środa, 15 listopada 2023

Trogir - dalmatyńsko - weneckie urokliwości

Do Trogiru postanowiłyśmy urządzić sobie wycieczkę ze Splitu, bowiem mła się naczytała o Trogirze jako miniaturze Splitu. Niestety mła nigdzie nie przeczytała że Trogir przed sezonem rozryty jak jej miasto Ódź i że w związku ze związkiem część atrakcji zamknięta na głucho. Mła jednakże nie  żałuje że się do Trogiru wybrałyśmy bo i to co udało nam się oblookać warte było zobaczenia. Troszki historii na początek. Trogir zaczął się czasach prehistorycznych, znaczy w tym rejonie znajdowano ślady  bardzo wczesnego osadnictwa. Nie dziwota bo miejsce sprzyjające zasiedlaniu. Grecy około  III wieku p.n.e. założyli na niewielkiej wysepce osadę nazywaną Tragurion. Nazwę tę przetłumaczyć można jako Kozia Wieś. Cóś z tymi kozami musiało być na poważnie bo i dziś kole miasta wznosi wzgórze zwane  górą Kozjak. Grecki Traugurion stał się z czasem rzymski, potem był już jako Trau węgierski następnie jako Traù był wenecki, króciutko francuski, habsburski czyli austriacki i austro - węgierski, potem Trogir  był chorwacki, jugosłowiański i chorwacki, uff. Działo się.

Przez 2300 lat swego istnienia Trogir był wielokrotnie zdobywany i wiele nacji odcisnęło na nim swój wpływ ale dla mła najwięcej w tym południowo słowiańskiego i weneckiego.  Mła  nazywa ów odcisk  złożony z tych dwóch głównych komponentów i  pomniejszości, stylem dalmacko - weneckim, który  zresztą na Dalmacji się nie kończy, bo i dla Montenegro, znanego od XV wieku także jako Czarnogóra, jest stylem reprezentatywnym.  Polacy najczęściej określają tę mieszankę nazwą "Bałkany", jakby wszystko co wybudowano na Półwyspie Bałkańskim było w  stylu dalmacko - weneckim. Zwiedzałyśmy Stare Miasto, wpisane w roku 1997 na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury i Przyrody UNESCO, położone na płaskiej jak stolnica wysepce.  Przechodzi się niewielki mostek nad fosą oddzielającą ląd od wysepki i już się jest w starym Trogirze.

Za mostem Brama Północna, zwana Lądową, wzniesiona  w XVII wieku w stylu renesansowym. Oczywiście to renesans  dalmacko - wenecki. W przeszłości do miasta wiódł zwodzony most, no ale dziś insze czasy, dziś chyba by numer ze zwodzonym jako jedynym od strony lądu mostem nie przeszedł. Nad bramą XV wieczna figura błogosławionego Jan Ursiniego z Trogiru, człowieka zgody i przeciwnika wszelkich ekscesów i fanatyzmów, żyjącego w latach 1062 - 1111.  Od strony morza  w starym Trogirze znajduje się jeszcze jedna  brama, XVI wieczna Brama Południowa, zwana Morską, której autorstwo przypisuje się wybitnemu artyście Tripunowi Bokanićowi.  Brama wbudowana  jest  w XIII wieczne mury miejskie, tuż przy  dwóch bocznych wieżach zbudowanych w XIII wieku. Przy bramie, po prawej stronie zbudowano  małą loggię, która miała stanowić schronienie przed słońcem, wiatrem i deszczem dla spóźnionych podróżnych, którzy nie załapali się na czas wejścia do miasta.

Stary Trogir nie powstał cały w jednym czasie, mamy w nim  mieszankę stylów: romańskiego, gotyku, renesansu i baroku. Oczywiście są to wersje stylistyczne charakterystyczne dla tego konkretnego miejsca. Układ urbanistyczny powstał po roku 1123, kiedy to miasto zostało zniszczone przez Saracenów. Na ile obecny układ miasta odzwierciedla ten sprzed  saraceńskiej znisty mła nie wie, jedyne co może na jego temat napisać to jest to że uchodzi  za  najlepiej zachowany romańsko - gotycki  układ miasta w Europie Środkowo - Południowej. Labirynt wąskich uliczek przeuroczych i klimatycznych. Chciałyśmy nimi podreptać na słynny główny plac  miasta, który już za czasów rzymskich odgrywał rolę forum. Wicie rozumicie  przy placu loggia miejska  zbudowana w XIV wieku, w XV wieku przebudowana na renesansową modłę a w niej z renesansowe płaskorzeźby, posągi, ornamenty, w tym płaskorzeźby przedstawiające  Jana biskupa Trogiru, świętego Wawrzyńca i alegorię Sprawiedliwości z wagą ( loggia pełniła niegdyś także funkcję sądu ).

