Mła obejrzała dwie "Lalki" i doszła do wniosku że wstydu nie ma. Obie adaptacje powieści Bolesława Prusa są jak dla mła w porządku, nie że jakieś niesłychanie wybitne i odjazdowe, ale po prostu każda z nich jest kawałkiem porządnego, dobrze nakręconego filmu. Zacznę od serialu na którym tradycjonaliści wieszają psy. Mła nie wiesza, bo literatura, której się w jakiś sposób nie próbuje reinterpretować, po jakimś czasie jest martwa. Dotyczy to nawet literatury wystawianej, czyli dramatów a co dopiero mówić o powieściach. Dla mła zabawa w "Lalkę" i dywagacje co by było gdyby, okazały się w miarę świeże i zabawne. Tym bardziej że zakpiono z typowego dla seriali Netflixa "postępowego przesłania". Łęcka jako kobita dążąca do realizacji postulatów sufrażystek, jednocześnie pozbawiona zdolności przekonywania do swoich racji, jest taka żałośnie zabawna, z kolei Wokulski, skrzyżowanie stalkera z Januszem biznesu aspirującym do salonów zdurniałych arystokratów, to chodząca komiczna groza. No i drugi plan też niezły, Łęcki jak hrabia Fredro, nie mieści się w mieszczańskich, grzecznych normach. Jak to pisał swego czasu inny wielki powieściopisarz XIX wieczny, Honoré de Balzac, świat elit nie rożni się niczym od półświatka. Te same reguły w nim obowiązują i te same mechanizmy można zobaczyć, Łęcki w interpretacji Karolaka to ilustracja tej balzakowskiej tezy. Do tego klucza do postrzegania serialowego świata, można też dołożyć barona Krzeszowskiego, świetnie zagranego przez Adamczyka i Kazia Starskiego. Mła się naprawdę bawiła obserwując zbydlęcenie elit i starania Wokulskiego, aspirującego do tychże elit, z nadzieją zdobycia społecznego szacunku. To dobrze zagrana satyra, Sandra Drzymalska grająca Łęcką, jak i Tomasz Schuchardt, grający Wokulskiego ostro pojechali i mocno kreślili swoje postacie, tak jakby zdjęli z nich XIX wieczny filtr powieści drukowanej w odcinkach w gazecie.
Film kinowy jak dla mła przynajmniej poprawny a miejscami nawet bardzo dobry. Szkoda że miejscami, ale mła tak sobie myśli że w tej kinowej wersji to bardzo chcieli wszystko zmieścić i to temu filmu zaszkodziło. Nie że jest tragicznie, tylko po prostu mogło być lepiej. Najlepsze to wg. mła są wątki rozbudowane, choćby pokazanie jak wyglądało robienie pieniędzy przez Wokulskiego na wojnie tureckiej, czy kapitalnie napisana i odegrana przez Agatę Kuleszę, postać pani Meliton. W ogóle to i w tej wersji "Lalki" drugi plan wymiata - Kondrat jako Rzecki, Seweryn jako Łęcki, Peszek w krótkiej aktorskiej perełce, Janda jako cioteczka, Ostaszewska jako ta harpia, baronowa Krzeszowska i przede wszystkim Maja Komorowska jako prezesowa Zasławska i Maria Dąbrowska jako Kazia Wąsowska. Rola Wąsowskiej trafia się zawsze dobrym aktorkom, tak się jakoś składa. Tak po prawdzie to przez ten drugi plan kinowa "Lalka" to taka superprodukcja. Wątek miłości Wokulskiego do wymyślonej Łęckiej był taki trochę zdziwnie niezrozumiały, choć Dorociński zrobił ze scenariusza co się dało. Tomasz Raczek twierdzi że Urzędowska nie udźwignęła Izabelli a mła się po prostu zdaje że jak między aktorami nie ma chemii, dobrej, czy złej, ale zawsze jakiejś, to nic się na to nie poradzi. Urzędowska całkiem dobrze zbudowała tę swoją Izabelę, książkowa, czyli tylko swoiście bezwolna i choć jednocześnie nie taka bierna. Widać na czym polegał problem tego niedoszłego stadła, Wokulski obudował mitem żywego człowieka i okazał się bardziej oderwany od rzeczywistości w sferze emocjonalnej niż Łęcka, co źle się dla wszystkich skończyło. Przykro, ale jakoś nie mogłam współczuć wdowcowi po Minclowej. Teraz tadam, tadam - w obu "Lalkach" scenografowie i kostiumolodzy zrobili kawał dobrej roboty, nieźle też podziałali operatorzy. Za to muzyka jakoś zupełnie z mła nie została. No i to by było na tyle.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz