Ogrody Rosemoor przecina droga, żeby dostać się z terenów nowego ogrodu do starych założeń trzeba przejść przez część nazwaną skalnym wąwozem. Taka swoista wersja sunken garden, zatopionego ogrodu czyli takiego w którym nasadzenia znajdują się poniżej otaczającego je terenu. Tu wykorzystano wzniesienie po którym biegnie szosa, na ścieżce prowadzącej do tunelu pod szosą ułożono "skalniaczek" z blisko 500 ton lokalnego kamienia. Prace na tym terenie rozpoczęto w 1995 roku, więc kiedy mła skalniaczek w drugiej dekadzie XXI wieku oglądała był on już dojrzały. Pomiędzy solidnymi kamorami stworzono tzw. kieszenie nasadzeń, które wypełniono bogatą, zatrzymującą wilgoć mieszanką gleby leśnej. Zważywszy na to że w pobliżu jest strumyczek i mnóstwo wilgoci stworzono miejsce o specyficznym mikroklimacie, idealne siedlisko dla paproci, bambusów i innych cieniolubnych roślin.
Z każdego końca wąwozu jest jaśniej, naświetlenie pozwala tam rozwijać się roślinom takim jak: ciemierniki Helleborus, trójlisty Trillium czy turzyce Carex. W centralnej części wąwozu jest znacznie bardziej cieniście, to zdecydowanie chłodniejsze, ciemniejsze środowisko, w którym występują rośliny takie jak: arizema Arisaema, strobilant Strobilanthes i obuwiki Cypripedium.
Ideą założenia było stworzenie ścieżki biegnącej przez opuszczony kamieniołom, z bogatym wyborem roślin rosnących "nieformalnie w sposób naturalistyczny". Hym... na tyle na ile się dało bo przeca jak można było zrobić wodospad to czemu nie poszaleć? Dźwięk opadających wód prowadzi odwiedzających do Ogrodu Lady Anny, gdzie wąwóz przechodzi w małą, zacienioną polankę. Tak to właśnie wygląda. Dla mła skalniak był ciekawy bo na ogół spotka się założenia skalne z roślinami słonecznolubnymi, często takie na pograniczu alpinarium.
Oczywiście rośnie tu wiele roślin które w naszym klimacie nie mają żadnych szans na zimowanie, przeca nawet w Albionie nie wszędzie udają się begonie w gruncie. Na bambusowe zagajniki też bym raczej nie liczyła, co prawda są entuzjaści uprawy bardziej zimotrwałych gatunków ale nie ma co się oszukiwać, bambusy w gruncie można uprawiać tak żeby cieszyły oczy w najcieplejszych rejonach kraju. Nie posadzimy też wielu paproci które dobrze radzą sobie w północnym Devon a pochodzą z rejonów takich jak południowe stoki Himalajów czy Tajwan. Wicie rozumicie, klimat niesie ze sobą ograniczenia których się po prostu nie przeskoczy. Skalny wąwóz nie jest jednak porastany przez same egzoty, rosną tu też gatunki które spokojnie poradzą sobie w naszym klimacie. Niektóre jak im podpasi miejsce mogą uchodzić nawet za ścierwki ogrodowe czyli rośliny ekspansywne.
Niektóre z roślin posadzonych s skalnym wąwozie a spokojnie dających sobie radę u nas, mła zaskoczyły. Mła na ten przykład nie spodziewała się białokorych brzóz na skalniaku. Po czasie jednak do niej dotarło, wokół mnóstwo wilgoci a brzozy himalajskie jak sama nazwa wskazuje pochodzą z gór i mogą spokojnie egzystować tam gdzie dużo skał. To raczej nizinny teren nie jest dla nich tym właściwym. Ot, przyzwyczajenie ogrodnicze, człek po prostu widzi brzózki posadzone na płaskim a w roli drzewa ocieniającego skalniak one go zaskakują, choć tak po prawdzie to nie powinny. Jako drzewa ocieniające założenia paprotne czy tam insze cieniolubne i u nas spokojnie można uprawiać magnolię Siebolda czy stewarcje kameliowate a w zimniejszych rejonach kraju stewarcje koreańskie.
