wtorek, 1 września 2026

Prasówka wrześniowa - wielka przebudowa

Zdziwniej i zdziwniej. Świat nam się kręci jak karuzela łańcuchowa, czuję że rzygnę. Trwa przebudowa świata, mocarstwa przestają być mocarstwami, wszyscy mają problemy ekonomiczne, kapitał spekulacyjny szaleje jak zawsze w przededniu kryzysu, trwa budowanie się nowych sojuszy. Generalnie maluchy i średniaki są w trakcie pętania Gulliwerów. Niemieckie elitki tak się obraziły na Islandczyków za to że zagłosowali przeciw wznowieniu negocjacji z UE, że aż wypluły z siebie tekst że demokracja to za poważna sprawa, by powierzać ją ludziom i w ogóle to po co referenda?  No cóż, wielu Niemców zagłosuje za AfD tylko po to by skopać zadufane, elitarne tyłki. Wyjdą na tym jak Zabłocki na mydle, lub jak USA na Demencji, no ale co robić? Płacą za lata nieróbstwa obywatelskiego i uleganie władzy. Islandczycy swoiście głupi, ale to ich sprawa i co nas to obchodzi, jak sobie własnego kraju przyszłość urządzają. Nikt przez to w UE nie ucierpi. Niemcy zamiast interesować się Islandią raczej powinni chuchać i dmuchać na ten swój wzrost gospodarczy rzędu jednej dziesiętnej i robić wszystko by przyrastał. Zamiast tego establishment niemiecki wziął się za pouczanie innych, tylko że to nie jest rok 2019 i nikt się tym specjalnie w UE nie przejmuje. Niemieckie elity robią wszystko by na scenie wewnętrznej Niemiec nikt nie zapytał o mielizny Energiewende, upadek przemysłu samochodowego i jeszcze parę innych spraw. Dlatego tam się na okrągło mieli Wujka Wowę i Demencję jako sprawców całego zła, teraz doszli wredni Islandczycy. Mła wzdycha i myśli sobie że najbardziej bolą skutki własnej głupoty.

Zaczyna się podejrzliwe przyglądanie Chinom. Jak wiecie każdy rząd komuszy fałszuje statystyki, bez tego nie byłby chyba komuszym rządem. Chiński tak pojechał że z miliarda czterystu obywateli zrobiło się coś kole 900 milionów. Podobno tyle Chińczyków ostało się w wyniku polityki jednego dziecka. Potem wylazło że chińska "zielona rewolucja" to tak z 8% zapotrzebowania na energię i Chińczycy będą wspierać roponośny Iran a Rosję to tak trochę mniej, bo obrazili się za kontakty z Kimem, któremu Wujek Wowa sprzedał był technologie rakietowe. Xi tak skutecznie wyczyścił struktury władzy, przemysłu, kultury z wrażych elementów, że teraz ciężko tym zarządzać. Od dwóch lat Kim czyści armię, w nadziei że łatwiej będzie nią zarządzać tylko jemu. Amerykanie mogą się w związku z tym spokojnie zwijać z okolic Tajwanu, jeżeli Xi powtórzy wojenki kolegów z Moskwy i Waszyngtonu, to wdepnie jak oni. Xi chyba wie czym to pachnie, dlatego chińska retoryka polityczna się zmienia, żadnych wilczych wojowników, same miłe pandy. Skąd jeszcze te misiowate nastroje? No cóż, wszystkie somsiady cóś nie lubieją komuszych Chin i mogłyby się zebrać i wspólnie wilczym wojownikom wpieprzyć. Nie raz i nie dwa to robili, więc lepiej być miłą pandą i wykorzystywać póki się da industrialny boom. Bo wszystko wskazuje na to że fabryka świata jednak się przenosi. Gdzie się konkretnie przenosi to tego nikt nie wie, bo pieniędze hulają po całym świecie. Głównie za sprawą miszcza chaosu, Demencji z Hameryki. 

Ostatnio amerykańskie firmy migrują do Kanady i Europy, nie wierzę że to piszę, ale to prawda. Mamy taką sytuację że amerykańska administracja odkleiła się od niemal wszystkich branż z wyjątkiem cyfrowych i one te stare branże zaczynają otwierać fabryki poza USA. Jest grubo, bo dotyczy to Lockheed Martin itd. Demencja po nałożeniu 50% ceł na Kanadę uspokoił się przemianowując jezioro Ontario na jezioro Ameryka. No głupszej nazwy nie mógł wymyślić. Jest jakaś szansa że ogłosi kolejne zwycięstwo nad Iranem i w końcu zwinie się z Cieśniny Ormuz, po czym wszyscy odetchną. Z wyjątkiem Bibiego Netanyahu, którego na całym Bliskim Wschodzie obecnie kochają jak psy dziada w ciasnej ulicy a szczególną zajadłością odznaczają się przy tym bardziej liberalni mieszkańcy Izraela. Chyba dla pokrzepienia ego po irańskich przygodach, Demencja podarował całą niewydobytą, czyli jakby słabo realną, ropę naftową Wenezueli,  ukochanym Stanom Zjednoczonym. Piękne te gruszki na tej wierzbie.  Być może jeszcze przed listopadowymi wyborami pokocha Kubę, na razie usiłował kochać Rassiję na szczycie G - 20, ale cóś nie pykło. Szef CIA był u Wujka Wowy, więc chodzą różne słuchy. Także o tym że w Białym Domu jest ratuj się kto może. Coraz głośniej w samych USA że modele językowe czyli tzw. AI generyczna,  to jednak nie to samo co sztuczna inteligencja, mimo budowania data center i olbrzymiej kasy w tle zaczynają padać mało wygodne pytania o opłacalność biznesa. Gospodarka moje Słoneczka, gospodarka. Nie padają te pytania kiedy idzie o robotykę, rozwijanie mocy obliczeniowych dla biotechnologii itp., tylko jak się okazuje na tych rodzajach AI nie ma aż tak dużego nawisu kasy z cyfro - korpo.  Tak nawiasem pisząc internet tak pełen śmieci że nie chodzi już tak jak kiedyś, co Google usiłuje nam zastąpić wciskaniem AI na siłę. Powolutku, choć nie po cichutku, krnąbrność się pojawia i pytania czy aby niektóre korpo nie powinny mieć limitu wykorzystywania mocy obliczeniowych. Wicie rozumicie - ceny energii w tle. 