Ponoć w tej loggii, tak jak w Westybulu Pałacu Dioklecjana w Splicie, można czasem posłuchać śpiewających a cappella męskich chórków. Przy  loggii wznosi się wieża zegarowa, która do XV wieku była częścią kościoła pod wezwaniem świętego  Sebastiana. We wschodniej części placu znajduje się zbudowany w XV wieku ratusz, który  w przeszłości był Pałacem Rektorów.  Przy placu  znajduje się też najważniejszy zabytek miasta, czyli katedra świętego  Wawrzyńca ( po chorwacku Wawrzyniec to  Lovre ). Katedra została zbudowana   na fundamentach wczesnochrześcijańskiego kościoła, który podobnie jak reszta miasta uległ zniszczeniu podczas najazdu  Saracenów w 1123 roku . Odbudowa świątyni rozpoczęła się w 1213 roku, a zakończyła w roku 1589, zatem budynek zawiera elementy późnoromańskie, gotyckie i renesansowe.


W katedrze największe wrażenie robi późnoromański portal z 1240 roku znany jako Portal Radovana, od imienia mistrza, który go wyrzeźbił. Z postaciami Adama i Ewy strzegącymi razem z lwami wejścia do świątyni jest pewna zagwozdka, hym... prarodzice mają pępki. W katedrze  za najlepszość uchodzi kaplica błogosławionego Jana z Trogiru, którą uważa się za jeden z najpiękniejszych zabytków renesansu  dalmacko - weneckiego. Powstała w  XV wieku, wcale nie troszki zmałpowano ze Świątyni Jowisza w Pałacu Dioklecjana w Splicie, starożytność pod bokiem to było z czego odgapiać. Po raz pierwszy od czasów antycznych  sklepienie kaplicy zbudowano bez użycia przęseł i podpór. Jest naprawdę bardzo antycznie bo to sklepienie kaplicy pokrywają kasetony z motywem anielskich łebków. Mła niestety kaplicy nie widziała, na dzwonnicę katedry w Trogirze nie wlazła, wieży zegarowej z kopulastym dachem i loggii nie sfociła, bo jakieś płachty, bo stado robotników z rułami i wogle . Dzwonnicy wybudowanej w 1400 roku w stylu gotyku dalmacko weneckiego, z elementami wczesnobarokowymi z roku 1598 tyż nie sfociła z bliska, ale na fotce obok macie dzwonnicę foconą z daleka. W malutkim starym Trogirze jest w sumie zdawa się 15 kościołów, niekiedy stareńkich mocno. Obok wypasionej katedry malutki kościół Jana Chrzciciela z grobami rodziny Ćipiko zbudowany w 1270 roku.

 Kościół świętego Sebastiana ufundowany po epidemii dżumy, taki cóś bardziej renesansowy, kościół świętego Piotra, niegdyś kościół klasztoru benedyktynek, założonego wg. tradycji przez królową Marię, żonę króla Beli IV, w roku 1242.  Nad portalem rzeźba świętego Piotra dłuta Niccola Fiorentino. Dawny kościół świętego Franciszka, który około roku 1260 trogirski patrycjusz Nikola Albertinov ofiarował dominikańskiemu klasztorowi św. Katarzyny Aleksandryjskiej w Splicie, został przemianowany na kościół świętego Dominika. W drugiej połowie XIV wieku budynek kościoła rozbudowano a w 1372 roku dodano z zachodniej strony nową fasadę. Teraz to tzw. punkt  łobowiązkowy na mapie zwiedzania, tym bardziej  że leży przy Rivie. Po kościele świętego Michała ostała się tylko XVI wieczna dzwonnica, klasztor i należący do niego kościół zniknęły podczas bombardowania w 1944 roku. Kościół świętego Mikołaja stoi na miejscu na którym kiedyś stał  kościół świętego Dujama. Święty Mikołaj słynie z wieży, ufundowanej w XVI wieku przez Milicę Ćipiko, która to wieża jest ozdobiona przez wspomnianego już Tripuna Bokanića z wyspy Brač. XVII wieczny kościół Naszej Pani z Góry Karmel, do którego dojście było cudem samym w sobie, późnorenesansowy i bardzo hym... "trogirski" kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych. Mła chyba te najważniejsze świątynie  wymieniła, jak cóś zapomniała to trudno.

