poniedziałek, 12 października 2026

MAK Wien - skarby Orientu

Każde porządne muzeum sztuki użytkowej ma kolekcję orientalną. Nie inaczej jest w wypadku MAK Wien. Nie jest to bardzo wielka ekspozycja i została rozbita na więcej działów. kolekcja sztuki Dalekiego Wschodu znajduje się w jednej z sal na tym wysokim parterze budynku. Po wejściu do tzw. Stałej Kolekcji MAK Asia od razu widać, że sala ta bardzo różni się od pozostałych sal wystawowych w muzeum, jest pod względem wystawienniczym wyraźnie odstająca od reszty ekspozycji. Być może takie a nie inne rozwiązanie wynikało z konieczności wystawiania wielu drobnych przedmiotów. Wysokie gabloty z surowego drewna dzielą przestrzeń tworzą  ścieżką zwiedzania. Hym... jak na standardy mła to wąską, nie było łatwo mła focic. Na ścianach i na szklanych gablotach umieszczono informacje o eksponatach. Niby OK, bo wiesz co jest czym, ale czasem przeszkadza. 

W małych niszach wykutych w ścianach, przed surowymi cegłami umieszczono niewielkie figury bóstw. Jak dla mła troszki bez sensu. Być może mła jest czepialska, ale wydawa mła się że inne działy tego muzeum miały lepszą ekspozycję.  tylko wicie rozumicie, takie odczucie może wynikać z tego że mła foci, dla oglądających nieuzbrojonych w obiektyw odczucia mogą być całkiem insze. Do sali orientalnej można zajrzeć z  sali poświęconej europejskiemu rzemiosłu artystycznemu  z czasów baroku i rokoka, z XVII i XVIII wieku. To tak koresponduje z tą fascynacją chinoiserie.  Z kolei od strony azjatyckiej przez przeszklenie możemy zauważyć europejskie obiekty powstałe z tej fascynacji.

W przeszkleniu, dawnym przejściu zamienionym w gablotę wystawową, umieszczono ceramikę świadczącą o wzajemnych relacjach kulturalnych i gospodarczych między stolicami europejskimi  a Azją Wschodnią w tym okresie. Przedmioty pokazane naprzeciwko podkreślają przede wszystkim wymianę idei i technologii pomiędzy Chinami a Europą w XVIII i XIX wieku. Mamy tu  na przykład emaliowany metalowy globus, dla ówczesnego Chińczyka przedmiot niezrozumiały, bo przeca wiadomo - Niebo jest okrągłe, Ziemia jest kwadratowa. Globus niebiański, hunxiang, z konstelacjami gwiazd to norma, ale żeby tak Ziemię przedstawić, to nie uchodzi. W gablocie można zobaczyć też  porcelanowy talerz z wiedeńskiej  Porzellanmanufaktur nawiązujący do chińskiego oryginału.

W głębi sali, po "drugiej stronie ścieżki"  znajdują się wybrane przedmioty z Japonii. Nie wszystkie są w japońskim guście, ponieważ zostały zaprojektowane i wykonane specjalnie na wystawę w Europie. Zostały one zaprezentowane na Wiedeńskiej Wystawie Światowej w 1873 roku, a następnie zakupiono je i włączono  do ​​kolekcji MAK.  Są to eksponaty z różnych dziedzin rzemiosła,  wyroby metalowe, troszkę laki, porcelana i najnaje dla mła - komplet do ceremonii herbaty.  Chanoyu vel Chadō lub Sadō ( "droga herbaty" - bardziej po japońsku już chyba się nie da teh ceremonii nazwać ). Ceremonia to wyrafinowanie wynikłe z celowych ograniczeń i dążenia do prostoty, przy jednoczesnych zachowaniu piękna i znaczenia filozoficznego samego aktu. Wicie rozumicie, miszczostwo Zen. Mła podziwiała piękne naczynka, szczególnie urodne chawan, miseczki z których pija się herbatę. Do mła najbardziej przemówił raku - chawan, gliniane miseczki, ręcznie formowane, bez użycia koła garncarskiego i wypalane w stosunkowo niskiej temperaturze, którym podczas wypalania aplikuje się szok termiczny, wyciągając je z rozgrzanego pieca. Nie wszystkie naczynia ten szok są w stanie przetrwać. Technika raku  w istocie pozwala tworzyć unikatowe, niepowtarzalne egzemplarze. Oczywiście nie same chawan  można było podziwiać, wszystkimi elementami chadōgu można było popieścić oczy.

