Mła przygotowuje jubileuszowy wpis pandemiczny, znaczy dwa lata z zarazo - przeżyjmy to jeszcze raz, dziś będzie za to krótki politycznik bo mła musi sprawdzać dane do jubileuszowego a trochę czasu jej to zajmuje. Dlatego krótko. No więc tak, srandemia odchodzi, wojna nadchodzi. Wszystko jak na razie odbywa się głównie w mendiach, odwoływanie srandemii, nawoływanie do opuszczenia Ukrainy "póki można". Mła odnosi niepokojące wrażenie że nikt z zachodniej wierchuszki nie chce by media ruskie nagle zaczęły inszo retorykę zapodawać niż wojenną bo Zachodowi jest na rękę polityka Wujka Wowy. Widzą to Ukraińcy, widzą to ostrzący kły na Mandżurię jeszcze bardziej niż na Tajwan Chińczycy, widzą w krajach nadbałtyckich i u nas co bardziej łebscy, widzi kombinujący Erdogan. Ba, widzą to nawet sami Rosjanie. Wujek Wowa zagrał wysoko i to o coś bez sensu. Ukraina i Białoruś zjednoczone z Matuszką będą ciężkim bólem u dupy dla
Rosjan, te kraje posmakowały Zachodu i trzymać je będzie można póki
armia jako tako przędzie. Przeca poprzednich "sukcesów" do utrzymania władzy starczyło na mniej niż dekadę.
Pytanie ile jeszcze może prząść armia przy gospodarce opartej na surowcach w chwili kiedy następuje przesterowywanie cywilizacji na energooszczędną? Na ile czasu zaanektuje tę Ukrainę Wujek Wowa? Jak długo Rosja będzie w stanie utrzymać jedność terytorialną, czy choćby zależność Ukrainy czy Białorusi? Olbrzymi kraj, olbrzymie zasoby a w tej chwili to dochód cóś jak słoneczna Italia, która ostatnio głównie w turystyce robi. Hym... mła popłynie pod prąd, stary wilk Wowa spotkał watahę co przyszła z Zachodu a ponieważ ciągle wydawa mu się że jest samcem alfa to zrobił sobie problem. Wył raz, wył drugi, no i przyszły inne wilki. Są niemniej bezwzględne ale jeszcze bardziej cwane, są młodsze i bardzo spragnione przywództwa. Same nie tracą nic, inni będą bili się za nich a Wujek Wowa wykona pożyteczną robotę - odwróci uwagę od tego że trzeba kogoś rozliczyć za histerię związaną ze srandemią. Niech więc żyje wojna. A jest z czego pandemicznych rozliczać. Sąd Konstytucyjny Niemiec po
raz enty dał ciała, wbrew danym naukowym orzekł zgodnie z rządową
linią, drugi raz mu się to zdarzyło w ostatnich latach, przedtem jeszcze
były wpadki z TSUE.
Coraz lepiej, Niemcy staczają się w rejony totalitarne. Ich klasa polityczna to jedno wielkie rusyfilandium, najchętniej zostawiliby z demokracji tylko fasadę a rządziliby tak jak najlepiej potrafią - pełen zamordyzm, który tak pięknie utrwalili NRDowscy rodem politycy. Mła między innymi dlatego jest tak przeciwna Europie Ojczyzn, bo uważa że dla Europy najlepsze jest rozparcelowanie Niemiec na kraje niemieckojęzyczne i Europa regionów. Austria, Niemcy, Benelux, Włochy i Francja jadą wg. scenariusza "Wykorzystajmy ten kryzys" ale kolejne kraje odpadają. Ile jeszcze będą w stanie zarzundy państw założycielskich UE udawać walkę ze srandemią? W tle rachunki zdziwne, kasa przepiendrolona na osłony, czepionki i inne szwindle. Jak wkarw społeczny dojdzie do pewnej granicy to nie będzie żadnej mundrości etapu tylko pierdel długoletni dla zarzundów w najlepszym wypadku. Społeczeństwo mimo grzania tematu Ukrainy cóś ma wylane na wojenne werble. Cholera wie co z tego będzie bo strach popycha ludzi do głupot. Strach tych którzy zarzundzają jest dziś odwrotnie proporcjonalny do uspokajania się społeczeństwa po tej histerii związanej ze srandemią. Mogą nam wszystkim zarzundzający zafundować niezłe jazdy. Cokolwiek by się nie działo mła wie jedno - u podstaw so piniadze, bardzo brudne.
Dobra, dosyć kassandryczenia. Dzisiejszy wpis ozdabiajo prace Emmy McClury, artystki z Wielkiej Brytanii. W muzyczniku Dire Straist chyba z najbardziej znanego ich albumu "Brothers In Arms". Mła nie może uwierzyć że ta muzyka ma już ponad trzy dychy.
No więc tak - Pasiak twierdzi że jest uprzywilejowany bo zapuściłam mu ropnia, Szpagetka twierdzi że ropień to prycho, mła obcięła jej łapkie tylno w sensie ćwiartka i to jest dopiero powód do uprzywilejowania. Mrutek wymiaukuje że ściągnęłam go z Wrocka do zasyfionej Odzi i on musi teraz oddychać "tym" powietrzem i to jest taka tragedia że wszystkie inne przywileje oprócz tych należnych Mrutku się nie liczą. Okularia z kolei miauczy że mła ją zwabiła niewinną z fabryki i proszę jak ona teraz się musi prowadzić. Sztaflik musiała się zastanowić ale i ona w końcu cóś na mła znalazła - podobno odebrałam ją biologicznej matce. No niby prawda ale nie ja odbierałam a z całych sił usiłowałam odebrane kocięcie ratować i nawet mła się do tego stopnia udało że teraz ono byłe kocięcie mła może spoko niesłusznie wypominać takowe sprawy. Tak więc widziecie że mła musi odpierać pretensje kocie i zamiast poświęcać czas sobie dogląda, obcałowuje, wygłaszcza, zapewnia o mniłości. Przede wszystkim z nimi zaleguje.