Wujek Wowa na tournée, Indie i Chiny. W obu krajach usłyszał "Kończ Waść, wstydu oszczędź", bo robi się mało przyjemnie. Chiny przestały korzystać na wojence w Ukrainie, bo doszła wojna z Iranem, co oznacza problem z paliwami w całej Azji. No a rafinerie w Rosji płoną. Problem z Rosją jest taki że jak złoża w Rosji nie będą eksploatowane to padną a koszty doprowadzenia w nich do ponownego wydobycia będą gigantyczne. To nie Arabia Saudyjska, gdzie złoża są położone płytko. Sprawa robi się nieopłacalna. Chińczycy robią dobrą minę do zlej gry, czyli nie zamawiają obecnie wielkich ilości paliw, twierdząc że już są po piku zużycia. No fakt, Chiny już są po piku, chodzi  o to żeby wszyscy myśleli że tylko po piku zużycia paliw kopalnych. Wujkowi Wowie udało się ledwie wymęczyć Gazociąg Siła Syberii 2, jednakże należy go bardziej rozpatrywać jako zakusy imperialne Chin, niż realną pomoc dla Wujka Wowy.  Tak naprawdę nie wiadomo, kiedy i czy, papier zniesie wszystko a Chińczykom ciągle ta broń rakietowa dla Kima ością w gardle stoi. Rosjanie obecnie walą w infrastrukturę Ukrainy balistykami, których produkują około 70 sztuk miesięcznie, chodzą ploty że Ukraińcy szykują Rosjanom zimną zimę, ponieważ to godzi w podstawy kontraktu Rosjan z Wujkiem Wową - Ty nam zapewniasz dostatek jaki taki i spokój a my się nie wtrącamy w politykę. Mła się wydawa że ten kontrakt i tak już wisi na włosku w związku z planowaną mobilizacją. Hym... nawet częściowa wywoła niezadowolenie. Wujek Wowa chyba się zorientował jak bardzo jest nie halo, bo wypichcił dekrety jak z czasów ZSRR,  do tiurmy można pójść za samo oddychanie i każdą firmę można przejąć. Jakby było mało Brytole mocno Rosjanom fiknęli i nie pomogło straszenie Demencji jak to USA zmienią zdanie co do przynależności Falklandów. To nie ma żadnego znaczenia w chwili gdy lotniskowiec "Lincoln" podąża ze słabo działającą kanalizą w kierunku macierzystego portu a tzw. projekcja siły USA to śmiech na sali. Jak zwykle puste gadanie Demencji.

U nas też wesoło, odbyły się dwie imprezki: Campus Polska i Bal u Prezydenta. Hym... po mojemu obie niewarte kasy, którą na nie wydano. Ta u prezydenta to frekwencyjna kicha, bo coś się psuje wbrew sondażom pomiędzy prezydentem a społeczeństwem. Mła ma wrażenie że chodzi o obciach, pomyłki historyka może do narodu nie przemawiają, ale wraz z narastającym w Polsce antytrumpizmem, jakby urok naszego prezydenta się zmniejszał. Obciach to straszna broń, w dodatku nie pomaga też żarcie się prawicy. Dodatkowo orderowe błędy trwają, Wyszkowski z orderem Orła Białego to jak powtórzenie błędu Dudy z Macierewiczem. Orzeł Biały właśnie zrobił się czymś na kształt Zasłużonego Budowniczego PRLu, kapituła może teraz odznaczyć nim kogokolwiek - odznaczenie bez znaczenia. Odesłanie naszego najwyższego odznaczenia pocztą przez Zeleńskiego niestety nabiera sensu. Prawica oprócz rozpadu PiS musi się też mierzyć z naszą najnowszą aferą Zondakrypto, którą KO bardzo grzeje , bo przykrywa ich nieudolność w kwestii zarządzania państwem. W Zondakrypto umoczona jest też Konfa i kancelaria prezydenta i kto wie czy nie sam prezydent, bo coś tak dziwnie zaprzeczał, że mła się zaraz wiadoma kawalerka przypomniała. Mła ma takie wrażenie że trwa ogólne bezhołowie i państwo działa tylko wtedy, kiedy media w ramach walki politycznej, bo bezstronne to one nie są, co i raz wyciągają na światło dzienne takie cymesiki od których oko się bielmem zasnuwa. Bezwład, naciąganie prawa jak  starej gumy z majtek, zwykle złodziejstwo, urzędnicze lenistwo oraz  hybrydowa wojna, która trwa w najlepsze. Przed nami walka o ukrócenie samowoli KE i uświadomienie krajom zachodniej Europy że nie zbudują przewagi technologicznej opierając się na zielonym wale, o czym świadczą wyniki ekonomiczne strefy euro.  Ciężka sprawa, nieprawdaż?

Dzisiejszy wpis ilustrują prace Jewgienija Racziowa, którego z angielska zapisują Evgeny Mikhailovich Rachev.  Tak mła się nawinęły te rosyjskie bajki,  paszące do części treści wpisu. Mam do tych ilustracji sentyment, w końcu czas mojego dzieciństwa mła przypominają.  Zamiast Muzycznika filmik o trudnościach konstruowania. 

niedziela, 23 sierpnia 2026

Czas końca lata

Tradycyjnie w kołowrotku, tym razem z wytężeniem mózgu. Zmęczona jestem realem. W mijającym tyźniu mła się zajęła tym co wokół nas się dzieje a uwierzcie że dzieje się mnóstwo spraw, które choć wydają nam się teraz dalekie i zupełnie z nami nie związane, będą na nas miały solidny wpływ. Pisałam o stanie naszej samorządności w Cebulandii, która  zdaniem mła w celu poprawy działania wymaga czegoś więcej niż tylko ograniczenia kadencyjności burmistrzów i włodarzy miast, o powszechnym na Zachodzie zwalaniu win korpokapitalizmu na migrantów i chęci żyłowania pracowników, oraz niechęci polityków do naprawy systemu benefitów, tak by był on wspomaganiem dla potrzebujących a nie systemem budowania poparcia partii politycznych i darmową kasą dla ludzi z wyuczoną bezradnością, pisałam o upadku imperium, którego konsekwencje poniesiemy wszyscy, niezależnie od tego jakie mieliśmy poglądy na temat tego tworu. Wpływ bezpośredni możemy mieć tylko na to co w Cebulandii, reszta to procesy które toczą się już siłą inercji, jesteśmy tu  bardziej świadkami i uczestnikami bez prawa głosu. Zdaniem mła tak jak waliła się komuna, tak korpokapitalizm wyczerpuje swoje możliwości i zmierzamy w kierunku czegoś nowego, obawiając się żeby to nowe nie miało autorytarnej mordy. Żyjemy w ciekawych czasach, dobrze żebyście byli przygotowani na to że to,  do czego byliście przyzwyczajeni może się szybko zmienić. 

Mła wiedzie swoje małe życie w mieście Odzi usiłując związać koniec z końcem i jakoś tam z kotami żyć. Człowiek styka się z różnymi patologiami, ale przecież żyje wielowymiarowo, na szczęście. Opłakałam bez łez Okularię, bardzo dziwne uczucie, strasznie przygnębiające. W tym roku straciłam dwie kocie dziefczynki, dodatkowo doszły zabiegi Mrutka i Helenki - ciężki coś ten rok pod względem emocjonalno - weterynaryjnym. Ech... Ostatnio pocieszająco śniła mła się Szpagetka, może to znak, światełko w tunelu, które nie zwiastuje nadjeżdżającego pociągu tylko wyjście z podziemi. Oby, bo znów we mła rozpełza się anhedonia, znaczy mła ma zaburzenia  układu nagrody w mózgu na skutek stresów. Z wiekiem coś robię się krucha. Żeby poprawić sobie nastrój poszłam do kina na coś odstresowującego - "The rivals of Amziah King", co u nas przetłumaczono jako  "Wszyscy moi wrogowie".  Żadne wybitne dzieło ale dla scen skalpowania i nalotu pszczół na szkołę w małym amerykańskim miasteczku naprawdę warto zobaczyć. Film jest amerykański do bólu, ale w ten sposób, który przypomina klasykę westernu. Jeżeli nie możesz przy pomocy prawa zapewnić sprawiedliwości, to weź sprawę w swoje ręce, tylko nie daj się złapać. No i ścieżka dźwiękowa, blue grass i całkiem nieźle śpiewający Matthew McConaughey, który w niczym nie przypomina Killera Joe, ulubionej przez mła postaci, którą stworzył ten aktor. Ponieważ jednego filmu mła było mało dla uzyskania oddechu, oblookałam też "Silent Friend" Ildikó Enyedi, tak europejski że bardziej się nie da. Polecam każdemu, kto lubi myśleć o wszelkim żywym stworzeniu, jako o całości - malutki spoiler, pelargonia w roli odźwiernej wymiata. 

