środa, 12 lipca 2017
Sucha - Żwirowa a spójność ogrodowa
Zastanawiawszy się ostatnio nad swoim ogrodem w kontekście zapodanego przez Meg zagadnienia spójność, która bierze się z pomysłu na ogród i oczywiście wylazło mi że nadmiar pomysłów jest dla ogrodu prawie tak szkodliwy jak ich brak ( na szczęście prawie robi różnicę, he, he, he, choć nie jest ona znacząca ). Tak sobie popatrzywszy po swoich rabatach i doszedłszy do wniosku że co tu ćwierkać o spójności ogrodu jak rabaty są od Sasa do Lasa. Taka Sucha - Żwirowa da się określić krótko - preria śródziemnomorska, he, he. Szałwie lekarskie solidnie architektoniczne, lawendy co to nie są celowo sadzone w wielkich grupach ( boję się żeby przy plantacji irysów bródkowych nie wyrosła mi plantacja lawendy ), łany czyśćca bizantyńskiego, perowskie a do tego rozchodniki , marcinki, jeżówki, podejrzane rozarium na obrzeżach rabaty, morze traw i łup - lilie orienpety. Taa, preria jak się patrzy. Jest nawet ukłon w stronę naturalizmu, rozsiewające się krwawniki które najzwyczajniej w świecie mi się podobają. Totalny misz - masz, nijak to się ma to śródziemnomorskich ogrodów i nijak do preriowych nasadzeń. Dziada z babą brakuje ale za to w tle zwodniczo majaczą iglaki a w samym centrum irysowiska przycupnął mały ambrowiec ( tam jest taki wilgniejszy kawalątek gleby i zacisznie, w sam raz radość dla ambrowca i rozpacz dla spójności rabaty ). No cudnie, he, he, he!
Pocieszająco sobie pitulę że przełamuję schematy, czasem to pomaga przy oglądzie osobistych ogrodniczych dokonań ale nie zawsze. I tak sobie rośnie ta moja Sucha - Żwirowa patchworkowa ( potworkowa ) wpisując się w kontekst łódzkiego eklektyzmu. Rabata eklektyczna, w sam raz pasząca do klimatu ziemi obiecanej, he, he, he. No, dorobiwszy ideolo do skrzeczącej rzeczywistości. Sucha - Żwirowa rzecz jasna nadal bez żwiru bo na dachu przyszedł czas na kominy, czapeczki, "oblachowania" i tym podobne wymysły mody dachowej. Grunt że rabacisko szumną nazwę ma i grunt przepuszczalny i po całości nie jest porośnięte przez nawłoć i dziewannę ( dziewanny lubię, na nawłoć jestem wkurzona - podstępna francowatość - po całości to nie lubię żadnych roślin, nawet bródek ukochanych ). Oczywiście rabata nigdy nie będzie skończona, zresztą uważam że pojęcie "rabata ukończona" to oksymoron. Rabaty są zawsze wstępnie obsadzone, albo ciągle nad nimi pracuje ogrodnik albo natura. Rabatowa nirwana, constans i w ogóle absolutna nasadzeniowa doskonałość to tylko chwilka w ogrodowaniu ( i nie tylko w ogrodowaniu ), mija jak wszystko na tym świecie ku satysfakcji wyznawców przemijania i zmartwieniu tych którzy chcą by chwila trwała wiecznie.
A teraz tak do konkretów - największym ( moim zdaniem ) problemem Alcatrazu i podwórka jest nienasycony apetyt ogrodniczki na nowe rośliny. Co ja tu będę ściemniać - ilość roślin przetestowanych w moim ogrodzie jest zatrważająca. Na Madagaskar i do Kenii na długie foto safari mogłabym zapodróżować za kasę, którą w ciągu lat wydałam na rośliny. Tak, tak! Oczywiście sporo z kupowanych zielsk pożegnało się z ogrodem, cóż miałam złudzenia na temat niektórych magnolek, rodków ( Alcatraz ), santoliny, acaeny ( z tego złudzenia nie chce mi się otrząsnąć ) i nowozelandzkich traw ( podwórko ). Przykro ale tak jak każdy lekarz ma swój mały cmentarzyk pacjentów tak każdy ogrodnik ma swój własny kompostownik pełen roślinek "którym nie poszło". Ogród nie salonik, roślina nie konsolka czy tam inny fotelik, które co najwyżej uzłośliwić się mogą w sposób przystający przedmiotom martwym. Roślina jako żywe jest o wiele bardziej nieprzewidywalna, nie sposób jej ustawić tak do końca zgodnie z naszym widzimisię ( o czym dobrze wiedzą wszyscy przycinający klasycznie prowadzone ogrody ). Ech, dużo by pisać o tym co człowiekowi się ogrodowo wydaje i o przebudzeniach i powrotach do realu. Ja na razie zamiast acaen na Suchej - Żwirowej "w parterze" rosną kolorowe rozchodniki, santoliny zastąpiły krwawniki a egzotyczne ostnice ( bye, bye, Stipa lessingiana i Stipa gigantea ) swojscy przedstawiciele rodzaju.
