sobota, 28 czerwca 2014

Rabaty Alcatrazu - suchosza czyli przyszła rabata Żwirowa

Kto czytał mój wpis na temat podwórka ten wie że gryplan był taki - podwórko będzie obsadzone w sposób nie nastręczający problemów. Żadnych pieleń, iglaki i krzewy i w ogóle pełen oddech i luz ogrodowy. Moje plany ogrodowe ( i nie tylko ogrodowe ) mają to do siebie że ulegają "znacznemu odkształceniu" w czasie realizacji. Znaczy jakbym w ogrodzie nie planowała nasadzeń i tak zawsze kończę sadząc byliny. Wszelkie walki z samą sobą starannie przeżynam. No cóż, jestem byliniarą! Ale co tu mi się dziwić w przypadku podwórka - grzech byłoby nie wykorzystać takich piaseczków na stanowiska irysowe, aż się prosiło o Pumiloton i zaproszenie irysów TB. Wiadomo że jak posadzę irysy, to zaraz się znajdzie do nich szałwiowe towarzystwo ( lubię zestawy z szałwią lekarską ) a potem to już z górki i ani się człowiek obejrzy a tu rabata bylinowa "pełnoetatowa" mu przypadkiem wyszła. Nie ma lekko i trzeba się brać za pielenie, obcinanie pędów i tym podobne robótki, klnąc na własne skrzywienie bylinowe. Na szczęście wolę obrabiać byliny niż pielęgnować Tyrawnik ( panowie zazwyczaj mają zboczenie trawnikowe, mam wrażenie że sporą rolę odgrywają tu gadżety typu areator czy kosiarka ). Poza tym na tej bylinowej rabacie rosną też krzewy więc usprawiedliwiam się sama przed sobą że nie jest to skończone bylinowisko tylko rabata mieszana ( prawda jednak jest taka że bylin multum a krzewy z rzadka, usprawiedliwienie jest mocno naciągane ).

Krzewy na podwórkowej suchej rabacie są z tych mało wymagających, tam gdzie trochę silniejsza ziemia rozgościły się forsycje o kolorowych liściach, na piaseczku rośnie lilak perski. Krzewów iglastych nie jest zbyt dużo i raczej na obrzeżach rabaty ( takie przechodzenie w miarę płynne do iglakowej części podwórka ). Najwięcej jest krzewów różanych ale nie róż nowoczesnych, bo to nie jest ta bajka. Róże na suchej rabacie to dzikuny i róże historyczne. Parę galijek, róże mchowe i alba, jedna remontanka i piękna Rosa glauca, takie klimaty. Te różane krzewy bardzo dobrze radzą sobie na słabej ziemi i nie potrzebują jakichś nadzwyczajnych zabiegów pielęgnacyjnych. Poza tym nieprzeładowane płatkami kwiaty bardziej pasują do "suszkowego stylu" niż nowoczesne odmiany róż. Wyjątek może kiedyś zrobię dla tzw. nowoczesnych piżmaków czyli róż piżmowych. Są one co prawda delikatniejsze niż róże historyczne czy dzikuny ale ich subtelne kwiaty bardzo dobrze "grałyby" z roślinami na suchej rabacie.

Po krzewach czas na półkrzewy czy też krzewinki. Jak wspomniałam jestem fanką łączenia irysów bródkowych z szałwiami lekarskimi ( i nie tylko lekarskimi ). Szałwia lekarska Salvia officinalis to doskonała roślina na suche rabaty. Gatunek rośnie na tyle szeroko i wysoko że robi u mnie za roślinę architektoniczną, odmiany są nieco mniejsze ale posadzone w odpowiedniej wielkości grupach lub też rytmicznie powtarzające się w nasadzeniach również doskonale "porządkują" rabatę. przyznaję się że do kwitnienia szałwii lekarskiej mam stosunek ambiwalentny - fajnie bo przylatują pszczoły i kolorek kwiatów jest z tych, które przemawiają do mojego serca ale pokrój rośliny na tym kwitnieniu traci. Nie przepadam za kwitnieniem odmiany 'Purpurea', wolę pięknie wybarwione liście niż kwiaty tej odmiany. Najbardziej przemawiają do mnie kwiaty odmiany 'Tricolor', właściwie to jedyna szałwia lekarska, której kwitnienie nie powoduje u mnie dylematu sekatorowego ( obciąć czy nie obciąć badylki z kwiatami ). Na mojej suchej rabacie sadzę wszystkie szałwie lekarskie jakie tylko mi się uda zdobyć. Mnożę je robiąc odkłady i powtarzam nasadzenia z nich na całej długości rabaty. Nie zabezpieczam ich na zimę. Gatunek jest wg. mnie nie do zdarcia, przetrwał słynny luty 2012 bez uszczerbku, z odmianami nie jest już tak fajnie. O ile mają okrywę ze śniegu spokojnie i z godnością znoszą zimy centralnopolskie, bez okrywy różnie to bywa. Bardziej wrażliwe są wg. mnie odmiany o variegatowatych liściach - 'Icterina', 'Crème de la Crème’i 'Tricolor' ( w tej kolejności - "Tricolorka" chyba jest najbardziej odporna ), natomiast 'Purpurea' jest dość hardcorowa.

Kolejnym półkrzewem który masowo występuje na suchej rabacie jest lawenda. Zaczynałam na podwórku od siewek z ogrodu Mamelona, potem przyszła kolej na egzemplarze przesadzane z ogrodu właściwego czyli Alcatrazu i na kupowanie odmian. W sumie lawend na podwórku jest mnóstwo bo nie tylko na suchej rabacie się rozpleniły ale i na podokiennej różance. No i bardzo dobrze! Roślina miła dla oka i nosa, kwitnie długo i wytrwale, wymagań wielkich nie ma. Strzygę ją tylko regularnie wczesną wiosną dla zachowania zwartego pokroju. Jedynymi szkodnikami, które u mnie żerują na lawendzie są Ciotka Elka i Dżizaas. Pierwsza załatwia z pomocą kwiatów lawendy porachunki z tzw. "ewentualnymi molami", druga lawendę wykorzystuje w kuchni ( polewy i inne bezy ). Zapowiedziałam straszliwe kary jak złapię na pozyskiwaniu kwiatków lawend odmianowych, ale czuję że szkodniki kombinują żeby z tym karaniem były problemy ( niewinne pytanko Ciotki Elki - "To które są te odmianowe?" ). Nieświadomość nie wyłącza odpowiedzialności, tego będę się trzymać i żadne usprawiedliwionka nie będą do mnie docierać. Spiski i wykorzystywanie mojej nieobecności w domu skończą się smutno dla miłośniczek lawendy. Howgh!

Teraz przechodzimy do bylin właściwych czyli takich którym nic nie drewnieje i które zanikają zimową porą. Zacznę od masowo występującego czyśćca bizantyńskiego Stachys byzantina. Na suchej rabacie uprawiam gatunek i świetną odmianę 'Big Ears'. Szare liście z kutnerem to wymarzone uzupełnienie dla nasadzeń z szałwii lekarskiej i lawendy. Podobnie jak w przypadku półkrzewów tak i i w przypadku czyśćca powtarzam nasadzenia z rośliny na całej długości rabaty. Dzięki dość dużym liściom czyśćce "porządkują" mi tzw. wysoki parter. Podobną nieco do czyśćca rolę spełniają też nasadzenia z szanty Marrubium supinum. Liście szanty nie są co prawda aż tak "wyraziste" jak liście czyśćca ale roślina ta tworzy całkiem spore kępy i jest dobrze widoczna nawet na dość dużej rabacie jaką jest sucha przyszła Żwirowa. Poza tym odcień liści szanty to jest po prostu poezja. Do szarych i szarawych omszonych liści bardzo pasiły mi delikatne różowości, subtelne błękity i inne "przełamane pastele". Kolorek kwiatów pożądany zawsze mogę uzyskać sadząc odpowiednią odmianę irysa niższej kategorii, mam do wyboru taką tęczę jaką tylko w storczykowych kwiatach można jeszcze napotkać. Mnie oprócz kolorku marzyło się też wrażenie pewnej zwiewności, motylego wdzięku. Kocham irysy bródkowe ale tej zwiewności to na pewno nie pod tym adresem szukać. Delikatnie wdzięczne są za to kwiaty bodziszków. Na suchej rabacie zapuściłam czym prędzej Geranium sanguineum 'Vision Light Pink' i Geranium clarkei 'Kashmir Pink',

Później dosadziłam jeszcze Geranium renardii i Geranium subcaulescens. Jedną z najwspanialszych rzeczy jaką udało mi się osiągnąć na piochach podwórkowych jest świetny wygląd przetacznika siwego Veronica incana. Roślina ta męczyła się u mnie na zbyt ciężkiej glebie Alcatrazu, piaskowanie koło korzonków nic nie dawało. Nie tylko nie było kwiatów, siwy nawet nie był siwy! Dopiero przeprowadzka na saharowatą część podwórka sprawiła że siwy pokazał na co go stać. To dla mnie najpiękniejszy z przetaczników! Działając w myśl zasady proch do prochu ( o kolorek liści rzecz jasna łazi ) na suchej w tempie ekspresowym wylądowały goździki Dianthus. podobnie jak z w przypadku przetacznika siwego większości goździków ( bo dziwo nie wszystkim ) taka zmiana posłużyła. Od początku na suchej rabacie lepiej czują się driakwie Scabiosa i pszczelniki Dracocephalum, żałuję że za długo zwlekałam z przeprowadzką driakwii. Za to na suchej swój debiut ogrodowy miały mikołajek nadmorski Eryngium maritimum i agawolistny Eryngium agavifolium, w tym wypadku wiedziałam że nawet nie ma co próbować sadzenia tych roślin na zbyt ciężkiej dla nich alcatrazowej glebie. W przyszłym sezonie zamierzam na piochach posadzić białe i pastelowo różowe maki orientalne, mam nadzieję że sucha gleba spowoduje że ich pędy nie będą się wykładać a liście innych "mocnych" bylin zakryją puste miejsca po kwitnieniu maków.




Parter nasadzeń czyli najbliższą dla wzroku część rabaty porastają macierzanki Thymus, rojniki Sempervivum i inne płożaki. Są pospolite floksy szydlaste Phlox subulata i mniej pospolite kotule Cotula czy aceny Acaena. Pielenie tej drobnicy wymaga benedyktyńskiej cierpliwości ale efekt kwitnącego dywanika powala. Zresztą nie tylko kwitnącego, rośliny zadarniające parter mają często ciekawe ulistnienie. Niektóre z nich są zimozielone jak choćby dębik ośmiopłatkowy Dryas octopetala. Najdelikatniejszymi roślinami parteru są te pochodzące z antypodów, ciężko je zabezpieczyć bo zimą lubią mieć w miarę sucho i niezbyt zimno ( zakrywanie niektórych kotul czy odmian aceny mija się z celem bo roślina przygnije pod przykryciem - przetestowane ). Cóż, zostaje zawsze paciorek do Muczenicy Dorofieji, patronki ogrodników lub bezpośrednie narzucanie się Wielkiemu Ogrodowemu. Jeżeli pogoda sprzyja, pioch zimową porą nienasiąknięty ( te rośliny naprawdę nie znoszą gleb trzymających wilgoć ), mrozy jak w środkowej Europie a nie na Syberii, to jest duża szansa że "antypodki" przetrzymają zimę w dobrym zdrowiu a latem dadzą czadu aż miło. Podobnie jak z "antypodkami" ma się sprawa w z takimi roślinami jak piaskowiec górski Arenaria montana czy mocno egzotyczne lewizje Lewisia. Teraz napiszę tzw. Wielką Prawdę czyli użalę się nad naszym klimatem. Wydawałoby się że rośliny pochodzące z zimniejszych stref będą odporne na wybryki środkowoeuropejskiego klimatu. Niestety nie zawsze tak jest - Wielki Ogrodowy postanowił że za karę ( nie za bardzo wiem za co ) będziemy uprawiać ogrody nękani przez wiosenne przymrozki. To one są najczęściej odpowiedzialne za "wykaszanie" całych grup roślin pochodzących z różnych stref klimatycznych. Roślinki się budzą, soczki zaczynają krążyć a tu łup - 7 w nocy! No taki mamy klimat, że zacytuję klasyka.


