niedziela, 7 lutego 2016

Kaliniak czyli kalinowy lasek imienia Kaliny Jędrusik


"Właśnie że będę niemoralna"  i bezczelnie, nie zważając na mszyce i ostrzeżenia o pijawkowym charakterze krzewu kalinę sobie w Alcatrazie zapuszczę. Tak planowałam. Dlaczego niemoralna? Samo imię Kalina było w moich czasach przedszkolnych niemal synonimem " dekadenckiej rozwiązłości". Panie przedszkolanki przyciszonym głosem snuły urocze opowieści na podstawie post sezonowych plotek z jednej z nadmorskich miejscowości, a ja zamiast karnie leżakować uważnie podsłuchiwałam. Chyba wtedy zalęgło się we mnie marzenie żeby mieć coś tam wspólnego z Kaliną ( no, jeżeli nie da się z Violettą, he, he ).  Jako sześciolatka widziałam oczami wyobraźni cudny obraz mojej przyszłości  - "z tymi facetami", "paleniem takich papierochów", "i pił  szampana nie powiem skąd". Znaczy miało być burzliwie, szczęśliwie i bardzo interesująco dla pań przedszkolanek ( szczególnie dla pani Najulubieńszej, która  nosiła popielatą perukę i czarną bieliznę - obie te wspaniałe rzeczy zostały objawione w swej doskonałości kiedy pani Najulubieńsza fiknęła z krzesła podczas czytania bajeczki, ku wielkiej radości grupy starszaków i średniaków zachwyconych tym że ich przedszkolna pańcia ma sztuczne włosy i czarne majty ). Wytrwale przez niemal całe starszakowo trenowałam wanienne seksowne przemowy do prysznicówki i odpowiednie trzymanie w łapie pociętej słomki imitującej papierosa,  rozweselając tymi działaniami kalinoupodobniającymi najbliższych, którzy byli jakby lekko zdumieni efektem przedszkolnego wychowania ( lekko, bo uraczenie tzw. wiązanką  kwiatów polskich podłapaną w przedszkolu było już  za nimi ). Znaczy o kalinowaniu marzyłam od wczesnych lat życia, ale dopiero kiedy nadszedł czas Alcatrazu mogłam swoje marzenie zrealizować, he, he.

Zaczęłam klasycznie od tzw. buldeneżki czyli kaliny koralowej Viburnum opulus 'Roseum'. To znaczy mnie się zdawało że to będzie 'Roseum', tymczasem przywlokłam do Alcatrazu gatunek. Pierwsze kwiatki, które pokazały się na krzaku solidnie mnie wkurzyły, to nie były piękne kulki podglądane w sąsiednich ogrodach, to kwieciszcze było płaskie i jak mi się wówczas widziało, bez wyrazu. Na dodatek ostrzeżenia przed mszycami atakującymi krzew okazały się prawdziwe. Pierwsza kalina posadzona w Alcatrazie mnie rozczarowała. Spokojnie, przeszło mi jesienią - ta kalina to "Jesienna dziewczyna". Przebarwia się w złoto miedzianych odcieniach i czaruje czerwonym owocami ( najwięcej ich tam gdzie na roślinę padają bezpośrednio promienie słońca ). Viburnum opulus rośnie sobie do dziś w Alcatrazie,od czasu do czasu  traktuję ją mocno nożycami do gałęzi i sekatorem. Jestem z tego krzewu zadowolona, naturalny i bezpretensjonalny, że się tak wypiszę. Oczywiście buldeneżce nie podarowałam i przywlekłam nową roślinę w następnym sezonie ( przy okazji wylazło że kiedyś, hen tam  rosła sobie w Alcatrazie ale tzw. wichry wojny ją zmiotły ( znaczy chodzi o zamierzchłe czasy okupacji ). Buldeneżka wyjątkowo nie podłapuje mszyc ( co jest dziwem nad dziwy, bo we wszystkich znajomych ogrodach wredne ssacze ją wysysają ), rośnie tak że korygować za dużo nie muszę ( formę drzewka  ma osiągnąć docelowo ) i w ogóle jest przemiła.  No w końcu bardzo stara odmiana ( znana już w roku 1594 ), a takowe jakby z zasady dobrze rosną.  Nawet mi nie przeszkadzało że kwiaty  kalin koralowych nie pachną, w końcu forsycje czy złotliny też nie wonieją tylko oczy cieszą. Taki ciepły i przyjacielski  stosunek do Alcatrazu te  moje kaliny koralowe miały, a i on zdawał się nimi solidnie zauroczony że aż grzech byłoby tylko na dwóch kalinach jednego gatunku poprzestać.  Szczególnie że o wonnych kalinach zaczęło mi się marzyć.