W przerwach zapewnionych szczodrym darem z paczki od Kocurrka, czyli
kocimiętkowymi zabawkami, które są katowane głównie przez Mrutka (
reszta stada czeka na moment w którym można wyrwać dobro i z nim uciec
), mła podczytuje dostanego "Ojca Browna". Tyle jej bo dobro
spożywcze czym prędzej przed sobą schowała. W ramach zemsty ma mła za
zbytnie zainteresowanie Pasiakiem, Szpagetka znów odwiedziła pokój Cioci
Dany i Azy w celu wiadomym. Mła musiała sprzątać a Szpagetka
wyprodukowała miny przybierane chyba specjalnie dla mła z serii
imperium kontratakuje i właśnie mu się udało ujadzić. Taa... a do
dobrutek z paczki to ona pierwsza, mimo że za uszami jak u gacka
długouchego. Mła w tym tyźniu tyż sobie cóś kupiła, bardzo pocieszkowego - mam nową doniczkę i kaktusy, odstresunek był potrzebny. Teraz mła przystępuje do zalegania z Pasiakiem, którego właśnie odłowiła z ogrodu, był zastrzyk, darcie sznupy i żarło odszkodowawcze. Teraz odpoczynek.
W muzyczniku dziś Youssou N'Dour z Neneh Cherry i Malcolm McLaren z Catherine Deneuve, czasem mła lubi posłuchać francuszczyzny z muzyczko w tle.
W nowej części ogrodów Rosemoor, pomiędzy ogrodami tematycznymi usytuowany jest tzw. Long Border - długa, 150 metrowa rabata wzdłuż drogi prowadzącej do dalszych części ogrodów. Takie Long Borders są w zasadzie w każdym z ogrodów RHS, pewnie dlatego że to spécialité de la maison, takie rabaty właśnie najczęściej kojarzone są z brytyjską sztuką ogrodniczą. Większość odwiedzających pokazowe ogrody w Albionie radośnie truchta w ich kierunku i tak po prawdzie to nie ma się co dziwić ich popularności wśród amatorów ogrodnictwa bo jest na czym oko zawiesić. Choćby ze względu na ogromną różnorodność roślin użytych do nasadzeń. Człowiek radośnie podpatruje nasadzenia z roślin mu znanych i nieznanych, niekiedy przeżywa zdziwko na widok nietypowego połączenia roślin. Long Border w Rosemoor osiąga szczyt kwitnienia latem i wczesną jesienią, ale wcześniej zakwitają na nim rośliny cebulowe.
Opróczy bylin i cebulaczków na rabacie sadzi się jako uzupełnienie rośliny jednoroczne, dwuletnie, które znacznie przedłużają sezon kwitnień i służą wzbogaceniu ogólnego efektu nasadzeń. Na rabacie mają też swoje miejsca krzewy o kolorowym ulistnieniu oraz róże. Sadzony klasycznie border ma za tło i jednoczesną ochronę od wiatru, żywopłot z ciętego buku i cisa. Cisy mają stosunkowo małe bryły korzeniowe więc stanowią bardzo dobre sąsiedztwo dla bylin, nie to co te pijawki żywotniki. Zielone cisowe tło jest idealne do eksponowania kolorów kwitnących bylin jak i kolorowych liści krzewów, nawet przekwitające rośliny wyglądają na takim ciemnozielonym tle świetnie, że o zmienionych przez jesienne chłody kolory liści ledwie napomknę. Żywopłoty Long Border to nie tylko buki i cisy, są tu też nasadzenia z bukszpanu i ostrokrzewu. Krzewy i nawet małe drzewka sadzone na rabacie formuje się tak by stanowiły kontrast dla klasycznej "ściany" żywopłotu. Brytyjczycy kochają żywopłoty z musu, na wyspach prawie zawsze wieje. Nieraz poranny delikatny wiaterek w ciągu parunastu minut zmienia się w wichurę na pograniczu huraganu. Jak to oni mawiają - dynamic weather. Przy takiej pogodzie żywopłoty albo murki zapewniają ochronę przed wiatrem, który może uszkadzać wysokie rośliny zielne, takie jak ukochane przez Brytoli ostróżki.
Niektóre byliny i krzewy wymagają jednak mimo tej ochrony żywopłotwej podpierania. Są też miejsca w których posadzono pnącza ( najczęściej w okolicy w której znajdują się wejścia z Long Border do ogrodów tematycznych ). Nasadzenia pomiędzy poszczególnymi wejściami nawiązują kolorem kwitnących roślin do znajdujących się za żywopłotem nasadzeń w ogrodach. Jest zatem bardzo kolorowo, jednakże zostały te wszystkie barwy bardzo harmonijnie skomponowane. Jest mnóstwo roślin o pastelowych kwiatach i spore grupy takich, które barwą walą wręcz po oczach. Czasem jakiś kolorowy szczegół kwitnącej rośliny nawiązuje barwą do innej, np. żółte gardła alstroemerii przypominają złocące się kwiaty liliowca
Hemerocallis 'Jake Russell', czy mieszańcowego dziurawca Hypericum x moserianum . Tak to jest zrobione.
Na rabacie mają też oczywiście miejsce letnie rośliny bulwiaste ( choć niedużo, w ogrodzie RHS Wisley było znacznie więcej dalii na rabatach ) jak i trawy ( np.