Lato na suchej rabacie rozpoczyna się kwitnieniem szałwii omszonej i liliowców. Szałwia omszona Salvia nemorosa występuje na podwórku w wielu odmianach - kompaktowa 'Sensation Blue', klasyczna 'Blaukönigin', wykładająca się ale za to niesłychanie ozdobna 'Pusztaflamme' i ostatni nabytek - 'Caradonna'. Poza 'Pusztaflamme' kolory raczej chłodnawe, różowości i ametysty kwitną sobie na Landrynie, przyszła Żwirowa to zdecydowany szałwiowy chłód. Takie fiolety i niebieskości jakoś bardziej pasują mi do kwiatów perowskii Perovskia atriplicifolia czy werbeny patagońskiej Verbena bonariensis, które latem górują nad niższymi bylinami porastającymi suchą rabatę. Kłosowe kwiatostany szałwii, perowskii czy amorfy szarej Amorpha canescens równoważę cięższymi w odbiorze kwiatami liliowców Hemerocallis. Nie są to jednak liliowce "wagi superciężkiej". Na próżno szukać by na tej rabacie liliowców o olbrzymich kwiatach, których płatki są najeżone rekinimi zębami czy sfalbanione do nieprzytomności. Takie radości to w innych częściach mojego ogrodu, liliowce rosnące na przyszłej Żwirowej są raczej skromne. Braki w urozmaiceniu petali i sepali równoważą za to wyszukaną kolorystyką. Ciekawe różyki, błękitne oczka, niespotykane pastelowe odcienie - takie są liliowce na suchej rabacie. W tym sezonie obok liliowców zadebiutowały lilie ( potrzebowałam zdecydowanie wyższych od liliowców roślin o dużych kwiatach ). Najbardziej pasują mi nasadzenia z lilii królewskiej Lilium regale, na kwitnienie orienpetów jeszcze czekam. Jestem ciekawa efektów, mam nadzieję że duże lilie nie odbiorą "suszkowego charakteru" przyszłej Żwirowej, w końcu kwitnąć będą wśród traw - miskantów i molinii.

Traw zresztą na tej rabacie jest znacznie więcej. Większość kwitnie jesienną porą ale nie wszystkie. Moim marzeniem jest doprowadzenie do kwitnienia ostnicy wielkiej Stipa gigantea. Jak do tej pory trawsko buduje wielką kępę ale na kwitnienie jej się nie zbiera. Mam jednak nadzieję że kiedyś się pięknie wykłosi i w lipcu zostanie Miss Traw Alcatrazu i Okolic. Oczekiwanie umilam sobie oglądaniem kwiatów amorfy szarej ( jak ona kwitnie to dlaczego wielka ostnica miałaby nie zakwitnąć ). Letnie byliny na przyszłej żwirowej są z tych długo kwitnących, do takich zalicza się też jeżówki Echinacea. Zanęcona tą długością kwitnienia skusiłam się i posadziłam tzw. czysty gatunek. No cóż, jak do tej pory to raczej marnie - to jest kolejne stanowisko w moim ogrodzie, które jeżówki mają głęboko w korzeniu. O ile nie ruszą do końca sezonu z kopyta to zostaną eksmitowane do zaprzyjaźnionego ogrodu. Szkoda mi miejsca na rośliny odmawiające współpracy, lepiej posadzić na ich miejscu nawet coś bardzo pospolitego typu krwawnik, byleby tylko dobrze rosło i obficie kwitło. Marnawe rarytety i odmawiające współpracy pospoliciaki które generują wrażenie wyłysiałych placków na rabacie to nie jest to co chętnie uprawiam.



Jesień na przyszłej Żwirowej należy do rozchodników Sedum. Mam ich całą kolekcję dzięki zrzutom od Dorotki i Krysi ( piękna Ziemia Zamojska wydała nie mniej piękne rozchodniki ). Dzięki nim jesienną porą na suchej rabacie roi się od owadów, głównie pszczół i motyli. Chyba żadna roślina kwitnąca o tej porze roku nie przyciąga tak owadów jak te rośliny. Na suchej rosną też jesienne astry, głównie wrzosolistne. Ww wrześniu i październiku ta rabata dalej żyje pełnią życia nie tylko za sprawą kwitnienia jesiennych roślin ale dzięki trwałym, kolorowolistnym półkrzewom i kwitnącym trawom. Po moich doświadczeniach z suchą rabatą śmiem twierdzić że ciężko grzeszą Ci narzekający na piochy. Patelniane piaski to możliwość uprawy niesamowitej ilości fajnych roślin, tylko się wyżywać ogrodniczo. Moja rabata w przyszłości zostanie zażwirowana ( to znaczy jak napadnę szejka roponośnego i zmuszę do ożenku bez intercyzy, he, he ). Żeby rabata dobrze wyglądała będzie wymagane również wyżwirowanie podwórka co jest sprawą niesłychanie bolesną finansowo. Sypanie żwiru wcale nie jest proste ( podkłady ,warstwy, różne rozmiary kamyszków ). Wstrzymujących w tej chwili oddech na myśl o słynnym białym grysie uspokajam - żwirki naturalnie kolorowe mi się marzą, żadne tam dające po oczach jasności ( toż żwirek też wymaga pewnych zabiegów żeby wyglądał ).


wtorek, 10 czerwca 2014

'Lunch In Madrid' - irys TB w blythowskich kolorach

Irysy Blytha to dla mnie irysy o przełamanych kolorach. No wiem że nie tylko takie dymne, zmleczone czy nietypowo - odcienne te kolory występują na blythowskich irysach ale dla mnie "blythy" to głównie kolorystyczne złamańce. 'Lunch In Madrid' wpisuje się w tę paletę barw najbardziej przeze mnie kojarzoną z irysami Barrego. Niby wszystko sprowadza się do lekkiego fioletu, koloru brzoskwini i różu ale ani brzoskwinia nie jest baaaaardzo brzoskwiniowa, ani róż nie z tych tragicznie różowiastych a lekki fiolet to takie ametystowe rozwodnienie ( czasem tak układa się kolor w kryształach ametystu ). I do tego to rozłożenie barw na płatkach! Krótko pisząc typowy "blyht", he, he. Przy tych przełamanych kolorach mocna pomarańczowo - mandarnkowa bródka dodaje temu irysowi pewnego zadziornego wdzięku i sprawia że to taki bardzo lekki, radosny kwiat, w sam raz na rozweselenie rabaty. Forma kwiatu też sprzyja tworzeniu takiego wrażenia, falbanki wspaniałe, na szczęście nie takie w których zatraca się irysowa forma. Odmiana kwitnie w środku sezonu TB aż do jego końca, u mnie sezon właśnie ten irys pożegnał. Do Alcatrazu 'Lunch In Madrid' przybył za sprawą Ewandki ( i jest to jeden z dwóch irysów, którym pozwoliłam w pierwszym sezonie po posadzeniu zakwitnąć, reszta pauzuje z pędami obciętymi, pracując nad kłączkami ). Teraz metryczka. Odmianę zarejestrował w 2007 roku Barry Blyth, pochodzi z krzyżowania 'Romancer' x 'Opposing Forces' ( z tego samego krzyżowania pochodzi też piękna odmiana 'Back On Stage' ).


niedziela, 8 czerwca 2014

Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - Dżemowa gorączka


Zaczynają się przetworowe ekscesy. Dżizaas, jak tylko obudzi się ze snu na dobre wszelka żywina, znaczy pojawiają się w masie pszczółki, chrząszczyki i inne komary że o małych ssakach tylko napomknę, Dżizaas wtedy czuje że czas zacząć uprawiać tzw. sporty letnie. Jedni szaleją na rowerach i motorach, inni wyciągają z zimowych leży te wszystkie łódki i żaglówki, jeszcze inni doznają traumy oglądając w lustrach swoje odbicia i zaczynają w panice uprawiać biegi, aerobiki i inne fitnessy ( najlepiej wszystko naraz - panika to panika ). Moja Dżizaas nerwowo rozgląda się za słoikami, butelkami i odpowiednimi przykrywkami.

W tym roku się zdrowo pokręciło, zima była krótka, słoneczko wczesną wiosną przygrzewało na tyle mocno że pierwsze przetworowe tworzywo z którego korzysta Dżizaas objawiło się nieco wcześniej. Pech chciał że Dżizaas była w tym czasie, jak to się mówi - wyjechana. No i nie mamy mleczowego syropku! I co gorsza nie mamy mleczowej naleweczki na styczniowe wieczory. Dżizaas co prawda twierdzi że są jeszcze gdzieś tzw. pochomiki, ale pochomiki to nie jest prawdziwy zapas. Pięćset mleczowych kwiatków + cukier mogły zapewnić nam przynajmniej złudzenie zabezpieczenia się przed zimowymi przeziębieniami. A jak jeszcze rzecz całą doprawić alkoholem to złudzenie staje się bardziej rzeczywiste. Nic to, na bardzo ciężkie chwile, kiedy przeziębienie zaatakuje, mam syropek sosnowy wyłudzony od Basi, mojej starej przyjacióły zwanej True Dietetyk z racji puszystego wyglądu. Jak nas pokręci, zachyrcze i zapluje zimą, w czasie kiedy myszki, ważki i inne świerszcze będą sobie spać, syropek sosnowy będzie dla nas postwiosenną deską ratunku. Zanim ruszamy do apteki nabijać kabzę koncernom farmaceutycznym próbujemy wszelkich domowych sposobów antyprzeziębieniowych i to na ogół z dobrym skutkiem. Nie wiem zatem czy działanie syropków i naleweczek jest tak do końca złudzeniem ( a może to po prostu efekt placebo ). W każdym razie bez słoiczków i buteleczek domowych wzmacniaczy czuję się nago i bezbronnie, wystawiona na jesienne szarugi i zimowe chłody. Na szczęście nie wszystko zostało stracone i choć ciężko będzie ze wzmacniaczami to przynajmniej dosmaczacze będą ( jak wiadomo przy przeziębieniach ważna jest kondycja psychiczna a tu dosmaczacze czyli wszelkie dżemiki, marmoladki i inne konfitury grają pierwszorzędną rolę, he, he ). Dżizaas znalazła się na właściwym miejscu i we właściwym czasie - w kuchni znaczy ( i jej cała dohtorska kariera i te "języki" znane nie mają tu nic do rzeczy, kuchnia to habitat Dżizaasa ).

