wtorek, 6 grudnia 2022

Codziennik - donosownik uprzejmy


Uskuteczniamy świąteczności, tak w średnim tempie  bo pogoda nam nie sprzyja. Jedno szczęście  że Małgoś postanowiła zejść dopiero po podwyższeniu zasiłku pogrzebowego, więc się trzyma jako tako, bo ona z tych dotrzymujących postanowień. Nie jest świetnie,  jest mniej jako niż tako i trza nam z tym żyć. Na szczęście umysł Małgosiny nadal żyleta, mła w nim pokłada największą nadzieję. Pogoda jest dodupna i jest baaardzo miejsko. Mła otwiera okna coby powietrzyć, musi  robić  to bladym świtkiem, zanim ludzie zaczną palić świństwem różnym. Zwykły smrodek węglowy to  aromaty cudne były przy tym co teraz się z kominów niesie. Hym... nawet nie wiem czy te drony kontrolujące jakość  dymów wydobywających się z kominów jeszcze latają, cóś mła mówi że jak  już latajo to tam gdzie są domy podłączone do sieci elektrociepłowni.  Jest jak jest, trza znieść smrody z godnością i optymistycznie założyć że śmieci mniej będzie na wysypiskach. Każdy medal ma dwie strony, nieprawdaż?

Mła  ma w ogóle wrażenie że w tym roku dużo  rzeczy musiała znieść,  Małgoś twierdzi że za to mła  się należy wycieczka do Brazylii. Jak na razie to mła może będzie stać na wycieczkę do Pabianic. Podobno spada inflacja, pewnie  lokomotywy  potaniały  bo  po sklepowych rachunkach cóś tego spadku nie widać. Koty bardzo niedobre, znów mam wrażenie że jestem kelnerką na bankiecie ich życia. Mam nadzieję że ta niedobroć kocia nie przejdzie na Małgoś. Mogłaby przeleźć przez osmozę czy cóś jak fluidowanie, bo zalegają razem z Małgoś. Sławencjusz po badaniach, wyszło to na co z Mamelonem stawiałyśmy. Jemu po tych wynikach tyż ulżyło. Uff... znaczy. Mła ustroiła  kuchenny stół, w końcu dziś Mikołajki. Do pierniczenia się nie zabrała bo się nie złożyło. No i Małgoś dziś dużo spała, więc byłoby bez jej uczestnictwa. A bez uczestnictwa Małgoś to jakby nie pierniczenie, co najwyżej zwykły wypiek. Może jutro się uda. No i to by było na tyle. Zamiast Muzycznika mój ulubiony konserwatysta, he, he, he.

niedziela, 4 grudnia 2022

Codziennik - w krateczkę

U nas w krateczkę, Małgoś pociesza się że jej spadek formy nie skończył się tak jak ten, który wieść gminna przypisuje Wujkowi Wowie. Spierdolamento ze schodków  z posrywem to  taka prawda nieprawda, ale Małgoś wydaje się jadowicie usatysfakcjonowana że  o możnych tego świata krążą takie radosne  opowiastki. Hym... nic współczucia, mściwe "Dobrze tak, staruchowi jednemu"  padło z tych niemal prawie sto lat liczących usteczek. Nad sobą Małgoś się nie użala, bardzo za to przeżywa szpitalnictwo Sławencjusza.  Jej zdaniem mogą zamorzyć Sławencjusza  w szpitalu, więc namawia mła na akcję ratunkową, znaczy sprawdzenie  czy aby nie morzą głodem i interwencję. Cóś z tym morzeniem jest na rzeczy, Sławencjusz wczoraj przesłał Mamelonu zdjęcie obiadku, ponoć zimnego. Mła przyznawa że widok łyżki kaszy i kawałków gotowanej, fuj, wątróbki oraz tzw. surówki czyli wiórków z marchwi,  był mało apetyczny.  Dziś w związku z tym  jedziemy z akcją ratowniczą, wyposażone będziemy w bardzo delikatne jedzonko coby Sławencjusz dohtorom kłopotu nie sprawił.  Na jedno szczęście nic się u niego nie rozbujało, Mamelon przygraża że Sławencjusz będzie pieszo chodził do piekarni po chlebek w ramach rekonwalescencji i skończy się samochodowanie do miejsc oddalonych   o "trzy kroki". To i tak dobrze, zdaniem Małgoś ze Sławencjusza taki młodzieniaszek że w piłkę kopaną  jeszcze powinien pograć. I cóś jakby realistycznie dodaje że wcale nie byłby gorszy niż niektórzy z naszych piłkarzy. Mła co prawda nie ogląda sportowych transmisji  ale docierają do niej via Małgoś, Januszek i Hania info o tej marności w  wykonie naszych reprezentantów.

Mła usiłuje ogarnąć temat świąteczny. Ma już zarobioną część ciast, posiekane bakalie do keksów, wymyte i naszykowane  formy. Są nawet rozrobione lukry i zakupione cukrowe i czekoladowe ozdóbstwa do ciast. Teraz przed nią jeszcze pakowanie prezentów i w końcu może uda się mła zabrać za pierniczenie.  Małgoś ćwierka żeby nic nie planować, wtedy jest szansa że trafimy na właściwą, tą jaśniejszą część losowej kratki i pierniczenie się uda. Mła więc udawa  przed samą sobą że nic nie planuje , coby się nie pofyrtało. Przed mła tyż  tworzenie zimowych dekoracji, na kuchennym stole jeszcze jesiennie. Podobnie jest u Mamelona, jak się  człowiekowi  gmatwa to jakoś nie ma głowy do zabaw domowych. Mła  zatem nadal niucha gorzką woń chryzantem a nie żywiczne zapachy igiełek. Nic to, mła się grudniowo ogarnie i cóś tam upituli w tym bałaganie. Okien dla Jezusa  myć nie będę, mój własny Malusieńki zwykł się zadowalać jako takimi porządkami i dekoracjami. Koniec  z wyrzutami sumienia że bałagan, bordello i kto wie czy karaluchy się już nie skrzykują  coby zasiedlić te stosy papirów u mła. Co roku o tej porze mam niemile poczucie że  nie robię wszystkiego co powinnam, won z tym. W końcu najważniejsza w świętach jest tzw. atmosfera a do wytworzenia tej  to mła wcale nie potrzebuje nieskazitelnego błysku szyb, mła wystarczy oczekiwanie na cud w domowym bajzlu z jako chujinkopodobnym tworem. Wczoraj mła  przygotowała  kartony do paczkowania i wyciągnęła papirki coolorowe, jakoś te zabawy bardziej  do niej przemawiają niż pucowanie okien. Mnie to tam czyste okna wielkiej radości nie sprawiają a robienie prezentów jak najbardziej.  Mam nadzieję że i inszym radość z nich będzie. A szybki niech się kurzą.

Dzisiaj za ozdóbstwo robią karteczki autorstwa Helen J. Maguire i Louisa Waina. W Muzyczniku całkiem insze pienia świąteczne.

środa, 30 listopada 2022

Codziennik - wyczekiwany koniec listopada

 
Nie powinno się zaczynać zdania i wpisu od no więc, no więc mła od tego nie zacznie. To będzie wielkie osiągnięcie w tym tyźniu, mła ma ostatnio wyraźnie pod górkę i kiepsko u niej z osiągami. Małgoś  nie w formie i jakby było mało rozchorował się Sławencjusz. Raczej nie po złym covidzie tylko po starym choróbsku wzmocnionym działalnością własną. Przeżywamy to łącznie z Małgoś, dla której Sławencjusz jest młodzieńcem, który nie powinien chorować bo cóś na to za młody. Mła współczuwa Mamelonu, której przyszło "znosić pociski zawistnego losu" resztką sił i biednemu Sławencjuszowi  który żyje obecnie tak na pół gwizdka i zmuszony jest "... stawiwszy czoło  morzu nędzy Przez opór wybrnąć z niego". No dodupnie, Sławencjusz znów będzie  mieć kontakt z mendycznymi i daj boszsz... żeby na jakiego prawdziwego  medycznego wśród nich trafił.

