sobota, 1 października 2016
W Alcatrazie w miesiącu dziesiątym szykują się "prace nieustające"
No i mamy piździernik, najbardziej kobiecy miesiąc roku. Kiedyś był miesiącem oszczędności ale od czasu kiedy moje myśli kręcą się koło ogroda to jest miesiąc baaardzo wydatkowy. Krzewy różane i nie tylko różane, cebule i tzw okazje bylinowe ( kupujcie bo nam się nie opłaca tego trzymać, upusty dajemy takie że natychmiast widać ile kosztowało nas pozyskanie rośliny od producenta ) - wszystko czyha żeby mnie w zakupoholizm wpędzić i powodować ciężkie wyrzuty resztek sumienia. W tym roku piździernik będzie jeszcze bardziej niż zazwyczaj wydatkowy, cholerny rachunek za wodę przyjdzie zapłacić. Z trwogą oczekuję rachuneczku wystawionego za walkę z suszą, chętnie bym go spuściła Wielkiemu Ogrodowemu do zapłacenia, ale się boję że w ramach dopieszczania i spełniania moich życzeń Wielki Ogrodowy by zesłał wody przez czterdzieści dni padające, albo coś równie miłego wykombinował. Lepiej nie mieszać instancji Najwyższej w codzienne sprawy o czym niebawem przekonają się nasi politycy radośnie szukający "nośnych" tematów zastępczych żeby przykryć problem coraz bardziej widocznego dna w państwowej kasie. Przy okazji objawiają się kretyni doskonali, w związku z czym mój prywatny ranking palantów nieco się zmienił - obecnie bryluje niedorozwój, któremu wydaje się że usunięcie ciąży pozamacicznej jest tożsame z wyłyżeczkowaniem macicy. No niby burza zazwyczaj przed ciszą. "Nośny" temat się wynosi, kasy od niego nie przybędzie, pamiętliwość babska rozjuszona może nie dać się przed następnymi wyborami wyciszć pięćsetką. Tym bardziej że wyborczy motorek czyli dość roszczeniowo nastawione pokolenie 18 - 30 latków będzie się musiało zmierzyć z dorosłym życiem i pokuma że od bogoojczyźnianości garnek się nie zapełnia a dawać na zapełnienie tego garnuszka to nie ma z czego. Znaczy prędzej czy później się uspokoi ale na razie będziemy mieli show. Piździernikowy!
Na szczęście politycy politykami a świat i tak zmierza tam gdzie ma zmierzać, ignorując coraz bardziej puste gadki żon i mężów stanu. Chaos panie widzę, chaos, co jest normalne bo jesień zazwyczaj taka poplątana. Na ogrodowych rabatach jest to szczególnie widoczne, wszystko poprzerastane, wijące się i wyłażące ze swoich "ram". Ten jesienny ogrodowy chaos jakoś nigdy mi nie przeszkadzał. To zupełnie inna bajka niż wiosenne czystości, wychylające się ze świeżo wzruszonej ziemi zieloniutkie kiełki, dyskretne wygrabienia liści ze stanowisk drobnicy cebulowej czy przycięte należycie pędy róż. No wiosna to taki porządkowy czas a jesień jest radośnie bałaganiarska. Jednak przy tym całym wspaniałym bałaganie nie da się uniknąć jesiennych porządków, przynajmniej w Alcatrazie nie da się ich uniknąć. Przyszedł czas na dzielenie kępy irysów syberyjskich posadzonej naście lat temu. W czwartek ten czas przyszedł. Zadanie z tych dla bohaterów kina akcji z lat osiemdziesiątych - dwa szpadle, mała siekierka, tasak do mięsa, wiadra z wodą i wąż na wszelki wypadek, apteczka i nalewka od Ewandki jakby mnie miał szlag trafić. Normalnie jak Arnie mogłam napaść z tym wszystkim na myśliwiec albo dowalić upierdliwemu kosmicie o gębie błonkówki a odnóżach człowiekowatego. Pan Andrzejek w pracy, więc była solówka - cud że mi jelit nie opróżniło przy tych wykopkach, no w każdym razie stękałam i to na tyle głośno że do ogrodu zajrzała moja sąsiadka Pani Gienia z prześcieradłem ( ostatnie stękania ogrodowe miały miejsce wtedy kiedy przesadzałam krzewy ciągnąc ich bryły na starych prześcieradłach ). Chyba powinnam popracować nad wokalną stroną prac ogrodowych, stękania zastąpić pianiem pieśni o radości jaką daje praca, może przebój krasnoludkowy "Hey Ho" albo jakieś dziarskie śpiewanie w stylu hufców OHP. W takim przypadku "zbiegnięte" sąsiadki nie będą miały w oczach popłochu i odejdzie je chęć wycierania mi czółka przywleczonymi prześcieradłami ( "Czy otrzeć panu czoło doktorze? "Tak siostro i proszę podać nożyce Metzenbauma" ). W każdym razie prześcieradło się przydało, we dwie przeniosłyśmy na nim całą olbrzymią irysową kępę z rabaty na były Tyrawnik. No i zaczęłam dzielić! Dobra wiadomość jest taka że mam palce, zła jest taka że mam je dlatego że jednak zdecydowałam się czekać na Pana Andrzejka i jego silne męskie ramię. Cóż, raz tylko pieprznęłam siekierką pożyczoną od Małgoś - Sąsiadki, Pani Gienia kwiknęła i zrobiła się blada - rzeczywiście blisko było moich własnych paluszków. Zapomniawszy że siekierstwa nie powinnam dotykać, bo to się zawsze jakoś kiepsko kończy. Tak, tak, jednak upierdliwego kosmitę o twarzy błonkówki a odnóżach człowiekowatego po mojemu to najlepiej załatwić trucizną, a myśliwiec uziemnić wsypując cukier albo piasek do paliwa - takie delikatne, prawdziwie kobiece podejście prezentuję. Sarah Connor w wersji light, więcej mózgu mniej mięśni. Lightowa Sarah Connor nigdy by nie dopuściła żeby kępa irysów syberyjskich była nastoletnia, ona by ją załatwiła jednym palcem po siedmiu, najwyżej dziewięciu latach w gruncie. Takie sobie mam przemyślenia nad kobiecym podejściem do spraw wielu, dużo rozmyślań babskich przede mną w tym miesiącu piździerniku.
Jeżeli myślicie że na wykopkach i dzieleniu jednej kępy irysów się skończyło to jesteście w błędzie. Ciężko pokorzonkowana Mamelon od pewnego czasu nosiła się z ograniczeniem roli traw w Mamelonoison . Przeczekałyśmy kiedy z etapu Kwasimąt ( polska wersja imienia Quasimodo, licentia poetica mojej Mamy ) Mamelon przeszła w etap Homo prawie erectus ( bez wycieczek w stronę intelekta ) i zabrałyśmy się do wykopków. Po iryskach trawy to był właściwie light i choć Mamelona znowu lumbago pokręciło to jednak nie na tyle silnie żeby planów wyjazdowych nie snuła. Wykopane i podzielone trawy ( przezornie nie dotykałam siekiery, Mamelon jako "techniczna" nią pracowała ) przewiozłyśmy z Mamelonoison do Alcatrazu na taczce pożyczonej od miłego sąsiedztwa Mamelona ( mają kota i chyba trzy psy ), samodzielnie, żeby Sławencjusz widział naszą dzielność, bo coś nas ostatnio deprecjonował i nawet straszenie że wprowadzi się w Mamelonowo - Sławencjuszowym domu porządki à la Cio Mary ( dobra, stara pruska szkoła, preußischer Drill w najlepszym wydaniu ) miał za nic. Z traweczkami obracałyśmy dwa razy, wzbudzając entuzjazm pracowników fabrycznych ( "Gdzie panie idą z tym perzem?!" ) no i jak już wyładunek został uskuteczniony to kępy wymagały natychmiastowego sadzenia. Mamelon odtaczkowała i wzięła się za sadzenie w doniczce ozdóbstwa sezonowego z wrzosów a potem zaleczała lumbago, a ja przystąpiłam do robót ciężkich. Wkopałam te prosa i miskanty ale nie starczyło mi już sił i czasu na niewielkie sieweczki Stipa pekinensis od Sylwika. Ciemno było jak z ogroda do domu ściągnęłam. Dałam żyr kotostwu, napiłam się gorącego mleka i odpłynęłam. W nocy w odpowiedzi na kocie ryki "Wpuść nietoperza! Natychmiast!" zareagowałam naciągnięciem poduszki na głowę i czarownymi snami o sadzeniu cebulek błyskawicznie rosnących. Sen był proroczy, rano przyszły pocztą ściepkowe cebulki. Po zeszłorocznym niewypale z Galanthus woronowii, które okazały się puszkinią, kupiłam cebulki w "lepszej szkółce" w Holandii. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam też śliczną odmianę zwykłej śnieżyczki przebiśnieg , znaczy "nivaliski" - 'Viridapice'. To odmiana z zielonymi znamionami na płatkach. W ogóle tak mi się jakoś przebiśniegnęło - po wielu latach postanowiłam wprowadzić odmianę 'Flore Pleno' która bezczelnie mi zawsze wypadała ( nie wiedzieć czemu, bo inne przebiśniegi rosły całkiem nieźle ). W miesiąc piździernik znaczy wchodzę ogrodowo zapracowana, choć sobotka dzień od ogroda wolny - jadę jak się rozjaśni "na starocie"!
