poniedziałek, 23 grudnia 2013

Prawie świątecznie!

Już niedługo, już za "minutkę" będą święta. Nasze tradycyjnie religijnie powierzchowne, mocno rodzinno magiczne. Przynajmniej u większości z nas. Obrzędów "przywigilijnych" co niemiara, co dziesiąty ma jakieś tam uzasadnienie "pseudoteologiczne", reszta to niczym nieokryta polska tradycja wywodząca się z dawnych prasłowiańskich "obchodzeń". Od stu lat z lekkim hakiem mamy importowaną germańską choinkę ( O Tannenbaum, tralalala ), która swoją światową karierę w roli symbolu Bożego Narodzenia zawdzięcza sentymentom księcia Alberta, męża królowej Wiktorii. Za jego sprawką znalazła miejsce na brytyjskim dworze a potem to już poszło.
Na południu Europy bronią się jeszcze szopkarze ale choinka w wersji plastikowej i tam atakuje niczym Wunderwaffe. Nasze pająki u powały, snopki zboża w rogu izby poszły w niepamięć, dekoracyjnie leżymy ale za to jak nikt chyba w Europie przywiązujemy wagę do tego co się w święta spożywa. Zacznijmy od tego że najważniejszy dzień świąt to w zasadzie jest jeszcze przed świętami - to Wigilia jest dla Polaków esencją i creme de la creme świąt Bożego Narodzenia.

Magiczna wieczerza z dwunastoma potrawami ( na cześć dwunastu apostołów ) i z dodatkowym talerzem dla niespodziewanego gościa. Post pełen obżarstwa, pięknie skontrapunktowany wzgardzonym okrytym chwałą, krzepnącym ogniem i blaskiem ciemniejącym "królowej kolęd". Zaczynamy od opłatka, którego tradycję dzielimy z prawosławnymi braćmi w wierze. U nich jest to co prawda bocheneczek zwany z grecka prosfora ale nasza tradycja twierdzi że opłatek to sprasowany chlebek przaśny, który mieścił się w listach wysyłanych zesłańcom na Sybir ( z tego wynika że tylko tzw. kongresówka ma prawo pochłaniać opłatek, mieszkańcy dawnych zaborów pruskiego i austriackiego to tak trochę "bez upoważnienia" ten opłatek dzielą , no chyba że z solidarności ). Po tym wstępie rodem z prawosławia zaczyna się magia potraw. Polska wieczerza wigilijna ma paruset letnią tradycję kulinarną. Bywało obficiej, bywało biedniej ale zawsze trzy podstawowe składniki można było na stole zobaczyć. Po pierwsze grzyby. Grzyby jak wiadomo są bardzo magiczne, niektóre to tak że ho, ho, ho. U nas używało się raczej tych z mniejszymi właściwościami sprowadzania cudownych wizji. Były dostępne dla każdego, wystarczyło wejść do lasu. Strawa boża, nikt jej nie siał a wyrastała. Co prawda były lekkie podejrzenia że Wielki Leśny to miał z grzybami coś mało wspólnego, to raczej ci z dołu byli za nie odpowiedzialni. Przy niektórych grzybach majstrowała ciemna siła, rosły w czarcich kręgach. Dlatego najlepiej zbierać grzyba najmniej takimi konszachtami z podziemiem skalanego - borowika, prawdziwkiem zwanego. Zasuszony, zdwajał siłę rażenia aromatem i jak najbardziej pasował do postnej Wigilii ( grzybki i korzonki pustelnicze ). Jak się dało to do suszu grzybkowego dodawano i inne susze, z pól czy sadów. Suszenie to najstarszy sposób przechowywania żywności, nasze sięganie wigilijne do potraw z suszu ( grzybki, owoce ) to sięganie w zamierzchłą kulinarno - obrzędową przeszłość. Ziarna lub kasza ewentualnie groch to kolejny obowiązkowy punkt programu dawnej Wigilii. Dziś z tego została pszenica w kutii, jagiełki jadane w celu zapewnienia w przyszłym roku bogactwa i groch, teraz najczęściej mieszany z kapustą. Spożywanie ziarna niezmielonego na mąkę miało z jednej strony znaczenie podkreślające "postność" spożywanej potrawy ( znowu pustelnicza prostota ) a z drugiej strony poruszało pokłady zatwardziałego pogaństwa - życiodajna moc ziaren spożywanych w najkrótszych dniach roku miała w cudowny sposób zabezpieczać spożywających przed wszelkim złem i dawała nadzieję na przeżycie zimy ( jeszcze sto lat temu na wsiach przeżycie zimy nie było prostą sprawą ). A potem to już był totalny odjazd czyli mak. Najlepiej jak występował w towarzystwie miodu. Łączył wszystko to co wiązało się z "ziarnianymi" sprawami + dawał świąteczną atmosferę ( kto jadł świeży mak lekarski bez genetyki i paprań ten wie o czym piszę ). Olej, może nie aż tak ważny jak miód i nie tak bezwzględnie konieczny jak trzy podstawowe składniki wigilijne, nie tylko towarzyszył potrawom w roli tzw. okrasy - sam był uznawany za potrawę ( ciekawe, któremu z apostołów przyszło sobą firmować olej ). Kapusta, śledź, ryba to wszystko troszkę późniejsze sprawy i nie na każdym stole obecne.
W dzisiejszych czasach Wigilia z dużym trudem broni resztek dawnej prostoty. Odkryliśmy genialne połączenie grzybów z kiszoną kapustą, zostaliśmy pierogarzami i uszkologami ( znów Wschód nam się kłania ), śledzie jemy niemal jak Skandynawowie, Ba, wymyśliliśmy nawet taką rybę po grecku jakiej w Grecji nigdy nie jadali! Nasza miłość do karpiny popycha nas do okrucieństw, coś słabo licujących z wigilijnym duchem. Biedne karpie pożerane są tonami przygotowane na wszelkie możliwe sposoby, jakby poza nimi nie istniały inne ryby. Do dziś nie wiadomo kto kogo zaraził karpizmem - Polacy Żydów czy Żydzi Polaków, faktem jednak jest niezbitym że te dwie nacje uczyniły z tej tłustej, nienajciekawszej smakowo ryby świąteczne danie. Słodkie wypieki, makowce, pierniki, keksy i serniki to w ogóle rozbuchana nowoczesność i znak zamożności. Święta kulinarnie nie sięgają w tak odległe, zamierzchłe rejony naszej przeszłości. Ot, niemiecka gąska, przywleczony z za mórz przez Anglików indyk, ewentualnie "polski" rosół z kury ( piszę w cudzysłowie bo podobna tu sprawa jak z karpizmem ). Drzewiej to w ogóle w pierwszy dzień świąt nie gotowano tylko dojadano sobie na boczku postwigilijnie albo już świątecznie wędliniono. Tradycja świątecznego obiadu rozpowszechniła się stosunkowo późno i jest importem z Zachodu. Same święta są już znacznie mniej magiczne i bardziej chrześcijańskiego ducha. Polacy zatem jako przedstawiciele katolicyzmu obrzędowego zajmują się głównie obrzędem biesiadowania, najczęściej w towarzystwie gościa dla którego stawiają obecnie w Wigilię dodatkowy talerz czyli dla Telewizora ( z tym cholernym Kevinem! ).