 
Na świecie Rosjanie  są nadal niepocieszeni że nie są jedynymi na nim Ruskimi, w Chinach  cóś tam bulgocze a u nas coraz mniej ludzi zwraca uwagę na występy krajowych politycznych, bo  ileż można durnot słuchać czy oglądać. Mła jest czujna, no nie dowierza polytycznym ale się nie wgryza w info. Co najwyżej fiksacja covidowa z niej od czasu do czasu się wyleje albo nadmierna lewoskrętność czy  nadmierna prawoskrętność ją do konwulsji doprowadzi. Krajowe występy mła nie interesują bo zrobiło się na tyle poważnie że nikt nam na jakieś polki siuśki nie pozwoli. I w tym  miejscu  mła doda  że wszystkim tym, którym wydawa się że my obecnie robimy za tzw. państwo średnie to wejście pod zimny prysznic  się przyda.

 
Koty mają mła gdzieś, przeniosły się do babi, znaczy zalegają na Małgoś. Oczywiście Szpagetka na klacie "bo ona jest taka malutka", reszta albo w nogach poleguje albo obstawia szafy. Pasiak zafascynowany Małgosinym piecem, mła wygłosiła stosowną pogadankę, Pasiak patrzył na mła wygłaszająca przemowę  jak na kretynkę, która ciamka o oczywistościach. Koty robią Małgoś dobrze na apetyt, z którym jest ostatnio u niej  bardzo, bardzo krucho, mła się nawet na Małgoś nadzierała że Małgoś nie je a Małgoś w ramach protestu naciągała kocyk na głowę. Mła stawa na na czym się da i cyrki urządza żeby Małgoś jadła, więc korzysta z tej kociej pomocy, choć tak po prawdzie  to dokarmianie Małgoś w towarzystwie kotów śledzących wszystko  co na talerzu,  do czynności prostych nie należy. Jednakże Małgoś ciamkająca do towarzystwa pochłania znacznie więcej niż bez  tej asysty. Niech więc żyją łapki ugniatające, uszka szybko poruszane, ogonki zadarte do góry, wibrysy wibrujące i ślepka łakomie wpatrzone w  Małgosiny talerz. 

Mła wyjęła swoje foremki ciastowe  bo nadchodzi czas pierniczenia. Muszę zadzwonić do Dżizaasa w sprawie jej autorskiego przepisu na grzybki, znaczy takie  z ciasta. Gryplan jest taki żeby zasiąść z Małgoś do wypieku i ozdóbstwa ciastek, mła wie że będzie musiała mieć oczy z tyłu głowy żeby cukier i lukier nie zniknęły w tajemniczych okolicznościach, bo akurat na to to czasem apetyt jest,  ale odkąd na wycieczki po dworze jest zbyt chłodno  i cóś mało u Małgoś na nie  chęci, to dobrze  zaangażować ją do domowizny. Wszystko tylko nie zaleganie, bo mła wie że to się źle kończy. Na szczęście Małgoś ogląda telewizor nie z wyrka  a siedząc na fotelu, głównie programy kulinarne i dokumenty. Jak trafi na  info obrzuca telewizor obelgami, więc mła przemocą przełącza na cóś normalnego coby Małgoś ciśnienie  nie szalało. Skutkiem  oglądania programów kulinarnych niestety nie jest u Małgoś wzrost apetytu tak po całości, ale przynajmniej  jest chęć uczestnictwa  w ciasteczkowaniu bo Małgoś szczęśliwie nadal ciekawa nowości słodyczkowych. Ech... tu mi Małgoś nie je a tu by cukier pochłaniała, bezczelnie i nieprawdziwie przy tym twierdząc że nie da się popełnić samobójstwa przez zacukrzenie. Mła jej następną razą przy takich tekstach pogrozi wycugiem.

No i to by było na tyle tych niewesołości. Fotkowo mła załącza ostatnie jesienne sesje  a w Muzyczniku w oczekiwaniu na zimę superbiologiczna i łącząca się Björk i grudniowa Kate Bush. 

poniedziałek, 28 listopada 2022

Refluks covidowy


Odbija się mła covidem. No znerwowałam się znów włażąc  do netu, żółć mła się ulała czy cóś i mam refluksa. Emily Fair Oster,  profesor ekonomii pracująca na Uniwersytecie Browna i w National Bureau of Economic Research, która nawoływała swego czasu do pozbawiania ludzi odmawiających czepienia eksperymentalną berbeluchą antycovidową części praw obywatelskich,  wybździła ostatnio artykuł na temat potrzeby amnestii dla tych co podejmowali  działania niezgodne z prawem  podczas srandemii. Wow, tylko żeby była amnestia to musi być wyrok. Jeśli chodzi o mła to zaczęłaby zasądzanie  od wykopania z posady rządowej osób takich jak Emily Oster, nawołujących do pozbawiania  praw obywatelskich a tym samym będących groźnymi dla demokracji. No cóż, mła  nie zamierza dociekać czy przypadek Emily to intelektualna pomyłka, wykształcenie ponad inteligencję, ciągoty zamordystyczne w wyniku cinżkich przejść w fazie prenatalnej czy zwyczajne przytulenie kasy. Cokolwiek to było to Emily nie powinna nauczać bo jest czystą grozą, która w dodatku nie chce wziąć na klatę skutków  własnych działań. A etyka?  Poszła się beyać?  Nie wróży to dobrze wynikom eksperymentów z zakresu mikroekonomii. Jak tu brać na poważnie badania naukowe  przeprowadzane  przez osobę będącą z etyką na bakier. Zaufać? To ja odpadam.

Ech... nie amnestia tylko wyciągnięcie konsekwencji jest  potrzebne, grube kreski to się ciągną jak smród za wojskiem. Wywałka z instytucji wspieranych groszem podatnika, którego prawa Emily miała w dupsku i ostracyzm społeczny byłby karą dla Emily właściwą, jako  że pańcia nie podejmowała decyzji, ona tylko wspierała. Wkurzył  mła ten artykuł, takie głupie albo pazerne cipandy jak Emily wspierały komunę i faszyzm, bo przeca i komuna i faszyzm  "chciały dobrze",  ale konsekwencje to cóś nie dla nich. Jak tylko mła to naszła to natentychmiast zapragnęła przeprowadzenia decovidyzacji, wydawa się jej to niezbędne. Czepionki śmierdzą coraz mocniej, zdawa się że sprawdzają się teorie tego "starego faszysty" Baghdiego, co mła napawa strachem. Wychodzą powikłania  długoterminowe, które są takie jak te o których mła ponad rok temu słuchała,  mając zresztą nadzieję że stary profesor przesadza. Co prawda sposób  przechowywania czepionek ma ponoć duże znaczenia, mła paciorkuje żeby kłucie rodziny było jako rozmrożono substancjo.

