środa, 22 maja 2024

Codziennik - spokojnie, znaczy wpis o niczym

Niby nic się nie dzieje a mła ciągle nie ma czasu. To zrobić, to zrobić, tego  pod żadnym pozorem nawet nie próbować robić. Mła odbębnia zaległych stomatologów, szykuje  się na imprezy okolicznościowe, usiłuje kontrolować koty, z marnym skutkiem bo robią co chcą, swoje kamieniczno - domowe zrobić musi, ogród atakuje z doskoku. Wieczorem włącza sobie jakiś film, wszystko jedno jaki, bo i tak przy "oglądaniu" zasypia. Oglądanie w cudzysłowie bo mła  do odlotu wystarczy kwadrans. Ech... nie wiem jak to się dzieje ale im bardziej mła brnie w kalendarz, znaczy  im starsiejsza jest, tym czas szybciej  pędzi. Nie mła pierwsza odkryła tę zależność, to stare odkrycie, znacznie starsze niż teoria względności  autorstwa drogiego Alberta. Jedno co dobre z tego braku czasu to jest to że mła musi błyskawicznie ziarna od plew oddzielać, w związku z czym szybciorem dokonywa w zalewie informacji szpery i wyboru a wynik tej przebieżki chroni ją od wpadania w panikę - "Co też to się nie dzieje?!"  Dzięki takiemu podejściu do spraw info mła czyma rękę na pulsie, jednocześnie nie dając się nakręcać i wkręcać. Bajkopisarstwo w sferze info bowiem trwa. "Bez mowy nienawiści", he, he, he ale za to z takim przekazem żeby czytelnicy jedynie słusznej opowieści o info do gardeł skakali czytelnikom  dla których opowieść o info, jedynie słuszną ma się rozumieć, stworzył któś inszy.

Ogrodowo to mła idzie ciężko, owszem deszcz spadł ale zaraz potem uderzyło takie gorąco że zrobiła się sauna. Ogrodowanie w saunie to nie jest to co tygrysy lubią najbardziej, mła zatem ogroduje pod wieczór, króciutko, zanim z ogrodu wygonią ją kumory, tnące  niemiłosiernie. Wieczorem mła zgarnia tyż z ogrodu koty, nagrzane słoneczkiem, świeżo obudzone, ze sporym zapasem sił i chęcią  do nocnych zabaw. Parę razy w nocy jest budzenie mła i zaproszenia do zabaw, zwłaszcza Mruciu uznawa że madka o trzeciej nad ranem powinna dostarczać kotu rozrywek. Jakimś cudem jeszcze nie mam podrapanego nosa, nie wiem dlaczego bo łapeczka budząca nie ma schowanych pazurków. U Mamelona jak u mła, się  codziennik  toczy i trza się cieszyć że jest taki zwyczajny, no, może poza Sławencjuszem na sterydach bo jego rwa barkowa wymagała dołożenia farmacji.

Dziś za ozdóbstwo robią motywy z kartek zielonoświątkowych a w Muzyczniku stara piosenka o podziałach. Nie w wykonie oryginalnym ale za to bardzo dobrym. Tak jest zawsze kiedy publiczność śpiewa z wykonawcą.

