Połowa września nad polskim Bałtykiem - słoneczko, tłum rodziców z maleńkimi przedszkolnymi dziećmi, prawie tak samo wielkie jak ten tłum rodziców zbiorowisko emerytów, zanikające budy ze smażonymi "świeżymi" rybami czy tam inne wesołe miasteczka, schyłek sezonu i dochodzący do siebie po napływie turystów miejscowi. Na mierzei Helskiej szczęśliwie tzw. baza turystyczna ma mało miejsca na rozrost, więc po sezonie człowiek jest w stanie odkryć urok małych nadmorskich miejscowości, no i przede wszystkim uroki nadbałtyckich plaż, wydm i lasów. Słoneczko sprzyja spacerom, temperatura powietrza i wody w morzu nadal "sezonowa", można na chybcika wypocząć. Na chybcika bo czas goni, dziś człowiek tu jest, jutro będzie w innej części kraju ( coś się ostatnio bardziej mobilna zrobiłam ). Wycieczka na Hel to nie tylko wizyta w fokarium ( w końcu mało jest tak słodkich widoków na świecie jak pływająca stylem grzbietowym foka ), to przede wszystkim wizyta na Cyplu i plaży leżącej od strony Wielkiego Morza ( Małe Morze to Zatoka Pucka ). Przy okazji - jeżeli władający językiem angielskim obcokrajowcy zwiedzający Hel będą pytać Was o Sajpil, to tak - chodzi im o tip lub cape. Wersja wyrazu cypel używana przez obcokrajowców przekonanych że mówią po polsku brzmi cipiel vel kipil. O dziwo wszyscy napotkani rozumieli niemiecki wyraz geradeaus, taki cud natury. Na Helu o cud natury wcale nie jest trudno, w końcu przywracają tam naturze nie tylko foki ale i wydmy z "prawdziwą", pierwotną roślinnością bałtyckiej mierzei. O ile z fokami problemu nie mam, o tyle z tą pierwotnością szaty wydm to tak nie do końca.
Zacznę od tego że mamy na Półwyspie Helskim całkiem spore wydmy białe i wydmy szare, bo plaże u nas piaszczyste ( traktujemy jak oczywistość ten piaseczek, starannie ignorując fakt że piaskowe plaże nie są jedynymi jakie tworzy morze ) . Bałtyk morze płytkie, łagodny jasny piaseczek nam nanosi, żadnych żwirków czy kamorów w dużej ilości, plaże u nas takie do zalegania w sam raz. Wydma biała to jeszcze na wpół ruchome piaski, ledwie przytrzymywane na miejscu korzeniami wydmuchrzycy piaskowej Leymus arenarius i piaskownicy zwyczajnej Ammophila arenaria. Jednak to nie od traw zaczyna się budowanie wydm, rola pierwszego "zielonego" stabilizatora piasku przypada honokenii piaskowej Honckenya peploides, malutkiej roślince z rodziny goździkowatych. Na Helu nie ma jej zbyt wiele ( znaczy ja nie przyuważyłam ) pewnie za sprawą kocyków plażowiczów. Na piaszczystych plażach ta roślina musi konkurować z plażowiczami, a jak wiadomo plażowicze gatunek ekspansywny, mający w sobie dużo cech zbieżnych z wirusami. Tu grajdołek, tam parawanik, a tu jeszcze pieprzniem materacyk i honokenia wypada z gry. Roślina spokojnie przeżyje całkowite niemal zasypanie piaskiem ale odsłoniętych korzonków długo nie zdzierży, więc grajdołkowanie jest dla niej zabójcze. Teraz będzie groźnie - "w Polsce zaleca się wprowadzenie na najlepiej zachowanych siedliskach tego gatunku zakazu rekreacyjnego i turystycznego użytkowania plaży". Jak to tak, z plaży korzystać się nie da? Rekreacyjnych siedlisk parawanowych nie będzie można budować, gier zespołowych uprawiać, leżenia w koloniach à la foka szara ( znaczy cielsko przy cielsku ) uskuteczniać?! No jakże to tak? To dla kogo ten cholerny Bałtyk i te plaże?! No cóż, najczęściej takie pytania padają z ust osób którym tak naprawdę do szczęścia to ani ten Bałtyk ani te plaże nie są potrzebne. Spokojnie mogłyby się w błotku glinianek kapać pod warunkiem że glinianki zrobią się trendy i założą koło nich wesołe miasteczko i otworzą budki z lodami.
Kolejną rośliną inicjującą powstawanie wydm jest rukwiel nadmorska Cakile maritima ssp. baltica. Zagrożeniem dla występowania jest dokładnie to samo co w przypadku honokenii piaskowej - zbyt intensywne użytkowanie plaż. Niszczy się na takich "użytkowych" plażach tzw. kidziny czyli nietrwałe środowisko stworzone z tego co wywali morze. Wały cuchnących wodorostów zasiedlane przez rośliny, które w sprzyjających warunkach przenoszą się poza strefę zalewaną przez falę i uczestniczą w "budowie lądu" jakoś nie zachęcają turystów do rozkładania kocyków na zakidzinowanych plażach. Budowla hydrotechniczna to co innego - nie śmierdzi i daje jakieś tam złudzenie że wybrzeże chroni i piaseczku nie wymywa. Jednoroczna solanka kolczysta Salsola kali jest bardziej przygotowana na odpieranie ataków kocykiem niż dwie pierwsze rośliny inicjujące powstawanie wydm . Kolczaste to, alergię potrafi wywołać i jako z ekspansywnym, słonolubnym kolonizatorem piasków plażowiczowi już nie tak łatwo walczyć, he, he. Dlatego przez wiele lat była z tego powodu tępiona przy przygotowaniach plaży "pod turystów".
Wydma szara to następny etap tworzenia lądu przez rośliny, taka wydma jest już bardziej stabilna, wiatr nie zmienia jej tak bardzo jak wydm białych. Pojawiają się na niej jakieś zaczątki procesów glebotwórczych, szczątki roślin tworzą bazę pod bardziej wymagające gatunki. No, może nie strasznie wybredne. Szczotlicha siwa Corynephorus canescens, turzyca piaskowa Carex arenaria, jasieniec piaskowy Jasione montana var. littoralis, kocanka piaskowa Helichrysum arenarium - to główni zasiedlający wydmę szarą. Na takiej wydmie pojawiają się też chyba najpiękniejsze kwitnące rośliny nadbrzeżne - mikołajki nadmorskie Eryngium maritimum. Tam gdzie zbiera się nieco więcej substancji organicznej atak przypuszczają porosty, głównie chrobotki i pojawiają się niskie krzewinki wrzosowe. Ha, można spotkać tam roślinę, której raczej większość z nas spotkać by się nie spodziewała - kruszczyka rdzawoczerwonego Epipactis atrorubens, a także rzadką tajęże jednostronną Goodyera repens. Tak, tak, storczyki w pobliżu morza mogą spokojnie egzystować!
Wydma szara bywała niestety przez człowieka "ulepszana". W ramach walki z erozją wydmę należało kiedyś umacniać ( "Utwierdź mnie" - jak śpiewała Kalina ). Utwierdzano wierzbą, kosodrzewiną, sosną czarną, wejmutką i różą pomarszczoną, gatunkami obcymi - taa, i teraz to wszystko trzeba wykopać. Brygadę kasacyjną widziałam przy pracy nad Rosa rugosa, ze skroplonym na czółkach potem osiłkowaci faceci mierzyli się z korzeniami potwora. No cóż, płacimy za błędy, jak już chcemy mieć rezerwat to musimy zadbać o to żeby się nam nie siało. W tym właśnie miejscu nachodzą mnie wspomniane wcześniej wątpliwości związane z przywracaniem pierwotnej szaty roślinnej wydm. Nie jestem pewna czy zachowanie takiej szaty jest w ogóle możliwe, czy nie jest po prostu na to zbyt późno. Zwierzęta, wiatr, woda - nasiona obcych gatunków będą zasiedlały mierzeję, jakoś ciężko mi sobie wyobrazić wieczną walkę z ekspansją tych roślin. Robota na pokolenia! Dobra nie ma się co martwić, zostawmy to dzieciom i wnukom, dla każdego kawałek czegoś gorzkiego się znajdzie.