W ogóle to po próbach zastraszania kolejną, cudowną odmianą  covida złego  wdzięczne ludzie zaśpiewały polytycznym   - "Ale to już było i nie wróci więcej"  a zaraz potem "Coście skurwysyny uczynili z tą krainą", no  to  polytyczne umoczone  w srovidowe akcje odśpiewały - "Nas przy tym nigdy nie było".  No wicie rozumicie, złe naukowce sprowadziły niewinnych polityków na złą drogę.  Złe naukowce z kolei ćwierkajo że nauka to, Panie tego, taka nieprzewidywalna jest a oni przeca robili tylko te... no... założenia. Taa... a w naszym kraju 200 tysięcy ludzi poszło do piachu z tych założeń. To by szło z zarzundowo - mendycznego na nasze tak: Wysoki Sądzie ja sądziłem że skoro skóra jest największym organem człowieka i w jakiś sposób odbywa się za jej pomocą wymiana gazowa to wystarczy ten odkryty organ do podtrzymania procesów życiowych   i dlatego nie poczuwam się do winy że zatkałem gościowi nos i usta.  No Wyskoki Sądzie ja przypuszczałem że skóra sobie  poradzi, mimo tego że dotychczasowe obserwacje wskazywały na to że jednak tak nie będzie. A tych grantów od wiadomych firm i posady dla syna, zięcia i kuzynki teściowej nie należy łączyć z moimi entuzjastycznymi reakcjami na wczepianie w dużych ilościach substancji powodującej  nieznane skutki. Nie jest na pewno moją winą że  gość cóś powykręcany, ma wytrzeszcz  zębów i oczu i takie dziwne plamy na ciele i w dodatku nie oddycha, najprawdopodobniej  z lenistwa i koincydencji, Wysoki Sąd  weźmie jednak pod uwagę że większość zaczepionych  przeżyła.

Jak  myślicie, cóż by Wysoki Sąd zrobił z taką obroną w indywidualnym przypadku? A co będzie w przypadku kiedy odpowiedzialność cóś się rozmywa na wiele osób  a i ofiar znacznie więcej? Mła widzi jak się przed odpowiedzialnością za skutki polityki covidowej  władze  bronią.  A to wojna trwa i trwa, a to artykuły w mendiach się ukazują że za falę zgonów na udary różnych narządów i nowotworów a także chorób nerwów odpowiada... ocipienie klimatu, a to winni inni. Żadnego zająknięcia o tym że leczyło się głównie covida złego a diagnostyka inszych chorób to leżała i kwiczała. Mła nie jest tym wszystkim tylko zdegustowana, mła jest tym zniecierpliwiona, budzi się w niej złe i ma ochotę komuś tu przylutować. Tak solidnie, żeby pojął realia. Bo mła się wydawa że to wszystko, Panie tego, przez metaświaty za pomocą których różne takie zdziwne profesórczynie siejo miazmaty. Koncerny nie raz i nie dwa usiłowały wywoływać panikę z okazji różnych infekcji  i czepionki wciskać. Zwolnienie amerykańskich firm od odpowiedzialności za skutki  czepionek za Reagana aż się prosiło o konsekwencję w postaci leku doskonałego - czepionki na straszno zarazę, za skutki zaczepienia którą się nie odpowiada. WHO zdurniało do szczętu, czepionka  ma być remedium na wszystko bo z tytułu czepionek  sponsorzy tej organizacji  nie ponoszą  odpowiedzialności. W przypadku berbeluchy nie tylko w Stanach ale na całym świecie. Tylko zapotrzebowania trza było na czepionkę zrobić więc wio społeczniaki i mendia tradycyjne. Czwartej  władzy jak się  okazało trza na ręce patrzeć tak samo jak  pozostałym trzem, co mła niepokoi w kontekście zabaw Elona. No wicie rozumicie, żeby nie było że z deszczu pod rynnę. A teraz mła idzie do kuchni  i sobie coś na tego refluksa zapoda, najlepiej z biało śmiercio czyli cukrem. Zawsze to lepsze niż piąta dawka przypominająca czy czwarta niepominięta po trzeciej utrwalającej. Was zostawiam z Muzycznikiem  w którym  piosenka o takich co się nie poczuwają i pracami Enrica Robusti na temat ludzi tzw. Zachodu.

P.S. W Chinach protesty  antyobeszczeniowe, nasze mendialne nie bardzo sobie radzo z tematem. No bo niby te lockdowny to u  nas dobre były ale w Chinach to już niekoniecznie.  Taa ... sypie się opowiastka o covidzie złym po całości. Ponoć Chińczycy potrzebują teraz przerwy technologicznej jak Rosjanie przerwy operacyjnej. Znaczy ich gospodarka zaczęła zjazd na ostro.  Oj, nie jestem  ja pewna czy maoizacja systemu  na to pomoże.

niedziela, 27 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część ósma

Pobędziemy jeszcze troszki w klimacie Gdańska z czasów jego największej świetności, znaczy w czasach zwanych  złotym wiekiem. Oczywiście za tą złocistością czasu stały złote łany zboża, w XVI i XVII wieku z jednego ziarna w kłosie uzyskiwano aż cztery i to z tego dobrobyt wziął i urósł w Rzeczypospolitej i w mieście Gdańsk, które samo sobie postanowiło zostać Rzeczypospolitą. Mła tu nic nie przesadza, gdańszczan którzy cóś w mieście znaczyli  na przełomie XVI i XVII wieku fascynowała Republika Wenecka, mieli wielką ochotę zrobić sobie cóś takiego jak Serenissima. Tylko królowie polscy pilnowali coby się Gdańsk zbytnio nie usamodzielnił. Jednakże gdańszczanie w średniowieczu odbyli szkolenie w zakresie korupcji prowadzone przez Zakon. Wielokrotne szkolenie,  zapewniło im odpowiednie kompetencje. gdańszczanie korumpowali naszych władców bardzo dzielnie a oburzona wolnością miasta szlachta mogła sobie poszczekać na karawanę i tyle. Wolności miejskich nie uszczknęła. Żadne inne miasto królestwa a następnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie miało takiej samodzielności jak Gdańsk, lub też tylko jej pozorów, bo przeca wraz z upadkiem  naszego państwa, upadła też samodzielność Gdańska. Wiele przyczyn się na ten obopólny upadek złożyło, występowały one zarówno po stronie źle zarządzanego kraju jak i wcale nie tak dobrze zarządzanego miasta a także z tzw. powodów niezależnych, o ile cóś w tym świecie naczyń połączonych istnieje cóś co jest rzeczywiście niezależne. Co prawda upadek gospodarczy Gdańska przebiegał znacznie wolniej niż upadek gospodarczy Rzeczypospolitej ( błogosławione szkutnictwo, które pozwoliło przeżyć miastu koniec złotych łanów ) ale oba byty zmierzały w kierunku całkowitej zależności od innych hym... tego... podmiotów. Jednakże w XVI wieku tylko nieliczni zdawali sobie sprawę że jednym z atrybutów Fortuny jest koło - rota Fortunae.  Cóż, łatwiej dostrzec róg obfitości, Polska za panowania ostatnich Jagiellonów to spichlerz Europy. Dopiero mozolne osuszanie gruntów w Niderlandach zmieni tę sytuację w połowie wieku XVII. rzeczpospolita zamieniała się w jeden wielki folwark a Gdańsk się na tym tuczył, czerpiąc inspirację już nie z miast hanzeatyckich a z ośrodków w hiszpańskich Niderlandach, które mocno kombinowały jak tu nie być dalej hiszpańskimi. Utworzenie Zjednoczonych Prowincji po zrzuceniu  jarzma Habsburgów bardzo przemawiało do republikańsko nastawionych gdańszczan. Co prawda  Polska też była od roku 1569 Res Publica Utriusque Nationis ale była to republika szlachecka a nie mieszczańska. Nic więc zatem dziwnego że  w mieście tak żądnym samorządności prawie wszystko co niderlandzkie cieszyło się estymą.  Prawie, bowiem  jak już wspominałam w jednym z wcześniejszych postów luterańscy mieszkańcy miasta po wywalczeniu dla się wolności wyznania robili co mogli żeby  wyznawcy innych  odłamów protestantyzmu za bardzo z niej nie mogli korzystać. Ciężki był los gdańskich menonitów.