No i to tyle. Nie chce nic planować na przyszły tydzień, bo moje plany coś ostatnio nie wypalają. Zdjęcia to zdziśki z tegoroczną szklaną dyńką i pełną kolekcją kamionkowych domków. Wszystko z Chin, albo innych Indii, bo u nas się już nikomu nic nie opłaca robić, ze względu na ceny energii i koszty pracy. W Muzyczniku wklejam muzyczkę z "The rivals of Amziah King".

sobota, 22 sierpnia 2026

No i bęc!

"W miarę jak demokracja jest udoskonalana, urząd prezydenta reprezentuje w coraz bliższym stopniu duszę społeczeństwa. Pewnego wielkiego i wspaniałego dnia prości ludzie tego kraju wreszcie osiągną życzenie swych serc i w Białym Domu zamieszka absolutny głupek i kompletnie narcystyczny kretyn". 

Cytat pochodzi z artykułu Henry'ego Louisa Menckena opublikowanego na łamach "Baltimore Evening Sun" z 26 lipca 1920 roku.

Ostatni w tym miesiącu wpis  z cyklu interesuj się polityką, żeby ona nie zainteresowała się tobą.  Mła nie tak dawno pomyślała sobie że może i dobrze że Star się odeszło przed tym co teraz dzieje się w USA. Nie że u nas raj i cud malina, jednakże w USA wszystko jest bardziej, nawet kretyni na najwyższych stanowiskach i oligarchiczni złodzieje jakby na sterydach. W ciągu ostatniego półrocza przyspieszyło zadłużenie USA, osiągając wartość ponad 40 bilionów dolarów, kraj wplątał się w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie ( tego Star nie wybaczała żadnej administracji! ), z której nie potrafi wyjść, możliwość projekcji siły w wykonaniu USA spada tak że powstają nowe sojusze obronne, które nie są zainteresowane uwzględnianiem interesów USA, starzy sojusznicy,  tacy jak Korea Południowa, są porzucani,  co przyspiesza proliferację broni atomowej,  trwają  wojny celne i oczekiwanie na wielką gospodarczą Wunderwaffe, która ma rozwiązać wszystkie problemy Stanów Zjednoczonych Ameryki - cudownej AI. Yankees popłynęli na wszystkich frontach, tym domowym tyż. Zamiast reform mają burdel nie z tej Ziemi. Tak bardzo chaotycznie zapodam.  Po wywaleniu ludzi odpowiedzialnych za kontrolę żywności z agencji rządowych, bo przeca trzeba oszczędzać na wszystkim tylko nie na sali balowej i strukturach ICE, mają narodową epidemię sraczki, która jest rozdmuchiwana przez mendia, no i mają nawrót chorób typu odra, czy tężec, bo strach wywołany skutkami  preparatu na covid zostawił w społeczeństwie ślady a żadnej kampanii promującej rozsądne szczepienia  nie było, bo szczepionki niekombinowane niemal bezpłatne dla dzieciaków i ubezpieczalnie nie zarobią.

Ceny domów nadal rosną, ceny energii tak samo, żywność w górę, samochody takoż, giełda odlatuje od realu i zamienia się w zielony stolik. No i ten dług. Wszystkie znaki na Niebie i Ziemi wskazują na to że USA właśnie nam padają i nie pomoże tu żadne bronienie jena, czyli przekonywanie rządu Japonii by nie wyprzedawała amerykańskich obligacji,  żadne atakowanie wszystkich wokół z wyjątkiem Wujka Wowy, Xi i Kima. Pierwszy sygnał przyszedł z Iranu - olali wszelkie rozmowy z Durniem z USA. Teraz słychać że Kanada nie chce żadnych negocjacji, tylko czekać aż odezwie się UE w tym temacie. Zaczyna się olewanie rządu USA, tego się inaczej nie da nazwać. Amerykanie mają problem i to duży, bo do tego obrazu upadku znaczenia na arenie międzynarodowej dochodzi szemranie w armii. MAGA się rozpadła ostatecznie, co większe cwaniaki teraz twierdzą że Trump zdradził. Nie sądzę żeby im to pomogło, bo za bardzo umoczyli. Ameryka powoli się budzi z tego zauroczenia Durniem i jest nieco zdziwiona tym że świat wokół niej nie jest tym światem sprzed zauroczenia. Proces upadku mocarstwa to nie te półtora roku rządów Durnia, to jest dłuższa historia, którą Obama i Biden usiłowali za wszelką cenę spowolnić,  ale wobec narastającej oligarchizacji kraju, rozwoju korpokapitalizmu, braku dogłębnych reform amerykańskiego systemu politycznego, tzw. rozciągnięcia mocarstwowego, po prostu nie dali rady. USA jest już tylko jednym z wielu silnych krajów, hegemon upadł. Świadectwem głębokości tego upadku jest Dureń w Białym Domu i brak ochrony amerykańskiego interesu przez elity.

Dzisiejszy wpis ilustrują prace Josepha Christiana Leyendeckera, urodzonego w Niemczech Amerykanina, który obok Normana Rockwella tworzył plakatowy obraz "cudownej Ameryki", takiej z marzeń ludzi. W Muzyczniku stosowna muzyczka country i sam Hank Williams, prosta piosenka ze smutnym tekstem,  a w przyszłym tyźniu będą na blogim  same lekkie tematy.


