Morgen I i Morgen II, w słoneczku lub cieniu skalistych klifów, wyglądających troszki tak jakby ktoś zbudował je z klocków Lego.

Pod klifami, na plaży, w uliczkach starego miasta, w parku przy hotelach, we własnych domkach, na wzgórzach, wszędzie mieszkają koty. Bo koty w Montenegro jakby na specjalnych prawach. To się ponoć  ciągnie od czasów średniowiecza, w którym np. na jednego mieszkańca Kotoru przypadały dwa koty. Od razu nadmieniam  że nazwa miasta nie powstała od słowa  "kot"  w języku polskim tylko od określenia wywodzącego się z greki - katoreo oznacza gorąco. Kotor to po prostu gorące miasto. Mła doczytała że stosunek mieszkańców tej nadmorskiej  części Czarnogóry do kotów miał związek z plagą. Konkretnie to z plagą gryzoni z którymi szła czarna śmierć. Słabo dziś zdajemy sobie sprawę czym były choroby zakaźne dla średniowiecznych miast, gęstych skupisk ludzkich z warunkami higienicznymi, które dziś jeżą  włos na głowie. Owszem, ludziska były jakby bardziej odporne bo  co słabe to nie dożywało piątego roku życia ale choroby takie jak dżuma, cholera, ospa czy nawet zwykła grypa potrafiły kosić. Jeżeli jakieś miasto zdołało uchronić się przed epidemią szukano przyczyn takiego zjawiska. W Dubrowniku ludzie doszli do wniosku że to ptaki ocaliły miasto a w Kotorze że to koty były sprawcami tego cudu. W jednym i drugim wypadku cóś w tym może być, ograniczenie insektów i  ograniczenie liczby szczurów, na których insekty się żywiły mogło w jakimś tam stopniu przyczynić się do tego że dżuma nie zebrała w miastach zachodnich Bałkanów aż takiego żniwa. W każdym razie mła na własne oczy widziała te kocie kolonie wylegujące się na schodach katedr, krzesłach w restauracjach, chodnikach. Widziała te miseczki, chrupki, wynoszenie żarła, domki całoroczne i tym podobne dobrutki. Nie myślcie jednak że to jest koci disneyland, sprawa jest bardziej złożona.

Koty mimo tego  że pozują do fot i dają się głaskać, żyją dziko, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tak nawiasem pisząc  duża populacja dzikich kotów jakoś nie zmniejsza ilości świergolących ptasząt czy tam inszych mało pospolitych stworzonek. Mła się zdawa że nie wynika to z dokarmiania kotów, po prostu kocia populacja utrzymuje się na takim poziomie, który natura  jest w stanie znieść. Nie wiem jak to jest w Australii, w której w jednej z prowincji chcą  trzymać koty w zamknięciu ale mła  cóś podejrzewa że to tak bardziej że kowal zawinił, Cygana powiesili. Od dawna kwestionuję różne "naukowe" koncepcję, ponieważ dowody na prawdziwość  teorii naciąga się do granic możliwości. Przez dwieście lat to koty powinny wymordować pół australijskiej drobnej fauny a problem zrobił się nie tak dawno. Mła wie że Australijczycy  są po przejściach z królikami  ale jakoś nie słyszałam że mają ograniczać populację wielbłądów, które przeca nie są autochtonami na antypodach. Zdziwne to wszystko i  jakby śmierdzące pseudoekologią.  No ale wracajmy do kotów w Montenegro.

Życie na dziczyźnie to nie miody i dokarmianie tego nie zmienia. Pod koniec 2018 roku z inicjatywy turystów powstała zbiórka pieniędzy na sterylizację bezdomnych kotów. Po roku od zbiórki, powstała organizacja non profit "Kotor Kitties", która 100% zebranych środków przeznacza na opiekę nad czarnogórskimi kotami. Dzięki kasie ze zbiórek lokalni weterynarze zajmują się leczeniem, kastracją i sterylizacją kotów. Można to zasponsorować, nawet wirtualnie kota zaadoptować. Ta grupa wolontariuszy pomogła już prawie 9000 zwierząt, takie są dane z roku 2023. Organizacja się  rozwija i dobrze, teraz pomagają populacjom dziko żyjących kotów, co proste nie jest, bo trzeba tak działać by te zwierzęta nie zniknęły. Mła wie że marzeniem większości kociarzy jest umieszczenie wszystkich kotów w domach, jednakże to wcale nie znaczy że jest to marzeniem kotów.  Jedne koty lubią przebywać w domach, inne wręcz tego nie znoszą. Koty dziko to żyją sobie w koloniach, raczej przy człowieku, niż z człowiekiem.