Miscanthus sinensis 'Kleine Silberspinne' "rozluźniający" sztywność krzewów czy niektórych bylin ). Mła oczywiście zauroczyły róże, nie wszystkie są z Long Border, ta wspaniała karminowo kwitnąca staruszka to look do ogrodu różanego. Róże kwitnące na Long Border mają kwiaty w ciepłych odcieniach jasnego różu, który tak ładnie komponuje się ze złocistościami kwiatów liliowców i różowo - złocistymi alstromeriami i z tą masą bodziszków. Teraz podobno dosadzili jeszcze mnóstwo kocimiętki Nepeta racemosa 'Walker’s Low'. Musi uroczo wyglądać. Mła zapamiętała że na rabacie rosły austinki 'Gentle Hermione' i 'Rosemoor'. Pierwsza ( zdjątko nr 9 ) to
solidny krzew, dorasta do 140 cm wysokości, zdaniem mła okaz z Long Border był wyższy, w porywach to ze 20 cm. Pachnie mocno, jak to określają "zapachem zbliżonym do zapachu mirry". 'Rosemoor' ( zdjątko nr 10 ) nazwana na cześć ogrodu dorasta do podobnej wysokości ale jest krzewem o delikatniejszej budowie. Kwiaty pachną delikatnie, jabłkowo, jak się bliżej przyjrzeć to człek dostrzega zielone oczko mrugające wśród różowych płatków. Mamelonu podobała się ta pierwsza różyca, mła była zauroczona imienniczką ogrodu.
Kiedy mła była młoda i piękna żyła w świecie postępu i pokoju. Postęp wyznaczały tzw. założenia a pokój zapewniało silne ramię Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, które ten pokój niosło wszędzie gdzie tylko mogło i gdzie opór polityczny i zbrojny nie był zbyt duży, w czym rzecz jasna przypominało takich, którzy demokracje nioso. W świecie postępu najważniejsze były postępowe poglądy i postępowe postępowanie. Nie jest ważne jak były głupie, zweryfikowane negatywnie przez życie, były postępowe a przez to dobre i już. Ostatnia lektura GazWybu to dla była prawdziwa podróż sentymentalna, mła poczuła cóś dziwnie woniejący druk, zapaszek zapamiętany z czasów młodości, nie że woń naftaliny, ten sam odorek postępowości niezależnej od rozumu. Mła spokojnie przyjęła parę lat temu używanie przez GazWyb feminatywów gdzie się tylko da, które jakoś słabo jej przypasowują jeśli chodzi o profesje których nazwy ściągnięto z języków obcych. To jest jednak kwestia gustu a nie jakiejś szczególnej poprawności językowej, zresztą język jest tworzony przez ludzi a nie przez odgórne zarządzenia językoznawców więc jak sobie lud wymyślił doktorkę to dlaczego nie iść tym kursem? I tak normą będzie to co lud będzie sobie na co dzień używał a nie to co mu redaktory wymyślo. Mła tylko dziwiło że redakcja poważnej gazety zajmuje się tako pierdoło i poucza ludek w kwestiach językowych. No mła po prostu wtedy jeszcze do głowy nie przyszło że feminatywy to może być walka o równouprawnienie, brak mowy nienawiści, mła nie była ani na bazie ani po linii, czujność rewolucyjna w niej nie grała. Mła durnie uważała za największy problem kobiet we własnym kraju nierówność płacy za tę samą wykonywaną pracę a nie czy któś mła będzie tytułował prezydentem czy prezydentką, he, he, he.
Pokolenie wyrosłe na lekturze GazWybu jednakże tako czujność rewolucyjno ma już odpowiednio wyrobiono, jak wiecie ludzi młodych najłatwiej urabiać bo im jeszcze doświadczenie życiowe nie zweryfikowało tego wiecznego bólu dupy u ludzkości czyli nieprzystawania idei do realu. Otóż mła przeczytała w GazWybie o inicjatywie młodych pań wykonujących zawód prawnika i lekarza ( będąc młodą lekarką jej się odbeknęło w mózgu ), które będą walczyć z patocelebryctwem i nieść kaganek oświaty ( czytaj kaganiec ), bo srandemia obnażyła braki i na przykład wyszło, hym... z badań ( "zrobiłam badania i okazało się, że 75 proc. medyków nie ma kont w mediach społecznościowych, nawet prywatnych" ) że jest źle z lekarzami i to się przekłada w sposób straszliwy na doinformowanie społeczeństwa w sprawie covid i tym samym zawyżoną liczbę zgonów. Moim zdaniem za zawyżono liczbę zgonów najbardziej odpowiada brak chęci do roboty wśród sporej części medyków i ich oportunizm, w kwestii obrony niezależności decyzji medycznych ale to w końcu tyż szczegół, któren umknął młodym a zdolnym. Panie zamierzajo pozywać patocelebrytów za dezinformacje covidowo i nie tylko. Taa... któś chyba zapomniał paniom prawniczkom, przepraszam, zdrobnienie świadczy o lekceważeniu, nie ma męskiej formy prawniczek jest tylko prawnik, więc paniom prawnikom powiedzieć o tym że dobry prawnik wie które sprawy może wygrać a które należy odpuścić. No ale czego mła wymaga, umysły tak lotne są dalekie od przyziemnego, uwiązanego do realu durnego umyślątka mła. Mła to wie ale jakoś to nie zmniejsza jej wkarwienia na młode panie, zaraz wyjaśnię dlaczego.