Wrzosy, bażyny, borówki tworzą sprzyjające środowisko dla siewek sosen, no i robi się nam bór sosnowy który porasta Półwysep Helski. On nie do końca jest taki wyłącznie sosnowy, w bardziej wilgotnych miejscach utworzonych przez rzeźbę terenu rosną brzozy. Ludzie też zrobili swoje i przywlekli na półwysep drzewa, które miały małą szansę na nim się znaleźć w sposób naturalny. Teraz rzecz jasna wielkie zastanawianie się czy ciąć, co ciąć i jak ciąć. Szczęśliwie natura miłościwie ogranicza drzewną ekspansję, sosny wygrywają.
Na półwyspie znajduje się Nadmorski park Krajobrazowy a w nim rezerwat przyrody Helskie Wydmy. Dla mniej wytrwałych piechurów od strony Zatoki Puckiej można przejść kładką widokową wśród wydm aż na Cypel, trochę urody wydm zawsze się zobaczy.
Sorrky za plamy na zdjęciach, udało mi się upaćkać czymś obiektyw. Nie zauważyłam jak fociłam, wylazło przy przeglądaniu.
niedziela, 18 września 2016
niedziela, 11 września 2016
'Souvenir de La Malmaison' - róża zjawiskowa
'Souvenir de La Malmaison' sprawiłam sobie parę lat temu i do tego bardzo późnego lata była to róża rozczarowująco niechętna do współpracy z Alcatrazem. Po mojemu to dość wymagająca odmiana, wcale nie taka bezproblemowa w uprawie ( taa, o uprawie róż historycznych zazwyczaj pisze się że łatwizna, ale w tym wypadku nie mogę takiej opinii z czystym sumieniem potwierdzić ). Rację ma Marian Sołtys kiedy pisze że to róża nie do końca dobra dla naszego klimatu, że krzewy nie tworzą odpowiedniej jakości kwiatów, że deszcze letnie im nie służą, że właściwie tylko tzw. jesienne kwiaty są naprawdę dobre - wszystko to prawda. Dodać to tego dość drapakowaty pokrój krzewu, przypominający nieco mieszańce herbatnie, kaprysy jeśli chodzi o kwitnienie i w zasadzie człowiek może dojść do wniosku że niekoniecznie chce mu się uprawiać taki prezencik z Malmaisone. Jednak... wystarczy że krzew tej odmiany tylko raz zakwitnie odpowiednio i człowiek wpada.
Po pierwsze - kolor kwiatów, nie wiem jak opisać dokładnie ten odcień różu. Standardowe określenie jasny róż w ogóle nic nie mówi w przypadku tej róży. Kolor różowy na pograniczu bieli - no nie, to jest jednak róż i nie jest to aż takie rozbielenie do nieprzytomności. Pada takie określenie jak róż perłowy, ale to chyba z takich prawdziwych niebarwionych pereł z mórz tropikalnych, bo nijak się kolorek ma do perłowej masówki. Kolor jest rzeczywiście trudny do opisania bo rozkłada się też w specyficzny sposób na płatkach. Wiadomo że u wielu odmian płatki zewnętrzne jaśnieją, w przypadku 'Souvenir de La Malmaison' z płatkami zewnętrznymi dzieje się to samo co z kwiatami irysów Blyht'a - one nie tyle płowieją co rozwijają kolor. Od chłodnych różowych tonów, różowawych perłowych kremów do czystej, dość chłodnej bieli.
Po drugie - zapach. Ta róża pachnie trochę nie jak róża, trzeba powąchać żeby zrozumieć. Synonimiczna nazwa tej odmiany 'Queen of Beauty and Fragrans' chyba wyjaśnia sprawę, zapach jej kwiatów miał dla uprawiających ją ogrodników wielkie znaczenie.
Po trzecie - kształt kwiatów. Po pąkach kulistych, choć pięknie rozwijających zewnętrzne płatki, jakoś nie spodziewałam się tak płaskiego kwiatu. Budowa ćwierć rozetkowa, klasyczna staroć, przechodzi to w trakcie rozwijania z kubeczkowatego kształtu w taką płaską rozetkę - coś podobnego do róż ze wstążek. W tej płaskiej fazie róże pachną najmocniej. No i kwiaty są duże, do 13 cm średnicy dochodzą te płaskie rozetki.
Po czwarte - legenda. 'Souvenir de La Malmaison' "urodziła się" ho, ho, ho, po upadku słynnego rozarium cesarzowej Josephine w Malmaison ale coś z cesarskiego splendoru, chłodnej elegancji stylu empir w sobie ma. W ogrodzie Malmaison spotkało się wiele gatunków i odmian róż z różnych stron świata, to było miejsce gdzie właściwie narodziła się większość z podstawowych krzyżówek róż, będących protoplastami dzisiejszych odmian. 'Souvenir de La Malmaison' ponoć swoja nazwę zawdzięcza wielkiemu rosyjskiemu księciu ( hym, taki tytuł - czyżby kolejna cesarska rodzina "plącząca się" w historii róży ) przebywając w Malmaison został poproszony o nadanie nazwy nowej odmianie róży burbońskiej. Poszedł po linii najmniejszego oporu i wymyślił 'Souvenir de la Malmaison'. Czy anegdotka prawdziwa tego nie wiem, ale w legendę cesarskiej róży się wpisuje.
Teraz metryczka - odmianę wyhodował pan Jean Beluze, w roku 1843. 'Souvenir de la Malmaison' jest wynikiem krzyżowania odmiany 'Madame Desprez' z nieznaną różą herbatnią. krzew dorasta do niemal dwóch metrów wysokości ale ma dość wąski pokrój ( ok 90 - 120 cm ), z czasem jednak może dojść do takiej samej szerokości jak wysokości ( chyba w cieplejszym niż polski klimacie ). Kwiaty mają około 75 płatków. Dla miłośników róż czepnych - w 1893 Bennett wyselekcjonował 'Climbing Souvenir de La Malmaison' .
Po pierwsze - kolor kwiatów, nie wiem jak opisać dokładnie ten odcień różu. Standardowe określenie jasny róż w ogóle nic nie mówi w przypadku tej róży. Kolor różowy na pograniczu bieli - no nie, to jest jednak róż i nie jest to aż takie rozbielenie do nieprzytomności. Pada takie określenie jak róż perłowy, ale to chyba z takich prawdziwych niebarwionych pereł z mórz tropikalnych, bo nijak się kolorek ma do perłowej masówki. Kolor jest rzeczywiście trudny do opisania bo rozkłada się też w specyficzny sposób na płatkach. Wiadomo że u wielu odmian płatki zewnętrzne jaśnieją, w przypadku 'Souvenir de La Malmaison' z płatkami zewnętrznymi dzieje się to samo co z kwiatami irysów Blyht'a - one nie tyle płowieją co rozwijają kolor. Od chłodnych różowych tonów, różowawych perłowych kremów do czystej, dość chłodnej bieli.
Po drugie - zapach. Ta róża pachnie trochę nie jak róża, trzeba powąchać żeby zrozumieć. Synonimiczna nazwa tej odmiany 'Queen of Beauty and Fragrans' chyba wyjaśnia sprawę, zapach jej kwiatów miał dla uprawiających ją ogrodników wielkie znaczenie.
Po trzecie - kształt kwiatów. Po pąkach kulistych, choć pięknie rozwijających zewnętrzne płatki, jakoś nie spodziewałam się tak płaskiego kwiatu. Budowa ćwierć rozetkowa, klasyczna staroć, przechodzi to w trakcie rozwijania z kubeczkowatego kształtu w taką płaską rozetkę - coś podobnego do róż ze wstążek. W tej płaskiej fazie róże pachną najmocniej. No i kwiaty są duże, do 13 cm średnicy dochodzą te płaskie rozetki.
