Paskudnie minął tydzień, przeleżany, bo mła miała grypsko. Takie z gorączką, utratą węchu i smaku, glutaniem, kasłaniem i pokaszlowym posikiwaniem. No full service. Mamelon dokarmiała mła zostawiając żarełko pod drzwiami, kamieniczne staruszki miały zakaz zbliżania się. Mła nie była w dobrej formie fizycznej, ani psychicznej, to ostatnie to głównie z powodu niepokoju o Kocurrkową Myszkę. Mła sobie tłumaczy że jakby co, to Kocurrek podarowała kocie dobre cztery lata, w prawdziwym domu, ale mła jest w tym roku znów po przejściach ze stworzonkami i taka jest jakaś wewnętrznie dygotliwa z powodu kocich chorób. Grypa z wielkim trudem pozwala na ślady optymizmu, jakoś depresyjnie jest mła. Na świecie też mało ciekawie, mła uwięziona w chałupie za towarzystwo miała koty i cholerny komputer, który jakoś tak złośliwie podsuwał jej nie takie wiadomości jakie chciałaby czytać. No, może z wyjątkiem wyłączania rosyjskich rafinerii, co zdaniem mła przyspiesza koniec wojny za naszą wschodnią granicą i trzeźwienie Rosji z imperialnych snów o wszechświatowej potędze i co na pewno nie podoba się autorytarystom w USA, którzy wiedzą że koniec Rosji to preludium ich własnego upadku ( mła to napisała zanim jeszcze Pomarańczowa Demencja fiknęła Kongresowi i Senatowi USA i ucałowała Wujka Wowę, zostawiając naszych prawiczków z niejakim Bielanem na czele z rękami w nocniku pełnym gówna! ). Idą nowe czasy, zobaczymy dziwne rzeczy. Ech... niekoniecznie lepsze. Mła się tak zastanawia np. nad tym czy te ciężkie samochody lekstryczne, ukochane pieścidełko pseudoekologów, nie spowodują konieczności częstszych remontów dróg i chałup stojących w starych miastach wzdłuż ulic, albo czy nasze dzieci już zupełnie zgłupiały od tego bezstresowego wychowania i społeczniaków, że z nożami latają ( fajnie że w końcu pojawił się wśród młodych bardziej realny nonkonformizm, tylko dlaczego to musi być od razu durna bandyterka, tym razem rodem z podskórności społeczniaków, które do tej pory tworzyły "nonkonformizm" wg. najbardziej konformistycznego przekazu! ). Czy jeszcze paskudniej, znaczy toczą mła podejrzenia że nierentowne do bólu firmy AI będą usiłowały przejść na społeczny garnuszek, bo one takie "militarnie niezbędne". Taa... takie tam bure myśli mła po mózgu łażą. Wszystko z choroby, która nie jest dżumą, ale jak na mła jest wystarczająco udupiająca.
Sztuczna czyta wypociny mła obłędnie, co miesiąc jakieś koszmarne liczby wyświetleń. Sztuczna generyczna podobno aż taka zassana że wyraźnie nie daje rady i podupada. Sztuczna od matematyki z kolei powymyślała nowe dowody na hipotezę Riemanna, tylko taka prawda że nikt nie potrafi sprawdzić czy maszyna aby czegoś nie pokręciła. Jeszcze trochę a może być jak u Lema z tą matematyką, nasz aparat pojęciowy nie będzie zdolny do zrozumienia. Albo i gorzej, maszyna klepie a my udajemy że rozumiemy i jeszcze wierzymy. Mła tak sobie myśli, że srutututu, zanim pokapujemy jak to działa i czy w ogóle działa prawidłowo, czeka nas proces weryfikacji, żmudnej, długaśnej. Żebyśmy znali działanie aspiryny w organizmie, musiało minąć sto lat od stworzenia pierwszej tabletki, ciekawe ile zajmie sprawdzenie dowodów matematycznych? A pieniędze na sztuczną płyną, choć już nie tak szerokim strumieniem. Ludziom jajogłowi miliarderzy przestali się podobać, wyniki finansowe są mierne, bardzo oględnie pisząc. Pomimo wciskania prze Google i Mety AI gdzie się da. A AI jak była nieświadoma tego wszystkiego co wokół niej, tak dalej nieświadoma, taka zwykła maszynka licząca, szczególnie w wersjach darmowych raczej tępawa i nie zmieni tego pojęcie "klasa aktywów inwestycyjnych", wymyślone do krojenia inwestorów. Ech... smętnie mła z tego powodu że pisze dla nieświadomych botów. Tak nawiasem pisząc, postanowiłam mieć głęboko w doopie wszelkie prawa autorskie. Jeżeli kradną korpo to jest bezkarne, więc idąc za przykładem od dziś będę piracić na maxa i niech ktoś spróbuje mła ścignąć. Trzeba tylko zachować czujność wobec jurysdykcji serwera i zero zrozumienia dla opowieści jak to okradam artystów, czy cóś. Nie te czasy moi Mili, kradną bogacze a prawa autorskie dawno się poszły turlać i korpo zarabiają na kradzionym aż niemiło. Od dawna czułam że tak będzie, świat się zmienia.