Jednakże architektura rodem z Niderlandów nie wzbudzała kontrowersji, budowano chętnie w najmodniejszym stylu który dziś nazywamy manieryzmem niderlandzkim. Potupiemy po Gdańsku po miejscach związanych z działalnością Antoniego van Obberghena, fortyfikatora który został do Gdańska  zaimportowany z Antwerpii via   Helsingør. Antoni  van Obberghen był nie byle kim, od 1592 miejski budowniczy do spraw obronnych w Gdańsku, a od 1594 pierwszy budowniczy miasta, byle kto nie mógł pozwolić sobie na usługi. Dla  Gdańska zaprojektował:  Bastion św. Gertrudy, Wielki Arsenał oraz prawdopodobnie Ratusz Staromiejski. Budynkiem pd którego wycieczkę zaczniemy jest bodaj najwyższa w  Głównym  Mieście kamienica stojąca  przy ulicy Mariackiej, dawnej Mariengasse,  pod numerem 26, tuż obok Bramy Mariackiej, z boczną fasadą od strony Długiego Pobrzeża. Prawdopodobnie sześciokondygnacyjny budynek  pełnił  funkcję kamienicy mieszkalnej i  składu, w którym poszczególne pomieszczenia były wynajmowane zagranicznym kupcom. Prawdopodobnie bo tak do końca nie wiadomo  co się w tm budynku działo w wieku XVII i XVIII. Za to dobrze wiadomo  kiedy kamienice wzniesiono, było to w  w latach 1597 - 99, a inwestorem był niejaki  Hansa Köpe, kupiec.  Na miejscu  gotyckiej kamienicy z XV wieku, wzniesiono 30 metrowy budynek.  Ceglana kamienica z elewacjami od ulicy Mariackiej i Długiego Pobrzeża znacznie przewyższa budynki znajdujące się obok niej. Fasada od ulicy Mariackiej jest czteroosiowa, ma  przylegającą do Bramy Mariackiej wieżyczką klatki schodowej ( 36-metrową - wysokość łącznie z iglicą), zwieńczoną  hełmem z latarniami. Elewacja od strony Długiego Pobrzeża jest niesymetryczna, wieloosiowa, z kilkukondygnacyjnym wykuszem, pierwotnie na kamiennych konsolach, zwieńczonym zdwojonym szczytem. Szczyty kamienicy posiadają dekoracje które przywodzą mła na myśl ozdóbstwa na budynkach   Antwerpii -  to ornamenty z przecinających się prostych i okrągłych taśm. Dach jest bardzo interesujący, o nieznacznie wygiętych połaciach,  z kilkoma lukarnami od strony Długiego Pobrzeża ( ponoć pierwotnie miał  bardzo interesującą konstrukcją więźby dachowej ). Kryty jest blachą,  jego forma jest bardzo elegancka,  faluje, powtarzając linie szczytów fasad frontowej i tylnej.  Naprawdę jest na czym zawiesić oko, mimo tego że złoceń ni ma, czy tam innych medalionów  i popiersi.

Do roku 1637 pozostawała w syna kupca  Köpe, Petera, później była własnością rodziny Königów, a w latach 1771-1839 Efraima Sonntaga. W drugiej  ćwierci  XIX wieku właścicielami domu byli kolejno Johann Maerter i kupiec Lemke,  (w tym czasie mieściły się tutaj też mieszkania i pracownie korporacji szewskiej ). W 1846 roku kamienicę zakupiło Towarzystwo Przyrodnicze w Gdańsku, które urządziło w jej wnętrzach sale posiedzeń, pracownie naukowe, małe muzeum ( w 1869 roku urządzono  ekspozycję przyrodniczo-archeologiczną ) oraz bibliotekę z 20-tysięcznym księgozbiorem Towarzystwa ( przekazanym w okresie  II Wolnego Miasta Gdańska  Technische Hochschule Danzig ). W roku 1869  wieży otwarto obserwatorium astronomiczne a manierystyczny hełm zamieniono dwa lata wcześniej w związku ze związkiem w okrutną obrotową kopułę, pasującą do tego budynku jak pięść do nosa. Od lat pięćdziesiątych XIX wieku   nazwano tę piękną kamienicę Domem Przyrodników. Nazwa przetrwała w przeciwieństwie do  kamienicy, która w marcu 1945 roku tak oberwała że została z niej właściwie  frontowa fasada wraz z wieżą  i sklepieniami nad piwnicami.  Reszta spłonęła, runął szczyt południowy, wykusz ściany wschodniej. Odbudowano tak po socjalistycznemu,  w latach 1956-61 wg. projektu Kazimierza Macura kamienicy przywrócono formę zbliżoną do pierwotnej, zaś układu przestrzennego nie odtworzono. W środku są ciekawości, w mieszczącej się w piwnicy tzw. sali kolumnowej mamy elementy, które być może pochodzą z rozebranego krzyżackiego zamku. Jak  to drzewiej twierdzono do odbudowy Dworu Artusa użyto resztek zamku rozebranego w roku 1454, to niby dlaczego   ich nie ma być w jednej z bogatszych kamienic. Prawdopodobnie filary pochodzące z zamku  były tutaj użyte przy budowie budynku gotyckiego, poprzedzającego manierystyczną kamienicę zaprojektowaną przez Antoniego van Obberghena. Od roku 1962 w kamienicy mieści się Muzeum Archeologiczne.

Jeżeli któś chciałby taki manieryzm bardziej na bogato  to mła zaleca udanie się w stronę arsenału zwanego też Wielką Zbrojownią lub z niemiecka Das Große Zeughaus. Położony między Targiem Węglowym a ulica Piwną budynek inspirowany był Halami Mięsnymi wybudowanymi w mieście Haarlem. Wielka Zbrojownia została wzniesiona w latach 1602 - 1605. Jak już wspominkowałam projektował ją Antoni van Obberghen, choć sporo przypisuje się  Hansowi Vredemanowi de Vries. Budowę prowadził Hans Strakowski, wystrój rzeźbiarski był dziełem Willema van der Meera Młodszego i Abrahama van den Blocka. Za stolarkę odpowiadał Simon Herle, elementy kowalskie wykonał Adam Reissing. Budynek był niderlandzki po całości, bowiem został wzniesiony z drobnej, czerwonej, holenderskiej cegły. Zdobienia wykonano z piaskowca czyteż gotlandzkiego wapienia po czym wyzłocono co się dało. Konstrukcyjnie wygląda to tak jakby budynek składał się z czterech oddzielnych kamieniczek. Dekoracje oczywiście wymowne, coby każden widział z jakiego typu budowlą mamy do czynienia. Stąd jest od zarąbania gdańskich lewków podtrzymujących kartusze z herbem Gdańska. No wicie rozumicie, gdański lew to ten wzniesiony na dwóch łapach wgapiający się z czułością w herb miasta. Już po tych herbach nawet nieuczony mógł się zorientować że budynek bez wątpienia jest budynkiem publicznym. Co do funkcji budynku to program ikonograficzny robił za informatora. Mamy na fasadzie od strony ulicy Piwnej przedstawienie Minerwy, jednej z bogiń tworzącej tzw. Trójcę Kapitolińską. Minerwa była rzymskim odpowiednikiem greckiej Ateny, bogini mądrości i wojny ( dla mła do tej pory jest nieprzenikniona tajemnica dlaczego mądrość i wojna to tak się obok siebie zalęgły ). Jakby kto niekumaty mitologicznie to podpowiedź umieszczono - postacie wojowników: trzech pikinierów, halabardzisty i wachmistrza pokazują że budynek cóś ma z wojskowością wspólnego. Od strony Targu Węglowego, na tej nieco skromniejszej fasadzie, za info robią muszkieterowie, no i nieco zdziwna figura z leżącą u jej stóp ściętą głową.