Na Suchej - Żwirowej kwitną kwiaty o prostej budowie, nie posadziłam tu żadnych wiktoriańskich ogrodowych piękności ( jedynie kwiaty róż mają więcej niż jeden okółek płatków ), dzięki temu grządka bzyczy i motyli się od samego rana do późnych godzin wieczornych. To owadzie życie przyciąga życie ptasie i kocie, a kocie życie przyciąga moje ( ostatnio była interwencja w sprawie białego gołębia - przeżył ). Oglądając kocie zdjęcia ( Laluś i seksowna Okularia ) doszłam do wniosku że moje ohydne płyty podwórkowe to nie jest najgorsza opcja podłoża koło rabaty, w sumie paszą do fabrycznych klimatów. Zawsze to lepsze niż polbruk a inwazja roślin ( starannie wyselekcjonowanych ) i przybranie kotami ( uwielbiajo się na płytach wygrzewać ) pozwoli mi znieść szarą ohydę. A w ogóle to muszę przesadzić nie najmądrzej posadzone na Suchej Żwirowej drzewa, też mi ze zdjęć to przesadzanie wyszło. Ot i tyle na dzień dzisiejszy o mojej mało spójnej rabacie wpisanej w industrialny kontekst.
piątek, 7 lipca 2017
Refleksyje samochodowe na temat "Środowisko atakuje"
"Co się polepszy to się popieprzy" - jak to leciało w kabareciku co to latał. Tak cóś teraz pasuje to do mojego bytowania, ledwie zamknę jeden front walki z losem to otwiera się następny. Oczywiście jako stara wiarusa ( no co, jak może być ministra to może być i wiarusa ) łatwo przeciwnościom losu się nie daję i rzucam podstępnie siły na tyły wroga. Ciągle mam nadzieję że troszki losu dokopie ( rzecz jasna chciałabym mu spuścić solidny wpierdziel ale to raczej bez szans ). Oczywiście są jaśniejsze punkty żywota i ich się trzymam. Koty zdrowe, ja właściwie też, finansowo nie jest pięknie ale bywało gorzej ( dach na kamienicy za darmo się nie zrobi, niestety ), z ludźmi żyję bardzo dobrze ( bliskie grono ) dobrze ( sąsiedztwo dalsze ) oraz poprawnie ( przypadkowi turyści, że tak ich nazwę ). Czasu jest tylko mało na to cobym chciała robić i jak się okazuje wcale nie dużo na robienie tego do czego się poczuwam, głównie dlatego że niepomiernie dużo czasu zabierają mi tzw. dojazdy. No ponarzekawszy sobie i od razu mi lepiej, wentylek i wywalenie żalu dobrze mi robi od czasu do czasu na jestestwo.
Co w ogrodzie to już wiecie, spuszczony z oka żyje swoim tajemniczym życiem. W nocy odgłosy dżungli i wracania na czworakach po libacji ( jeże ), w dzień bzyczenie, ptasie śpiewy i chrapanie kotów. Zieloność zarasta co się da i co się nie da, deszczyło solidnie więc jest bujnie. Co wysłuchane w samochodzie dojazdowym to nie wiecie ale zaraz Wam napiszę. Sprawa sąsiedzko - ogrodowa była niedawno na tapecie - dwa koty wyżarły rybki z oczka wodnego i straż miejska wzięła się poczuła i przywaliła mandat właścicielowi kotów. Pomijam kwestię kompetencji straży, pomijam kwestię budowania ogrodzeń, pilnowania pupili i ponoszenia odpowiedzialności za ich wyczyny ( bo te dwie ostatnie kwestie są oczywiste - za sprawki źwierzontek odpowiada opiekun i nie ma zmiłuj, rybki majo być odkupione, guana posprzątane a podrapane drzwi zrekompensowane malowaniem lub pieniężnie a stworzenia pod tytułem dzieci winny być pouczone że jap majo więcej nie drzeć, he, he, he ) to zaintrygowało mnie jedno - co zrobiłaby straż miejska gdyby okazało się że rybki z oczka wodnego wyżarły dzikie koty lub też coraz częściej migrujące do miast dzikie stworzenia? Komu przywaliliby mandat? Nie znam do końca sprawy z Wrocka, być może złapano sprawców lub sprawczynie na gorącym uczynku ( i od takich spraw są sądy cywilne choć o wiele lepsze jest dogadanie się z sąsiadami i zabezpieczenie działek odpowiednimi ogrodzeniami ).