sobota, 18 maja 2024

Lombardia - Lago di Garda - Sirmione

Do Sirmione przygnała nas opowieść kerownika Dżizaasa o urokach miasteczka i blaknące wspominki Mamelona, która była w Sirmione  jakieś ćwierć wieku temu. Niech szlag trafi pomysł przyjazdu na półwysep, na którym się  Sirmione znajduje, w Dzień Wyzwolenia!  To była prawdziwa droga przez mękę.  O ile po wyjeździe z Salò  droga zapowiadała  się na luźniutką o tyle im bliżej półwyspu tym większa liczba samochodów  wokół nas. Przy samym  półwyspie dzikie zawody, turyści zsamochodowani polują na miejsce parkingowe. Podstępne podjeżdżania i takie tam zabawy okraszane wybuchami południowego temperamentu. Na sam półwysep nie sposób się było dostać  bo któś poszedł po rozum do głowy i wpuszcza się tylko  tyle samochodów ile jest w stanie pomieścić się  na półwyspianych parkingach, zatłoczonych w dzień świąteczny do wypęku.  Kursuje autobus wahadłowy, sztuk parę samochodów w tę i we w tę i szlus. Promenada do miasteczka zatłoczona jak rzymskie Schody Hiszpańskie w sezonie, tłumy dzikie a bambini darły japy jeszcze mocniej niż te w bazylice w Bergamo. Jakby było mało wokół architektoniczna groza, hym... Jądrzej jako pierwszy wypowiedział ponuro brzmiące - "Władysławowo!". No coś jest na rzeczy, słynny włoski design jakby zapadł się pod ziemię, półwysep oblepiony jest zabudową w stylu późny XX wieczny kurort nadmorski gdziekolwiek. Naprawdę gdziekolwiek, na włoskiej gelaterii mła dostrzegła napis "lody, lody" , na widok tłumów kłębiących się wokół tego przybytku  zrobiło się mła lodowato jakby zawiało od Bałtyku.   A to wszystko ohydnie kurortowe w tzw. przecudnych okolicznościach  przyrody, na promenadzie tłum, miasteczko zapchane a wokół na jeziorze stadka ptoków i chlapiące się przy brzegu żółwie. Jezioro dziko przyrodnicze a na półwyspie turystyczne piekło. Apogeum to  piekiełko miało w okolicach Castello Scaligeri vel Rocca Scaligera, gdzie liczba człeka na metr kwadratowy osiągnęła tak katastroficzne rozmiary że  Klub Rzymski wieszczący w latach 70 ubiegłego wieku przeludnienie planety, byłby prawdziwie usatysfakcjonowany grozą tej sytuacji. Jak się  domyślacie  groza na grozie zrobiła na nas nieliche wrażenie. Dopiero widok sprzedawcy granity i lemoniady z cytronów na tle zamkowych murów wlał w nas nadzieję że może nie będzie to tragiczna pomyłka turystyczna.

No bo wicie rozumicie, widok zamku,  twierdzy strzegącej jedynego  punktu dostępu z lądu do miasteczka był taki mało "władysławowski".  Staroć to staroć, się wybroni  i jeszcze doda splendoru  kurortowisku rozciągającemu się od południa półwyspu. Od północy spoko, spoko, rozciąga się miasteczko  pamiętające głębokie średniowiecze a kto wie czy i nie czasy starożytne, bowiem w północnej części półwyspu znajdują się tzw. "Groty Katullusa" czyli nic innego jak ruiny rzymskiego domusu zbudowanego między końcem I wieku p.n.e. a I wiekiem naszej ery. Co prawda rzymskie  ruiny to tak na samym cypelku ale wille bogatych Rzymian potrzebowały zaplecza a że było ich na półwyspie więcej, zatem mła nie wyklucza że kompleks willowy był tak solidnie rozciągnięty że wchodził w miasteczko, choćby częścią mniej reprezentacyjną.  Rocca Scaligera strzegąca dostępu  do miasteczka została zbudowana przez rodzinę Scaligeri w XIII i XIV wieku w dwóch fazach: pierwszą za czasów Mastino I i ostatnią za Cangrande I. Rodzina Scaligeri trzęsła Weroną i okolicą, historia pojawienia się jej na półwyspie jest związana z poskramianiem herezji, które tak po prawdzie było pretekstem  dla pozyskania zdobyczy terytorialnej dla rodu. No ale  po kolei, zanim dojdziemy do czasów panowania Scaligerich  i zbudowanie przez  nich zamku otoczonego wodami jeziora Garda, wspaniałej twierdzy o wysokości 47 metrów,  bronionej przez trzy wieże, z ufortyfikowanym portem zwanym Darsena, będącym schronieniem  dla jeziornej floty, znajdującym się na wschód od głównej budowli, zamku nadzwyczaj urodnego, którego blanki twierdzy zbudowane są na tzw.  jaskółczy ogon - znak "firmowy" budynków Scaligerich, podczas gdy blanki portu zbudowane są w typie  grotów włóczni, którego strzeże w dodatku wenecki lew dodany za czasów panowania Serenissimy, zacznijmy od czasów wcześniejszych, od czasów neolitu i starożytnych. Miejsce wznoszenia budowli na palach  Lugana Vecchia położone jest pomiędzy Luganą a Colombare di Sirmione, zostało odkryte w 1996 roku  i w 2011 roku  wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO,  wraz z innymi prehistorycznymi neolitycznymi miejscami budowli palowych  w całych Alpach. Mła nic  nie słyszała ani nie czytała  o zwiedzaniu tych stanowisk. Za to o dostępie do świadectw czasów starożytnych to i owszem, można zwiedzić  wykopki.