Orient to nie tylko Daleki Wschód, w MAK zebrano sporą kolekcję artefaktów z Bliskiego Wschodu i Indii. W tzw. ekspozycji stałej arabsko - islamskiego kręgu kulturowego jest przepiękna ceramika z Izniku - jak choćby te płytki z pałacu wezyra Piali Paszy, pochodzące z roku 1572 widoczne na fotce obok, światowej klasy zbiór miniatur mogolskich, ilustrujących persko - indyjski epos "Hamzanama", no i przede wszystkim niesamowitą kolekcje dywanów i tkanin. Co prawda trzeba się wdrapać po schodach, które po przejściu paru muzealnych sal, mogą stanowić wyzwanie, ale sala dywanowa warta jest wysiłku. Dywany, kilimy, kobierce i części ubioru są z tych najpierwsiejszych. To jest naprawdę świetny zbiór.


Trzon kolekcji MAK stanowią unikatowe kobierce z XVI i XVII wieku ( ten czas bywa nieraz określany jako złoty wiek islamu, mła by polemizowała, ale tak się utarło ), pochodzące z terenów imperiów Safawidów, Osmanów oraz Wielkich Mogołów. Większość najnajów trafiła do muzeum z dawnych zbiorów cesarskich Habsburgów. Teraz tadam, tadam perłą kolekcji jest jedyny na świecie zachowany w całości jedwabny dywan mamelucki, utkany w pierwszej połowie XV wieku w Kairze. Jest też wspaniały Wiener Jagdteppich. Powstał w pierwszej połowie XIV wieku w centralnej Persji.Na mła wielkie wrażenie zrobił kobierzec z Chorasanu z pierwszej połowy XVII wieku. Chorasan to było takie zagłębie kobiercowe, zdaniem mła najpiękniejsze perskie dywany są z tej prowincji i z miasta Kaszan. W zbiorach MAK są też tzw. kobierce polskie w licznie dwóch sztuk zachowanych w całości i chyba paru zachowanych fragmentarycznie. Oczywiście nie są one z Polski, tkano je w XVII wiecznym Kaszanie albo w Isfahanie. Nazwę zawdzięczają XIX wiecznym, europejskim kolekcjonerom, którzy na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 roku zobaczyli te tkaniny z herbami polskiej szlachty. Ponadto sporo kobierców znajdowało się w  zbiorach polskich rodów magnackich magnackich.

Są też inne polskie akcenty, mła zoczyła pasy kontuszowe, w języku niemieckim określane jako "Polenschärpe". Przepiękne są, pasy te są tak po prawdzie polskie via Persja, zanim do polskiego, szlacheckiego stroju narodowego szlachty wprowadzono przepasywanie kontusza pasami rodem z polskich manufaktur, przepasywano je najpierw pasami ze złotogłowiu tkanymi w warsztatach safawidzkiej Persji i ottomańskiej Turcji. Zatem korzenie polskich pasów kontuszowych i ich technika tkacka wywodzą się z Bliskiego Wschodu, co przetrwało nawet w nazwie manufaktur, które je produkowały. W takim w Słucku czy Kobyłce działały tzw. persjarnie), których wyroby potrafiły niekiedy być równie luksusowe,  jak pasy sprowadzano bezpośrednio z Orientu. Mła wzrok zawiesiła najsampierw na pasie, który został zrobiony w Persji, w końcu XVII, lub na początku XVIII. Niby zachował się fragmentarycznie,  ale jest piękny, jednak przyznam się że jakoś bardziej mła zauroczył pas wykonany w Polsce, przez tkacza Françoisa Selimanda, w ostatniej ćwierci XVIII wieku. To taki praktyczny pas kontuszowy, wicie rozumicie, na każdą okazję. Wąż, czyli najdłuższa część pasa podzielony tak by można uzyskać po odpowiednim złożeniu cztery odmienne wzory, głowa pasa, czyli szerokie pola na końcach tkane tak by pasowały do tych odmienionych węży.  Praktyczne i efektowne i co najważniejsze - w sam raz na kieszeń średnio majętnego szlachcica, do którego musiała przemawiać idea  "Cztery w jednym".