W kwestii ogrodzeń też nie ma zmiłuj, zabezpieczyć się solidnie winien ten kto zabezpieczeń swojej własności potrzebuje, np. właściciele tzw. groźnych ras psów ale też ludzie nietolerujący obcych zwierząt lub zwierząt w ogóle w swoim najbliższym otoczeniu. Ci ostatni to choćby dlatego że podkopujące się psy czy przełażące nad niskim dla nich ogrodzeniem koty to pryszcz - zawsze można właściciela dorwać , natomiast dziczyzna potrafi atakować spod ziemi lub z powietrza i jeżeli człowiek nie chce latać jak ten Pawlak i wrzeszczeć "Precz z mojego nieba" to powinien wybudować sobie nad działką wolierę i dodatkowo rozpiąć na niej moskitierę bo pozwać nie za bardzo ma kogo. Ludziom wydaje się że posiadanie kawałka ziemi wyłącza ów kawałek z środowiska. To głupota, nie da się tego inaczej nazwać. Posiadanie ziemi ma swoje ograniczenia, nie tylko prawne ale takie wynikające z materii posiadania. Takie posiadanie kawałka przestrzeni, mam tu na myśli działki pod zabudowę mieszkalną, to coś innego niż tylko posiadanie rzeczy, dlatego ustawodawcy w wielu państwach wprowadzają liczne ograniczenia związane z posiadaniem takowych gruntów ( tak, tak, nawet w Hameryce są takowe ). U nas prawo regulujące kwestię związane z tego typu posiadaniem jest nieprecyzyjne i pomijające wiele istotnych kwestii ( choćby słynne emisje o które toczy się tak wiele sąsiedzkich sporów ).
W skutek tego w społeczeństwie pokutuje pogląd że ziemia jest moja i najmojejsza i jak będę chciała lub chciał to schlos sobie wystawię, dżewa wytnę a żywinę wszelką wybiję do nogi jak tylko wlezie mi w szkodę. Otóż tak nie jest, nawet w Polszcze, kraju ustawodawczego bajzlu. A dlaczego o tej manii "posiadactwa" piszę? Nie, nie, to nie wpisik z pozycji pańcio - kocierzastej, na kotonach świat zwierząt się nie kończy - nawet jak wszystkie sąsiedzkie koty będą karnie w domu godzinki śpiewały to nikt nie zagwarantuje posiadaczowi oczka wodnego że jego rybkami nie poczęstuje się inna żywina. Ha, może nawet będzie to żywina chroniona ( już widzę to odszkodowanie z Szyszkoministerstwa )! Nie można oczekiwać że pszczoły miodne znikną bo część ludzkiej populacji jest uczulona na ich jad, że ptaki nie będą śpiewać o świcie , że kleszcze zostaną weganami a bakterie i wirusy przestaną się w nas namnażać z jednej strony dając nam możliwość życia a z drugiej strony niosąc zagrożenie jego kresem. Jedyne czego można oczekiwać to tego że ludzie choć trochę zmądrzeją i będą wiedzieli że powinni się zabezpieczać przed groźnymi dla nich stronami natury i że na ten przykład w mniejszym stopniu pomoże uniknąć skutków użądlenia skasowanie ula u sąsiada niż dawka adrenaliny w lodówce, bo nikt nie wyczyści z pszczół miodnych całej okolicy dla bezpieczeństwa osoby która żąda aby chronili ją inni bo sama nie potrafi się zabezpieczyć. Od dawien dawna ludzie hodowali pszczoły a problem zrobił się niedawno, znaczy ktoś i to nie pszczelarz nadużywa tu prawa do ochrony własności. O murarkach tu w ogóle nie wspominam bo większość naszego społeczeństwa nawet nie wie co to za zwierz ( na wszelki wypadek wrzask podnosi się na widok wszelkiego owadziego fruwactwa i żąda ubicia ) . Jakieś pół wieku temu problemem wydawała się hodowla pszczół w terenie mocno zurbanizowanym ale powoli odchodzi się na świecie od modelu zakazu ( i tak nikt pasiek wielkich w miastach nie zakłada ), bo jak się okazało niespecjalnie przekładało to się na zmniejszenie zagrożeń.W powstałą niszę wleźli inni, nieraz tacy z groźniejszym jadem.