 

Oprócz kościołów  turyści namiętnie oglądają pałace. W mieście sporo się zachowało. Pałace rodziny  Ćipiko ( duży  i mały, choć  mła nie orientuje się już który jest który bo  od ilości Ćipikowych budynków w głowie się kręci, większość z nich zbudowano w  XIII wieku, często gęsto wykorzystując antyczne pozostałości,  a swój obecny kształt  ten kompleks zyskał w 1457 roku ), pałac Stafileo i pałac Garagnin-Fanfogna mieszczący w sobie dziś Muzeum Miejskie. Ten ostatni pałac można zatem oglądać nie tylko z zewnątrz, jak pozostałe. Nazwa budynku pochodzi z wieku XVIII, pałac należał wówczas do miejscowej rodziny arystokratycznej Garagnin pochodzącej z Wenecji. To Fanfogna przyszło w wieku XIX, kiedy Garagninowie skoligacili się z patrycjuszowską rodziną Fanfogna z Zadaru. Pałac ma historię znacznie starszą niż oba rody, w jego murach zachowały się fragmenty z czasów romańskich, a na parterze odnaleziono nawet ślady grecko - rzymskiego budowania. Jest jeszcze Pałac Miejski vel Książęcy i taki jakby pałacowy fragment zwany Wieżą Vitturi, oczywiście nazwa utworzona od nazwiska rodziny do której należał budynek. Łażąc po wąskich uliczkach  co i raz można się natknąć na weneckie okna, ślady starej kamieniarki, ozdobne nadproża z  herbami, mła odniosła wrażenie że tzw. lepszych domów musiało być niegdyś w Trogirze o wiele więcej. Wychodząc ze starego miasta na Rivę i leząc w kierunku zachodnim dotarłyśmy do  twierdzy Kamerlengo i wieży świętego Marka. Twierdzę, zaplanowaną na nieregularnym kształcie trapezu,  z czterema potężnymi basztami, zbudowali w XV wieku  Wenecjanie. Niegdyś  była częścią fortyfikacji miejskich i służyła obronie miasta przed Turkami. Przez pewien czas mieścił się w niej pałac weneckiego gubernatora, a obecnie to co z niego zostało, znaczy ilości śladowe, zwiedza się włażąc na blanki i wogle. Mła przyznawa że starannie sobie z Mamelonem odpuściłyśmy.  Zadowoliłyśmy się oblookaniem  wieży świętego Marka, stojącej samotnie w pewnej odległości od twierdzy. Mury łączące niegdyś  twierdzę i wieżę przestały istnieć dawno temu.

Mła się przyznawa że z uliczek starówki  wylazłyśmy żeby troszki odpocząć. Nie że zwykły turystyczny  hałas, czy klaustrofobia, bo niektóre z onych uliczek wąziutkie bardzo. Nic z tych rzeczy, zderzyłyśmy się po prostu z potężnym remontem - zdjęta nawierzchnia, wykopy, zwielokrotnione chyba  przez odbicie od murów dźwięki wydawane przez maszyny i wszechobecne błotko, za powstaniem którego stała tzw. dynamiczna pogoda, znaczy czasem słońce, czasem deszcz.  A my w tym wszystkim  jeszcze z własnymi, cudem zachowanymi zębami, rapetkami wielokrotnie skręcanymi, tyłkami, które zniosły niejedno cinżkie obtłuczenie wypadkowe. No dobra, uciekłyśmy z miasta bo łeb urywało i trza było od stresu odpocząć. Oblazłyśmy wysepkę, znalazłyśmy w miłym miejscu ławkę, delektowałyśmy się widokiem i postanowiłyśmy że obiadek zjemy z dala od hałasu a do miasta wrócimy, kiedy to remontowi udadzą się na obiadek.