Mla przyznawa że dostała lekkiego kręćka w tej części ekspozycji orientalnej. Te wszystkie dywany tysiąca kwiatów, indyjskie ptaki wytkane w XVII wieku, cud urody kaszmirowy szal z 1836 roku, który gotowa byłabym porwać z gabloty, gdyby kamerki złośliwie nie śledziły, indyjskie drukowane tkaniny i tkaniny europejskie inspirowane indyjskimi wzorami sprawiły że mła miała lekki oczopląs, ale o dziwo, nie taki męczliwy. Pewnie podekscytowanie szmatkami tak na mła wpłynęło. W tym orientalnym zbiorze tekstyliów znajdują się też tkaniny i ubiory z Dalekiego Wschodu i trochę takich wzorowanych na dalekowschodnich klimatach,  jednakże nie jest to aż tak inspirująca i efektowna kolekcja , jak w wypadku zbiorów bliskowschodnich.  Mła odnotowała, ale tak bardziej z obowiązku, niż dlatego że szczęka jej opadła albo cóś. No i to by było na tyle. W Muzyczniku coś europejsko - orientalnego i baaardzo wiedeńskiego - uwertura do "Uprowadzenia z Seraju" Mozarta.


sobota, 10 października 2026

Weekendownik - pogrypnik

Paskudnie minął tydzień, przeleżany, bo mła miała grypsko. Takie z gorączką, utratą węchu i smaku, glutaniem, kasłaniem i pokaszlowym posikiwaniem. No full service. Mamelon dokarmiała mła zostawiając żarełko pod drzwiami, kamieniczne staruszki miały zakaz zbliżania się. Mła nie była w dobrej formie fizycznej, ani psychicznej, to ostatnie to głównie z powodu niepokoju o Kocurrkową Myszkę. Mła sobie tłumaczy że jakby co,  to Kocurrek podarowała kocie dobre cztery lata, w prawdziwym  domu, ale mła jest w tym roku znów po przejściach ze stworzonkami i taka jest jakaś wewnętrznie dygotliwa z powodu kocich chorób. Grypa z wielkim trudem pozwala na ślady optymizmu, jakoś depresyjnie jest mła. Na świecie też mało ciekawie, mła uwięziona w chałupie za towarzystwo miała koty i cholerny komputer, który jakoś tak złośliwie podsuwał jej nie takie wiadomości jakie chciałaby czytać. No, może z wyjątkiem wyłączania rosyjskich rafinerii, co zdaniem mła przyspiesza koniec wojny za naszą wschodnią granicą i trzeźwienie Rosji z imperialnych snów o wszechświatowej potędze i co na pewno nie podoba się autorytarystom w USA, którzy wiedzą że koniec Rosji to preludium ich własnego upadku ( mła to napisała zanim jeszcze Pomarańczowa Demencja fiknęła Kongresowi i Senatowi USA i ucałowała Wujka Wowę, zostawiając naszych prawiczków z niejakim Bielanem na czele z rękami w nocniku pełnym gówna! ). Idą nowe czasy, zobaczymy dziwne rzeczy. Ech... niekoniecznie lepsze. Mła się tak zastanawia np. nad tym czy te ciężkie samochody lekstryczne, ukochane pieścidełko pseudoekologów,  nie spowodują  konieczności częstszych remontów dróg i chałup stojących w starych miastach wzdłuż ulic, albo czy nasze dzieci już zupełnie zgłupiały od tego bezstresowego wychowania i społeczniaków, że z nożami latają ( fajnie że w końcu pojawił się wśród młodych bardziej realny nonkonformizm, tylko dlaczego to musi być od razu durna bandyterka, tym razem  rodem z podskórności społeczniaków, które do tej pory tworzyły "nonkonformizm" wg.  najbardziej konformistycznego przekazu! ). Czy  jeszcze paskudniej, znaczy toczą mła podejrzenia że nierentowne do bólu firmy AI  będą usiłowały przejść na społeczny garnuszek, bo one takie "militarnie niezbędne". Taa... takie tam bure myśli mła po mózgu łażą. Wszystko z choroby, która nie jest dżumą, ale jak na mła jest wystarczająco udupiająca. 

