niedziela, 31 sierpnia 2014

Zakupowe dylematy - ................ albo cebule


Mamelon zaprosił mnie na lody domowej produkcji w celu degustacji i rozważenia czy do wyrobu lodów  w domu konieczny jest zakup nie najtańszej i zajmującej cholernie dużo miejsca maszynki. Po zechlaniu lodowego deseru wykonanego z bitej śmietany, mrożonych  truskawek i jogurtu (  żółtek ze śmietanką nie podgrzewałyśmy bo  po pierwsze to i tak mamy  już za dużo na kościach , a po drugie to nam się zwyczajnie nie chciało ), doszłyśmy do wniosku że zakup maszynki lody wyrabiającej to jest wydatek niepotrzebny, gadżeciarstwo i w ogóle zachciewajka. Mamelon rozwinęła się  na temat  kuchennych urządzeń "ułatwiających" życie , znaczy powspominała  przygody z  tzw. dodatkami do robota, które zamiast ułatwiać w sumie proste czynności, zamieniały je w skomplikowane procedury. Z tego  posiedzenia i półburzy półmózgów ( tak nam jakoś po tym jedzeniu wolno  się myślało, półsennie że się tak wypiszę ) wyszło  nam jasno - pieniądze zamiast na zakup maszynki lepiej przeznaczyć na prawdziwe radości, np. na rośliny.

Mamelonowi wcisnęłam przed naszym słodkim podwieczorkiem narcyzki 'Katie Heath, bliskich krewnych mojej ukochanej odmiany 'Thalia' ( Mamelon ma tzw. mocną słabość do łososiowych przykoronków ) i zapodałam info że widziałam hiacynty 'China Pink' w budowlanym. Mamelon w związku z tym dziś wyruszyła na łowy. Ja co prawda maszynki nie zamierzałam kupować ale też kombinuję z czego by tu zrezygnować albo w którym miejscu się uda nieco "okroić" tzw. konieczny wydatek bo i mnie cebule  kuszą. Najbardziej małe krokuski. Jestem uodporniona na duże  tulipany, narcyzy i hiacynty kocham wybiórczo ( lubię kurdupelki narcyzkowe i poeticusy, hiacynty o ciemnych barwach minie nie nęcą, z wyjątkiem klasycznych granatów typu 'Delft Blue' ) ale małe krokusy kocham wszystkie, nawet te okrutnie żółciaste. Mam wielką ochotę wyruszyć na jesienne łowy cebulowe. Darz Bór!



sobota, 30 sierpnia 2014

Cebulowe zakupy - " 'Thalia' to jest narcyz " czyli wdzięk, gracja i elegancja na wiosennej rabacie!

Zakupy cebul roślin kwitnących wiosną to w naszym kraju Kwitnącego Ziemniaka sport ekstremalny. Wymaga przede wszystkim nerwów ze stali i straszliwej cierpliwości, przy której benedyktyńskie ślęczenia nad manuskryptami to właściwie prycho! Nerwy z odpowiedniego tworzywa są wymagane bo dość powszechnie wiosną  na rabatach zakwita nam nie to co kupowaliśmy jesienią, a cierpliwość jest niezbędna przy waleniu w klawiaturę  nastej, estej czy ątej reklamacji i oczekiwaniu aż nam ktoś z działu "rozmów  trudnych" raczy odpowiedzieć.  Zakupy internetowe mało się różnią od tych żywcowych na  straganach jesiennych działkowych kiermaszy czy sklepikowo - ogrodniczych i marketowych. Ryzyko jak w rosyjskiej ruletce, nie wiesz czy przyszłoroczną wiosną nie ubije cię widok narcyzy o  żarówiastym, pomarańczowym przykoronku i wściekle żółtych płatkach wśród twoich starannie wybieranych przecudnej urody pastelowo - różowych tulipanach i niemniej starannie dobieranej blado ametystowej odmianie hiacyntów. Oczywiście delikatny kremowy kolor płatków i przykoronka wczesnej odmiany narcyzka, który miał tak  pięknie wyglądać przy tulipanku i hiacyncie odfrunął z królikami  ( choć w moim wypadku to planowane narcyzki odfrunęły raczej z jednym Królikiem ). Zdaję się że za tym cebulowym zamieszaniem stoi ŚSH czyli Światowy Spisek Holendrów, którzy wciskają co popadnie w myśl popularnego jeszcze niedawno hasła "Ciemny  lud to kupi". Tak przynajmniej tłumaczą się polscy hurtownicy którzy zdaje się uwielbiają rolę "Ciemnego Luda"  bo grają ją z upodobaniem, wciągając do grania  swoich klientów ( choć ci ostatni coraz częściej  wolą grać Ostatnich Uświadomionych i zaczynają głośno pultać się o zwrot kasy za "niespodziewanki"  ).

Ogrodnik to jednak wieczny optymista, pełen nieuleczalnej nadziei że tym razem  się uda  i nie  zostanie w kolejnym sezonie kolejną ofiarą ŚSH . Mamiony obrazkiem na kapersie, mimo pełnej świadomości czyhającego na jego  uciułaną kasę ŚSH ,  radośnie wlezie w grząskie bagienko cebulowych zakupów, a potem będzie paciorki do św. Dorofieji zanosił o zgodność odmianową. No, ja jestem właśnie takim typowym okazem ogrodniczki co to mimo tego że od dawna może grać rolę Ostatniej Uświadomionej  z lubością występuje  jako Pierwsza Naiwna. Znaczy znowu kupiłam w markecie budowlanym kapersowe cebule.  Nie mogłam się powstrzymać bo na fotce sprzedażnej widniała moja ukochana  'Thalia'. Mam tego narcyzka w sporej ilości w Alcatrazie, byłoby go  jeszcze więcej gdyby nie luty dwa lata temu. Jestem na razie na etapie odbudowywania nasadzeń z tej odmiany, która jest "wiodącym" narcyzem Alcatrazu (  największe narcyzowe kępy to właśnie 'Thalia' ). W ogóle to wydaje mi się że przy wyborze roślin cebulowych kwitnących wiosną ( i nie tylko tych kwitnących w tej porze roku  ) dobrze jest sobie znaleźć jakiegoś ulubieńca i zaprowadzić go w większej ilości w ogrodzie. Taka sama zasada jak przy sadzeniu bylin - mniej czasem znaczy więcej. Zbyt duża ilość gatunków czy odmian  nie służy wyglądowi rabat. Robi się  misz - masz z tych mało strawnych. Co prawda wiosną można pozwolić sobie na znacznie większą swobodę w komponowaniu nasadzeń ( wiosna jest "naturalnie wielobarwna" ) ale co za dużo to niezdrowo i nawet dobrze rozżarta świnka nie da rady!