Kleszcze to ta sama śpiewka - w centrum miasta na trawniczku sobie czyhają i czy w związku z tym należy w miastach zlikwidować trawniczki? Borelia i inne świństwa straszna rzecz ( ale, tralalala, sporo chorób odkleszczowych się "nie przyjmuje" o ile organizm jest na tyle silny by je zwalczyć ), czy w związku z tym społeczeństwo ma w ogóle zrezygnować z zieleni wokół domostw? Bo część populacji jest słaba ( często gęsto w skutek stylu życia ) i wymaga dla siebie ochrony. A co z resztą ludzi? Może wywalić wszelką zieleń bo alergicy cierpią z powodu pyłków? Najlepiej zażądać żeby sąsiad rośliny przestał uprawiać. Jeszcze czego! Jak się ma problem ze sobą to pretensje do Zwierzchności Najwyższej a nie do sąsiadów! Zagrożeń nie wyeliminuje żadne sądowe postanowienie tylko zdrowy rozsądek nakazujący zacząć proces zabezpieczania się przed onymi od samej czy samego siebie. Tak, tak, piszę to ja, mająca dwie alergiczne siostry i dwie przyjaciółki z tą przypadłością a i sama siąpająca nosem i roniąca łzy w czas kwitnienia topoli i zdrowo bojąca się pszczół i os. W dodatku ofiara przestępczego wyżarcia rybek z oczka wodnego przez mojego kota Wiktorka ( kto wie czy niewspomaganego przez kocie sąsiedztwo czy też dzikawą żywinę ).
Jak twierdził Konfucjusz mamy w sobie potencjał zmiany samych siebie ale jak widać cóś uwielbiamy nie robić z niego użytku ( chyba przymusić ustawowo by trzeba dokształcania ustawicznego jak już ta obecna fala fascynacji głupotą minie ). Usiłujemy za to zmieniać to co nas otacza, najczęściej z opłakanym dla nas skutkiem. Czasem wydaje mi się że jakieś 75% ludzkiej głupoty wynika z inercji, lenistwa umysłu posuniętego do granic eliminacji gatunku. Reszta to tzw. szalone pomysły, twórcze działania godne nagrody Darwina. Ten pierwszy rodzaj głupoty wydaje mi się groźniejszy bo jest powszechny, sama u siebie zauważam niekiedy symptomy brzydko wyglądające, he, he, he. Eliminacja tzw. biernej głupoty jest chyba jedyną szansą ludzkości na dłuższe trwanie, przy tak rozrośniętej populacji ( z głupoty ) pławienie się w takim stanie głupocizmu po prostu nam zagraża. Nic nie jest tak groźne i zabójcze dla naszego gatunku jak my sami. Żadnym pocieszaniem nie jest dla mnie fakt że idioci zejdą z tego świata pierwsi. Takie to mnie refleksyje naszły podczas słuchania samochodowego radiowej historii napadu na oczko wodne.
Dzisiejszy wpis miały ilustrować fotki owadziego życia w Alcatrazie, niestety focenie ostatnio odbywa się na chybcika. No cóż nigdy nie byłam dobrą focistką a cykanie pospieszne nie wpływa dodatnio na jakość fotek. Wyszły mi dwa średnie ( mniej niż średnie ) zdjątka żywiny i szlus. No to wkleiłam fotki na których jest podwórko z Alcatrazem - w końcu moje środowisko najbliższe, he, he.