Fotki ozdabiające to tak z całego ogrodu - sezon marcinkowy w pełni jak widzicie, a w ogóle to jesiennie mocno się robi przez tę suszę. Meg napisała że wyobraża sobie mój Alcatraz jako pejzaż dodany czy coś w tym guście. No fakt, coś trzeba stworzyć bo industrialnie wokół. Jak na razie, to jest w planie wielka akcja odnawłociowania czyli szykuje się pejzaż w stylu soc, he, he. No chyba że zaniemogę czy cóś, np. macica mnie wypadnie z wysiłku i będzie się pętała w okolicy kolan. Taka dolegliwość ogrodowo - piździernikowa, jaka może mieć miejsce bo po nawłociach przyjdzie czas na kolejne przesuwanie krzewów.
poniedziałek, 26 września 2016
Cebulizm wiosenny jako funkcja społeczeństwa konsumpcyjnego
No i nastał nam ogrodniczy szał, ogrodnicy jak co roku rzucili się cebulować wiosennie. Tulipanki, Panie tego, narcyzki, hiacynty, cała holendernia do ogródków różnej wielkości. Kupuję sama, kupuje Mamelon ale super atrakcja to jest wtedy gdy, przyznam bezczelnie, podglądamy co kupują inni. Reflekszyn jest taka - wiosną strach się będzie bać. Ogrodnicy z lubością wybierają zestawy jadowite - niesłychanie oryginalne, przecywilizowane do granic możliwości tulipany ( crispa na płatkach "po całości", kwiat à la karczoch lub gałka lodów, piękne Panie tego, piękne ) w liczbie cebula sztuk jeden za cenę zbliżoną do wartości które zaciskają mnie gardło i do tego hiacynty o dubeltowych kwiatach i narcyzka ciężkosfalbanionego. Świeżo po lekturze Megowego Porozmawiajmy o roślinach , wpisu niby na temat doboru roślin do ogrodów ( niby bo temat jakby wyjściowy do dalszych rozkmin natura a my ), doszłam do wniosku że głosy podobne do głosu Meg, to głosy wołające nawet nie na Puszszczy Białowieszczańskiej, to jakieś szepty na amazońskiej selwie. Po prostu jadowite królują! A królują bo taka jest potrzeba, "...to jest miś na miarę naszych możliwości". Na cholerę komu drobnica cebulowa, naturalizm nasadzeń wpisujący się w otoczenie? Roślina ma być widoczna - najlepiej z okna sąsiada.
To nie jest tak że ja się wzdrygam jak na tulipany ogrodowe, hiacynty czy narcyzy, mieszańce wielogatunkowe patrzę, nic z tych rzeczy. Jeden z najpiękniejszych ogrodów wiosennych jakie widziałam to stare, poczciwe apeldoorny wśród morza różnobarwnych pierwiosnków wszelkich gatunków, pod "dachem" z kwitnących gałęzi starych jabłoni. Niedaleko mnie był ten ogrodowy sad, niestety nie ma już po nim śladu. Tak, tak, tujeczki już tam rosną. Na szczęście jeszcze nie "po całości", ale pewnikiem niedługo się rozpełzną. Lubię liliokształtne tulipanowe różowości, które sadzi Mamelon - w ogrodzie miejskim nawet bardziej wydumane kwieciszcza dobrze wyglądają. Razi mnie jednak nagromadzenie "oryginalności", ocierające się o banał pragnienie nowości na rabacie.
W ogóle rabatyzm przy okazji cebulowania wiosennego z nas wyłazi. Rabata taka, rabata sraka a ogród jako całość leży. Sama nie jestem wolna od takiego postrzegania ogrodu, choć pocieszająco sobie wmawiam że mnie tłumaczą szopki nieustająco "w rozbiórce", które mi przestrzeń dzielą ( jakby ich nie było pewnie by ją dzieliły cisy, co prawda "mało nasadzeniowe" , bo nie w donicach, he, he ). Wiosenną porą wylezą jak Polska długa i szeroka, w miastach i na wsiach, wśród betonów i pól prześliczne "łany sztuk jeden" najnowszej tulipanowej nowości, cztery na krzyż hiacynty o dubeltowych kwiatach ( rzecz jasna każdy w innym kolorze, żeby ładniej było ) i jakieś skromne stadka ( sztuk pięć ) narcyzków ciężkosfalbanionych. Metody sadzenia cebul w "powszechnej świadomości" są dwie - swojska czyli kolorowo, falbaniaście i w ogóle różnorodnie do zarzygania ( im więcej kolorków i kształtów różnorakich tym rzyg ciekawszy a życie barwniejsze ) i monochromatyczna zwana elegancką ( "projektant mi to robił" - rok przymusowego zbierania papierków do kosza po parkach dla projektanta, bez możliwości zawieszenia kary ( o ile zrobił to bezmyślnie, epigońsko i w miejscu "nie na temat" ), lub nie umiem poradzić sobie z doborem kolorów i kształtów, że o roślinach nie wspomnę i wybieram bezpieczne rozwiązanie czyli takie żeby nikt nie posądził mnie o brak tzw. gustu ). O komponowaniu roślin i dobieraniu ich barw i pokroju kwiatów nie szumią u nas wierzby. A jak nie szumią o dobieraniu roślin na rabaty to jak mogą szumieć o wpisywaniu rabat w ogród a ogrodu w otoczenie?
Przeciętny ogrodnik czyli taki "początkowy Tabs", ktoś kim byłam na początku mojej przygody z ogrodem, nie myśli tak jak projektant - ogród jako całość. On tak od myślenia o niewielkiej przestrzeni zaczyna ogrodowanie, powoli się rozwija jak ten pierwiosnek na wiosnę. "Opanowuje" rabatę jako etap swojego ogrodowania, potem rzuca się na "opanowanie" ogrodu, wreszcie chce "opanowany" jakoś wkomponować w większą całość. Czasem zatrzymuje się na jakimś z etapów ogrodowania, zasklepia się z różnych przyczyn, czasem nie od niego zależnych, na rabatce czy ogrodzie. Jak tu zaogrodować w miejskim domku szeregowym i wpisywać się w otoczenie? He, he "po projektancku" to byłoby prosto - sadzić tuje jak sąsiedzi. Ha i ludziska to robio, a na tle tych tuj pozwalają sobie na oryginalność, najlepiej kupując "oryginalne" rośliny, takie "oryginalne" tulipany na przykład. I nie poprzestają na nich! Wszystko inne rośliny też powinny być oryginalne! Przyjemniej nam będzie, poczucie "lepszości" naruszone przytłaczającym tujakowym uniformzimem zaspokojone. Krajobraz miejski tworzony przez dość zwartą zabudowę i niezbyt duże ogrody, tujowy jak z rozdzielnika, rozpełzł się nam po wsiach nie wiadomo dlaczego, podejrzewam że z poczucia że miastowe znaczy lepsze.