'Thalia' to narcyz z grupy mieszańców triandrus, wyhodowany został przez pana  van Waaverena i wprowadzony w świat w  1916 roku ( niedługo odmianie stuknie setka ). Nie jest z tych bardzo wysokich, osiąga koło 40 cm wzrostu. Mieszańce triadndrus są  jak dla mnie genialne z powodu większej ilości kwiatów na pędzie - mniej cebul ( czytaj kasy na nie wydanej ) więcej kwiatów ( czytaj optymalizacja wyglądu nasadzeń ). Znaczy sadzę po  łódzku, he, he (  tzw. wywierane wrażenie  przy starannym zwracaniu  uwagi na koszty są w sadzeniu po łódzku rzeczą podstawową  ). W ogóle to gdzieś tam w zakamarkach mojego wyhodowanego w Łodzi  mózgu siedzi  zachwyt  tego typu jak  u Moryca Welta, będącego pod  wrażeniem wspaniałej teatralności  obrządku katolickiego -  "Papież to jest firma". Trawestując klasyka napiszę że  "Thalia to jest narcyz". Nie jakaś tam odmiana z  jednym kfiotem na pędzie, nie  nowość  czyli potworek kwiatowy składający się głównie ze straszliwie rozdętego  przykoronka w kolorze uniformów robotników drogowych, dość szybko żegnający  się ze światem. 'Thalia' to narcyz długo kwitnący, dzięki średniej wielkości  trąbkowemu przykoronkowi o pięknym prawdziwie "narcyzowym" wyglądzie. Odgięte leciutko w tył płatki nadają mu motyli wdzięk. No i do tego ta kremowa biel płatków i przykoronka - jednobarwne narcyze wydają mi się zawsze bardziej eleganckie od  tych wielokolorowych  ( no może z wyjątkiem grupy mieszańców poeticus, ale co tam one mają za rozmiary przykoronka - to jest niemal czysta biel płatków i jakieś ciepławe  zaznaczenie środka  kwiatu  ). Elegancki, długo kwitnący i robiący świetne wrażenie narcyz! I do tego jeszcze z odpowiednią nazwą - Thalia była muzą komedii, jej imię pasuje jak ulał do wdzięcznej i "leciutkiej" w wyglądzie odmiany.
No i jak tu się było oprzeć zakupowi. Jedyne co mi teraz spędza sen z powiek to przypominanie sobie numeru sprzed dwóch lat, kiedy 'Thalia' okazała się żółto - pomarańczowym potworem kwitnącym na tyle późno że za tło robią mu kwiaty magnolki 'Susan' ( zgroza i ból zęba )!


piątek, 29 sierpnia 2014

"Mdłe" floksy

Floksy to moja sierpniowa radość  oczu. Kiedyś kręciły mnie te  żarówiaste czerwienie o zimnym odcieniu i pogodne różyki z cyklu "Odblask". Miałam też manię poszukiwania odmian o  "niebiewskich" kwiatach, które zazwyczaj okazywały się  "niebiewskimi" na pograniczu  tzw. lila - róż a chłodniejsze tony obserwowało się  na tych roślinach wtedy kiedy  kwiaty witały się ze zmierzchem .  Potem nastał czas kiedy  do ogrodu zawitała chyba najbardziej  "niebiewsko" kwitnąca odmiana floksa ' Blue Paradise' i jakoś zostałam zatkana tym chłodnym  odcieniem fioletu. Moje obecne  floksowe zafiksowanie to  floksy "mdłe" czyli takie o łagodnych, pastelowych kolorach,  a właściwie najlepiej z ich muśnięciem na białym tle. Takie jasne floksy  bardzo mi paszą do nowej koncepcji Landryna i  powodują że odblaskowe  różyki moich starych odmian floksów jakby troszkę szlachetnieją ( odblaskowe robią za całkiem niezły kontrast  i nadają  sierpniowym floksowym stanowiskom trochę ostrości ). Nie wszystkie moje "mdłe" floksy to  pełnoprawne odmiany, mam "na stanie" całkiem ciekawe sieweczki uzyskane przez Mamelona. Przyznam się nawet że niektóre nowe odmiany o pastelowych kwiatach mi nie leżą ( nijak  nie mogę się zmusić do pokochania 'Sherbet Coctail',  jak też nie dociera do mnie  "urodność" sławnej odmiany 'Tiara' ).

To już prędzej wyglądają  kusząco dla mnie odmiany o pastelowych kwiatach i variegatowatych liściach. Taka 'Creme The Menthe' dobrze wygląda na rabacie w każdej porze sezonu ( rozjaśniająco, że się tak wypiszę ).  Podoba mi się też odmiana 'Clara', o klasycznych zielonych liściach, za to z pięknie paskowanymi kwiatami. Taka 'Sternhimmel' też  niczego sobie, pięknie wygląda posadzona przy klasycznej  odmianie 'Bright Eyes'. No a siewki - zawsze trafi się taka z którą człowiek ma się ochotę bardziej zaznajomić. Niekiedy z ciekawym kolorem kwiatów idą w parze wigor i  odpowiednia wielkość kwiatostanów. Taki nowy egzemplarz siewki wyrósł w Mamelonoison, całkiem własna mamelonowa odmiana, w pięknych "zdechławych" kolorach (  znaczy nie pastelowe róże a smuteczek śladowo - fioletowy ). Oczywiście już szykuję zaproszenie dla najnowszego  floksowego "samorodka" z Mamelonoison - będzie się działo!



niedziela, 24 sierpnia 2014

Smuteczek końca lata

Nadchodzi ten żałosny  ostatni tydzień sierpnia. Człowiekowi coś smętno - mętno na duszy. Tuwimowskie   "Skąd  Pani ma tę melancholię?" wisi w powietrzu. Odpowiedź na wiszące prosta jak konstrukcja cepa - grechutowe "Jesień, jesień jak to  tak?". No bo jak - już po wszystkim, już  na dłuugo, dłuuugasieńko mroczki o dziewiątej wieczór i zbyt rześkie poranki? Jeszcze trochę i zaczną się poranne mgły i krakanie kawek Umilkły kosy i wynoszą się już jaskółki, najlepsze letnie barometry ( latanie "niskie" na deszcz, latanie "wysokie" na pogodę ). Strasznie głośno  nadają świerszcze, zwiastując nieuchronne nadchodzenie końca lata. O rechocie żab dawno za to zapomniano. Nie ma już zapachu maciejki, odszedł w tym roku bardzo wcześnie,  wraz z rozgrzanym początkiem sierpnia  ( Ciotce Elce jakby lepiej się oddycha). Kwitnie nawłoć czyli "mimoza", którą "jesień się zaczyna". Zastanawiam się smętnie nad tą porą roku, jest ona  dla mnie znacznie smutniejsza niż listopadowe szarugi czy lutowe roztopy. W listopadzie tzw. przyroda układa się już do snu, w perspektywie majaczą grudniowe śniegi, te pierwsze, wyczekiwane i cieszące, które w magiczny sposób odmieniają krajobraz. Lutowe roztopy niosą za to nadzieję, wiosna tuż, tuż. Jeszcze trochę cierpliwości i znowu będzie zielono i poczujemy wraz ze wszystkim wokół wzbierającą w nas chęć do życia! Żadnego smutku jakoś nie odczuwam z powodu odchodzenia jesieni czy zimy. Ba, nie odczuwam też żadnego smuteczku z powodu odchodzenia wiosny ( no, może tylko leciutkie ukłucie  irysowe )! A lata żal strasznie!

Bo tak po prawdzie ten mój smuteczek to nijak się ma do nadchodzenia jesieni, żałości z powodu nadejścia jesieni jakoś  u ogrodników ciężko szukać. Ta krzątanina wokół cebulek, pospieszanie się z przesadzaniem bylin, ostatnie polowania  na trawy czy  krzewy, październikowe otwarcie sezonu sadzenia róż na tzw. gołym korzeniu - gdzie tu czas na smuteczkowanie? Zwijać się trzeba, żeby przed mrozami zdążyć. Ogrodniczenie  jesienią jest pełne nadziei, sadząc cebule  czy róże już jesteśmy właściwie jedną nogą w przyszłorocznej wiośnie i lecie. W każdym ogrodniku  uruchamia się ten kretyński optymizm, który nic  sobie nie robi z mrozów bez śniegu czy okrutnych prognoz pod tytułem  "Zima w kwietniu". Toż my wzejdziemy  razem z kiełkami cebulaczków, znów cudownie się odrodzimy jak co roku, w słońcu się wygrzewać będziemy jak Muminki i w ogóle będzie cool! Dlatego sadzimy okrutne ilości zielska żeby nam było dobrze i zielono. Ogrodnicy to wieczni optymiści. A tu jeszcze jesień szykuje tzw. miłe okoliczności przyrody - szał marcinkowy, te wszystkie żółcie i czerwienie na krzewach i drzewach, zapach opadłych liści, rosę na pajęczynach, grzyby przepięknie kolorowe po lasach ( moje ukochane czerwone muchomory wyłażą dopiero jesienną porą ), Wielkie Powidłowanie i Czas Gruszek. Nie sposób nie cieszyć się z nadejścia jesieni, tylko ta cholerna zadra z końcem lata psuje  radosne oczekiwanie i zamienia je w coś na kształt akceptacji nieuchronnego.