Plan zrealizowałyśmy, do miasta wróciłyśmy dopiero po mulach na buzaru i dość długiej wizycie na bazarku ( z miasta nadal dochodził odgłos pracujących maszyn ).  Przy okazji bazarkowej wizyty odkryłyśmy że znajomość języka polskiego wśród sprzedających jest powszechna i że trza się nam w język gryźć i nie komentować w  ojczystej mowie wszystkiego co widzimy. Bezczelnie przyznawam że uwielbiam korzystać z tego że polska język bardzo trudna jest i innostrańcy kulą się w sobie na sam dźwięk naszej gwary. Na bieżąco z Mamelonem dzielimy się wrażeniami, przy minimalnym ryzyku obrażenia czyichś uczuć. No ale wicie rozumicie, jak któś po polsku cóś kuma to problematycznie się robi, bo co inszego stwierdzenie - Wow, ta kamieniarka jest ajebista!, a co inszego luźniutko rzucone - Jak się ma taką oponę na bencolu to się nie powinno wciskać w taką kiecę! Swoboda swobodą ale po co komu przykrość sprawiać. Ciągle mam nadzieję że hym... Sucha przed sklepem nas jednak nie zrozumiała, bo trajkoczemy półgłosem  jak karabiny maszynowe z tłumikiem.

W miasto ponownie wbiłyśmy się kiedy ucichły maszyny ( niestety  jak się okazało  tylko na trochę ). W nieco spokojniejszych okolicznościach, z dala od głównych atrakcji, posnułyśmy się wąziutkimi uliczkami, co i raz dopatrując się jakiejś na wpół ukrytej urodności którą mieszkańcy Trogiru odziedziczyli po przodkach. Miło było też pogapić się na miniogródki doniczkowe przy zamieszkanych domach, odniosłam wrażenie że starówka nie jest zamieszkana wyłącznie przez turystów. Za atrakcję dodatkową robiły małe sklepiki, w których nie było zbyt wiele chińszczyzny. To było prawdziwe leniwe i sjestowo - południowe popołudnie. Pełni szczęścia dopełnił widok grubych  kotów wylegujących się na ławkach, parapetach i w doniczkach. Mła sobie pomyślała że mogłybyśmy tu jeszcze kiedyś wrócić, po tym remoncie, żeby bezstresowo się pokręcić.

poniedziałek, 13 listopada 2023

Cóś jakby na kształt recenzji

Ponieważ mła była strasznie zdołowana po bardzo złych kocich wieściach od Dorki i Kocurrka, mła na chama w ubiegły poniedziałek szukała zajęcia bo czarne myśli  mła nie służyły, zwłaszcza przed zabiegami Szpagetki i Cio Mary, które  odbyły się w minionym tygodniu. Mła wyszukała  że w kinie jest cóś jak  "tani poniedziałek" i mła polazła na tych "Chłopów", bo zwiastun mła zaintrygował, no i mła podobał się "Twój Vincent" tych samych twórców co teraz się za "Chłopów" wzięli. Ciekawa mła była  bo skrajnie różne opinie o tym filmie wyczytywała, wysłuchiwała i wyoglądała.