Z tego myślenia uplingła się w Alcatrazie "matka zapachu" czyli kalina koreańska Viburnum carlesii. To łacińskie carlesii wzięło się od nazwiska Williama Richarda Carlesa, znanego brytyjskiego podróżnika i kolekcjonera roślin z Półwyspu Koreańskiego. Udało mi się ją dostać w zamierzchłych początkach alcatrazowania, w szkółce przy arboretum w Rogowie. Rozpuszczona przez tempo wzrostu moich  kalin koralowych byłam zdruzgotana wielkością przyrostów tego gatunku. Do czasu, po paru latach kalina może nie tyle ruszyła z kopyta co z kopytka,  jednak zaczął być widoczny pokrój krzewu. Dziś jest to ponad metrowy krzew, pięknie kopulasto - okrągławy, który nie potrzebuje sekatora żeby uzyskać taki świetny wygląd. Zdecydowanie kalina dla cierpliwych, jednak naprawdę warto poświęcić jej miejsce w ogrodzie. Choćby dla nieziemskiego zapachu kwiatów. Owszem, na tle dorastających do 4 metrów wysokości odmian kaliny koralowej uprawianych przeze mnie w Alcatrazie  ( spokojnie,  wyhodowano też  maluchowe odmiany  'Nanum' i 'Compactum' ) to kalina koreańska wypada nieco blado -  rośnie tak na maksa do 150 cm wysokości, osiągana szerokość krzewu nieco większa , tak do 200 - 250 cm, ale dzięki takiemu "kompaktowemu" rozmiarowi nadaje się do sadzenia w małych ogrodach. Wymaganie glebowe ta pochodząca z Półwyspu Koreańskiego i Japonii roślina ma w sumie niewiele różniące się od kaliny koralowej, no może tylko nie zniesie aż takich bagienek jak kalina koralowa. Kalina koreańska lubi wilgoć ale bez przesadyzmu. Najlepiej rośnie na glebach przepuszczalnych, w pełnym słoneczku. Wtedy mamy w maju prawdziwe obsypanie kwiatami a jesienią ogniste barwy. Znosi suszę, znosi mrozy - u mnie w Centralno - Polszcze krzew hardcorowy. Mszyce jej nie odwiedzają, liściory są solidne, z grubym kutnerkiem od spodu - może trudno je wyssysolom nadgryźć.

W polskich szkółkach oprócz gatunku możemy dostać odmiany - 'Juddii' - odkrytą w 1920 przez Williama H. Judd'a i wprowadzoną od handlu w 1935 roku przez  Arnold Arboretum w Bostonie, i  'Aurora' ( znana też pod nazwą 'Donard Pink' ), uhonorowana Award of Garden Merit w 1984 roku, wynaleziona przez Leslie Slinger, wprowadzona do handlu przez Slieve Donard Nursery w Irlandii Północnej w roku 1958.  'Juddii' charakteryzuje się bardzo białymi kwiatami w rozkwicie ( tylko zewnętrzna strona płatków i "szypułka" są różowe ), bardzo mocnym ich zapachem, i dość długo przechodzącymi z koloru czerwonego w czerń owocami  ( u nas o owocach nie mam mowy, w polskim klimaciku zawiązki owoców są najczęściej zrzucane ). 'Aurora' to krzew o  bardziej zwartym pokroju, gęściejszy niż gatunek. Inną cechą charakterystyczną dla tej odmiany są czerwone pąki kwiatowe, różowawe kwiaty i bardzo wczesne kwitnienie. W szkółkach zagranicznych możemy napatoczyć się na odmianę 'Charis' o czysto białych kwiatach, niskorosłą i też kwitnącą białymi kwiatami odmianę 'Compactus', świetną odmianę 'Diana' o młodych liściach w kolorze brązu i czerwonych pąkach, czy sprzedawanego jako kalina koreańska mieszańca 'Cayuga' ( to jest tzw. wsteczna hybrydyzacja, nie zawsze się udająca  - kalinę mieszańcową stworzoną z udziałem Viburnum carlesii ponownie skrzyżowano z gatunkiem - jak dla mnie to bliżej temu mieszańcowi do kaliny angielskiej ), o bardzo pachnących, białych kwiatach. Szczerze pisząc to apetyt na kalinę koreańską rośnie w miarę sadzenia. Najpierw jest sadzony gatunek, potem człowiek nabiera ochoty na odmiany. Różnice niby subtelne, więc dobrze kaliny koreańskie razem zestawić.O ile zapach człowieka nie oszołomi że odfrunie w rejony senno - marzeniowe ( tak, tak - "Nie,  nie budzie mnie, śni mi się tak wspaniale" ) to będzie można owe różnice sobie podziwiać.


Kolejne kaliny zawitały do Alcatrazu z powodu Dzidkowego ogrodu. Na Śląsku istnieje taki kalinowy zagajnik, którego fotki zrobiły na mnie duże wrażenie.  Z  zeznań właścicielki ( "Dzidka, nie opuszczaj przewodu!" ) dowiedziałam się o całej nowej dla mnie grupie kalin mieszańcowych ( tak, radośnie sobie podmyśliwiałam że kalina angielska to tzw. czysty gatunek, he, he ). Kalina Burkwooda Viburnum x burkwoodii to uzyskany w Wielkiej Brytanii przez pana Burkwooda mieszaniec Viburnum carlesii z Viburnum utilis. Roślina o znacznie większym tempie wzrostu niż kalina koreańska ( choć na pewno nie takim jak tempo kaliny koralowej )  i osiągająca też znacznie większe rozmiary. W UK krzewy dorastają do ponad trzech metrów u nas będą miały około dwóch metrów z hakiem. Krzyżówka jest nieco bardziej wrażliwa na mrozy niż koreańska mateczka, lepiej sadzić w miejscach zacisznych. U mnie jak do tej pory rośnie bezproblemowo, mrozy bardzo jej nie szkodzą ( no ale moje kaliny "burkwoodki" to już całkiem spore krzaczydla ). Oprócz "podstawowej" kaliny Burkwooda uprawiam piękną odmianę o kwiatach jak z wosku,   'Anne Russell', wyselekcjonoaną przez Johna Russela w 1951 roku, rozprowadzaną przez L.R. Russell Ltd. za pośrednictwem Richmond Nurseries, Windlesham, England, która to odmiana otrzymała Award of Garden Merit w 1957 roku i przymierzam się do kolejnej wstecznej krzyżówki  o nazwie 'Mohawk' ( Viburnum x burkwoodii z Viburnum carlesii ). 'Mohawk'  rośnie ponoć bardziej zwarcie niż "podstawowa burkwoodka", ma bardzo czerwone pączki kwiatowe i ma mieć solidniejsze wybarwienie liści jesienią. No i zapach ma być bardziej oszałamiający, choć moim zdaniem to "podstawowa burkwoodka" pachnie już wystarczająco by wywołać oszołomienie ( najmocniej pachną jednak u mnie koreanki, inna liga że się tak wypiszę ). Odmiana została wyselekcjonowana w  Ameryce, do handlu w 1966 roku wprowadziło ją The United States Arboretum.