Po czwarte - legenda. 'Souvenir de La Malmaison' "urodziła się" ho, ho, ho, po upadku słynnego rozarium cesarzowej Josephine w Malmaison ale coś z cesarskiego splendoru, chłodnej elegancji stylu empir w sobie ma. W ogrodzie Malmaison spotkało się wiele gatunków i odmian róż z różnych stron świata, to było miejsce gdzie właściwie narodziła się większość z podstawowych krzyżówek róż, będących protoplastami dzisiejszych odmian. 'Souvenir de La Malmaison' ponoć swoja nazwę zawdzięcza wielkiemu rosyjskiemu księciu ( hym, taki tytuł - czyżby kolejna cesarska rodzina "plącząca się" w historii róży ) przebywając w Malmaison został poproszony o nadanie nazwy nowej odmianie róży burbońskiej. Poszedł po linii najmniejszego oporu i wymyślił 'Souvenir de la Malmaison'. Czy anegdotka prawdziwa tego nie wiem, ale w legendę cesarskiej róży się wpisuje.
Teraz metryczka - odmianę wyhodował pan Jean Beluze, w roku 1843. 'Souvenir de la Malmaison' jest wynikiem krzyżowania odmiany 'Madame Desprez' z nieznaną różą herbatnią. krzew dorasta do niemal dwóch metrów wysokości ale ma dość wąski pokrój ( ok 90 - 120 cm ), z czasem jednak może dojść do takiej samej szerokości jak wysokości ( chyba w cieplejszym niż polski klimacie ). Kwiaty mają około 75 płatków. Dla miłośników róż czepnych - w 1893 Bennett wyselekcjonował 'Climbing Souvenir de La Malmaison' .
sobota, 10 września 2016
Tour de Tajoj - kraina zapomnianych dworków - część druga
"Niech ma szlachcic dwór swój, a gotowy, rządnie rozmierzony, na moc zbudowany a ochędożny, na zdrowym placu, na widoku, a kształtnie postawiony, w nim gmachy różnej miary, żonie, dzieciom do wczasu sprawione, zimie ciepłe, lecie chłodne, zawsze ku temu chędogie. Do tego niechby było złożenie przyjacielowi, schowanie sprzętom, mieszkanie czeladzi. W środku podwórza woda, kuchnia rządna przy domu a kuchenka w mieszkaniu. Więc spiżarnia sucha, piwnica chłodna, lodownia pewna, łaźnia pobok przy wodzie, stajnia na stronie, psiarnia najmniej w półmilu. Zegar wierny na domu. Dom rzemieślniczy, tamże i gospodarski, za nim blech, w bok sadzawki, a coby snadnie złowne,- niech płynie pod dwór rzeka w pewnych brzegach zawarta, bystra, przezornie sprostowana, za nią niech będzie ogród w kwadrat wymierzony, od niej a kęs z południa ku słońcu nachylony, suchy, równy, wyniosły, porządnie ogrodzony, pergołami okraszony, w kwadraty rozdzielony, fontanami polany, a ziół rozlicznych pełny. Za ogrodem sad w cynek najmniej w dwadzieścia rzędów drzew młodych a już rodnych, gładko z płonki, bujno z koron wybiegłych. Chciałbym jeszcze ptasznika, chciałbym ziółkom, drzewkom schowania. Tamże też wirydarz ze swych ziółek i przewoźnych. Przeciw temu wszystkiemu niechby stanął zwierzyniec, ciemny, zielony, cichy, wymiećrzony po sznurze, podzielony łąkami i na krzyż i od płotu,- tamże drogi w kwaterach, a rzeczka przez pośrodek,- las lipowy przeciwko, tamże zaraz pasieczka."
kasztelan brzeski Jakub Ponętowski
Marzenia kasztelańskie o domu doskonałym, gnieździe, ojcowiźnie, swoim najwłaśniejszym, idealnym miejscu na Ziemi. Budowanie nasze, "po polsku", choć ta narodowa architektura wcale nie tak znów stąd rodem i wcale nie taka bardzo "staropolska", bo ledwie około dwustu lat licząca ( co to jest na to 1000 lat rycerskiego czy też szlacheckiego budowania ). Tak nam przed oczami te dworki z ganeczkami wspartymi na kolumienkach stoją jak o dworze polskim myślimy, że nie wyobrażamy sobie szlacheckiej siedziby utrzymanej w innym stylu. Taa, zacytuję Władysława Łozińskiego który dworom i dworkom poświęcił cały rozdział w swojej książce "Życie polskie w dawnych wiekach".
"Jak się przedstawiały dwory zamożnej szlachty w XVI i XVII wieku na architektura zewnątrz, o tem brak wystarczających wskazówek. Nie mamy też ani dochowanych dworków, zabytków architektonicznych ani rycin z owych czasów,- wszystkie te drewniane dwory padły ofiarą pożaru, czasu i manji nowatorstwa, która w ostatnich latach XVIII wieku opanowała zamożniejszą szlachtę."
XVIII - wieczna mania nowatorstwa stworzyła zatem typ budownictwa, który uznajemy dziś za "szczerzepolski" i "z dawien dawna znany". Jak dalej pisze pan Łoziński - "... a prototypu ich szukać należy w pałacach warszawskich". Te portyki znaczy zapożyczone z klasycyzmu warszawskiego, popłuczyny po późnym Merlinim. Wszystko popłuczki przeważnie w drewnie, bo o ten budulec było najłatwiej i cieśle od stuleci w swoim rzemiośle zaprawieni dostępni. No i tradycja - wiejski dom polski był przeważnie drewniany.
Nieoceniony Łoziński - "Bywa zazwyczaj drewniany, bo w zgodzie z swoją ogólną sielską fizjognomią, po za nielicznemi zamkami i pałacami, poza liczniejszemi od nich kościołami i klasztorami, cała Polska, jak już raz zaznaczyć mielimy sposobność była drewniana."
I dalej wyłuszcza jasno i pięknie - "Mimo tego nieswojskiego pochodzenia architektura tych dworów i dworków tak była w Polsce ulubiona, tak się często powtarza całą swoją artykulacją, tak zresztą pod siekierą polskiego cieśli i pod wpływem naiwnego przeniesienia form i ornamentacji z kamienia i muru na drzewo, przybrała cechy jakiejś swojskiej oryginalności, w końcu tak długą ma za sobą tradycję, że posiadła niejako indygenat i dziś prawie słusznie uchodzić może za wzór ozdobniejszego budownictwa sielskiego. Atoli ściśle rzecz biorąc, ten właśnie typ budowniczy nie zgadza się z najistotniejszą może cechą starodawnego dworu polskiego, a to dlatego, że jest niejako dośrodkowo, zewnętrznie pomyślany, że dyktuje z góry formę i przestrzeń, że tworzy stale zamkniętą całość, do której nic dodać i z której nic ująć nie można, że zatem daje za wiele albo za mało. Tymczasem dwór staropolski powstawał odśrodkowo, rozwijał się i uzupełniał od wnętrza na zewnątrz, a nie przeciwnie,- nie był nigdy od razu gotów i dlatego ani z góry pomyślanej architektury, ani zamkniętej, organicznej niejako artykulacji posiadać nie mógł. Stawał się powoli, robił się, rósł, aż się stał i urósł w pełnię. Miał swoją biografję jak człowiek, a historja jego życia czytała się w jego przystawkach, dobudówkach i przebudówkach. Nie był prędzej skończenie gotów, zanim nie mieścił wśród swoich ścian trzech pokoleń. Miał sto lat wzrostu i dojrzewania. Dziad go zaczął, wnuk dopiero ukończył."
A tu proszę - XVIII - wieczna nowoczesność w domu i w zagrodzie i szlaban na przybudówki do przybudówek, architektura wymyślona a nie tak bliska naszej mentalności "się stająca" - toż to musiał być szok kulturowy. No w "naszość" uderzenie wymyślone prze warszawskie elity, he, he. Nic nowego na tym świecie.
Łoziński sączy jad dalej - "Nie miał też dwór staropolski prawie nigdy architektonicznej jedności, musiał być do pewnego stopnia nieforemnym aglomeratem, ale improwizowanym układem swoich mas i członków nabierał malowniczości, a że był szczerym wyrazem życia, potrzeby, obyczaju, smaku kilku pokoleń, miał charakter. W regule dwór drewniany nie miewał piętra, twierdzenie jednak, z jakiem się ostatniemi czasy spotykamy w naszej fachowej literaturze, jakoby go nie miał nigdy, jest mylne."
