niedziela, 13 grudnia 2015

Kilka uncji zapachu czyli perfumy z czasów pani Gabrieli Z. - tajemnicze pachnidła


Eau de lys, eau de perle, eau de fěe, "welutina Raya, nieśmiertelna welutina!". Cholernie się namęczyłam szukając tych wszystkich, wymienionych przez Zapolską pachnideł. Trzy pierwsze "eau" to po prostu może być wszystko, znaczy nie chodzi o żadną konkretną markę perfum czy wód kolońskich, tylko raczej o typ zapachu. Woda liliowa, woda perlista, woda wróżek - rany, jakoś żadne konkrety mi pod to nie podeszły. Z welutiną Raya jest jeszcze ciekawiej, wygląda na to że to nie były żadne perfumy tylko pachnący puder. Jednak na 100% nie jestem tego pewna. Badania historyczne zdechły, bo nie znalazłam źródełek. Znaczy "nieśmiertelna" welutina  ( nawet pisana przez v ) okazała się totalnym trupiszonem i to bardzo solidnie pogrzebanym.

Najłatwiej wyobrazić sobie wodę o zapachu lilii. Ciężkawe to do bólu głowy ale pasujące do czasów Fin de siècle, epoki z pozoru jeszcze solidnie przesiąkniętej mieszczańską dziewiętnastowieczną "porządnością", tak drogą sercu królowej Wiktorii, ale już  z czającym się dekadenckim urokiem Oskara Wilda, swobodnym rozpasaniem   muz Toulouse Lautreca, wolną miłością à la  Przybyszewski.To był ten czas kiedy namiętnie skrapiano się perfumami czy wodami o mocnej woni heliotropu peruwiańskiego czy tuberozy ( niezamężne panienki nie powinny się tuberozowym zapachem "zaciągać" bo wg. ówczesnych znawców "psyche kobiecej", rzecz jasna samych facetów, mogą dostać  histerii czyli przeżyć nieuprawnioną, bo nie z małżeńskiego pożycia wynikającą rozkosz ). Takie ciągnące się za kobietami kwietne smugi zapachowe musiały być remedium na braki higieniczne, kąpieli zażywano w środowisku używających perfum wcale nie tak często. Europejczycy z przełomu wieków XIX i XX uważali cotygodniowe ablucje całego ciała za zupełnie wystarczające. Znaczy Belle Époque nie śmierdziała jak wiek XVII, ale nie pachniała też tak pięknie jak to się powszechnie sądzi. Myślę że dlatego ciężkie kwietne perfumy i wody w XIX wieku były tak popularne, przy takich liliach , tuberozie czy heliotropie żaden średniej klasy i siły  smrodek nie ma szans. Skrapiano się tymi pachnidłami obficiej niż dziś, damę czy eleganckiego mężczyznę dawało się wyczuć z daleka ( ha, i tak nie było zbyt wonnie, na początku XIX wieku cesarzowa Józefina używała ulubionych piżmowych czyli "odzwierzęcych"  perfum w ten sposób że sześćdziesiąt lat po jej śmierci, ich zapach nadal unosił się w jej buduarze ).

Eau de perle i eau de eau de fěe są znacznie trudniejsze do wyobrażenia -  jaki zapach kojarzy Wam się perłowo, a jaki wróżkowo?  Czy to były wonie oparte na jednym, dominującym zapachu czy też bardziej skomplikowane kompozycje zapachowe? Naturalne czy już z odrobiną sztucznideł? Uff, strefa mroku, nie jestem perfumologiem i ciężko mi się rozeznać w labiryncie z zasadzkami jakim jest historia XIX  - wiecznych perfum i wód używanych przez   polskie elegantki.  Perfumy i wody kolońskie i perfumowane sprowadzały tzw. magazyny czyli odpowiednik późniejszych domów towarowych lub początkujące dopiero na ziemiach polskich drogerie ( "droguerie" to francuska ogólna nazwa surowców farmaceutycznych, substancji chemicznych, farb, jak też określenie zajęcia osoby, która prowadzi handel tymi artykułami - drogiści gdzieś tak pod koniec XIX wieku rozeszli się z aptekarzami, co prawda nie do końca bo do dzisiaj farmaceuci  handlują  kosmetykami, niby leczniczymi, he,he ). Głównie były to perfumy i wody  francuskie, najbardziej cenione przez klientów. Mimo tego że podobno mamy tradycje perfumiarskie że hej ( pierwsze  prawdziwe perfumy a właściwie to co dziś nazywamy wodą kwiatową, czyli "larendogra" - "L'eau de la Reine de Hongrie" - powstały w XIV wieku dla  córki Władysława Łokietka, Elżbiety królowej Węgier ) w "rozebranej" Polsce działały tylko jakieś małe manufaktury kosmetyczne, nic poważnego. Zatem Piver, Guerlain, Brocard ( Francuz który zdobył Moskwę, poszło mu znacznie łatwiej niż Napoleonowi, stworzył w Rosji pierwszą z prawdziwego zdarzenia  firmę kosmetyczną ), Roger & Gallet to były uznane domy perfumiarskie, których wyrobami skrapiały się eleganckie panie i eleganccy panowie w Polsce na przełomie wieku XIX i XX.