Oprócz paproci porastających co się da w wąwozie jest cała kolekcja epimediów, kopytników, tiarellek i innych cieniolubów, których na ogół nie kojarzymy ze skalniakami. Mła się jednak przyzna że głównie interesowały ją paprocie, szczególnie była zauroczona odmianą wietlicy 'Ghost', która w wąwozie miała ze dwa eksponowane stanowiska. Rośnie tam też sporo rodków, mła przypuszcza że wiosenna porą wąwóz wprost się jarzy coolorami. Jak się do tego doda te stada wilgotnolubnych cebulaczków wiosennych to zdaje się że wiosenna odsłona tego miejsca w Rosemoor też jest warta zobaczenia. Wąwóz nie jest jakoś specjalnie długi czy nadzwyczaj rarytetnie obsadzony a jednak jest takim miejscem do którego kiedy wspominam Rosemoor moje myśli często biegną. Pewnie dlatego że został wymyślony po to by przykryć industrializację tego miejsca. Hym... cóś jak wypasiony kuzyn Alcatrazu.
Mła postanowiła Wam dać odpocząć od politycznych, szczególnie naszych bo ich durnota dosięga szczytów himalajskich, tzw. polski himalaizm - pono majo sprawdzać czy prawo do sądu jest zgodne z polsko Konstytucjo, mła się zaczyna pod ichnim wpływem zastanawiać czy oddychanie jest z nio zgodne? Ech...Kociambry niedobre więc zdrowe. Mła jest bliska wyrwania tej drugiej tylnej łapki która się Szpagetce została. No niedobroć w pokoju Cioci Dany i Azy jest kontynuowana, wredny Szpageton ma za nic pouczania mła, na młowe wrzaski reaguje własnymi wrzaskami, znaczy pyskuje. Na bezczela. Mła musi cóś zrobić bo inaczej jej "salon" zamieni się w wielko kuwetę. Jakby było mało Szpagetka i Mruciu zaczęli wojnę, bynajmniej nie cichą, o to kto jest najważniejszym kotem w domu. Reszta kotów się przygląda i nie kibicuje żadnej ze stron coby nie oberwać od drugiej. Najmniejsza kota i największy kot toczo boje, Szpagteka jest zasiadana a Mrutek jest podrapany i pogryziony. Napady Mrutka są nagłe, niby takie rabladorowanie ale Szpagetka się nie nabiera i zaczęła go gryźć na poważnie tymi swoimi pokrzywionymi ząbkami. Mrutek ma takie podrapki jakby z jakim samcem walczył a sława pazura i krzywego ząbka Szpagetki niesie się szeroko, znaczy wystarczy że Szpageton na wyrko wlezie i nieprzyjaźnie skrzeknie a koty mykajo. Wracajo do wyrka dopiero kiedy Szpagetka przyśnie.
Mrutek klęski zadane przez Szpagetkę odbija sobie na inszych, szczególnie lubi robić napady na Okularię, która ma dużą powierzchnię i jest co obejmować i na kim zasiadać. Może i dobrze że akurat na nią napada bo Okularia traktuje te jego naskoki jako rodzaj dziwnej gry wstępnej, jest miła dla Mrutka znaczy uznała że perwers i w jej katalogu zdobyczy taki kocur winien figurować. Gorzej kiedy Mruciu atakuje Sztaflika i Pasiaka - kłaki leco, bo ani Wojownicza Księżniczka ani Księciunio nie pozwolo żeby ich Carewicz traktował zębem, a już perwersyjne traktowanie zębem to odpada, zwłaszcza w wypadku Sztaflika. Mła z powodu tych bijatyk i niecnego zakuwetowania Szpagutkowskiej jest nieco swoimi kotami zmęczona. Zagroziłam im że jeżeli nadal tak się będą zachowywały i sprawiały że mła się będzie czuła jej kelnerka na bankiecie życia kotów to pojado na kolonie do Justynowa albo innych Drzewocin, gdzie przez miesiąc będą robić za koty podwórkowe. Oczywiście chciały jechać od razu.