czwartek, 20 sierpnia 2026

Takie tam sobie rozmyślania o imigrantach

Łatwo obwinić migranta, miliardera trudniej. Dlatego tak świetnie ma się powoli narastający rasizm i konflikty na tle narodowościowym. Mła ma do migracji stosunek dość trzeźwy, w Europie nie zmieści się prawie cała Afryka i pół Azji, w USA nie zmieści się cała Ameryka Środkowa i pół tej Ameryki Południowej. Jednakże ludzie będą migrowali, bo od zawsze migrują, od czasów kiedy nie było jeszcze żadnych granic i żadnych państw. Problem nabrzmiał i w końcu trzeba go rozwiązać, bo będziemy mieli co i raz taką Ceutę albo przerzutowe akcje ze strony Łukaszenki. Niekontrolowana migracja to zamęt, więc jasne jest że migracje należy kontrolować. W zasadzie jest to proste, zamknąć granice i już, tylko czy jest to rozsądne? Nie jest. Zacznę od klasyki - migranci zabierają miejsca pracy. I tak i nie. Prawda jest taka że migranci pracują za relatywnie mniejsze pieniądze, za które spora część Polaków nie poszłaby do roboty. Z punktu widzenia tuziemca szukającego roboty, migranci zaniżają pensje, godząc się na niższe stawki. A jak to wygląda z pozycji tego samego tuziemca kupującego w sklepie żywność.  Jest tak drogo że nie powinno już drożeć, trzeba obniżać koszty. W jaki sposób je obniżać? Można zarżnąć kurę i płakać że jajecznicy nie będzie, czyli płacić godziwie tuziemcom robiącym przy żywności, żeby potem ci sami tuziemcy wpadali w zdziwko że chlebek nasz powszedni kosztuje coś tam 50 złociszy. Można jeszcze zaćwierkać zatrudniającemu  że za dużo chce zarobić, tylko że nie wszyscy są Januszami biznesu ( tak nawiasem pisząc Januszom biznesu pewne możliwości powinno się zdrowo przyciąć, tak, jak i koncernom, które powinna w końcu dopaść ustawa antykartelowa! ).  Jak ma się wyjść na swoje kiedy podatki są jakie są, czy bardzo wielcy przedsiębiorcy nie mają aby za dużych ulg, kosztem małych pracodawców?  Nie wiem, ale wiem że coś z tą kwadraturą koła, w którą wpisani są migranci,  w końcu trzeba będzie nam zrobić, bo piendrolnie. Teraz mła się wypowie na temat pozornie tylko polityczny, bo to nie jest problem do rozwiązania dla prawicy, czy lewicy, to jest problem do rozwiązania  dla wszystkich. Powoli do ludzi zacznie w końcu docierać że prawdziwym konfliktem w którym bierzemy udział, jest ten między ludźmi żyjącymi tak se średnio, naprawdę biednymi a klasą bogatą i stale się bogacącą, dla której migranci to wygodne odwrócenie uwagi od stanu rynku pracy. To tu jest coś mocno nie tak.

Migracja migracji nierówna. Co do migracji ze wschodu w Polsce i Europie. Wskaźnik zatrudnienia Ukraińców w Niemczech wynosi obecnie równe 50% w ujęciu osób, które spędziły w kraju około 3,5 roku od fali przyjazdów w 2022 roku, wskaźnik zatrudnienia dla uchodźców z  2015 roku z Syrii i Afganistanu w Niemczech obecnie wynosi ok. 35%. Po prawie 11 latach.  W Polsce wskaźnik zatrudnienia uchodźców Ukrainy wynosi 65%, licząc z tymi , którzy przybyli przed wojną wskaźnik osiąga 80%, a doliczając pracujących studentów 95%.  Migracja z krajów bliższych kulturowo "lepiej się wchłania" na rynek pracy. W UK przed brexitem Polacy którzy robili jak Ukraińcy, przy okazji robiąc też za chłopca do bicia, w czasie kiedy torysi wyprawiali głupoty a Partia Pracy zajmowała się byciem nie tyle antyizraelską, co prawie antysemicką. Potem Polacy zaczęli wyjeżdżać i z tej ponad półtora milionowej rzeszy trwa tam obecnie coś kole 700 tysi. Za to przypłynęli ludzie na łódkach. Osoby docierające do UK na małych łodziach to "azylanci", którzy ze względów prawnych nie mają natychmiastowego dostępu do otwartego rynku pracy. Tak, to jest witaj kochany socjalu, idzie to dokładnie w tę stronę, w którą poszło w Niemczech. Odpowiedzią dlaczego tak jest, są przeciągające się procedury i hołubienie na socjalu. Jakoś nikt się nie zdobył na pomysł nakazywania prac społecznych za to utrzymywanie na socjalu. Szkoda, bo tych ludzi można by wykorzystać i przeszkolić zawodowo. Pytanie tylko czy ci ludzie naprawdę przyjechali do pracy, czy do raju. Bądźmy szczerzy - jeżeli po dekadzie pobytu w Reichu pracuje niewiele ponad 1/3 migrantów, to nie była to migracja zarobkowa tylko socjalna. Dobra, dobra - uchodźcy. Tylko dzieci dorosły chodząc do niemieckich szkół, rodzice przez dekadę mogli poznać język a zatrudnienie jest w tej grupie jakie jest. Sorry ale azylantem nie powinno się być wiecznie, wiec nie ma co udawać - Niemcy wyhodowali sobie migracje socjalną. To jest znacznie bardziej kłopotliwe niż problemy związane z migracją zarobkową.

Migracja zarobkowa ma swoje własne, nieciekawe oblicze  - firmy szukają tanich pracowników za granicą, posługując się argumentem że na polskim rynku pracy nie ma pracowników. Nie ma pracowników za oferowane pensje, czy nie ma pracowników w ogóle? To jest pytanie na które powinniśmy sobie odpowiedzieć, bo cuda wianki się dzieją. Oraz na pytanie czy chcemy rozwijać biznes za wszelką cenę, czy może robić to nieco mniej ofensywnie, mniej konkurencyjnie, za to bardziej spokojnie, bez powodowania napięć społecznych. Wiecie odwieczne prawo biznesu - prywatyzować zyski, uspołeczniać straty nie powinno być państwową doktryną. Coś bardziej mła się widzi  że państwo powinno pilnować by bogacenie się nie odbywało się kosztem wszystkich innych wokół. Mła się obawia że to kontraktowanie robotników za granicę będzie wymagało wzmożonej kontroli, bo wyrosną nam obozy pracy. To są koszty za które zapłacimy my wszyscy a nie tylko właściciele biznesów. Jeżeli nie ma pod ręką pracowników, to może pomysł na biznes powinien być nieco inny. Ostatnio coś nasz zarzund zaostrza kryteria przyznawania pozwoleń na pracę, pojawiły się już pierwsze artykuły o tym jak Kolumbijczycy będą cierpieć. No cóż, mogą poszukać pracy w Hiszpanii, która ma duży wzrost gospodarczy, więc powinno być sporo roboty dla ludzi posługujących się językiem hiszpańskim. Nie jesteśmy w stanie zbawić całej Kolumbii, mamy swoje własne kłopoty i kłopociki. Rozwiązywanie  problemu konkurencyjności przez sprowadzanie taniej siły roboczej podoba się mła znacznie mniej niż rozwiązywanie takiego problemu przez innowacyjność, zmiany w produkcji, czy cóś.  A co z migrantami? Oni na tym wszystkim też nie wychodzą najlepiej. Im dalej od domu rodzinnego zawędrują, tym dla nich mniej ciekawie. Z jednej strony niby dostęp do dobrobytu, taa... powiedzcie to robotnikom, którzy budowali Dubaj, z drugiej strony zwyczajny wyzysk i często, gęsto niechęć miejscowych, których wkurza masowe pojawienie się ludzi o innych normach kulturowych, wyznających inne wartości i zmieniający ten swojski świat, do którego byli przyzwyczajeni. Łatwiej psioczyć na migranta, niż na tego, który go zatrudnia, więc obrywają jak ten Cygan za kowala.