Bywszy ostatnio na wsi nad morzem, rozejrzawszy się po ogródkach i z przerażeniem stwierdziwszy że i na wsi miastowa rodem oryginalność totalnie banalnieje. OK rozumiem jeszcze ( z trudem ) wiejskie przedogródki zaiglaczone do niemożliwości ale w tzw. linii zabudowy tworzące jakąś tam całość, ale to co się dzieje z tyłu domu? W trzech obtujaczonych ścianach ogrodu takosamość i tylko te rośliny przecudnie oryginalne, niepowtarzalne nowości mają być inne ( mają bo sąsiedzi kupują zazwyczaj to samo ). Po prostu właściciele tych "ogródków" są jeszcze na bardzo wczesnym etapie rabaty, etap ogród gdzieś za widnokręgiem . Mogą w ten etap ogród nigdy nie wejść, basenik razem z tym urządzeniem do skakania czyhają. Cebulowe z racji swojej biologii szybko, znacznie szybciej niż byliny czy krzewy oryginalność i inność zapewniają, to coś jak mebelki z odrzutów z eksportu wtłoczone w takie M- 3 w późnym PRL-u. No, wyobraźnia uśpiona, najnowsza cebulowa nowość zastępuje kreatywność, kupione poczucie "prawdziwego ogrodowania" przyniesione z marketu, z kolorowym obrazkiem opakowaniowym na cebulach, jakiego jeszcze "nikt tu nie widział" - tak, to ma coś ze smutku PRL-u. A starsze, sprawdzone rośliny ogrodowe czy takie na wpół polne? Babciowość, staroć, "wiocha" nie pasi w naszym nowym lepszym życiu, niezależnie czy mieszkamy w mieście, czy na wsi, w starej chatce, domku szeregowym, wolnostojącym, rezydencji. Pragnienie bycia oryginalnym czyli lepszym w nas tkwi. Im mniej kasy tym większe parcie na "oryginalność" ( rezydencjonalni mogą sobie pozwolić na "babciowość", staroć i "wiochę", mniej do udowadniania mają sobie samym - ale rzadko pozwalają, pewnie dlatego że rezydencjonalni to głównie tzw. pierwsze pokolenie ). "Oryginalność" w postaciu "hitu sezonu'" z przoda ogroda ( niech widzą ) i z tyła ogroda ( niech podglądają a my wiedzą ) i ogrodnik pełną gębą, szczęśliwy bo pokazał albo wie że ma. Ha, "oryginalność" w postaci cebulowych nasadzeń to satysfakcja nie tylko ogrodnicza instant, za pół roku zadamy szyku.
Pokupność takich a nie innych cebul wiosennych więcej mówi o polskim ogrodowaniu niż jakiekolwiek inne zakupy ogrodowe. O gustach wynikających z potrzeby dopieszczenia ego ( najnowszy hicior z Holandii - jesteś tego warta lub wart ), o marzeniach nie tylko ogrodowych, o naszej świadomości. Trochę smętnie bo po mojemu wychodzimy na straszliwie konsumenckie społeczeństwo, takie jeszcze nienażarte, spragnione użycia, śliczności nad ślicznościami reklamowanych gdzie się da, oderwane od świata bo zagonione do kupowania i z tego kupowania czerpiące satysfakcję. Zazwyczaj nienażarte jest prymitywne, tak mi z tyłu głowy się tłucze, przed czym się bronię ręcami i nogami bo jeszcze mi się poczucie wyższości ciężko tłumione ( taa, każdy ma wady, a niektórzy nawet mają naprawdę wielkie i wspaniałe wady ) w pogardę rozwinie. Kuźwa, społeczeństwo na etapie rabatki!
Marzy mi się że oto triumfalnie powracają do ogrodów "zwykłe" rośliny cebulowe, chamskie, stare odmiany "dające radę", dzikuny z natury przyswojone. Przyuważyłam że szczęśliwie masowe zakupy w dyskontach sprzyjają starym odmianom wiosennych cebulowych. Wielkie paki za tanie pieniądze, kuszące ceną oszczędne ogrodniczki i oszczędnych ogrodników. Ha, to nie wstyd ( jeszcze ) biedronkować czy lidlować. Może uda się przejść ten etap kretyńskiego konsumenctwa i zachłyśnięcia odblaskowymi , fosforyzującymi, stepującymi i mówiącymi wierszyki najnowszymi z nowych holenderskich cebulakami bez naprawdę powszechnego zacebulowania tulipanowymi, hiacyntowymi, narcyzowymi eksperymentami, nie zawsze udanymi za to z dobrym marketingiem w tle. Oby!
Dzisiejsze fotki są takie żeby nie wyszło że ja "naturalistyczna" ogrodowo do bólu, bo to nie jest prawda. Uprawiam różne cebulowe, na ogół niedoceniane przez sąsiedztwo, he, he.
To nie jest tak że ja się wzdrygam jak na tulipany ogrodowe, hiacynty czy narcyzy, mieszańce wielogatunkowe patrzę, nic z tych rzeczy. Jeden z najpiękniejszych ogrodów wiosennych jakie widziałam to stare, poczciwe apeldoorny wśród morza różnobarwnych pierwiosnków wszelkich gatunków, pod "dachem" z kwitnących gałęzi starych jabłoni. Niedaleko mnie był ten ogrodowy sad, niestety nie ma już po nim śladu. Tak, tak, tujeczki już tam rosną. Na szczęście jeszcze nie "po całości", ale pewnikiem niedługo się rozpełzną. Lubię liliokształtne tulipanowe różowości, które sadzi Mamelon - w ogrodzie miejskim nawet bardziej wydumane kwieciszcza dobrze wyglądają. Razi mnie jednak nagromadzenie "oryginalności", ocierające się o banał pragnienie nowości na rabacie.
W ogóle rabatyzm przy okazji cebulowania wiosennego z nas wyłazi. Rabata taka, rabata sraka a ogród jako całość leży. Sama nie jestem wolna od takiego postrzegania ogrodu, choć pocieszająco sobie wmawiam że mnie tłumaczą szopki nieustająco "w rozbiórce", które mi przestrzeń dzielą ( jakby ich nie było pewnie by ją dzieliły cisy, co prawda "mało nasadzeniowe" , bo nie w donicach, he, he ). Wiosenną porą wylezą jak Polska długa i szeroka, w miastach i na wsiach, wśród betonów i pól prześliczne "łany sztuk jeden" najnowszej tulipanowej nowości, cztery na krzyż hiacynty o dubeltowych kwiatach ( rzecz jasna każdy w innym kolorze, żeby ładniej było ) i jakieś skromne stadka ( sztuk pięć ) narcyzków ciężkosfalbanionych. Metody sadzenia cebul w "powszechnej świadomości" są dwie - swojska czyli kolorowo, falbaniaście i w ogóle różnorodnie do zarzygania ( im więcej kolorków i kształtów różnorakich tym rzyg ciekawszy a życie barwniejsze ) i monochromatyczna zwana elegancką ( "projektant mi to robił" - rok przymusowego zbierania papierków do kosza po parkach dla projektanta, bez możliwości zawieszenia kary ( o ile zrobił to bezmyślnie, epigońsko i w miejscu "nie na temat" ), lub nie umiem poradzić sobie z doborem kolorów i kształtów, że o roślinach nie wspomnę i wybieram bezpieczne rozwiązanie czyli takie żeby nikt nie posądził mnie o brak tzw. gustu ). O komponowaniu roślin i dobieraniu ich barw i pokroju kwiatów nie szumią u nas wierzby. A jak nie szumią o dobieraniu roślin na rabaty to jak mogą szumieć o wpisywaniu rabat w ogród a ogrodu w otoczenie?
Przeciętny ogrodnik czyli taki "początkowy Tabs", ktoś kim byłam na początku mojej przygody z ogrodem, nie myśli tak jak projektant - ogród jako całość. On tak od myślenia o niewielkiej przestrzeni zaczyna ogrodowanie, powoli się rozwija jak ten pierwiosnek na wiosnę. "Opanowuje" rabatę jako etap swojego ogrodowania, potem rzuca się na "opanowanie" ogrodu, wreszcie chce "opanowany" jakoś wkomponować w większą całość. Czasem zatrzymuje się na jakimś z etapów ogrodowania, zasklepia się z różnych przyczyn, czasem nie od niego zależnych, na rabatce czy ogrodzie. Jak tu zaogrodować w miejskim domku szeregowym i wpisywać się w otoczenie? He, he "po projektancku" to byłoby prosto - sadzić tuje jak sąsiedzi. Ha i ludziska to robio, a na tle tych tuj pozwalają sobie na oryginalność, najlepiej kupując "oryginalne" rośliny, takie "oryginalne" tulipany na przykład. I nie poprzestają na nich! Wszystko inne rośliny też powinny być oryginalne! Przyjemniej nam będzie, poczucie "lepszości" naruszone przytłaczającym tujakowym uniformzimem zaspokojone. Krajobraz miejski tworzony przez dość zwartą zabudowę i niezbyt duże ogrody, tujowy jak z rozdzielnika, rozpełzł się nam po wsiach nie wiadomo dlaczego, podejrzewam że z poczucia że miastowe znaczy lepsze.