To dworki miały piętro? No pełna zgroza! Może jednak lepiej że do naszych czasów dotrwały te "klasycystyczne" budynki a malownicze zbiory przybudówek szlag trafił, kto wie?
Teraz zanurzymy się w świat tych ostańcow, weteranów skrzypiących, ucieleśnienia standardów dworkowych wyobrażeń.
Sucha - przytulisko dworów i dworków
Kto dwory i dworki chce poznać od podszewki ten powinien zaliczyć przytulisko dworków w Suchej. Oficjalnie nazywa to się Muzeum Architektury Drewnianej Regionu Siedleckiego vel muzeum w Suchej koło Grębkowa, ale naprawdę jest to przytulisko, rodzaj bidula dla dworków, miejsce gdzie usiłuje się je ratować, ocalić ten kawałek nieistniejącego już świata.
Zacznę od najstarszej starowiny, czyli dworu rodziny Cieszkowskich, wzniesionego z modrzewiowych bali ( ścinanych zimą ) w 1743 roku. Panował nam wtedy tak sobie miłościwie August III Sas ( Wettin ), bardzo dziwny król który z jednej strony pozwolił by państwo gniło, z drugiej parę ciekawych rzeczy jednak temu krajowi zafundował. Dworek Cieszkowskich powstał znaczy w epoce robronów, peruk, kołtuna i świeżo odkrytego zamiłowania Polaków do kawy. Oświetlało się wówczas pomieszczenia łojowymi świeczkami ( wyobraźcie sobie ten zapach ), w "lepszych" pokojach palono świece woskowe i w zimowe czy letnie wieczory było to często jedyne światło w okolicy - głęboki XVIII wiek. Światła mało, w głowach też. Jednak dwór żył, nabywał poloru, pojawiały się w nim udogodnienia wraz ze wzrastającymi potrzebami jego mieszkańców. Najpierw zniknęły łojówki, zastąpione przez wosk, a w latach trzydziestych XIX - wieku palące się bardzo jasnym płomieniem świece stearynowe. Potem to już w ogóle pojaśniało, lampy naftowe, najpowszechniejsze u nas źródło światła w drugiej połowie XIX wieku, zalewały ciepłym żółtawym światłem dworkowe pokoje jeszcze w początku zeszłego wieku. Potem była elektryfikacja i reforma rolna, co jak się okazuje dla dworów i dworków było równie zabójcze jak tzw. zawirowania dziejowe typu powstania, wojny i tym podobne pożogi. A dworek Cieszkowskich to wszystko zniósł! Te udogodnienia, he, he. Zniósł i trwa, i mimo tego że nie jest zamieszkany nie przypomina bardzo pustej skorupy bez życia. Może to zasługa palącego się w kominku ognia, może kociczki i jej młodych baraszkujących na ganku ( tym od tyłu, ogrodowym, a nie tym pod portykiem z 1843 roku, wejściowym ), może zapachu kurzu zmieszanego z wonią dymu z drewna - nie wiem, smrodek stęchlizny obecny w takich muzealnych domach jakoś mi nie przeszkadzał.
Miłośników gładzi, glazurki, rolet "na pilota", światła dziennego wypełniającego wnętrza, dwór polski zastygły w latach trzydziestych XX wieku wystraszy. Ni ma kancika, wyprowadzenia co do centymetra, "wysokiej jakości wykończenia naszych wyrobów" i tym podobnych radości. Szczęka z podziwu nie opada, porcelany miśnieńskiej typu Serwis Łabędzi się nie uświadczy, kandelabry "srebłne" się nie srebrzą, ramy od obrazów złotem nie połyskują, tak mało pałacowego blichtru, tak dużo zwyczajnej, codziennej prostoty. Sufity czy też powały owszem belkowane, ale malatura prosta, prawie zero punktów stycznych z takim sklepieniem Kaplicy Sykstyńskiej. Podłogi nieukładane w wymyślne wzory, nie lśnią lakierem imitującym wosk. Owszem, dąb w kwadraty, ale cóś prosto, fanów wymyślności nie zachwyci. Podłogi zresztą poprzykrywane dywanami, w końcu przeciągi i tzw. "ciągnięcie od podłogi" niemal zawsze były, są i najprawdopodobniej będą w stałym repertuarze narzekań na niedogodności mieszkania w starych budynkach. No i do tego wszystkiego "ten" układ - trzy pomieszczenia "na przestrzał", wspomnienia po sieni dzielącej budynek na dwie części, jakieś dziwne korytarzyki, wyrastające z nich pokoje w amfiladzie - dzisiaj architekt płakałby kiedy to projektował. Taa, nic dla koneserów glancu.
Dla węszących za czasem minionym w wydaniu ziemiańsko - inteligenckim grobowiec Tutanchamona, obfitujący w skarby. Mnóstwo smaczków, tajemnych znaków pozwalających się odtajemniczyć i zaskoczyć nas swoim właściwym znaczeniem. W ciemności zakotarowanych pomieszczeń, w kilimkach rozwieszonych przy łóżkach ( zimna ściana wymaga kilimka ), w chropowatej urodzie ścian, w malowanych obrazach, rysunkach, sztychach te ściany zdobiących ( klasyczny repertuar dworkowy - obrazy święte, antenaty, nasze zwierzęta, pejzaże ), w meblach "utrzymanych" lecz noszących ślady zużycia, w podejrzanych domowej roboty ozdóbstwach ( czegóż to panie domu nie ozdabiały, od drugiej połowy XIX wieku trwała jakaś mania ozdabiania wszystkiego co tylko pod rękę podejdzie ), w sprzętach domowych dziś często niewiadomego przeznaczenia - siedzi sobie, wcale się nie kryjąc jakoś specjalnie, dusza domu.
Domu po ludzku ciepłego, zasiedziałego od pokoleń, konserwatywnego bo te "nowinki, Panie tego" to całkiem niepotrzebne, taka zimna woda do mycia w misce stojąca na komodzie "to samo zdrowie", ale od czasu do czasu pozwalającego sobie na "nowoczesne luksusy" - samowar aż z Tuły na przykład ( jedna z nielicznych spraw, oprócz uwłaszczenia chłopów i "prześladowania" romantycznych wieszczów, za którą powinniśmy być wdzięczni rosyjskiemu zaborcy - kto pił czaj z samowara wie o czym piszę ). Domu w którym panowała nieustająca wizytacja krewnych, sąsiadów, znajomych tych sąsiadów, no życie towarzyskie jakiego dzisiaj już nie znamy. Młodszemu pokoleniu mogę to jedynie wytłumaczyć tak - w domu zmaterializował się Fejsbook, Twitter i jeszcze Instagram - wszyscy nieustannie się kręcą po Waszych kontach i żądają lajkowania, czyli odwiedzin w swoich domach. Wizyty, rewizyty, ciężki obowiązek i nie ma że właśnie chciałeś sobie człowieku do kina powędrować, książkę poczytać, czy tam cóś innego zrobić - herbatka proszona u sąsiadki Iksińskiej, ze starszą panią która powinna tam być, bo jest kuzynką pierwszego stopnia męża Iksińskiej i którą wypada najpierw odwiedzić zanim się do Iksińskiej pojedzie ( albo choć bilet wizytowy zostawić jak się nie zdąży i nie zastanie rupiecia ), a po tej wizycie to najlepiej pojechać jeszcze do Igrekowej, to jutro już nie trzeba będzie nigdzie wyjeżdżać i można zaprosić rupiecia i Iksińską ( w tej kolejności ) do odwiedzin ( a jak przylezą jutro, to pojutrze jest wolne i można pranie uskutecznić ). Planowanie wizyt to jeszcze w początkach XX wieku była taka nauka przyswajana przez panienki z dobrych domów przez osmozę ( chłonęły w dzieciństwie i nastolęctwie ). Po co tak się spraszali? Nie tylko rozrywkowo i żeby konwenanse utrzymać, wizytki i szerokie kontakty sąsiedzkie miały pomóc dzieciom w zdobyciu lepszego "stanowiska życiowego", jak to pisała Zapolska. Jednak to nie pozwalało przekroczyć pewnych barier ( ach, ta Trędowata, he, he ) za to sprzyjało utrwalaniu konserwatyzmu ziemiańskiej społeczności, która w gruncie rzeczy obracała się jedynie w "swoich kręgach"
W każdym domostwie jest jakaś rzecz najcenniejsza, skarb rodzinny przekazywany z pokolenia na pokolenie. Te skarby mogą być bardzo różne, czytałam w jakimś wspomnieniu o dworkach polskich jak to córki rodziny poobrażały się na siebie z powodu "cygańskich" form do ciasta, tzw. blaszek, zostawionych w spadku nie tej osobie co trzeba. Najczęściej jednak skarb rodzinny był taki bardziej na pokaz, karabela co to przodek pod Chocimiem bisurmana nią tego...ten, łyżka srebrna herbowa po antenacie "na stanowisku" ( "bo my z Czartoryskich" ), kubek z którego kiedyś sam Naczelnik pił - takie skarby były cenione przez ludzi zamieszkujących dworki. W dworze Cieszkowskich na honorowym miejscu, z daleka od "rączek dziecięcych" ( w tym wypadku łapek turystów ) stoi sobie naczynko ze znakiem królewskim - splecione inicjały imion ostatniego króla Polski, pod królewską koroną. Naczynie ( pojemnik na lód? ) pochodzące być może z belwederskiej "farfurowni" króla Stasia, działającej króciutko bo tylko w latach 1770 - 1783, może być rzeczywiście unikatem ( ha, Kwiatowa pięknie dowiodła że to jest naczynko z manufaktury w Korcu powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku ). W dworze Cieszkowskich znalazło się chyba się za sprawą niedawno zmarłego prof. Marka Kwiatkowskiego, wieloletniego dyrektora Łazienek Królewskich w Warszawie i twórcy przytuliska dla dworów w Suchej. Pamiątka że się tak wypiszę "na miejscu" bo JKM Staś w roku 1787 ten dwór odwiedzić raczył.