Co w ogrodzie to już wiecie, spuszczony z oka żyje swoim tajemniczym życiem. W nocy odgłosy dżungli i wracania na czworakach po libacji ( jeże ), w dzień bzyczenie, ptasie śpiewy i chrapanie kotów. Zieloność zarasta co się da i co się nie da, deszczyło solidnie więc jest bujnie. Co wysłuchane w samochodzie dojazdowym to nie wiecie ale zaraz Wam napiszę. Sprawa sąsiedzko - ogrodowa była niedawno na tapecie - dwa koty wyżarły rybki z oczka wodnego i straż miejska wzięła się poczuła i przywaliła mandat właścicielowi kotów. Pomijam kwestię kompetencji straży, pomijam kwestię budowania ogrodzeń, pilnowania pupili i ponoszenia odpowiedzialności za ich wyczyny ( bo te dwie ostatnie kwestie są oczywiste - za sprawki źwierzontek odpowiada opiekun i nie ma zmiłuj, rybki majo być odkupione, guana posprzątane a podrapane drzwi zrekompensowane malowaniem lub pieniężnie a stworzenia pod tytułem dzieci winny być pouczone że jap majo więcej nie drzeć, he, he, he ) to zaintrygowało mnie jedno - co zrobiłaby straż miejska gdyby okazało się że rybki z oczka wodnego wyżarły dzikie koty lub też coraz częściej migrujące do miast dzikie stworzenia? Komu przywaliliby mandat? Nie znam do końca sprawy z Wrocka, być może złapano sprawców lub sprawczynie na gorącym uczynku ( i od takich spraw są sądy cywilne choć o wiele lepsze jest dogadanie się z sąsiadami i zabezpieczenie działek odpowiednimi ogrodzeniami ).
W kwestii ogrodzeń też nie ma zmiłuj, zabezpieczyć się solidnie winien ten kto zabezpieczeń swojej własności potrzebuje, np. właściciele tzw. groźnych ras psów ale też ludzie nietolerujący obcych zwierząt lub zwierząt w ogóle w swoim najbliższym otoczeniu. Ci ostatni to choćby dlatego że podkopujące się psy czy przełażące nad niskim dla nich ogrodzeniem koty to pryszcz - zawsze można właściciela dorwać , natomiast dziczyzna potrafi atakować spod ziemi lub z powietrza i jeżeli człowiek nie chce latać jak ten Pawlak i wrzeszczeć "Precz z mojego nieba" to powinien wybudować sobie nad działką wolierę i dodatkowo rozpiąć na niej moskitierę bo pozwać nie za bardzo ma kogo. Ludziom wydaje się że posiadanie kawałka ziemi wyłącza ów kawałek z środowiska. To głupota, nie da się tego inaczej nazwać. Posiadanie ziemi ma swoje ograniczenia, nie tylko prawne ale takie wynikające z materii posiadania. Takie posiadanie kawałka przestrzeni, mam tu na myśli działki pod zabudowę mieszkalną, to coś innego niż tylko posiadanie rzeczy, dlatego ustawodawcy w wielu państwach wprowadzają liczne ograniczenia związane z posiadaniem takowych gruntów ( tak, tak, nawet w Hameryce są takowe ). U nas prawo regulujące kwestię związane z tego typu posiadaniem jest nieprecyzyjne i pomijające wiele istotnych kwestii ( choćby słynne emisje o które toczy się tak wiele sąsiedzkich sporów ).
W skutek tego w społeczeństwie pokutuje pogląd że ziemia jest moja i najmojejsza i jak będę chciała lub chciał to schlos sobie wystawię, dżewa wytnę a żywinę wszelką wybiję do nogi jak tylko wlezie mi w szkodę. Otóż tak nie jest, nawet w Polszcze, kraju ustawodawczego bajzlu. A dlaczego o tej manii "posiadactwa" piszę? Nie, nie, to nie wpisik z pozycji pańcio - kocierzastej, na kotonach świat zwierząt się nie kończy - nawet jak wszystkie sąsiedzkie koty będą karnie w domu godzinki śpiewały to nikt nie zagwarantuje posiadaczowi oczka wodnego że jego rybkami nie poczęstuje się inna żywina. Ha, może nawet będzie to żywina chroniona ( już widzę to odszkodowanie z Szyszkoministerstwa )! Nie można oczekiwać że pszczoły miodne znikną bo część ludzkiej populacji jest uczulona na ich jad, że ptaki nie będą śpiewać o świcie , że kleszcze zostaną weganami a bakterie i wirusy przestaną się w nas namnażać z jednej strony dając nam możliwość życia a z drugiej strony niosąc zagrożenie jego kresem. Jedyne czego można oczekiwać to tego że ludzie choć trochę zmądrzeją i będą wiedzieli że powinni się zabezpieczać przed groźnymi dla nich stronami natury i że na ten przykład w mniejszym stopniu pomoże uniknąć skutków użądlenia skasowanie ula u sąsiada niż dawka adrenaliny w lodówce, bo nikt nie wyczyści z pszczół miodnych całej okolicy dla bezpieczeństwa osoby która żąda aby chronili ją inni bo sama nie potrafi się zabezpieczyć. Od dawien dawna ludzie hodowali pszczoły a problem zrobił się niedawno, znaczy ktoś i to nie pszczelarz nadużywa tu prawa do ochrony własności. O murarkach tu w ogóle nie wspominam bo większość naszego społeczeństwa nawet nie wie co to za zwierz ( na wszelki wypadek wrzask podnosi się na widok wszelkiego owadziego fruwactwa i żąda ubicia ) . Jakieś pół wieku temu problemem wydawała się hodowla pszczół w terenie mocno zurbanizowanym ale powoli odchodzi się na świecie od modelu zakazu ( i tak nikt pasiek wielkich w miastach nie zakłada ), bo jak się okazało niespecjalnie przekładało to się na zmniejszenie zagrożeń.W powstałą niszę wleźli inni, nieraz tacy z groźniejszym jadem.