Nie ma lekko, trzeba smuteczek jakoś przesmuteczkować.  Pożałować lata - narzekań na upały, wredności komarów, okrutnie dających się we znaki żądełek pszczół, os i mrówek. Jeży szarogęszących się pod oknami w porze kiedy człowiekowi najlepiej się śpi, nietoperza, który uwielbia odwiedzać  nas nocą ku szalonej  i baaardzo głośniej radości kotów. Burz z piorunami walącymi niebezpiecznie blisko naszej pobieralni prądu ( dzikie akcje z wyłączeniem wszystkiego elektrycznego ), wpełzającego do domu zapachu osiedlowych grilowań, ymc - ymc niosących się z imprez na świeżym powietrzu,  utworu  "Ramona" w  wykonaniu  pana Dzidzia, alergii Ciotki  Elki i zmierzających w kierunku alergii podejrzanych siąpań Dżizaasa. W kolejce do przesmuteczkowania czekają jeszcze susze i następujące po nich podtopienia ( bo jak już zaczyna po suszy lać to studzienki  uliczne  nie radzą sobie z odprowadzaniem  takiej ilości wody i robi się tzw. Nowy Orlean po  Katrinie ). No i urlopy - ja rozumiem  że każdy ma prawo do wypoczynku ale  jak to się cudownie dzieje że wypoczynek pojedyńczego  urzędnika skutkuje  niekiedy paraliżem urzędu. Taki cud  urzędniczy! Właściwie  jak się tak głębiej nad sprawą zastanowić to może i dobrze że  lato jednak już się kończy. Nie ma co smuteczkować, trzeba czekać na rozkręcenie się września i pogodnie witać  jesień. W ramach rozrywki podglądać  stworki szalejące wiosną i latem - najlepiej na  ilustracjach opowieści o elfach.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Magnolie kwitnące latem czyli wizytka w Chybach i magnolia wielkokwiatowa na celowniku

Jak  podłapało się magnolkowego bakcyla to wiosenne kwitnienia odczuwa się jako niewystarczające do zaspokojenia  apetytu. W związku ze związkiem planuje się na przykład  przebudowę ogrodu i ściślejsze powiązanie nasadzeń bylinowych z drzewami i krzewami ( czytaj  totalna reorganizacja Ciepłego Monstrum ). Drzewa  i krzewy to rzecz jasna  magnolie, a byliny to raczej takie  do jednorazowego posadzenia i zapomnienia  o grzebaniu w ziemi ( magnolie nie znoszą akcji w okolicach ich korzeni a korzenią się  płytko i  szeroko ).  Jedyną moją magnolką kwitnącą latem  jest jak do tej pory  Magnolia sieboldii , choć słowo kwitnąca zupełnie do niej nie pasuje. Roślina pozyskana z Rogowa rośnie dobrze ale kwiatów coś skąpi. Może z czasem okaże się łaskawa, z magnoliami gatunkowymi tak bywa. Niewiele z magnolek kwitnących latem nadaje się do Alcatrazu. Większość to duże drzewa o olbrzymich liściach. Wyglądają pięknie ale w Alcatrazie nasadzenie które rośnie powyżej trzech metrów musi  być baaaardzo głęboko przemyślane . Magnolia  parasolowata Magnolia tripetala  dociąga w naszym  klimacie  do ośmiu metrów wysokości, magnolia drzewiasta Magnolia acuminata to potężne drzewsko dwudziestometrowe  a jej odmiany jak 'Koban Dori'  czy Magnolia acuminata var. subcordata, zwana inaczej magnolią nibysercowatą, dorastają do  dziewięciu  metrów.  Azjatycka magnolia lekarska czyli Magnolia officinalis to nie dość  że bardzo  duże drzewo to jeszcze nijak nie da się jej zaliczyć  do magnolek  kwitnących latem, bo kwiaty rozwija w maju ( to samo dotyczy magnolii  wierzbolistnej Magnolia salicifolia ).
  
 Piękna japońska Magnolia obovata czy chińska  Magnolia hypoleuca  są bardzo kuszące i bardzo trudne do pozyskania, nie wspominając już o tym że  totalnie tajemnicze ponieważ ich nazwy traktowane są jak synonim dla nazwy  polskiej - magnolia szerokolistna. Mimo tego że magnolki te lub magnolka ta ( za systematykami nie trafię ale  myślę że to jednak jedna i ta sama magnolka ) kuszą niesłychanie, to rozsądek  podpowiada  że te prawie dziesięć metrów wysokości  i słaba mrozoodporność młodych sadzonek  nie jest optymalnym nasadzeniem dla Alcatrazu. A żal! Właściwie ze wschodnich magnolii rozmiarem i mrozoodpornością do Alcatrazu najbardziej pasuje magnolia  Siebolda. Mogę co najwyżej dla urozmaicenia letnich kwitnień poszukać odmian o  trochę innych kwiatach, na przykład pełnokwiatowej odmiany 'Micheko Renge' czy kwitnących dużymi kwiatami odmian 'Colossus' czy  'Pride Of Norway', albo  posadzić ( po uprzednim polowaniu na sadzonkę ) krzyżówkę magnolii szerokolistnej i magnolii Siebolda  -  kwitnącą w lecie, solidnie mrozoodporną  Magnolia x wieseneri . Z gatunkami amerykańskimi jak widać  po parasolowatej i  drzewiastej też za łatwo wpasować się w Alcatraz nie jest, choć mrozoodporność  jednak zdecydowanie większa, co czlowieka zachęca do  hodowli. Lecz jak  się dobrze rozejrzeć to i z tą  amerykańską mrozoodpornością różnie  bywa bo  takie pięknoty  jak Magnolia  virginiana czy Magnolia  grandiflora wymagają znacznie większej staranności i "chodzenia" koło  młodych egzemplarzy. Wszystko co ma zimozielone liście jest w naszych warunkach klimatycznych ciężkawe w uprawie. Swego czasu istniało  przekonanie  że rośliny niezrzucające liści na zimę można uprawiać do linii Wisły. Trochę to się teraz pozmieniało, nowe odmiany rodków czy laurowiśni dają radę i w cięższych warunkach ale ryzyko wypadnięcia jest zawsze większe w takim Tajojowie  niż  w Centralno - Polszcze.