Bywszy ostatnio na wsi nad morzem, rozejrzawszy się po ogródkach i z przerażeniem stwierdziwszy że i na wsi miastowa rodem oryginalność totalnie banalnieje. OK rozumiem jeszcze ( z trudem ) wiejskie przedogródki zaiglaczone do niemożliwości ale w tzw. linii zabudowy tworzące jakąś tam całość, ale to co się dzieje z tyłu domu? W trzech obtujaczonych ścianach ogrodu takosamość i tylko te rośliny przecudnie oryginalne, niepowtarzalne nowości mają być inne ( mają bo sąsiedzi kupują zazwyczaj to samo ). Po prostu właściciele tych "ogródków" są jeszcze na bardzo wczesnym etapie rabaty, etap ogród gdzieś za widnokręgiem . Mogą w ten etap ogród nigdy nie wejść, basenik razem z tym urządzeniem do skakania czyhają. Cebulowe z racji swojej biologii szybko, znacznie szybciej niż byliny czy krzewy oryginalność i inność zapewniają, to coś jak mebelki z odrzutów z eksportu wtłoczone w takie M- 3 w późnym PRL-u. No, wyobraźnia uśpiona, najnowsza cebulowa nowość zastępuje kreatywność, kupione poczucie "prawdziwego ogrodowania" przyniesione z marketu, z kolorowym obrazkiem opakowaniowym na cebulach, jakiego jeszcze "nikt tu nie widział" - tak, to ma coś ze smutku PRL-u. A starsze, sprawdzone rośliny ogrodowe czy takie na wpół polne? Babciowość, staroć, "wiocha" nie pasi w naszym nowym lepszym życiu, niezależnie czy mieszkamy w mieście, czy na wsi, w starej chatce, domku szeregowym, wolnostojącym, rezydencji. Pragnienie bycia oryginalnym czyli lepszym w nas tkwi. Im mniej kasy tym większe parcie na "oryginalność" ( rezydencjonalni mogą sobie pozwolić na "babciowość", staroć i "wiochę", mniej do udowadniania mają sobie samym - ale rzadko pozwalają, pewnie dlatego że rezydencjonalni to głównie tzw. pierwsze pokolenie ). "Oryginalność" w postaciu "hitu sezonu'" z przoda ogroda ( niech widzą ) i z tyła ogroda ( niech podglądają a my wiedzą ) i ogrodnik pełną gębą, szczęśliwy bo pokazał albo wie że ma. Ha, "oryginalność" w postaci cebulowych nasadzeń to satysfakcja nie tylko ogrodnicza instant, za pół roku zadamy szyku.
Pokupność takich a nie innych cebul wiosennych więcej mówi o polskim ogrodowaniu niż jakiekolwiek inne zakupy ogrodowe. O gustach wynikających z potrzeby dopieszczenia ego ( najnowszy hicior z Holandii - jesteś tego warta lub wart ), o marzeniach nie tylko ogrodowych, o naszej świadomości. Trochę smętnie bo po mojemu wychodzimy na straszliwie konsumenckie społeczeństwo, takie jeszcze nienażarte, spragnione użycia, śliczności nad ślicznościami reklamowanych gdzie się da, oderwane od świata bo zagonione do kupowania i z tego kupowania czerpiące satysfakcję. Zazwyczaj nienażarte jest prymitywne, tak mi z tyłu głowy się tłucze, przed czym się bronię ręcami i nogami bo jeszcze mi się poczucie wyższości ciężko tłumione ( taa, każdy ma wady, a niektórzy nawet mają naprawdę wielkie i wspaniałe wady ) w pogardę rozwinie. Kuźwa, społeczeństwo na etapie rabatki!
Marzy mi się że oto triumfalnie powracają do ogrodów "zwykłe" rośliny cebulowe, chamskie, stare odmiany "dające radę", dzikuny z natury przyswojone. Przyuważyłam że szczęśliwie masowe zakupy w dyskontach sprzyjają starym odmianom wiosennych cebulowych. Wielkie paki za tanie pieniądze, kuszące ceną oszczędne ogrodniczki i oszczędnych ogrodników. Ha, to nie wstyd ( jeszcze ) biedronkować czy lidlować. Może uda się przejść ten etap kretyńskiego konsumenctwa i zachłyśnięcia odblaskowymi , fosforyzującymi, stepującymi i mówiącymi wierszyki najnowszymi z nowych holenderskich cebulakami bez naprawdę powszechnego zacebulowania tulipanowymi, hiacyntowymi, narcyzowymi eksperymentami, nie zawsze udanymi za to z dobrym marketingiem w tle. Oby!
Dzisiejsze fotki są takie żeby nie wyszło że ja "naturalistyczna" ogrodowo do bólu, bo to nie jest prawda. Uprawiam różne cebulowe, na ogół niedoceniane przez sąsiedztwo, he, he.
piątek, 23 września 2016
El Murciélago y Los Pindulamentos
Powoli wychodzą z letnich uczuleń ( nie ma już noska jak tyłek pawiana, zarasta siorstka ), ciągnących się zapaleń spojówek, "starczych zmian charakterologicznych" tym podobnych przypadłości. Dają mi strasznie popalić i w ogóle są niewdzięczne, być może przez to że u sąsiada zalągł się uratowany spod kół ciężarówki mały kot. Dotychczas wdzięczyły się one do sąsiadego, on do nich ( zwierząt w domu nie chciał bo pracuje, a teraz buch, chyba kota do matki będzie woził - swojej nie kociej, albo próbował podrzucić do Małgoś - Sąsiadki ), a tu konkurencja nagle się wniosła i obłaskawianie sąsiada ukróciła. W związku ze związkiem mam w domu baaardzo głośne koty, ich miauki niosą się po chałupie ( i nie tylko ) bo w końcu konkurencja musi wiedzieć że oto: moje koty, były tu pierwsze i są najprawowitszymi z prawowitych właścicielami kamienicy, ogrodu, mnie, Małgoś - Sąsiadki, nietoperza, wszystkich srok, nornic i ich pokrewnych oraz praw do zaczepiania lokatorów, wyżebrywania żarcia, udawania zdechlaka na dachach szopek. Mariachi Los Pindulamentos dają nieustający koncert. Poranne ryki przy lodówce to już nie pięciominutowe kawałki, to prawie półgodzinny występ chóralny ( do tej pory głównie pruły się Felicjan i Sztaflik, czasem tylko włączał się Lalek - teraz wszystkie, cała cholerna piątka pruje sznupy, najpierw domagająco, potem pomiaukują groźnie w czasie żarcia, na koniec posiłku jest głośne info że zeżarły, a potem się już tylko leją, z piskami i miaukami rzecz jasna ). Im dalej w dzień tym ryki robią się głośniejsze i dłuższe, wieczorny posiłek przypomina wieczór w operze.
Jakby tego było mało to nasz domowy nietoperz zapałał uczuciem do moich karniszy, no cudownie z nich się zwisa, cudownie! Co drugą noc budzi mnie przeciągłe wycie Lalka ( nie wiem jak to jest możliwe że on takie basowe tony wydaje ) i błagalne Felicjana "Proszę Cię, złap mi go, będę się z nim bawił w morderstwo". Taa, ja już wiem że to na cześć Batmana, który właśnie znów nas odwiedził. Podnoszę powieki i usiłuje zabić dziecię nocy wzrokiem bazyliszka. Nietoperz odporny. Batman wykonuje stały program, najpierw zwisa i prowokuje bezruchem, potem poćwierkuje po swojemu ( ja nie słyszę ale koty doskonale wyłapują te dźwięki i jest szał ciał z rzucaniem się na ściany, oczywiście tzw. ściana dźwięku przy tym ), a gwoździem programu jest wielokrotny oblot chałupy pod koniec jego wizyty, w czasie którego Los Pindulamentos brzmią jak z nagłośnieniem potrzebnym na stadionie. Nie znoszę od młodej wiosny do późnej jesieni spać przy zamkniętych oknach, ale jestem tak zmęczona że bezczelnie zamknę netoperkowi okno przed ryjem ( niewyjściowym zresztą ). Qrczę, jestem gotowa bestii karnisz na zewnątrz chałupy zamontować i tam niech dla kotów lata ( sąsiedzi będą mnie kochać że ho, ho, ho ). Koty się u mnie rozbestwiają a ja mam coraz mniej sił. I w ogóle to niewyspana jestem! Cholerny wąpierz wraz z zespołem towarzyszącym energię ze mnie wysysa po nocach.