Hamerykanie w ogóle kombinują na potęgę z nowymi mieszańcami kalin, z wyczytków mi wychodzi że wspólnie z Brytyjczykami stanowią kalinową potęgę. Z burkwoodek w Hameryce powodzeniem cieszy się jeszcze wysoko rosnąca odmiana 'Park Farm Hybrid'. Nie wszystkie jednak amerykańskie odmiany sprawdzają się w Europie, a przynajmniej w naszych środkowoeuropejskich warunkach klimatycznych. Następną krzyżówkową kaliną jaka zawitała do Alcatrazu była osławiona kalina angielska Viburnum x carlcephalum. Ta kalina jest krzyżówką Viburnum carlesii z Viburnum macrocephalum var. keteleeri, stworzył ją Albert Burkwood a do handlu wprowadziła ją szkółka Burkwood i Skipwith Nursery. Oczywiście kalina o takich pachnących "bombach kwiatowych" została laureatką Award of Garden Merit, szans na uniknięcie wyróżnienia praktycznie nie było, he, he. Kalina angielska dorasta do wysokości 250 cm, ale ma bardzo rozłożysty pokrój. Od czasu do czasu dobrze przykatować ją sekatorem, pamiętając o tym żeby robić to bezpośrednio po kwitnieniu ( kaliny koreańskie i mieszańcowe z udziałem koreańskich mają już jesienią zawiązane pąki kwiatowe na przyszłoroczne kwitnienie ). Najnowszym kalinowym przebojem mieszańcowym nad zakupem którego leniwie się zastanawiam jest 'Eskimo' ( "Ciepła wdówka na zimę", tralalala - tak mi się mile te śnieżne kule kojarzą ). Ta kalina jest mieszańcem ( Viburnum carlesii x Viburnum x carlcephalum ) x Viburnum utile. Inna wersja to mieszańcowa 'Cayuga' skrzyżowana z Viburnum utile. Jak było pewnie wie tylko twórca mieszańca, natomiast dla mnie istotne jest że ta amerykańska ( The United States Arboretum wprowadziło ją do handlu w 1981 roku ) kalina jest szalenie widowiskowa podczas kwitnienia. Niestety jest jeden minus i to dość poważny - kwiaty 'Eskimo' nie pachną! No mam nad czym rozmyślać.





A skoro już  zeszliśmy ponownie na kaliny bezzapachowe to do Alcatrazu trafiły parę lat temu kaliny japońskie Viburnum plicatum. Występują w dwóch formach: Viburnum plicatum var. tomentosum o kwiatach zebranych w płaskie baldachy i Viburnum plicatum var. plicatum o kwiatach w kształcie kuli. Uprawiam obie formy i z obu jestem bardzo zadowolona. Kalinę japońską sadzi się głównie dla wspaniałego, pagodowego pokroju krzewów. W Europie uprawia się ten azjatycki gatunek już od 1865 roku. Wyhodowano całkiem sporo odmian, w Alcatrazie jak na razie uprawiam trzy znich. Formę tomentosum reprezentuje staruszka znaleziona około 1877 roku w Japonii przez Charlesa Mariesa, nazwana na jego cześć 'Mariesii' i kalina rodem z Holandii 'Dart's Red Robin'. 'Mariesii' dorasta od 200 do 400 cm wysokości i ponad 300 cm szerokości, jest bardziej rozłożysta niż gatunek ( wypadałoby napisać że bardziej pagodowa ). 'Dart's Red Robin' został wyselekcjonowany z powodu obfitości czerwono - purpurowych owoców. Do Alcatrazu trafiła w zeszłym roku reprezentantka formy plicatum odmiana 'Pink Sensation'. W planach jest prześliczna odmiana w typie tomentosum 'Cascade' uzyskana w Holandii w 1971 roku, mniejsza ( 150 - 200 cm ) bardziej przysadzista i o stosunkowo dużych kwiatostanach, śliczna odmiana o lekko różowych kwiatach 'Pink Beauty' i dwie odmiany w typie plicatum - 'Grandiflora' i dość ciężka do zdobycia 'Rosace'. Na naszym rynku można dostać podobną nieco do tej ostatniej odmianę 'Mary Milton', ale Marta twierdzi że "miltonka" jakby mniej żywotna. Znacznie więcej w szkółkach odmian Viburnum plicatum var. tomentosum niż kalin japońskich drugiego typu, buldeneżki japońskie wyraźnie przegrywają z kalinami koralowymi. Szkoda, w końcu japońskie krzaczydełka nie są aż takim przysmakiem mszyc.