Magnolia wirginijska, mimo że dość mrozoodporna  ( do -29 stopni ), jako roślina do Alcatrazu odpada z powodu  swojego niedającego się  przewidzieć rozmiaru  (  z wyjątkiem mocno karłowato  u nas rosnącej  Magnolia wirginiana 'Glauca'  ) natomiast magnolia wielkokwiatowa - no, należałoby się zastanowić! Pierwsze info o tym że Magnolia  grandiflora jest w stanie rosnąć w Polsce uzyskałam od zaciętego wroga  magnolkowych nasadzeń w małych ogrodach. Tak, to Basia  otworzyła mi ślepia i przy okazji otworzyła też, jak to mawiał jeden polityk   "puszkę z Pandorą". Otóż zdobycie magnolii wielkokwiatowej  wcale łatwe nie jest i wymaga od człowieka  trochę gimnastyki. Szczególnie wtedy kiedy chce pozyskać odmianę mającą szansę na coś więcej niż tylko przeżycie  w naszym klimacie. Ważna jest nie tylko sama odmiana, ważne jest też na czym ta odmiana została zaszczepiona. W Europie Zachodniej odmiany magnolii wielkokwiatowej przeważnie szczepi  się na  podkładkach  gatunku Magnolia grandiflora,  zachodnim producentom po prostu "wsio ribka". Zimy na zachodzie Europy nijak się mają do tych z Europy Środkowej, to znaczy "zachodnie ludzie" przy - 10 lubią ogłaszać stan klęski żywiołowej. Nasze zimy  inna bajka i to taka  której podkładka z Magnolia grandiflora  może nie zdzierżyć.  Magnolie wielkokwiatowe  przeznaczone do  ogrodów w naszej strefie klimatycznej lepiej żeby były szczepione  na  Magnolia kobus.    Swego czasu sporo magnolek wielkokwiatowych trafiło do Polski z Czech, rosną  jak się okazuje całkiem, całkiem czyli nie tylko smętnie wegetują  ale przyrastają. Ja postanowiłam w celu zdobycia magnolki podręczyć osobiście Mariusza z Chyb. Najpierw przeprowadzony został wywiad na tematy  magnolkowe a potem solidnie przygroziłam dręczeniem mailami w okolicach lutego ( to jest czas kiedy w Polsce należy dręczyć przypominająco osoby zawodowo zajmujące się roślinami ). Dałam też info że jeżeli zostanie zastosowany bierny opór to mogę się pojawić wraz z Mamelonem i rozwścieczonym Sławkiem ( w ramach rozwścieczania zalewajka na tzw. słowie  bożym przez tydzień, he,he ). Mariusz z Chyb obiecał że zrobi co się da tzn. będzie szukał tzw. pewnego źródła ( żadnych pokręceń i niezgodności odmianowej +  odpowiednie szczepienie ).
Teraz troszkę o odmianach magnolii wielkokwiatowej mających szansę  na zadowalające  "prowadzenie się" w naszym klimacie. Możemy  przywołać  w naszych zimnych stronach klimat ogrodów  Deep South. Żeby nie poczuć się za mocno jak Scarlet O'Hara lub Rhett  Butler załączam fotkę studzącą plantacyjne zapały (  to zdjątko  dzieciaków  wyglądających zza  krat bramy ma  w sobie  cały smutek  eleganckiego Południa ).


'Edith Bogue' - uzyskana z sadzonek z Florydy przysłanych pani  Edith  Bogue w 1920 roku odmiana różniąca się nieco wzrostem i mrozoodpornością od gatunku. Dorasta do  9 metrów wysokości i trzech metrów szerokości, u nas będzie  niższa i nie tak  "obszerna". Wytrzymuje spadki temperatury do - 27 stopni, choć zanotowano że zdarzało się jej wytrzymać krótkotrwały spadek do  -31  stopni. Niekwestionowana kandydatka nr 1 na nasadzenia w naszym klimacie. Nawet kwitnie, więc szał ciał.

'Bracken's Brown Beauty' czyli słynna "BBB"- hardcore niemal taki jak  'Edith Bouge'.Odmiana odkryta przez Ray'a  Bracken'a w 1978 roku  w jego szkółce Easley, w Karolinie Południowej. Zarejestrowana została w 1987 roku. Odmiana stosunkowo późno produkuje  młode liście co ma  plusy i minusy - minusem jest  "stary" wygląd dość długo wiosną, plusem że młodych liści nie załatwiają nawet najpóźniejsze wiosenne przymrozki.Charakterystyczną cechą odmiany jest bardzo mocno brązowa spodnia strona liści. W Polsce rośnie całkiem przyzwoicie.

'DD Blanchard' - odmiana wytrzymuje spadki temperatur do - 25 stopni. Pochodzi z Robbins Nursery  w Karolinie Północnej,. Dość długo  utrzymuje owoce. Niby  daje radę w okolicy Wielkich Jezior ale jakoś nie jestem  przekonanana że klimat amerykańsko - jeziorny jest tożsamy z polskim klimacikiem. Do przetestowania dla odważnych.

'Little Gem' - zdania na temat  tej magnolki są podzielone, jej mrozoodporność bywa różnie określana. Spotkałam się  w necie z info że wytrzymuje do - 25 ale i z opinią  że na maksa to jest -21 a potem to  wymrożenie. Diabli wiedzą jak z nią jest naprawdę, pewnie wszystko zależy , jak to w takich wypadkach bywa, od stanowiska na jakim rośnie.  Umieszczam ją jednak na liście bo jest odmiana karłowa czyli taka, która wlezie niemal do każdego ogrodu a i w donicy, chowana zimą w domowe pielesze, będzie się nieźle spisywać ( jak to mają w zwyczaju roślinne karzełki ).

'Victoria' - odmiana wyselekcjonowana w 1930 roku w Kolumbii Brytyjskiej.  Znacznie bardziej wrażliwa niż pozostałe odmiany ( może z wyjątkiem podejrzanej 'Exmouth' ). Granica mrozoodporności to - 23 stopnie, choć  na odpowiednio zacisznym stanowisku potrafi wytrzymać do -25 stopni  bez okrycia i  do -27  pod okryciem. Raczej do sadzenia w zachodniej Polsce, w centralnej mogą z nią być jazdy tym bardziej że czas okrywania magnolek nie powinien  przekraczać dwóch tygodni.

'Exmouth' - odmiana John'a Colliton'a, uzyskana w Devonshire. Wg. amerykańskich źródeł wytrzymuje bez okrycia do -25 stopni ( duża poprawaka na hamerykańskie źródła, inne klimaty , inna bajka ). Bardzo szybko rośnie, nawet do 30 cm osiągają przyrosty. Kwitnie  bardzo  dużymi ( 20 - 26 cm  średnicy )  silnie pachnącymi kwiatami, niemal bez przerwy przez dwa miesiące. Coś mam  wrażenie że to zbyt  piękne aby było prawdziwe.  Wydaje mi się że to jest odmiana dla najcieplejszych rejonów kraju. Tak na nosa to ona jest raczej do chowania zimą czyli donicowa.

Więcej o  uprawie Magnolia grandiflora napiszę wtedy gdy jakaś przedstawicielka gatunku zawita w końcu do Alcatrazu.

środa, 20 sierpnia 2014

Różankowanie


Jednym z przystanków alibi na  trasie naszej wyprawy włosko -kuchennej był Radliniec. W Radlińcu jak wiadomo wszystkim różankowym jest Rozarium, czyli szkółka państwa Chodunów. Być różankowym przejazdem będącym w wielkopolskim a nie zajrzeć  do  Rozarium to tak jakby  w Rzymie będąc, nie wstąpić do Watykanu i nie oblookać  papieża. Nie godzi się, znaczy. Na wszelki wypadek wykonałyśmy z Mamim telefon zapowiadający i ruszyłyśmy z tzw.  usilnymi postanowieniami ( Mamelon tylko jeden, jedyny krzoczek różany, ja dwa ale za to już konkretnie wybrane odmiany ). Oczywiście usilne postanowienia przeżynają  z rzeczywistością szkółek ( ach, jakże nam daleko do miłkowej dyscypliny zakupowej ). Mamelon jechała z zamiarem  kupienia angielki 'Brother Cadfael',  z możliwością ewentualnej zamiany jej na odmianę 'Cinderella' Kordesa, ja pielgrzymkowałam w nadziei wyrwania  odpowiedniego krzaka odmiany 'Buff Beauty' i solidnego krzaczora Rosa filipes 'Kiftsgate'. Wylądowałyśmy w  szkółce z rana,  świeżutkie i podniecone. Jak te  ogary w las, tak my  poszłyśmy w różane tunele i doniczki ustawione pod  chmurką. Nasze mało kulturalne nawoływania  jako żywo przypominały "granie" ogarów. Gospodarze znosili to z godnością, widać zaprawieni w bojach. Ewa  i Sławek stanowili tzw. Ciało Doradcze czyli  usiłowali przeforsować kandydatury róż, które akurat im się podobały. Znaczy normalne szkółkowanie miało miejsce, ze wszelkimi atrakcjami zeń związanymi.