Dobra, zacznijmy od tego że mła nie podchodzi na kolanach do prozy Reymonta jako do szczytu realizmu, to że Reymont  po raz pierwszy w literaturze  polskiej przedstawił  wieś jako odrębną formację kulturową nie oznacza że mła pierwsią własną będzie bronić poglądu że on taki realista, jakim  go widzi duża część ludzi zajmujących się zawodowo przekazywaniem wiedzy  o polskiej literaturze. Reymont był  dzieckiem swoich czasów, stworzył takie symboliczne "wszechchłopskie" Lipce, których korzonki sięgały  Lipiec właściwych, do Lipców były te powieściowe Lipce niby  podobne ale nie były prawdziwymi Lipcami. Mła to bardzo, bardzo podkreśla, bo uczniom od pokoleń  wciskano do głów że to powieść "naturalistyczna", za to cóś słabiej co rozumiano pod  pojęciem realizmu i naturalizmu w czasach Reymonta.  Dla mła  w warstwie językowej jest to przede wszystkim powieść młodopolska, zaś w warstwie  fabularnej... hym, to zdanie mła, nie krytyków literackich - powieść  pisał były aktor i to widać. Ustawił ją jak dramat i to klasyczny, wszystkie główne postacie to pewne archetypy. Jeżeli cóś tu realistyczne jak to dziś rozumiemy, to wszystko raczej dotyczy światka postaci drugoplanowych. Tam najwięcej realizmu i mła zaraz doda że to nie realizm dominuje w tej powieści.  O wiele  bliżej realnych Lipiec był serial Jana Rybkowskiego, znakomity, który dla wielu z nas jest tymi, jakby to ładnie ująć, "Chłopami" właściwymi. Młodopolskie opisy przyrody zastąpiono obrazem, postacie pierwszoplanowe zeszły z koturnów, zdjęły maski i przestały poddawać się przeznaczeniu, chór z wiejska komentujący dramat się rozsypał, wieś została ludzka i swojska. Serial fabularnie był z powieścią sklejony ale hym... sorry, to była całkiem inna opowieść. Mła rozumie że po wersji Rybkowskiego ciężko jest wrócić do "Chłopów" Reymonta, a z takim powrotem właśnie mamy do czynienia w przypadku nowej wersji. Przesunięcie akcentu, nie mamy tu jako dominującej warstwy realistycznej  "Chłopów", twórcy tego filmu świadomie olali realizm, zarówno w warstwie wizualnej jak i muzycznej. Wolno było kreować symboliczne Lipce Reymontowi, to i oni sobie wykreowali, fabularnie za wiele od Reymonta nie odchodząc. Te Lipce mogą się podobać albo nie podobać, mła ma  stosunek, no... tego,  przerywany. 

Warstwa wizualna jest w  wypadku nowej  filmowej wersji "Chłopów" tematem dla mła śliskim. "Twój Vincent" został wykreowany tak jak malował van Gogh, namalowana wersja świata jednego twórcy. Było to bardzo spójne i... piękne. W przypadku "Chłopów" jest miejscami  piękne, z rzadka. Przynajmniej dla mła. Mła rozumie z czego  to wynika, mła nie przeniosła się do świata jednego malarza, mła zaserwowano obrazki zerżnięte z obrazów. No niestety mła nie jest w stanie łyknąć wariacji na temat polskiego malarstwa  XIX wiecznego, tym bardziej że mła ma wyryte w mózgu do jakiego stopnia ono było  niejednorodne stylistycznie. Kiedy mła widzi nawiązanie do "Babiego lata"  Józefa Chełmońskiego z roku 1875, "Kuropatw na śniegu"  z roku 1891 autorstwa tego samego malarza, to już ma lekki problem bo mła wie że się Chełmoński wziął i rozwinął ale tu jakby cóś mało Chełmońskiego w obydwu Chełmońskich. "Czesząca się" Władysława Ślewińskiego z roku 1897, powstała  pod wpływem malarstwa przyjaciela Władysława, Paula Gaguina, to malarsko zupełnie inna bajka, odległa od Chełmońskiego. No słabo przystająca. Mła widzi zbiór motywów zaczerpniętych z malarstwa XIX wiecznego,  malowanych płasko, za to bardzo "barwnie", poczworek się u mła z tego w mózgu  robi,  bo mła się przenosi do świata wykreowanego przez hym... epigonów malujących w jednej manierze, inspirujących się motywami z obrazów  twórców, których prace są w rzeczywistości bardzo od siebie odrębne. Szczerze pisząc to mła w połowie filmu ta zastosowana maniera zaczęła wkurzać, bo w żadne światy ją nie przenosiła, za to spłaszczała paskudnie motywy z pierwowzorów. Najbardziej przemawiały do mła te kadry, w których mła nie mogła się dopatrzyć żadnych inspiracji XIX wiecznym malowaniem. Inni mogą odbierać tę warstwę wizualną inaczej, wicie rozumicie, mła  ma tzw. wykształcenie kierunkowe i czasem drażliwość u niej w związku z tym występuje.