Kompleks archeologiczny, badany już na  początku XIX wieku jest najważniejszym świadectwem okresu rzymskiego na terenie półwyspu i uważany jest za najlepiej zachowany przykład rzymskiej willi  w północnych Włoszech. Termin "Groty Katullusa" wywodzi się z XV wiecznej tradycji , kiedy to ruiny z podziemnymi częściami  przed erą wykopalisk uważano za jaskinie. Tradycja, począwszy od Marina Sanudo Młodszego, podaje że willa należała do Gajusza Waleriusza Katullusa, który w jednym z wierszy twierdził, że jest właścicielem posiadłości w Sirmione. Tak naprawdę to nie ma jednak pewności, że ruiny willi  to ruiny budynku w którym mieszkał łaciński poeta, także ze względu na potwierdzoną obecność innych willi wzdłuż półwyspu. Teren "Grot Katullusa" zajmuje powierzchnię około dwóch hektarów. Starożytna budowla miała plan prostokąta o długości 167 metrów i szerokości 105 m, z dwoma przednimi częściami po dwóch krótszych bokach i ogrodem, obecnie jest w jego miejscu gaj oliwny. Widoczne pomieszczenia willi noszą nazwy umowne, wywodzące się zarówno z lokalnej tradycji, jak i interpretacji podawanych przez badaczy podczas pierwszych wykopalisk. Znaleziska archeologiczne przechowywane są na stanowisku archeologicznym w Sirmione i w Miejskim Muzeum Archeologicznym Giovanniego Rambottiego w Desenzano del Garda, tam też chyba są jakieś wspominki po budowlach na palach. To skupisko willi na półwyspie  było ważnym ośrodkiem  w czasach rzymskich,  Via Gallica biegła wzdłuż południowego brzegu jeziora, a  z czasem przecinała przesmyk półwyspu Sirmione, miejsce które leżało przy tak ważnym szlaku nie mogło być nieważnym.  Od III do V wieku okolice   Sirmione były miejscem różnych starć. W 249 roku naprzeciw siebie stanęły armie Decjusza Trajana i Filipa Araba , natomiast w 268 roku doszło do bitwy nad jeziorem Benaco czyli Lago di Garda pomiędzy cesarzem Klaudiuszem Gotem a federacją Alemanów.  W 312 roku miało tu miejsce pierwsze starcie wojsk Konstantyna I z wojskami Maksencjusza , które było   preludium do bitwy pod Weroną. W roku 463 wojska Libiusza Sewera, pokonały Alanów na ziemiach Lugany.  Te ciągłe utarczki, bitwy, podjazdy spowodowały że w pierwszych latach V wieku końcowa część półwyspu Sirmione została dzięki sztucznemu przecięciu przekształcona w wyspę i zostały tam następnie wybudowane   fortyfikacje. Architektura obronna na półwyspie to starożytna sprawa, starsza niż  zamek Scaligerich, tam po prostu było rzymskie  castrum.

W pierwszej połowie VIII wieku Sirmione było własnością szlachcica longobardzkiego o przecudnym imieniu  Cunimondo, będącego dworzaninem króla Desideriusa. W 762 roku dworzanin ów popadł był w konflikt z dworzaninem królowej Ansy, żony Dezyderiusza. Źle się to skończyło bo gasindio królowej Ansy nie przeżył bójki z Cunimondo. Za karę Cunimondo został pozbawiony majątku i osadzony w więzieniu a jego majątek dostał się klasztorowi  San Salvatore, założonemu "w celu zbawienia dusz"  przez monarchów longobardzkich. Królowa Ansa założyła filię klasztoru, odnawiając rzymską rezydencję i budując bazylikę San Salvatore in Cortine. W tym samym okresie powstały także pierwszy kościół San Pietro in Mavino oraz kościół San Martino in castro Sermioni , czyli znajdujący się wewnątrz rzymskiego castrum. Karol Wielki w roku 774  oddał "wyspę", zamek i klasztor  francuskiemu klasztorowi świętego Marcina z Tours. Jednak po kilku latach majątek powrócił do klasztoru w Brescii wraz ze wszystkimi przynależnościami, takimi jak port, kościoły półwyspu i dochody z gruntów w okolicy. Kolejny cesarz,  Karol Gruby,  nadał klasztorowi  przywilej urządzania targu rybnego, co przynosiło całkiem niezłe dochody z handlu solonymi czy suszonymi rybkami. W kolejnych wiekach panowanie klasztorów nad półwyspem malało, w roku  1158 półwysep należał,  przynajmniej nominalnie, do Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Cesarz Fryderyk Barbarossa przyznał Sirmione szerokim gestem  dość dużą autonomię, znaczy mieszkańcy podlegali bezpośrednio władzy cesarza.  W XIII wieku zarówno Fryderyk II w 1220 roku, jak i Konradin Szwabski w 1267 roku potwierdzili i rozszerzyli przywileje i koncesje fiskalne przyznane miastu,  potwierdzając cesarskie fideikomisy. Te dobrutki były nieprzedawnialne i niezbywalne, ostały się za panowania  Scaligerich, którzy pojawili się w wyniku pewnego aktu. Otóż przy ciężkim bałaganie, który powstał w wyniku tej radosnej germańskiej polityki w Italii, której wykwitem było Święte  Cesarstwa Rzymskie Narodu Niemieckiego, wraz z upadkiem znaczenia tejże instytucji, co znalazło np. wyraz w ścięciu Konradina, mniejsze ośrodki miejskie szukały wsparcia większych  miast. Ta sama historia co w Bergamo, Lovere czy Salò.  Już w 1197 roku burmistrz Sirmione przysiągł wierność Weronie, tym aktem łącząc miasto  nad jeziorem Garda z miastem nad Adygą. Najbliższy z silnych sąsiadów dawał gwarancję przetrwania, oba miasta były gibelińskie czyli popierały cesarzy, no i w związku z tym Werona obiecała szanować cesarskie przywileje dane Sirmione. Sojusz był logiczny. 