Zakupy czynione "na żywca" są jak wiadomo najlepsze! Mamelon miała co prawda dylematy ( 'Cinderella' a może 'Giardina' ) ale żywcowy ogląd sprawił że skończyło się na bardziej odpornych w naszych warunkach centralno - polskich angielkach - 'Brother Cadfael' i 'St.Cecilia'. Oczywiście  wyjazd z jednym, jedynym krzoczkiem został Mamiemu wyperswadowany ( to znaczy my tylko przytaknęliśmy ). Jednak  nie ma się co Mamelonowi dziwić -"Angielka Cecylka" jest przepiękną odmianą, o kulistym kwiecie i bardzo silnym zapachu  z anyżkową nutą ( co było czuć w samochodzie ). Jest tak ładną bestią że też się zastanawiam czy aby nie skuszę się na nią przyszłej wiosny. 'Brother Cadfael' jest miły dla oka ale jakoś żywiej nie zabiło mi przy nim serce. Prędzej 'John Galloway' ma szansę stać się kolejną angielką w Alcatrazie, ale to jest jak na razie tylko szansa bo teraz zdecydowanie bardziej kręcą mnie  róże historyczne. Przyszalałam solidnie z 'Kiftsgate', mój egzemplarz ma tak wielgachne "wąsiska" że trzeba je było zestreczować folią aby dobrze upchnąć "różyczkę" w bagażniku. Pierwszy raz zobaczyłam tę odmianę w jej najlepszym wydaniu w Kiftsgate Court, zaczynała kwitnienie a jej  pędy kończyły się jakieś  dwadzieścia metrów nad ziemią. To monstrum atakuje tam olbrzymie sosny rosnące na skarpie, widok jedyny w swoim rodzaju ( ogród Kiftsgate Court  jest dla mnie drugim po  ogrodzie Sissinghurst Castle, ogrodem wartym obejrzenia choćby tylko ze względu na róże w nim rosnące - obydwa  ogrody oferują jeszcze inne, niesamowite wrażenia ale ja piszę w tym miejscu pod kątem różankowym ). Druga róża którą uwiozłam z Radlińca, piżmowa 'Buff Beauty',  też nie należy  do ułomków. Zadoniczkowane krzaczycho, z solidnymi pędami o zdrowych liściach. Pamiętam jak  problematycznie  rosła ta odmiana u Walentyny, więc wybrałam naprawdę porządny krzak żeby wystartowała pod moim oknem  z jakiegoś poziomu.



No i co dalej? Pod  oknem robi  mi się coraz bardziej brzoskwiniowo - morelowo, zamierzam sprowadzić odmianę  'Colette' i  jeszcze jednego "Henia". Jesienią przesadzę też  do podokiennej  różanki męczące się w Alcatrazie angielki  'Abraham Darby', może nowe stanowisko ( czwarte! ) będzie dla tej odmiany łaskawsze. 'Kiftsagate' zostanie rzucona na duże drzewa, to będzie dla niej najbardziej odpowiednie stanowisko. Na Ciemnej Rabacie w Alcatrazie ( wiecznie nieskończonej ) dużo roboty z  historycznymi, przede mną przesadzanie całkiem sporych krzoków ( ale nie ma zmiłuj - róża potrzebuje miejsca żeby się należycie prezentować ). Jak tak sobie pomyślę to październik mam już właściwie zaróżankowany i to tak solidnie. Ale odpowiedni nakład pracy jesienią opłaci się już w maju następnego roku  ( tak zaczynają kwitnienie moje "wcześniaki" ). Zatem co dalej? - Ciężka praca!

Mamelon i Marrrrrkiza Andżelika!

Gdyby cudownym zrządzeniem losu udało  się nam z Mamelonem cofnąć do czasów sielskiego dzieciństwa to nijak nie byłoby szans na "kolegowanie". Nie tylko różnica wieku ( jak  Mamelon podlotkowała to ja "lałam" się z rówieśnikami o oszustwa do jakich dochodziło podczas gry w kamiennego  chowanego ) ale przede wszystkim czujne ślepka  mamuś wypatrzyłyby ten groźny potencjał powstały z naszego duetowania. Na pewno miałabym  zakaz  dotyczący zabaw z tą starszą dziewczynką mającą dziwne pomysły. Ciekawe jakby Krysia motywowała swój zakaz dotyczący zabaw Mamiego ze mną, podejrzewam że wciąganie w nałogi byłoby na tapecie. Dziecięca przyjaźń  pewnie byłaby jazdą na lodzie, bez opanowania podstaw takowej. Dorosła przyjaźń  jest wyposażona w "Samouczek Jazdy Na  Łyżwach", którego  obydwie  oczywiście nie czytałyśmy. No taka nasza uroda. "Podane na dwóch talerzach" nie stanowimy jakiegoś szczególnego  zagrożenia, razem zdarza nam się mieć odjechane pomysły. Ostatnim nieźle pokręconym gryplanem był szokująco szybko ( z dnia na dzień ) uknuty wyjazd na dobre włoskie jedzenie, bagatela, tylko 300 kilosów od Łodzi. Czujność mamelonowego Sławka została uśpiona opowiadaniem o zakupach roślinnych które  bezwzględnie powinny być dokonane na miejscu w szkółkach ( logicznie to było podane, najlepiej sprawdzić  naocznie jakość kupowanych roślin ). Przekonałyśmy nawet same siebie,  więc Sławek nie miał szans ( choć mam wrażenie że i on czuł zew przygody vel zapach włoskiej  kuchni, bo coś wyjątkowo szybko zrozumiał tzw. słuszność sprawy ).  Błyskawicznie Mamelon namówił przyjaciółę ze szkoły, Ewę, na dołączenie do tercetu (  z  Ewą Mamelonowi pozwalali się "kolegować" - bo jej dobrze nie znali, he, he ) i  jako kwartet wybraliśmy się na ekskursję w celu zjedzenia italiańskiego obiadku.