Cepeliada? No nie, Cepelia to jednak konkret. Zespół  Mazowsze może śpiewać i tańczyć góralskie kawałki, ale w kierpcach cóś cinżko mazura tańczyć. Scenograficznie, kostiumowo to jest nawiązanie do wiejskości, nie ma to nic wspólnego z tą ludowością konkretną. Tu wszystko jest umowne, pasiaki, korale, wycinanki, żaden etnograf tego do czegoś konkretnego nie przypisze. Może od biedy sukmany. Podobnie jest z muzyką, tzw. śpiew biały nie jest  charakterystyczny tylko dla ludowej muzyki polskiej, w przypadku ścieżki dźwiękowej  filmu zdawa się poszli  w tym kierunku że jak biało śpiewajo to nie  za bardzo ważne co. No eklektycznie jest, miejscami dość mocno. Rozumiem że to może drażnić, ale te Lipce filmowe to nie wiadomo gdzie leżą. Sądząc po obrazach, z których ściągnięto motywy to gdzieś tak między Ukrainą, Mazowszem i Paryżem. Zdaniem mła ta ścieżka jest cóś mało rodzima, właśnie dlatego że akcja tej wersji  "Chłopów" dzieje się nigdzie. Źle, ona się dzieje we wschodnioeuropejskiej wsi, każdej.  Czy mła muzyka przeszkadza? Mogło być gorzej ale z zachwytu mła nie padła. Miejscami ścieżka jest dobra, są fajne kawałki, miejscami ścieżka taka se, generalnie to  jest pop inspirowany folkiem, nierówny. Czy będzie zrozumiała dla "12 letniego Murzyna analfabety" ( przeciętnego odbiorcy produktów kinematografii w Stanach, zdaniem mało poprawnie politycznego w tym wypadku  Daniela Passenta )? Śmiem wątpić, może dlatego że afrocentryzm i streamingi ( pojęcia z którymi Passent miał małą styczność ) tak tam pozmieniały że wstyd ciemnoskórym 12 latkom oglądać "białe" filmy. Mła podejrzewa że ta ścieżka dźwiękowa może robić za wzór europejskiego wyrafinowania i egzotyczność, tak, tak. Wicie rozumicie, w tej Europie majo cóś jak muzykę bluegrass. Czy z tego będzie komercyjny sukces? Przypuszczam że wątpię. No dobra, podsumowując scenografię, kostiumy i muzę mła bezczelnie stwierdza że odrealnienie, odkonkretyzowanie posunięte jest tak dalece że Lipce mogą być wszędzie, zostaje fabuła czyli opowieść stara jak świat o młódce co nie chciała iść za bogatego starca. Gdyby namalowali śródziemnomorskie krajobrazy i dali podkład z Gipsy King, tarantelli i Gorana Bregovića to przy niewielu zmianach scenariuszowych byłaby to rzecz dziejąca się w jakiejś wiosce na południu Europy.

Aktorsko jest bardzo różnie. Szczerze pisząc to mła się coś nie wczuła w tragedię trójkąta. Jakby to ująć, jak dla mła to za mało drapieżnie, na małą społeczność było cóś za gładko. No i troszki łopatologicznie rozegrane,  wicie rozumicie, malowany ptak i stado wróbli ale ten ptok odmieniony to akurat kanarek na wróbla malowany w stadzie wróbli  a nie odwrotnie. To przez Jagusię bo ta Jagusia słaby ogienek pod kiecą miała, mła chciała wierzyć że chłopstwo leciało do niej jak pszczoły do miodu ale cóś nie mogła. Prędzej by uwierzyła że chłopstwo miało ochotę poznać się bliżej z Wójtową.  Jakoś tak ta Jagusia nie pasiła mła na wsiową femme fatale. Wycinaneczki sobie dziewczę o dobrym serduszku cięło, na chłopa cielęcym wzrokiem spoglądało a temperamentne słabo było. Zapodanie aktorskie zrobiło z Jagusi wsiowego matoła a nie  duszę nie mieszczącą się w wiejskich konwenansach. Szkoda, na szczęście  niektórzy aktorzy ze swoich ról wycisnęli co się da, vide Dorota Stalińska w roli Jagustynki. Jeden dialog na temat pany zabiorą i ustawiła całą akcję z bitwą. W ogóle tu baby są najlepiej zagrane, Ewa Kasprzyk  jako Dominikowa czy Sonia Bohosiewicz jako Wójtowa. Z męskich ról Mirosław Baka udźwignął  Borynę. Reszta panów tak se zapamiętywalna.