Miłośnicy płaskich kwiatostanów mają znacznie większy wybór - 'Lanarth', 'Shasta', 'Shoshoni', 'St. Keverne', 'Summer Snowflake','Watanabe' - całkiem sporo tego jest. Większych czy mniejszych krzewów, krócej czy dłużej kwitnących, obsypanych kwiatami czy owocami, właściwie to prawie dla każdego ogrodu z wyjątkiem szczególnie suchych i słonecznych da się kalinę japońską wyhaczyć. A co dalej z kaliniakiem w Alcatrazie, czy tylko będę sadziła znane mi już kaliny?  Raczej nie tylko, sprawy z kaliną powinny być nieco ryzykowne ( "Ja Pana w podróż zabiorę " ). Zatem szczęśliwie nie nęcą mnie kaliny koralowe o złotych liściach. Tak, są piękne ale podobny efekt można uzyskać sadząc pęcherznicę. No może gdyby to były jakieś buldeneżki na złotych liściach, ale takowych  nie spotkałam. Za to ostatnio miałam na oku taką  nieznaną mi bliżej półzimozieloną kruszynę ( ryzykowną aż miło ), której nazwy oczywiście w tej chwili nie pamiętam. Kalinka z tych niedużych, w sam raz do przykrycia gałązkami iglakowymi w razie nagłego mrozowego zagrożenia. Cena tylko taka z tych co to ich nie lubię. No trudno, w końcu kalina stworzenie luksusowe. I dlaczego mam sobie odmawiać zakupu krzaczka. Inne rzeczy mogą poczekać, i tak  dużo wydaje "ku pożytkowi ogólnemu". Teraz się kaliną dopieszczę! "Właśnie że będę niemoralna!"





piątek, 5 lutego 2016

Nie odpuszczać Puszczy!

To jest wpis wagi ciężkiej. Ilustracji nie będzie.

Kondycja gatunku ludzkiego nie jest najlepsza, z uporem maniaka wybieramy na rządzących nami radosnych głupoli. Niezależnie od tego jakie mamy sympatie polityczne i kogo preferujemy możemy spodziewać się jednego, w momencie objęcia stanowiska następuje w wybranym  jakaś przemiana i nawet z rozsądnych by się zdawało ludzi wyłazi tępy kretyn. Choroba władzy?  Spokojnie można to leczyć mechanizmem kontroli władzy ( Amerykanie wpadli na coś takiego jak częściowe wybory do izb władzy ustawodawczej, raz w połowie kadencji robią wymianę części parlamentu - rozwiązanie może nie jest idealne ale temperujące radosną "tfurczość" i  "a  teraz mam cię w dupie, drogi wyborco" ).   Za każdym kretynem w polityce stoją ciężkie pieniąchy, kretyni wybrani i przez wybranych mianowani + kasa za byznes to zmora nie tylko naszego życia politycznego. Na ogół odpuszczam sobie polityczne plucie bo mam tzw. spojrzenie dialektyczne, znaczy już do mnie dawno temu dotarło że historia jest bezlitosna i prędzej czy później zmiata każdego kto dorwał się do władzy ( a najszybciej to rozwala błyskawicznie tworzone imperia i cudownie "wyniesionych" ).

Moja paskudna pamięć ładuje mi przed oczy i do uszu obrazy ludzi , którzy nie tyle walczyli  o ukochaną Ojczyznę co wściekali się że kaszanka podrożała, cukier był na kartki i papieru toaletowego było coś mało w normalnej sklepowej dystrybucji. I to oni, ci od kaszanki i sraj taśmy mieli najwięcej do powiedzenia o zmianie ustroju, bo to ich było  najwięcej. Niby oportunistów, chcących żyć w spokoju, mających gdzieś bardzo wielkie idee, przywiązanych do tradycji ale nie walczących o nią na "barykadach kontrrewolucji" - zwyczajnych Polaków. Nie daj Boże doprowadzić takich do stanu wrzenia bo robi się karnawał w ryjo. Każdy wycierający sobie gębę Polską odmienianą we wszystkich przypadkach powinien sobie uświadomić że gdyby nie ci zwyczajni to ta niewielka ilość osób z podziemnej opozycji mogłaby sobie pieprzyć na tajnych zebraniach o dupsku Maryny, bo bez tych zwyczajnych nic nie miało sensu. Ci z pezetpeerowskiego nadania też guzik  by sobie mogli pomagdalenić gdyby zwyczajni stanęli okoniem, a nie na to im pozwolili,  mając w głębokim poważaniu  próby zawłaszczenia narodowego majątku i stawiając  na coś nowego . Siła leży w zwyczajnych i nie wolno się bawić z tymi zwyczajnymi w Ciemnego Luda, bo jak kuźwa Ciemny Lud złapie to boli ( takie mam dziecięce wspominki z gry w czarnego luda ). To tak gwoli wyjaśnienia moich politycznych preferencji ( politycy wszystkich opcji po pewnym czasie sprawowania władzy powinni być poddawani miłosiernej eutanazji, he, he,  dla dobra swojego i współobywateli ).