Jakby tego było mało to nasz domowy nietoperz zapałał uczuciem do moich karniszy, no cudownie z nich się zwisa, cudownie! Co drugą noc budzi mnie przeciągłe wycie Lalka ( nie wiem jak to jest możliwe że on takie basowe tony wydaje ) i błagalne Felicjana "Proszę Cię, złap mi go, będę się z nim bawił w morderstwo". Taa, ja już wiem że to na cześć Batmana, który właśnie znów nas odwiedził. Podnoszę powieki i usiłuje zabić dziecię nocy wzrokiem bazyliszka. Nietoperz odporny. Batman wykonuje stały program, najpierw zwisa i prowokuje bezruchem, potem poćwierkuje po swojemu ( ja nie słyszę ale koty doskonale wyłapują te dźwięki i jest szał ciał z rzucaniem się na ściany, oczywiście tzw. ściana dźwięku przy tym ), a gwoździem programu jest wielokrotny oblot chałupy pod koniec jego wizyty, w czasie którego Los Pindulamentos brzmią jak z nagłośnieniem potrzebnym na stadionie. Nie znoszę od młodej wiosny do późnej jesieni spać przy zamkniętych oknach, ale jestem tak zmęczona że bezczelnie zamknę netoperkowi okno przed ryjem ( niewyjściowym zresztą ). Qrczę, jestem gotowa bestii karnisz na zewnątrz chałupy zamontować i tam niech dla kotów lata ( sąsiedzi będą mnie kochać że ho, ho, ho ). Koty się u mnie rozbestwiają a ja mam coraz mniej sił. I w ogóle to niewyspana jestem! Cholerny wąpierz wraz z zespołem towarzyszącym energię ze mnie wysysa po nocach.
czwartek, 22 września 2016
"Pani Tereska" i rozmyślania o netowym złodziejstwie
Postanowiłam się wypisać bo problem z tych wkurzających i przypominających niestety walkę z wiatrakami - ściąganie fotek blogerów. Cóż siedzę jakby w dwóch okopach jednocześnie, sama ściągam z neta stare fotki, fotki starych pocztówek, prac malarzy i grafików i nie wszystkie są z tzw. wolnego zasobu ( foty w wolnym zasobie nie zawsze są najlepsze ). Wykorzystuje je, napisiki kretyńskie dodaje czy cóś w tym guście. Ustalanie kto sfocił ilustracje do książeczek bywa piętrowe i nie zawsze skuteczne ( ktoś wyleciał z blogosfery, ktoś wyleciał z neta, ktoś wyleciał z życia i to nie bardzo wiadomo kiedy, co ma istotny wpływ na prawa autorskie ). O ile w docelowych poszukiwaniach nie dokopię się do zakazu publikacji fot to ściągam i wklepuję. Wyrzutów wobec artystów których prace przez kogoś tam sfocone prezentuję nie mam, uważam że wszem i wobec trąbię że są świetni, nazywają się tak i tak i w ogóle to jakaś złośliwość losu że część z nich jest u nas tak mało znana. Korzyści żadnych z tego nie czerpię, może poza poczuciem że oto ja tutaj odkryłam dla swoich blogowych Polinę czy Yarbusową. Lekkie ukłucia niepokoju przeżywam wtedy gdy nie jestem w stanie ustalić nie tylko autora foty ale i autora całkiem współczesnej pracy ( sporo tego w necie ). Zawsze mam wtedy dylematy.
A teraz następne przestępstwo - mam całkiem pokaźny zbiór fotek innych blogerów, dla własnej radości! Nie w chmurze ale na własnym kompie. Nie wykorzystuję ich nigdzie ale sobie czasem przeglądam bez włażenia do neta. Cieszą mnie, uwielbiam fajnie foconą przyrodę, ogrody czy tam inne domowe pielesze. Oglądam z Mamelonem, czasem z Cio Mary - w prywatnym obiegu podziwiamy. Nigdzie ich nie pokazuję bo nie moje, ale bezczelnie i jakby nielegalnie się nimi cieszę. Nielegalnie bo przecież nie z tą myślą że będę je sobie w chwilach wolnych na kompie przeglądała ktoś je zamieszczał. Tak szczerze pisząc to do głowy mi nie przyszło wklepywać te blogowe foty w jakichś społ - serwisach czy na blogu, wystarczą mi te skryte nielegalne radości.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje bezczelne ciągnienie z neta fot wszelakich.
Na świecie są jednak ludzie niedopieszczeni a także zachłanni, którym cudze, blogerskie czy forumowe foty potrzebne są albo do dopieszczeń albo do prowadzenia biznesu. Ci drudzy winni być tępieni ogniem i mieczem, z tymi pierwszymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Wklejają co im pod kursor popadnie, byle tylko zaistnieć w społ - serwisie, to strasznie żałosne i przeraźliwie żenujące. Trudu nijakiego sobie nie zadają żeby autora foty ustalić czy choć stronę z której fota pochodzi, bo albo żyją w błogiej nieświadomości że popełniają co najmniej netowe faux pas, albo mają to gdzieś "no bo to przecież publicznie dostępne" ( w czym niestety mają rację, udostępniając foty godzimy się w pewien sposób na utratę kontroli nad "wytworzonym dobrem" ) , albo są tak porąbani że pragną uchodzić za autorów zdjęć. Wszystkie trzy możliwości są dość przygnębiające - nieświadomość ( w pewnym wieku zwana głupotą ), tumiwisism skojarzony z nieświadomością ( w pewnym wieku zwaną głupotą ), porąbanie wymagające psychoterapii, a kto wie czy nie farmakologicznego podejścia do sprawy. Co z takimi robić? Ignorować ciężko, szczególnie wtedy kiedy tak jak Dzika Kura oglądamy własny dom, sfocony własnym aparatem, przez naszą własną osobę widniejący na zamieszczonej na fejsie focie. No krew zalewa, bo my akurat wcale nie planowaliśmy zamieszczać tej foty w takim serwisie, chałupa jest nasza najwłaśniejsza i nie chcemy oglądać jej jako ilustracji do "Wjekskich Rozkoszy" czy czegoś w tym guście. W dodatku odkrywamy że "Pani Tereska", która zdjęcie zamieściła "zapomniała" napisać skąd owo zdjęcie ściągnęła ( a bardzo wiele osób nie życzy sobie kopiowania ani tym bardziej wykorzystywania ich zdjęć o czym informują na swoich blogach ) i wtedy mamy tak zwane uderzenie, wyrastają nam kły jadowe, a niektórym nawet kopyta i rogi. Taka reakcja na działania pasożytnicze. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest że większość blogerów i forumujących gdy poprosisz o możliwość niekomercyjnego wykorzystania ich zdjęcia zgadza się bez żadnego ale, a tu nagle taki wnerw, wkurw nawet, gdy zobaczą swoją fotę zamieszczoną przez "łobcego" w necie. Po mojemu to dowód na to że nic tak człowieka nie wkurza jak bezczelność i hucpa. Z tzw. doświadczenia życiowego wychodzi mi że na czyjąś hucpę skutecznie odpowiada się hucpą jeszcze większą, czyli czarno widzę przyszłość "Pani Tereski" jak dostatecznie wkurzy ludzi, he, he.
Teraz będą wnioski natury ogólnej. Jakiś czas temu zorientowałam się że ochrona praw autorskich w necie zanika, system nie jest bowiem w stanie przy takiej ilości użytkowników skutecznie egzekwować wszystkich naruszeń praw autorskich. Wklikują zapory, algorytmy, maszyny międlą, ludzie działają ale nawet bardzo poważnych treści nie udaje się zabezpieczyć przed nazwijmy to "zapożyczaniem", a co dopiero blogowych pisań czy fot. Prędzej społeczność netowa sobie wyrobi normy z sankcjami "towarzyskimi" , niż profi od praw autorskich to opanują - nie mam złudzeń. Poza tym coraz bardziej rozmywa się sprawa praw autorskich do własności intelektualnej, odnoszę wrażenie że jeszcze za mojego życia to wyewoluowuje w kierunku znacznego ich ograniczenia. Społeczeństwo informatyczne zachłystuje się danymi ale czkawką będzie reagowało na kurek ograniczający dopływ danych. Sralalala, największe batalie będą się toczyły o dostęp do informacji, których spożytkowanie może być niemożliwe . Jak czytam o kontroli tzw. służb nad netem to zastanawiam się czy aby ich marzeniem nie jest nagły ogólnoświatowy brak dostaw energii elektrycznej. Toż większość z ludzi nie ma jeszcze dostępu do neta, co będzie jak net będzie wszędzie. Obróbka przez maszyny? Wierzcie ódziance, zawód brakarki nie powstał dlatego że maszyny doskonale wypełniają swoją pracę. Kontrola życia nigdy nie jest zupełna, takich grzybów nie ma. Albo wyłączą prund albo będą kontrolować 3/4, potem 1/2, potem1/3 neta. Najgorzej będzie jak nikt nie będzie już w stanie tego ogarnąć a tzw. struktury społeczne udźwignąć. Wypracowywanie nowego zawsze boli, ciężkie życie czeka przyszłych korzystaczy z neta. Dlatego necizm trzeba rozwijać w kierunku przekładania na real ( w moim skromnym zakresie netowe znajomości zmieniam w realne ), urealnienie netu zapobiega zachłystywaniem się info, wspomaga selekcję danych i jeszcze człowiek ma z tego mnóstwo radochy i wrażeń. No i zawsze to lepiej tak w żywe oczy wywalić "Wiesz, mam Twoje zdjęcia w kompie".