Przez Radliniec i Chyby ( alibi ) dotarliśmy do położonej w Nowym Gorzycku, na trasie do miejscowości  Pszczew, restauracji "Villa Toscania" i w tej na północ wysuniętej placówce włoskiej  gastronomii bezczelnie i nagannie daliśmy upust sarmackiemu brakowi umiaru. W granicach Pyrlandii zwanej inaczej  Wielko To Polską obżeraliśmy się ravioli i pieczonym po italsku mięskiem. Szczególną uwagę poświęcę  tu ravioli zawiniętym w formie  małych cukiereczków, odpowiednio  potraktowanym odpowiednim tłuszczykiem. Przy stole rozgorzała dyskusja nad  wyższością ravioli zielonego ( verde do nieprzytomności, ser ricotta, szpinak  ) nad  ravioli żółtym ( kurki, ser ricotta i morze parmezanu ). Ja jestem w obozie kurkowym, Ewa i  Sławek w obozie verde a Mamelon, którego bocian  przez  haniebne niedbalstwo nie przyniósł na ziemię Kampanii ( gdzieś pomiędzy najlepszą pizzerią okolicy i  winnicą z tradycjami ) tylko rąbnął w polską kapustę, jest w obu  obozach na raz. Na ravioli z mięskiem nie było już miejsca i dobrze bo Mamelon, mogłaby przypominać  polską partię chłopską, która zawsze jest za tym co aktualnie figuruje w menu  koryta. W ramach drugiego dania pożarliśmy  mięsko.  Karkówweczka ( moje żarełko), polędwica, schabik - dobrze przypieczone ale soczyste ( medium w  wypadku polędwicy ). Do tego dobry sos  czosnkowy. Rany, w kraju  przepiekanego  mięsa, w którym włoska kuchnia kojarzy się nieodmiennie z pomidorowym, keczupopodobnym sosem,  tonami suszonego oregano i niesamowitą ilością czosnku , którymi traktowane są  potrawy - ten obiadek to była prawdziwa uczta. Sławek bezczelnie wyłudził deserek  ( panna cotta z musem truskawkowym ), wypił trzy "amerykańskie" kawy ( Ewa jedną ale ona ma mniejszą "wyporność" ) a Mamelon nie wiadomo dlaczego zamówiła dla mnie i dla się, dwa duże piwska.  Jak to w  książkowym skeczu pana Tyma, po  "lekturze" poczułam się z lekka odpłynięta - normalnie Marrrrkiza Andżelika przeżywająca  przygody w krainie Kulinarii. Podstępna Mamelon niczym demoniczny i lubieżny sułtan zarządziła drogę powrotną przez poznański Stary Rynek, wiedziała że tam  będą lody,  którym ulegnę. No i , cholera, były - włoskie szpatułkowce!
Dziś mam tzw. smętne  przemyślenia - jak tak dalej pójdzie ( we wrześniu wybieram się do  Krainy Tajojów ), to będę musiała zamówić jakieś kółka pod  brzuch i stelaż na biust. Nie ma zmiłuj, biorę się za ogród, bo  inaczej to się  źle skończy! A w ogóle to mam zapaczkować do Artamki,  od drutować ostatecznie  Szpagetkę, posprzątać biuro, oprawić Dużą Basię, mamelonową Krysię i jak się da  to Cio Mary. I jeszcze Tatusia wydać dohtorom. Może uda się spalić choć  część "nowych" fałdek ( mój biedny kręgosłup ).

sobota, 16 sierpnia 2014

Anemonopsisy w natarciu czyli sierpniowe oczarowanie!

Ponad dwa tygodnie już kwitną i nadal wyglądają  dobrze! Mimo upałów z początku  miesiąca jakoś dawały radę ( choć troszkę przypaliło niektóre kwiaty i następowało szybsze niż normalnie  ich "zejście" ). Od paru dni  pogoda zrobiła się bardziej znośna i odpowiadająca sierpniowym standardom ( koty zaczynają wracać na  noc do domu, po  Hance  zgodnie z  przysłowiem - "zimne wieczory i ranki" i trzeba  kocie  tyłki wygrzewać w domu anie na rozgrzanym po kanikule dachu szopki ) . W takich normalnych sierpniowych warunkach anemonopsisowe kwiaty czarują na całego. Ponieważ szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się utrafić z miejscem  "w pierwszym sadzeniu", doczekałam się już kęp z których najmniejsza wyprodukowała dwa pędy solidnie oblepione kwiatami ( tak, tak to martowy  "Uszczkniołek" z  gliny wyzwolon ). I teraz tzw. Wielka Prawda - pojedyńcza kępa anemonopsisa jest ciekawostką i świadectwem lekkiego zakręcenia ogrodnika na  punkcie rzadkich roślin, natomiast większa ilość  kęp zamienia się w Ogrodowe Objawienie. Ja już wiem  że czeka mnie dalsze anemonopsisowanie. Kęp nie będę  szybko dzielić, raczej będę jeszcze kupować rośliny, i to zarówno tzw.  "czystego" gatunku  jak i anemonopsisowe odmiany. Z lekka przeraża mnie fakt, że najlepiej sprowadzać  nowe  odmiany  tej rośliny z Japonii, no ale  od czego ogrodowe ściepki ( nie ja jedna jestem szalona ). Wyczytałam ostatnio info że anemonopsisy ponoć lepiej rosną we wschodnich stanach USA ( i to nie tych cieplejszych ) niż w takiej  wydawałoby się przyjaznej roślinom klimatem Anglii. Mają się szybciej w hamerykańskich warunkach rozrastać i kwitnąć spektakularnie a nie tylko prawilno jak czynią to rośliny w Albionie. No cóż, u nas klimat znacznie ostrzejszy niż angielski, zweryfikuje zatem tę teorię ( z początku solidnie mnie dziwiącą ale po zastanowieniu  już nie tak bardzo - anemonopsisy są roślinami gór, może nie alpejki ale pogórzowe klimaty, więc łagodniejszy, morski klimat może rzeczywiście im nie służy.   ).



czwartek, 14 sierpnia 2014

'Dr. Hermann Schulze Delitztsch' - moja ukochana floribunda

"Henia" wypatrzyłam w jednej z niemieckich szkółek i natychmiast poczułam  że bezwzględnie musi znaleźć  się w podokiennej różance. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. prawie wszystko mi w tej róży  pasowało. Prawie  bo nazwa coś ciężkawa dla słowiańskiego ucha. Hermann Schulze  Delitzsch wielkim człowiekiem był, zasłużonym działaczem poprawiającym  ciężki los XIX wiecznych ludzi pracy ale imię Hermann wskutek  oglądania przygód kapitana Klossa we wczesnym moim dziedzięctwie, na zawsze zostało związane z niejakim Brunnerem. Nie ma rady, jak słyszę czy czytam Hermann to kapitan Kloss odzywa się nieproszony z okolicy  hipokampu "Achtung, Sturmbannführer Brunner"! Coś trzeba było z tym Hermannem zrobić, nie będę  przecież hodowała gestapowskiej gadziny na rabatach (  i nie ma tu nic do rzeczy że  to ponoć  nie  Gestapo  miało być tylko Sicherheitsdienst - też było to wraże  )! Róża już na etapie zakupów została przemianowana  na  "Henia", mięciutkie i czułe zdrobnienie znacznie lepiej oddaje charakter tej róży niż twardo brzmiące  Hermann, że o podwójnym  nazwisku ledwie napomknę ( bardziej po germańsku już się chyba nie da, choć pewnie językoznawcy przyczepiliby się do drugiego członu ). Róże sprowadziłam z pomocą  cooleżanek różanek z forum Rosa.net

Odmiana została wyhodowana w Niemczech przez Liebig'a, zarejestrowana w 1999 roku, wprowadzona na rynek przez firmę My Garden w 2000 roku. Typ floribunda ( róża wielokwiatowa ). Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty o średnicy 8 cm delikatnie pachną. Strefa 6b czyli należy okrywać krzoczek na zimę ( czego  bezczelnie nie robię ). Róża nie ma certyfikatu ADR i może to sprawia  że nie jest tak popularna jak inne niemieckie odmiany. U mnie rośnie bardzo dobrze ( czego o niektórych odmianach posiadających certyfikat ADR powiedzieć nie mogę, taka złośliwość losu ) i u Mamelona  zachowuje się też bardzo ale to bardzo  przyzwoicie. Parokrotnie w sezonie jest wprost obsypana kwiatami. Dla miłośników różanych kremowo - brzoskwiniowo - morelowych tonów balsam na serce strapione mszycami  czy tam innymi skoczkami. Jak do tej pory liście  zdrowe i nie zaobserwowałam  strasznych problemów z grzybami ( ot, jak to  przy wilgotnej  pogodzie ale bez ekscesów ). Kombinuję jakby tu  "Henia" jeszcze do różanki w większej ilości dołożyć, "Henio" w masie jest powalający.