Końcówka stycznia jakoś mła optymistycznie nie nastraja, niby mrozy nie grożą, wiosna coraz bliżej ale mła taka martwiąca się. Znajome kociambry słabują, madki i i łojce się martwio a to zawsze jest dla mła dołujące. Finansowo tyż tak sobie co nie znaczy że mła nie uskuteczniała pocieszycielstwa, mła sobie nabyła za całe 14.99 cóś pięknego - sukinkulenta mix, który wydawa się mła ferokaktusem. Mła go wstępnie zaliczyła do gatunku Ferocactus emoryi ale to tak bardzo wstępnie. Mła będzie musiała cierniom dokładniej się przyjrzeć bo równie dobrze może to być Ferocactus latispinus czy jaki Ferocactus viridescens, choć na tego ostatniego bym kasy nie postawiła. Mój nowy nabytek nie jest może tak widowiskowy jak Ferocactus stainesii ale ma za to pozaginane ciernie. Doniczkę do kaktusowej nówki mła ma upatrzoną, a jakże, ale zakup to uskuteczni dopiero w przyszłym miesiącu i to jak dobrze pójdzie bo doniczka kosztuje prawie dwa razy tyle co kaktus, co jest tzw. okolicznościo zniechęcająco. Niby sklep z chińszczyzno albo inno hinduskościo ale ceny takie pierwszoświatowe jak dla mła. Może mła uda się znaleźć cóś tańszego a równie miłego dla oka i dopasowanego do kaktusego. Mła pokłada spore nadzieje w zbliżającym się końcu srandemii, w końcu ruszą się może małe ryneczki "ze wszystkim". Miejmy tylko nadzieję że inflacja nie zaatakuje ich za bardzo.
A teraz co do
lektur, mła dalej międli manifest Unabombera. Niektóre rzeczy albo
rozśmieszająco albo przerażająco aktualne: "A zatem, nauka kroczy przed siebie na
ślepo, nie oglądając się ani na
dobrobyt ludzkości, ani na żadne inne kryterium moralne, będzie
posłuszna jedynie psychicznym potrzebom naukowców oraz rządowych
urzędników i członków zarządu korporacji, którzy łożą pieniądze na
badania.". Niektóre są tak w punkt że mła się zastanawia czy Ted nie
miał w sobie cóś z Edny, choć z drugiej strony może po prostu bardziej
uważnie niż inni przyglądał się amerykańskiemu społeczeństwu ponad
trzydzieści lat temu i widział w jakim to pójdzie kierunku - "Pod
pewnymi względami współczesne społeczeństwo jest wyjątkowo
liberalne. W
kwestiach niezwiązanych z działaniem systemu możemy generalnie robić to,
na co
tylko mamy ochotę. Możemy wierzyć w jakąkolwiek religię chcemy ( pod
warunkiem,
że nie zachęca do działań stanowiących zagrożenie dla systemu). Możemy
iść do
łóżka z kimkolwiek chcemy ( pod warunkiem, że uprawiamy "bezpieczny
seks" ).
Możemy robić cokolwiek nam się podoba, dopóki jest to NIEISTOTNE.
Natomiast
we wszystkich ISTOTNYCH kwestiach system dąży do coraz szerszej
regulacji
naszych zachowań." Mła o tyle nie zgadza się z Tedem że uważa iż tak było od zawsze, wszystko co nie godziło w system było dozwolone, Ted jeno opisał pozorną liberalizację i wciskanie nam kitu że to jest wszystko co możemy w dziedzinie wolności osiągnąć. Pozorną liberalizację bo jest jej tyle ile w stanie jest znieść system. Nie jest to zatem coś co umożliwia to co on nazywa przejściem przez tzw. proces władzy, przejściem przez proces sprawczości, tylko jest poruszaniem się wewnątrz systemu który w sprawach istotnych nas z poczucia sprawowania władzy obrabowuje, z czego część ludzi zdawa sobie sprawę, co z kolei wywołuje ich frustrację. I cóś jeszcze dokładniej wpisującego się w teraźniejszość a co zdaniem mła miało miejsce od zawsze tylko większość z nas tego nie dostrzegała: "Nasze zachowanie jest regulowanie nie tylko przez jawne zasady i przez
rząd.
Kontrola jest często sprawowana przez organizacje niebędące rządem, lub
przez
system, jako całość poprzez przymus pośredni, naciski psychologiczne i
manipulację.
Większość wielkich organizacji stosuje jakąś formę propagandy w
celu
zmanipulowania postaw i zachowań społecznych. Propaganda nie ogranicza
się do
reklam, a czasem nie jest nawet świadomie zamierzona.".