Werona była w wiekach XIII i XIV na tyle silna, że naturalnym wydawało się uciec przed niepokojami pod jej opiekuńcze skrzydła. Niestety na Weronie ciążyła papieska ekskomunika, którą załatwiło miastu trzymanie się Konradina, cóś trza było zrobić aby ją zdjąć. Tymczasem w Sirmione jak na zamówienie  znajdowała  się liczna wspólnota katarów i członków wspólnoty zwanej Patareni vel Patarini, również uznawanych przez Kościół za heretyków.  Jak stwierdzili inkwizytorzy przysłani tam przez trybunał, katarzy i Patareni  przejęli całkowitą kontrolę nad miastem. No to werończycy przystąpili do likwidowania zaprzaństwa w Sirmione. W 1276 roku Mastino della Scala uzyskał od soboru w Weronie możliwość zwerbowania dwóch kompanii żołnierzy do walki z Patarini Sirmionesi. Kontrolę nad nimi powierzono Alberto, bratu Mastino.  Heretycy zostali aresztowani i zamknięci w więzieniach w Weronie, gdzie początkowo byli traktowani dość łagodnie. Niestety wraz ze zmianą władzy w Weronie, czyli przekazaniem jej Alberto,  166 heretyków, którzy nie okazali skruchy,  zostało spalonych na stosie w werońskiej Arenie. Było to wydarzenie, które załatwiło sprawę z papieżem Mikołajem IV,  pozwoliło zdjąć ekskomunikę z werończyków i ich władców.  I tak Patarini Sirmionesi przywrócili mieszkańców Werony matce naszej Kościołowi. W związku z powszechną miłością jaką  ród Scaligeri po numerze z heretykami cieszył się na półwyspie, postanowiono wybudować na miejscu rzymskiego castrum Sermione cóś bardziej nowoczesnego, tak żeby ci z Sirmione darzyli werończyków należytym szaconkiem. Rocca Scaligera została ukończona za panowania Cangrande I,  syna Alberto, który dziś znany jest nie z wojennych zdobyczy, bo kogo obchodzi zdobycie Vincezny, Padwy czy Treviso, tylko z tego że był patronem Dantego. Łatwiej jakoś przejść do historii jako mecenas niż wojownik, zabijaką to trzeba być w większej skali.

W 1378 roku Sirmione zostało podbite przez Gian Galeazzo Viscontiego , który odnowił przywileje feudalne gminy Sirmione. Na początku XV wieku  Sirmione zostało  zostało z kolei przejęte przez Francesco Novello da Carrara , ówczesnego pana Werony, a następnie w 1405 roku przeszło pod kontrolę Republiki Weneckiej, Serenissimy. Pod rządami Wenecji Sirmione straciło na znaczeniu, życie bardziej wartkim nurtem toczyło się w pobliskiej Peschiery.  Było nadal  placówką wojskową, o czym świadczy budowa wewnątrz zamku małego kościoła świętej  Anny, przeznaczonego do kultu religijnego garnizonu.  Miasto rozwijało się wolniej ale coś tam się działo. W XV wieku na pozostałościach kościoła San Martino in Castro zbudowano kościół Santa Maria Maggiore. Panowanie Serenissimy zakończyło się  w 1797 roku kiedy Sirmione zostało po raz pierwszy zajęte przez wojska francuskie prowadzone przez Napoleona. Potem przez kilka następnych  lat była taka reorganizacja że nazwy prowincji których częścią było Sirmione zmieniały się częściej niż paryska moda. Kiedy przyszła kryska na Matyska czyli Napka, w 1816 roku po Kongresie Wiedeńskim i ustanowieniu Królestwa Lombardii - Wenecji pod administracją austriackich Habsburgów, Sirmione zostało przydzielone do  prowincji Brescia. W 1859 roku, podczas drugiej wojny o niepodległość Włoch, Sirmione zostało zajęte przez wojska francusko - piemonckie, które w  bitwach pod Solferino i San Martino zwyciężyły  armię austriacką. Sirmione włączono do Królestwa Sardynii.