Ponoć przedstawia Kozaka, który ściął na rynku we Lwowie głowę swego dowódcy, Jana Podkowy, samozwańczego hospodara mołdawskiego, nieuznanego przez Stefana Batorego. Jakby kto jeszcze nie kumał co to za budynek to na szczytach mamy przedstawienie wybuchających granatów. Trzeba by być ślepym żeby nie zauważyć. A teraz powiedzmy sobie jasno - większość turystów nie zauważa i Wielka Zbrojownia robi za którąś tam z kolei kamieniczkę, taką bardziej okazałą, bo to i medaliony i sfinksy wąsate i rzygacze i wieżyczki z hełmami co cud. Taa... drzewiej w arsenale znajdowała się nie tylko broń, której w razie czego można było użyć. Było to swoiste muzeum gdzie gromadzono nie tylko muszkiety, zbroje, uprzęże, ale również obrazy i posągi mające jakieś militarne konotacje. Ponadto była to cóś osobliwa ekspozycja była cóś mobilna, np. zbroje zaprezentowano na ruchomych manekinach, które usadzono na kukłach udających rumaki. No sam smak, he, he, he. Do schyłku XVIII wieku arsenał robił za arsenał, później nadal był związany z wojskowością bo do końca I wojny światowej znajdował się pod zarządem wojska ( za I Wolnego Miasta Gdańska funkcjonował tu francuski szpital ), w czasie I Wojny światowej przechowywano tu dawną broń własną i zdobyczną. W okresie II Wolnego Miasta Gdańska parter budynku zamieniono na pasaż handlowy, Zeughaus-Passage z "lepszymi towarami", pomieszczenia na piętrach pełniły funkcję składów. Arsenał miał pecha większego niż insze miejskie dawne budynki publiczne, został spalony w 1945, wnętrze budynku zostało zburzone i wypalone ( pozostały jedynie mury obwodowe ), zniszczeniu uległy również hełmy wież i  częściowo szczyty. Odbudowano go w latach 1947-1965, najpierw wnętrza i dach, później zrekonstruowano hełmy wież i kamieniarkę szczytów. W latach 2000-2005 odnowiono obie fasady, przywracając polichromie, złocenia i dekoracyjne rzygacze od strony ul. Piwnej. W maju 1954 roku budynek stał się własnością gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych ale przez wiele lat przyziemie pełniło funkcję handlową. To nie jedyny arsenał w mieście, w trakcie budowy południowego ciągu fortyfikacji Gdańska ( co miało miejsce w latach 1643-1645 ) powstała Mała Zbrojownia, używana jako magazyn ciężkich dział i moździerzy dla pobliskich bastionów. Autorem projektu tego arsenału był architekt Jerzy Strakowski. Dla Gdańska posiadanie budynków zbrojowni stało się niezbędne, pod koniec XVI wieku praktyka wojenna uległa zmianie wskutek wzrastającej roli artylerii. No nie było zmiłuj. Gdański arsenał uchodził za jeden z większych i ładniejszych w północnej Europie. I dziś warto na niego rzucić okiem bo to odtworzenie całkiem, całkiem.
 

O ile Dom Przyrodników czy arsenał są przez odwiedzających Gdańsk widziane i czasem nawet zapamiętywane,  bo i duże i w przypadku arsenału mocno zdobione o tyle manierystyczne zabytki Starego Miasta właściwie w powszechnej świadomości nie istnieją. No dobra, Stare Miasto to był ten uboższy Gdańsk ale to nie znaczy że w złotym wieku nic w tej części miasta nie było budowane. Np. Ratusz Starego Miasta czyli Altstädtisches Rathaus, wzniesiony w latach 1587-1589 ( prace wykończeniowe zakończono w 1595 roku ) na miejscu niemal rozsypującego się gotyckiego budynku. Projekt zrobił oczywiście van Obberghen, zaś za twórcę kamiennego portalu wejścia głównego uważa się Willema van der Meera. Jest znacznie skromniej niż w przypadku budynków miastowych wzniesionych w  Nowym Mieście, co nie znaczy że mniej elegancko. Elewacja może i prosta ale piwnice dwukondygnacyjne i zarówno hełm wieży głównej jak i czterech wieżyczek są  z tych dobrze zaprojektowanych. Tak po prawdzie to  ratusz powstał głównie jako okład na kompleksy rajców Starego Miasta. Swego czasu rajcował w tym właśnie budynku gdańszczanin, wobec którego w kompleksy mogli popaść prawie wszyscy mieszkańcy Nowego Miasta - Johann Hewelcke. Mało komu mówi dziś cóś nazwisko Speymann czy Feber, za to Jan Heweliusz, browarnik ze Starego miasta to całkiem insza inszość. Dziś w przewodnikach podkreśla się związek astronoma z budynkiem ratusza staromiejskiego, niby tak skromnie a znaczenie historyczne jest. W końcu piwnicach ratusza składował wyprodukowane przez siebie piwo. Ech, żeby jeszcze na strychu miał obserwatorium to rajcy ze Starego Miasta wydutkaliby na strychu tych zarozumiałych bogaczy z Nowego Miasta. 

W latach 1806 - 1807 i 1813 - 1910 budynek był w posiadaniu pruskich i niemieckich władz sądowych, następnie od 1910 roku ponownie znalazł w rękach władz miejskich. W XIX wieku miały miejsce liczne przebudowy, zmianie uległ układ wnętrz oraz rozmieszczenie otworów okiennych i drzwiowych. Otynkowano ceglane elewacje, po czym w 1881 roku elewacje ponownie otrzymały lico z cegły. Niestety, starą, zniszczoną cegłę zastąpiono nową, maszynową. Niby lepiej ale niekoniecznie lepiej. Wnętrza miały więcej szczęścia a to dlatego że stały się ostatnią przystanią dla zabytków Gdańska. W latach 1911-1914 przebudowano w stylu neorenesansowym wnętrza, wykorzystano wiele detali z kamienic patrycjuszowskich, jak np. renesansową trójarkadową ścianę kamienną ( z około 1560 roku ) z wielkiej sieni Domu Schumannów ( Koncertów ) z ulicy Długiej 45 ), kompletnego wnętrza z roku 1642 z plafonem (      Sybille pędzla Adolfa Boya  ), kominkiem, posadzką i boazeriami oraz innymi detalami z domów przy Podwalu Staromiejskim 69/70 i ulicy Długiej 39 i 45. Piękny, renesansowy portal kamienny ( z XVI wieku ) w sieni ratusza pochodzi z domu przy ulicy Długiej 28, zaś wspaniałe kręcone schody z Sieni Gdańskiej. Pojawił się tam też zespół obrazów alegorycznych z kręgu Hermana Hana ( z pocz. XVII wieku ). Po remoncie gmach miał służyć jako miejski Pałac Ślubów, jednakże wybuchła I Wojna Światowa i było po ptokach. Po 1915 roku był siedzibą urzędów miejskich ( m.in. policji budowlanej i biur wydziału budownictwa ), a później Senatu II Wolnego Miasta Gdańska i konserwatora zabytków. W okresie II wojny światowej wzmocniono sklepienia piwnic, aby można je było wykorzystywać  jako schron. W 1945 roku budynek okazał się być tym szczęśliwym,  który naprawdę nieznacznie ucierpiał podczas sowieckiego  palenia Gdańska. Dopiero w latach 90 XX wieku przeprowadzono  remont kapitalny dachu ( więźba dachowa pochodzi z XVI wieku ), renowację okien oraz rozpoczęto solidne badania a także  całościowe prace konserwatorskie we wnętrzu.  W latach 2002 - 2003 wykonano konserwację Wielkiej Sali. Taa... nie do uwierzenia ale zabytek prawdziwy, niesztukowany to na Starym Mieście a nie w tym Głównym, przyjmującym  większość turystów spragnionych widoku zabytkowego miasta. 