środa, 19 sierpnia 2026

Lotnisko a sprawa polska - zamiast prasówki

"Malutkie lotnisko, ch... wie komu potrzebne, ale jest" 

Marek Belka - łodzianin 

Ten tekst sprawę lotniska w Łodzi traktuje jako pretekst do zastanowienia się nad naszą Polską samorządową, która pilnie wymaga reform. Zastanawiam się też czy nie wymaga postawienia nadzorcy z batem. To co dzieje się w samorządach w RP, niezależnie od tego czy są  to samorządy z lewa, prawa, czy nie wiadomo skąd, woła o pomstę do nieba a potem o stały nadzór CBA, prokuratury itd. Po prostu państwo samorządowcy odlecieli od bazy w kierunku  Księżyca i trwa obecnie  na pokładzie tego statku kosmicznego, którym lecą, bal i nikt nie zwraca uwagi na to że nazwa tej kosmicznej jednostki to "Titanic". Bawmy się we władzę, podatnik zapłaci.  Za kontrakty lekarzy zawierane przez dyrektorów szpitali z politycznego nadania, za kolejne osiedla wybudowane ku chwale dewelopera i firm inwestujących w mieszkania na najem, które nikomu ich nie wynajmują, bo poniżej pewnej kwoty za wynajem zejść nie mogą, za setki rachitycznych, świeżo nasadzonych  drzewek, które zeszły w pierwszym sezonie po posadzeniu i nie ma szans by zastąpiły to co wycięto "żeby było ładniej" itd.  W Mieście Odzi patologia samorządowa bije po ślepiach, bo nasza władzuchna miastowa trwa na posterunku od 16 lat. Dokładnie tyle ile rzundziła w Reichu "słuchająca ludu"  Angela Merkel, popularna swego czasu nad wyraz. Dziś Niemcy płacą rachunek za te rządy, ciekawe ile Miasto Ódź zapłaci za tak długie rządy obecnie panującej nam ekipy? Tak, tak, panującej to właściwe słowo.  Jedną z nielicznych dobrych rzeczy, które zostały nam po  rządach PiSdniętych et consortes, jest ustawa ograniczająca kadencyjność w samorządach, która ma zresztą łódzką proweniencję, bo przeca PiSdnięte nie mogły przeżyć że upieprzenie prezydenta Miasta Odzi z konkurencyjnego ugrupowania się nie powiodło.  Szkoda że to dalej nie poszło i nie wlazła ustawa o ograniczeniu kadencyjnym dla parlamentarzystów, ale parlamentarzyści jak wiadomo uchwalają prawo dobre dla parlamentarzystów. 

No dobra, przechodzimy do mięska, czyli sporu o stanowisko prezesa lotniska w Mieście Odzi, które to lotnisko nosi wdzięczną nazwę Lublinek. Lotnisko pasażerskie powstało jako inwestycja miejska w czasach prezydentury Kropy "Zdejmij czapkę ch..u", bowiem Kropa był ambitny. Od początku był z Lublinkiem pewien problem, ponieważ lotnisko wisiało na miejskich funduszach a jak wiadomo tanim liniom lotniczym trza dopłacać do latania, żeby inwestycja jakoś chodziła. Ten układ działa, w sytuacji kiedy samorządom opłaca się komunikowanie rejonu ze światem, koszty się zwracają i wogle. Miasto Ódź było i jest taką potęgą że za swoją siatkę połączeń z lotniska samo płaciło, w sytuacji w której za taką siatkę połączeń na innych  lotniskach zjednoczonych w przedsiębiorstwie PPL,  płacą marszałkowie województw. Skutek jest taki że siatka połączeń lotniska jest marna a Lublinek generuje straty idące w miliony. Co robi z tym miasto? Miasto powołuje prezesa z politycznego nadania, w nadziei że przyklepie gówno łopatką, posypie cukrem i sprzeda jako ciasteczko. Kiedy nadchodzi pokoleniowa zmiana warty w partii miastem rzundzącej i ograniczenie kadencyjności uniemożliwia trwanie starej ekipy, trza zamienić  ludzi związanych ze starym zarzundem, na tych związanych z ludźmi na których stawia partia. Pretekst się zawsze znajdzie, wystarczy łopatką trochę tego cukru z gówna strącić. Nasz zarzund miejski czekał rok na wyrażenie niezadowolnienia po kontroli za rok 2024,  ale teraz się wziął "na poważnie" do robienia porządków. Ponieważ trudno mu się doczepić do tego co wielokrotnie wynosił pod niebiosa jako świetne zarzundzanie, czepił się wydatku rzędu  sześćdziesiąt parę złotych wydanych nocną porą na "spotkanie z kontrahentami",  który to wydatek jest śmieszny w obliczu wydatków "reprezentacyjnych" magistratu. Powszechną wiedzą jest że  tu nie chodzi o nic innego jak tylko o wsadzenie przez ekipę obecnego faworyta partii w walce o urząd prezydenta miasta w przyszłych wyborach,   swojego człowieka. Zwracam uwagę że piszę tu o faworycie partii a nie faworycie wyborów, bo nie jest on osobą mającą charyzmę Pani Hani.

Rządząca miastem od  lat ekipa ma "racjonalny pomysł na Łódź". Budujemy, gdzie się da,  wszystko jedno co, byle można zlecić kolejne zamówienia na roboty budowlane. W efekcie tych działań mamy permanentnie rozkopany plac budowy z  bałaganem. Od sześciu lat mamy działania wspólne, tzn. do zabaw UMŁ przyłączyło się PKP.  Skoro niekompetentne do bólu drążenie jednego tunelu kolejowego zakończyło się katastrofą budowlaną,  w wyniku której ludzie stracili mieszkania i często dorobek życia, zaczynamy tuż obok,  równie niekompetentnie,  drążyć kolejny tunel,  zamykając fragmenty centrum miasta na kolejne lata. Oczywiście o naprawienie krzywd będzie się toczyć batalia sądowa, no bo kto ma płacić za mieszkania, kto ma płacić odszkodowanie i takie tam obsrywantes.  Przymusowo wysiedleni zioną ogniem, czemu nie ma się co dziwić. Nawet jak coś funkcjonuje całkiem nieźle,  tak jak OB albo duży miejski Las Łagiewnicki,  to kombinujemy, żeby rozpocząć tam jakąś budowę i rozpieprzyć kolejną część miasta.  Jeszcze ekologię bierzemy na sztandary,  tylko sieci ciepłowniczej nie budujemy w partnerstwie z firmą, której elektrociepłownie miejskie sprzedano, bo to nam jakoś do głowy nie przychodzi. Jest takie podejrzenie że nasze lotnisko z marną siatką połączeń będzie wymagało niedługo remontu i trzeba będzie rozpisywać przetargi, a jak wiadomo rozpisywanie przetargów wywołuje we władzach samorządowych, nie tylko w Cebulandii, kosmiczny orgazm. Być może to przyspieszyło wykopek pani prezes od lotniska. Odzianie wzdychają, bo mają świadomość że zaraz będziemy dopłacać,  do tego to zbyt wygodnego chlewu dla politycznych pociotków,  którzy muszą się nażreć. Strata 30 milionów? 100? To przecież  tylko liczby, dopłacić trzeba, "bez tego Łódź padnie i jej nie będzie" i "miasto się wyludnia".  Łatwiej by nam szło to przebolenie strat, gdyby istniał jakiś realny gryplan, rozkład jazdy, harmonogram, gdybyśmy wierzyli że to kwestia posiadania lotniska a nie jedynie chlewika.