Pod koniec XIX wieku miały miejsce prace nad intubacją wód termalnych.  Źródło termalne było znane już w XVI wieku , jednak głębokość, z której wypływało, wynosząca 19 metrów poniżej poziomu jeziora, uniemożliwiała dotychczas jego wykorzystanie. Dzięki rurze możliwe było uruchomienie pierwszej termy i przeprowadzenie pierwszych analiz jakości wody, które okazały się być należycie zasiarczkowane. Źródło termalne wypluwa z się bromowo-jodową wodę siarkową pochodzenia wulkanicznego i obsługuje dziś dwie termy: "Catullo"  w pobliżu jaskiń o tej samej nazwie oraz "Virgilio" w rejonie Colombare. Mła czuła smrodek czarci czyli siarkowe wonie w pobliżu term. I tak Sirimione rozpoczęło karierę uzdrowiska. Jak uzdrowisko to się wysypały wille, ponownie. XVII wieczny pałac położony na centralnym placu Piazza Giosuè Carducci to było za mało rezydencjalności dla miasteczka.Villa Koseritz  to willa położona na wzgórzu Cortine,  z ogromnym neoklasycystycznym parkiem z romantycznymi wtręcikami, zbudowana przez hrabiego Kurta Von Koseritz, niemieckiego męża stanu Księstwa Anhalt. Budowę rozpoczęto w  1898 roku,  o zgrozo,  na ruinach starożytnych budowli.  Von Koseritz mieszkał tam po przejściu na emeryturę ( 1903 ) aż do wywłaszczenia przez Królestwo Włoch  podczas I wojny światowej na mocy traktatu londyńskiego. Willa funkcjonuje obecnie jako luksusowy hotel pod nazwą Villa Cortine.  Miejsce raczej dla zamożnych. Nie jest to najsłynniejsza z willi Sirmione, naj - naj willowy półwyspu  to Villa Meneghini  - Callas,  która pierwotnie należała do rodziny Giannantoni, przemysłowców, przedstawicieli  burżuazji lombardzkiej. Sama willa to nie jest cóś co wywoła ochy i achy  u miłośników architektury, atrakcją jest dlatego że Giovanni Battista  Meneghini przywoził tu w latach 50 XX wieku chyba największą primadonnę assolutę  ubiegłego stulecia - Marię Kalogeropoulu vel Kalos, światu znaną  jako Maria Callas. Historia Marii i Giovanniego to historia Pigmaliona zakochanego we własnym dziele. W latach 40 Maria nie przypominała osoby znanej nam z okładek płyt czy plakatów, była typową primadonną wagi ciężkiej, znaczy pudło rezonansowe miało słuszne gabaryty. Jakby tego było mało była krótkowidzem i nosiła okulary o dużej mocy soczewek. Giovanni Battista Meneghini był wielkim entuzjastą opery, Tak kochał śpiew Marii że dla tego śpiewu się z nią ożenił w 1949 roku.  Porzucił interesy i został jej impresariem.

