czwartek, 28 listopada 2013

Nadobne wisienki, przyjemne jabłonki, lube śliweczki

"Anoć niosą jabłuszka, gruszeczki, wisneczki, śliweczki z pierwszego szczepienia twego" jak to Pan z Nagłowic pięknie pisał. Co prawda te lube zdrobnienia dotyczyły nie drzewek owocowych ale owocków, bo Rey, podobnie jak mój Tatuś, ogrodował tak jakoś żołądkiem ale w końcu owocków bez drzew by nie było. W Alcatrazie dawno, dawno temu rosły prawdziwe drzewa owocowe, jabłoń 'Koksa' i baaardzo stara odmiana zwana przez Stryja Mieczysława "Tytówką", moja ukochana 'Kosztela'. Gatunek grusza reprezentowały cztery odmiany: 'Klapsa','Bera','Bonkreta' i niewysoka grusza zwana "Bergamutką", której owoce się marynowało. Tuż przy domu panoszyły się śliwki, jakieś podejrzane "renklody". W najcieplejszym miejscu rosła morela. Wszystkie te drzewa zasadził jeszcze mój pradziadek i ku uciesze mojej rodziny udało im się przetrwać wszystkie okoliczności historyczne które przewaliły się przez Alcatraz. Niestety wszystko co żyje umrzeć musi, osiem dych dla drzewa owocowego to wiek matuzalemowy. Niektóre z drzew odeszły same, inne trzeba było wyciąć bo zrobiły się niebezpieczne. Kruche konary grusz łamały się przy byle wietrze, jabłonie były znacznie silniejsze ale one za to z czasem zaczęły się robić dziwnie podatne na choroby. Nasz sadek powolutku się kurczył, aż w końcu nic z niego nie zostało. Drzew owocowych z prawdziwego zdarzenia nie było co ponownie sadzić, cywilizacja do nas dotarła i ogród użytkowy stracił rację bytu. Fabryka to pryszcz w porównaniu z nowoczesną siecią dróg. Alcatraz na szczęście nieco schowany ale nie na tyle znów żeby z uprawami sado - warzywnymi szaleć.
Alcatraz bez drzew owocowych?! Trochę głupio bo zawsze były, historia ogrodu wręcz zobowiązywała żeby posadzić coś niby owocowego - jakże to tak na łyso, tylko z jakimiś banalnymi iglakami? I to przy ruinie starej kamienicy co to kiedyś w otoczeniu sadek miała i stadko lilaków . No nie pasiło! I tak pojawiły się niby owocowe drzewka.


Pierwsza była śliwa wiśniowa Prunus cerasifera 'Pissardii'. Odmiana stara, w Europie pojawiła się w 1880 roku, kiedy przesłał ją do Francji ogrodnik szacha Persji. Pan Pissard, zarządca szahinszachowskich ogrodów znalazł ją w okolicach Teheranu, w Tauris. Dla tych pięknych czerwonychh liści ją posadziłam i nic a nic mi nie przeszkadzało że to tzw. uliczne drzewo czyli takie którymi obsadzają ulice ( przynajmniej w Łodzi tak sadzą ). Pewnym zaskoczeniem były dla mnie kwiaty, jakoś w tych ulicznych egzemplarzach nigdy nie zwracałam na nie uwagi. A na moim drzewku z czasem zaczęło się tuż przed rozwojem liści robić biało. Szczęśliwie się złożyło że trafił mi się taki biało kwitnący egzemplarz, ta odmiana niekiedy ma lekko różowe kwiaty. Białe jakoś bardziej pasują mi do barwy młodziutkich liści. Po paru latach śliwa zaczęła owocować, chwalę Wielkiego Ogrodowego że nie są to straszliwie obfite owocowania ( osy są odmiennego zdania ). Śliwa ma w tej chwili jakieś cztery metry z hakiem i jest solidnie rozrośniętym drzewem. Bezproblematyczna a wdzięczna, niedawno otrzymała towarzystwo purpurowolistnych krzewów. Zrobił mi się "ciemny kącik" przed którym zaplanowałam "Wampirzą Rabatkę", ciemno kwitnące rośliny, głównie czerwienie i fiolety połączone z siwolistnymi akcentami, które mają to wszystko rozjaśnić. Śliwa będzie odpowiednim tłem. A poza tym czysto ogrodowym wykorzystaniem to nasza czerwonolistna jest ulubionym drzewem Lalka, punkt obserwacyjny z którego śledzi sroki na kasztanowcu zwanym kasztanem.