No a teraz z grubej rury: " Technologiczne
społeczeństwo
nie może zostać rozbite na małe, niezależne społeczności, ponieważ
produkcja polega
na współpracy pomiędzy wielką liczbą ludzi i maszyn. Takie społeczeństwo
MUSI
być wysoce zorganizowane i MUSZĄ być podejmowane decyzje, które będą
dotykać
bardzo dużej ilości ludzi. Kiedy decyzje dotykają powiedzmy, miliona
ludzi, to wtedy
każda dotknięta tą decyzją jednostka, ma średnio, tylko jedną milionową
wkładu w
podjęcie tej decyzji. W praktyce często dzieje się tak, że decyzje są
podejmowane
przez urzędników państwowych albo zarząd korporacji lub przez ekspertów
technicznych, lecz nawet, kiedy dochodzi do głosowania to liczba
głosujących jest
zwykle tak duża, że głos jednostki myślącej inaczej będzie nieznaczący. A zatem
większość jednostek nie jest w stanie wymiernie wpłynąć na główne
decyzje, które
dotyczą ich życia. Nie da się temu zaradzić w technologicznie
zaawansowanym
społeczeństwie. System próbuje "rozwiązać" ten problem używając
propagandy, aby
ludzie CHCIELI decyzji, które zostały za nich podjęte, lecz nawet, jeśli
to "rozwiązanie" byłoby w pełni efektywne w polepszaniu zadowolenia ludzi
to i tak
byłoby to poniżające." Taa... nic dodać nic ująć, w punkt i sedno, boleśnie i prawdziwie - składamy wolność na ołtarzu technologii i jeszcze nie jesteśmy w fazie kiedy większość z nas będzie tego świadoma. "Jeśli myślisz, że wielki rząd ZBYT MOCNO wkracza w twoje życie, to
poczekaj,
aż zacznie regulować skład genetyczny twoich dzieci. Takie regulacje
nieuchronnie
nastąpią po rozpoczęciu prowadzenia inżynierii genetycznej na istotach
ludzkich,
ponieważ konsekwencje nieuregulowanej inżynierii genetycznej byłyby
koszmarne." I bardzo pesymistycznie, przynajmniej dla mła pesymistycznie:
"
Jedyny kodeks prawdziwie broniący wolności
musiałby CAŁKOWICIE zabraniać inżynierii genetycznej istot ludzkich,
jednak z całą
pewnością taki kodeks nie zostanie zastosowany w społeczeństwie
technologicznym."
Tera będzie ednizm na całego, niestety poparty znajomościo natury ludzkiej jak i historii rozwoju technologii: "System jest obecnie w stanie desperackiej walki, aby pokonać pewne
problemy,
które zagrażają jego przetrwaniu, z których problemy związane z ludzkim
zachowaniem są najbardziej istotne. Jeśli systemowi uda się osiągnąć
wystarczająco
szybko odpowiednią kontrolę nad ludzkim zachowaniem, to prawdopodobnie
przetrwa. W innym przypadku upadnie. My uważamy, że ta kwestia zostanie
rozwiązana w przeciągu następnych kilku dekadach, powiedzmy od 40 do 100
lat.
Technofile są beznadziejnie naiwni ( albo sami się oszukują ) w swym
zrozumieniu dla
problemów społecznych. Są nieświadomi ( albo wolą ignorować ) fakt, że gdy
wielkie
zmiany, nawet te wydające się być korzystnymi, są wprowadzane do
społeczeństwa, to
prowadzi to do długiego ciągu innych zmian, z których większość jest
niemożliwa do
przewidzenia. Wynikiem jest rozłam społeczeństwa. Więc
jest to
wysoce prawdopodobne, że próbując zakończyć ubóstwo i choroby i tak
dalej, to
technofile stworzą potwornie problematyczne systemy społeczne, nawet
bardziej niż te
obecne." Próbka już jest: "...społeczeństwo technologiczne, aby prawidłowo
funkcjonować, MUSI osłabić więzy rodzinne i lokalne wspólnoty. We
współczesnym
społeczeństwie jednostka musi być wierna w pierwszej kolejności
systemowi, zaś
drobnym wspólnotom dopiero na drugim miejscu."
I dalej w ten deseń "Dziś dla wielu ludzi większą wartość ma to, co system może zrobić ZA
nich lub
Dla nich, niż to, co sami mogą zrobić dla siebie." Zdaniem mła na końcu tego usystemowienia człowieka stoi powszechny brak kreatywności i upadek cywilizacji.