Nie chodzi o srovid, rzecz jest poważniejsza. Mła uważa się za kobietę walczącą, znaczy definiuje siebie jako osobę walczącą o równe traktowanie kobiet ( wicie petycje, kierowanie poczebujących kobit gdzie trza, parę pozwów napisała mła sama itd ). Nie takie że każda Kryśka i Kaśka na traktor czy do inszej obsługi młota pneumatycznego, który wytrzęsie z człeka macicę. Jak która Kryśka i Kaśka chce poskromić traktora czy młota to niech
sobie poskramia, byleby później nie miała do nikogo pretensji że jej się
macica pęta w okolicy kolan. Takiego traktowania równego mła chce że księgowa i księgowy dostajo za tę samą robotę tę samą kasę, żłobek ma być na życzenia a jak nie to urlaub na dziecko i niech któś wreszcie do cholery doceni domową pracę kobiet bo wyczynowe oglądactwo tureckich seriali osiągnie szczyty. Żadnych szklanych sufitów i niejasnych ścieżek awansów. Ba, mła uważa że alimentowanie dzieci, kulejące to mało powiedziane, to jest umycie rączek i udupienie kobiet samotnym macierzyństwem za marne grosze. Ojciec w procesie wychowania tak samo jak matka ważny, jak się zrobiło dzieci to się je chowa - opieka naprzemienna przy rozwodach powinna być normą, chyba że rodzica pozbawia się praw rodzicielskich. O swojej płodności decyduje kobieta, przynajmniej do dwunastego tygodnia ciąży. Mła reprezentuje taki starorurowy feminizm w wydaniu polskim, natomiast nasze młódki wykształcóne, wygadane, uważające się za upoważnione do noszenia kaganka oświaty i wyzwolone że ho, trwonio kapitał, który dla nich insze kobity zebrały, nieraz w cinżkich bojach. Głupota okraszona słowem postępowa czy feministyczna, nadal jest głupotą. Mła kiedy czytała ten artykuł w GazWybie czuła się wręcz zażenowana że trzydzieści lat po upadku komuny w Polsce udało się wyhodować takie babskie okazy. Postępowe i "z wielkiego miasta". Z kim one chco walczyć, z Górniak Edzio? I po co? No chyba że chco Edzi pomóc w cinżkiej celebryckiej robocie i trochę rozgłosu za darmochę przydać.
Panie zamiast pierdoły po redakcjach opowiadać to się powinny za robotę zabrać, najlepiej zgodną z kierunkiem wykształcenia na którego koszt wszyscy się złożyliśmy. Leczyć pacjentów quźwa i sprawy prowadzić nie z celebrytami a z facetami bijącymi żony i dzieci, z kierownikami i menadżerami układającymi listy zwolnień wg. klucza dziecko ma to będą problemy. Jak panie chciały zostać celebrytkami to trza było stawiać na tako ścieżkę kariery a nie się za nio brać po tych opłaconych przez nas studiach. Zaczynam dostrzegać jeden dobry aspekt komuny - nakazy pracy dla absolwentów, tam posyłanych gdzie sił fachowych było mało. Popracowałaby jedna z drugą wśród ludzi w małych miasteczkach i na wsiach to życie by wywołało jako bardzo mocno lekstryczno reakcję synaps i zauważyłby że rolą lekarza jest leczyć a nie prowadzić fejs z uświadamianiem medycznym a rolą prawnika jest też pomagać, takim których na pomoc prawną nie stać. Jak na razie to te młode i wykształcóne uprawiajo cóś co moja przyjacióła określa mianem "głupkocipkizmu". Mła myślała że to domena młodszych kobit a tu proszę jaka niespodziewanka. Postępowa! A GazWyb tako głupotę promuje bo cóś wyraźnie trybunoludowieje. Mła może spoko uzasadnić takie zdanie, GazWyb jak i "Trybuna Ludu" swego czasu walczy o lepsze społeczeństwo. Różnica jest taka że "Trybuna Ludu" uznawała że społeczeństwo jest nie dość postępowe bo nie wszyscy zapisali się do PZPR a GazWyb uznaje że nie jest postępowe ponieważ nie popiera jedynie słusznych postulatów ulubionych partii GazWybu. Jak widzicie różnica nie jest cóś wielka.
Ofiarą braku aprobaty dla postępu w przypadku "Trybuny Ludu" byli młodzi działacze komunistyczni którzy tak chcieli dla dobra Ojczyzny pracować a wredna ekstrema nie dawała a w przypadku GazWybu np. środowisko LGBT ( które komuna gnębiła więc pewnie to tak dla odróżnienia od siermiężności zaścianka naszej wersji komuny ), które ma naprawdę przerąbane bo o ile bycie działaczem komunistycznym to sprawa wyboru o tyle bycie osobą homoseksualną czy transseksualną w olbrzymiej, przeważającej liczbie przypadków ( zawsze jest jakiś margines osób zaburzonych z inszych powodów, które mają nie tyle problem z seksualnością co z głową ) taką nie jest. Lewica zawsze zakłada że winne jest społeczeństwo bo "ludzie by sobie poradzili gdyby byli akceptowani." To jest półprawda, wystarczy porozmawiać tak od serca z gejem, lesbijką czy z tymi którzy mają gorzej - z osobami transseksualnymi lub najgorzej - z osobami niepewnymi własnej seksualności. Problem akceptacji społecznej to jest tylko jeden z problemów z którymi się ci ludzie borykają, olbrzymi ale nie jedyny. Na tym jednym to się skupiają działacze lewicowi i i redaktorzy GazWybu, działacze środowiskowi są szerzej patrzący. Mła cały czas ma wrażenie że ruch LGBT jest tako samo bezczelnie wykorzystywany przez prawicę jak i lewicę. Jedni niszczo "postęp" a drudzy "postęp" majo na sztandarach. A ludzi których ma niby ten postęp dotyczyć wszyscy mają w dupie. I tak tak równiutko, po obu stronach.