Przy ulicy  Katarzynek, tyż na Starym Mieście, stoją manierystyczne kamieniczki zwane Domem Kaznodziejów lub Sant Katharin Pfarrhauser. Tak po prawdzie to jest jedna kamienica w której zastosowano ten sam myk co w Wielkiej Zbrojowni, jeden budynek wyglądający jak trzy,  w końcu  kamienica została zbudowana w latach 1599 - 1602 według projektu Antoniego van Obberghena. Nazwano ją domem Kaznodziejów  gdyż pełniła funkcję mieszkań duchowieństwa z sąsiadującego kościoła św. Katarzyny. Z wojennej w dobrym stanie zawieruchy ocalała fasada kamienicy i  przedproża z kutą balustradą. Zachował się  też wyryty na tynku napis "Die Avf den Herrn Harren Kriegen Neve Kraft dass Sie Avffahren mit Flvegeln wie Adler" czyli niemiecka wersja starotestamentowego cytatu  z Izajasza, w rymowanym tłumaczeniu polskim wyglądająca tak - "Kto ufa Bogu, tak mocno się czuje, że niby orzeł, w powietrze wzlatuje". Dziś widoczny jest tylko niewyraźny zarys złoconych niegdyś liter. Od 1967 budynek był już zabytkiem, który  z zamurowanymi oknami czekał na prace renowacyjne przeprowadzone dopiero w 1970 roku. W budynku mieściła się Wojewódzka Przychodnia Endokrynologiczna, która funkcjonowała do 2005 roku. Później były gryplany i nieobjęcia. Teraz w planach jest Caritas i dom opieki. Po lewej stronie Domu Kaznodziejów była niegdyś szkoła parafialna czynna do 1945 roku ( obecnie na jej miejscu stoi budynek mieszkalny ). W roju 1628 roku uczęszczało do niej 150 uczniów prowadzonych przez 5 nauczycieli. Cała ulica Podmłyńska należała do kościoła - pod numerem 1 mieszkali dzwonnicy, kamieniczki nr 2 - 4 zniszczone w 1945 roku wynajmowano, budynki nr 5 i 6 zajmowali księża - stąd nazwy Mała i Wielka Księżówka, pod numerem 10 była plebania - obecnie klasztor ojców karmelitów - częściowo odbudowana po zniszczeniach wojennych. Fasada frontowa jest oznaczona datą 1609, boczna, która nie odzyskała dotąd pełnej szerokości, pochodzi z roku 1647. Przy ulicy ( w stronę Domu Kaznodziejów ) zachował się stary mur, wraz z malowniczą bramką. Na  tej ulicy to już nie domy Obberghena ale też takie późnomanierystyczne i wczesnobarokowe. No i to by było na tyle na dziś.

czwartek, 24 listopada 2022

O brzydkich radościach czerpanych z urażenia

Mła sobie rzygnie kulturą woke, ma prawo bo jest już nieco przejrzała a to jest zjawisko atakujące i gnieżdżące się w mocno niedojrzałych. Jak mła quźwa nie lubi w ludziach zawiści i małości! Drażni to mła jak czerwień indyki. Dlatego mła aż otrząsa na hasełko kultura woke. Wylęgło  się to paskudztwo na Dzikim Zachodzie i to wcale nie tam gdzie ludzie myślą że się wylęgło. Nie, nie ci którzy obrywali od życia po tyłku je wymyślili, to twór takich którzy mieli czas i zasoby żeby celebrować wyimaginowane własne krzywdy i prawdziwe cudze, robiące za alibi. Zdaniem mła to po to kulturę woke wymyślono  żeby sobie zrekompensować słabość  własną  niektórych uprzywilejowanych. No bo wicie rozumicie, usiłowanie zawstydzanie jako metoda wprowadzania zmian społecznych, bez żadnych konkretnych działań podejmowanych poza tym niesieniem  zgrozy w mendiach społecznościowych, tak na leniwo i często anonimowo.  Słabiutko znaczy. Tylko że od lajkowania przechodzi się z czasem do działania a wtedy  można się równie przykro zderzyć z realem, tak jak zderzyła się impreza  tych idiotów z drugiej strony barykady,  znaczy  od QAnon,  w amerykańskim Kapitolu dwa lata temu. Ci którzy przesadzają w jedną albo drugą stronę mają sporą szansę na wpiendrol kiedy usiłują "zrobić po swojemu" w realu. No i jak się zderzą to o jejku, jejku, tupanie nóżką a najlepiej cóś podpalić albo może nawet obrabować w ramach sprawiedliwości społecznej  ( ci z lewa  ) albo walki ze spiskiem ( ci  z prawa ). Oczywiście najlepiej to cudzymi rękoma naiwnie ideowych albo  jedynie szukających alibi. Mła uważa kulturę woke za kolejny bzdurny radykalizm, taki nowy komunizm dla tych  święcie wierzących że sprawiedliwość społeczna to tuż za rogiem.

W Polsce nie ma zauważalnie dużej grupy ludzi o bardzo ciemnej karnacji, dlatego nie mamy kultury woke związanej z tzw. rasą. Co prawda były usiłowania zrobienia że słowa Murzyn słowa brzydkiego, fuj, ale poza określeniem "Sto lat za Murzynami" mła nie może  sobie przypomnieć zbitek frazeologicznych z tym słowem,  mających u nas w kraju pejoratywny wydźwięk. Murzyn to w Polsce było określenie Afrykanina i tyle. Równie dobrze można by się było obrażać za Azjatę. Obraźliwe to jest określenie żółtek, ciapaty, czarnuch, ale na pewno nie Murzyn, jeżeli kogoś  ono w Polsce obraża to jest przewrażliwiony i powinien nad sobą popracować a nie żądać od społeczeństwa żeby neutralnie nacechowane określenia były be. Ponieważ woki nie mogły się wyżyć na Murzynie to wymyśliły "w Ukrainie" jako formę nieobrażającą Ukraińców tak jak forma "na Ukrainie". Jak się Ukraińców spytano parokrotnie czy oni tym "na Ukrainie" cinżko obrażeni to się okazało że gremialnie to mają na to wylane. Znaczy woki były cóś bardziej ukraińskie  niż Ukraińcy. Taa... nadgorliwość gorsza niż faszyzm, cud że woki jeszcze nie rozpierniczyły w Polsce doszczętnie wsparcia dla Ukraińców.