Koło naszego domu mieszka potężne stado, z paroma kocurkami w roli szefów. Największym z nich  jest stary, gruby czarny kocur, ze śladami starych ran, jak i świeżymi pokąsaniami. Nam do serca przypadła taka bardzo wesoła koteczka, która lubiła nas odprowadzać i przyprowadzać, nazwałyśmy ją Czarnocipką z powodu... czarnej cipki. Na jednej z fotek zobaczycie jak pozuje od tej... hym... najciekawszej strony. Ma też ta mała kotka czarne nagolenniki, ale na fotce ich nie widać. Całe stado jest dokarmiane przez miejscowych i turystów, michy porozstawiane wszędzie.  Wieczorem słychać nawoływania. Oczywiście koty przychodzą kiedy chcą, zawsze to ciekawiej samemu zaglądać do domów i podpatrywać  co przygotowują do zeżarcia. Wiadomo że odpowiednio wydany ryk i wbity w człowieka wzrok spowoduje że żarło wyląduje w improwizowanej kociej misce. Wszystkie nasze posiłki jadłyśmy w kocim towarzystwie, chyba bardzo nie po czarnogórsku byłoby inaczej. Nażarte odchodziły od miski ale bynajmniej nie po to by spocząć na laurach, gdzie tam! Kontynuowały  żarciowy obchód po sąsiadach.

Ponieważ turyści są cóś łasi na kocie wdzięki, branża pamiątkarska jedzie na kotach z Montenegro aż miło. Zdaniem mła to powinni cóś kotom odpalać za użycie wizerunku, tantiemy wypłacane w opiece weterynaryjnej najlepiej, bo nie wygląda na to żeby koty w Czarnogórze głodowały. Wizerunki kotów, koteczków, kocurów, koteczek są wszędzie. Mła bardzo przypadły do gustu tureckie kocie figurki w wyciskane wzory. Oczywiście wg. zapewnień sprzedawcy hand made. Dobra, powiedzmy że wierzę, choć z dużym trudem. Niestety mła musiała zachować nieco gotówki a sprzedawca nie miał czytnika do kart i turecki kotek nadal kurzy się w sklepiku w Budvie. Ech... mła była smętna a Mamelon cóś nie podzielała młowego zauroczenia figurką. Mamelon rozglądała się bowiem po nieco inszych cośkach, bardziej przypatrywała  się biżuterii, doszło nawet do mierzenia bransoletki. Tyż miała pecha, bransoletek okazał się za krótki.

Chodząc po cóśkach natykałyśmy się na różności - od prawdziwych staroci, choćby takich jak dziadek do orzechów w kształcie wewiórki, cinżki i absolutnie  nie do przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa w bagażu podręcznym, do plastikowych pierścianków w stylu ostatnia klasa przedszkolna, które to pierścianki cieszyły się wielkim powodzeniem wśród pań starszych od nas jak i młodych  hinduskich dam. Zarykiwałyśmy się oglądając drogawe ale świetnej jakości, bardzo precyzyjnie zrobione mosiężne figurki kotów wykonujących rozmaite  mało kocie czynności ( niestety w tej galerii nie było wolno focić a szkoda bo figurka kocura, któren złapał był swoją kotkę in flagranti  z inszym kocurem naprawdę warta oblookania i  zabójczej ceny ), czy olbrzymie grube baby w kostiumach kąpielowych, wykonane chyba  z papier  mache. Po cóśkach,  to Panie tego, wszystko  można było dostać.

Napatoczyłyśmy się nawet na cóśki gwiazdkowe, stada Mikołajów, bałwanów i aniołów, wszystko z drewna i hand made of course. Wyglądały w  otoczeniu drewnianych kotów w marynarskich czapeczkach, modeli latarni morskich i miseczek szklanych z "zatopioną meduzą"  nieco dziwnie, tak całkiem nieletnio i mało wakacyjnie.  No ale stały i czekały na przewidującego klienta, znaczy takiego, któren wie że po lecie przychodzi zima a szklane meduzy najkorzystniej kupować w grudniu. Mla od tych wszystkich cośków nieco kręciło się w głowie ale uznała że prawdziwna wakacjowiczka u wód to powinna cóśkować a nie tylko po katedrach latać i starożytne relikwiarze oglądać z zębami świętych czy obrazy Jacopo Bassano. Święte prawo kurortu nakazuje po cośkach chadzać a jak się da i człek u się tolerancję na "wyroby pamiątkarskie" rozwinie, to nawet cóś z cósków doma przywieźć.

No i to by było na tyle tego kurorcizma  z Czarnogóry. O starych miastach, które mła zwiedziła, o kościołach, cerkwiach, katedrach, cytadelach mła napisze inną razą. Może wtedy kiedy jesienność i zimowość człeka dopadnie i takie wspominki letnie troszki nas rozgrzeją. Zachodnie  Bałkany a szczególnie kraina zwana drzewiej Dalmacją Wenecką, to bardzo opowieściorodne miejsce.