Jak widzicie nawet w lekturze anarchisty człowiek znajdzie cóś dla mózgu. Mła ostatnio nie tylko czyta ale i wróciła do oglądania fabuł. W planach ma "Amonit" polecany przez Kocurrka i obejrzała polecono jej przez Repcię tragikomedię rodem z Bałkanów pod tytułem "Szara ciężarówka w kolorze czerwonym". Bałkany w całej krasie, nie tak odjechane jak u Kusturicy ale tyż dobre i jak to się określa wiele mówiące. U mła radochę wywołał pop argumentujący potrzebę pokoju kałachem. Muzycznie mła słucha różności, z Wami postanowiłam się podzielić muzyką niespecjalnie popularną a piękną. Henry Purcell jest u nas bardzo mało znanym kompozytorem a szkoda. Co do fotek - mła chciała ambitnie cóś sfocić ale światło jest takie że wszystko wychodzi w tzw. półcoolorze więc mła postanowiła sięgnąć do fotek inszych. Dziś będzie prawdziwa egzotyka sprzed ponad wieku. Panie orientalne jak należy, znaczy damy od Turcji do Maroka obfocone. Tak do końca to mła nie jest przekonana że to damy, islamskie damy raczej od obiektywu uciekały, chyba że bardzo były wyzwolone. Jak widzicie mła się cni za światem w którym się podróżowało daleko hen i to bez grzebania paciorem w nosie, powodującym tako infekcje zatok że laryngologi majo mnóstwo roboty.
Cytacik - " Gorsze od samej epidemii okazały się dla mieszkańców getta zarządzenia przeciwepidemiczne narzucane przez okupanta. Nie przynosiły one żadnych pozytywnych rezultatów, doprowadzały wręcz do rozprzestrzeniania się choroby. Szczególnie niebezpieczne były paradoksalnie wymuszane odgórnie dezynfekcje, podczas których używano siarki, która nie zabijała wszy. Podczas takich akcji wyrzucano ludzi z mieszkania i dokonywano rabunku, po czym niszczono nie tylko cały dobytek rodzin, ale także zabierano im dach nad głową. Inną zmorą Żydów były obowiązkowe, zbiorowe kąpiele odbywające się w pięciu kąpieliskach getta. W ich trakcie dochodziło także do perfidnego rabunku prywatnego dobytku.(...) Bardzo często, zarówno w przypadku dezynfekcji, jak i przymusowych kąpieli dochodziło do wymuszania pieniędzy od bogatych za zwolnienie ich mieszkań od tego typu "działań sanitarnych" albo do wręczania pracownikom kolumn dezynfekujących lub zakładów kąpielowych łapówek, byle tylko wydali odpowiednie zaświadczenia. Zazwyczaj kończyło się na tym, że ci, co mieli się kąpać, niestety nie robili tego, a insekty roznoszące chorobę dalej panoszyły się na każdym kroku." Tego typu porównań cóś cinżko uniknąć, nie są popularne i mile widziane w państwach, których obywatele z racji historii swojego kraju mogą być śmiało posądzani o totalitarne ciągoty. Wyhodowanie "dobrego Niemca", który ruszył nieść płomień cywilizacji zajęło niecałe sześć lat. Obecnie w Niemczech jak i Austrii trwa masowe pranie mózgów i choć idzie ono w niektórych rejonach opornie to jednakże pranie trwa. Co śmieszniejsze bardziej niemieccy czyli podatni na pranie niż rodowici Niemcy są imigranci starszej daty. Cóż, znana to sprawa, neofici wierzo najmocniej.