Kleszcze to ta sama śpiewka - w centrum miasta na trawniczku sobie czyhają i czy w związku z tym należy w miastach zlikwidować trawniczki? Borelia i inne świństwa straszna rzecz ( ale, tralalala, sporo chorób odkleszczowych się "nie przyjmuje" o ile organizm jest na tyle silny by je zwalczyć ), czy w związku z tym społeczeństwo ma w ogóle zrezygnować z zieleni wokół domostw? Bo część populacji jest słaba ( często gęsto w skutek stylu życia ) i wymaga dla siebie ochrony. A co z resztą ludzi? Może wywalić wszelką zieleń bo alergicy cierpią z powodu pyłków? Najlepiej zażądać żeby sąsiad rośliny przestał uprawiać. Jeszcze czego! Jak się ma problem ze sobą to pretensje do Zwierzchności Najwyższej a nie do sąsiadów! Zagrożeń nie wyeliminuje żadne sądowe postanowienie tylko zdrowy rozsądek nakazujący zacząć proces zabezpieczania się przed onymi od samej czy samego siebie. Tak, tak, piszę to ja, mająca dwie alergiczne siostry i dwie przyjaciółki z tą przypadłością a i sama siąpająca nosem i roniąca łzy w czas kwitnienia topoli i zdrowo bojąca się pszczół i os. W dodatku ofiara przestępczego wyżarcia rybek z oczka wodnego przez mojego kota Wiktorka ( kto wie czy niewspomaganego przez kocie sąsiedztwo czy też dzikawą żywinę ).
Jak twierdził Konfucjusz mamy w sobie potencjał zmiany samych siebie ale jak widać cóś uwielbiamy nie robić z niego użytku ( chyba przymusić ustawowo by trzeba dokształcania ustawicznego jak już ta obecna fala fascynacji głupotą minie ). Usiłujemy za to zmieniać to co nas otacza, najczęściej z opłakanym dla nas skutkiem. Czasem wydaje mi się że jakieś 75% ludzkiej głupoty wynika z inercji, lenistwa umysłu posuniętego do granic eliminacji gatunku. Reszta to tzw. szalone pomysły, twórcze działania godne nagrody Darwina. Ten pierwszy rodzaj głupoty wydaje mi się groźniejszy bo jest powszechny, sama u siebie zauważam niekiedy symptomy brzydko wyglądające, he, he, he. Eliminacja tzw. biernej głupoty jest chyba jedyną szansą ludzkości na dłuższe trwanie, przy tak rozrośniętej populacji ( z głupoty ) pławienie się w takim stanie głupocizmu po prostu nam zagraża. Nic nie jest tak groźne i zabójcze dla naszego gatunku jak my sami. Żadnym pocieszaniem nie jest dla mnie fakt że idioci zejdą z tego świata pierwsi. Takie to mnie refleksyje naszły podczas słuchania samochodowego radiowej historii napadu na oczko wodne.
Dzisiejszy wpis miały ilustrować fotki owadziego życia w Alcatrazie, niestety focenie ostatnio odbywa się na chybcika. No cóż nigdy nie byłam dobrą focistką a cykanie pospieszne nie wpływa dodatnio na jakość fotek. Wyszły mi dwa średnie ( mniej niż średnie ) zdjątka żywiny i szlus. No to wkleiłam fotki na których jest podwórko z Alcatrazem - w końcu moje środowisko najbliższe, he, he.