Po latach Maria mówiła o Giovannim, że kochała go tak, jak córka kocha swojego ojca a on nadmiernie przejął się rolą ochroniarza głosu. Trzymał ją w chałupie, chronił przed zaziębieniami, ograniczał kontakty towarzyskie, bojąc się że jej talent może zamienić się w celebryctwo. Niegłupi był ale nie przewidział że kobieta to nie tylko głos ie te zabiegi wokół jej wyglądu  to niekoniecznie tylko po to by lepiej wypadła na scenie. W  końcówce lat 50 państwo Meneghini zostali zaproszeni na jacht rodaka Marii, Aristotelesa Onasisa. Maria była już wtedy należycie odchudzoną laską o wyrazistej urodzie. Sekret tej szczupłości siedział sobie cichutko we wnętrzu Marii i nazywał się tasiemiec celowo połknięty. Mało urodziwy Aristoteles oprócz kasy miał sporą charyzmę, ludzie którzy się z nim stykali albo go nie cierpieli albo uwielbiali, Maria należała do tej drugiej grupy. No i stało się  jak przewidział Giovanni, im bardziej Maria angażowała się w romans z Aristotelesem,  tym gorzej śpiewała. Państwo Meneghini rozstali się na początku lat 60 a w roku 1966 wzięli rozwód.  Dla Marii nastał zły czas, straciła dziecko, które urodziło się zbyt wcześnie a Aristoteles zaczął adorować  panią Kennedy, wdowę po J.F. K., z którą się wkrótce ożenił.  To małżeństwo nie było szczęśliwe i Aristoteles znów szukał pocieszki u Marii. Także i jemu zmarło  dziecko, w sposób tragiczny stracił syna, z którym wiązał duże nadzieje. Zmarł  połamany przez życie w 1975 roku, jako najbogatszy człowiek na świecie,  a Maria przeżyła go tylko o dwa lata, odeszła jako cień po dawnej gwieździe. Nieszczęśliwi oboje, on nie umiał jej docenić, ona go przeceniała. 

W Sirmione Marii Callas nie zapomniano,  jest tu zarówno jej muzeum w  Palazzo Callas, willa, która jest obecnie w prywatnych rękach, chyba jakichś spadkobierców rodziny Meneghini i park jej imienia. Dla miasteczka Maria jest równie ważna co  Rocca Scaligera. Samo miasteczko jest rzeczywiście urocze, byłoby jeszcze bardziej gdyby wybić przynajmniej połowę turystów, tę, która  nie bardzo wie po co właściwie tu przyjechała. To znaczy nie wie co  zrobić poza  pożarciem lodów i nabyciem w którymś z licznych sklepików  wszystkiego co Italia oferuje, od weneckiego szkła począwszy na sycylijskiej ceramice  kończąc.  Nie że mła jakoś strasznie wybredna, przesubtelna i wyrafinowana że mało nie pęknie z tego wyrafinowania, mła jednakże denerwują ludzie którzy tłoczą się w tak urodnym miejscu ledwie na dwóch uliczkach bo przeca przyjechali tu zjeść i pamiuntki kupić. W przeuroczych miejscach na półwyspie ludziów nie było aż tak dużo, za to kole bud z cóśkami dzikie tłumy. Mła ma wrażenie że tym ludziom kłębiącym się na promenadzie, przed zamkiem czy na dwóch głównych ulicach miasteczka tak naprawdę to wsio  ryba gdzie są, byleby cóś zjeść i pamiuntkę stosowną nabyć. No kurortowo na maksa że aż żal tyłek ściska. Mła  chyba zniosła by ten  tłum, gdyby rzeczywiście spotykała ludzi wszędzie na półwyspie.  A tymczasem gaje oliwne gdzie wśród starych drzewek kwitną rozmaryny, szałwie i lawendy, gdzie po ciętych żywopłotach z pierwszokomunijnego mirtu obłędnie pachnącego wspinają sie pędy kwitnących "dzikawych" róż są puste, w niektórych gajach  byliśmy jedynymi przechodzącymi przez tę zieleń osobami.  No może nie licząc bardzo zdziwnych ptoszków, przypominających kolibry i kotów, łakomie spoglądających na to ptasie trzepotanie.  Znaczy jedynymi ludzkimi osobami. Podobnie jest w stareńkich kościołach, takich pamiętających nie tylko ostatnie tysiąclecie.

