sobota, 16 stycznia 2016

Niebieskie róże - smętna prawda

Może cała historia potoczyłaby się inaczej gdybym uprawę róż uchodzących za kwitnące kwiatami w odcieniach zbliżonych do koloru niebieskiego zaczęła od odmiany historycznej, pięknej róży  'Veilchenblau' wprowadzonej w świat w 1909 roku, ale  ja nieszczęśliwie zaczęłam uprawę od cholernych mieszańców herbatnich. No i wylazło kosmiczne nieporozumienie ogrodowe! Niebieskie róże nie są w związku z tym przeze mnie lubiane.  Dobra zacznę od uświadomienia tym wszystkim których wyszukiwarka rzuci  na "mojego interneta"  w trakcie zdobywania przez nich wymarzonej  róży o błękitnych kwiatach,  że takiego cuda to nie ma ( znaczy jest ale występuje tylko w bajce pod tytułem "Piękna i Bestia" i w opowieściach Markiza D'Orbessan o podlewanych roztworem indygo różach w Alhambrze ). Jeżeli chcą dalej pielęgnować złudzenia i kupować "błękitną różę - wielką rzadkość" to niech natychmiast porzucą tę lekturę i czym prędzej odpłyną w rejony handlowo - ogrodnicze ( z naciskiem na handlowe ), gdzie znajdą mnóstwo pięknych fotek róż o kwiatach błękitnych jak płatki niezapominajek ( w wersji jeszcze bardziej hardcorowej to jest odcień chaberków polnych, pełna zgroza ). Jeżeli chcą wziąć real na klatę to zapraszam do czytania, może uda się uniknąć  rozczarowań, które były moim udziałem. Róże niebieskie zasadniczo występują w dwóch wersjach  -  jasno kwietnej i ciemno kwietnej. Te  o ciemnych kwiatach, mimo występującego w nazwach słóweczka oznaczającego kolor niebieski, sprzedaje się jako róże o kwiatach  w odcieniach fioletu. I słusznie,  bo takie właśnie barwy mają płatki ich kwiatów. Róże kwitnące w tonach lila - róż nadal serwuje się jako niebieskie, choć każda w miarę realna fotka natychmiast uświadomi ogrodnikowi że ta "niebieskowść" jest problematyczna. Róż o kwiatach w odcieniach fioletu jest całe mnóstwo - od galijki 'Violacea' począwszy na osławionej floribundzie  'Rhapsody In Blue' skończywszy ( a i to pewnie nie ostatnia róża o fioletowych kwiatach, która okrzyknięta zostanie hitem i przełomem ). Róż kwitnących w jasnych odcieniach barwy fioletowej jest znacznie mniej, wielu z nich zdecydowanie bliżej do kwitnień różowych niż  "niebiewskich".  Typów wśród róż błękitnych mnogo - mamy solidne krzewy, ramblery  ( długopędowe róże czepne ), patykowate krzewy mieszańców  herbatnich,  róże rabatowe ( dość niskie róże do tworzenia jednorodnych grup, tzw.beds czyli po naszemu ....łóżek ), jeszcze chyba tylko róże okrywowe się nie doczekały swojej  niebiesko kwitnącej wersji.