W tym samym roku w którym w ogrodzie wylądowała śliwa, pojawiła się też jabłoń zakupiona z wiele mówiącą nazwą jabłoń ozdobna - "Rajska" ( "Pani to jest rajska jabłonka" - takie info uzyskałam ). To nie był czas w którym byłam jakoś sczególnie roślinnie dociekliwa, rajskie jest rajskie znaczy dobre i drzewo wiadomości złego i dobrego zaistniało w Alcatrazie. No cóż, gdybym miała sądzić po jabłoni to Raj jest miejscem przereklamowanym - przez parę lat drzewsko nie kwitło. Uciekłam się nawet do guseł z siekierą i nic. Już się zastanawiałam czy naprawdę jej źle nie potraktować kiedy to nagle którejś wiosny ukazał się mały kwiatostan - sztuk jeden. Kwiaty się rozwinęły i ...... ujrzałam jeden z najbrzydszych różyków jakie zdarzyło mi się widzieć. Było już jednak za późno, drzewsko duże i w końcu kwitące, choć jak to eufemistycznie określiła moja przyjacióła - nie kwitnące najobficiej. Na szczęście potem już było lepiej, kwiaty w większej ilości zaczęły się pojawiać a ich różyk jakby z czasem nabierał klasy. Niestety wielkim minusem "Rajskiej" jest płowienie kwiatów, wczesna faza jest dobra ale później już tak fajnie nie jest.




Owoce "Rajskiej" okazały się zadziwiająco duże, widać jedna rzecz się zgadza - niebiańska obfitość. Hym, wolałabym jednak żeby to była obfitość owocowania a nie obfitość kształtu. Kolor na szczęście mają odblaskowy te jabłuszka ( nawet w środku są ciemnoróżowe ) i jesienią drzewko wygląda bardzo miło dla oka. Nie wiem czy to odmiana jest nienajlepsza czy też użyto nieodpowiedniej podkładki ale moja "Rajska" diabelnie mało przypomina inne ozdobne jabłonie. No ale w końcu Malus i to pierwszy w niby sadku.


Rok po "Rajskiej" dopadłam drzewko u sprzedawcy, który zaklinał się że to co sprzedaje nie przekroczy metra i pięćdziesięciu centymetów. Prawdomówny to był człowiek, karłowata jabłoń pod tytułem Malus x robusta 'Yellow Siberian' u mnie jest wręcz krasnoludkiem. Po ponad dziesięciu latach ma około 120 cm. Nie wiem na czym jest szczepiona bo normalne egzemplarze tej odmiany rosną dość wysoko. Pochodzenie ma ciekawe bo "w antenatach" są Malus baccata i Malus prunifolia. Drzewko owocuje obficie w tzw. systemie dwuletnim, to znaczy owocowanie bardzo obfite jest co drugi rok. Podobno potrzebuje dłuuugiej zimy żeby ładnie się przygotować na kwitnienie, pewnie ta "Syberia" w genach się odzywa. Krążą po necie niemiłe wiadomości że ta odmiana jest nie za bardzo odporna na choroby ale ja nie zauważyłam na niej nigdy jakichś paskud. Owocki wiszą dość długo na drzewku i naprawdę to wygląda świetnie. Dla łasuchów dobre info - niezłe do konfitury rajsko - jabłuszkowej ( mam nadzieję że Dżizaas nie przeczyta tego wpisu, ona ogrodowanie żołądkiem ma po Tatusiu ).