Jednakże powoli, powoli narasta w mieszkańcach Miasta Odzi wkarw. Taki na wszystko, ze szczególnym uwzględnieniem chlewu. Są nawet tacy, którzy dość głupio marzą o ziszczeniu się czarnego scenariusza dla Lublinka,  czyli stanu kiedy zużyta infrastruktura lotniska, brak lotów spowodują że finanse miejskie jakoś będą wyglądały,  bo historycznie najmniejsze straty lotnisko miało w czasie pandemii,  kiedy nic z niego nie latało. Naiwni,  łódzkie lotnisko to przechowalnia etatów dla znajomych obozu prezydenta miasta oraz partii rzundzącej. Nawet jak się nie latało to pensyjki się płaciło, tylko wtedy za to buliło nie tylko miasto, nieprawdaż? Są też tacy, którzy uważają że już teraz czas miejskie lotnisko zaorać, czy też raczej spuścić na łeb wojsku , bo przeca nadejdzie CPK i Miasto Ódź będzie miało szybką kolej i lotnisko międzynarodowe w odległości 96 km.  To że będzie duży hub lotniczy w pobliżu, nie oznacza że można w pobliżu zaorać wszystkie lotniska. 96 kilometrów to jednak dość dużo, ledwie 40 km mniej niż na Okęcie. Na razie nasze miejskie władze muszą  przełknąć zniknięcie z siatki połączeń lotów z Lublinka na lotnisko Charleroi leżące około 60 kilometrów od Brukseli.  Jeszcze mamy loty do Bergamo - Orio al Sero, z którego mamy 52 kilometry do Mediolanu.  Późne loty, mało połączeń, ale samoloty nie latają "na pusto", dwie godziny do Wrocławia, dwie godziny do Poznania, do dwóch godzin  do Pyrzowic i na Okęcie a ludzie z Miasta Odzi i okolic chcą szybko dotrzeć na miejsce, nawet jeśli trzeba lecieć niemal  nocnym lotem.  Może w lotnisko trzeba zainwestować większe pieniądze, rozbudować port, kupić systemy, zbudować hangary, połączyć z autostradą? Może zatrudnić kogoś z zewnątrz, kto będzie kumał że ludzie jeszcze długo będą latać i będą sobie cenić wygodę? Może trzeba zacząć myśleć?

Obawiam się że samorządność nasza miejska tego nawet nie zakłada w najśmielszych snach, zadaniem samorządowych wg. ich mniemania, nie tylko łódzkich,   jest głównie gigantyczna współpraca z deweloperką, tworzenie spółek miejskich, będących przechowalniami dla krewnych królika, dojenie UE, robienie PR i przede wszystkim trwanie i to najlepiej zgodnie z  prawem jak najmniejszego wydatkowania energii.  W przypadku naszego łódzkiego zarzundu z trudem dotarło że współczesna industrializacja oznacza wyprowadzanie przemysłu do osobnej dzielnicy, z trudem dociera że posiadanie lotniska oznacza że deweloperzy nie mogą w jego pobliżu niczego kupować, bo będzie to generować dla lotniska koszty, ciekawe czy z trudem do nich dotrze dlaczego przegrali wybory a to powolutku zmierza w tę stronę, bo ludziska coś nie pokochali "młodego, rzutkiego wiceprezydenta", w którego zakres łobowiązków wchodzi nadzór  nad urbanistyką, planowaniem przestrzennym, ochroną zabytków oraz współpracą krajową i zagraniczną.  Wicie rozumicie, wyborcy potrafio przeczytać menadżer do spraw rozwoju Savills i zorientować się czym zajmuje się ta firma.  Styk biznesu z politykami to zawsze śliska sprawa, kiedy ludzie z biznesu przechodzą do polityki jest jeszcze bardziej ślisko. Zresztą podobny problem jest w Krakowie i zwrot kasy do tatusia, też niczego  tu nie gwarantuje. Wiecie jak to jest, pracować się już w biznesie nie pracuje, ale powiązania zostają. Przykre jest to że nadal my wyborcy jesteśmy w sytuacji że zamienił kijek siekierkę na kijek, bo problemem nie jest zmiana polityczna tylko samo funkcjonowanie tego samorządowego układu. To system jest chory i jedyne co mła do głowy przychodzi to przynajmniej pięcioletnia karencja przy przejściu z biznesu do obejmowania decydenckich stanowisk w samorządach czy administracji. Tylko z tą karencją to u nas tak w ogóle tego... ten... Ech, powzdycham sobie.

sobota, 8 sierpnia 2026

Frustracja to ładne imię dla dziefczynki, dla chłopca dobre jest Wykluczony.

Zawsze kiedy trzeba mła podnieść ciśnienie dołujące w wartościach zapaściowych, mła może liczyć na Wyborczą. Odkąd nastąpiła pokoleniowa zmiana warty wśród redaktorów, czyli od ponad dekady z solidnym hakiem, mła czyta głównie info socjo - kulturalne i takie tam felietony i wywiady. Chyba przestanie, bo czuje że powinna jakąś gazetę dla seniorów czytać, żeby jej szlag nie trafił. Do czego mła się odnosi? - do wywiadu z panią Zofią Urbanek, antropologiem ( oczywiście w GazWybie stoi "antropolożka"! - szczęśliwie do redachtórek i redachtorów jeszcze nie doszło że to forma sugerująca zdrobnienie, bo by stało "antropologa" albo jakoś podobnie ). Wywiad dotyczy "wykluczania kobiet", czyli "wykluczania matek" z przestrzeni publicznej, z powodu posiadania dzieci. Chłopy zdawa się nie są wykluczane, albo tego tak nie odczuwają. Dzieci wykluczone są przede wszystkim.  Im mła bardziej się  wczytywała, "tym bardziej Prosiaczka tam nie było". Mła doszła do wniosku że ktoś tu oderwał się od bazy, albo to mła, albo "antropolożka". Mła jest w stanie przyjąć że to ona jest oderwana, bo jest starą rurą a Urbanek Zofia standardową przedstawicielką Polek, ale jako stara rura zawsze mogę pogderać i wytknąć młodszym ludziom brak konsekwencji, bajdurzenia chceniowe  i zamierzam to uczynić, żeby potem nie było że wiedziałam a nic nie robiłam.

Zacznę od tego że dzieciństwo kiedyś było faktem fizycznym ale z byciem faktem społecznym to już tak...tego... nie ten. No wicie rozumicie, człek niedojrzały to taki niedorobiony, wstydliwa głupota, trza to ukryć. Dzieci ludzi bogatych mogły  w ramach nagrody widzieć raz na jakiś czas rodziców, mogły być portretowane z rodzicami, choć bardziej tu chodziło o podkreślenie roli rodzica a nie dziecka, natomiast społecznie praktycznie nie istniały. Bytowały w pomieszczeniach oddzielnych,  pozamykane z niańkami, bonami i guwernantkami lub guwernerami, dostawały swoje jedzenie, często ohydnie jednostajne, żeby im się nie fiknęło na jakieś zatrucie. Nie przywiązywano się do nich przesadnie, bo umieralność była duża i mogły szybko powiększyć grono aniołków. Interesowano się dziećmi bardziej dopiero w momencie kiedy zaczynały dojrzewać i mogły już stanowić zasób rodziny. U biedaków było paskudniej, bo dziecię jeżeli chciało przeżyć, to musiało szybko zacząć pracować. Parolatkom jeszcze 100 lat temu powierzano opiekę nad młodszym rodzeństwem a na wsiach wypas gęsi, nieco starsze wypasały krowy. Przed 10 rokiem życia mało które dziecko ludzi niezbyt zamożnych  nie pracowało. To była norma. Jak zatem widzicie dzieciństwo współcześnie rozumiane to naprawdę świeża sprawa. Jeszcze Antoni Słonimski tworzył prześmiewcze teksty o dzieciach - ""Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nieprodukująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania, wykształcenia, niegrzeczna i brudna."  Zabawne to, o ile sobie człowiek nie uświadamia że w czasie dzieciństwa Słonimskiego powszechne było właśnie takie nastawienie do dzieci w środowisku jakby nie było inteligenckim.