W Austrii, Francji, Grecji zarzundy muszo mieć bardzo dużo za
uszami bo jednak decydują się na "obowiązek" szczepień. Cholera wie
czy to wejdzie i z jakimi skutkami ale mła przypuszcza że w tle są
bardzo niefajne sprawy, które nie mogo ujrzeć światła. Mła ma nadzieję
na jedno - że proporcjonalnie do nacisków obecnie wywieranych na ludzi,
łamiących prawo spotka kara. Oby nie taka jaką wymierza ulica, mła się
wydawa że ta granica za którą "już nikt nie rządzi" jest bardzo bliska,
kiedy cierpliwość społeczna się wyczerpie to nie będzie co zbierać bo w
ludziach się gotuje i to tak że nawet hojnie opłacane sondażownie nie
są w stanie przykryć rozczarowania ludzi postawą władz podczas
pandemii. Żadnych obróżek jak dla exprezydenta Francji, normalne
pierdlowanie się należy. Kocnernowi zdawa się przestraszyli się działań
politycznych bo hamujo ich jak mogo - zarówno the Bill jak i ostatnio
pan od Pfizera, ale polityczne oślepły - oni nie majo zaplecza jak
pieniężni, skompromitujo się i wylatujo a coraz wincyj głosów jest za
tym żeby za pewne decyzje po prostu zapłacili sami. Mła myśli tak sobie
że po radzie mendycznej zaraz będzie ucieczka szczurów z mynisterstwa. ...To mła pisała w piątek a tu boom i wieczorno poro dowiedziała się że z mynisterstwa odszedł był pan wicemynister odpowiedzialny za onkologię. Taa... Edna odnotowuje rekordy jeśli chodzi o sprawdzalność wróżb, jeszcze nie zdążyła opublikować a tu spodziewana niespodziewanka. Ludek nasz prosty łączy odejście rady mend ycznej ze zniknięciem tele - porady, bardziej znanej jako tele - zagłada, dla grupy 60+, którą co rozsądniejsi medyczni uznają za przyczynę 80% zgonów na covid - 19. Ciekawe kiedy jednak zarzundowe dojdo do bezcelowości szczepienia ludzi 60+, których system immunologiczny jest "sprawny inaczej".
Teraz mła napisze co sądzi o sprawie ukraińsko - rosyjskiej. Mła dojrzała wzór po wczorajszej rozmowie z Tatusiem. Pojawiajo się nowe badania na temat czepień i choć tak jak w przypadku pierwszych doniesień na temat powikłań poczepiennych dających kopa w serce usiłuje się wszelkimi sposobami opóźnić recenzje, publikacje i dyskusje to i tak to wylezie. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, internet jest bronio obosieczną. Faza wyparcia się u ludziów kończy. W
związku z tym kluczowo sprawo jest niedopuszczenie do zbyt wczesnego
wylewu info, czy nie daj boszsz... jakichś dyskusji i istnieje pilna
poczeba zajęcia myśli ludzi inszym tematem, najlepszym jest
bezpieczeństwo bo tylko ono może konkurować ze zdrówkiem własnym i obawą o nie. Mła
łączy kropki i jest dla niej jasne że tzw. kryzys ukraiński a zaraz
potem najprawdopodobniej kryzys tajwański będzie miał za zadanie
przykryć "wychodzenie z pandemii" ze statystykami które tak napawajo
grozą osoby poddane potrójnej wakcynacji, takie jak mój Tatuś ( zaczął śledzić statystyki, czego przedtem nie robił ). Kryzys
ekologiczny nie wypalił, to już było widać w Glasgow - ludzie zaczęli
odróżniać akwizytorów koncernów ubranych na zielono od Zielonych ( mła
ma wrażenie że zarzundy zielonych w Reichu nieco otrzeźwio zwolenników
tego ruchu ucharakteryzowanego na proekologiczny ). Wojna ma nas teraz w
Europie zająć i uniemożliwić zadawanie pytań, zero dyskusji covidowych.
Wicie rozumicie, kryzys goni kryzys. Wujek Wowa dostanie Donbas i
jeszcze mu łba w domu nie urżno a my unikniemy kłopotów i będziemy z nim
walczyli o samostijno Ukrainę, którą i tak wszyscy majo w dupie, nie
wyłączając sporej części Ukraińców. Rozmówko wstępno i dogadaniem były
akcje kazachstańskie, przy czym to Erdogan którego powoli ma dość
zarówno Zachód jak i Rosjanie obszedł się smakiem. Niemieckie kłopoty muszo być naprawdę poważne ( znacznie poważniejsze niż te w innych totalitaryzujących się krajach ), znikąd się nie wzięła paniczna ucieczka do przodu i pomysł na jak najszybszą federalizację Europy w stylu, którego nie chcą nawet najwięksi zwolennicy takowej. Po za tym z ONZ wyciągnęli pomocną dłoń do Makreli co wskazuje na nieziemski wręcz smród, który grozi całej klasie politycznych, a może i nie tylko ich klasie.