Najstarszym kościołem zachowanym na półwyspie jest kościół San Pietro in Mavino. Świątynia położona jest w najwyższym punkcie półwyspu i swoją nazwę wzięła prawdopodobnie od łacińskiego summa vinea, co można tłumaczyć jako  "winnica położona na szczycie", z której to starożytnej nazwy najprawdopodobniej wywodzi  się współczesna nazwa wzgórza Mavino. Kościół jest wzmiankowany w VIII wieku, był tu za Longobardów. Budynek kościoła został przebudowany w XI wieku a podwyższony i przebudowany w kościół jednonawowy w roku 1320, natomiast jego dzwonnica zbudowana w 1070 roku nie uległa dalszym zmianom. Freski z trzech absyd tej świątyni pochodzą z wieku XIII i XIV, kiedy kościół był powiększany a te które znajdują się na ścianach powstały późno, bo w wieku XVI. Hym...  jak na XVI wiek i Włochy to byłoby to straszliwe zapóźnienie, mła cóś się zdawa że freski ze ścian to raczej powstały w wieku XV najpóźniej. No chyba że jaki samorodny twórca ludowy zabrał się za ozdabianie kościoła. W "wielkiej" centralnej absydzie znajduje się fresk przedstawiający Chrystusa siedzącego na tronie wewnątrz mandorli, po bokach znajdują się Dziewica Maryja i święty Jan Chrzciciel, poniżej aniołowie w trąby dmą, u stóp Chrystusa zmarli wstają z mogiłek, znaczy scena Sądu Ostatecznego. Flankowana przez dwa platany.   Dla mła to najpiękniejszy fresk z tej świątyni. Uroczy jest też fresk z prawej apsydy, mła szczególnie intrygował święty  Michał Archanioł z włócznią. Freski ścienne to w ogóle są raczej intrygujące niż hym... przepiękne. Mają w sobie ładunek  emocjonalny jak to się zdarza w sztuce ludowej, dlatego mła ma takie podejrzenia w kierunku samorodnych talentów. To, czy freski ścienne znajdują się we właściwym miejscu, jest kwestią dyskusyjną. Pewne jest  że cykl nie jest zakończony.  Może jeszcze co gdzie odskrobią. Fajne miejsce, choćby dla  urody położenia i fresków warto tu przyjść. Tylko że  kościółek przeżyna z komerchą miasteczka, mało ludzi przychodzi tu oglądać budynek i freski. Na małym placu przed kościołem znajduje się pomnik wojenny Campana dei Caduti, na którym wyryte są nazwiska mieszkańców Sirmione, którzy polegli za swój kraj, głównie podczas obu wojen światowych. Mła jednak usiłowała wyśledzić  cóś inszego, no niestety  stwierdza że nie wypatrzyła śladów resztek po klasztorze  ufundowanym przez królową Ansę.  Ponoć są ale mła się chyba źle wgapiałą, pewnie nie w tym miejscu co cza. 

Kościół Santa Maria della Neve , zwany także jako kościół Santa Maria Maggiore,  jest kościołem parafialnym w Sirmione.  Zbudowano go w drugiej połowie XV wieku, kończąc budowę gdzieś koło roku 1510,  na pozostałościach starego kościoła San Martino in Castro ( co zapewne odnosiło się do twierdzy, która w przeszłości zajmowała znacznie więcej terenu ), z którego pochodziła część materiału użytego do budowy nowej świątyni. Fasada północna budynku opiera się na starożytnym murze otaczającym miasto. Wolnostojąca dzwonnica  również była częścią tych umocnień. Innymi słowy, pierwotnie nie była to nawet dzwonnica a wieża. Fasada wejściowa jest ozdobiona terakotą, przed nią w XVII wieku wzniesiono  portyk  z pięcioma arkadami,  który zajął część starego, przykościelnego cmentarza, o czym świadczą płyty nagrobne umieszczone na jego posadzce. Ciekawostką jest że w jednej z  kolumn portyku wykorzystano kamień milowy poświęcony trzeciemu rokowi konsularnemu cesarza Juliana Apostaty. Hym... pamiątka po zaprzańcu wykorzystana przy budowie kościoła to rzecz która nie powinna dziwić na półwyspie heretyków.  Wnętrze kościoła jest jednonawowe ale  kościół posiada pięć ołtarzy. Freski wotywne pochodzą z XV wieku, najpóźniejsze z 1510 roku. Szczęśliwie w Santa Maria Maggiore nadal znajdują się pozostałości starszych fresków z XIV wieku, przymocowane do ścian. Są to freski namalowane w różnych okresach  poprzedzających  budowę obecnego kościoła w drugiej połowie XV wieku. Oznacza to, że musiały kiedyś zdobić ściany San Martino in Castro i jakimś zrządzeniem losu przetrwać tak gruntowną przebudowę. Najprawdopodobniej część z nich oderwano i wykorzystano do ponownego ozdobienia wnętrza, wszak to Biblia pauperum, na swój sposób święty tekst.  Godna oblookania jest  drewniana statua przedstawiająca "Madonnę na tronie",  pochodzi z przełomu wieków XV i XVI. Krucyfiks z kolei pochodzi z XVI wieku i jego autorstwo jest przypisywane  Domenico Brusasorziemu . Organy w tym kościele są  XVIII wieczne. Jeżeli myślicie że wiele osób oblookiwało ten gotycki kościółek to nic bardziej mylnego, cisza i spokój, żadnych wrzasków bambini, można się było nacieszyć do woli urodą niektórych fresków.