Kolejną jabłonkę kupiłam z głupoty. Spodobał mi się kolor pąków kwiatów i mimo tego że sprzedający pojęcia nie miał co to za jedna wzięłam i "zanabyłam". Radośnie się pocieszałam że może mam więcej szczęścia niż rozumu, wszak to niekoniecznie parchatka czyli piękna 'Royalty' zwana Jej Parszywą Wysokością. Rozwinięte kwiaty i przebarwienie liści przyprawiły mnie o bicie serca - parchatka modelowa! Na szczęście listowie zaczęło zielenieć błyskawicznie choć liście na młodych przyrostach zawsze mają brązowy odcień. Najprawdopodobniej moja głupio kupiona jabłoń to albo 'Lemoinei' albo 'Royal Beauty'. Parchatkę zaś nabyłam później, półświadomie w chwili umysłowego zaćmienia. Moja przygoda z jabłoniami purpurowymi chyba się jeszcze nie skończyła, w maju tego roku zobaczyłam kwitnącą odmianę 'Rudolph'. Parchatka młoda, dałoby się ją jeszcze eksmitować na działkę Cio Mary i Wujka Joe a na miejsce po parchatce posadzić "Rudiego". Mam szczwany plan znaczy. Nie powinnam właściwie wspominać o szczepionej jabłoni pendula o nieznanym imieniu bo wyjdę na sadowniczo nieodpowiedzialną ale nie ma co ukrywać - oczy jedzą a rozumek bywa śpiący.



Znacznie lepiej idzie mi za to z wisienkami, wszystkie swoje wiśnie znam z imienia. Najstarszą wiśnią w Alcatrazie jest wiśnia piłkowana Prunus serrulata 'Kanzan'. Skusiłam się na nią bo jest piękna! Na bogato! Ta odmiana za nic w świecie nie może być nazwana subtelną, kwitnącą wyrafinowanym kwieciem wiśnią. Te multipłatkowe kwiaty to wyzwanie dla wszelkich naturalnych założeń, moim zdaniem 'Kanzan' jest tak cywilizowana że sadzić ją lepiej w ogrodach gdzie nie będzie konkurować z pięknym swojskim krajobrazem . W naturalnym otoczeniu naszych lasów czy pól 'Kanzan' może się nagle okazać księżniczką nie z tej bajki, Barbie na łonie natury. 'Kanzan', znana też jako 'Sekiyama' lub 'Sekizan' należy do grupy wiśni Sato - Zakura co w tłumaczeniu na naszą ojczystą mowę oznacza.....wiśnie wiejskie. No cóż, po wsiach japońskich dzikie azalie japońskie kwitną, we wsiowych bajorkach irysy ensata rosną a przy wiejskich świątynnych domkach duchów albo szydlice szumią albo bambusy szemrzą. Wieś japońska w której sadzi się kultywary dzikiej chińskiej Prunus serrulata, wyhodowane ileś tam set lat temu a polska ulicówka przy której domach rosły całkiem inne wiśnie to są różne światy. Nie sugerowałabym się za mocno tą wiejską nazwą grupy japońskich wiśni. Wśród mazowieckich pól w tzw. dzikich okolicznościach przyrody trzeba się mocno napocić żeby tę konkretną odmianę wisienki wtopić w założenie ( bo sadzić to moim zdaniem można niemal wszystko i wszędzie byle to robić umiejętnie czyli nie sprawiać wrażenia że roślina jest nie na swoim miejscu ). Sprawa trudna ale do załatwienia w przypadku hektarów i ogrodu krajobrazowego, albo w przypadku tzw. ogrodu zamkniętego, szczelnie otoczonego żywopłotem czy pełnym ogrodzeniem i tworzącego odrębny świat, jedynie z kawałkiem pożyczonego krajobrazu widocznego zza ogrodzenia. W miastach i miasteczkach ta odmiana jest łatwiejsza do "upchnięcia", cywilizowane odmiany pasują do sztucznego środowiska. Gdyby Alcatraz nie leżał w mieście to nie wiem czy 'Kanzan' mimo całej swej urody znalazłaby w nim miejsce. Są wszak inne wiśnie z grupy Sato - Zakura które wydają mi się bardziej pasujące do, że nazwę to z angielska "country style". No i w ogóle są inne wiśnie! Alcatraz jest bardzo nadęto - miejskim tworem, jedzie tą miejskością z daleka, więc 'Kanzan' do niego pasuje. Nawet ten roztrzepany z lekka a jednak wrzecionowaty kształt drzewa mój ogród znosi z godnością.