Przyznam się że zataiłam przed Dżizaasem że zakwitły nasze róże rugosy, Dżizaas ma niestety do nich podejście typu "z brzytwą na poziomki". Jak krzaczory się rozrosną dopuszczę do takich ekscesów jak zrywanie płatków ale w chwili obecnej tworzywa nie starczyłoby na przecier czy konfiturę a mnie i owady pozbawiłoby radochy z różanych kwiatów. Mam lekką słabość do przetworów kwiatowych ( tzw. konfitury elfickie ), a już szczególnie do podkładu różanego pod warstwę jabłek w szarlotce, lub wymieszanego należycie z orzechami ( wiewiórczenie konfitur ) różanego nadzienia do pączków. Jest nadzieja że kiedyś uda mi się namówić Dżizaasa na wykonanie legendarnego przecieru akacjowego według przepisu pozyskanego od profesora Wolskiego. Ten przepis to niemal półwschodnia bajka, czar kresów jak we wczesnych nowelach Iwaszkiewicza. Rozkwitłe kwiaty robinii akacjowej utarte z cukrem i i sokiem z cytryny, ponoć tego przecierku używano do przekładania pierników ( oczywiście pierwsza i druga warstwa była przekładana marcepanem ). Musiało być dobre, profesor jak wspominkował zawsze miał błogi wyraz twarzy ( choć może to wspominki dzieciństwa lwowskiego za tę minę odpowiadały ). Przecierek akacjowy jak na razie w sferze marzeń, kandyzowanie fiołków odpada ( nie pozwolę na niszczenie fiołkowiska ), wszelkie przetwory z kwiatów bzu czarnego znanego pod ksywą Koci Szczynek ( tak, tak, ten zapach kwiatów ) odpadają takoż. Z dziwnych i starych przepisów intrygująco wyglądają jeszcze nie elfickie już przepisy na przetwory z łodyg. O ile jestem w stanie powiedzieć coś o tzw. konfiturze anżelikowej z arcydzięgiela ( zdecydowanie małe ilości jako dodatek i do ozdóbstw, do żarełka zbyt aromatyczna ) o tyle konfitura ajerowa z młodych kłączy tataraku ( przepis w sam raz na Zielone Świątki ) to jest totalna egzotyka i w ogóle odjazd! Chyba najpierw należałoby znaleźć ochotnika na którym by się przeprowadziło testy, he, he.

Na dzień dzisiejszy jedyne pędy jakie Dżizaas przerabia należą do rabarbaru. Rabarbarek je się u nas na słodko i na ostro ( chutney do karkóweczki ). Wchodzi też w skład dżemików mieszanych ( bardzo dobrze wypada razem z truskawkami ). Dżizaas jest dżemiarką poszukującą, w przeciwieństwie do True Dietetyk, która preferuje przepisy klasyczne ( precz z cukrem żelującym i dodatkiem przypraw ). O ile popieram basine stanowisko w sprawie truskawek ( truskawka jest tak aromatyczna że człowiek do szczęścia nic więcej nie potrzebuje ) o tyle w kwestii dżemu z czereśni całkowicie zgadzam się z Dżizaasem ( tak, prawdziwa wanilia powoduje że czereśnia zyskuje na wyrazie ). Obydwie gwiazdy przetwórstwa owocowego ( i nie tylko owocowego ) zgadzają się w sprawie dosmaczania jabłek, gruszek i niektórych rodzajów śliwek. Spory dotyczą wiśni, węgierek, porzeczek i malin. Agrest zostaje terra incognita dla Dżizaasa, True Dietetyk przerabia maliny wyłącznie w celach leczniczych ( w pierwszym wypadku oskarżenia o nadmierny kwach, w drugim o nadmierny i "nie taki" aromat ). Jeśli chodzi o dodatek pektyn do dżemów, konfitur czy marmolad panuje konsensus - to co wykorzystuje się do ciast nie powinno być pektynowane ( no chyba że przekładamy dżemem czy miękką marmoladą gotowe ciasto ), w przetworach wykorzystywanych jako smarowidełka dopuszczane są "sztuczne" pektyny.
Ja w sporach i przetworach uczestniczę tyle o ile, głównie zajmuje się lobbowaniem galaretkowym. Jedyne pestki w przetworach, które jestem w stanie tolerować to te z truskawek i poziomek, reszta "won mi stąd", że zacytuję starą Janiakową! Jestem głucha na argumenty typu klasyczne dżemy, najlepszy przepis, wszyscy tak robią. Galaretka z porzeczek, malin czy jeżyn bije na głowę dżemy z tych owoców ( no mogę się poświęcić i zjeść przecier ).
Ciotka Elka i Małgoś - Sąsiadka prezentują jeszcze inne postawy - Ciotka robi głównie powidła ( "no bo to u mnie idzie" - znaczy powidła lubię najbardziej ) a Małgoś odkąd skończyła 80 lat doszła do wniosku że zapasów zimowych nie będzie robić bo jutro jest niepewne a dżemy ze sklepu są tak paskudne że dużo ich nie zje, co zdecydowanie wychodzi jej na zdrowie. O dziwo zasada nie robienia zapasów nie obejmuje przetworów z ogórków! No ale dżem ogórkowy raczej nie wchodzi w grę.

I tak, z lekkim opóźnieniem spowodowanym nieobecnością Dżizaasa ruszył u nas sezon przetwórstwa sportowego. Mamy już za sobą rabarbarowe niepokoje ( czy aby skórka odpowiednia ), jesteśmy w truskawkowej gorączce ( czy aby starczy słoików ), przed nami zamartwianie się o cenę czereśni ( kiepski rok na czereśnie ). Sporty letnie to ciągły stres, ale Dżizaas to w końcu nie byle amatorka. Trening psychologiczny vel mentalny, siłówka ( trzeba te kilogramy owoców przydźwigać ) i Wielki Wyczyn! Leć Dżizaas, leć, jak ten Adaś na igielicie!

sobota, 7 czerwca 2014

Róż mchowych czar.....

Ten post właściwie powinien nosić tytuł "A wszystko przez Walentynę", bo to za jej sprawą poniosło mnie w róże historyczne, dzikuny i inne "prawdziwe róże". Kiedyś to poza 'New Dawn' sadziłam głównie mieszańce herbatnie, jak ta owieczka podążająca za stadem. Jak wiadomo mieszańce herbatnie najlepiej wyglądają w wazonach, w ogrodach wrażenia jednak nie robią. Pokrój krzewów zostawia sporo do życzenia, proste pędy z pojedyńczymi kwiatami ..... ouć, no nie ta bajka! Pół biedy jak rosną z bylinami ( maniacy różani zawsze czymś te braki ulubieńców przysłonią ) ale w tzw. klasycznych różankach widać że to róże wyhodowane głównie na kwiat cięty.
Jak ma być pięknie w ogrodzie to człowieka musi interesować nie tylko wygląd samego kwiatu ( ach, te szlachetne pąki mieszańców herbatnich ) ale i pokrój rośliny oraz to ile kwiatów ma na pędach ( nich żyją klastry ). Zaczęło się od ogrodowych wątków Walentyny, potem była pamiętna ekskursja do Albionu ( edukacja ogrodnicza w towarzystwie innych dam ) i jaśniejący jak słoneczko w lipcu punkt tej wyprawy - Rose Garden w Sissinghurst No a później to już całkiem z górki, znaczy Sołtysowo ( różani wiedzą a nieróżanym wyjaśniam że chodzi o stronę pana Mariana Sołtysa ), blog Ani DS, blog pani Małgorzaty Kralki i rosa.net - forum zakręconych różanie czyli rosomanes.
Mnie od razu przyuroczyły żywcem widziane mchówki czyli jak to mawiają Anglicy Moss Rose ( róże o omszonych pędach i przylistkach otaczających pąki ), pewnikiem dlatego że w Anglii widziałam je wprost szaleńczo kwitnące. Akurat jakoś mi się wzrok zawieszał na tych co nie powtarzają kwitnienia a prawie każde róże raz tylko kwitnące wczesnym latem są niesamowicie obsypane kwiatami! Teraz trochę o historii tej grupy róż. Róże zwane mchowymi to taki odłam grupy róż stulistnych Rosa centifolia, która to z kolei grupa wywodzi się z róż galijskich Rosa gallica. Pierwszą różę mchową znaleziono w Carcassonne koło 1696 roku. Była to mutacja starej poczciwiny Rosa centifolia L.. Potem pojawiały się kolejne mutacje, podobno było ich około siedemnastu w latach 1788 - 1832. W końcu znalazł się mutant o pojedyńczych, płodnych kwiatach. To on, często krzyżowany z różami pochodzącymi z Chin ( ich geny odpowiadają za powtórne kwitnienie ) stał się protoplastą hybrydowych róż mchowych, przeboju epoki wiktoriańskiej. Nie wszystkie hybrydowe róże mchowe odziedziczyły po chińskich przodkach zdolność do ponownego zakwitania, ale te hybrydki za to jak kwitną raz, to jak już wspomniałam kwitną tak że zostaje to w pamięci przez cały rok aż do następnego sezonu różanego.


Pierwszą mchówką przy której poczułam ślinotok była odmiana z 1855 roku, hodowli pana Laffay - 'William Lobb'. Nazwana na cześć angielskiego botanika i tzw. łowcy roślin ( bardzo szanowana profesja w epoce królowej Wiktorii ), który zasłynął wprowadzeniem do handlu ( znaczy szklarni i ogrodów położonych w cieplejszych strefach ) gatunku Araucaria araucana. Odmianę 'William Lobb' spotyka się też pod nazwami 'Old Velvet' i 'Duchesse d’Istrie'. Na mnie wrażenie zrobił przede wszystkim kolor tej róży - coś co określa się mianem magenta ( taki przełamany, bardzo ciemny, fuksjowy róż wpadający w fioletowe tony ). Spodnia strona płatków jest znacznie jaśniejsza przez co kwiatom tej róży zdarza się tworzyć wrażenie jakby miały świetlisty środek ( nie bez znaczenia jest tu też budowa kwiatu i sposób rozwijania płatków ). Kwiaty mają ok 8cm średnicy, pięknie pachną ( choć znam większe oszołomienia różanym zapachem ), kwitną w klastrach dochodzących do dwudziestu kwiatów. Naprawdę jest na czym zawiesić oko! Krzew jest z tych solidniejszych, w optymalnych warunkach spokojnie osiągnie 2,5 metra wzrostu. Pędy ma takie że lepiej unikać przycinania i w ogóle kontaktu ( groza i narzędzie tortur, to nie jest omszenie - to jest okolcowanie z turbo doładowaniem ). A przycinać trzeba od czasu do czasu bo odmiana co prawda kwitnie na starszych pędach ( znaczy tniemy różę zaraz po kwitnieniu ) ale nie tak starych jak Matuzalem. Przy przycinaniu tej róży najlepiej mieć zabezpieczone ręce rękawicami dla spawaczy ( ja przynajmniej tak robię ). No ale te kolczaste pędy wynagradzają swoją kolczastość dwiema zaletami - nie przemarzają, ich długość pozwala z tej odmiany zrobić różę pnącą ( trzeba podsadzać czymś maskującym podstawę róży bo nie jest ulistniona, choć dla miłośnikom horrorów i mocniejszych wrażeń widok nagich pędów może być jak najbardziej cool ). Achtung! 'William Lobb' nie powtarza kwitnienia. No ale za to bardzo łatwo się rozmnaża przez sadzonki zielne.


