niedziela, 29 maja 2016

Czekając na deszcz

 W całej Polsce  burze a w mieście Odzi coś na kształt mini deszczu, takiego trzy krople na metr kwadratowy  i ani kropli więcej. Powietrze gorące i lepkie, "kumory wygłodzone atakujo", koty drażliwe i fumiaste, ja z  ciężko  bolącą meteopatycznie głową obrażona na "Całyświat". To nie był znaczy weekend marzeń! Zaczęło się co prawda uroczo bo imprezą u Żaby, na której wystąpiła słynna kaczka z owocami w roli głównej i guest star kurczak nadziewany + rzężołek ( vel żęrzołek - konia z rzędem temu kto wie jak zapisać nazwę tej potrawy, ja osobiście obecnie  skłaniam się ku wersji z rz na początku ). Niestety w piątek była oblepka, znaczy gorąc taki że ubranie się do człowieka lepi, w sobotę została podjęta próba zrobienia czegoś pożytecznego w ogrodzie, dzisiaj wściekła ograniczyłam się tylko do podlania Alcatrazu i podwórka. W sobotę nadal  trwał weekendowy strajk głodowy kotów. "Nasze stanowcze nie suchemu żarciu!" - rozpoczęło się w czwartek rano  i dopiero moje wieczorne  sobotnie załamanie, w skutek którego drób wylądował w garnku, zakończyło tę głodówkę.  Koty vs ja - 1 : 0! Najgorsze że bestie czują że wygrały! Jakby  było mało w sobotni wieczór mnie naszło zastanawianie co się dzieje u Barashki, zazwyczaj o tej porze roku jej blog rozkwitał irysami. A tu cisza! Piękny 'Dancing Ghost' z ważkowego ogrodu właśnie u mnie zakwitł i miałam nadzieję na pochwalenie się Barashce tym zeszłorocznym "zrzutem" ( znaczy jaka dla niego ze mnie dobra pańcia, posadziłam i "natentychmiast" ślicznie  zakwitł ). A tu głucho i niepokojąco.

W domu  dogorywają ostatnie kupne narcyzki  ( chyba z dalekiej północy, he, he ) i  dają czadu lewkonie. Okolice Dnia Matki zawsze kojarzą mi się z mocnym, lewkoniowym zapachem. W tym roku w wazonie wylądowały lewkonie o kwiatach w kolorze kremowym.  Zawsze kupuję te kwiaty w  pastelowych barwach, nie wiedzieć czemu bo ciemnokwietne lewkonie  pięknie się prezentują. Może dlatego że bezpośrednio za oknami w tej chwili też pastelowo, przekwitły już lilaki a zaczęły swój występ  pierwsze róże.  W domu w wazonach koglo - moglowe  lewkonie a za oknem widoczek na kwitnące  'Aïcha' i 'Nevada'. Nie pryskałam w tym roku moją miksturą  na wraże  skoczki i niestety odbiło się to na urodzie liści.  Mam nadzieję że skoczki zostaną zeżarte przez tzw. naturalnych wrogów, bo przyznam szczerze że w tej chwili co innego mnie zaprząta i nie za bardzo mam czas na szykowanie płynu antyskoczkowego. Szczęśliwie skoczkowe ekscesy nie zaszkodziły kwiatom, obie róże są w tym roku obsypane kwiatami. Bardzo dobrze zapowiada się też kwitnienie róż w różance podokiennej, krzaki całe w pąkach. Teraz  tylko deszczu mi trzeba i uspokajających wpisów na Barashkowym  blogu. No i może temperatury trochę niższej i czegoś w stylu "orzeźwiających podmuchów". O tym żeby koty były grzeczniejsze nawet ne śmiem marzyć.







2 komentarze:

  1. Ta róża to rzeczywiście się popisała! Tyle kwiatów! Może pamiętasz, jak to róża? Bardzo mi się podobają te dwa odcienie żółtego na krzaczku. Czy pachnie?

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta "dwukolorowa" to 'Aïcha', kiedyś już o niej pisałam - w dziale Zielenina jest wpis "Róże maja". 'Aïcha' pachnie bardzo, bardzo słabiutko, dla nosów mniej wrażliwych jest właściwie bezwonna. Jednak spektakularne kwitnienie wynagradza tę niby bezwonność.

    OdpowiedzUsuń