Łoziński - "Mądrym zwyczajem staropolskim przestrzegano, aby dwór był budowany "na jedenastą godzinę", to jest, aby jego czoło czyli fasada frontowa miała pełne słońce w tej porze dnia, kiedy ono nie dobiega jeszcze samego południa" - nie wiem czy właśnie tak pierwotnie posadowiono względem światła i stron świata zbudowany w 1825 roku dwór z miejscowości Rudzienka ( zdjątko powyżej ), teraz jednak stoi trochę inaczej, wczesne popołudniowe słońce oświetlało wejście. Dworek zamknięty ale w sąsiednich budynkach ludzie, z kominów unosił się siwy, lekki dym z palonego drewna. Pusta stała Organistówka ( budyneczek z połowy XIX wieku z pierwszego zdjątka poniżej ) ale w dworku rodziny Berkanów i w starej oficynie dworskiej toczyło się życie ( oficyna dworska ze stajniami, lodownią, sadem staro - jabłoniowym i widokiem lasku z prześwitami tła czyli pastwiska dla koni to tematy pozostałych fotek ). Tak sobie myślę że niełatwo będzie ocalić to magiczne miejsce, gdzie stare dwory, oficyny, chałupy chłopskie żyją sobie skrzypiąc. Nie ma muzealnej woni, wypieszczonych eksponatów, tabliczek z napisami pod każdym eksponatem - to nie jest tego rodzaju ekspozycja. A jednak udało się ocalić w tym miejscu coś co zazwyczaj bardzo rzadko udaje się w obiektach muzealnych - ocalono atmosferę miejsc. Boję się że teraz mogą za ten skansen zabrać się ludzie, którzy nie pokumają czaczy i będziemy mieli kolejne, świeżo odmalowane, przecudnie błyszczące chałupki w zaprojektowanej zieleni ( inna wersja jest też przygnębiająca - może to się wszystko rozwalić ). Oj, chyba paciorek do Pambuka przyjdzie zmówić w intencji ocalenia tego mało muzealnego muzeum.
kasztelan brzeski Jakub Ponętowski
Marzenia kasztelańskie o domu doskonałym, gnieździe, ojcowiźnie, swoim najwłaśniejszym, idealnym miejscu na Ziemi. Budowanie nasze, "po polsku", choć ta narodowa architektura wcale nie tak znów stąd rodem i wcale nie taka bardzo "staropolska", bo ledwie około dwustu lat licząca ( co to jest na to 1000 lat rycerskiego czy też szlacheckiego budowania ). Tak nam przed oczami te dworki z ganeczkami wspartymi na kolumienkach stoją jak o dworze polskim myślimy, że nie wyobrażamy sobie szlacheckiej siedziby utrzymanej w innym stylu. Taa, zacytuję Władysława Łozińskiego który dworom i dworkom poświęcił cały rozdział w swojej książce "Życie polskie w dawnych wiekach".
"Jak się przedstawiały dwory zamożnej szlachty w XVI i XVII wieku na architektura zewnątrz, o tem brak wystarczających wskazówek. Nie mamy też ani dochowanych dworków, zabytków architektonicznych ani rycin z owych czasów,- wszystkie te drewniane dwory padły ofiarą pożaru, czasu i manji nowatorstwa, która w ostatnich latach XVIII wieku opanowała zamożniejszą szlachtę."
XVIII - wieczna mania nowatorstwa stworzyła zatem typ budownictwa, który uznajemy dziś za "szczerzepolski" i "z dawien dawna znany". Jak dalej pisze pan Łoziński - "... a prototypu ich szukać należy w pałacach warszawskich". Te portyki znaczy zapożyczone z klasycyzmu warszawskiego, popłuczyny po późnym Merlinim. Wszystko popłuczki przeważnie w drewnie, bo o ten budulec było najłatwiej i cieśle od stuleci w swoim rzemiośle zaprawieni dostępni. No i tradycja - wiejski dom polski był przeważnie drewniany.
Nieoceniony Łoziński - "Bywa zazwyczaj drewniany, bo w zgodzie z swoją ogólną sielską fizjognomią, po za nielicznemi zamkami i pałacami, poza liczniejszemi od nich kościołami i klasztorami, cała Polska, jak już raz zaznaczyć mielimy sposobność była drewniana."
I dalej wyłuszcza jasno i pięknie - "Mimo tego nieswojskiego pochodzenia architektura tych dworów i dworków tak była w Polsce ulubiona, tak się często powtarza całą swoją artykulacją, tak zresztą pod siekierą polskiego cieśli i pod wpływem naiwnego przeniesienia form i ornamentacji z kamienia i muru na drzewo, przybrała cechy jakiejś swojskiej oryginalności, w końcu tak długą ma za sobą tradycję, że posiadła niejako indygenat i dziś prawie słusznie uchodzić może za wzór ozdobniejszego budownictwa sielskiego. Atoli ściśle rzecz biorąc, ten właśnie typ budowniczy nie zgadza się z najistotniejszą może cechą starodawnego dworu polskiego, a to dlatego, że jest niejako dośrodkowo, zewnętrznie pomyślany, że dyktuje z góry formę i przestrzeń, że tworzy stale zamkniętą całość, do której nic dodać i z której nic ująć nie można, że zatem daje za wiele albo za mało. Tymczasem dwór staropolski powstawał odśrodkowo, rozwijał się i uzupełniał od wnętrza na zewnątrz, a nie przeciwnie,- nie był nigdy od razu gotów i dlatego ani z góry pomyślanej architektury, ani zamkniętej, organicznej niejako artykulacji posiadać nie mógł. Stawał się powoli, robił się, rósł, aż się stał i urósł w pełnię. Miał swoją biografję jak człowiek, a historja jego życia czytała się w jego przystawkach, dobudówkach i przebudówkach. Nie był prędzej skończenie gotów, zanim nie mieścił wśród swoich ścian trzech pokoleń. Miał sto lat wzrostu i dojrzewania. Dziad go zaczął, wnuk dopiero ukończył."