'Nuits De Young' , następna róża która została moim must have, też jest dziełem Jeana Laffaye. Wcześniejszym niż Williamek bo 'Nuits De Young' została wprowadzona do handlu w roku 1845. Znana jest też jako 'Black Moss' i 'Old Black'. Zupełnie inna bajka niż Williamek, 'Nuits De Young' jest stosunkowo niewysokim krzewem, dorasta do 120 centymetrów wysokości. Kwiaty też ma niewielkie, 3 do 5 centymetrów średnicy, otwierają się całkowicie ( tzw. kwiaty płaskie ) ukazując żółte pylniki. Barwa płatków urzekająca, w typie galijki 'Tuscany'. Kwiaty zebrane w małych klastrach. Pędy delikatne i ciemno omszone, taki meszek jest też na pąkach. Zapach powala! Odporna na mróz, choć spotkałam się też z zaleceniem opatulania ( ja nie opatulam ). Kwitnie raz, tak jak Williamek i podobnie jak Williamka trzeba ją przycinać tuż po kwitnieniu. Skąd wzięła się jej nazwa? Najprawdopodobniej imię tej róży nawiązuje do tzw. Young's Night's czy też Night-Thoughts autorstwa Edwarda Younga czyli poematu którego pełny tytuł brzmi "Night-Thoughts on Life, Death,& Immortality" . W pierwszej połowie XIX wieku ten preromantyczny utwór był bardzo popularny. Takie rozważania na temat śmierci i przemijania w sosie wczesnoromantycznym, dziewięć nocnych opowieści pełnych narzekań napisanych w latach czterdziestych XVIII wieku. Dziś utwór jest znany głównie z tego że ilustracje stworzył do niego jeden z najwybitniejszych artystów wszystkich epok, William Blake ( wydanie z 1797 roku ). Cóż, barwa płatków jest ciemna jak noc z której człowiek się już nie obudzi a "w zapachu" można się zapomnieć ( też pozwolę sobie na odrobinkę poezji, he, he ). Ta niewielka róża ma w sobie mnóstwo wdzięku, mimo tego ze staruszka z niej leciwa nadal jest chętnie sadzona w ogrodach. Ja wiedziałam że to jest dla mnie różana miłość od pierwszego wejrzenia.
Moje obydwie ciemne mchówki przyjechały z Serbii, ceny starych róż wraz z transportem były do przełknięcia. W zachodnioeuropejskich szkółkach za róże historyczne nie płaci się wcale mniej niż za róże nowoczesne i te z licencją. Na szczęście w kraju oferta róż historycznych robi się coraz większa. No i bardzo dobrze! Tzw. dzikuny czyli róże botaniczne ( ich odmiany ), wczesne historyczne jak i te nieco późniejsze są z niewielkimi wyjątkami ( takie np. Noisette czy chińskie ) różami odpornymi na zimowe załamki pogodowe. Z grzybami czy szkodnikami bywa różnie ale zawsze uda się w tych grupach róż znaleźć jakiegoś hardcora dla siebie. I w ogrodzie taki twardziel nie będzie się prezentował jak książe szklarni i udzielny władca kwiatowych straganów.

czwartek, 5 czerwca 2014

Kielichowiec 'Hartlage Wine'

Sinocalycanthus x raulstonii 'Hartlage Wine' to mieszaniec kielichowca chińskiego Calycanthus chinensis i kielichowca kwiecistego Calycanthus floridus. Wyhodowany w JC Raulston Arboretum w Karolinie Północnej. W optymalnych warunkach krzew dorasta do trzech metrów wysokości i dwóch szerokości, w naszym dość ostrym klimacie będzie chyba jednak mniejszy. Kwitnie w maju i czerwcu, o ile pogoda mu sprzyja potrafi powtórzyć kwitnienie w sierpniu, choć nie jest ono zbyt obfite. W Alcatrazie aura letnia jakoś mu nie sprzyjała i powtórnego kwitnienia jak dotąd nie było ( i może wcale nie być, bo Alcatraz mimo kalifornijskiej nazwy klimacik ma bardzo polski, zadziornie kontynentalny ). I tak się cieszyć że kielichowce dają u mnie spokojnie radę. Jeszcze parę ładnych lat temu byłam święcie przekonana że to grymaśne "rarytety". Wszystko przez lekturę książki Phillips'a i Rix'a pod tytułem "Najpiękniejsze rośliny ogrodowe". W rozdziale "Krzewy wrażliwe na chłody" opisano kielichowca zachodniego Calycanthus occidentalis i jako maksymalną ujemną temperaturę jaką ta roślina wytrzymuje podano wartość - 12 stopni Celcjusza. Nie ma się co zatem dziwić że do hodowli kielichowców podchodziłam z duszą na ramieniu. Dla Alcatrazu zimą taka temperatura to średni mrozik, - 34 to jest dopiero prawdziwy mróz! Wydawało mi się że wszystkie kielichowce są tak wrażliwe jak kalifornijczyk czyli kielichowiec zachodni. Pierwszego kupionego kielichowca "czystego" gatunku ( Calycanthus fertilis ), posadziłam zatem w jednym z najcieplejszych miejsc ogrodu i przy pierwszych jesiennych chłodach zaczęłam się martwić na tzw. wszelki wypadek. Kielichowiec zimę przetrzymał, co prawda "dysząco" gdzyż został solidnie okryty. Dało mi do myślenia to "dyszenie" i już nigdy kielichowców bardzo mocno nie okrywałam. Kielichowiec następną zimę przetrzymał bez okrycia i nawet wziął i obrodził kwiatem. Reklamowany zapach wiśni i "owoców lata" okazał się kwaskowatym odorkiem octu owocowego, na szczęście niezbyt intensywnym.

Jako drugi kielichowiec zagościł w moim ogrodzie "zrzut" co nazwy gatunkowej nie miał ( na fotce obok ). Trafił z przmeblirowki w mamelonowym ogrodzie ( Mamelon potrzebował krzewu o dużych kwiatach, na kielichowcu się przejechał - była samokrytyka złożona publicznie w związku z niedoczytaniem i rzucaniem się na fotki zakupowe ). Zaczęłam solidniej dochodzić jak to z tymi gatunkami jest i dotarło w końcu do mnie że spokojnie w naszym klimacie mogę sadzić kielichowce pochodzące ze wschodnich rejonów Ameryki Północnej a także kielichowca chińskiego. Mój Calycanthus fertilis , zwany z polska kielichowcem plennym to nic innego jak odmiana botaniczna kielichowca wonnego Calycanthus floridus var. glaucus ( systematycy musieli jeszcze dowalić Calycanthus floridus var. laevigatus, Calycanthus floridus var. oblongifolius i Calycanthus nanus, inaczej nie można by się spierać "o najczystszą czystość" gatunkową i paru prac dohtorskich napisać ). Bardzo mocno te wschodnio amerykańskie kielichowce się między sobą nie różnią - małe kwiatki o dwucentymetrowej średnicy takie same, pędy tylko bardziej omszone, no i liście z ogonkami takoż mniej lub więcej omszone od spodu. Tak samo często powtarzają kwitnienie późnym latem. Widocznych dla "normalnego" ogrodnika różnic, takich co to natychmiast rzucają się w oczy raczej nie ma. Istnieje polska odmiana kielichowca wonnego , która ma jaśniejsze kwiaty. Nazywa się 'Lusławice' od posiadłości Krzysztofa Pendereckiego, bowiem w lusławickim ogrodzie została znaleziona ta kwitnąca ponoć ceglastymi kwiatami odmiana. Niestety nie widziałam jej żywcem i właściwie nic konkretnego na jej temat napisać nie mogę.
Następnym kielichowcem który został przygarnięty do Alcatrazu był kielichowiec chiński Sinocalycanthus. No cóż, jedno wielkie rozczarowanie! Najgorsze ze wszystkiego złego co o tej roślinie mogę powiedzieć to powtarzające się jak stara Janiakowa u kresu żywota, ataki paskudnego czarnego grzyba na liściach i na kwiatach ( totalnie oszpecające krzaczydło ). Roślina dla kolekcjonerów albo miłośników chemii ogrodowej. Może w jakimś pięknym naturalistycznym ogrodzie, w tzw. szerokich plenerach ten krzew będzie ciekawie wyglądał ( pod warunkiem że grzyb się nie pokaże ). Z Alcatrazu nastąpiła eksmisja kielichowca chińskiego w szybkim czasie - nie będzie Chińczyk czarnym grzybem rzucał nam w twarz!
Pewnie skończyłabym ogrodowanie kielichowcowe na moich dwóch krzaczkach gdyby nie wizytka w Wisley. Tam po raz pierwszy wpadły mi w oko kielichowce mieszańcowe. Najpierw zoczyłam odmianę 'Venus' a potem w necie przeglądając fotki, które robi Karl Gercens znalazłam 'Hartlage Wine'. Nie da się ukryć że większe kwiaty hybryd zrobiły na mnie wielkie wrażenie - rozmiar jednak ma znaczenie, he, he.


Kiedy tylko pojawiła się możliwość zakupu sadzonek nabyłam obydwie znane mi mieszańcowe odmiany, mimo ceny, która baaardzo bolała. Niestety 'Venus' wypadła pierwszej zimy. Nie sądzę że stało się tak z tego powodu że to słabsza odmiana i nie dała rady mrozom, które spokojnie zniosła 'Hartlage Wine'. Myślę że to raczej kwestia wielkości krzewu miała tu znaczenie - 'Hartlage Wine' była po prostu solidniejszą sadzonką. Jak dotąd 'Hartlage Wine' ma za sobą ładnych parę zim w Alcatrazie. Tfu, tfu, tfu - do tej pory było bezproblemowo! W tym roku zakwitła naprawdę pięknie ( krzew w ogóle z roku na rok kwitnie obficiej ).
Teraz będzie trochę o "ojcach sukcesu", jest ich dwóch - James Chester Raulston i Richard Hartlage. Pierwszy jest legendą amerykańskiego szkółkarstwa, drugi jest bardzo znanym projektantem ogrodów. W czasie pracy Richarda Hartlage w NCSU Arboretum ( obecnie to JC Raulston Arboretum ) to właśnie jemu powierzono pracę nad uzyskaniem nowych krzyżówek kielichowców. Krzyżówki te nazwano xSinocalycalycanthus raulstonii, jednocześnie można też spotkać nazwy Sinocalycanthus x raulstonii i Calycanthus × raulstonii, choć wprowadza to zamęt jak rzadko ( człowiek nie grzebiąc w historii tych krzyżówek nie bardzo wie co z czym krzyżowano ). Oczywiście systematycy żrą się do upadłego i pogodzą ich i uciszą jedynie wyniki badań cytogenetycznych dla całego rodzaju Calycanthaceae ( choć i wtedy jeszcze pewnie będą jazgoty ). Dla zwykłego ogrodnika cała ta łacińska nomenklatura ma tylko wtedy znaczenie gdy usiłuje w necie czy na "zakupach żywcowych" znaleźć wybraną roślinę, ale też bez przesadyzmu. Najważniejsza jest jednak nazwa odmianowa.
Czy warto posadzić tego kielichowca, mimo lekkiego niepokoju zimową porą ( raczej nieuzasadnionego, wszak gatunki rodzicielskie nieźle sobie u nas radzą ). Pewnie że warto - to bardzo piękna i oryginalna roślina i to nie tylko w porze kwitnienia, jesienią jej liście przebarwiają się na soczyście cytrynowy kolor, Nie przyuważyłam też żeby tę konkretną odmianę coś podżerało czy atakowało w inny sposób ( ponoć ten sam grzybek zapaskudzający kielichowca chińskiego lubi atakować odmianę 'Venus' ). Jak dla mnie 'Hartlage Wine' jest absolutną gwiazdą wśród krzewów porastających Alcatraz.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Szaleństwa kulinarne Dżizaasa - jak zatuczyć starszą siostrę za pomocą ciasta z owocami.