Teraz szerokie tło. Mła nie ma jeszcze demencji i jakoś tam kojarzy, dlatego, kiedy spływają dane o tym że przyrost naturalny zmniejsza się na całym świecie, nawet zwalnia w Afryce, to widzi w tym nie tylko zagrożenie dla systemów emerytalnych, jak to robią politycy, którzy myślą krótkoterminowo, tylko długofalową zmianę strategii utrzymania się przy życiu gatunku.  Bardzo biologicznie do tego podchodzę. Żeby taka strategia zadziałała konieczna jest zmiana priorytetów jednostek i zmiana tego, co uznają one za godny standard życia. Taka zmiana zaczęła się dokonywać na przełomie wieków XX i XXI. To jest zjawisko powszechne, które państwa z wysoko rozwiniętą gospodarką usiłują łagodzić, podkreślam łagodzić, bo zmienić nie są w stanie, zwiększeniem socjalu, szczególnie dla rodziców.  Trwa ogólne pitu - pitu jak to będziemy tych w wieku rozrodczym dopieszczać, tylko jakoś nikomu nie chce przejść przez gardło, ani spłynąć na klawiaturę, że ludzie nie chcą mieć dzieci, bo ich posiadanie nie jest konieczne im do szczęścia. Dzieci dziś nie są ani zabezpieczeniem starości, czyli nie spełniają tradycyjnej roli w jakiej je widziała przeważająca  większość społeczeństw, w tym i nasze jeszcze 100 lat temu, ani nie są aż tak często samą radością dla swoich rodziców, szukających spełnienia poza macierzyństwem i ojcostwem. Mła nie ocenia, mła stwierdza - jest, jak jest - dzieci nie są gwarantem przyszłości i dzieci mogą być przyczyną frustracji. Dzieci jako grupa społeczna straciły na znaczeniu, społeczeństwo nie jest już tak skłonne do rozumienia "procesu dzieciństwa", coraz więcej wśród nas  wołów, które  zapomniały jak to jest być cielakiem. Z tym faktem ciężko mierzyć się niektórym rodzicom, którzy z tego społeczeństwa wyalienowani nie są i żyją jego wartościami, usiłują oni walczyć z rzeczywistością, czasem bardzo dziwnymi środkami. 

Jedną z przyjmowanych postaw jest wprowadzanie dziecka w, że tak to określę, "szeroki obieg społeczny". Dziecko nawet w okresie niemowlęcym ma prawo uczestniczyć we wszystkim, począwszy od odwiedzania restauracji, poprzez odbywanie dalekich podróży, by "wypocząć" w tropikach, na uczestnictwie w filharmonijnym spędzie,  na którym wykonuje się III koncert Rachmaninowa kończąc. Oczywiście z punktu widzenia rozwoju dziecka i jego dobrostanu to jest absurd i skłania otoczenie do całkiem uzasadnionych podejrzeń że rodzice tak traktowanego dziecka nie dorośli do roli, którą wykonują. Kiedy czytam że "na obecność dzieci we wspólnej przestrzeni jest agresywna, systemowa nagonka", to zastanawiam się od razu w jakiej przestrzeni?  Na placach zabaw przy marketach w centrach handlowych, w tych wszystkich Jakichśtamlandach,  w basenach hotelowych przy których uwijają  się tzw. animatorzy zabaw dla dzieci, w kinach, w teatrach z przedstawieniami dla milusińskich? Społeczeństwo wydziela z przestrzeni wspólnej miejsca dla dzieci, takie w których dzieci są bezpieczne i mogą się integrować z rówieśnikami. Nie jest winą  społeczeństwa że rodzice dzieci się w takich miejscach nudzą, dojrzali ludzie tę nudę pokonują.  Argument  że ograniczanie socjalizacji dziecka do placów zabaw i parków to tworzenie mu sztucznego, nierzeczywistego środowiska jest durny, bo nikt rozsądny nie bierze niemowlaka, czy trzylatka  na techno party z popijawą żeby się życia uczył i ten argument  mówi raczej o frustracji rodzica, którego normy społeczne zmuszają do zajęcia się dzieckiem zamiast do korzystania z rozrywek.  Mła jest na tyle stara że wie że każdy wiek ma ograniczenia, katowanie niemowlęcia wakacjami w tropikach jest dla mła tak samo ciężkostrawne, jak katowanie społeczeństwa polityką prowadzoną przez zdemenciałych staruszków. Wicie rozumicie, jest czas siania i czas żęcia a zdaniem mła ludzie kombinują bardzo durnie że żadnych ograniczeń nie ma, bo człowiek się nie zmienia, choć wszystko wokół zapewnia nas że jest odwrotnie i że każdy w swoim tempie zmierza od półświadomego początku do nieuchronnego i często półświadomego końca.

Co mła zatrzęsło w tym wywiadzie z "antropolożką"? -  prowadzenie wykładu dla studentów z dzieckiem. Sorry, to nie jest ten rodzaj pracy, który zdaniem mła wykonuje się z dzieckiem. To nie grupa zbieracko - łowiecka, gdzie gromada kobiet z dziećmi zawiniętymi w chustach i dostawionymi do cyca, zbiera owoce, czy tam inne nasiona, to jest praca która wymaga skupienia intelektualnego od wykładowcy i od ludzi, którzy słuchają i nie powinni się rozpraszać. To nic innego tylko brak szacunku, dla ludzi, którym przekazuje się wiedzę, nadużywanie pozycji. Jeżeli będziemy w ten sposób podchodzić do wykonywania zawodu, to doczekamy się dzieci na salach operacyjnych i w izbach zatrzymań, czyli w miejscach, w których absolutnie nie powinny przebywać, bo ich przebywanie stanowi tam zagrożenie zarówno dla nich samych, jak i dla innych. Po prostu każdy marzy o tym by mamusia i tatuś obsługujący wyrzutnie z rakietami balistycznymi mieli przy sobie płaczące dziecko. Pani "antropolożka" nie widzi daleko idących implikacji swojej postawy, ona przekracza bariery, nie zastanawiając się dlaczego takie bariery istnieją. Szczerze pisząc to mam gdzieś czy dziecko śpi, czy ryczy, są miejsca pracy, które nie są dla niego odpowiednie i szlus.  Tu nie mamy do czynienia z takimi czy innymi poglądami, tylko ze zwykłą głupotą. Dla mła to kolejne potwierdzenie że od wykształcenia niektórym rozumu nie przybywa, co uważa za smętne. 