Ja niestety zaczęłam przygodę z różami o niebieskich kwiatach od najgorszej możliwości - zauroczona zdechłym wrzosem płatków i pięknym zapachem posadziłam w ogrodzie mieszańca herbatniego,   odmianę Tantaua z roku 1964  'Mainzner Fastnacht' ( zdjęcia nr 2 i 3 ). To jest róża legenda - cud, miód i malina, z tym że nie koniecznie w ogrodzie, a już  na pewno nie w ogrodzie typu Alcatraz  w Centralno -  Polscze. Ta  dość wysoka, dorasta do 150 cm wysokości ( w optymalnych warunkach ) i bardzo wąsko rosnąca różyca ( 40  - 60 cm ) to drapak nad drapaki, szczególnie  że niespecjalnie w naszych warunkach klimatycznych chce się jej wytwarzać więcej pędów. Pokrój jak dla mnie tragiczny, niestety sadzenie większej ilości krzewów wcale nie pomaga, bo wyprostowane wysokie pędy z nielicznymi kwiatami na końcach nadal wyglądają źle. Krzew w ogóle należy do tych ciepłolubnych,  żaden z niego hardcor do chłodnego klimatu. Kwiaty za to powalają urodą.  'Mainzner Fastnacht' jest odmianą która maksymalnie ma  czterdzieści płatków, takie róże są przepiękne w fazie pąka. Dostać bukiet i być zauroczoną urodą kwiatów to jednak zupełnie coś innego niż uprawiać paskudny krzewik w ogrodzie. Co prawda długo tej odmiany nie uprawiałam, po ostrzejszych zimach stan posiadania ulegał uszczupleniu ( optymistycznie odtwarzałam krzewy żeby uzupełnić nasadzenia - ta róża i floksy 'Blue Paradise' i perowskia w tle ), ale po masowym odpłynięciu w zimie 2012 roku, dałam sobie spokój.


 Kolejną różą o niebieskich kwiatach, którą dopiero niedawno zidentyfikowałam ( po zapiskach w cudownie odnalezionym ogrodowym zeszyciku nr 2 ) była odmiana  z 1974 roku, autorstwa Marie Louise Meilland 'Charles de Gaulle'. Była i już wiadomo właściwie wszystko, też lubiła ciepełko. Kwiaty o dwa tony ciemniejsze niż  w przypadku  'Mainzner Fastnacht', pąk też  przepiękny ( ta róża ma zazwyczaj około czterdziestu płatków ), zapach powalający i szczęśliwie pokrój krzewu jakby  lepszy ( dorasta do metra, przez co krzew wydaje się bardziej proporcjonalny ). Nie myślę o odtwarzaniu nasadzeń z "niebieskich" mieszańców herbatnich, moim zdaniem to nie są róże do uprawy w naszych ogrodach ( no chyba że w najcieplejszych rejonach i jak kogoś pokrój krzewu nie drażni, znaczy dla wytrwałych różankowych ).  Znacznie lepiej radziła sobie w Alcatrazie niezidentyfikowana różyczka w typie floribunda ( zdjęcia 1, 4, 5, 6 ), którą podejrzewałam swego czasu o bycie odmianą 'Magenta' hodowli Kordesa ( jednak zbyt jasne liście i niezbyt wysoki wzrost nie pasują  ). Zatem lepiej uprawiać inne rodzaje róż o "niebieskich" kwiatach, floribundy czy  choćby wspomnianego już ramblera  'Veilchenblau' ( to dla tych którzy lubią  róże o  jasnych kwiatach ) lub wybrać róże w odcieniach ciemnej czerwieni zbliżonej do fioletu.