Dżizaas jest chyba najbardziej niekonsekwentnym surykatkopodobnym stworzeniem na świecie. Cóż bowiem sądzić o osobie która w jednym zdaniu, wypowiedzianym na tzw. jednym oddechu, umieszcza takie oto dwie radości - "Powinnaś coś zrobić z tym brzuchem, to ja ci ukroję ciasta, co?". Podłamka! Człowiek nie wie czy ma odmawiać bo informacja o tym brzuchu jest sugestią że pod żadnym pozorem nie wolno mu żerować, czy też zaczepnie prosząco - zachęcający ton jakim wypowiedziano drugą część zdanka ma za zadanie zmusić do żeru a odmowa będzie potraktowana jako policzek wymierzony proponującej. Ponieważ jednym z ulubionych zajęć mojej sister jest obserwacja pochłaniania wyników jej kulinarnych działań, doszłam do wniosku że druga część zdanka jest tą ważniejszą częścią i czas zasiąść do jedzonka.
Przepis na ciasto Dżizaas wzięła z bloga "Moje wypieki", który studiuje z wypiekami na twarzy. Ciasto nazywa się "Najłatwiejsze ciasto na świecie", co natychmiast sugeruje że będą spore trudności z wykonaniem ( i sugestia się potwierdza bo to nie jest ciasto dla osób podchodzących luzacko do przepisów, swobodne podejście może skończyć się kluchowato i ciężko, ale o tym potem ). Na szczęście Dżizaas jest na ogół staranny i dokładny jak przykładna księgowa ( kiedy pierwszy raz coś pichci trzyma się przepisu co do słowa ) i ciasto okazało się naprawdę warte uwagi ( a nie beznadziejnie bezsmakowe jak tort z białą czekoladą i bitą śmietaną, że wywołam upiora z przeszłości cukierniczej Dżizaasa ).
Jadłam w swoim nie najkrótszym życiu mnóstwo "łatwych" i "szybkich" ciast z owocami i większość z nich była półjadalna jak klopsiki sklepowe ze słoika, w związku z tym podeszłam lekko nieufnie do dżizaasowego wypieku. O Wielki Cukierniku, jakżem się wstydać za tę nieufność musiała. Ciasto okazało się jednym z najlepszych ciast z owocami, jakie przyszło mi spożywać. Jego największą zaletą jest puszystość, ba, najwyższy stopień puszystości - tzw. puchatość. Rzecz polega na doskonałym ubiciu piany ( w czym jak w czym, ale w biciu piany Dżizaas jest mistrzynią, he, he ) a później całej ciastowej masy. To dzięki temu zabiegowi ciasto jest tak genialne. Powtórzono wypiekanie tego ciasta trzy razy ( na wyraźne "życzenie publiczności" ) - raz z mrożonymi malinami, dwa razy Dżizaas użyła truskawek. Zarówno w wypadku użycia mrożonki jak i świeżych owoców ciasto było cool. Trzeci z kolei wypiek był troszkę mniej udany ale to przez meteoropatię Dżizaasa. Trzeci wypiek jest też dowodem na to że nie należy zmuszać Dżizaasa do gotowania i pieczenia ciast przy nagłych zmianach pogody. Nastąpiło tzw. kropnięcie się przy odmierzaniu mąki - niewiele więcej mąki zostało wsypane do masy ale ciasto nie było już tak puchate ( choć wciąż nie najgorsze, bo pomyłka nie była na tyle duża by z ciasta zrobił się prawdziwy kluszczor, ot takie zwyczajne w miarę puszyste ciasto ). Dżizaas zanim doszła do istoty błędu podejrzewała grubość przemiału mąki ( jakieś bredzenia o szymanowskiej, krupczatce i królowej mąk ), złym wzrokiem wgapiała się w piekarnik ( nieszczęsna grzałka dolna ) oraz miała pretensję do piszącej te słowa o dostarczenie zbyt małej ilości owoców. Na drugi dzień po tej lekkiej wtopie, po zmianie ciśnienia atmosferycznego, Dżizaas odkryła że dodała nieco mililitrów mąki więcej ( sister przepisy "szklankowe" rozlicza na mililitry ).
Osobistym wkładem Dżizaasa w serwowanie ciasta jest dodatek sosu truskawowego. Rany, ciepłe jeszcze ciasto z sosem truskawkowym i do tego dobra kawa! Jeszcze trochę i będę sobie mogła ten zestawik podawać na "własnym bufecie" jak ta pani z fotki! Może powinnam uznać za ważniejszą tę część dżizaasowego zdania w której była mowa o zrobieniu czegoś z brzuchem ?!!!! Od "tego brzucha" do "bufetu" nie jest znów tak daleko!

niedziela, 1 czerwca 2014

Baju, baju i po maju!

Skończył nam się maj, chyba najbardziej kwietny ze wszystkich miesięcy w roku. Dla mnie ten miesiąc nie był najlepszy, kłopoty po wypadku Szpagetki ( jest po drugim zabiegu, czeka nas jeszcze trzeci ), kłopoty z Okularkiem, który nie dość że jest "udawanym kocurem", to jeszcze jest puszczalską! Oprócz tego sprawa corocznych remontów + jednej solidnej inwestycji do której zbierałam się latami. Zamiast majowo dopieszczać ogród ( koszenie, pielenie ) zajmowałam się kocim szpitalikiem, uzgadniałam projekty i robiłam zakupy w marketach i składach budowlanych a nie w centrach ogrodniczych. Jedno wielkie łeee! Alcatraz wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy, mieszkanie zamienione w vet lazaret nie wiele lepiej a ja jestem jakaś rozbita i w mało ciekawym humorze ( oględnie pisząc ).
Przyczyna tego podłego nastroju jest mi znana aż za dobrze, to nie tak że nie wiem co mi dolega i powoduje smętny wkurz. Otóż ja powinnam teraz balować z Ewandką na irysowym szlaku, nawiedzać znajome ( wirytualnie ) ogrody wschodniej Polski, zobaczyć wreszcie ludzi, którym nie raz obiecywałam że przyjadę i poszkółkingujemy razem ( to o Tobie Vitalisku ). Taka miała być końcówka maja, osłodzona Bolestraszycami i zjazdem irysowych znajomków oraz zapuszczeniem się na Prawdziwą Zamojszczyznę. No a złośliwy los sprawił że szpitalika opuścić nie sposób ( z budowlanych spraw to te parę dni jakoś by się wykroiło ) a pieniążki przeznaczone na radosny wypad do tajemniczego Kraju Tajojów poszły w druty, leki i opiekę weterynaryjną ( jeszcze dopożyczyć musiałam ).
Na szczęście mam nagrodę pocieszania, kociambry są przytulajskie! Niestety z wyjątkiem Szpagetki, która uznała że jestem jej osobistą służącą, tragarzem i pielęgniarką i odgrywa się na mnie za nieprzyjemności u dohtora. Wyraźnie wraz ze zdrowieniem pogarsza się jej dotychczas słodki charakter. Nie do pomyślenia jeszcze niedawno było wraże burczenie w moim kierunku, teraz jest to na porządku dziennym. Za to całkowicie ( mam nadzieję że nie jest to nieodwołalne ) został wyłączony moduł mruczący, Szpagetka po prostu nie myśli zaszczycać mnie mruczeniem. Na krótko udało się jej nawet przekabacić Okularka, najlepszą koleżankę z łoża boleści, i obie koty po wzmożonych kontaktach z vetami dawały mi do zrozumienia że jestem sługą i podnóżkiem ( i to takim podniszczonym ). Nic to, przeboleję i kocią niewdzięczność tym bardziej że reszta kociego stadka okazuje ciepłe uczucia ( Sztaflik wyjątkowo nie reaguje na zakraplanie ślepek, jakby uznała że burczeć mogą jedynie koty po zabiegach chirurgicznych, he, he ).
Mój maj jak widać nie należał do łatwych. Gdyby nie kwitnienia irysów, którymi napakowałam prawie cały majowy blog, to chciałabym o tegorocznym maju jak najprędzej zapomnieć. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję że czerwiec będzie łatwiejszy do zniesienia. Na fotce moje dziewczyny, chłopaki uznały coś ostatnio pozowanie za mało samcze zajęcie.

sobota, 31 maja 2014

'Sailor' - irys IB zaskakujący

Kiedy kupowałam odmianę 'Sailor' na rabacie była tylko jedna prawdziwie "szkolna" plicata czyli 'Starwoman'. 'Sailor' był takim irysem kupionym dla towarzystwa, żeby 'Starwoman' nie była jedyną plicatą wśród odmian typu self. Miał trochę robić za drugoplanowca, zadanie podobne do tego jakie spełniał 'Megglethorp' przy odmianie 'Aqua Taj'. 'Sailor' jednak okazał się irysem ta tyle wyrazistym że nie dał się zepchnąć do roli tła nawet takiej gwieździe jak 'Starwoman'. Przyznaję że dla mnie była to lekka zaskoczka bo na fotkach zakupowych i na tych które dopadłam w necie, ten irys nie wyglądał na "taką osobowość" i fightera walczącego o uwagę ogrodnika. Już po rozwinięciu pierwszego pąka wiedziałam że to jest jeden z moich lepszych irysowych zakupów irysów IB - teraz kiedy ma już ostatnie kwiaty śmiem twierdzić że jest to jeden z moich najlepszych irysowych zakupów w ogóle. Odmiana bardzo efektownie prezentująca się na rabacie, pełna wigoru i długo kwitnąca. Nie wiem czy to tylko w Alcatrazie czy ten irys w ogóle tak ma ale zdystansował długością kwitnienia wszystkie moje IB! Oczywiście stałe miejsce w Alcatrazie zapewnione a kłącze będzie rozsadzane z honorami, he, he. Teraz metryczka - 'Sailor' został zarejestrowany przez Marky Smith ( tak, tak, "mamusi" odmiany 'Starwoman' ) w roku 1995 a rok później szkółka Aitken's Salmon Creek wprowadziła go do handlu. Odmiana jest wynikiem krzyżowania irysów 'Chubby Cheeks' X 'Snowbrook', dorasta do 58 cm i kwitnie niemal od początku sezonu. No i utytułowanie, taka odmiana nie przeszła bez echa. Dwa solidne wyróżnienia AIS - Honorable Mention 1998, Award of Merit 2000.

'Starwoman' - irys IB prawie doskonały

Czar "szkolnych" irysów zawsze do mnie przemawiał bez względu na kategorię do jakiej irys jest zaliczany. Inne, kontrastowe plicaty nie powodują że jestem jakoś szczególnie zauroczona i szybciej bije mi serducho , zdarza się to tylko przy tych w bielach, granatach i fioletach. Nie ma się zatem co dziwić że zakupiłam pierwszą ujrzaną plicatę IB w kolorach szkolnego mundurka. Trafiłam naprawdę nieźle bo 'Starwoman', mimo tego że jest irysem z ubiegłego stulecia, trzyma się bardzo dzielnie i nie ustępuje nowszym introdukcjom ( a poza tym woman więc co tu jej wiek wypominać ). Zrobiła wręcz oszałamiającą karierę - Honorable Mention 2001, Award of Merit 2003, Sass Medal 2005 i w końcu American Dykes Medal 2008. Przyznanie Dykes Medal irysowi innej kategorii niż TB jest ewenementem, przed 'Starwoman' tylko jeden niższy irys dostąpił tego zaszczytu - w 1981 roku Dykes Medal otrzymała odmiana irysa BB 'Brown Lasso'. 'Starwoman' zarejestrowała w 1997 roku Marky Smith, a rok później wprowadziła ją do handlu szkóła Aitken'a. Odmiana jest wynikiem krzyżowania 'Chubby Cheeks' X siewka Keppel'a 83-8A: ('Snowbrook' x rodzeństwo). Dorasta do 64 cm, kwitnie w środku sezonu kwitnień irysów IB. Już pojedyńczy kwiat jest piękny, kępa kwitnących irysów tej odmiany może powalić miłośnika plicat wszelakich! To jest taki rysy którego sadzą chętnie zarówno kolekcjonerzy jak i "zwyczajni" ogrodnicy - znaczy must have, he,he. Wigor, czyste i piękne kolory, falujące płatki - gdyby 'Starwoman' jeszcze kwitł od początku do końca sezonu kwitnień IB byłby doskonałością!