Kolejnym źródłem nieporozumień jest zakładanie że wspólnota działa w interesie jednostki, wspólnota działa w interesie wspólnoty, tak było, jest i będzie. Sfrustrowani byciem rodzicami zakładają że wspólnota się dostosuje i zareaguje aprobatą na radosny indywidualizm dziecka, wyrażający się w bieganiu między restauracyjnymi stolikami, czy w kopaniu fotela współpasażera zbiorkomu. W naszej kulturze, w przeciwieństwie do krajów łacińskich, prawo osób dorosłych do spokoju jest dość mocno egzekwowane. Jak dla mła to  rodzice usiłują być tego nieświadomi i zakładają pajdokrację, żyjąc w społeczeństwie, które nieprzesadnie przejmuje się dziećmi. Jest krzyk, że wspólnota nie dorosła i dzieci są  ograniczane a wspólnota nie wspiera. Jak ktoś tu nie dorósł to "antropolożka". Koncepcja, która  opiera się na wspólnocie, jak to drzewiej bywało,  zakłada że wspólnota ma prawo reagować na zachowania dzieci. Krótko pisząc - wspólnota wtrąca się w wychowanie dzieci, czasem w sposób niechciany przez rodziców.  Im więcej w kwestii wychowania dzieci do powiedzenia ma wspólnota, tym mniej do powiedzenia mają rodzice. Nie wiem czy ten model odpowiadałby Urbanek Zofii, bo to oznacza że ludzie mogliby zareagować na to w jaki sposób moderuje zachowania własnego dziecka i to nie tylko zwracając jej uwagę, tylko jak w Skandynawii donosząc do urzędu że jest niewydolna wychowawczo. Wsparcie wspólnoty to cały pakiet, nie można sobie wybierać, tego chcę a tamtego tu już nie. Chcesz mieć wsparcie wspólnoty to przyjmujesz jej zasady. Społeczeństwo indywidualistyczne, jakimi jest większość społeczeństw Zachodu,  spodziewa się że to rodzice zajmują się dzieckiem i biorą za nie odpowiedzialność, tak to działa. Małe dziecko ma swoje potrzeby, a obowiązkiem rodziców jest ich zaspakajanie, społeczeństwo ma dbać żeby rodzic wypełniał te obowiązki i dziecku nie stała się krzywda. Tyle tego wspólnotowego wsparcia.

Teraz mła napisze cóś kontrowersyjnego - odnoszę wrażenie że coraz więcej dzieci ma dzieci. Dlaczego? Bo to takie infantylne oczekiwać że świat się dla Ciebie zmieni, prawa biologii przestaną istnieć a życie będzie lekkie, łatwe i przyjemne. No i jeszcze wszyscy wokół życzliwi i bez trosk. Od dawien dawna macierzyństwo i ojcostwo zmieniało sytuację ludzi w społeczeństwie, nie zawsze na korzyść. Taka zmiana to norma, związana jest z przejęciem nowych obowiązków i nowych wyzwań. Tak, bywa to męczące, ale co na tym świecie nie jest męczące? Zamiast pieprzyć głupoty wynikające z frustracji normalnym życiem, może pocieszyć się choć trochę dzieciństwem własnych dzieci. Ono przecież tak szybko przeminie, dzisiaj maluszek a jutro już szanowna pani i szanowny pan. Przecież te błogie uśmiechy z bardzo durnych powodów, usiłowania prawidłowego umieszczenia się na nocniku, odkrywanie smaków, tego że się istnieje,  to całe tworzenie się dojrzałego człowieka jest za każdym razem niepowtarzalne. Proces obserwowany z bliska, intymny, bo dotyczący osoby najbliżej z nami związanej. Nie do skopiowania. No a mła tymczasem odnosi wrażenie że niektórzy  rodzice wcale nie są zadowoleni z faktu że są rodzicami, tylko się cholera cofnąć tego nie da. Więc szukają kogo by tu obarczyć tym własnym niezadowoleniem z powodu tego że gnojek jeden śmie mieć własne potrzeby, społeczeństwo żąda zajęcia się jego wychowaniem a rodzic się realizować nie może ( złej baletnicy itd. ! ). Biedne te dzieci w roli ciężkich garbów. 

Dziś za ozdóbstwo robią krasnoludkowe obrazki Heinricha Schlitta a w Muzyczniku stosowna muzyczka. Na komentarze odpowiem później, internet świeżo odzyskany po burzach. 

niedziela, 2 sierpnia 2026

Meldunek sierpniowy - zwięzły.


Meldunek krótki i zwięzły. Okularii nadal nie ma, Gienia po operacji, którą ciężko zniosła, mła na pańszczyźnie u  kociamberstwa Dżizaasa i Jądrzeja, takiej dłuższej bo planowanej od roku. Koty własne obrzydliwie się zachowują względem mła, znaczy zdrowe. Mrutek to w ogóle sobie pozwala, mła jest trochę przerażona skalą jego roszczeń wobec niej, zdawa mła się że Mruciu usiłuje sobie uzurpować pozycję, która należała do Jej Szpagetkowatości. Jestem stanowczo przeciwna zarzundzaniu światem przez Mrutka. Byłam na imprezce działkowej u Gosi, został przedstawiony mały Igorek, szczenięca, spanielkowa słodycz. Z imprezki oprócz przepełnionego żołądka przywiozłam kleszcza wbitego w zgięciu kolana. Rumienia wędrującego, ani innych świństw nie ma, dzięki Najwyższemu. Mimo upału musiałam zrobić większe zakupy, wyprzedaże były, to uzupełniłam kosmetyki żeby tak na parę miesięcy starczyło ( zamierzam wypilingować gębę i nałożyć maseczkę, ciągle jestem pełna nadziei że choć na ryjcu mła się wygląd poprawi! ) i kupiłam bezczelnie ceramiczne domki, które przecenili o ponad 50% i jeszcze dowalali po jednym za jednego grosza. Po młowemu to wreszcie ich cena uległa urynkowieniu, bo jeżeli coś się nie sprzedaje w ciągu 12 miesięcy, to widać było za drogie. Inna sprawa że się mogły ludziom nie podobać, wiecie że mła ma tzw. "limfatyczne gusta" ( jak przez mgłę do mła dociera że to chyba określenie wymyślone przez Helenę Mniszkównę ). Po upałach zamierzam przystąpić do robienia paczek roślinnych. Na razie popijam melisę w letniej filiżance i oglądam kwitnienie kaktusów, w tym roku czadu dają tylko gymnolki.


Fotki zdziśki a w Muzyczniku pokłosie po obejrzanym przez mła enty raz "Sanatorium po klepsydrą".  Mła nie tak dawno pisała o "Odysei" wg. Nolana, no cóż, film Hasa to jest jednak całkiem inna półka. Rzecz o rozpadzie i przemijaniu, robiona na z pozoru nieprzetłumaczalnej na język filmu literaturze, nie tylko da się obejrzeć po 50 latach, ona nadal wbija w fotel. Noż qurcze, lata 70 i część lat 80 XX wieku to były złote lata polskiego kina. Mła tak pisze nie dlatego że mła była chłonąca wówczas jak gąbka, po prostu formalnie nasze kino było odjazdowe. Zresztą kino europejskie w tych latach było kinem przez duże K - Tarkowski, Paradżanow, Herzog, Wenders, Malle, Bergman, Fellini. Mój boszsz... i żadnych durnych franczyz, co najwyżej jaki remake wstydliwy. Ech...