Kościół Świętej Anny niestety jest położony przy wejściu do miasta i twierdzy, dlatego zwiedziliśmy go dopiero wieczorem, kiedy dzikich tłumów w okolicy zamku już nie było. Jest to mały budynek kościelny, poświęcony  matce Madonny, jego  nazwa to Sant'Anna della Rocca. Podobnie jak kościół parafialny zbudowany w XV wieku, wewnątrz twierdzy, jak mła wcześniej już wspomniała dla obsługi duszyczek garnizonu weneckiego.  Ostatnimi czasy coraz wincyj kontrowersji wzbudza to ratowanie duszyczek, pojawiają się insze koncepcje. Budynek na przestrzeni wieków był wielokrotnie przebudowywany i rozbudowywany, o czym świadczy nieregularny plan pięter. Sklepienie krzyżowe w prezbiterium i freski różnych malarzy powstały już w XV wieku. Wraz z dobudowaniem w XVII wieku nawy w formie sklepienia kolebkowego  budowla zyskała obecne rozmiary. Elementami barokowymi w tej świątyni są zdobiony marmurowy ołtarz i reliefowe sztukaterie. Jak dla mła to one czynią to kościółkowe wnętrze czymś nietypowym dla Sirmione, które kościelnie to takie romańsko - gotyckie. Starszy jest jedynie fragment fresku Madonny z Dzieciątkiem nieznanego artysty z XIV wieku, wmurowany jako ołtarz. Pochodzenie fragmentu, na którym widnieje również herb Scaligerich jest nieznane. Kościółek nie posiada dzwonnicy.

Przy okazji ponownego zajścia w okolice twierdzy mła przytacza twierdzowe legendy. Za czasów Cangrande I, ze względu na imię tego członka rodziny, narodziła się legenda, że ​​Della Scala byli spokrewnieni z jakimś awarskim chanem , który brał udział w lombardzkim podboju Włoch. Taa... awarskie chany, z Sycylii pochodzili, z żołnierzy zaciężnych. Nie ma to jak sobie dorobić paręset lat  rodowodu. Insza legenda to ta o z czasów weneckich, o chłopcu o imieniu Ebengardo, który miał ukochaną o imieniu Arice. Podczas burzliwej nocy Elalberto, wenecki rycerz z okolic Feltre, poprosił o schronienie na zamku. Para gościła rycerza, który jednak zachwycony urodą dziewczyny, dołączył do niej w nocy w jej pokoju. Arice,  przerażona zaczęła krzyczeć, więc Elalberto zadźgał ją na śmierć. W międzyczasie Ebengardo wbiegł do pokoju, gdzie zastał Arice martwą i oślepiony wściekłością chwycił sztylet Elalberta  i zabił go. Znaczy jak we włoskiej operze Pucciniego, tylko orkiestra uszła z życiem.  Legenda głosi, że do dziś w burzliwe noce można zobaczyć duszę Ebengarda wędrującą po zamku w poszukiwaniu Arice. Mła nic nie widziała, może dlatego że chmury znad zamku przegnało albo wzrok miała zmęczony poskramianiem bambini goniących kaczki. Załatwiałam gnojki jednym spojrzeniem, uciekały pod skrzydełka rodziców aż miło, he, he, he. Insza koncepcja wybiórczej ślepoty mła jest taka że schodząc na sam cypelek wyspy, na tę skalistość pokrytą wodą pełną żerujących karpione i innych zdziwności ( samą w sobie dość zdziwną,  jezioro znane jest z błyskawicznego przybierania wód, co jest ponoć związane z jeziornymi, bardzo specyficznymi wiatrami ), wypatrując naturalnych term, mających gdzieś tam występować przy brzegu jeziora, mła się wzięła i nawdychała maryśki, którą młodzi ludzie na nadjeziornej skałce pod Grotami Katullusa raczyli się tak obficie że nie trzeba było samej i samemu palić żeby się ujarać. Rzeczywiście, mła z cypelka wróciła wyluzowana, nawet bambini jej nie ruszały i loda kawowego sobie  kupiła. Droga po ogonku ( syrma to po grecku ogon, od tego wyrazu najprawdopodobniej pochodzi nazwa półwyspu, albo od wyrazu galijskiego sirmu, oznaczającego miejsce wypoczynku - mła jest za teorią ogona ) z powrotem do samochodu była przyjemna  i nic we mła się nie trzęsło, nie dlatego że w przeciwieństwie do Salò,  Sirmione nie jest tak narażone na trzęsienia. Zresztą do samochodu nie doszłyśmy, bo Jądrzej wyrwał do przodu i podjechał pod rechoczące trzy panie, prowadzące bardzo intensywne rozmowy na tematy ogólne. Ech... to powietrze nad Sirimione, nawet Maria bywała tu szczęśliwa.