'Aqua Taj' - irys IB w magicznym błękicie

Kiedy oglądałam zdjęcia 'Aqua Taj' kolorek irysa mnie nie powalał. Ot, taki sobie błękicik troszkę mocniejszy. Dopiero kiedy nastąpił tzw. "ogląd żywcowy" na rabacie w Irysowie, dotarła do mnie cała uroda tego irysa. Kolor jest wręcz magiczny, fotki bardzo słabo go oddają. Do tego w komplecie niebiesko - złota bródka ( stare złoto, mój ulubiony odcień ) i mnóstwo falban. Czego chcieć więcej? No, szybciej mógłby się ten irys rozrastać, Speedy Gonzales to on nie jest. Nie wiem czy to wina stanowiska czy odmiany, na wszelki wypadek rozsadziłam i potestuję w dwóch różnych miejscach. Odmianę zarejestrował w 2002 roku Barry Blyth i w sezonie 2002 - 2003 była już dostępna w handlu za sprawą szkółki Tempo Two. 'Aqua Taj' jest wynikiem krzyżowania odmian 'Navy Blues' X 'Stardate'. Dla mnie jest to jeden z najładniejszych niebieskich irysów IB, odmiana ma zapewnione stałe miejsce W Alcatrazie nawet gdyby nadal się ślamazarnego rozrastała. W tym wypadku wyżej stawiam kolor i formę kwiatu niż żywotność rośliny. Może nie najlepsze ogrodnicze podejście do sprawy ale mam słabość do niektórych irysów i 'Aqua Taj' jest na liście irysowych przystojniaków z których nie należy rezygnować, mimo hym...tego...kłopotów wychowawczych. A może panikuję po prostu z tym rozrastaniem i odmiana ruszy z kopytka na nowym stanowisku? Oby, bo kępa 'Aqua Taj' będzie robić wrażenie.



'Megglethorp' - irys IB przygaszony

Jedno w tym irysie powinno się spodobać każdemu ogrodnikowi - rozrasta się jak marzenie. No, mnie się spodobało trochę więcej i stąd zaproszenie do Alcatrazu. Pierwszy raz zoczyłam go na rabacie w Irysowie i już wtedy zwrócił moją uwagę gęstą, dużą bródką. Posadzony był koło odmiany Blyth'a 'Aqua Taj' i tak jakoś miło robił za tło. Niby to niespecjalnie zachęcające do uprawy odmiany bo co to za irys, który nadaje się na tło a nie gra głównych skrzypiec. Jednak 'Megglethorp' jest tłem doskonałym, irysem przy którym odmiany o bardziej zdecydowanych, ciemnych odcieniach koloru niebieskiego wyglądają po prostu dobrze. Tzw. dopełniacz genialny. Ostatnio testuję tę odmianę jako solitera ( i nie mam tu na myśli tasiemca tylko samotne "pozowanie" na rabacie ). Nie wygląda to źle ale jednak z granatowymi czy marynarskimi odcieniami jest temu irysowi "bardziej do kwiatu". Odmianę zarejestrował w 1990 roku Sterling Innerst, rok później odmiana pojawiła się w handlu. 'Megglethorp' jest wynikiem krzyżowania 'Scented Nutmeg' X siewka nr 2815-1: ('Little Episode' x 'Pippi Longstockings'). Dorasta do około 50 cm ( niby ma mieć 48 cm ale bywa wyższy ), kwitnie w środku i aż do końca sezonu kwitnień IB. Jak to z takimi którzy są dobrym tłem bywa, nie zrobił ten irys spektakularnej kariery. Jednak dostrzeżono jego zalety i Honorable Mention 1995 dostało mu się na osłodę. Pewnikiem za szybkie rozrastanie i długie kwitnienie i ogólny wigorek.




'Blue Flirt' - irys IB ochładzająco - tonujący

'Blue Flirt' przyjechał do Alcatrazu w charakterze tzw. bonusu. Ucieszyło mnie to że akurat ta odmiana mi się trafiła bo chłodne odcienie bieli pasowały mi do koncepcji nasadzeń na nowej rabacie. Potrzebowałam jakiegoś jasnego ochładzacza do różowości kwiatów bodziszków i odmiany która uspokoi "zaplicatowane" irysowe sąsiedztwo. 'Blue Flirt' okazał się idealnym rozwiązaniem dla obu tych kwestii - z jednej strony przełamał "landrynkowatość", która wkrada się zawsze jak mam do czynienia z roślinami kwitnącymi różowo ( jakoś zawsze mnożą mi się na rabatach odcienie tego koloru ) a z drugiej spowodował że "graficzne" odmiany IB, rosnące niedaleko siebie nie są tak męczące w odbiorze. Niby taki szarak a ile to pożytecznych rzeczy dla rabat robi, he, he. Z tym szarakiem to zresztą nie do końca prawda - ten irysek dość ciekawie rozwija kolor. Kwitnienie zaczyna jako bardzo jasno błękitny smutas, potem są tzw. bielsze odcienie bieli. Odmianę zarejestrował w roku 2002 Barry Blyth, a szkółka Tempo Two w sezonie 2002 - 2003 ( no, antypody więc sezon jest do "góry nogami" ) wprowadziła ją do handlu. 'Blue Flirt' jest wynikiem krzyżowania siewki nr E19-1: ('In Jest' x 'Little Bev') X 'Navy Blues'. Jest dość wysokim irysem, dorasta do 64 cm. Kwitnienie zaczyna na początku i "ciągnie" do połowy sezonu kwitnień IB. U mnie zaczął pokazywać kwiaty prawie w połowie sezonu ale być może przyczyną takiego stanu rzeczy było dość późne sadzenie.


czwartek, 29 maja 2014

'Nickel' - irys IB w wielkim stylu

Niektóre irysy nijak nie dadzą się nazwać "letnimi" odmianami, takimi które się jakoś "przelotnie" podobają a potem się o nich po prostu zapomina. Kiedy pierwszy raz ujrzałam na zdjątku odmianę 'Nickel' pomyślałam sobie " O rany, kolejny "graficzny"i to w dodatku ciapnięty na brudno ". Na szczęście trafiłam w necie i na zdjątko kwitnącej kępy. O dziwo, odmiana nie prezentowała się na nim paskudnie jak tego oczekiwałam, ale wręcz lśniła jak ta hollywoodzka gwiazda. Istnieją na tym świecie radości zwane programami graficznymi do obróbki fotografii cyfrowej, więc wyciągnęłam czym prędzej wniosek że po prostu potraktowano fotkę kwitnącej kępy fotoshopem, wszak ze zdjątkami hollywoodzkich gwiazd zazwyczaj tak się robi. Jednak zaintrygowana postanowiłam poszperać po sieci w poszukiwaniu zdjęć tego typu jakie z radością hollywoodzkim gwiazdom robią paparazzi - zobaczcie jak ta czy ten wyglądają naprawdę! Im więcej fotek na irysowym "Pudelku" przeglądałam tym bardziej mnie ta odmiana "kręciła". Ten irys mimo przygaszonych kolorów plicaty po prostu świecił. Jak się czegoś irysowego żywcem nie przetestuje to właściwie można sobie odpuścić bajanie o kolorach, tylko ogląd żywcowy prawdę o irysie ci powie! No więc nabyłam! W tej chwili jeszcze dokwita na rabacie a ja dochodzę do siebie po tej jego prezentacji kwiatów. Qrczę, to jest gwiazda, prawdziwy Hollywood! Wart wszystkich wyróżnień i nagród jakimi go obsypano ( komplecik z AIS - Honorable Mention 2008, Award Of Merit 2010, Sass Medal 2012 ). Teraz dane gwiazdy ( jak na "fanpejdżu" ): K311A: H242A: (Starbaby x B302B: (85-385A: (82-2D: (Ice Chalet x Dixie Pixie) x Lavender Puff) x 88-262A: (85-319B: (Gentle Air x Chubby Cheeks rodzeństwo) x 86-316A: (Little Louie x 84-272B: (Cindy Mitchell x nieznany ))))). Odmiana zarejestrowana przez Paula Black'a w 2006 roku i w tym samym roku wprowadzona do handlu przez szkółkę Mid -America. Dorasta do 66 cm, kwitnie w środku aż końca sezonu kwitnień irysów IB. A teraz moje odkrycie - tajemnicą gwiazdorskiego lśnienia jest kolor dolnych płatków - biel śmietankowa. Do tego ta jaskrawo żółta bródka i "brudnawe" zażółcenie kopułki + "zdechnięty" fiolet podkreślające czysty, błyszczący kolor "dołu". Jak się doda jeszcze wspaniałe falowanie płatków kwiatu to mamy przepis na prawdziwą gwiazdę! Paul chyba wyczuł że tak będzie bo'Nickel' otrzymał imię po innej gwieździe - psie rasy husky, he, he.


'Good Grief'' - irys IB z cyklu "każdemu zdarzają się dziwne zakupy"

Wpisy na temat irysów IB zacznę od odmiany, która nie wiem jakim cudem znalazła się w Alcatrazie. Kiedy zakwitł najpierw nie mogłam własnym oczom uwierzyć w to co widzę a potem w fakt że ja "to" sama kupiłam, dobrowolnie, nieprzymuszana! Ten irys jest ciekawy, interesująco wybarwiony i kompletnie nie jest w moim guście. Chyba jakiś obłęd kolekcjonerski mnie zamroczył gdy dokonywałam wyboru ibiaków. Nic to, jakoś go wpasuje w rabatę. Teraz metryczka: zarejestrowany został w 2002 roku przez Thomasa Johnson'a i w tym samym roku  szkółka  Mid  - America wprowadziła go do swojej oferty. Rodowód ma dosyć skomplikowany : siewka  Black B247E, 'Dinky Circus' rodzeństwo , X  siewka Black B163A: (8867A: ('Sparkling Fountain' rodzeństwo x ('Venetian Waters' x ('Pantomime' x 'Jack R. Dee'))) x 9181A: ('Momentum' x ('Spinning Wheel' x ' Glitz'n Glitter' rodzeństwo))). Odmiana dorasta do 53 centymetrów, u mnie zakwitła na początku sezonu IB. Irys wielkiej kariery nie zrobił, może był zbyt  wyrafinowany jak na gusta jurorów zasiadających w  irysowych konkursach czy głosujących członków AIS. No, na pewno jest oryginalny, zupełnie jak  Tofik, he, he.


środa, 28 maja 2014

The day after........ "klin" z irysów IB

Nie od dziś wiadomo że po wielkim święcie, pełni szczęścia na granicy zerwania kontaktu z rzeczywistością, zazwyczaj ma się kacyka i to solidnego. Problem "dnia następnego" po zakończeniu kwitnienia irysów SDB był dla mnie kiedyś dosyć bolesny. Syndrom gwałtownie przerwanej irysowej orgii ( zawsze mijała ta radocha za prędko ) objawiał się zniechęceniem do upraw wszelakich. Na szczęście odkryłam irysy IB, których używam w charakterze tzw. klina.