Zmienność rzeczywistości jest jedyną zagwarantowaną sprawą w naszym istnieniu, co dawno temu zauważyli greccy filozofowie i pewien indyjski książę. Może dlatego mła ponownie sobie oblookała podczas choróbska "Małego Buddę" Bertolucciego, po latach z tego filmu jak dla mła obroniły się sceny retrospekcji, Siddhartha w interpretacji młodego Keanu nadal odjechany od świata tak jak należy, bez zbytnich emocji, które bolą. Potem to już pojechałam całą tę orientalną trylogię Bertolucciego, znaczy obejrzałam "Pod osłoną niebios" i "Ostatniego Cesarza". Na pierwszym zasnęłam, drugi obejrzałam w wersji reżyserskiej, czyli dałam radę niemal czterem godzinom filmu. "Chyba Ostatni Cesarz" z tych orientalnych filmów zestarzał się jakoś najmniej, dalej są w nim takie fragmenty, które mła poruszają. Trochę dziwnie było mła ponownie oglądać filmy po prawie 40 latach, kino od tego czasu niesamowicie się zmieniło, nie jestem wcale przekonana czy na lepsze. Postanowiłam sobie sprawdzić jak jeszcze starsze filmy Bertolucciego przetrwały upływ czasu. "Ostatnie Tango w Paryżu" to tak trochę świadectwo epoki, trochę ocalonej przed zębem czasu filmowej roboty. Dalej jest to film o pustce, tylko jakoś tak bardziej przejmujący niż "Pod osłoną niebios". Przynajmniej dla mła. Może dlatego że jest taki bezkompromisowy, to rozczarowanie światem wyłazi z każdego centymetra taśmy filmowej i robi wrażenie? Sama nie wiem. Potem kończąc Bertolucciadę obejrzałam "Konformistę" i dopiero wtedy naprawdę mła trafiło!
Nie wiem czy jest to film odpowiedni dla współczesnej wrażliwości, w której kadry muszą się zmieniać jak w kalejdoskopie, to kino wysmakowanego obrazu i wchodzenia w opowieść przez nie tworzoną, wymagające od widza skupienia, które wraz z telefonią komórkową i potrzebą bycia on line poszło się bejać. Teraz wszyscy mają ADHD od on line'owe. Jednakże dla mła, świadomej ograniczeń współczesnej kuchni filmowej wywołanych przez przebodźcowanie widzów, ten powrót do staroci z 1970 roku był jak łyk, schłodzonego Budějovický Budvar, w miejscu w którym podają te amerykańskie szczyny zwane Budweiser. Trintignant wymiata, zdjęcia Vittorio Storaro w epoce blue screenów przekonują mła o niedoskonałej, powierzchownej, artystycznej miałkości pozornie doskonałej współczesnej technologii tworzenia filmowego obrazu ( sorry ale efekty komputerowe, o AI nawet nie wspominając, to przy tych zdjęciach Storaro pomyje i to takie po wielu brudnych garach! ), no i sama historia. Powinno się to puszczać w czasach srovidu trzy razy dziennie w telewizorni a w społeczniakach tzw. wyjątki ( rzecz jasna telewizornie by wyły a społeczniaki by się zapierały, to w końcu siewcy konformizmu, którzy nie mogąc wciskać przekazu całemu społeczeństwu, usiłują je atomizować! ).
Po tej całej pieprzonej chorobie mła postanowiła odreagować, polazła do sklepu i nabyła peonie. Nie wiem co będzie z chałupą i moją w niej bytnością, bo utknęło, z resztą mojego życia tyż nie wiem, bo świat znów pędzi, więc przynajmniej zacznę dopieszczać ogród. Dzisiejsze zdjęcia domówki, nawet kawę z kardamonem i cynamonem sfociłam ( z powodu pływających po wierzchu sproszkowanych przypraw była ciężka w piciu, nie był to dobry pomysł! ). Chciałam też sfocić wszystkie koty, ale Sztaflik uciekła sprzed obiektywu, pod pozorem niewyczesanego futra ( Nieprawda, bo futro osobiście szczotkowałam! ). No to są tylko Mrutek i Helenka. W Muzyczniku Starsi Panowie. A teraz się szykuję, bo idę z Mamelonem i Sławencjuszem do Gosi i Piotrusia zapić smutki i choroby. Taka to ze mnie "imprezowa dziewczyna", oby mła się udało przy tej okazji ten maj w serduchu znaleźć.