A tu proszę - XVIII - wieczna nowoczesność w domu i w zagrodzie i szlaban na przybudówki do przybudówek, architektura wymyślona a nie tak bliska naszej mentalności "się stająca" - toż to musiał być szok kulturowy. No w "naszość" uderzenie wymyślone prze warszawskie elity, he, he. Nic nowego na tym świecie.
Łoziński sączy jad dalej - "Nie miał też dwór staropolski prawie nigdy architektonicznej jedności, musiał być do pewnego stopnia nieforemnym aglomeratem, ale improwizowanym układem swoich mas i członków nabierał malowniczości, a że był szczerym wyrazem życia, potrzeby, obyczaju, smaku kilku pokoleń, miał charakter. W regule dwór drewniany nie miewał piętra, twierdzenie jednak, z jakiem się ostatniemi czasy spotykamy w naszej fachowej literaturze, jakoby go nie miał nigdy, jest mylne."
To dworki miały piętro? No pełna zgroza! Może jednak lepiej że do naszych czasów dotrwały te "klasycystyczne" budynki a malownicze zbiory przybudówek szlag trafił, kto wie?
Teraz zanurzymy się w świat tych ostańcow, weteranów skrzypiących, ucieleśnienia standardów dworkowych wyobrażeń.
Sucha - przytulisko dworów i dworków
Kto dwory i dworki chce poznać od podszewki ten powinien zaliczyć przytulisko dworków w Suchej. Oficjalnie nazywa to się Muzeum Architektury Drewnianej Regionu Siedleckiego vel muzeum w Suchej koło Grębkowa, ale naprawdę jest to przytulisko, rodzaj bidula dla dworków, miejsce gdzie usiłuje się je ratować, ocalić ten kawałek nieistniejącego już świata.
Zacznę od najstarszej starowiny, czyli dworu rodziny Cieszkowskich, wzniesionego z modrzewiowych bali ( ścinanych zimą ) w 1743 roku. Panował nam wtedy tak sobie miłościwie August III Sas ( Wettin ), bardzo dziwny król który z jednej strony pozwolił by państwo gniło, z drugiej parę ciekawych rzeczy jednak temu krajowi zafundował. Dworek Cieszkowskich powstał znaczy w epoce robronów, peruk, kołtuna i świeżo odkrytego zamiłowania Polaków do kawy. Oświetlało się wówczas pomieszczenia łojowymi świeczkami ( wyobraźcie sobie ten zapach ), w "lepszych" pokojach palono świece woskowe i w zimowe czy letnie wieczory było to często jedyne światło w okolicy - głęboki XVIII wiek. Światła mało, w głowach też. Jednak dwór żył, nabywał poloru, pojawiały się w nim udogodnienia wraz ze wzrastającymi potrzebami jego mieszkańców. Najpierw zniknęły łojówki, zastąpione przez wosk, a w latach trzydziestych XIX - wieku palące się bardzo jasnym płomieniem świece stearynowe. Potem to już w ogóle pojaśniało, lampy naftowe, najpowszechniejsze u nas źródło światła w drugiej połowie XIX wieku, zalewały ciepłym żółtawym światłem dworkowe pokoje jeszcze w początku zeszłego wieku. Potem była elektryfikacja i reforma rolna, co jak się okazuje dla dworów i dworków było równie zabójcze jak tzw. zawirowania dziejowe typu powstania, wojny i tym podobne pożogi. A dworek Cieszkowskich to wszystko zniósł! Te udogodnienia, he, he. Zniósł i trwa, i mimo tego że nie jest zamieszkany nie przypomina bardzo pustej skorupy bez życia. Może to zasługa palącego się w kominku ognia, może kociczki i jej młodych baraszkujących na ganku ( tym od tyłu, ogrodowym, a nie tym pod portykiem z 1843 roku, wejściowym ), może zapachu kurzu zmieszanego z wonią dymu z drewna - nie wiem, smrodek stęchlizny obecny w takich muzealnych domach jakoś mi nie przeszkadzał.
Miłośników gładzi, glazurki, rolet "na pilota", światła dziennego wypełniającego wnętrza, dwór polski zastygły w latach trzydziestych XX wieku wystraszy. Ni ma kancika, wyprowadzenia co do centymetra, "wysokiej jakości wykończenia naszych wyrobów" i tym podobnych radości. Szczęka z podziwu nie opada, porcelany miśnieńskiej typu Serwis Łabędzi się nie uświadczy, kandelabry "srebłne" się nie srebrzą, ramy od obrazów złotem nie połyskują, tak mało pałacowego blichtru, tak dużo zwyczajnej, codziennej prostoty. Sufity czy też powały owszem belkowane, ale malatura prosta, prawie zero punktów stycznych z takim sklepieniem Kaplicy Sykstyńskiej. Podłogi nieukładane w wymyślne wzory, nie lśnią lakierem imitującym wosk. Owszem, dąb w kwadraty, ale cóś prosto, fanów wymyślności nie zachwyci. Podłogi zresztą poprzykrywane dywanami, w końcu przeciągi i tzw. "ciągnięcie od podłogi" niemal zawsze były, są i najprawdopodobniej będą w stałym repertuarze narzekań na niedogodności mieszkania w starych budynkach. No i do tego wszystkiego "ten" układ - trzy pomieszczenia "na przestrzał", wspomnienia po sieni dzielącej budynek na dwie części, jakieś dziwne korytarzyki, wyrastające z nich pokoje w amfiladzie - dzisiaj architekt płakałby kiedy to projektował. Taa, nic dla koneserów glancu.
Dla węszących za czasem minionym w wydaniu ziemiańsko - inteligenckim grobowiec Tutanchamona, obfitujący w skarby. Mnóstwo smaczków, tajemnych znaków pozwalających się odtajemniczyć i zaskoczyć nas swoim właściwym znaczeniem. W ciemności zakotarowanych pomieszczeń, w kilimkach rozwieszonych przy łóżkach ( zimna ściana wymaga kilimka ), w chropowatej urodzie ścian, w malowanych obrazach, rysunkach, sztychach te ściany zdobiących ( klasyczny repertuar dworkowy - obrazy święte, antenaty, nasze zwierzęta, pejzaże ), w meblach "utrzymanych" lecz noszących ślady zużycia, w podejrzanych domowej roboty ozdóbstwach ( czegóż to panie domu nie ozdabiały, od drugiej połowy XIX wieku trwała jakaś mania ozdabiania wszystkiego co tylko pod rękę podejdzie ), w sprzętach domowych dziś często niewiadomego przeznaczenia - siedzi sobie, wcale się nie kryjąc jakoś specjalnie, dusza domu.