Nie jest to szczególnie popularna kategoria irysów bródkowych, mam wrażenie że hodowcy traktują ją po macoszemu ( gorzej są traktowane chyba tylko irysy MTB ). Wielka to szkoda bo kategoria jest naprawdę godna uwagi. Po pierwsze - wypełnienie irysowymi kwiatami czasowej dziury pomiędzy kwitnieniami SDB a BB i TB, po drugie - żadnych palików czy tym podobnych urządzeń, IB świetnie się sprawdzają w wietrznych rejonach. Na ogół nie są też fumiastymi i kapryśnymi roślinami, ich kłącza jak przetestował swego czasu Robert, mogą w zdrowiu wytrzymać znacznie dłużej na jednym stanowisku niż inne kategorie irysów bródkowych. Zdaje się że rekordzista trwał na swoim miejscu osiem lat. Wśród nowszych bródek wszystkich innych kategorii numer raczej nie do powtórzenia. Dlaczego ogrodnicy tak fajnych irysów nie sadzą? A bo mało o nich wiedzą! Szczerze pisząc to mam wrażenie że brać ogrodnicza w swej olbrzymiej większości w ogóle nie wie że takowe irysy istnieją. No, bolesna sprawa! Nie sadzić roślin o efektownych kwiatach, niezłej wysokości ( irysy IB najczęściej mają ok. 60 cm wzrostu ), w sumie nie stwarzających jakichś niezwykłych problemów hodowlanych - znaczy pozbawić się genialnego materiału do tworzenia rabat bylinowych. Posiadacze piochów wszelakich, słonecznych stanowisk o glebie typu Sahara i Ci co mieszkają w rejonach gdzie wiatr kładzie wszystko, począwszy od kwiatów krokusów na parusetletnich drzewach skończywszy, powinni być uszczęśliwieni tym że wymyślono irysy IB zwane z polska irysami pośrednimi.


wtorek, 27 maja 2014

Po ptokach - podsumowanie sezonu SDB

Tegoroczny sezon kwitnień irysów SDB był połowicznie udany. Połowicznie bo w środku sezonu nastąpiło załamanie pogody. Szczęśliwie ominął mnie grad ale z przymrozkami już tak pięknie się nie ułożyło. Paskudne minusy położyły pokotem rozkwitłe SDB i pouszkadzały kwiaty znajdujące się jeszcze w mieszkach. Oberwało się zresztą nie tylko esdebiętom, ślady przejść z mrozem widać było też na irysach IB. Najbardziej ucierpiał Pumiloton nr 1, na dwójeczce było już lepiej a trójka, położona na podwórku, prawie w ogóle nie ucierpiała od mrozu ( no, może niektóre kwiaty były nieco inaczej wybarwione ). Muszę solidnie się zastanowić nad rozbudową podwórkowych rabat z irysami, podwórkowy klimacik wyraźnie sprzyja ich mieszkańcom.

Było trochę debiutów, ochy i achy ale i rozczarowania ( taka 'Pause' na przykład okazała się odmianą zupełnie nieodpowiadającą moim wyobrażeniom ). Zakwitło mi po raz pierwszy sporo robertowych karzełków, niektóre już awansowały do miana odmiany, inne są jeszcze w fazie testów. Nie zawsze zgadzam się z Robertem "w sprawach odmianowych". Robert stawia irysom mającym szanse na rejestrację solidne wymagania, jak się biedaczki opuszczą, znaczy kłączko się podwinie, to pretendent zasila robertowy kompościk. W tym roku została tak zagospodarowana 'Veins Moon', która po pierwsze była za wysoka ( ha, a inne "bujnięte" SDB po tegorocznej zimie to było niby OK. ), po drugie miała słabe rozgałęzienie i skąpo kwitła. U mnie wypadła znacznie lepiej, poczekam na trzecie kwitnienie i jeżeli się będzie sprawować tak jak teraz to niech sobie Robert dalej twierdzi że ona niegodna, ja tam będę uprawiać i cieszyć się z bardzo wczesnego kwitnienia tego irysa. Pewne miejsca w rejestrze AIS mają chyba w tym roku zapewnione słynna 'Perełka' i 'Two Island' ( ta odmiana na zdjęciu obok ). Mój faworyt, zwany roboczo "Brudny Elf" rozczarował Roberta. Jak stwierdził " KRZYWE KWIATY, BRAK PROPORCJONALNOŚCI - GÓRNE PŁATKI ROZCHODZĄ SIĘ NA BOKI ZBYT MOCNO" ( tak, tak, to zostało wykrzyczane ), " I dlatego nie będzie jej w dalszej hodowli" ( to już było ciszej ). Pomyślałam sobie o rozłażącej się kopułce 'Ballet Lesson' i wielu odmian SDB Blytha, o pięknych kolorach brudasa i dwukolorowej bródce i postanowiłam że mimo wszystkich niedociągnięć tego iryska wypatrzonych przez Roberta, to "Brudny Elf" zostaje w Alcatrazie i basta!

Postanowiłam stosować bierny opór i hodować sobie co poniektórych bez oglądania się na to że nie są siewkami doskonałymi. Rozczarowujące kwitnienie 'Pause' ( lubię całkiem inny rodzaj brudów, czyli akurat taki zestaw przełamanych kolorów mnie jakoś nie kręci ) i pozostawiające sporo niedosytu kwitnienie 'Expectations' ( niby wszystko ta odmiana ma ale jak dla mnie nie ma pazura ) utwierdziło mnie tylko w przekonaniu że są na tym świecie siewki ciekawsze od odmian. I że ja je będę sobie podstępnie i wrednie uprawiać ( na przykład do czasu kiedy zmieni się patrzenie hybrydyzerów na to jak powinny wyglądać proporcje kwiatu - tak, tak, to też podlega modzie, he, he ). Właściwie irysy z hodowli eliminują dla mnie "pozaestetyczne kwiatowo" czynniki - brak wigoru, podatność na choroby, słabe rozgałęzienie pędów i proporcje pędów do liści, które nie odpowiadają kategorii irysa. Same kwiaty, ich budowa czy rozłożenie barw, płowienie czy też rozwijanie kolorów w miarę wykwitania to zupełnie inna bajka - de gustibus i tak dalej. Stąd moja daleko idąca tolerancja względem "rozwalonych kopułek", złych proporcji i tym podobnych zarzutów stawianych kształtom czy też kolorom kwiatów. Były już "leżące" kopułki, upodobniające irysy bródkowe do japońskich, były płatki dolne sterczące poziomo, były rogi, ostrogi i łyżeczki przy bródkach, falbanki i "bezfalbanki" - nie wiadomo czy to co ceni się dziś jako urodziwe za parę lat nie będzie traktowane jako "zwyrodnienie ogrodnicze", he,he.



Niestety i w tym roku nie dane było mi dojechać do Irysowa w porze kwitnienia SDB, połamanie Szpagetki przesłoniło w maju wszystkie inne problemy i zupełnie zmieniło "życiowe ustawienia" i poczynione wcześniej plany. Na szczęście relacje z kwitnień Ewa i Andrzej zamieścili w dziale irysowym Forum Ogrodniczego Oaza, dzięki czemu mogłam sobie pooglądać co tam w Irysowie kwitnie. A kwitło znacznie lepiej niż u mnie, przymrozki oszczędziły Irysowo ( za to strasznie narzekano na późniejszą plagę chwastów - parę deszczowych i ciepłych dni i już się można było zapielić ). Szczególnie w tym roku zwróciły moją uwagę kwitnące w Irysowie odmiany SDB o kwiatach w odcieniach żółci i oliwki ( pewnie po kwitnieniu robertowej odmiany 'Perełka' - na zdjęciu powyżej - tak mi się zrobiło ). Cóż, w tym sezonie doceniłam irysy w kolorach i odcieniach preferowanych przez Andrzeja ( zazwyczaj podzielam gust Ewy, więc ten sezon należy do wyjątkowych ).

Niemal na koniec sezonu spotkała mnie miła niespodziewanka - objawił się opłakany już po zimie 2012 'Blue Denim'. Poczciwa starowinka przytuliła się do "prawdziwych" pumilaków, odkuła i w tym roku objawiła. Mam wielki sentyment do tego dziadka, kocham za kolorek, prawdziwy kawałek nieba na rabacie. Jeżeli jemu udało się przetrwać to jest szansa że odbijające mi z malutkich kawałków kłączy "poplątane" odmiany ( trzeba było szybko ratować te resztki a nie wgapiać się w znaczniki ), okażą się tymi za którymi najbardziej tęsknię ( o mój nieznany z prawdziwego imienia "żyrafku" ). Nadzieja na koniec sezonu to coś naprawdę budującego! A co w przyszłym roku?!
A w przyszłym roku czekają na kwitnienie pauzujące w tym sezonie 'Overcast', 'Terse Verse','Eye Of The Tiger', czy 'Uppity' ( wymieniłam te na których kwitnienie czekam najbardziej ). Mam ciche marzonko że obędzie się bez przymrozków, gradów i innych trzęsień ziemi i w końcu zobaczę kwiaty odmiany 'Posing' takie jak Wielki Ogrodowy wraz z Barry Blyth'em przykazali. W tym roku to była ledwie poprzymrozkowa namiastka kwitnienia ale już wiem że na tego irysa warto czekać. W lipcu przyjadą hamerykańskie zakupy z Mid - America, SDB zamówiłam następujące: 'Worry Wart', 'Wish Upon A Star', 'Nosferatu', 'Love Speel'. Zamierzam też nawiedzić Irysowo w celu rozsłonecznienia rabat SDB i wydulczyć od Roberta dwie całkiem, całkiem siewki ( jedna to nawet więcej niż całkiem, całkiem ). Mam też wielką ochotę na 'Vechory Na Khutori' Igora Khorosha i 'Just A Kid' Barry Blyth'a. Ale przede wszystkim to muszę zrobić Pumiloton nr 4, gdzieś te wszystkie nowe irysy trzeba będzie posadzić!



poniedziałek, 19 maja 2014

'My Cher' - irys SDB olśniewający.

Czy zdarzyło Wam się kiedyś tzw. opadnięcie szczęki na widok kwitnącego irysa? Mnie się czasem zdarza. Przyznaję że dość rzadka to sprawa, bo bezczelnie twierdzę że można mnie nazwać z lekka zblazowanym irysomaniakiem. Niebieska bródka do starego złota? Było! Dwukolorowa jaskrawa bródka do niebieskości lub fioletu? Było! Szerokie falujące płatki? Było, było i jeszcze raz było! Jednak raz na jakiś czas pojawia się irys w którym widzę wszystko to co moim zdaniem irys mieć powinien. Oczywiście de gustibus et coloribus non est disputandum - suum cuique i to co podoba się mnie nie musi wywoływać fali ochów i achów u kogoś innego.
W tym roku absolutnym olśnieniem było dla mnie kwitnienie odmiany 'My Cher'. Już od pewnego czasu "chodziły za mną" łączenia kopuły w odcieniach starego złota i niebieskawych płatków dolnych. Wyczaiłam odmianę Keitha Keppela 'Overcast' - zółcień w odcieniu chartreuse, lekkie brązy, niebiesko lawendowe płatki dolne z złotawą obwódką. Cóż, pięknie ale to jednak nie było to - 'Overcast' jest naprawdę chmurnym, z lekka ponurym w odbiorze irysem. A mnie marzyło się coś jak jesienny, kolorowy las i niebo jakie można zobaczyć w wysokich górach. W zeszłorocznej ofercie Mid - America zawiesiłam oko na niesamowitej niebieskości dolnego płatka zupełnie nieznanej mi odmiany. Przylookałam dokładniej i stwierdziłam że jeżeli choć w połowie irys będzie się tak prezentował jak na fotce sprzedażnej to jest OK. No i zamówionko na 'My Cher' poszło! Tegoroczne kwitnienie tej odmiany utwierdziło mnie w mniemaniu że czasem i mnie zdarza się wyszukać coś zadowalającego mnie w stu procentach. To było zakochanie od rozwinięcia pierwszego płatka i wylezienia fragmentu bródki. Dokładnie o coś takiego mi chodziło, kolorowo ale bez oczopląsów. Na rabacie ten irys zwraca uwagę "nie wrzeszcząc". Teraz metryczka - odmiana została zarejestrowana w 2011 roku przez Paula Black'a, w 2012 szkółka Mid - America wprowadziła ją do handlu. 'My Cher' pochodzi z krzyżowania odmian 'Trust in Dreams' X 'Astro', kwitnie w środku i końcu sezonu kwitnień SDB. Nazwę zawdzięcza jamniczce Paula, wyjątkowego irysa trzeba było nazwać na cześć kogoś wyjątkowego ( wiem co piszę, sama służyłam u trzech jamników ). Odmiana jest rarytetna, szczególnie dla hybrydyzerów - to unikalna luminata, ponoć bardzo dobry z niej rodzic ( zdaje się że głównie chodzi o ciekawie wybarwiony typ plicata ).