Teraz troszkę o ilustracjach. Jak wiadomo Wigilia rozpatrywana bez chrześcijańskich konotacji to odbicie lustrzane nocy sobótkowej. Lustrzane bo rzeczy dzieją się w innym porządku, odwrotnie - słońce nie dochodzi do apogeum swojej wędrówki na niebie tylko się dopiero rodzi, cała wielkość i rozmaitość roślinnego świata to teraz tylko ziarna i wspomnienia w charakterze suszu. W taką zimową magiczną noc nie da się znaleźć kwiatu paproci ale można posłuchać zwierząt. Stare przedchrześcijańske wierzenie jakoś się uchowało, zyskało tylko "poprawne" uzasadnienie - z radości z narodzin Zbawiciela tak się zwierzątkom robi. To jedna z tych opowieści, które mają dla mnie czar niemal równy oświecającej drogę do stajenki i jej Chwały wędrówce Gwiazdy Betlejemskiej. Coś nieziemskiego i z pogranicza światów ( każdy ma prawo do lekkich odlotów i to nie koniecznie związanych z facetem w czerwonym ubranku przynoszącym dary - nawiasem pisząc lepiej się nie zagłębiać w pochodzenie tego facia, dopiero byśmy na zaprzałe pogaństwo słowiańskie wyszli ).
Zwierzęta wigilijnie nastrojone ten wpis ilustrują, głównie leśna żywina. To co mi mają do powiedzenia koty nikogo poza mną nie powinno interesować ( pewnie znowu mi się oberwie za niewłaściwe usługiwanie ). Leśna żywina za to pewnie milsza, nierozpaskudzona.
Wszystkiego najlepszego Wam życzę w ten świąteczny czas, obyście go jak najmilej spędzili. Wszystkiego Świątecznego Kochani!
Redaktor Naczelna





6 komentarzy:

  1. Radosnych Świąt życzę C i ja! Miłych spotkań i biesiadowania z rozkoszą dla duszy i podniebienia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałych Świąt życzę Tobie i Twoim bliskim, wymarzonych prezentów, dobrego jedzonka i wszystkiego najlepszego!
    Pozdrawiam świątecznie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kasiulek, wesołych i smacznych świąt, bez nadmiaru cukru, za to z mruczeniem kociaków przy uchu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Najlepszego, najsmaczniejszego, najzdrowszego, wszystkiego co Ci się marzy życzę i za życzenia dziękuję.
    A koty niech tam nie podskakują i z ludzkim głosem nie kombinują, jakąś tam godność kocią przecież mają, to po co im zniżać się do człowieczeństwa :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzieki Wam za życzenia. ja już powolutku dochodzę do siebie po świętach, kotom to chyba więcej czasu zajmie - rozbisurmanienie rybne miało miejsce.

    OdpowiedzUsuń