Są rzeczy ponad polityczne ( tzn. powinny być polityczne zgodnie z twierdzeniem że polityka to działanie dla wspólnego dobra, ale słowo polityka kojarzy się szerokiemu ogółowi jako działanie na rzecz wybranych grup ), coś co łączy ludzi niezależnie od tego czy głosują na Iksińskiego czy Igrekowicza. Mam wrażenie że sprawy lasów są właśnie sprawami tego typu. Poprzednia ekipa  usiłowała sprywatyzować lasy państwowe co było jedną z przyczyn  jej upadku ( no za pewne numery się po prostu dość szybko płaci ) i zaczęła jeszcze inne kombinację , następcy jak widać nie wyciągnęli wniosków dotyczących stosunku obywateli do lasów i z uporem  brną w coś czego obronić się nie da. Akcja z wycinką drzew w Puszczy Białowieskiej  wygląda na szytą dratwą. Sorry, metody ochrony drzewostanu rodem z pierwszej połowy XX wieku nie są rzeczą do obrony. Nie zdały nigdzie na świecie egzaminu, o ich stosowaniu w przypadku terenów leśnych o szczególnym znaczeniu w ogóle moim zdaniem nie powinno być mowy. To tak jakby leczyć grypę operacyjnie,  wycinając pacjentowi węzły chłonne.  A potem się dziwić że organizm pacjenta coś nie tego. Naukowcy od zielonego  apelują ( i nie mam tu na myśli tych organizacji ekologicznych których czlonkowie się przywiązują do drzewek a potem biorą kasę za wyzwolenie się z łańcuchów, tylko ludzi rzetelnych  i cenionych w swojej profesji ) że wycinka drzew na taką skalę niczego nie załatwi ( znaczy populacja szkodnicza i tak się odrodzi w swoim tempie, natomiast na olbrzymich terenach powycinkowych nastąpi dezintegracja systemu ekologicznego ). Oczywiście z kim bym nie rozmawiała na tematy puszczańskie wypływa temat kasy. Polacy z zasady nie lubią każdej władzy, nawet tej którą naprawdę sobie sami wybrali. Każdą podejrzewają o złodziejstwo ( najczęściej słusznie ) i każdej prędzej czy poźniej wystawiają rachunek. Na razie jeszcze nie opanowali mechanizmu rozliczania personalnego ale wszystko przed nami. W przypadku puszczy nie wiem czy słusznie czy nie, coraz głośniej jest o tzw. grupach interesu, znaczy o pieniąchach. Wszystko zaczyna wyglądać brzydko ( problem żony Cezara ) i bardzo podobnie do akcji poprzedników tej władzy. Wygląda na to że istotnej różnicy w działaniach dotyczących lasów  między obecnie sprawującymi władzę a ich poprzednikami nie ma, znaczy to samo błotko. A Ciemny Lud w tym wypadku jakoś nie jest wybiórczo ślepy i tłumaczy sobie to w sposób następujący: "Wszystko już rozkradli teraz  i las zabiorą". Ciemny Lud nie jest na tyle głupi żeby nie dostrzec możliwości dealu i akurat ten byznes spotyka się z powszechnym potępieniem. Ktoś tu wyraźnie drażni Ciemnego Luda.

Dlaczego nie  piszę o ekologii tylko o polityce? W obecnej sytuacji najgorszym z możliwych zagrożeń dla Puszczy Białowieskiej są politycy i stojące za nimi grupy interesu. Co ja się będę tutaj o jakichś kornikach rozpisywać, kiedy to nie one w gruncie rzeczy stanowią problem. Problemem jest to że Państwowa Rada Ochrony Przyrody powoływana jest przez ministra i jest jedynie ciałem doradczym. Jako obywatelka wolałabym żeby rada była wyłaniana w inny sposób i żeby to opinie rady a nie urzędników ministerialnych czy Dyrekcji Lasów Państwowych  ( jakoś dziwnie nigdy nie zainteresowanej pozyskiwaniem drewna i dokładającej do niemal wszystkich nadleśnictw - normalnie organizacja charytatywna ) miały największy wpływ na  ostateczne decyzje dotyczące terenów o szczególnym znaczeniu przyrodniczym. I tak szczerze pisząc  to  nie tylko tych o szczególnym znaczeniu. Puszcza Białowieska to ostatni w Europie nizinny las o cechach naturalnych. Poza obszarami oficjalnie chronionymi,  które stanowią 30% powierzchni polskiej części Puszczy, na jej terenie znajdują się fragmenty naturalnych lasów, jakie przed wiekami porastały Europę. Aby chronić ten niezwykły ekosystem i zachodzące w nim procesy, w 2005 roku cały obszar Puszczy został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Petycje w sprawie obrony puszczy znajdziecie w necie bez problemu. W końcu to Ciemny Lud ma władzę, znacznie większą niż jakikolwiek polityk, a petycje podpisane przez ileś tam set tysięcy ludzi to jest ostrzeżenie na piśmie. Zawsze to lepiej wysłuchać obywatela niż go ignorować. Obywatel ignorowany i tak już dostatecznie ignoruje polityków ( ach ta frekwencja ), jeszcze dojdzie do wniosku że system mu nie odpowiada i pomyśli o karnawale. I z czego wtedy politycy będą żyli?! Jeszcze trzeba będzie dla nich rezerwat zrobić.