Ech... mła to się taki mało postępowy postęp marzy, tak by mła chciała żeby ludzie zaczęli traktować innych ludzi jak ludzi. A ma, quźwa, dejavu - komuna wróciła! Od paru lat tak się mła ona odbija, z coraz większym nasileniem. Zaczyna mła się znów ulewać, chyba pora na solidne womity. Znów! Dobra, teraz do obabrazków, polski socrealizm ale taki z najwyższej półeczki, kolejno: Zygmunt Radnicki ( obraz 1 ), Andrzej Wróblewski ( obrazy 2, 3, 5, 6 ), Wojciech Fangor ( obraz 4 ), Erna Rosenstein ( obraz 7 ). Jak kto dobry to nawet ograniczenia "postępu" pokona i cóś dobrego po sobie zostawi. Ludzie sztuki tak potrafio. W muzyczniku dowodząc racji mła - Szostakowicz.
Codzienniczek zacznę od spraw naprawdę istotnych. Mła zakończyła była szczęśliwie pilotowanie Pana Dzidka w roli pacjenta. Uff... Dohtory orzekli że ma wyniki nadzwyczajne jak na stan chorobowy z którego wylazł i że chco go widzieć najwcześniej za rok, jak się pokaże za półtora to tyż się nic nie stanie. Dwa razy sprawdzali mu wyniki i jeszcze dodatkowe USG zrobili bo im wychodziło że jest za dobrze i Pan Dzidek ze zdechlaka nie powinien tak szybko przeobrazić się w dziarskiego siedemdziesięciolatka. Jak tylko Pan Dzidek usłyszał że po tych koniecznych w rekonwalescencji kontrolach ma spokoju ponad rok od specjalistów, to tak go uszczęśliwiło że wylazł na nasz ryneczek i zaczął się wypowiadać na tematy zdrowotne i obrobił tyłek mła jako sile kompetentnej, która nieboszczyków z trumien wyciąga i cudowanie uzdrawia ( wykopując na dwór, nadzierając się kiedy trzeba, szantażując różnościami a czasem nawet klnąc wściekle, czego zapewne żadna fachowa siostra środowiskowa nie robi ). Taa... jeszcze mła z latania po mieście nie zdążyła wrócić kiedy te wieści dotarły do Małgoś - Sąsiadki.
Małgoś po początkowej fazie solidaryzmu z chorym, ostatnio cóś się zrobiła zazdrosna, jakieś knucia makiaweliczne zdawa się w planach miała ale zdusiłam w zarodku apelując do tzw. uczuć wysokich. Mła w związku z zazdrościo musiała Małgoś jak Mrutka zapewniać że Małgoś jest kwiatuszkiem mła, no a potem że choroby Pana Dzidka to same lekkie przypadłości ( po prawdzie jest bardziej schorowany niż Małgoś ) i w ogóle że Małgoś najważniejsza ( Małgoś dodała "Zaraz po kotach" ). Mła się posunęła do wydania zakazanych galaretek w czekoladzie i zakupu żonkili do wazonika przy łóżku a także do zapewnień że pójdzie z Małgoś "do gołąbków" i że w życiu nie zagłosuje na nikogo związanego z "rządem bandytów". Mnóstwo deklaracji złożyła zanim Małgoś poczuła się usatysfakcjonowana i bezpieczna.
Kotostwo też miało plany uszczęśliwienia mła swoim zachowaniem. Szpagetka wykorzystała moment kiedy mła wychodziła z domu i spruła do ogrodu. Wróciła dopiero po szóstej czyli wtedy kiedy chciała, choć mła nawoływała gadzinę o wpół do piątej na obiadek. Mruciu który mła towarzyszył w ogrodzie podczas tego nawoływania, bardzo stanowczo odniósł się do Ocelota II buszującego w ogrodzie i w związku z triumfem poczuł się na tyle pewnie i samczo że kiedy Szpagetka wracała do domu i wskoczyła na kuchenny parapet zwrócił się do niej ostro - "Srovidpass bitte!". No to w Szpagetce się zagotowało - "Ty smrolu srovidowy! Paszport, paszport?! Ja ci zaraz z dupy testa zrobię to ci się odechce paszporty sprawdzać i sam sobie lockdown zrobisz gnojku jeden!". Mrutek czym prędzej porabladorował w kierunku łazienki z pomrukami ( pomruki w wykonie Mrucia to bardziej takie popiski bo Mruciu jest tenorkiem ) a Szpagetka wkroczyła i zajęła od razu poduszkę, rycząc na mła że kota będzie jadła w wyrku. Mła podała oburzonej i polazła uspokajać Mrucia, któren się żalił że Szpagetka jest wredna małpa i choć raz mogłaby udawać że się z nim liczy i docenia że insze kocury się go bojo. Mła usiłowała mu tłumaczyć że kocury to kocury a Szpagetka jest feministyczno felinistko a przed tako mieszanko to wszystkie kocury uciekają. Żal jednakże utuliłam nie gadaniem a zapodaniem wątróbki. W tajemnicy przed Szpagetką, za zamkniętymi drzwiami ( Szpagutowska zjadała w tym czasie drugo rarytetno puszeczkę ). Mam wrażenie że kotowskie niczym nie różnią się od ludzi jeśli chodzi o walkę o uczucia i potrzebę bezpieczeństwa.