Czy na ten film warto iść? Hym... jak  kto liczy że temperatura trailera się utrzyma to lepiej nie, jeżeli nie liczy a chce sobie na coolorowo spędzić jakiś czas to czemu nie. To nie jest film zły, ale bardzo dobry też nie jest. Dla mła to jest taki film letni, szczerze pisząc to nie wiem  o co te spory, wydawa mła że może  o zamach na rodzimość, do  której obrony z racji "najpolstszego" pierwowzoru literackiego się poczuwamy. Choć przeca twórcy nie postawili na warstwę realistyczną powieści Reymonta, więc te zarzuty o cepeliadę to tak ni w kij ni w oko. Ma  ten  film prawo się podobać i nawet z czasem być kultowym, jak wiele  filmów dozwolonych do lat dwudziestu, he, he, he, ale mła jest stara rura. Obejrzała i zapomni. Dalej sobie będzie wzdychać do "Twojego Vincenta" bo kadry z tego filmu zostały w niej na długo, o "Chłopach" mła już nie pamięta. No dobra, dzisiejszy wpis ozdabiają obrazy Ferdynanda Ruszczyca, a to po temu że mła się wydawa że styl jego malowania był tym którego twórcy animacji postanowili użyć. Ruszczycem znaczy malowali. W Muzyczniku cóś w stylu onych filmowych "Chłopów" z 2023 roku. Ojla, ojla, dana, dana.

sobota, 11 listopada 2023

Codziennik - tydzień że uff!

Mła w tygodniu miała  ciężko, ale jeszcze w poniedziałek polazła na tych "Chłopów" ( cóś na kształt recenzji będzie w osobnym wpisie ). Później już było totalne zakręcenie - Gienia z grypą a mła z  wyprowadzaniem Rukiego, Szpagetka z zębami a mła ze szpitalikiem domowym, Cio  Mary z zębami a mła z asystą i takim mniejszym szpitalikiem domowym. Jakby było mało to mła  mentalnie oberwała, nie dość że Dorkowy Rysiu, bohater blogiego, odszedł był niespodziewanie w zeszłym miesiącu, to teraz,  jeszcze bardziej niespodziewanie odeszła u Kocurrka mała Vendzianka. Ech... mła drżała o Szpagetkę, po tych wszystkich okropnych wieściach. Na szczęście Szpagetka zabieg zniosła, niestety nie ma zębów. Mam bezzębną kotkę no i git. Grunt że ma ochotę na jedzenie pasztecików, to jest dla mła istotne. Dziąsełka leczymy w związku z czym Szpagetka jest wściekła i  jest wyżywanie się na mła. Mła stara się znosić z godnością te burczenia, drapania, prychanie i odwracanie się do mła tyłkiem. Milsza ta moja zołza się robi jedynie w porach karmienia, podżera po czym myka. Dobrze,  bo dwa dni po zabiegu praktycznie przespała a teraz razem z Mrutim po ogrodzie rifififi. Cio Mary nadspodziewanie dobrze zniosła wiercenia w szczęce, może będzie OK, tfu, tfu, tfu! Mła jeszcze tak całkiem nie oddycha ale  mam wrażenie że co najcięższe już się przewaliło. Jutro mła napisze wincyj i odpowie na komentarze pod poprzednim  wpisem, teraz  już pada na twarz. Dziś  w fotkach tysiąc i jedna  mina Szpagetki  a w Muzyczniku "Czicziribina" ( Czicziribina to najnowsza ksywa Szpagi, no wiecie  - Czicziribina czarna kocina ).

sobota, 4 listopada 2023

Rozglądam się!

Mła się rozejrzała po naszej krainie coby się rozeznać na czym stoimy.  Hym... wyszło mła że leżymy i mła wcale nie pociesza że inni tyż leżą. Wygląda to tak; w przyszłym  roku czekają nas podwyżki! Gigantyczne! Pójdzie w górę gaz, pójdzie w górę prund, pójdzie w górę cena paliwa.  Ponoć nie będzie to jednak  słynna wina Tuska, najczęściej słyszany slogan tegorocznej kampami wyborczej, będzie to wina Dudy Anżeja, który uprawia zdziwne gierki w nadziei że cóś tam ocali i nie chodzi tu  tylko o politykę, ale przede wszystkim o powszechne umoczenie PISdowatych w różne zdziwne interesy i pralnie kasy. Ludziowie gadają że stąd te gry na czas, w nadziei że Polaków wkarw ogarnie, kiedy  osłon socjalnych nie będzie, bo nikt  ich nie zdąży uchwalić i może jakie nowe wybory będą czy cóś.  No nawywijało się! Głupie to by było, bo jak nie ma chleba to w zamian są igrzyska, ale PISdowate mogą mieć takie durne pomysła. Na razie mła głowo kiwa jak jej bardziej upolitycznione prawio i tak sobie myśli że jak jej przyjdzie przelewać  większe kwoty za rachunki to myślenie  czyja to wina nie będzie jej tak zajmowało jak kwestia skąd brać  kasę. Mła stara się jednakże wykrzesać z się troszki optymizmu i udaje sama przed sobą że przyszłoroczne podwyżki szlag trafi bo jaki Deus ex machina się objawi. Hym... tylko że to nie jest wcale optymistyczne. Taa...