środa, 3 lutego 2016

Chmielograb europejski - kandydat na stanowisko dużego drzewa w Alcatrazie

Alcatraz potrzebuje trzech dużych drzew. Dwa stanowiska mam już załatwione -  kolejny jarząb mączny i brzoza pożyteczna, miejsce numer trzy dalej czeka na lokatora. Rozważam kandydatury bardzo starannie  bo mimo tego że to będzie  kąt przy ogrodzeniu, na drzewo przeznaczam sporo miejsca i chcę żeby robiło w tym miejscu za gwiazdę. Przypomniałam sobie ubiegłoroczne  Święto Tulipanów i naszą wyprawę do łódzkiego OB podczas której starannie udało nam się zignorować cebulowe nasadzenia ( tulipany  nastu czy  nawet kilkudziesięciu odmian posadzonych w masie nie robią na mnie od pewnego czasu żadnego wrażenia ),  za to  rozglądaliśmy się z prawdziwą pasją po ogrodowym drzewostanie. Mamelon i Sławek szukali drzewek magnoliowych ( u Mamelona pojawiła się w następstwie tej wizyty magnolia 'Lennei Alba', mimo dużego oporu stawianego przez Sławka ), ja  zastanawiałam się nad bardzo dużymi drzewami. Chmielograb europejski Ostrya carpinifolia zrobił na mnie największe wrażenie,  głównie dlatego że kwitł tymi swoimi męskimi kotkami - baźkami, he, he. To drzewo pochodzi z Europy południowej  i Azji mniejszej, u nas się zadomowiło do tego stopnia że bywało sadzone jako "drzewo uliczne". Dorasta  do wysokości 20 metrów, szerokość to tak z 10 do 15 metrów, sporo miejsca trzeba  chmielograbowi przeznaczyć.  Młode drzewa mają stożkowatą koronę, starsze tworzą  bardziej kulistą formę. Liście podobne ma do grabu, choć mocniej zaostrzone. Liściory są ciemnozielone, lekko jaśniejsze od spodu, jesienią przebarwiają się na żółty kolor ( i dobrze bo jesienne ogniste barwy w Alcatrazie występują już w dużej ilości ). Egzemplarz z łódzkiego OB urzekł mnie też tym że był wielopienny, lubię taką formę drzewa. Drzewo późno wchodzi w okres owocowania ( tralala 20 - 30 lat, ciekawe czy się doczekam ), no ale za to jak wchodzi to urodnieje, bo owocki rzeczywiście przypominają chmielowe szyszeczki ( tak naprawdę to są orzeszki, z biało - zielonymi skrzydełkami,  zebrane w zwisające owocostany o długości około 5 cm ). Chmielograb można sadzić w strefie 6a, ale bardzo  młode egzemplarze lepiej okrywać przy dużych spadkach temperatury zimą. Czasem nawet dorosłe egzemplarze cierpią od dużego mrozu, znaczy pozostaje mieć nadzieję że - 30 stopni Celsjusza to w Odzi tak raz na dziesiąt lat. Kandydat na stanowisko dużego drzewa w Alcatrazie wymaga podłoża dość żyznego, przepuszczalnego, umiarkowanie wilgotnego, o odczynie lekko kwaśnym - i takowe ma od ręki bezproblemowo załatwione. Stanowisko wybrane dla kandydata  jest słoneczne ( chmielograb dobrze czuje się na takim, albo na lekko ocienionym ). No kandydat z chmielograba jak się patrzy, pasujący, jednak czy to on zawita do Alcatrazu nie jest jeszcze jednoznacznie przesądzone. Przeglądam zdjęcia z wizyt w parkach i ogrodach i co i raz natykam się na jakieś ciekawe drzewa. Jak na razie jednak chmielograb jest na tyle poważnym kandydatem że postanowiłam poświęcić mu wpis. Fotka taka sobie ( tę z sylwetką drzewa haniebnie skopałam ), ale kotki urzekające widać.

wtorek, 2 lutego 2016

O paprociach w Alcatrazie

Z paprociami w Alcatrazie było tak jak z paprociami w większości ogrodów - zaczęło się od pióropusznika strusiego Matteuccia struthiopteris. Ta paproć jest tak popularna że jeżeli nowo poznany ogrodnik opowiada Ci że  dzielnie uprawia w ogrodzie paprocie, w dziewięciu przypadkach na dziesięć mowa jest o pióropuszniku. Bezczelnie posunę się do twierdzenia że większość ogrodników w Polsce nie jest nawet świadoma że istnieją inne paprocie które można uprawiać w naszych warunkach klimatycznych . Wynika to chyba z niskiego poziomu uwagi jaki poświęcamy przyrodzie, w końcu nawet spacerek czy wyprawa do lasu na grzyby powinna uprzytomnić nam że w Polsce istnieją też inne paprocie i  nie tylko pióropusznik strusi porasta nasze lasy.  Chyba tylko z tego braku uwagi  w naszych ogrodach panoszy się pióropusznikowa monokultura. W końcu pióropusznik strusi nie należy do najtwardszych  paproci, jest dość wrażliwy na upały i przesuszenie, jego frondy ( paprociowe liście nazywamy frondami ) piękne są głównie wiosną, potem muszą mieć zapewnione naprawdę optymalne warunki żeby  dobrze wyglądać. No, może drugim powodem jego dominacji w ogrodach Kraju Kwitnącej Cebuli jest pióropusznikowa tolerancja dotycząca rodzaju gleby na której przyszło mu rosnąć.