Fotki ozdabiające dzisiejszy wpis ( mła się bezczelnie przyznawa że nie dotarła, ba, nawet nie próbowała dotrzeć bo sprzęt się zbiesił, do autorów tych świetnych, oddających istotę babcizmu fot ) to zdjątka Babć z ich Kotami. W muzyczniku mła oddaje co cza zmarłej dziś Barbarze Kraftównie ( "Panie Gustlik, ja mam w sobie dalej gorąc" ). Głos drżący jak cytra i to coś, co sprawiało że w człowieka wstępowała nadzieja, humor mu się polepszał.
Ogród RHS w Rosemoore słynie z dwóch ogrodów różanych - Ogrodu Różanego Królowej Matki, w którym znajdują się nowoczesne róże, oraz Ogrodu Różanych Krzewów, który jest obsadzony starymi odmianami róż, nazywanymi różami historycznymi ( kto chce o różach poczytać odsyłam do wpisów różankowych znajdujących się w katalogu Zielenina ). Ogrody Różane były pierwszymi nasadzeniami w Ogrodzie Formalnym i początkowo były postrzegane jako poligon doświadczalny dla ogrodników z West Country, którzy chcieli uprawiać różane krzewy. Bo tak po prawdzie to klimat południowo - zachodniej Anglii nie uchodził za najlepszy do uprawy róż. Przez długi czas uważano że róże się tu nie sprawdzają , gdyż błyskawicznie podłapują choroby grzybowe. Jednakże z czasem zauważono że sporo róż radzi sobie dobrze w tych warunkach, ba, niektóre odmiany są jakby stworzone dla ciepłego, wilgotnego klimatowi Devon. Różanym krzewom sprzyja też brak zanieczyszczenia powietrza wiejskich okolic. Oczywiście nie należy tu sadzić odmian podatnych na choroby takie jak czarna plamistość ale sporo różanych hardcorów daje sobie tu świetnie radę, osiągając niespotykane gdzie indziej rozmiary i produkując kwiaty bardzo wysokiej jakości. W obu różankach w Rosemoor rosną takie właśnie hardcorowe odmiany, odporne na choroby, wzrostu silnego i kwitnące długo a wytrwale.
Mła się od razu do czegóś przyzna, mła wcale nie zachwycił ogród Ogród Różany Królowej Matki z kolekcją mieszańców herbatnich i floribund. Bardzo sztywny, z małą ilością roślin towarzyszących. Niby jest poprawnie ale za serce nie chwyta i oczu nie ciągnie. Co gorsza - prawie nie pachnie. Róże same w sobie i owszem, urodne, ale tą typowo wazonową urodą róż powstałych w drugiej połowie XX wieku. Wicie rozumicie to nie było nic na czym mła chciałaby zawiesić oko. Tak po prawdzie to rzeczywiście bardziej przypominało ogródek doświadczalny, czyli poletka testowe dla róż nowoczesnych mających rosnąć w Devon i pobliskich hrabstwach niż prawdziwy, różany ogród. Zdjęć z tego Różanego Ogrodu Królowej Matki mła ma niewiele i cóś one nie zachwycajo. Natomiast ogród Różanych Krzewów to jest całkiem inna bajka, prawdziwa różanka obsadzona starymi różami, takimi jak róże z grup Alba, Damasceńskich, Mchowych i Gallicyjskich. Wspierane są te stare odmiany nowoczesnymi różami krzewiastymi, szczególnie różami Austina, zwanymi różami angielskimi. No i rosną te urocze krzewy w niemniej uroczym towarzystwie, takim podkreślającym ich urodę i stanowiącym w czasie przerwy w kwitnieniach tło którym można się nacieszyć. W sezonie wiosennym kwitną tu szafirki Muscari, narcyzy Narcissus i kamasje Camassia.
Latem szczególnie uroczym tłem dla różanych krzewów są powojniki sadzone wśród róż pnących, przedłużające sezon wystawowy odmian raz kwitnących.
Inne nasadzenia to jarzmianka Astrantia, całe łany czyśćca bizantyńskiego Stachys byzantina, przywrotnik miękki z angielska zwany lady's mantle Alchemillamollis po całości, różniste bodziszki Geranium i kocimiętka Nepeta. Z roślin dwuletnich uprawiają tam na masową skalę śliczną firletkę kwiecistą vel wieńcową Lychnis coronaria w odmianie 'Alba' kwitnącej biało różowymi kwiatami. U nas przeważnie można firletkę wieńcową dostać kwitnącą w kolorze ostrego różu, znaczy typowy gatunek. Ta biało kwitnąca zrobiła na mła olbrzymie wrażenie, świetnie pasowała do pastelowych róż i do czyśćców. Firletka to od dawna uprawiana roślina ( w Polsce przynajmniej od 500 lat ). Dawniej przypisywano jej magiczne właściwości, szczególnie miała chronić przed pajęczymi jadami - "Gdyby się jej niedźwiadek ... ( znaczy skorpion )... dotknął wszystek jad w nim umartwia, tak że nigdy żadnemu szkodzić nie może" tak o tej roślinie pisał w "Zielniku" Szymon Syreński żyjący w latach 1540-1611, słynny polski lekarz i botanik.