Mła po wczorajszych zakupach spożywczych zaczyna się zastanawiać czy aby to nie czas przejść na korzonki, suchy chlebek i wodę. Najsampierw mła kupiła rybę zjadliwą bo dawno nie jedliśmy i wszyscy ( znaczy Małgoś, koty, które zawsze cóś wysępią i mła ) mamy na nią apetyt. Wiedziałam że będzie kosztować więc jakoś zniosłam. Niestety na cenę zjadliwego kurczaka nie byłam przygotowana, po powrocie do domu zaćwierkałam Małgoś żeby dobrze gryzła i długo żuła bo nie wiem kiedy następnym razem na talerzu ujrzy drób niekatowany w tuczarni . Żeby warzywa jeszcze były tanie ale gdzie tam! Na wszelki wypadek poleciałam sprawdzić ile kosztuje ten ryż do obiecanej przez płemiera zapierdalawczej miseczki. Taa... Wychodzi że jednak lepiej byłoby kupować "tanie lokomotywy".
W myśl tej myśli, że sparafrazuje klasyka, przy takich cenach żywności cena doniczuszki do której się zbierałam, jakby już mniej wygórowana. W końcu kosztuje mniej niż ponad pół kilo filetowanej ryby więc mła pozwoliła sobie jednak na ten zakup, tak jak na zakup cyklamenków za siedem złociszy, mła już bardzo - bardzo tęskni za wiosną. W domu mła wsadziła ferokaktusa który kulturalnie oczekiwał na właściwo doniczkę w "sprzęcie" z IKEA nabytym za całe dwa złote dziewięćdziesiąt groszy i jest na tyle zadowolona z widoku kaktusa w jego nowym domku, że jest się gotowa podzielić fotkami. Sprzęt z IKEA został darowany szafirkom kupionym przed Dniem Babci, tyż w cenie bardzo właściwej. Mła nacięła sobie parę gałązek forsycji i ukradła troszki żonkili z Małgosinego bukieciku. Od razu jakoś tak bardziej optymistycznie się zrobiło a optymizm się przyda bo polityczne przechodzo same siebie.
Nie przechodzo jednak kotów - mła dziś tylko na chwilkę odeszła od talerza, który zresztą niby przezornie usunęła z pobliża kocich sznup i co? I jak wróciła coby kontynuować posiłek to tylko wyrzuty usłyszała. Szpagetka twierdziła że ryba przeparzona i w związku z tym twarda, Mruciu że ryby na pięć kocich osób mało, Sztaflik go poparła, Okularia że powinnam wybierać tłuściejsze bo gdzie ta omega a Pasiak się pultał że co ta za ryba bez skóry, kiedy on skórę najbardziej lubi. Taa... bardzo smaczny był ten rarytetny łosoś z łowisk a nie z hodowli. Trzy kęsy szczęścia jak dla mła. Głębokim popołudniem mła zorientowała się że krzywy kiełek Szpagutkowskiej zniknął, chciałam troszkę bliżej się zapoznać z sytuacją w jej jamie gębowej - dobrze że oka nie straciłam! Kota jednakże tak darła sznupę że zobaczyłam co chciałam - cały kiełek poszedł. Szpagutkowska twierdzi że to przez tę twardość łososia i że następnym razem to ma być jak to masełko mięciutki! Następnym razem to będzie pasztecik z puszki a jak wkurzy się mami to woda i paciorek w intencji codziennej suszonki. Rozbestwiłam gadzinę do nieprzytomności ( Mrutek tyż tak uważa, on to by jadł nawet przegotowanego łososia i nie narzekał ).
Dobra, teraz o dzisiejszych fotach - to so dekoracje wiosenne mła. Mła co prawda pali jeszcze wieczorami bałwanka ale mentalnie jest już naszykowana na wiosnę. odnosi tyż wrażenie że kotostwo i staruszki również na wiosnę gotowi. No to czekamy z utęsknieniem na przedwiośnie, nie my jedni zresztą. Jest tyż nasz nowy kaktus w swojej nowej doniczce, już zdążył pokłuć mła, kiedy go przesadzała. Tymi cudnymi czerwonymi kolcami! No i oczywiście so koty, zaspany Pasiak i Sztaflik z Okularią zdjęte fragmentarycznie ( Mruciu tyż się kręcił, może gdzieś i jego kawałek widoczny ). Tylko Szpagetka nie życzyła sobie fot zw względu na braki w uzębieniu. Muzycznik dziś wysokopółkowy - fragmenty ścieżki dźwiękowej z "La Grande Bellezza", mła dość często słucha tej muzyczki, nawet tego kawałka Rafaelli, he, he, he.
Dlaczego mła kochała od zawsze historię? Bo historia to nie były dla niej daty do wkucia, miejsca bitew do zapamiętania czy imiona ludzi którzy tak dali nam się we znaki że jeszcze setki lat po ich śmierci nauczyciele katujo ich życiorysami uczniów. Mła kocha historię dlatego że to jest teraz, które już miało miejsce, no i to jest przeszłość która właśnie się dzieje. Nigdy nie jest tak samo, szczegóły wzorów się różnią, tu, Panie tego, pikotka a tam wykończenie łańcuszkiem. No, ale nadal ta sama robótka szydełkowa z oczek z narzutem. Historia jest dla mła kluczem do rozumienia świata, ba, ona jest tym w czym mła się zanurza kiedy chce ten świat odczuć, takim płynem owodniowym pozwalającym jej funkcjonować. Dlaczego mła tak w historię dziś rzuciło? Mła chce Wam pokazać jak urodziła się Wróżka Edna, skąd się wzięła i kto i co za nią stoi, że tak w ulubionym spiskowym stajlu polecę. Jak już zorientowaliście się po teorii historii w wykonie mła, jest drobny problem z wymiarem fizycznym. Mła i czas majo do siebie stosunek trochę nie tego, mła stara się czas ignorować kiedy tylko może, czas za to zawsze może ignorować i ignoruje mła. Gnój taki się zrobił po tym kiedy mła się zorientowała że nie postrzega go linearnie jak przystało na oświecono kagańcem oświaty tylko bardzo tradycyjnie, jak chłopka XIX wieczna z podłódzkiej wsi - cyklicznie. Bo mła czasu nie mierzy zegarem atomowych tylko tak jak ta chłopka, wydarzeniami życia własnego i przodków. Dla chłopki był sobie rok obrzędowy, dla mła są obrzędowe lata. Dla chłopki zimo Pan Jezusek się rodził, wiosno 33 letni umierał i zmartwychwstawał, zresztą po to by Go zaraz zwiastowano. Dla mła np. rewolucje wieńczo epoki, z chaosu rodzi się nowy porządek, potem jest kontrrewolucja i wreszcie stabilne przerabianie wcześniej zdobytego nowego doświadczenia. Cały czas w ruchu, cały czas płynnie i niespokojnie, reaktor z wydarzeniami w charakterze paliwa. Od czasu do czasu chłodzenie, niekiedy podniesienie mocy, bywa że piendrolnie ale do tej pory jakoś utrzymaliśmy moc.