Niby powinien mieć zapewnioną glebę próchniczą  z dodatkiem torfu ale praktycznie radzi sobie na niemal każdej glebie o ile będzie miał odpowiedni poziom jej wilgotności. Rozrasta się ekspresowo i posiadacze mniejszych ogrodów powinni się trzy razy zastanowić nim sobie pióropusznika strusiego zapuszczą. Pozbywanie się pióropusznikowych kłączy to cholerna robota i jak to w przypadku tzw. ścierw ogrodowych wymaga powtarzania przez parę sezonów po uwolnieniu się ( jak nam się wydawało ) od  ekspansywnej rośliny. Posiadacze zawilgoconych hektarów za to mogą piać z zachwytu nad pióropusznikowymi łanami. Wilgotno, półcieniście i dużo, dużo miejsca do obsadzenia - wtedy i ogrodnik i pióropusznik są szczęśliwi. W innych warunkach pióropusznik wygląda źle, jak dzikie zwierzę przemocą wtłoczone w zbyt małą klatkę. Jednak z uporem maniaka brać ogrodnicza, ślepa na istnienie innych paproci, sadzi biednego pióropusznika w  zacienionym kawałku ogrodu bez względu na to czy będzie  tam właściwie wyglądał ( właściwy wygląd w przypadku pióropusznika oznacza wysokość rośliny w granicach nawet do 150cm   - te niskie pokurcze o popalonych liściach porastające nasze ogrody to jest parodia dobrego wyglądu tej paproci ).

A przecież w naszej strefie klimatycznej możemy uprawiać mnóstwo innych paproci, lepiej znoszących warunki ogrodowe. Nerecznice Dryopteris w wielu gatunkach i odmianach, kolorowe wietlice Athyrium zadające kłam twierdzeniom że paprocie to tylko zielona zieloność, a potem jeszcze raz zieloność. Zimozielone języczniki Phyllitis, paprotki ( paprotki to nie tylko zdrobnienie od paproci, to przede wszystkim rodzaj Polypodium ), znoszące nie  najlepsze stanowiska paprotniki Polystchium, kochające wilgoć długosze Osmunda, żyjąca na powierzchniach wód marsylia czterolistna Marsilea quadrifolia, błyszące podrzenie Blechnum, delikatne zanokcice Adiantum. Wszystko to w różnych rozmiarach - od prawdziwych olbrzymów po maluchne paprociumki. Naprawdę jest w czym wybierać, jeżeli zdecydujemy się wpuścić paprocie do ogrodu czyli zapaprocić. Większość paproci do szczęścia potrzebuje cienistych lub półcienistych miejsc w ogrodzie, przepuszczalnej próchniczej, lekko kwaśnej  gleby ( choć w miarę popularny  gatunek jakim jest języcznik woli glebę o odczynie alkalicznym ) i przede wszystkim odpowiedniego poziomu wilgoci w gruncie. Niektóre gatunki, języcznik, podrzeniec czy paprotnik mogą jako tako egzystować w tzw.suchym cieniu, jednak większość paproci kocha wilgoć. Teraz ostrzeżenie przed orlicą pospolitą Pteridium aquilinum. Ta paproć rośnie bezproblemowo w miejscach suchych, na kwaśnawych piaseczkach i znosi słoneczko, jednak zaproszenie jej do ogrodu można rozważyć tylko wtedy gdy dysponuje się hektarami - pióropusznik strusi to przy orlicy pospolitej cienki Bolek!



No a jak doszło do wielogatunkowego zapaprocenia Alcatrazu? Ano tak że Marta pokazała na forum Tabazowym swoje paprotne zdjęcia ( ach, te języczniki ), potem przypaprociła fotkowo Miłka i Teresa i ja poczułam że Alcatraz i mnie coś ominęło. Rzuciłam się jak dzika do nadrabiania zaległości i natychmiast dałam ciała. Klasyczne zachłyśnięcie się tematem i błąd początkującego. Kupowałam paprocie według kryterium listkowego ( "A bo to takie ładne, to powycinane."  ), ignorując takie informacje jak wielkość dorosłej rośliny, wymagania co do siedliska czy odporność na mróz. Hym, zanim mi się paprociowo dojrzało to parę naprawdę niezłych paproci z Alcatrazu odpłynęło. Z czasem jednak Alcatraz należycie spaprotniał. Oczywiście nie wszystkie paprocie ładnie mi rosną. Ku mojemu wielkiemu żalowi długosze mają w Alcatrazie wyraźnie zbyt sucho. Wielka szkoda bo to naprawdę wspaniałe paprociumy. Może jest dla nich jeszcze szansa, zbieram się do tego remontu oczka wodnego z dużym trudem i opieszale jak miś koala nawalony olejkiem eukaliptusowym, ale istnieje szansa że mi się w końcu uda. Znaczy nadal mam długoszowe nadzieje.




Znacznie lepiej radzą sobie w Alcatrazie nerecznice i paprotniki. To chyba najlepsze gatunki dla warunków mojego ogrodu , wytrzymałe na ekscesy aury, za każdą dobrutkę wdzięczne i pięknie przyrastające. Obecnie całkiem sporo gatunków i odmian tych paproci zasiedla Alcatraz. Szczęśliwie tak jak w przypadku host, tak i w przypadku paproci ominęła mnie mania kolekcjonerska - sadzę  paprocie zgodnie z tzw. sztuką, znaczy po parę sztuk jednego gatunku lub odmiany. Ogrodowym rabatom takie podejście służy, paprociom też. Podobnie jak rodki paprocie rosną lepiej w grupie, zaś grupa jednorodna bardziej cieszy oko niż paprociowy misz- masz składający się z paproci o różnych frondach, wzroście czy barwach. Oczywiście tak radośnie szafuję miejscem pod jednorodne nasadzenia, bo Alcatraz jest dość dużym ogrodem, gdyby był mniejszy sadziłabym paprocie nieco inaczej. Przede wszystkim musiałabym zrezygnować z paprociowych olbrzymów na rzecz średniaków i maluszków. Lecz chyba też bym sadziła po parę sztuk tych mniejszych gatunków czy odmian, bo  mi jakoś  łatwiej wychwycić przy takim masowo - jednorodnym sposobie sadzenia różnicę w ich  wyglądzie.