Dobra, 'Veilchnblau' urodny ale dla wielu osób nie będzie to róża marzeń, a już na pewno nie dla tych którzy nie wyobrażają sobie róży inaczej jak tylko w postaci solidnie wielopłatkowej. 'Veilchenblau' jest mieszańcem Rosa multiflora, zatem kwiatki ma o niewielkiej ilości płatków, pylniczki widać, małe 3 - 4 cm, no w dodatku kwitnie tylko raz ( choć dość długo i bardzo obficie ). Najczęściej radzi się w wypadku takich róż podsadzać je powojnikami kwitnącymi latem, coś tam zawsze wtedy się kwieci. 'Veilchenblau' najbardziej "fiołkowy" jest na początku kwitnienia, potem jego kwiaty dosłownie szarzeją ( uprawiając tę różę w półcieniu ponoć barwą kwiatów można się cieszyć nieco dłużej ). Różą czepną o odrobinę ciemniejszych kwiatach jest odmiana kwitnąca później  niż 'Veilchenblau' ( 'Veilchenblau' to tzw. wczesna róża ) - 'Bleu Magenta' .To jest  róża o dość tajemniczym pochodzeniu ( sukces ma wielu ojców )  ma silniejszy wzrost,  pędy dorastają nawet do 5 metrów . Wymagająca cierpliwości ( kwiaty potrafią być przez kilka pierwszych lat uprawy bezczelnie różowe  ) i przycinania tegorocznych przyrostów o połowę ( zapewniamy w ten sposób lepsze kwitnienie w przyszłym roku ). Niby bezproblemowa ale podobnie jak galijka  'Cardinal de Richelieu'  lubiąca podłapywać grzybki. W latach dwudziestych XX wieku powstały ulepszone wersje 'Veilchenblau' - w roku 1921 Turbat wprowadził 'Violette' a w roku 1924 Ingoult wprowadził odmianę 'Rose-Marie Viaud'. Obie róże mają ciemniejszy kolor od mateczki i bardziej pełne kwiaty, 'Violette' dodatkowo pachnie jak róże piżmowe. Wszystkie te róże kwitną w zasadzie tylko raz. W latach pięćdziesiątych XX wieku Kordes dał światu różę 'Magenta", bardzo urodną ale świat się nie zainteresował. Szkoda bo kwiaty prześliczne a róża w typie floribunda, czyli ma więcej kwiatów na pędzie.  Wprowadzona w 1954 roku  może wyprzedziła  swoje czasy, świat żył wówczas nowymi mieszańcami herbatnimi, których kwiaty tak pięknie prezentują się w bukietach. Duża,  bo dorastająca w optymalnych warunkach nawet do 185 cm wysokości i 120 cm szerokości, znacznie bardziej odporna na zimno niż późniejsze mieszańce herbatnie o "błękitnych" kwiatach. Dzisiaj taka introdukcja nie przeszłaby niezauważona. A co z różami angielskimi? Ponoć we wrzosowe tony wpada 'Spirit of Freedom'. Qrczę, ślepa  chyba jestem bo dla mnie ta różyca introdukowana w 2002 jest po prostu zwyczajnie jasno różowa. "Niebiewskości" się w jej przypadku nie dopatrzyłam. Z ciemniejszych odcieni różanego "błękitu" karierę robią u nas ostatnio 'Heidi Klum' Tantaua z 1999 roku  i 'Rahpsody in Blue' Franka R. Cowlinshawa introdukowana w 2000 ( dwie ostatnie fotki ). Pierwsza to niska róża ( łóżkowa, nie okrywowa ) o bardzo pełnych kwiatach w kolorze ciemnoróżowym z odcieniem fioletu ( naprawdę nie wiem jak to inaczej ująć),  i lubiąca podłapać grzybka  .Druga to miła floribunda o  fioletowych kwiatach, mających jednak jedną wadę. Przekwitając zmieniają kolor na  ścierkowo - podłogowy. Sadzić w półcieniu i obrywać jak tylko zaczną ścierkować inaczej paskudnieje nam róża w tempie błyskawicznym  ( co zresztą jest udziałem wielu odmian o kwiatach w kolorze zbliżonym do fioletu ).


8 komentarzy:

  1. naprawdę(!) wierzyłam, że sa niebieski róże, sama widziałam na zdjęciach.......buuuuu :(((

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, są tacy co nadal będą wierzyć. Nawet jak ten tekścik przeczytają,w końcu nadzieja umiera ostatnia.;-)Bosz..... wiedziałam że będę robić za taką ciężką francę, która gasi ludzkie marzenia. Z drugiej strony ile to kasy może zostać dzięki temu pościkowi w ogrodniczych portfelach.I będzie ją można wydać na inne rośliny.