środa, 13 sierpnia 2014

'Polka' - nieoczekiwany "meilland" w różance

Na odmianę róży 'Polka' to ja zostałam namówiona przez różankowych znajomków. Dałam się skusić możliwości wykorzystania róży zarówno jako krzaczora , jak i rośliny pnącej. Znaczy głupio się przyznać ale widoczne to jak na dłoni - poleciałam na same kwiaty bardzo pasujące mi do nostalgiczno - morelowej - brzoskwiniowej  koncepcji  i  jeszcze nie wiedziałam w jakiej formie te różę "wcisnę" na rabaty. Tak to już jest że jak człowiek  zauroczony kwiatami to nie zwraca uwagi na tak drugorzędne szczegóły jak  mrozoodporność, podatność na  choroby czy pokrój krzewu lub jakość pędów. No cóż, miałam więcej szczęścia niż rozumu bo 'Polka' okazała się w miarę wytrzymałą różą, o zdrowych liściach i pokroju "do ogarnięcia" o ile tylko będzie się odpowiednio często  używało sekatora ( z koncepcji pnącza  zrezygnowałam po zdobyciu info o mrozoodporności - nie ten klimat, nie ta bajka ) .

Jest jednym z nielicznych "meillandów" w moim ogrodzie. Po zejściu wydawałoby się  nieśmiertelnej  odmiany  'Gloria Dei', róże Meillanda gościły w Alcatrazie hym...tego... przelotem ( słynna 'Eden Rose' jeden sezon, 'Leonardo da Vinci' dwa z hakiem, mieszańców  herbatnich po klęsce z odmianą 'Paul Ricard' w ogóle nie zapraszałam ) .  Teraz metryczka - 'Polka' wyhodowana została przez Jacques Mouchotte dla Meilland International i wprowadzona do handlu w 1991 roku, jest wynikiem krzyżowania 'Meipaisar' × 'Golden Showers'( Walter E. Lammerts 1950 ) X 'Lichtkönigin Lucia' ( Kordes 1966). Zalicza się do grupy Renaissance ® Collection, Romantica. Kwiaty  o średnicy 10 - 12 cm, składają się z 17 - 25 płatków. Budowa kwiatu w typie starych róż, silny zapach i przede wszystkim powtarzające się w ciągu sezonu wielokrotne kwitnienie to bardzo silne atuty tej róży. Niestety w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu - mrozoodporność. Niby jest to wytrzymałość do -26 ale lepiej tę różę w centralnych regionach kraju  okrywać i raczej prowadzić jak krzak a nie jak climber. Inne nazwy pod którymi spotyka się w handlu tę odmianę to: 'Lord Byron', 'MEItosier' ( nazwa rejestracyjna ), 'Polka 91', 'Scented Dawn', 'Twilight Glow'.


'Graham Thomas' - legendarna angielska róża

Był czas  kiedy myślałam angielska róża a oczami wyobraźni widziałam  odmianę 'Graham Thomas'. Pojęcie róża Austina w ogóle jakoś niemrawo się do mojej świadomości przebijało, angielki znałam jedynie z literatury  i ogrodniczych serii BBC . I angielki to była głównie jedna, ciągle wywołująca ochy i achy odmiana  - 'Graham Thomas'. Kiedy lata później dorwałam krzaczek tej  róży byłam niemal tak szczęśliwa jak byliby  himalaiści  gdyby udało się im wleźć na K2 zimą!  Jak to ze spełnieniem wielkich marzeń bywa, dane było mi przeżyć tzw. "Szczęście Frania". Wymarzony wymarzeniec, wypieszczony w myślach, cudowna róża trwale zapisana w moich zwojach jako synonim angielki,  nieźle mnie rozczarowała. Gdzie jest qrczę ten wdzięk i stajl, gdzie ta trwała radość dla oczu i w ogóle w którym miejscu krzaczora człowiek może się natknąć na, za przeproszeniem,  ten wytrysk geniuszu hodowlanego Davida Austina?!!!  Znaczy wymyślona róża doskonała okazała się w realu nie całkiem doskonała. Tak naprawdę to okazała się być zupełnie inną różą  niż jej wykreowany przeze mnie obraz.

Trochę trwało zanim oswoiłam się z realnym "Grahamkiem". Pomogło mi w tym przystosowanie się  tej róży do warunków Alcatrazu,  'Graham Thomas' jest  moim zdaniem odmianą róży  która musi w naszym klimacie trochę posiedzieć w gruncie żeby mogła pokazać na co ją stać. To tak jak z  niektórymi  irysami bródkowymi - pierwszy sezon kwiat testowy, drugi zachęta, trzeci sezon to "O rany"! "Grahamek" wpisał się w  teorię trzech sezonów, dopiero jego  trzecie letnie kwitnienie uzmysłowiło mi że coś jest mocno na rzeczy z tą legendą, w którą obrósł. Solidny krzaczor o przewisających pędach, kuliste kwiaty o różnych  odcieniach  żółci, przedziwny owocowy zapach nie mający za wiele wspólnego z tym co zwykło się nazywać   różaną wonią, doskonałe zarówno  pierwsze kwitnienie jak i następne . Dziś tak wrósł w ogrodowy krajobraz  że nie wyobrażam sobie różanki bez tej  odmiany. Podstępnie  mnie wziął znaczy ten "Grahamek", "na czas".

Teraz metryczka -  odmiana wprowadzona  została w świat w 1983 roku, jest krzyżówką siewki uzyskanej przez Davida Austina i odmiany 'Iceberg' z 1958 roku autorstwa  Kordesa. Dorasta do 3 metrów wysokości (  u nas jest znacznie mniejszy, wielkim sukcesem będą już 2 metry  ) i około metra szerokości. Kwiaty składają się z  35 płatków, mają kulisty kształt, w miniklastrze jest ich zazwyczaj  około pięciu sztuk. Odmiana nazwana została na cześć Grahama Thomasa, pomnikowej postaci  angielskiego  ogrodnictwa. Graham Thomas żyjący w latach 1909 - 2003 ( ha, jeszcze trochę i byłaby setka - ponoć pasjonaci ogrodnictwa ciągną tak długo bo czekają  na kolejny sezon, znaczy żyją przyszłością )  był uhonorowanym Orderem Imperium Brytyjskiego głównym "ogrodnikiem" National Trust. National Trust to legendarna instytucja dbająca o dziedzictwo kulturowe Wielkiej Brytanii, Graham Thomas to legendarna postać związana z angielską sztuką projektowania ogrodów  więc nie ma się co dziwić że  róża nazwana jego imieniem też została legendą. Jasne dla każdego kto wytrzyma trzy sezony czekania na właściwe kwitnienie róży  'Graham Thomas'!