Ponieważ rozglądanie po krainie robi się dla mła nieco dołujące to mła się rozgląda po najbliższości swojej. A najbliższość mła wymaga uporządkowania, hym... okna wypadałoby  umyć, podłogi doszorować, zrobić przegląd nienoszonego i pozbyć się ciuchów. No i wyprać zasłony, że o pościeli tylko napomknę. Roboty sporo a we mła leń dobrze rozwinięty, byczący się i za nic mający samonawoływanie się mła do roboty. Wewnętrzny leń  mła ćwierka - Nie rusz, oszczędzaj siły, kto wie czy w  przyszłym roku w pocie niskiego czółka warzyw na działce Cio Mary nie będziesz musiała uprawiać i pietruszką z koperkiem handlować? Perspektywa bliska zważywszy na rachunek za kominiarza, który teraz obejmuje takie pozycje jak konieczność zapłacenia za podanie grubości pokrywy dachowej. Hym... mła publicznie oświadcza że zagłosuje w eurowyborach na każdego kto kopnie w tyłek tę skorumpowaną do cna bandę od zielonego nieładu, elektrycznych samochodów o ksywie Ogienek, paneli fotowoltaicznych  z których utylizacją będą takie jaja, że wywóz papy to przy tym prycho. Pamiętajcie że kontrole  kominiarskie łobowiązkowe, przynajmniej w budownictwie wielomieszkaniowym i cieszcie się ze zwyżki czynszów.

No nic, nie plujmy się. Oddech, spokój  i do domowizny. Strasznie pesymistycznie nastawiony jest ten młowy leń. Właściwie to defetysta. Mła cinżko się z nim żyje i chce się gada pozbyć ale jest problem - zalęgnięty leń uporczywie nie chce się wynieść. Dobrze  reaguje tylko na próby ogrodowania, mła do ogrodu a leń od razu że on mła opuszcza. Tylko że jak pada to z ogrodu nici a leń w domowych pieleszach wręcz kwitnie. No nie jest mła z nim łatwo. Z drugiej strony leń we mła sprawia że mła spędza czas dość przyjemnie, a to sobie zdjęcia poogląda z wywczasów, a to poczyta lektury, co to je kiedyś już czytała, a to film oblooka w  którym nie ma ani jednego superbohatera. Hym... mła kombinuje żeby w którąś z kolejnych tzw. tanich  śród udać się do kina, coby obejrzeć nową animację na dużym ekranie. "Twój Vincent" mła się podobał, może i "Chłopi" będą w moim guście. Tym bardziej że Klub Jagieloński przypitulił z tej okazji że Reymont wielkim pisarzem był a ten film to tylko na motywach. Trudno żeby nie był, zważywszy na 700 stron powieści. No i że to Cepeliada. Hym... jakby to miał być film o prawdziwej wsi z czasów Reymonta, to trza by z filmu  było wywalić sporo z reymontowskiego spojrzenia na wieś, bo ten realizm to tak do końca nie był realny, choć długo nas przekonywano że  sama prawda. Mła  czytała "Chłopów" w całości, a potem miała kontakt  z etnografią w historycznym ujęciu - no Reymont artystą był. Reymonta, jego kreację,  mocno uszanowali  w serialu TVP, bardzo dobrym zresztą zdaniem mła. Film kinowy inna bajka i mła polezie, bo ostatni film który się mła podobał Klub Jagieloński tyż zjechał. Jak jeszcze zjedzie Wybiórcza to na pewno mła będzie seansem usatysfakcjonowana.Na razie mła posłuchała troszki ścieżki dźwiękowej, przyjemna.