A teraz następne przestępstwo - mam całkiem pokaźny zbiór fotek innych blogerów, dla własnej radości! Nie w chmurze ale na własnym kompie. Nie wykorzystuję ich nigdzie ale sobie czasem przeglądam bez włażenia do neta. Cieszą mnie, uwielbiam fajnie foconą przyrodę, ogrody czy tam inne domowe pielesze. Oglądam z Mamelonem, czasem z Cio Mary - w prywatnym obiegu podziwiamy. Nigdzie ich nie pokazuję bo nie moje, ale bezczelnie i jakby nielegalnie się nimi cieszę. Nielegalnie bo przecież nie z tą myślą że będę je sobie w chwilach wolnych na kompie przeglądała ktoś je zamieszczał. Tak szczerze pisząc to do głowy mi nie przyszło wklepywać te blogowe foty w jakichś społ - serwisach czy na blogu, wystarczą mi te skryte nielegalne radości.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje bezczelne ciągnienie z neta fot wszelakich.
Na świecie są jednak ludzie niedopieszczeni a także zachłanni, którym cudze, blogerskie czy forumowe foty potrzebne są albo do dopieszczeń albo do prowadzenia biznesu. Ci drudzy winni być tępieni ogniem i mieczem, z tymi pierwszymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Wklejają co im pod kursor popadnie, byle tylko zaistnieć w społ - serwisie, to strasznie żałosne i przeraźliwie żenujące. Trudu nijakiego sobie nie zadają żeby autora foty ustalić czy choć stronę z której fota pochodzi, bo albo żyją w błogiej nieświadomości że popełniają co najmniej netowe faux pas, albo mają to gdzieś "no bo to przecież publicznie dostępne" ( w czym niestety mają rację, udostępniając foty godzimy się w pewien sposób na utratę kontroli nad "wytworzonym dobrem" ) , albo są tak porąbani że pragną uchodzić za autorów zdjęć. Wszystkie trzy możliwości są dość przygnębiające - nieświadomość ( w pewnym wieku zwana głupotą ), tumiwisism skojarzony z nieświadomością ( w pewnym wieku zwaną głupotą ), porąbanie wymagające psychoterapii, a kto wie czy nie farmakologicznego podejścia do sprawy. Co z takimi robić? Ignorować ciężko, szczególnie wtedy kiedy tak jak Dzika Kura oglądamy własny dom, sfocony własnym aparatem, przez naszą własną osobę widniejący na zamieszczonej na fejsie focie. No krew zalewa, bo my akurat wcale nie planowaliśmy zamieszczać tej foty w takim serwisie, chałupa jest nasza najwłaśniejsza i nie chcemy oglądać jej jako ilustracji do "Wjekskich Rozkoszy" czy czegoś w tym guście. W dodatku odkrywamy że "Pani Tereska", która zdjęcie zamieściła "zapomniała" napisać skąd owo zdjęcie ściągnęła ( a bardzo wiele osób nie życzy sobie kopiowania ani tym bardziej wykorzystywania ich zdjęć o czym informują na swoich blogach ) i wtedy mamy tak zwane uderzenie, wyrastają nam kły jadowe, a niektórym nawet kopyta i rogi. Taka reakcja na działania pasożytnicze. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest że większość blogerów i forumujących gdy poprosisz o możliwość niekomercyjnego wykorzystania ich zdjęcia zgadza się bez żadnego ale, a tu nagle taki wnerw, wkurw nawet, gdy zobaczą swoją fotę zamieszczoną przez "łobcego" w necie. Po mojemu to dowód na to że nic tak człowieka nie wkurza jak bezczelność i hucpa. Z tzw. doświadczenia życiowego wychodzi mi że na czyjąś hucpę skutecznie odpowiada się hucpą jeszcze większą, czyli czarno widzę przyszłość "Pani Tereski" jak dostatecznie wkurzy ludzi, he, he.
Teraz będą wnioski natury ogólnej. Jakiś czas temu zorientowałam się że ochrona praw autorskich w necie zanika, system nie jest bowiem w stanie przy takiej ilości użytkowników skutecznie egzekwować wszystkich naruszeń praw autorskich. Wklikują zapory, algorytmy, maszyny międlą, ludzie działają ale nawet bardzo poważnych treści nie udaje się zabezpieczyć przed nazwijmy to "zapożyczaniem", a co dopiero blogowych pisań czy fot. Prędzej społeczność netowa sobie wyrobi normy z sankcjami "towarzyskimi" , niż profi od praw autorskich to opanują - nie mam złudzeń. Poza tym coraz bardziej rozmywa się sprawa praw autorskich do własności intelektualnej, odnoszę wrażenie że jeszcze za mojego życia to wyewoluowuje w kierunku znacznego ich ograniczenia. Społeczeństwo informatyczne zachłystuje się danymi ale czkawką będzie reagowało na kurek ograniczający dopływ danych. Sralalala, największe batalie będą się toczyły o dostęp do informacji, których spożytkowanie może być niemożliwe . Jak czytam o kontroli tzw. służb nad netem to zastanawiam się czy aby ich marzeniem nie jest nagły ogólnoświatowy brak dostaw energii elektrycznej. Toż większość z ludzi nie ma jeszcze dostępu do neta, co będzie jak net będzie wszędzie. Obróbka przez maszyny? Wierzcie ódziance, zawód brakarki nie powstał dlatego że maszyny doskonale wypełniają swoją pracę. Kontrola życia nigdy nie jest zupełna, takich grzybów nie ma. Albo wyłączą prund albo będą kontrolować 3/4, potem 1/2, potem1/3 neta. Najgorzej będzie jak nikt nie będzie już w stanie tego ogarnąć a tzw. struktury społeczne udźwignąć. Wypracowywanie nowego zawsze boli, ciężkie życie czeka przyszłych korzystaczy z neta. Dlatego necizm trzeba rozwijać w kierunku przekładania na real ( w moim skromnym zakresie netowe znajomości zmieniam w realne ), urealnienie netu zapobiega zachłystywaniem się info, wspomaga selekcję danych i jeszcze człowiek ma z tego mnóstwo radochy i wrażeń. No i zawsze to lepiej tak w żywe oczy wywalić "Wiesz, mam Twoje zdjęcia w kompie".
poniedziałek, 19 września 2016
A co tam w ogrodzie?
A w ogrodzie jesień! Taka sucha. Słońce dające czadu we wrześniu fajna sprawa ale choć trochę wilgoci by się przydało. Nerwowo przeglądam prognozę i owszem, widzę że temperatury jakby jesiennieją, ale wody z nieba spadające to widzę dopiero w okolicy początku października. Niech to szlag! Przyjdzie mi wykonywać podlewanie wodociągowe, które jest kosztowne i nie tak skuteczne jak to podlewanie z nieba. Staram się pocieszać myślą że suchy wrzesień sprawi że w przyszłym roku zawilce gajowe będą kwitły jak marzenie, taka terapia potrzebna gdy patrzy się na przysychające owoce jarzębin ( na szczęście nie wszystkich ). Moim zdaniem to w ogóle w tym roku owoce na drzewach i krzewach nie są najwyższej jakości i dość szybko przechodzą w fazę smętnej mumii.