      Usuń
  2. fakt, brutalnie rozwiałaś moje złudzenia, mogę to porównać tylko do dnia w którym dowiedziałam się, że nie ma Świętego Mikołaja:-) Pierwsze róże w życiu kupiłam w ubiegłym sezonie. Wszystkie herbaciane, z wyjątkiem jednej krwistoczerwonej szczepionej na pniu. Ciekawe jak przetrwają zimę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tu nie chcę Cię straszyć ale krwistoczerwona na pniu wymaga zabezpieczenia przed mrozami ( agrowłóknina to nie jest optymalne rozwiązanie w naszym klimacie, najlepiej przygiąć do ziemi, przytwierdzić zagiętym w podkówkę drutem, a miejsce szczepienia na kijaszku zakopczykować). Po tym moim krwistoczerwonym wywodzie to już tylko kanapa u dobrego psychoanalityka Ci została. Po paru sesjach dojdziesz do Się.;-)A Święty Mikołaj to istnieje, nie siej dezinformacji!:-)

      Usuń
  3. Moje doświadczenia z niebieskimi różami ograniczają się do 'Mainzer Fastnacht' (kompost, kompost, kompost i ognisko, proszę pani!)i 'Rhapsody'.

    I co do tej ostatniej, ośmielę się z Tobą nie zgodzić. Po pierwsze, to nie jest ścierka, tylko bardzo wyrafinowany odcień fioletowej szarości. Ja ten odcień osobiście uwielbiam i jakoś tak od zawsze moja "tfurczość" rękodzielnicza oscyluje w kierunku takiej właśnie szarości, nawet jak zaczynam żywo i soczyście ;-)
    A rzeczona Rapsodia oprócz tego ma piękny kształt kwiatu, nie najgorszy pokrój, jest odporna na choróbska i powtarza kwitnienie, co w ogródku o gabarytach chustki do nosa ma niebagatelne znaczenie. Ale fakt, półcień bardzo wskazany. I odpowiednie sąsiedztwo - u mnie w towarzystwie różnych limonkowatości prezentuje się baaardzo na miejscu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Sorry, ściera jest ściera, he, he.;-) Nie wiem dlaczego tak mnie drażni ten kolor u róży, skoro uwielbiam irysowe szarości. Może przez to że ciepły różowawy fiolet świeżo rozkwitłych kwiatów z tym szarym odcieniem kwiatów już odchodzących mi nie gra. Przyznaję, różyca jest zdrowa, pokrój w porzo jak to u floribundek, kwiat urodny i w dodatku owadom przyjazny, no i powtarzające się kwitnienie ale....... To nie jest róża idealna, wpasować ją w otaczające alcatrazowe nasadzenia nie jest łatwo bo subtely szary odcień fioletu pojawia się dość szybko, tak że robi się kolorkiem dominującym, mimo półcienistego stanowiska. W Alcatrazie czekamy nadal na coś bardziej stabilnego, czyli schodzącego ze sceny w stylu kwiatów mchówki odmiany 'William Loob'. Bezczelnie przyznajemy się do profaństwa i niedostrzegania wyrafinowań barwnych Rapsodki.
    Buniolki:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dołączę swój głos w obronie Rhapsody. U mnie rośnie w pełnym słońcu, więc jest fioletowa nie niebieska, ale kwiaty starzeją się z godnością i żadnym wycieruchem nie są. Ta róża piękna jest i basta! Może taki "utwór" nie w każdym ogrodzie zabrzmi jak należy?
    Za to moja wielka nadzieja 'Novalis' - genialny w pąku ( w niezliczonej ilości pąków), a potem to trzeba szybko powycinać kwiaty, albo odwracać głowę od straszydła.
    Podobno Japończycy majstrowali przy różanych genach i dołożyli tam coś z bratka i... rzekomo uzyskali niebieską różę, co to niby niedostępna jest z powodu niewyobrażalnej ceny. Czy bajka to, czy fakt? Czas pokaże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uroda leży w oku patrzącej( go ), he, he. Qrcze, sama sobie 'Novalis' dołożyłaś, ja już byłam szczęśliwie po niebieskim etapie. Jeśli chodzi o tę odmianę to najbardziej podobają mi się jej liście, naprawdę. Uważam że do takich kolorków kwiatów jakoś lepiej pasują jasne liście niż ciemne, krzew fajniej wygląda. Co do japońskich eksperymentów z delfinidyną to ponoć guzik z tego wyszło, chałasu tylko było dużo.

      Usuń