Domu po ludzku ciepłego, zasiedziałego od pokoleń, konserwatywnego bo te "nowinki, Panie tego" to całkiem niepotrzebne, taka zimna woda do mycia w misce stojąca na komodzie "to samo zdrowie", ale od czasu do czasu pozwalającego sobie na "nowoczesne luksusy" - samowar aż z Tuły na przykład ( jedna z nielicznych spraw, oprócz uwłaszczenia chłopów i "prześladowania" romantycznych wieszczów, za którą powinniśmy być wdzięczni rosyjskiemu zaborcy - kto pił czaj z samowara wie o czym piszę ). Domu w którym panowała nieustająca wizytacja krewnych, sąsiadów, znajomych tych sąsiadów, no życie towarzyskie jakiego dzisiaj już nie znamy. Młodszemu pokoleniu mogę to jedynie wytłumaczyć tak - w domu zmaterializował się Fejsbook, Twitter i jeszcze Instagram - wszyscy nieustannie się kręcą po Waszych kontach i żądają lajkowania, czyli odwiedzin w swoich domach. Wizyty, rewizyty, ciężki obowiązek i nie ma że właśnie chciałeś sobie człowieku do kina powędrować, książkę poczytać, czy tam cóś innego zrobić - herbatka proszona u sąsiadki Iksińskiej, ze starszą panią która powinna tam być, bo jest kuzynką pierwszego stopnia męża Iksińskiej i którą wypada najpierw odwiedzić zanim się do Iksińskiej pojedzie ( albo choć bilet wizytowy zostawić jak się nie zdąży i nie zastanie rupiecia ), a po tej wizycie to najlepiej pojechać jeszcze do Igrekowej, to jutro już nie trzeba będzie nigdzie wyjeżdżać i można zaprosić rupiecia i Iksińską ( w tej kolejności ) do odwiedzin ( a jak przylezą jutro, to pojutrze jest wolne i można pranie uskutecznić ). Planowanie wizyt to jeszcze w początkach XX wieku była taka nauka przyswajana przez panienki z dobrych domów przez osmozę ( chłonęły w dzieciństwie i nastolęctwie ). Po co tak się spraszali? Nie tylko rozrywkowo i żeby konwenanse utrzymać, wizytki i szerokie kontakty sąsiedzkie miały pomóc dzieciom w zdobyciu lepszego "stanowiska życiowego", jak to pisała Zapolska. Jednak to nie pozwalało przekroczyć pewnych barier ( ach, ta Trędowata, he, he ) za to sprzyjało utrwalaniu konserwatyzmu ziemiańskiej społeczności, która w gruncie rzeczy obracała się jedynie w "swoich kręgach"
W każdym domostwie jest jakaś rzecz najcenniejsza, skarb rodzinny przekazywany z pokolenia na pokolenie. Te skarby mogą być bardzo różne, czytałam w jakimś wspomnieniu o dworkach polskich jak to córki rodziny poobrażały się na siebie z powodu "cygańskich" form do ciasta, tzw. blaszek, zostawionych w spadku nie tej osobie co trzeba. Najczęściej jednak skarb rodzinny był taki bardziej na pokaz, karabela co to przodek pod Chocimiem bisurmana nią tego...ten, łyżka srebrna herbowa po antenacie "na stanowisku" ( "bo my z Czartoryskich" ), kubek z którego kiedyś sam Naczelnik pił - takie skarby były cenione przez ludzi zamieszkujących dworki. W dworze Cieszkowskich na honorowym miejscu, z daleka od "rączek dziecięcych" ( w tym wypadku łapek turystów ) stoi sobie naczynko ze znakiem królewskim - splecione inicjały imion ostatniego króla Polski, pod królewską koroną. Naczynie ( pojemnik na lód? ) pochodzące być może z belwederskiej "farfurowni" króla Stasia, działającej króciutko bo tylko w latach 1770 - 1783, może być rzeczywiście unikatem ( ha, Kwiatowa pięknie dowiodła że to jest naczynko z manufaktury w Korcu powstałe w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku ). W dworze Cieszkowskich znalazło się chyba się za sprawą niedawno zmarłego prof. Marka Kwiatkowskiego, wieloletniego dyrektora Łazienek Królewskich w Warszawie i twórcy przytuliska dla dworów w Suchej. Pamiątka że się tak wypiszę "na miejscu" bo JKM Staś w roku 1787 ten dwór odwiedzić raczył.
Łoziński - "Mądrym zwyczajem staropolskim przestrzegano, aby dwór był budowany "na jedenastą godzinę", to jest, aby jego czoło czyli fasada frontowa miała pełne słońce w tej porze dnia, kiedy ono nie dobiega jeszcze samego południa" - nie wiem czy właśnie tak pierwotnie posadowiono względem światła i stron świata zbudowany w 1825 roku dwór z miejscowości Rudzienka ( zdjątko powyżej ), teraz jednak stoi trochę inaczej, wczesne popołudniowe słońce oświetlało wejście. Dworek zamknięty ale w sąsiednich budynkach ludzie, z kominów unosił się siwy, lekki dym z palonego drewna. Pusta stała Organistówka ( budyneczek z połowy XIX wieku z pierwszego zdjątka poniżej ) ale w dworku rodziny Berkanów i w starej oficynie dworskiej toczyło się życie ( oficyna dworska ze stajniami, lodownią, sadem staro - jabłoniowym i widokiem lasku z prześwitami tła czyli pastwiska dla koni to tematy pozostałych fotek ). Tak sobie myślę że niełatwo będzie ocalić to magiczne miejsce, gdzie stare dwory, oficyny, chałupy chłopskie żyją sobie skrzypiąc. Nie ma muzealnej woni, wypieszczonych eksponatów, tabliczek z napisami pod każdym eksponatem - to nie jest tego rodzaju ekspozycja. A jednak udało się ocalić w tym miejscu coś co zazwyczaj bardzo rzadko udaje się w obiektach muzealnych - ocalono atmosferę miejsc. Boję się że teraz mogą za ten skansen zabrać się ludzie, którzy nie pokumają czaczy i będziemy mieli kolejne, świeżo odmalowane, przecudnie błyszczące chałupki w zaprojektowanej zieleni ( inna wersja jest też przygnębiająca - może to się wszystko rozwalić ). Oj, chyba paciorek do Pambuka przyjdzie zmówić w intencji ocalenia tego mało muzealnego muzeum.
poniedziałek, 5 września 2016
Tour de Tajoj - kraina zapomnianych dworków - część pierwsza
"Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
stał dwór szlachecki, z drzewa lecz podmurowany;
Świeciły się z daleka pobielane ściany..."
stał dwór szlachecki, z drzewa lecz podmurowany;
Świeciły się z daleka pobielane ściany..."
Było, minęło i już nie wróci. Zostały tylko reminiscencje w architekturze domków jednorodzinnych - kolumienki rachityczne, dachy naczółkowe, jakieś podejrzane pseudobelkowania na podwieszanych sufitach. Prawdziwych dworków szlacheckich normalnie użytkowanych już prawie nie ma. Zmiotła je historia - na terenie dawnego zaboru rosyjskiego zanikanie dworków zaczęło się po powstaniu listopadowym, wraz z konfiskatami mienia powstańców przez władze carskie, na terenie zaboru austriackiego dworkom nie przysłużyła się rabacja a w bogatej Wielkopolsce drewniane dworki zastępowano murowanymi pałacykami. Dwie wojny światowe, pięćdziesiąt lat komuny - cud że w ogóle się jeszcze coś ostało i funkcjonuje. Tym bardziej że budownictwo drewniane jest bardziej niż to murowane narażone na nadgryzanie zębem czasu. Wędrując po wschodnim Mazowszu i południowym Podlasiu, w rejonie gdzie nie szaleją deweloperzy, można się jeszcze natknąć na prawdziwe dwory, także takie pozostające w prywatnych rękach.
Baczki - ukryta perełka
Do Baczek ( Baczków? ) zawędrowałyśmy za sprawą Mamelona - dziadek M. urodził się w Baczkach. W sąsiedniej Łopiance poznał babcię F. ( choć wszyscy F. to naprawdę z Brzózek, zaścianek to chyba kiedyś był ), z tego poznania wzięła się Krysia a później Krysi się uplingnęła Mamelon. Stąd pewnie pociąg Mamelona do różnych zapiekanych potraw ( ziemniaczek,+ miąsko, piekarnik - te klimaty ). Do odwiedzenia Baczek ( Baczków ) dodatkowo zachęciły nas fotki wystawiane w pałacu w Korczewie, starodrzew i staorobudów z rejonu był prezentowany. No, nie zawiedliśmy się, sfocone dworki stoją tam gdzie miały stać, starczo skrzypiąc jeszcze trwają.
Dworek z miejscowości zaczynającej się na literę B ( nie wiem jak tę nazwę odmieniać, znaczy jak robią to miejscowi, bo Mamelon to może już odmieniać po łódzku ) prawdziwa staroć z polowy XVIII wieku.