Na szczęście jesienne kwitnienie róż odrywa człowiek od przykrych rozmyślań na temat wpływu klimatu na ogrodowe nasadzenia. Krzewom różanym wyraźnie taka pogoda jaką mamy teraz służy. Bezczelnie przyznaję że drugie kwitnienie róż je powtarzających zazwyczaj robi na mnie większe wrażenie niż kwitnienie czerwcowe. Kolory jesienne wielu odmian jakoś bardziej do mnie przemawiają. W dodatku marcinki robią tło a to zawsze urodzie różanych kwiatów służy. W październiku czekają mnie przesadzenia niektórych krzewów na opuszczone przez zawirusowane lilie miejsca. W ogóle przede mną jeszcze sporo przesadzania.
Najlepiej prezentuje się obecnie podwórko, głównie za sprawą kwitnących marcinków i traw, czadu dają rozplenice i prosa. Palczatkę i sporolobusa posadziłam tak że przyjdzie mi jeszcze sporo poczekać na olśnienia. W ogóle chętnie dokupiłabym niebieskiej palczatki, czuję się palczatkowo niedopieszczona. Uwijam się jak ten pszczółek usiłując ogarnąć Alcatraz, jestem podrapana, pokłuta i pogryziona przez mrówki. Wielkiego postępu nie widać, Alcatraz ma tylko odgruzowane fragmenty. Na byłym trawniku kupy wyrwanego zielska, darń i szczątki starego grilla ( cześć jego pamięci! ). Na owych kupach siedzą koty i porykują na mnie jak banda ekonomów na chłopa pańszczyźnianego. Od czasu do czasu usiłują "pomagać" czyli zapraszają do zabawy wykopując świeżo wsadzone cebule albo ocierają się namiętnie o mój urodzinowy szpadel ( jeszcze nie złamany, choć lekko podgięty ). Pilnie wkopuję cebule, łupy z Lidla i marketów budowlanych. Przyznaję bez bicia że w tym roku cebulowo przyszalałam - głównie narcyzowo - hiacyntowo, mea culpa bo sobie przyrzeczenia składałam na temat abstynencji hiacyntowej ( ale jak tu się nie skusić na 20 cebul w cenie piętnastu złociszy ). W związku z cebulowaniem pleców nie czuję, sama zaleciłam sobie smarowanie mazidłem rozgrzewającym ( ależ będę pięknie śmierdziała! ) i zaraz udam się na tzw. spoczynek. Rzecz jasna obłożę się kotami w ramach podleczenia krzyży. To moja msta za to porykiwanie na mnie z kup i "zabawy" ogrodowe.
Na szczęście jesienne kwitnienie róż odrywa człowiek od przykrych rozmyślań na temat wpływu klimatu na ogrodowe nasadzenia. Krzewom różanym wyraźnie taka pogoda jaką mamy teraz służy. Bezczelnie przyznaję że drugie kwitnienie róż je powtarzających zazwyczaj robi na mnie większe wrażenie niż kwitnienie czerwcowe. Kolory jesienne wielu odmian jakoś bardziej do mnie przemawiają. W dodatku marcinki robią tło a to zawsze urodzie różanych kwiatów służy. W październiku czekają mnie przesadzenia niektórych krzewów na opuszczone przez zawirusowane lilie miejsca. W ogóle przede mną jeszcze sporo przesadzania.
Najlepiej prezentuje się obecnie podwórko, głównie za sprawą kwitnących marcinków i traw, czadu dają rozplenice i prosa. Palczatkę i sporolobusa posadziłam tak że przyjdzie mi jeszcze sporo poczekać na olśnienia. W ogóle chętnie dokupiłabym niebieskiej palczatki, czuję się palczatkowo niedopieszczona. Uwijam się jak ten pszczółek usiłując ogarnąć Alcatraz, jestem podrapana, pokłuta i pogryziona przez mrówki. Wielkiego postępu nie widać, Alcatraz ma tylko odgruzowane fragmenty. Na byłym trawniku kupy wyrwanego zielska, darń i szczątki starego grilla ( cześć jego pamięci! ). Na owych kupach siedzą koty i porykują na mnie jak banda ekonomów na chłopa pańszczyźnianego. Od czasu do czasu usiłują "pomagać" czyli zapraszają do zabawy wykopując świeżo wsadzone cebule albo ocierają się namiętnie o mój urodzinowy szpadel ( jeszcze nie złamany, choć lekko podgięty ). Pilnie wkopuję cebule, łupy z Lidla i marketów budowlanych. Przyznaję bez bicia że w tym roku cebulowo przyszalałam - głównie narcyzowo - hiacyntowo, mea culpa bo sobie przyrzeczenia składałam na temat abstynencji hiacyntowej ( ale jak tu się nie skusić na 20 cebul w cenie piętnastu złociszy ). W związku z cebulowaniem pleców nie czuję, sama zaleciłam sobie smarowanie mazidłem rozgrzewającym ( ależ będę pięknie śmierdziała! ) i zaraz udam się na tzw. spoczynek. Rzecz jasna obłożę się kotami w ramach podleczenia krzyży. To moja msta za to porykiwanie na mnie z kup i "zabawy" ogrodowe.
niedziela, 18 września 2016
Tour de Tajoj - Drohiczyn "kolejny kawałek tortu" i Sowia Góra pod Węgrowem
Zieloność nad Liwcem meandrującym, lasy po horyzont nad Bugiem, kopuły cerkwi i baniaczki zwieńczające wieże tłusto barokowych kościołów. Do tego bocianów zatrzęsienie, drapieżne ptaki fruwające tuż nad głowami - łąki, łąki, łąki, takie jakie w centralnej części kraju już rzadko się spotyka.
Krótko pisząc - wyprawa na Wschód!
Drohiczyn
Cień dawnej świetności, miasto okaleczone ale z nadal widocznymi śladami wielkiego piękna budynków, historii bogatej w ludzi i zdarzenia. Jak Brama Damasceńska w Jerozolimie prowadzi do tajemniczego świata arabskiego Orientu, tak Drohiczyn jest dla mnie bramą prowadzącą do dawnej Polski kresowej, choć te "kresy" to historycznie wypadały tak mniej więcej w połowie Rzeczypospolitej. Wieloetniczność jakoś tam koegzystująca ( nie zawsze było słodko ), zderzenia światów i przenikanie się kultur, "żyzność" ( bo zero monokultury, he, he ) cywilizacyjnej gleby na której wzrastało, kształtowało się, filtrowało przez romantyczne uniesienia wieszczów to co dziś nazywamy polskością. Nasi wieszcze - potomkowie wieloetnicznej szlachty Litwy, Wołynia i magnat urodzony w Paryżu, taaa, bardzo szczerzepolskie - koń by się uśmiał ( historia już rechocze ).
W miasteczku ostały się kościoły i jedna cerkiew, po cerkwi pod wezwaniem Welikomuczenicy Warwary i synagodze śladu nie ma. Tę pierwszą rozebrali Rosjanie w 1940 roku w ramach radości sowietyzacji, tzn. oczyszczano rejon nadgraniczny, tworzono kordon i tak dalej, tę drugą świątynię spalili w dzień po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej "nieznani sprawcy" ( znaczy boję się pomyśleć kto ją spalił w ramach zemsty na tzw. żydokomunie, cyklistom zawsze łatwiej przywalić niż polakokomunie - liczniejszej od żydokomuny, czy białorusinokomunie - najliczniejszej na tych terenach, jak wynika z dokumentów ). Przed II wojną światową Drohiczyn ze swoimi świątyniami, bajkowym położeniem na skarpie wznoszącej się nad przełomem Bugu był po prostu magiczny. Teraz z tzw. resztkami zabytkowymi, nadal czaruje, choć magia nie jest już tak silna. W każdym razie do Drohiczyna warto zawitać, pospacerować po tym nadal pełnym uroku miasteczku ( w sierpniu woń papierówek rozchodząca się w ciepłym powietrzu wzmacniała moje ciepłe do tego miejsca uczucia ).
Widok ze skarpy na przełom Bugu przepiękny i wiele o tej części kraju mówiący - lasy po horyzont od wschodniej strony. Pogoda nie była z tych sprzyjających obiektywom aparatów fotograficznych, niebo z ołowianymi chmurami. Deszcz jeszcze nie padał ale dało go się wyczuć w powietrzu. Mimo to Bug urodny ( hym... znacie takie powiedzonko "Jak się topić to w Bugu albo w Dunajcu" ), choć Ewandka malkontenciła że przełom Bugu to i owszem piękny, z tym że jesienią. Ja co prawda widziałam go też we wrześniu, ale do przebarwienia drzew było jeszcze daleko. Znaczy co najlepsze jeszcze przede mną! Drohiczyn w ogóle zwiedzam kawałkami, smakuję jak tort z siedmiu warstw. I dobrze, bo takie miasta jak to muszą się w człowieku uleżeć.