sobota, 9 sierpnia 2014

'Charles Austin' - angielska róża kosiarkowa

'Charles Austin'  to jedna z moich pierwszych róż angielskich. Natychmiast została okrzyknięta  "Objawieniem Sezonu" i powielona na różnych rabatach. Mam parę krzaków rosnących w Alcatrazie i w pseudo - różance pod moimi oknami. Nie tylko kolor i solidne kwitnienie przemówiły za tą  różą, przede wszystkim jest to odmiana, którą zaliczam  do tzw.  roślin kosiarkowych ( znaczy  kosiarką przejedziesz a  roślina odrośnie i będzie się prezentowała jeszcze piękniej ). "Charlie" okazał się też odporny na zimowe ekscesy  pogodowe,  bardzo  dobrze zniósł upiorny  luty 2012 roku, mimo tego że nie było kopczyków ( starszych krzaków róż angielskich  nie okrywam, lenistwo mam we krwi ). Odbudowywał się powoli ale żaden z krzaków nie wyleciał ( a taki 'Pilgrim' czy  'Sweet Julie' odfrunęły z  królikami ). Wraz z 'Mary Rose' i  'Graham Thomas', 'Charles Austin' stanowi moją trójcę półświętą róż angielskich ( trójca chyba zmieni się niedługo w kwartecik bo 'Crocus Rose' z każdym rokiem uprawy zyskuje coraz większe uznanie ). Z pewnym zdziwkiem przeczytałam swego czasu na forum  że nie w każdym ogrodzie "Charlie" zachowuje się jak na dobrą różę  przystało! Były pretensje o to że odmiana prawie wcale nie raczy kwitnąć, że  mimo tego iż w gruncie siedzi ze dwa lata to bezczelnie się nie rozkrzewia a pędy ma  rachityczne jak  klasyczny niedożywieniec. I nie były te zarzuty wypisywane przez świeżo  upieczonych różankowych lecz przez doświadczonych rosomanes. No zgroza i ból zęba!

Jak ogólnie nie wiadomo o co chodzi,  to chodzi o pieniądze,  a w przypadku róż o podkładki ( czyli też  chyba o kasę ). Moje różyczki zostały pozyskane od znajomych szkółkarzy i wiem że szczepione  były na dobrych, odpornych podkładkach ( no i nie dających niemal  w ogóle odrostów, którą to cechę niezmiernie sobie cenię ). Odmiana najlepiej prezentuje się posadzona  na półcienistym stanowisku, kwiaty długo  utrzymują wtedy pierwotną barwę ( oj, nie zgadzam się ja z Sołtysem Marianem że płowiejące kolorki nieciekawe, znam gorsze "schodzenia" róż ). Tnę tę różę bardzo silnie, wtedy ma zadowalającą ilość kwiatów na pędzie. Nie dopuszczam do tego żeby "Charlie"  zamienił się w klimbera ( ma do tego tendencję ), to jest  róża krzaczasta  i w takiej formie wygląda najlepiej. Robienie z niej w naszych warunkach klimatycznych na siłę róży pnącej nie zdaje egzaminu - nie te klastry, nie to kwitnienie,w ogóle nie ta bajka! W moim  ogrodzie róża bez problemu powtarza kwitnienie ale jak i w przypadku innych angielek, usuwam  przekwitłe kwiaty i zasilam krzaki  dwa razy w czasie wegetacji. Szczególnie cenię sobie jesienne kwitnienie, kwiaty są wówczas wspaniale wybarwione. Teraz metryczka - wprowadzona przez Davida Austina w 1973 roku, krzyżówka róży 'Chaucer' i mieszańca herbatniego 'Aloha' ( odmiany Boerner'a z 1949 roku ). Nazwana na cześć ojca Davida - Charles'a. Dorasta od 1,5m  do 3 metrów wysokości  i około 1,20 m  - 1, 85 m szerokości. Kwiaty o średnicy około 10 cm, składające się z blisko 70 płatków. Liście w kolorze  "średniej zieleni", na ogół zdrowe. Napiszę krótko - kocham  "Charlie'go" !




'Crocus Rose' - pastelowy angielski hardcore

Po raz  pierwszy zobaczyłam tę różę w ogródku Mrówki Z. Wirytualnie zobaczyłam ale "natentychmiast" wiedziałam że to jest róża która zagości  w podokiennej różnace. Rozbielone kremo  - róże, budowa kwiatu jak  żywo  przypominająca róże historyczne, sylwetka  krzaczora w niczym z kolei nie przypominająca "szklarniowych" mieszańców  herbatnich. No i do tego wszystkiego dobrego zapewnienia mrówczyne o hardcorowatości tej  odmiany. Długo z kupnem nie zwlekałam, w tym samym roku jesienną porą wybrałam się z Mamelonem do Rosarium. Dokonałyśmy  wtedy tzw.  obfitych zakupów.  Była to wspaniała, długa i słoneczna jesień, taka wręcz wymarzona na sadzenie róż. Niestety  po tych  jesiennych rozkoszach nastała jedna z najpaskudniejszych dla ogrodników zim - słynna zima 2012, z tym cholernie mroźnym a bezśnieżnym lutym. Nastąpiła prawdziwa hekatomba ogrodowa, róż też nie oszczędziło. Mimo okrycia, kopczykowania i zmawianych paciorków z posadzonych różanych  nówek niemal nic się nie ostało. Niemal bo 'Crocus Rose' trwał na posterunku! Łatwo mu nie było, zbierał się długo i co i raz traciłam nadzieję na jego dojście do siebie. U Mamelona  bylo podobnie, z tym że jej  egzemplarz  róży tej odmiany wyglądał jakoś  lepiej niż mój. I u Mamiego  była to jedyna odmiana posadzonej  jesienią róży, która ocalała po zimie. Niestety z biegiem czasu krzaczek różany w Mamelonoison zaczął zmieniać barwę pędów z pięknie jasnozielonych na żałobną czerń. Moja  różyczka miała pędy szaro zielone ale wyraźnie zieleniała wraz z wiosną. Przypuszczam że rosnąc blisko domu była mniej narażona na wiosenne wahania temperatury niż mamelonowy egzemplarz, rosnący w "szczerym ogrodzie".

Biedny 'Crocus Rose' Mamelona przetrwał zimę ale był niestety tak  osłabiony że nie zdzierżył  wiosennych przymrozków.  Tym niemniej fakt jest faktem - świeżo posadzone jesienią krzaki róży angielskiej 'Crocus Rose' przeżyły luty 2012 roku. Znaczy Mrówka Z. prawdę pisała  - hardcore a nie zwyczajna róża! Teraz  trochę o pochodzeniu czyli metryczka. Odmianę wyhodował David Austin. Zalicza się ją do tzw. róż angielskich  nazywanych też inaczej różami Austina. To grupa róż o nostalgicznym charakterze, powstała  z krzyżowania XIX wiecznych róż z nowoczesnymi odmianami ( angielki to  pierwsze nowoczesne róże nostalgiczne, po nich  przyszły te wszystkie grupy Romantica i inne Märchenrose ). 'Crocus Rose' została wprowadzona do handlu w roku 2000, jest krzyżówką nienazwanej siewki z odmianą 'Golden Celebration'. Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty średniej wielkości  ( 8 cm - 10 cm ) o około 40  płatkach, kwitną w małych klastrach ( 3 do  5  kwiatów w klastrze  ). Jak to się mówi  "kwitną  rzutami przez cały sezon" czyli przynajmniej parę razy począwszy od czerwca można się cieszyć  kwiatami tej odmiany. Liście matowe, takie  "średnio -zielone", odporne na choroby  grzybowe. U mnie  rośnie trzeci sezon bez oprysków!  Przycinam  tę różę stosunkowo wysoko, ma wtedy ładniejszy pokrój, bardziej pasujący do dużych krzewów róż w sąsiedztwie. Nazwa odmiany ma upamiętniać organizację  "Crocus  Trust" zajmującą się pomocą ludziom cierpiącym z  powodu nowotworów jelita grubego. Inna nazwa tej róży, pod którą dość często występuje w handlu to 'Emmanuel'