Najwięcej krzywdy robią woki  u nas mniejszościom seksualnym i osobom transpłciowym. Woki uznały się, nie wiadomo dlaczego, za jedynych, którzy mogą takie osoby reprezentować. Noż quźwa, jedyni słuszni! Kto nie z nimi ten przeciw nim, cud kolejmy  że jeszcze można być osobą homoseksualną bez koncesji wydanej przez tzw. środowiska walczące z uprzywilejowaniem.  Tak, tak, z uprzywilejowaniem heteryków a nie dyskryminacją homowych. Walka z przywilejem zamiast z dyskryminacją, tak to wygląda. To jest postawienie problemu na głowie, jak u niektórych komunistów w XIX i XX wieku.  Niczego dobrego z takich działań nie ma, społeczeństw nie powinno zmieniać się zabierając większości prawa, tylko dopuszczając do pełni praw mniejszości, mało rewolucyjnie bo można stworzyć społeczeństwo tak opresyjne że strach się bać. Historia zna takie przypadki, nieprawdaż?  Dla  woków powodem do wstydu ma być "przywilej", tylko jeżeli dla większości społeczeństwa np. możność zawarcia małżeństwa jest prawem to gdzie ten przywilej,  czy małżeństwa mają się już wstydzić bo niemal powszechne prawo to wg. kumatych inaczej przywilej?   Mła się wydawa  że powodem uznania  związków partnerskich w wielu krajach były kwestie praw człowieka, znaczy objęcia prawem  jak najszerszych kręgów społecznych  a nie zawstydzenie większości społeczeństw  rzekomymi przywilejami.

Mła się tyż wydawa że z tropienia tzw. przywilejów to niektórzy cóś jakby parareligię sobie zrobili. No wicie rozumicie,  całe życie poświęcę tropieniu i oby żadne realne projekty reform a już boszsz broń ich wdrażanie mi w tym nie przeszkodziły, bo świętość w tropieniu jest.  Wokizm doszedł w tropieniu przywilejów do absurdu, źli są biali, heterycy obu płci ale faceci są bardziej źli. Źli są szczupli,  ci którzy nie są trans, pełnosprawni. Generalnie to cały świat z nielicznymi wyjątkami jest zły. No i w związku z tym  że taki zły  to powinien się dostosować i stracić "przywileje". Ciekawe kiedy szczupłych zaczną przymusowo ładować żarciem i losowo obcinać kończyny  żeby "sprawiedliwie było"?  Mła wie że to reakcja na niepochylenie się i promowanie np. anoreksji jako wzorca kobiecej urody ( ciekawe co kręgosłupy na tę ciałopozytywność o której tak się skrzeczy ). Tylko to niczego nie usprawiedliwia, kultura woke  jest tak głupia że mła nie wierzy że któś w to wierzy, ba,  że gorliwie wyznawa. Przykro stwierdzić ale mła to stwierdzi  - kultura woke bazuje na ludziach bezmyślnych, urażonych tym że świat się toczy.  Karmi się  kompleksami i zawiścią,  jest antywolnościowa ponieważ nie walczy się o dostęp do praw a zawstydza posiadaniem praw. Mła nie jest tak do końca przekonana o funkcjonowaniu  wolności pozytywnej, jednakże tzw. szóstym zmysłem wyczuwa zagrożenie dla tego co uważa za wolność prawdziwą czyli tej  wolności negatywnej, wolności od przymusu. To się gdzieś tam czai w tych wokach, w tej złości na świat. 

Kultura  woke to dla mła kultura przegrywu, nie krzywdy. Cóś blisko inceli to sytuuję. Szukanie winnych w innych mła odstręcza od tego zjawiska. Uważam je za bardzo szkodliwe bo tak naprawdę  nie chodzi  tu o rzeczywistą zmianę a o podbudowanie wartości własnej ludzi małowartościowych lub takimi się czujących. Kultura woke jest popierana, ba, wręcz promowana przez z  korpo, głównie  Big Tech. No bo jak chcesz żeby któś zapitalał 16 godzin na dobę za piniądz mniejszy niż się należy to trza urobić robola.  Tako samo i klienta który każde gówno łyknie i jeszcze za to pięknie podziękuje. Mła z tą jej mentalnością baby handlującej pietruchą wyczuwa  smród. Taa... Przyszły korposzczurek  powinien być walczący z przywilejami jak jego korpo i pozytywnie myśli zajmować odpisywanymi  przez zarzund i prezesa od podatku darowiznami na szczytne równościowe cele  a nie ich niebotycznymi zarobkami. Tropić korpowok ma tych, którzy na szczytne cele  nie płaco albo się "nie zachowują jak trzeba",  to ostatnie dotyczy szczególnie osób z organizacji walczących o normalne traktowanie ludzi czy zwierząt. Qurna, czystość ideolo! Elon jest świetny, pani Basia jedząca mięso jest krwawą świnią ( wokom niemal w całości udało się zalać ruch ekologiczny ). Dla mła szczytem głupoty wiążącym się z  kulturą woke będzie żądanie  prawa  do aborcji dla transwestytów, mła ma nadzieję że po takim występie ludzie  zobaczą czym w istocie to zjawisko jest. Co prawda mła sobie od razu przypomina te mało kogo obchodzące historie ze zdziwnymi sportsmenkami ale  ciąże są cóś bardziej powszechne niż uprawianie  wyczynowe sportu. Znaczy do  większej  liczby osób dotrze o co kaman. O to samo o co tak naprawdę chodziło towarzyszom, tylko towarzysze teraz nazywają się osobopostaciami czy tak jakoś w tym guście. Fuj, mam uczulenie na totalnych.


No dobra, mła sobie ulżyła na tzw. progresywnych, którzy mła starzejącą się coraz bardziej wkarwiają. W ramach dopieszczeń oczu mła załącza prace Pawła Kuczyńskiego, bo to dobre i dla oczu i dla mózgu. W Muzyczniku pieśń z przeszłości, radosne pienia naprawiaczy świata.


sobota, 19 listopada 2022

Codziennik - listopad niby ponury

Listopadujemy sobie, znaczy tako sobie żyjemy. Małgoś obrażona że ta ładniejsza część jesieni jej umknęła i tylko te ostatnie chwile pod koniec  października, kiedy wyjeżdżała na wózku na spacerki i raz nawet na nasz ryneczek,  uznawane są przez nią za tzw. normalne. Mła obrażona konkretnie na szpital, bo stan Małgoś mógł być o niebo lepszy gdyby nie "walka z covidem" i mła byłaby  spokojniejsza i mniej nadwyrężona przeżyciami. Na jedno szczęście i Małgoś i mła mamy poczucie że jako tako odzyskałyśmy kontrolę nad naszymi żywotami.  Jako tako bo  zdarzają się tzw. chwile grozy, Małgoś miała na skutek hym... odwodnienia spowodowanego problemami gastrycznymi, wzrost poziomu mocznika we krwi i haluny. Przedziwne zresztą bo występowała w nich Gienia i jej cooleżanki, które nie chciały poczęstować Małgoś kisielem cytrynowym. Na szczęście odjazd nie był mocny i  nie trzeba było płukać dożylnie, mła bardzo  mocno Małgoś poiła i dosłownie po paru godzinach Małgoś mła oświadczyła - "Dziecko, obawiam się że mam demencję.

Nie wierzę  żeby Gienia nie poczęstowała mnie kisielem i zabrała mi torebkę. Czerwona torebka  do niczego jej nie pasuje a poza tym ja  nie mam czerwonej torebki". Taa... Koty totalnie zarzundzają Małgosinym dniem - Babciu tu leżymy, a teraz Babciu tu siedzimy. A teraz Babciu zobaczymy co masz na talerzyku. Totalne rozbestwienie i zalegiwanie na Małgoś. Doszło nawet do ekscesu, znaczy Mrutek zeżarł wędlinę z kanapki postawionej na stoliczku przy wyrku, po czym jak na dobrze wychowanego kocura przystało wystąpił z ubitym szczurkiem, którego zabrał Sztaflsi. W pościeli wystąpił. Na szczęście Małgoś nie była do końca pewna czy to nie haluny bo inaczej byłaby jazda - Małgoś miewa klasyczne dla dam lęki przed szczurami, żabami i pająkami. Okularia powoli dochodzi do siebie po zdradzie Kituchny, nabiera tuszy bo nażera się w ramach pocieszki. Czarne towarzystwo tyż postanowiło nabrać ciała bo do zimowej wagi jeszcze troszki  niektórym  brakuje, natomiast po co nażera  się do rozpuku Pasiak tego nie wie nikt. Tak po prawdzie to Pasiak powinien mieć na drugie Opas, jak  zawsze przed zimą.