Mła sobie obiecała zakup nasionków ale z paczki co miała zawierać nasionka biało kwitnącej firletki wylazły roślinki kwitnące wściekle różowymi kwiatami i zdawa się że bardziej pewne jest zakupienie kwitnącej rośliny i poczekanie na to aż się wysieje. Mła tak sobie od lat obiecuje ale zawsze cóś. Żywcem jeszcze firletki kwiecistej 'Alba' nie spotkała a jak policzyć zakup netowy z transportem to wcale tak tanio nie wychodzi.
Jak widzicie na tzw. załączonych obrazkach czasem trudno się zorientować czy byliny i rośliny dwuletnie towarzyszą różom czy też to róże towarzyszą bylinom i roślinom dwuletnim. Mła ten sposób sadzenia bardzo się podoba, ogród jest bujny, pełen roślin różnych pokrojów a więc i kontrastów. W tych nasadzeniach nie ma nudy i sztywności "poprawnych" różanek w których róże, róże i tylko róże a nuda wyziera z każdego kąta. Takie nasadzenia z różami w roli przewodniej ale w licznym towarzystwie wydają się mła najciekawszą formą różanki. Jest to uroczo przetworzone założenie różanego ogrodu w Sissinghurst Castle, gdzie Vita Sackville-West stworzyła to co dziś nazywamy english rose garden. Taki ogród oczywiście wymaga "prawdziwych" różanych krzewów, jeżeli ktoś chce sadzić w takiej różance nowoczesne mieszańce herbatnie to naprawdę musi umieć je przycinać i formować oraz starannie wybierać odmiany które dobrze się krzewią.
W przeciwieństwie do Ogrodu Różanego Królowej Matki różanka obsadzona starymi odmianami wonieje z daleka. Mamelon i mła najsampierw różankę wyczuły a to za sprawą niby delikatnej ale jednak przenikliwej woni róż Alba, cudnej urody odmiana 'Félicité Parmentier' tak dawała czadu. Nie było specjalnie ciepło, w powietrzu mnóstwo wilgoci a zapach się niósł taki że nie sposób było ominąć różanki, szło się do niej na czuja. Oczywiście jeden krzoczek takiego zapachu by nie wyprodukował ale solidna grupa krzewów zasnuła zapachem cały różany ogród. Mła postanowiła sobie wówczas że nie ma zmiłuj, we własnym ogrodzie też tę odmianę róż posadzi. No i mła posadziła, niestety moim krzewom cóś daleko do monstrualnych krzoków z Devon, nie to że moje egzemplarze 'Félicité Parmentier' absolutna słabizna i oka nie ma na czym zawiesić. Jednakże mła ma ciągle przed oczami tamte wypasione róże obsypane kwiatami, obłędnie pachnące.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o wspominki z różanych ogrodów w Rosemoor. Mam nadzieję że troszki Was w ten śnieżny czas dopieściłam coolorami. Co prawda zapachu nie mogę Wam przez ekran przesłać ale wyobraźcie sobie różne wonie różanych kwiatów ( każda grupa róż nieco inaczej pachnie ) zmieszane z łąkowa wonią bodziszków i przywrotnika, czy dziwną nutą zapachową kocimiętki. Mła sobie ściągnęła z ogródka Różanych Krzewów pomysł na łączenie róż z czyśćcem bizantyńskim, od siebie dodała troszki szałwii omszonej bo niestety kocimiętka w jej wypadku ze względów oczywistych odpada ( czułej pamięci Laluś wygrzebywał nawet korzonki coby się w nich tarzać i nie miały znaczenia wszelkie zapewnienia szkółkarzy że ta kocimiętka to na pewno nie wabi bo olejków w niej mało ). Młowe sadzenie róż wiele zyskało dzięki tym odwiedzinom w Rosemoor.