Wiedeń dla mła jak ta Praga chora na elephantiasis, duże miasto skrojone pod cesarsko - królewski rozmiar. Mła zmęczona nieco tą wielkością, czuję się trochę jak ta Sissi, którą Wiedeń okrutnie przerastał. Dzięki Najwyższemu Podróżniczemu za świetną wiedeńską komunikację, bez niej byłoby krucho z chodzeniem po mieście najsampierw w upale, no a potem w deszczu. Pogoda była całkiem niezwiedzalnicza, dzięki czemu oblookałyśmy sporo muzeumów. Gdzieś się trzeba było chronić przed upałem i deszczem. Szczęśliwie w Wiedniu muzeumów bez liku, można wybierać i przebierać w wystawach, mła się bardzo ukulturalniła. Była w tych wielkich cesarsko - królewskich muzeumach i tych nieco mniejszych, choć ciężko je nazwać kameralnymi. Mła wogle ciężko uwierzyć że w Wiedniu może istnieć cóś kameralnego, choć przeca Wiedeń to stolica muzyki kameralnej. Z tymi szerokimi arteriami, wielgachnymi gmaszyskami jakoś się mła w tej kameralnej odsłonie Wiedeń nie objawił. A mła była przeca w różnych jego miejscach, nie tylko tych namiętnie wydeptywanych przez turystów, ale i takich zwykłych, gdzie nie spotkasz dumnie paradującego w trzyczęściowym garniturze, w upale, "lepszego Austriaka". Spotkasz za to same kobity w abajach, pchające wózki czy to z zakupami, czy z dzieciakiem. Te abaje zresztą strasznie martwią "szczerzeaustriackich", w Austrii jest głośno o wpisaniu do konstytucji zakazu "islamu politycznego", który to zakaz jest bardzo promowany przez obecnego kanclerza. Dziewczynki do 14 roku życia nie mogą teraz nosić w szkołach burek i hidżabów, w związku ze związkiem muzułmanie psioczą, skrajnie prawicowi też psioczą że za mało radykalnie. Mła się nie dziwi jednym i drugim, każdy walczy o własną tożsamość, z tym że Austriacy są u siebie.
Ta cała z naszego punktu widzenia histeria z "politycznym islamem" wynika z tego że Austriacy nie są bardzo licznym narodem i dość mocno cenią sobie wartości konserwatywne, wicie rozumicie - szaconek dla instytucji itd., jakby lepiej ich zdaniem chroniące tożsamość. Poza tym ledwie przestali być niedawno ciężko katoliccy i jakoś nie uśmiecha im się układanie całego życia społecznego pod nową religię. Abaje nie wydały się mła cinżko politycznie zaangażowane, sunęły z tymi wózkami z zakupami albo dzieciakami zajęte raczej codziennością, zdawa się że wcale nie najłatwiejszą. Te kobiety są rzadziej zatrudniane niż Austriaczki, rzadziej też szukają pracy. Głównie uprawiają tzw. kurestwo domowe, co oznacza że nie mają własnej kasy. Kroczą tymi szerokimi ulicami wiecznie zaaferowane, w ciągłym poszukiwaniu czegoś niezbędnego do życia, które dla mła stanowi tajemnicę. Oczywiście poza Abajami są niezahidżabowane, całkiem europejskie kobity, które tylko ciemniejszy odcień cery odróżnia od innych Austriaczek. Jednakże to Abaje, przez swą mnogość, nadawały koloryt miastu na trasie do dzielnicy Simmering. We mła obudziło się takie podejrzenie że Abaj jest więcej w Wiedniu niż w niektórych krajach Bliskiego Wschodu, czy północnej Afryki. Może to prawo do noszenia abaj, jest tak chętnie wykorzystywane, bo nie można już zasłaniać w Austrii twarzy, tak konkretnie to od 2017 roku. Abaja zatem robi za całą szatę tożsamości.
Wiedeń pełen jest turystów zewsząd. Mija się chińskie wycieczki, snujących się Stanozjednoczońców rozpoznawalnych z daleka, sporo ludzi z Ukrainy, dużo niemieckojęzycznych, no i są nasi w każdym wieku. Mła w tej symfonii języków wyłapała też węgierski i portugalski, który wydał się jej z lekka dziwny. Może z jakich koloni? Język tubylców jest bardzo specyficzny, jeżeli w niemieckim jest możliwy zaśpiew, to wiedeńczycy po prostu podśpiewują. Wiem, wiem, ciężko uwierzyć, ale zdarza się też takie bardziej miękkie szprechanie. Mła oceniła to jako bardzo miłe dla ucha, podoba mła się też że wiedeńska wersja niemieckiego, czyli Wienerisch, ma sporo zapożyczeń z innych języków. Zamiast niemieckiej Aprikose mamy austriacką Marille, Mais to swojsko brzmiąca Kukuruz, nie ma Krankenhaus, jest znajomy Spital. Ten niemiecki coś od razu jest lepiej zapamiętywalny. Czas mła spędziła bardzo mile, bo w dobrym towarzystwie, z żarciuchem i winem. Niestety po powrocie do domu natentychmiast dopadły mła kłopoty, ale co robić. Mła ma teraz taką sytuacje że musi mieć oczy z tyłu głowy. Baaardzo sorry ale mogę mieć mało czasu na pisanie, życie cóś przyspieszyło. Szczęśliwie że kotostwo w formie, coś się szybko poodobrażały, widać Cio Mary z Irenką usługiwały właściwie, znaczy z poświęceniem. Dobre choć to. Reszta strasznie mnie wkurza, jednakże cóż robić. Trza brać na klatę.