sobota, 17 maja 2014

'Polish Attache' - irys SDB pełen taktu i "wyczucia sytuacji"

Po zakwitnięciu odmiany 'Didzej' kwiatem który nie poniósł szkód przez przymrozki, nadzieja wstąpiła we mnie w sprawie przedłużenia sezonu kwitnień irysów SDB. Dyskretnie jak na rasowego dyplomatę przystało, wykłosił się kolejny irys od Roberta - 'Polish Attache'. Pełen taktu i kulturalnej rezerwy poczekał aż nacieszyłam się kwitnieniem 'Didzej' i rozwinął tzw. walory. To bardzo udana odmiana, połączenie koloru morelowego i śliwkowego, bez krzykliwości i "walenia" oranżem po oczach. Jedyny pomarańczowy akcent to kolor bródki, choć nie do końca bo bródka to właściwie mandarynkowa jest. Wydaje się że niby niewielka różnica ale czasem takie małe coś jak kolor bródki "robi" irysa. Robert określił kolor płatków kopuły jako jasnopomarańczowy, dla mnie to morelka, pięknie delikatna. Cóż w opisie będzie po robertowemu, w końcu to jego "dziecko" i on ma tu najwięcej do powiedzenia. Ja cichutko ale za to podstępnie będę optowała za morelką. Przejdźmy do płatka dolnego , nadzwyczaj smacznego bo tu mamy i ciepłą śliweczkę, dyskretne brązowe hafty i coś co tygrysy bardzo lubią - jasną, morelową obwódkę. Dodam jeszcze że śliweczka jest po tygrysiemu pręgowana, ta śliwkowa plama nie jest jednorodna. 'Polish Attache' jest bardzo smaczną, owocową odmianą z tygrysim pazurem, he, he! Teraz wyciąg z metryki - odmiana została zarejestrowana przez Roberta Piątka w 2013 roku, pochodzi z krzyżowania odmiany 'Zap' z nieznanym irysem ( jak to nieznajomka w języku Schakespeare'a określają "unkown" ), dorasta do 37 centymetrów i kwitnie na początku środka sezonu ( u mnie szczęśliwie zakwitł nieco później ). Jest irysem typu blend. Mam nadzieję że będzie przyrastał jak "leśne" odmiany Roberta, szczerze pisząc prędko chcę mieć solidną kępę tej odmiany. W tym roku ten irys będzie już dostępny w handlu, znaczy można się rzucić na Pana Leśniczego, he, he. Z "wyczuciem sytuacji" rzecz jasna.

piątek, 16 maja 2014

Bzy vel lilaki czyli jak zwiększyć szansę na udany związek


Zacznijmy od przypadku pokuszeń dokonywanych na osobie niejakiego Kazia, obiektu westchnień pani Zofii. Kazio był osobą o bujnym życiu towarzyskim. Większość towarzystwa Kazia stanowiły piękne panie ( niejaka Iwonka N., Małgosia F., Teresa B. ), mimo że Kazio starał się stworzyć mylne wrażenie że on "wciąż bez dam". Otóż w przypadku Kazia namawianie do zakochania powiodło się gdyż podmiot liryczny posiadał "domek cały w bzach". Mistrz Jeremi kładł szczególny nacisk na te bzy, a mistrz Jerzy potwierdził to w Kabarecie Starszych Panów dziękując pani Zofii za wykonanie piosenki propagującej budownictwo jednorodzinne otoczone nasadzeniami z bzów. Znaczy wychodzi na to że bzy jako rośliny twarzowe stanowią wraz z domkiem pokusę nie do odparcia. Przynajmniej dla tego Kazia. Być może innym Kaziom wystarczyłby sam domek ale takim to pewnie pani Zofia by nie śpiewała. A w ogóle to nas raczej interesuje ten konkretny Kazio a nie jakieś kaziopodobne.

W Alcatrazie bzy czyli lilaki ( Syringa vulgaris ) rosły "od zawsze", tzn. moja Mama je w nim pamiętała, moja Babcia je pamiętała - z Prababcią niestety nie było mi dane porozmawiać na ten temat. Na szczęście została Ciocia Jadzia, mama Ciotki Elki która pamięć miała jak słoń. Według Ciotki Jadzi, damy baaaardzo wiekowej ( odeszła od nas w 2004 roku licząc prawie 90 lat ) bzy na podwórku i w tej części Alcatrazu, która kiedyś była wozownią ( no wiecie, konie jako środki transportu i te sprawy ) rosły już w latach dwudziestych XX wieku. Co prawda po II wojnie areał ich uprawy się zmniejszył, z Alcatrazu wygryzły je morele i ostały się tylko podwórkowe egzemplarze, ale za to jakie! Stryj Mieczysław, królujący na alcatrazowych włościach w czasach słusznie minionych, szczególnie je cenił. Dziś, w drugiej dekadzie nowego stulecia rośnie na podwórku weteran z nasadzeń Stryja Mieczysława - wspaniały, anonimowy bez o podwójnych, olbrzymich kwiatach w kolorze o którym niezwykło się mawiać inaczej niż bzowy. Kiedy zostałam panią na Alcatrazie wiedziałam że bzy muszą rosnąć w tym ogrodzie, nie ma zmiłuj. Szłam pod prąd, bo był to czas powszechnego tujaczenia - drzewa i krzewy liściaste, jako śmiecące i wymagające większej obsługi rośliny, były raczej rugowane z ogrodów niż w nich sadzone. No cóż, naród nasz ma jakieś zamiłowanie zdziwne do bezguścia "katalogowo - niemieckiego" i pielęgnuje w sobie mylne przekonanie że rośliny posiadające igły są bezobsługowe. I tak zamiast pięknych, bzowych vel lilakowych zarośli mamy "cudowne" rzędy żywotników ( jak już się uparliśmy na igły to wybraliśmy chyba najpaskudniejsze iglaste drzewko ).

Pierwsze "nowe" bzy pojawiły się na podwórku i w Alcatrazie za sprawą anonimowego staruszka pamiętającego czasy Stryja Mieczysława. Otóż staruszek ów zaszczepiony był na podkładce która była też szlachetniejszą wersją "lilaka wulgarnego" - najprawdopodobniej to odmiana 'Michel Buchner'. Jedną z najlepszych i zarazem najokropniejszych cech lilaków są odrosty - fajne bo dość łatwo lilaka nieszczepionego mnożyć, paskudne bo trzeba wiecznie walczyć z odrostami. Na zdjątku obok jest właśnie podkładka spod najszlachetniejszego ze szlachetnych czyli anonimka. Bzy kwitły w maju pięknie, zapach unosił się czarującą nutą wokół i rzeczywiście braki naszej ruinki jakoś się mniej wśród tych bzów rzucały w oczy. Znaczy doszłam do wniosku że mam dwie młodsze siostry, czas na Kaziów i sadzenie bzów jest jak najbardziej celowe, he, he.

Marzyły mi się inne odmiany bzów, taka wariacja majowa w odcieniach fioletu i bieli. Pierwszym "kupnym" bzem była odmiana 'Sensation' przywleczona z jednego z moich ulubionych punktów ogrodniczych ( dwa przystanki spacerkiem, Aza i Tabisia były tam bardzo chętnie goszczone ). Na kwitnienie czekałam dwa lata, już na widok pierwszej pachnącej kiści wiedziałam że to był dobry wybór. Kolor kwiatów przypomina kolor prześlicznej odmiany 'Andenken an Ludwig Späth', do tego biała kontrastowa obwódka. Naprawdę sensacyjne połączenie. Ten lilak bardzo dobrze wygląda posadzony przy odmianach o bardzo ciemnych kwiatach ( ja sama bardzo długo "chodziłam za" wspomnianą odmianą 'Andenken an Ludwig Späth', która z 'Sensation' wygląda więcej niż dobrze ). Pierwszy "kupny" bez został posadzony niedaleko "podkładkowego" na podwórku, w niezbyt dużej odległości od kamienicznych okien ( wiadomo dlaczego ). Sama nie wiedziałam wtedy jeszcze że zaczęłam właśnie tworzyć mały , bzowy zagajnik. Wydawało mi się że na tych dwóch bzach blisko kamienicy przygoda z bzami "kupnymi" się zakończy. No i może by się tak stało gdyby nie spacery z psami. Wędrując w stronę jednej z naszych river ( w najbliższej okolicy płyną sobie trzy rzeczki ) zobaczyłam domek schowany w bzach. W domku mieszkała Wiekowa Wróżka z psem i kotem, osoba pamiętająca jeszcze moich dziadków i pradziadków. Szczęśliwie się złożyło że starszy brat Wiekowej Wróżki wraz z moim dziadkiem grywali w amatorskim teatrzyku, dzięki temu zostałam potraktowana jak znajoma i mogłam rozejrzeć się w starym, dojrzałym ogrodzie Wiekowej Wróżki.

No i natychmiast do mnie dotarło że ja też chcę mieć podobny klimat w moim ogrodzie. Nic to że walka z odrostami, nic to że trzy tygodnie kwitnienia a potem zielone liście, które jesienią nie przebarwiają się spektakularnie. Dla trzech majowych tygodni warto sadzić bzy! Natychmiast po wizycie w ogrodzie Wiekowej Wróżki potupałam do wiadomego punktu ogrodniczego i wylazłam z odmianą 'Krasavitsa Moskvy'. Moskiewska piękność jest jak dotąd moim jedynym bzem kwitnącym białymi kwiatami ( w pąku są delikatnie różowe ). Planuję posadzenie jeszcze dwóch odmian biało kwitnących, myślę o staruszce 'Mme Lemoine' lub 'Mme Casimir Perier'. Jeszcze nie wiem którą z Mme wybiorę, miejsce jest tylko dla jednej z nich, bo pewniakiem na drugie stanowisko dla "białego bzu" jest odmiana do której mam sentymentalny stosunek - 'Jan van Tol'. Ten bez ( drzewko kwitnące w doniczce ) moja Babcia Wiktoria dostała jako kwiecie z okazji urodzenia mojej mamy. To drzewko do dziś rośnie w ogrodzie moich pradziadków od strony Mamy. Ta odmiana po prostu musi rosnąć w Alcatrazie i już!

Myślę też o przesadzeniu do zakątka bzowego odmiany 'Charles Joly', którą głupio posadziłam nie w tej części podwórka co trzeba. Moje plany będę mogła jednak zrealizować dopiero po potężnych robotach ziemnych na podwórku ( które o zgrozo i na szczęście czekają mnie tego lata ). Oprócz bzów vel lilaków "wulgarnych" zapuściłam na podwórku lilak perski i i odmianę lilaka zwisłokwiatowego ale to jest zupełnie inna opowieść, nie aż tak pachnąca. Jak hoduje te moje bzy? Zgodnie ze sztuką przycinam im przekwitłe kwiatostany i reguluje pokrój po kwitnieniu ( zależy mi na drzewkowatym pokroju a nie na formie krzewiastej ). Raz na jakiś czas podsypię dolomitem i walczę z odrostami. Jakichś specjalnych zabiegów te rośliny nie wymagają, to hardcorowcy.
Przy tak niewielkim w sumie nakładzie pracy inwestycja w bzy w celu namówienia Kazia na rzecz wiadomą wydaje się jak najbardziej opłacalna. Gdyby Kazio nie dał się namówić zawsze zostaje nam bzowe szaleństwo w maju.