Wody kwiatowe zwane później toaletowymi bądź perfumowanymi to roztwór olejków eterycznych i innych chemicznych substancji w alkoholu. O  klasyfikacji zapachu stanowi zawartość "substancji wonnej" w rozpuszczalniku, wiadomo perfumy bardziej nasycone "zapachniaczem", woda toaletowa i perfumowana zawierają mniej "zapachniacza".  Jednak na wody pachnące istniały sobie odrębne przepisy, nie koniecznie ich zapach wiązał się z zapachem konkretnej marki perfum ( dziś też niektóre firmy wypuszczają tylko wody perfumowane, prawdziwych perfum po prostu nie robią bo klientela używa mniej silnych pachnideł ). Taka na przykład woda heliotropowa składała się z: dwu kropli heliotropiny, 15 minim ( mililitrów? ) olejku różanego, pół kropli olejku z bergamotki, pięciu minim olejku neroli, dziesięciu uncji alkoholu, sześciu uncji wody. Do stworzenia eau de perle i eau de eau de fěe na pewno nie używano wyciągu z pereł czy wyciągu z wróżek, to musiały być bardziej skomplikowane wonie stworzone przez zmieszanie większej niż w przypadku prostej wody heliotropowej ilości substancji zapachowych. Mogę puścić wodze wyobraźni, bo pewnie  wyroby różnych perfumiarni sprzedawane pod tymi nazwami mogły różnie pachnieć, musiały się tylko utrzymywać w konkretnym typie zapachu ( kwiatowym, korzennym, cytrusowym czy drzewnym ). Eh, co mi tam, jak szaleć to szaleć - wyobraźnia pracuje, mój nos chciałby żeby eau de perle pachniała jak kwiat jaśminu z delikatnym wspomnieniem neroli, a eau de fěe woniała zwyczajnym groszkiem pachnącym. Teraz przelać do tylko do odpowiednich buteleczek ( firmowe butelki do perfum powstały dopiero w drugiej połowie  XIX wieku i wtedy nie było w dobrym tonie ustawiać takie firmówki na toaletce światowej damy, więc zamawiano  takie pojemniczki na wonności jak widać na rycinach ilustrujących dzisiejszy wpis ) i obficie się polewać.
Na koniec wonnych przygód z panią Gabrielą Z. cytacik z czytadła "Sezonowa miłość":
"- Idźcie sobie! - rzuciła się Tuśka - robicie tu piekło... mnie głowa boli, a potem wasz serdak cuchnie jak powietrze!...
Gaździna uczuła się dotknięta.
- Serdak je nowy i nicem nie trąci! - wyrzekła wychodząc z izby - to nie serdak, to ja... ze starości!"

4 komentarze:

  1. świetny post, właściwie artykuł. Porządny research zrobiłaś. Żałuję ze to nie ja napisałam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. No tak, "romans w Zakopanem" tak mnie zmęczył że praca śledcza z tymi wszystkimi eau to prychol. Nie przeceniaj mnie, to tylko post, w artykule powinnam jeszcze podać źródełka ( czego zwyczajnie nie chce mi się robić ). Nie mówiąc już o dopracowaniu mojej polszczyzny. To jest zwyczajny wpis ku pokrzepieniu nosów, stęsknionych za kwietnymi zapachami, he, he.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ach! Był czas, że fascynowały mnie kształty flakoników perfum i miałam do nich słabość... do tej pory zachwycają mnie kształtne a w szczególności wypukłości szklanych pojemników. :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam lekkie flakonikowe zboczenie ale to przez moja siostrę, która dzielnie "dekupażuje" co ciekawsze kształtem a ozdobione niezmywalną nazwą buteleczki. Szklane flakoniki z przeszłości też w rodzinie są, jeden z nich przechowywany przez Cio Mary nadal pachnie perfumami Babci Wiktorii ( zbliża się to flakonidło do rekordu buduarkowego ceszarzowej Józefiny - bardzo trwałe byly niegdyś pachnidła ).

      Usuń