sobota, 1 lipca 2017
Alcatraz zacieniony - początek lipca
Alcatraz wygląda okrutnie "po całości" i znośnie fragmentami ( niewielkimi ), które są "podpielone" i obsadzone cieniolubami. Podpielenie jest zresztą niedokładne bo przeprowadzane z doskoku, w związku z tym na zdjęciach widzicie ogród żyjący po swojemu, z siewkami nie zawsze pożądanych przeze mnie roślin. Na szczęście jest też całkiem sporo siewek roślin pożądanych i dobrze bo nie jest rzeczą prostą i tanią obsadzić dość duży ogród jakim jest Alcatraz. No i przy tym sianiu się miodunek, brunner czy fiołków zawsze może trafić się roślina tak urodna że godna będzie nazwy odmiany. Na niektóre siewki więc chucham i dmucham, licząc na to że w przyszłości wyprodukują coś interesującego a kto wie czy i nie powalającego. Oczywiście mogą trafiać się i brzydale, taki samosiew to zawsze loteria ( he, he, he, zawsze ciągnęło mnie do zielonych stolików, teraz uprawiam hazardowo zielone ogrody ). Niestety nic nie sieje się tak jak rośliny za którymi nie przepadam, nerw mam gdy widzę nowe, czarujące kępy nawłoci czy wesolutko zielone sadzoneczki podagrycznika. Złe się wtedy we mnie budzi, Roundup zalewa mi mózg i czuję że jeszcze chwila i wylezie ze mnie Chemiczny Ali. Oddycham wolniej, zamykam ślepia i cedzę do siebie "To tylko roślina - nie jest to oprawca zwierząt czy ludzi, nie polityk, nie urzędnik o ilorazie inteligencji niższym niż ma przeciętny obywatel, tylko zwyczajna roślina!". Po jakiejś minucie ochota na bycie glancystą ( wicie rozumicie - ogródki na glanc ) mi przechodzi i wracam do pięknie nieuporządkowanego realu wolna od chęci masowego mordu roślin i przy okazji jeszcze paru innych stworzeń obrywających rykoszetem.
Przyglądam się nieco uważniej moim paprociom, w tym roku wiele z nich zaczyna wyglądać po paprociowemu. Frondy są wreszcie takie jak być powinny, u niektórych gatunków i odmian dochodzenie "do siebie właściwej" ( używam formy żeńskiej boć to paproć ) trwało parę lat. No cóż, urok hodowli tkankowej - rośliny tak uprawiane są dostępne dla rzeszy ogrodników ale ilość odbija się na jakości, roślina z in vitro potrzebuje więcej czasu żeby dojrzale wyglądać. Rzecz jasna wśród paproci są gatunki które Alcatraz hołubi i takie z którymi złośliwie odmawia współpracy. Ku mojemu wielkiemu żalowi paprocią której Alcatraz nie lubi jest "Okanumka" czyli wietlica uszkowata Athyrium otophorum var. okanum. Mam podejrzenia że gleba mojego ogrodu jest dla niej zbyt ciężka. Sadzę ją w różnych miejscach w nadziei że wreszcie trafię i będzie wielkie och! Jak na razie nie trafiłam i jest wielkie łeee ale jestem ogrodnikiem upartym i zaprawionym w zielonych bojach, łatwo się nie poddam. Wymyśliłam sobie przegnanie trawska z byłego Ciepłego Monstrum i tam w klimatach iglaczo - brzozowych zainstalowanie wybrednej "Okanumki" . Hym, nie wiem kiedy dam radę wykonać umyślone nasadzenie, mam od cholery innej ogrodowej roboty o mniej przyjemnych codziennych obowiązkach ledwie wspominając ( brrr... aż się otrząsam na zestawienie słów ogród i obowiązek ). Szczęśliwie istnieją paprociowe samograje, taka nagroda paprotnego pocieszenia rosnąca bezproblemowo nawet na niespecjalnie ciekawym stanowisku. Wietlica 'Ocean Fury' ( na zdjątku powyżej ) robi u mnie za pocieszycielkę strapionych, twarda z niej sztuka.