Sowia Góra
A teraz o Sowiej Górze - wzniesieniu nad Liwcem, skarpie porośniętej roślinami typowymi dla suchych łąk ( mój boszsz... te łany mikołajków, niebieszczących się tam w lipcu ). Zdjęcia robione na początku sierpnia, ale wokół solidna, niemal czerwcowa zieleń. Mam wrażenie że ta część kraju, wschodnie Mazowsze i Podlasie są jakoś bardziej zielone niż inne regiony Polski. Może to rzeki, może to lasy, może nie tak bardzo "nachalny" wpływ rolnictwa wielkohektarowego - no, łąki bardziej zielone, soczyste, że o bogactwie gatunków na nich rosnących ledwie napomknę. Gatunki łąkowych bylin te nie przekwitają tak szybko jak te w mojej okolicy, chłodniejszy i wilgotniejszy klimacik sprawia że kwitnące rośliny dłużej cieszą oczy. Znacznie dłużej niżby mogło to wynikać z późniejszego rozpoczęcia wegetacji. Właśnie, urocza kraina ma surowsze oblicze - wiosna zaczyna się później, śniegi lubią zalegać a zimowy mróz potrafi być naprawdę "syberyjski". Za to w ramach dopieszczeń ilość boćków przypadających na jednego mieszkańca godna pozazdroszczenia. Opowieści o klimacie północno - wschodniej ćwiartki kraju bywają z tych horrorzastych, ale latem jakoś człowiek o tym nie myśli. Szczególnie jak wlezie na Sowią Górę i panoramę z niej widoczną podziwia.
Krótko pisząc - wyprawa na Wschód!
Drohiczyn
Cień dawnej świetności, miasto okaleczone ale z nadal widocznymi śladami wielkiego piękna budynków, historii bogatej w ludzi i zdarzenia. Jak Brama Damasceńska w Jerozolimie prowadzi do tajemniczego świata arabskiego Orientu, tak Drohiczyn jest dla mnie bramą prowadzącą do dawnej Polski kresowej, choć te "kresy" to historycznie wypadały tak mniej więcej w połowie Rzeczypospolitej. Wieloetniczność jakoś tam koegzystująca ( nie zawsze było słodko ), zderzenia światów i przenikanie się kultur, "żyzność" ( bo zero monokultury, he, he ) cywilizacyjnej gleby na której wzrastało, kształtowało się, filtrowało przez romantyczne uniesienia wieszczów to co dziś nazywamy polskością. Nasi wieszcze - potomkowie wieloetnicznej szlachty Litwy, Wołynia i magnat urodzony w Paryżu, taaa, bardzo szczerzepolskie - koń by się uśmiał ( historia już rechocze ).
W miasteczku ostały się kościoły i jedna cerkiew, po cerkwi pod wezwaniem Welikomuczenicy Warwary i synagodze śladu nie ma. Tę pierwszą rozebrali Rosjanie w 1940 roku w ramach radości sowietyzacji, tzn. oczyszczano rejon nadgraniczny, tworzono kordon i tak dalej, tę drugą świątynię spalili w dzień po wybuchu wojny niemiecko - sowieckiej "nieznani sprawcy" ( znaczy boję się pomyśleć kto ją spalił w ramach zemsty na tzw. żydokomunie, cyklistom zawsze łatwiej przywalić niż polakokomunie - liczniejszej od żydokomuny, czy białorusinokomunie - najliczniejszej na tych terenach, jak wynika z dokumentów ). Przed II wojną światową Drohiczyn ze swoimi świątyniami, bajkowym położeniem na skarpie wznoszącej się nad przełomem Bugu był po prostu magiczny. Teraz z tzw. resztkami zabytkowymi, nadal czaruje, choć magia nie jest już tak silna. W każdym razie do Drohiczyna warto zawitać, pospacerować po tym nadal pełnym uroku miasteczku ( w sierpniu woń papierówek rozchodząca się w ciepłym powietrzu wzmacniała moje ciepłe do tego miejsca uczucia ).
Widok ze skarpy na przełom Bugu przepiękny i wiele o tej części kraju mówiący - lasy po horyzont od wschodniej strony. Pogoda nie była z tych sprzyjających obiektywom aparatów fotograficznych, niebo z ołowianymi chmurami. Deszcz jeszcze nie padał ale dało go się wyczuć w powietrzu. Mimo to Bug urodny ( hym... znacie takie powiedzonko "Jak się topić to w Bugu albo w Dunajcu" ), choć Ewandka malkontenciła że przełom Bugu to i owszem piękny, z tym że jesienią. Ja co prawda widziałam go też we wrześniu, ale do przebarwienia drzew było jeszcze daleko. Znaczy co najlepsze jeszcze przede mną! Drohiczyn w ogóle zwiedzam kawałkami, smakuję jak tort z siedmiu warstw. I dobrze, bo takie miasta jak to muszą się w człowieku uleżeć.
Sowia Góra
A teraz o Sowiej Górze - wzniesieniu nad Liwcem, skarpie porośniętej roślinami typowymi dla suchych łąk ( mój boszsz... te łany mikołajków, niebieszczących się tam w lipcu ). Zdjęcia robione na początku sierpnia, ale wokół solidna, niemal czerwcowa zieleń. Mam wrażenie że ta część kraju, wschodnie Mazowsze i Podlasie są jakoś bardziej zielone niż inne regiony Polski. Może to rzeki, może to lasy, może nie tak bardzo "nachalny" wpływ rolnictwa wielkohektarowego - no, łąki bardziej zielone, soczyste, że o bogactwie gatunków na nich rosnących ledwie napomknę. Gatunki łąkowych bylin te nie przekwitają tak szybko jak te w mojej okolicy, chłodniejszy i wilgotniejszy klimacik sprawia że kwitnące rośliny dłużej cieszą oczy. Znacznie dłużej niżby mogło to wynikać z późniejszego rozpoczęcia wegetacji. Właśnie, urocza kraina ma surowsze oblicze - wiosna zaczyna się później, śniegi lubią zalegać a zimowy mróz potrafi być naprawdę "syberyjski". Za to w ramach dopieszczeń ilość boćków przypadających na jednego mieszkańca godna pozazdroszczenia. Opowieści o klimacie północno - wschodniej ćwiartki kraju bywają z tych horrorzastych, ale latem jakoś człowiek o tym nie myśli. Szczególnie jak wlezie na Sowią Górę i panoramę z niej widoczną podziwia.
'James Galway' - różany potwór z ogrodu Magdzioła
'James Galway' to róża autorstwa Davida Austina, "austinka" vel "angielka" znaczy. Wprowadzona została na rynek w roku 2000 ( prezentacja na Chelsea Flower Show ) i od tego czasu dość szybko rozprzestrzenia się po ogrodach. Szybko, bo zdrowa i mało kłopotliwa z niej róża a o takich właśnie krzewach marzą ogrodnicy. Krzew wysoki, docelowo osiąga około 250 cm wysokości i ponad 300 cm szerokości. To docelowo oznacza dwa, trzy lata w optymalnych warunkach. W ogrodzie Magdzioła luba różyczka zamieniła się w potwora przed którym trzeba chronić inne róże. Kwitnie zjawiskowo, naprawdę jest na czym oko zawiesić, natomiast przycinanie to Magdzioł uskutecznia jak ja na forsycji - dwa razy w sezonie. Kwiaty tej odmiany są lekko spłaszczone ( ale bez przesady ) i mają nieco ciemniejsze środki. Liczą średnio około 41 płatków i pachną jak tzw. stare róże. Odmiana jest wynikiem krzyżowania róży Austina 'Heritage' z siewką. Kwiaty zebrane są w małe klastry, pojawiają się w zwiększonej ilości raz na jakiś czas przez cały sezon. Kwitnienie wiosenno - letnie jest oczywiście najbardziej obfite, ale i jesienna porą można obserwować piękne ukwiecenie tej róży. W chłodniejszym klimacie zaleca się solidniejsze cięcie, w ciepłych rejonach tnie się ją nieco wyżej ( i wtedy właśnie zmienia się w potwora ). Nazwana została na cześć Sir James'a Galwaya, wirtuoza fletu ( różę "wiolonczelistkę" już mam, sprawę różanej małej orkiestry kameralnej muszę jednak bardzo głęboko przemyśleć - miejsca ledwie starczy na kwartet ).
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