Budynek dworu zbudowany z bali szalowanych deskami, z wysokim dachem naczółkowym ( kiedyś był gont teraz niestety eternit ) i wejściem głównym z drewnianym gankiem, dodanym w 1827 roku, przez ostatnie 200 lat nie uległ solidniejszej przebudowie. Właściciele się zmieniali a on tak sobie trwa bezzmiennie. Powód prozaiczny - kasy brakowało i dworek już przed drugą wojną światową "robił" za letnisko dla mieszkańców Warszawy. Teraz też "robi", jak ktoś ma ochotę na pomieszkanie w prawdziwym starym dworku to może wynająć pokoje. Kuchnia domowa w pakiecie, a za tzw. potrzebą to w sposób XX - wieczny - żadnych sławojek, normalny kibelek z łazienką w domu. Wypoczynek raczej dla tych którym dyskoteki i smażalki nie są koniecznie do szczęścia potrzebne. Docenią za to dworkowe otoczenie. Niedaleko dworu znajduje się zabytkowy, murowany lamus. Wieść niesie że w XVII wieku mieściła się tam kaplica ariańska. Obecny budynek jednak pochodzi z XVIII wieku, z czasów kiedy arianie byli już tylko wspomnieniem. No chyba że prawdą jest że zbór, czy też zborek był tajny. Jak było trudno dziś dociec, tym bardziej że dochodzą jeszcze opowieści jak to po arianach w lamusie zalęgli się masoni ( pięcioramienna gwiazda umieszczona na drzwiach ) i tunel został pomiędzy dworkiem a lamusem wybudowany. Coś ponoć jest na rzeczy, bo drzewa nie chcą rosnąć na pasie ziemi pomiędzy oboma budynkami i krety kopców tam nie robią. Tajemnica znaczy! Kolejną tajemniczą sprawą jest jak to z parkiem dworskim było - tadam, tadam, kształtować miał go sam Richard Mique! Tak, tak, facet który stworzył dla Marie Antoinette Le Hameau de la Reine. Jakim cudem ktoś kto dwukrotnie odmówił markizowi de Marigny, bratu osławionej i w swym czasie wszechmocnej madame de Pompadour tworzył aleje parkowe na zapadłej polskiej wiosce? - oj, tajemnica Mundialu. Jedyne co przychodzi na myśl to czas kiedy Mique pracował jako premiere architecte dla króla polskiego i księcia lotaryńskiego Stanisława Leszczyńskiego. Później być nie mogło, bo z królewskimi zamówieniami z Wersalu miał dość roboty, a w czasie Rewolucji Francuskiej, zamiast zwiać za granicę, ten ulubiony architekt Marie Antoinette postanowił wziąć udział w spisku mającym na celu uwolnienie królowej Francji. Skończyło się to tak że wraz z synem wylądował na gilotynie i "narodowa brzytwa" zakończyła ich życie na trzy tygodnie przed upadkiem Robespierra i końcem wielkiego terroru. No, ale gdzieś się uplingło że Mique ogród tworzył. Może to zbieżność nazwisk ( ha, wszystkie Francuzy takie same, trudno rozróżnialne, stara sarmacka prawda ), a może jakaś zupełnie inna historia się za tym projektanctwem francuskim kryje. Dwór w Baczkach to prawdziwy tajemniczy dwór. Tym bardziej godny zobaczenia, a po parku naprawdę warto się przejść, człowiek wręcz się potyka o pomniki przyrody!
A teraz na powszechne życzenie czytających ( szczególnie wielbicielek hym... tego... męskich w wyrazie kształtów, he, he ) słynny Menhir z Korczewa. Paście oczęta do woli!
piątek, 2 września 2016
Bardzo wczesna jesień w Alcatrazie
Sorrky że nie ma jeszcze wpisów podróżniczych, ale muszę nad nimi posiedzieć na co teraz nie mam czasu. W ogóle na mało rzeczy mam teraz czas, z pisania przeszłam do ogrodowania w tych wolniejszych chwilach. Wpis jest zatem taki na chybcika, donoszący co tam w Alcatrazie się dzieje. No bo się dzieje, choć nie w tym tempie w jakim bym chciała żeby się działo ( Pan Andrzejek ma robotę, ja wyjazdy, koty fumy i muchy w nosie ). Zaczęłam dosadzanie wiosennych cebul, rzecz jasna od ukochanej odmiany narcyzka - 'Thalia' rządzi! Pojawi się w przyszłym roku w okolicy rozsadzonych host. Skusiłam się też na troszkę cebul bardzo "ogrodowej" odmiany 'Cheerfulness', staruszki powstałej gdzieś koło 1923 roku, więc szczęśliwie odpornej i zdrowej. Posadziłam trochę takich cebul w zeszłym roku i wiosenne kwitnienie było naprawdę udane. O innych cebulach jeszcze nie myślę, bezczelnie za to cieszę się kwitnącymi jesienią cebulaczkami - zimowity mają swoje pięć minut.
Na przyszłej Suchej - Żwirowej sedumkowe szaleństwo trwa w najlepsze, powolutku zaczynają kwitnienie "średnie" odmiany marcinków. W tym roku marcinki kwitną nietypowo, wczesne odmiany jeszcze się nie odmeldowały a średniaki już mają kwiaty. Na jesiennej przyszłej Suchej - Żwirowej marcinki i sedumki przejmują rolę zwabiaczy owadów od przekwitających lawandyn, hyzopa i jeżówek. Bzykania słychać nadal i tak ma być! Rozpoczął się sezon traw, może jeszcze nie jest bardzo spektakularny, ale za rok rozplenice, prosa i palczatki powinny należycie wyglądać. Zamierzam zrobić też przynajmniej jeszcze dwie kępy obiedki ( choć z nią to trzeba bawić się w pielenie siewek ), natomiast przystopuję już z miskantami i molinią. Rozplenic też mi już starczy, natomiast palczatek i sporolobusów mam nadal za mało.
W cienistej stronie Alcatrazu nastał czas anemonopsisów i cyklamenków. Urodnie i bardzo spokojnie, żadnych szaleństw jaskrawych kolorów. Po prostu trzysta sześćdziesiąt pięć odcieni zieleni ( na każdy dzień w roku jeden ) i tylko troszkę jasnych barw wczesnojesiennych kwiatów. Tak będzie aż do solidnej jesieni, w październiku jaskrawe kolory umierających liści dadzą po oczach. Teraz mam do czynienia z lekko zmęczoną zielenią ( lekko, bo lato u nas szczęśliwie nie było zbyt suche ). I to by było właściwie na tyle - piszę bye, bye i udaję się pilnować powideł ( udało mi się poparzyć rękę, taka ze mnie zgrabna kuchareczka ). Dobra, trochę ich przy okazji tego pilnowanego pichcenia ubywa ( nie przez odparowanie i spowidlenie ) - mam swoje słabości.
Na przyszłej Suchej - Żwirowej sedumkowe szaleństwo trwa w najlepsze, powolutku zaczynają kwitnienie "średnie" odmiany marcinków. W tym roku marcinki kwitną nietypowo, wczesne odmiany jeszcze się nie odmeldowały a średniaki już mają kwiaty. Na jesiennej przyszłej Suchej - Żwirowej marcinki i sedumki przejmują rolę zwabiaczy owadów od przekwitających lawandyn, hyzopa i jeżówek. Bzykania słychać nadal i tak ma być! Rozpoczął się sezon traw, może jeszcze nie jest bardzo spektakularny, ale za rok rozplenice, prosa i palczatki powinny należycie wyglądać. Zamierzam zrobić też przynajmniej jeszcze dwie kępy obiedki ( choć z nią to trzeba bawić się w pielenie siewek ), natomiast przystopuję już z miskantami i molinią. Rozplenic też mi już starczy, natomiast palczatek i sporolobusów mam nadal za mało.
W cienistej stronie Alcatrazu nastał czas anemonopsisów i cyklamenków. Urodnie i bardzo spokojnie, żadnych szaleństw jaskrawych kolorów. Po prostu trzysta sześćdziesiąt pięć odcieni zieleni ( na każdy dzień w roku jeden ) i tylko troszkę jasnych barw wczesnojesiennych kwiatów. Tak będzie aż do solidnej jesieni, w październiku jaskrawe kolory umierających liści dadzą po oczach. Teraz mam do czynienia z lekko zmęczoną zielenią ( lekko, bo lato u nas szczęśliwie nie było zbyt suche ). I to by było właściwie na tyle - piszę bye, bye i udaję się pilnować powideł ( udało mi się poparzyć rękę, taka ze mnie zgrabna kuchareczka ). Dobra, trochę ich przy okazji tego pilnowanego pichcenia ubywa ( nie przez odparowanie i spowidlenie ) - mam swoje słabości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