No a jak tam z kfiotami w tym zacienionym Alcatrazie? Nijak, ogród cienisty wielkie kwitnienie przeżywa wiosną, przed rozwojem liści drzew. Taka jego fizjologia, że tak rzecz ujmę. Nie znaczy że nic nie kwitnie ale to raczej w miejscach półcienistych. W nieco głębszym cieniu rozwijają się teraz kwiaty świecznicy sercolistnej ( kiedyś to się zwało Cimicifuga cordifolia teraz pewnie jest Actaea cordifolia albo jakoś tak podobnie ) a za magnolką na byłym Landrynie kwitną jarzmianki Astrantia major ( na zdjątku powyżej chamski gatunek, lubię go najbardziej bo ma jasne kwiaty ). Po przeciwnej stronie ogrodu nadal pojawiają się kwiaty powojników bylinowych Clematis integrifolia i kwiaty rutewek ( chmury kwiatków rutewki 'Elin' bujają tak wysoko że głowa żadnego faceta nie ma szans znaleźć się na takim poziomie - koniecznie w tym roku muszę rozsadzić tę rutewkę, marzy mi się ona na Landrynie ). Niedługo pojawią się kwiaty tojadu lisiego i śliczne małe kwiaty anemonopsisów. No i dzięki Wielkiemu Ogrodowemu za dzwonki, pociechę serca!
Ot i tyle o zacienionym Alcatrazie. A teraz z czystym sumieniem, wolna od obowiązków ( z wyjątkiem jednego - nieustannego zabawiania kotów ) udaję się do ogrodu.
Przyglądam się nieco uważniej moim paprociom, w tym roku wiele z nich zaczyna wyglądać po paprociowemu. Frondy są wreszcie takie jak być powinny, u niektórych gatunków i odmian dochodzenie "do siebie właściwej" ( używam formy żeńskiej boć to paproć ) trwało parę lat. No cóż, urok hodowli tkankowej - rośliny tak uprawiane są dostępne dla rzeszy ogrodników ale ilość odbija się na jakości, roślina z in vitro potrzebuje więcej czasu żeby dojrzale wyglądać. Rzecz jasna wśród paproci są gatunki które Alcatraz hołubi i takie z którymi złośliwie odmawia współpracy. Ku mojemu wielkiemu żalowi paprocią której Alcatraz nie lubi jest "Okanumka" czyli wietlica uszkowata Athyrium otophorum var. okanum. Mam podejrzenia że gleba mojego ogrodu jest dla niej zbyt ciężka. Sadzę ją w różnych miejscach w nadziei że wreszcie trafię i będzie wielkie och! Jak na razie nie trafiłam i jest wielkie łeee ale jestem ogrodnikiem upartym i zaprawionym w zielonych bojach, łatwo się nie poddam. Wymyśliłam sobie przegnanie trawska z byłego Ciepłego Monstrum i tam w klimatach iglaczo - brzozowych zainstalowanie wybrednej "Okanumki" . Hym, nie wiem kiedy dam radę wykonać umyślone nasadzenie, mam od cholery innej ogrodowej roboty o mniej przyjemnych codziennych obowiązkach ledwie wspominając ( brrr... aż się otrząsam na zestawienie słów ogród i obowiązek ). Szczęśliwie istnieją paprociowe samograje, taka nagroda paprotnego pocieszenia rosnąca bezproblemowo nawet na niespecjalnie ciekawym stanowisku. Wietlica 'Ocean Fury' ( na zdjątku powyżej ) robi u mnie za pocieszycielkę strapionych, twarda z niej sztuka.
No a jak tam z kfiotami w tym zacienionym Alcatrazie? Nijak, ogród cienisty wielkie kwitnienie przeżywa wiosną, przed rozwojem liści drzew. Taka jego fizjologia, że tak rzecz ujmę. Nie znaczy że nic nie kwitnie ale to raczej w miejscach półcienistych. W nieco głębszym cieniu rozwijają się teraz kwiaty świecznicy sercolistnej ( kiedyś to się zwało Cimicifuga cordifolia teraz pewnie jest Actaea cordifolia albo jakoś tak podobnie ) a za magnolką na byłym Landrynie kwitną jarzmianki Astrantia major ( na zdjątku powyżej chamski gatunek, lubię go najbardziej bo ma jasne kwiaty ). Po przeciwnej stronie ogrodu nadal pojawiają się kwiaty powojników bylinowych Clematis integrifolia i kwiaty rutewek ( chmury kwiatków rutewki 'Elin' bujają tak wysoko że głowa żadnego faceta nie ma szans znaleźć się na takim poziomie - koniecznie w tym roku muszę rozsadzić tę rutewkę, marzy mi się ona na Landrynie ). Niedługo pojawią się kwiaty tojadu lisiego i śliczne małe kwiaty anemonopsisów. No i dzięki Wielkiemu Ogrodowemu za dzwonki, pociechę serca!
Ot i tyle o zacienionym Alcatrazie. A teraz z czystym sumieniem, wolna od obowiązków ( z wyjątkiem jednego - nieustannego zabawiania kotów ) udaję się do ogrodu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)