Czy Alcatraz będzie się paprociowo rozwijał? Pewnie że będzie, z paprociami jest trochę jak z hostami - raz zapuścisz i twój ogród zmieni się w bardziej "dzikie" miejsce. W takim miejscu nie wszystko musi być pod kancik, jego zieloni mieszkańcy potrafią sami poradzić sobie z chwastami, choć zaczynają jako niepozorne roślinki z in vitro. Tak, tak paprocie dziś na masową skalę, podobnie jak hosty  mnoży się z kultury tkankowej. Czasem trafiają się niespodziewanki, znacznie częściej niż w przypadku naturalnych mutacji. Niespodziewanki mogą byś wkurzające, szczególnie jak się nastawiliśmy na kolorowe wietlice. Tralala, żadne tam przenawożenia, po prostu niektóre  sadzonki nie są stabilne i bardzo łatwo się  rewersują. Na szczęście nie każda kolorowa wietlica jest wredna. W Alcatrazie wietlice nie są jednak najnajami, paprotny Alcatraz dalej będzie głównie nereczniczy i paprotnikowy. Rozwinie się też miejsce języczników i zanokcic, rabata znacznie się rozrośnie bo zamierzam tworzyć języcznikowe grupy ( do tej pory tylko testowałam pojedyncze sztuki, bo nie byłam pewna jak będą u mnie przyrastać ). Mnóstwo paprocenia przede mną!





piątek, 29 stycznia 2016

Oczar, oczarek, czaruś - Hamamelis x intermedia 'Diane'

Oczar pośredni Hamamelis x intermedia 'Diane' wziął i zakwitł. Spokojnie w kotłowni zakwitł,  tegoroczna pogoda co prawda spowodowała leciutkie otwarcie paru pączków w ciepłym grudniu, kiedy to jeszcze zakupiony jesienią oczarek doniczkowal sobie w ogrodzie, ale to było takie tyci - tyci że ledwie błysk czerwieni człowiek ujrzał. W styczniu "gruntowe" japońskie i pośrednie oczary śpią snem zimowym, jak to zwykle robią oczary kiedy mróz przychodzi,  ale ten świeżak ostatkowy, który nie został wkopany z powodu konieczności przesunięcia mojego nowego supergłazu, musiał być  profilaktycznie przeniesiony do kotłowni kiedy zapowiadali że przyjdzie do Odzi mróz bez śniegu. Od paru dni znów doniczkuje w ogrodzie, ale że jest ciepło to na całego kontynuuje kwitnienie rozpoczęte w kotłowni. Wszystkim pełnym nadziei na styczniowe oczarowe kwitnienia pragnę boleśnie uświadomić że i owszem, szansa na takowe istnieje ale warunkiem jest mieszkanie w najcieplejszych rejonach  Kraju Kwitnącej Cebuli. U mnie  oczar japoński zaczyna kwitnienie tuż przed leszczyną, oczary pośrednie kwitną nieco później, w zależności od odmiany ten kwitnieniowy termin "pośredniaków" w warunkach centralnej Polski to koniec lutego lub marzec. 'Diane' należy do odmian późno kwitnących. Wymagania glebowe ma jak wszystkie inne oczarki, ma być próchniczo, kwaśnawo ( najbardziej szczęśliwe są oczary rosnące w glebach gdzie pH waha się w granicach 4,5 - 6,5 ) i  w miarę wilgotno ( dobrze jest ściółkować glebę w okolicy bryły korzeniowej ). Najlepsze stanowisko dla oczara to takie miejsce  z rozproszonym słoneczkiem.

'Diane' została znaleziona przez niejakiego pana A. Korta w Kalmthout Arboretum gdzieś około roku 1935. Światu udostępnił ją pewien belgijski szkółkarz i hodowca oczarów, pan Robert de Belder w roku 1969. Odmiana otrzymała imię po córce państwa  de Belder ( imieniem jej matki, Jeleny, ochrzczono  odmianę oczaru przepięknie kwitnącą  w kolorze pomarańczowo- złocistym  ). Kwiaty pojawiają się na dwuletnich pędach ( ostrożnie z cięciem korekcyjnym  - tniemy zawsze tuż po zakończeniu kwitnienia ), najpierw są miedziano - czerwone, potem płatki zmieniają barwę na brązowo- czerwona a kielichy robią się purpurowe. Kwiaty wytrzymują mrozy do - 12 stopni Celsjusza, ale żeby była jasność, zwijają się wtedy w pąk i oczar wygląda jakby kwiaty były uszkodzone przez mróz. Jeżeli podczas kwitnienia oczaru pośredniego przymrozi poniżej - 12 to kwiaty już się nie obudzą. Na szczęście 'Diane' jako odmiana późna jest stosunkowo rzadko narażona na takie zdarzenia. Po niewielkich mrozach kwiaty oczaru rozwijają się ponownie i dalej czarują. Oczar pośredni kwitnie długo i wytrwale, na ogół 5 - 6 tygodni. 'Diane' uznawana jest za odmianę o najbardziej czerwonych kwiatach. Ich zapach nie należy do najintensywniejszych oczarowych woni, no ale nie można mieć wszystkiego. Za to jesienne liście - klękajcie narody! Szkarłaty, czerwienie i pomarańcze!  Dodajcie do tego mrozoodporność do niemal - 30 stopni Celsjusza i już wiecie dlaczego ta odmiana oczaru dostała Award of  Garden Merit.