Mła jest staro ruro, znaczy skończyła pół wieku i w przeciwieństwie do seksownych pięćdziesiątek z wielkiego miasta wie że jeżeli nie chce zostać seksowno osiemdziesięciolatko i napadać młodocianych, coby ich niecnie wykorzystywać w ciemnych uliczkach, musi bardzo pracować nad swoimi czterema komórkami mózgowymi na krzyż i czerpać z tego doświadczenia, które przez tak długi czas udało jej się zdobyć, przy układaniu sobie rzeczywistości. No wiecie, mła nie chce się znaleźć w sytuacji że tylko sex, drugs ( spróbujcie być osiemdziesiątką co nie jedzie na żadnych lekach ) a po rock and roll śladu ni ma. Mła zatem przypomina sobie wzory, nie te matematyczne tylko te robótkowe, historyczne. Szuka analogii we współczesnych wydarzeniach, nowych ślicznych bluzeczkach, porównuje czy i jak się różnią od dawnych sweterków i czapeczek. Czasem ją emocje poniosą, nie tak wbije to szydełko umysłu jak czeba i potem popruć musi, co ją zresztą każdorazowo nerwuje bo nikt nie lubi prucia robótek. Czasem na szydełku ma zbyt wiele nitek i one cóś przez oczko jej nie chco przejść a czasem to włóczka jest tak dupiasta że mła się zastanawia kto ten badziew wyprodukował i dlaczego mła akurat z niego musi bluzeczkę upitalać. Jako jedna z trzech sióstr, he,he, he, mła plecie te nitki wydarzeń, odziera je z czasu coby łatwiej się jej układały i popatruje czy wzorek wychodzi i czy, qurna, ona już czegóś takiego nie widziała albo może nawet sama nie wyrabiała. Jak wzorek cóś znajomy to mła ma epizod, który nazywa traumą wiedzy i wytwarza bezpieczno osobowość czyli Ednę. Edna ma wszystko gdzieś bo jest wyzwolona jeszcze bardziej niż mła i bez żadnych hamulców opowiada jak bedo nitki przekładane żeby rękawek wyrobić. Mła się czasem z Edno drażni i jej tak bezczelnie wypala - "A jak rękawka nie będzie?". Edna jednakże mła gasi - "Znaczy miał być bezrękawnik".
Mła włóczkę pozyskuje stamtąd skąd pozyskujo jo wszyscy, no wiecie - olbrzymi market z włóczkami zarządzany przez strzygących będących jednocześnie dostawcami i tzw. zarzund sklepu. Jest jeszcze dział księgowy i ci od reklamy oraz całe mnóstwo tych... jak to się dawniej mawiało, subiektów. W markecie ważni so też ochroniarze, bardzo nie lubio jak któś szydełko zwinie albo ma cały komplet i innym udziela do dziergania za darmochę. Podobno ochrona najbardziej się boi żeby klienci marketu nie robili sobie karnawału po sklepie z szydełkami w charakterze broni. Były takie przypadki. Dlatego podsłuchujo i podgladajo czy jakie niekoncesjonowane kółka dziewiarskie się nie zawiązujo. Wszystkie w markecie lubio mówić że rzundzi w nim niejaki pan Klaus co ma być zarzundzającym w imieniu właścicieli. Mła wie że to plotka, Edna tyż to wie, wzięła się ona stąd że dawno, dawno temu któś sobie pomyślał że dobrze by było żeby się nazywało że właścicielami marketu są ci co strzygą i robio dostawy. Taa... a od kiedy to oni majo market ja się pytam? Oni majo tylko towar, jak nie będo mieli kogo ostrzyc to co oni będą sobie mogli dostarczać? No i dochodzimy do prawdziwych właścicieli marketu. Każda współwłasność ułamkowa rodzi problemy, pisze to ja, ódzka kamienicznica. Im więcej właścicieli tym więcej interesów własnych i różnych punktów widzenia. Te sprzeczności wykorzystują co cwańsi subiekci, którzy marzą o tym żeby dostać się do zarzundu. Lubio w tym celu bratać się z księgowymi i strzygącymi dostawcami, ochrona ma to w dupie, bowiem i tak zawsze jest poczebna w markecie. Mła teraz napisze pouczona przez Ednę - zawsze jest jakiś pan Klaus i cooledzy, który mają trochę zbyt duży apetyt i trzeba ich przycinać, coby nie wprowadzali nadgodzin niepłatnych i nie kradli talonów na lepsze włóczki. Przycinanie odbywa się na różne sposoby: karnawał, zmiana struktur zarzundzania marketem i ulubiony przez mła i Ednę i prawie nigdy nie stosowany bo uchodzący za utopię - ujawnienie własności i wezwanie współwłaścicieli do wykonywania czynności zarzundu w określonych przez nich strukturach.