Mła wreszcie cóś obejrzała do końca, całkiem przyjemny film ze świetną Emmą  Thompson i młodym a obiecującym Darylem McCormack. Nazywa to się "Good Luck to You, Leo Grande", zwojów nie przepali ale  się da oblookać bez grozy. Mła nawet udało się nie usnąć i uśmiechnąć się z parę razy a to już sakces. Oblookałam też bez wstrętu film pod tytułem  "The Wonder", który to tytuł przetłumaczono jako "Osobliwość" , głupio, bo nawet taka dukająca ingliszem niekumacizna jak mła zna słówka takie jak curiosity, czy singularity. Wonder to cud, tłumacz jednak zdawa się doszedł do wniosku wraz z dystrybutorami filmu że w kraju o którym mity krążą że chrześcijański co cud, lepiej żadnych cudów nie rozbierać na czynniki pierwsze. To durne tłumaczenie tytułu jest jak piącha do nosa paszące,  bo to jest film o cudzie, tylko nie takim społecznie koncesjonowanym i przez to łatwo akceptowalnym. Mła niestety nic nie czytała i jest naprawdę do tyłu. Znaczy nie do końca z tym nieczytaniem bo mła znów sięgnęła  po technokratyczne snucia Schwaba ale niestety tylko po to by się nad lekturą zdrzemnąć. Bajki robotów mła się nie śniły.

Politycznie to w tym tygodniu mijającym było cinżko  bo rakiety spadały na nas, tak całkiem   przypadkiem akurat podczas szczytu G20 na Bali,  w chwili  kiedy Rosja dąży do rozmów pokojowych,  wysyłając sygnały do Zachodu, że jak nie będzie chciał  się przychylić do rosyjskich prośbo - potrzeb to jest skłonna eskalować konflikt również na inne państwa. U nas niby zareagowano prawidłowo ale ni cholery nie mogę zrozumieć tych ćwierkań  że przerosło nas ustalenie skąd to nieszczęście spadło w sytuacji kiedy bardzo blisko, ledwie parę kilometrów od miejsca upadku rakiet, znajduje się polski radar, który spokojnie widzi co się dzieje aż hen po Kijów. To niby ustalanie  zajęło naszemu zarzundowi tyle godzin że mła by mogła na pieszo z miasta Odzi do Wawki dojść. Dlaczego było brak uspokajającego komunikatu, po co durne  usprawiedliwiania koniecznością przeprowadzania   wielogodzinnych  narad i konsultacji z sojusznikami? Żeby dopiero w nocy ogłosić informację o przypadkowym uderzeniu ukraińskiej rakiety? Po co i na co?  Przeca o tym skąd leciało ćwierkano zagramanicą już po południu,  no z wyjątkiem ćwierków niektórych niemieckich mendiów,  które już  wpadły w histerio - zachwyt, bo eskalacja i mamona za bad news is good news - w nich  była promowana  wersja rosyjskiego ataku.  Po co nasze mendia tak grzały temat "ataku"a zarzundowe dupki udawały że oto one badają i podejrzewają i Panie tego, groza, groza? Zdaniem mła opowiastki typu  odpowiedzialność ponosi Rosja ludzi nie uspokajają bo ludź na tyle głupi nie jest żeby nie kumać że NATO nie ma zamiaru wchodzić w otwartą konfrontację z Rosją. Jakby było mało władze Ukrainy zaliczyły naprawdę poważną wtopę idąc w tzw. zaparte, w wojnie propagandowej takie potknięcia mogą sporo kosztować. Cóś tu śmierdzi, tylko jeszcze nie wiadomo kto bąka puścił.

A co poza tym? Korporacyjne się rzucajo, na razie te z szeroko rozumianego  Big Techu. Elon zaproponował twitterowym pracownikom wolny wybór jeśli chodzi o prackę. Znaczy albo będo zapindalali 20 godzin na dobę albo niech spadajo. To pospadali w dużej ilości i teraz Elon szuka młodych naiwnych do wycyckania, znaczy wszechstronnego rozwoju osobistego na ścieżce kariery, czy jakoś tak. Face  się zwija a perspektywa kolejnego lotu Bezosa w kosmos cóś oddala. No i bardzo dobrze, szczególnie w wypadku firm jadących głównie na światach wykreowanych mła ma wylane i jakoś nie krzesze w sobie zatroskania gospodarką. W świecie niewykreowanym mamy obecnie mróz, nawet mła troszki przygrzewa w chałupie. No bo wicie rozumicie, przy mrozie to skarpety i polarki same sprawy nie załatwią. Bardzo dziwne  rzeczy dziejo się w Niemczech, prawie tak zdziwne jak te w Chinach się dziejące. Mła paczy, ślepka wytrzeszcza ale jej rozum cóś wolno w niskich temperaturach pracuje i mła nie do końca jest pewna tego co widzi więc się nie będzie produkować jako Wróżka Edna.

Pomalowałam wysuszki, to wszystko na co mła było stać w tym mijającym tygodniu. Wielki osiąg to nie jest ale zawsze mam jesienną dekorację niewielkim kosztem zrobioną. Suszki to zaprzeszłość czyli wspominki minionych jesieni, farby akrylowe zostały nabyte do malowania zająca, znaczy tyż  miesiące temu, metaliczne kredki użyte do zrobienia "refleksów" dostałam od Kocurrka. Malowałam z doskoku, na raty, bo tu konieczny był "porządek suszenia". Najwięcej czasu zajęło mła "metalizowanie" granatów, mła chciała żeby przypominały nieco owoce z prac Ślewińskiego czy Cézanne​'a. No wicie rozumicie, żeby nie były takie jednoznaczne i nudnie  czerwone. Wyszło tak se, nieco inaczej sobie to wyobrażałam ale cóż - umiejętności zabrakło. Jednakże listopadową dekorację posiadam i daję odpór atakującym zewsząd Mikołajom, reniferom i bardzo podejrzanym szopkom z Marią i Józefem, których twarze  zdradzają wyraźne cechy występowania trisomii chromosomu 21. Dobre i to.

W weekend przyszły dobre wieści w sprawie  Mefju, na szczęście nie zalągł się u niego skorupiak i sprawa zatykania się kota,  mimo tego że skomplikowana, to jest możliwa do opanowania. Mrutek uważa oczywiście że to wszystko zasługa jego mruczanek, mła nie ma siły wyprowadzać go z błędu. Zresztą najsampierw musiałaby go z objęć Małgosinych wyrwać i do domu sprowadzić. Hym... cóś  jakby mission impossible. No, Mruciu rzundzi. Co prawda Mrutek nie ustawił sobie jeszcze synów Małgoś, ta sztuka udała się z łatwością tylko Szpagetce, ale za to Małgoś jest absolutnie pod pazurem Mrutiego, naprawdę robi z Małgoś co chce. Mła niedługo będzie musiała podania pisać do Małgoś choćby  w sprawie wpłynięcia na zachowanie Mrutka, on usiłuje robić rififi w Małgosinym kredensie! Nie mam pojęcia czego on tam szuka, podejrzewam jednak że nie są to poszukiwania  straconego czasu. Dobra, to by było na tyle. W Muzyczniku orientalne klimaty, te granaty przypomniały mła filmy Paradżanowa, więc troszki kadrów z "Koloru granatu" na zanętę.