Niestety nawet lekkie przewisanie kwiatostanów, dodające uroku odmianie 'Kanzan' po pewnym czasie się opatrzy. Czas na coś nowego i to najlepiej takiego żeby nie zajmowało za dużo miejsca. Posadzę pod takim drzewkiem hiacynty i ukochane szafirki no i będzie to cool razem wyglądało. Tak to umyśliłam sobie parę lat temu. Najmniej miejsca z japońskich wiejskich wisienek zabiera odmiana 'Amanogawa', wąziutkie to jak cis 'Wojtek'. Ponoć jak podrośnie ma być szersze ale u mnie jakoś się w szerz nie rozrasta. Oczywiście moje plany połączenia kwitnień wiśniowo - hiacyntowo - szafirkowych spaliły na panewce. Hiacynty i szafirki kwitną wcześniej, wiśnia zaczyna dość późno. Tak się kończy wyciąganie z zakamarków hipokampu jakichś kretyńskich montowanych zdjątek z katalogów firm wysyłkowych. Oglądałam namiętnie owe wydawnictwa w latach dziewięćdziesiątych i proszę jak mi zaszkodziło! 'Amanogawa' ma kwiaty o pięknym perłowym odcieniu, tylko raz mi się zdarzyła taka anomalia jak różyk na wewnętrznej stronie płatków. Jest bardzo delikatna, wręcz motyla z tymi kwiatami, które nie przewisają tak jak znacznie cięższe "kanzanki". Bardzo pięknie przebarwia się jesienią, o dziwo ma zazwyczaj ciemniejsze i bardziej wpadające w pomarańcz liście niż ciemniej kwitnąca 'Kanzan".





W zeszłym roku zawalczyłam ze śnieguliczkami, które okazały się plagą i wyrwałam miejsce dla kolejnej "serrulatki" - padło na amerykańską odmianę japońskiej wiśni 'Royal Burgundy'. Przyznaję bez bicia że w tym wypadku chodziło mi o ciemnolistne towarzycho dla śliwy, kwitnienie ma być nawiązujące do 'Kanzan' ( po wykoszeniu śnieguliczek jakoś za pusto w jej okolicy się zrobiło i kwitnąc samotnie wygląda z lekka głupio. ) Wiśnie piłkowane nie chorowały u mnie ale wiem że zdarzają się z nimi jazdy, obserwuję je zatem czujnie. W tym roku uznałam że czas najwyższy na świdośliwę. Minimum pracy, maksimum efektu. Sadek powoli się zagęszcza a ja mam przed sobą jeszcze ciągle rozbiórkę szop. Może oprócz miejsca na żółty magnolnik uda się wygospodarować takie całkiem małe, malutkie miejsce na jakieś miłe drzewko z tych co to niby są owocowe.

4 komentarze:

  1. A u mnie Tabaazao nadal stare drzewa, aż drżę, by się nie okazały osiemdziesięciolatkami ... Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Barashkonku ratuj staruszki jak się tylko da, stare drzewa pielęgnowane odpowiednio mają szansę jeszcze pożyć. Natomiast nadejdzie kiedyś przykra chwila rozstania, nie ma co się łudzić. Info uzyskane od żony Stryja Mieczysława, Cio Jadwiżelli, było takie że najstarsze jabłonie posadzono w Alcatrazie w 1913 roku. Najkrócej żyły morele i śliwy, za ciotkowej pamięci parę razy je wymieniano ( Cio doczekała 91 urodzin ).

    OdpowiedzUsuń
  3. Tabi, tak sobie myślę, że jakbyś się spięła, to w setną rocznicę możesz jeszcze posadzić jabłoń z prawdziwego zdarzenia w Alcatrazie. Kosztelę na przykład. Pradziadek byłby zadowolony.
    Strasznie się cieszę na ten blog, lubię Cię słucho-czytać.

    OdpowiedzUsuń
  4. Za późno, obsada sadku nie zniesie bardzo dużego drzewa. Niestety. Cieszę się ze jesteś!

    OdpowiedzUsuń