Teraz będo majaczenia Edny, centurie czy jakoś tak. Dawno, dawno temu, w pewnym kraju gdzie rzeka z gór spływa do morza, spał sobie snem mocnym pewien ludek. Kłótliwa społeczność, lubiąca narzekać ale o silnym poczuciu że jest ludkiem właściwym. Ba, byli tacy, którzy głosili że jest to ludek wybrany, co powodowało konflikt z innym ludkiem, który ponoć sobie zaklepał u Najwyższego że wybrany jest właśnie on a reszta stoi w kolejce. Ostatnio ludkowi żyło się kiepskawo, tłamszony był. Nie żeby zdychał ale żywność była na kartki i kaszanka była cóś droga. Głównie dlatego że zarzund chciał żeby go ludek kochał i nabrał kredytu coby u ludka mniłość przez dawanie dobrodziejstw spowodować. Tylko że kredyty trza spłacać co nie jest wesołe i znów zrobiło się dupiasto. Jak nie stać na kaszankę to istnieje silna potrzeba związania się z Najwyższym, zrozumienia losu, prawideł świata, po czym występuje tzw. niezgoda na rzeczywistość. No i u ludku wystąpiła i to taka powiązana z karnawałem, wszystko było na opak i w ogóle było wesoło. Hurra, hurra, i jeszcze raz hurra! Z tym że każdy karnawał się kończy, bo nie da się karnawałować cały czas. Takie jest prawo kultury i cywilizacji, w którą przetworzyliśmy naturę. Ludek jednakże bardzo tęsknił za czasem zabaw i swobody więc znaleźli się tacy , którzy postanowili dogadać się z zarzundzającymi ludkiem że zrobio dil - ludek będzie miał wincyj swobody i będzie sobie sam kaszankę zapewniał a towarzystwo podzieli się fruktami które ludek wypracował. Tak się robi zgniły kompromis. Taa... tylko właściwie każdy kompromis jest w jakimś stopniu zgniły. Ludek to rozumiał i był najsampierw gotów zapłacić tako cenę jak oddanie fruktów. Jednakże jak tylko dostał swobodę to mu się odwidziało i chciał z powrotem dostać frukty.
Tylko że tak się nie robi interesów, więc ludek olano i kazano się uczyć reguł świata biznesu. No i ludek się uczył, ale nie wszystkim dobrze szło. Ludek uznał że cóś jest nie halo bo niby biznes ale jakby nie do końca uczciwy, ponieważ niektórzy sponsorowani są przez państwo, ci od Najwyższego tyż majo biznesy choć nie powinni i w ogóle jak to tak można? No to ludkowi zatkano otwór gębowy tzw. dobrobytem na kredyt, który każden zarzund bierze jak chce żeby ludek kochał. I nagle jak na zawołanie kaszanka zrobiła się cóś droga. A potem przyszła zaraza, działo się i kaszanka zrobiła się cenna jak ten kawior więc ludek poczuł że czas na cóś co kiedyś nazywali solidarnością. Tylko że ich solidarość najsampierw pozwolili wykorzystać tym od zgniłych kompromisów, potem różnym zarzundzającym, potem tym od Najwyższego, potem tym od zarazy. Teraz ludek czeka na czas karnawału, niepomny że problem nie leży tylko i wyłącznie po stronie tych którzy wykorzystali ale też tych którzy dawali się wykorzystać. Nadal jest zreszto głupio przekonany że jak ten Staszek poradzi sobie w biznesie, mimo tego że wie że biznes jest oszustny. Żeby nie był oszustny z paru spraw ludek musiałby zrezygnować. No ale ludki nie lubio rezygnować, one lubio robić karnawały w których wszystko tak zmieniajo że jest znów jak było. Niby lepiej materialnie ale jakie kłopoty człowiek ma. No więc ludek w sprawie biznesu oszukuje sam siebie. Tak jest łatwiej. Mła i Edna zaczynają być tym kółeczkiem zmęczone. Nie żeby chciały ajciu czy cóś sobie odpuścić, tylko majo wrażenie że one już widziały ten film. Kombinujo troszki żeby akcję urozmaicić i żeby to co ogladajo nie było kolejnym produkcyjniakiem, akcyjniakiem, dramatem politycznym przeradzającym się w durno komedię kryminalno. Mielizny scenariusza je drażnio.
Dobra, teraz o dzisiejszych ozdobnikach. To fotki kobiety kobiety która nazywała się Louise Weber ale wszyscy znali ją pod kswyką La Goulue, co po naszemu znaczy obżartuch. Była jedną z twórczyń tańca kankan. Dziś tańczy się go jedynie na scenie ale La Goulue, uboga żydowska praczka znana jako Królowa Monmartre dzięki temu że go z wdziękiem i żywiołowością tańczyła i zaraziła nim Paryż przetrwała, uwieczniona, zatrzymana w czasie przez wicehrabiego Henri Marie Raymonda de Toulouse - Lautreca - Montfa zwanego Imbryczkiem, tego od wypowiedzi "Drogi panie, malarstwo jest jak gówno, to się czuje, ale nie tłumaczy." Dobrali się malarz i modelka, oboje bezkompromisowi i zdrowo odjechani, beztalencia jeśli chodzi o pomnażanie mamony. No ale przynajmniej szczerzy wobec samych siebie. La Goulue odeszła jako ubożuchna sprzedawczyni orzeszków, papierosów i zapałek na jednym z rogów ulic niedaleko Moulin Rouge, z którym ją utożsamiano, Imbryczek zszedł był na kiłę i skutki alkoholizmu po życiu krótkim ale bujnym. W muzyczniku oczywiście kankan. Ten najbardziej znany, czyli piekielny galop z operetki "Orfeusz w Piekle" Offenbacha.