Sztuczna czyta wypociny mła obłędnie, co miesiąc jakieś koszmarne liczby wyświetleń. Sztuczna generyczna  podobno aż taka zassana że wyraźnie nie daje rady i podupada. Sztuczna od matematyki z kolei powymyślała nowe dowody na hipotezę Riemanna, tylko taka prawda że nikt nie potrafi sprawdzić czy maszyna aby czegoś nie pokręciła.  Jeszcze trochę a może być jak u Lema z tą  matematyką, nasz aparat pojęciowy nie będzie zdolny do zrozumienia. Albo i gorzej, maszyna klepie a my udajemy że rozumiemy i jeszcze wierzymy. Mła tak sobie myśli, że srutututu, zanim pokapujemy jak to działa i czy w ogóle działa prawidłowo, czeka nas proces weryfikacji, żmudnej, długaśnej. Żebyśmy znali działanie aspiryny w organizmie, musiało minąć sto lat od stworzenia pierwszej tabletki, ciekawe ile zajmie sprawdzenie dowodów matematycznych?  A pieniędze na sztuczną płyną, choć już nie tak szerokim strumieniem. Ludziom jajogłowi miliarderzy przestali się podobać, wyniki finansowe są  mierne, bardzo oględnie pisząc. Pomimo wciskania prze Google i Mety AI gdzie się da. A AI jak była nieświadoma tego wszystkiego co wokół niej, tak dalej nieświadoma, taka zwykła maszynka licząca, szczególnie w wersjach darmowych raczej tępawa i nie zmieni tego pojęcie "klasa aktywów inwestycyjnych",  wymyślone do krojenia inwestorów.  Ech... smętnie mła z tego powodu że pisze dla nieświadomych botów. Tak nawiasem pisząc, postanowiłam mieć głęboko w doopie wszelkie prawa autorskie. Jeżeli kradną  korpo to jest bezkarne, więc idąc za przykładem od dziś będę piracić na maxa i niech ktoś spróbuje mła ścignąć. Trzeba tylko zachować czujność wobec jurysdykcji serwera i zero zrozumienia dla opowieści jak to okradam artystów, czy cóś. Nie te czasy moi Mili, kradną bogacze a prawa autorskie dawno się poszły turlać i korpo zarabiają na kradzionym aż niemiło. Od dawna czułam że tak będzie, świat się zmienia.

Zmienność rzeczywistości jest jedyną zagwarantowaną sprawą w naszym istnieniu, co dawno temu zauważyli greccy filozofowie i pewien indyjski książę.  Może dlatego mła ponownie sobie oblookała podczas choróbska "Małego Buddę" Bertolucciego, po latach z tego filmu jak dla mła obroniły się sceny retrospekcji, Siddhartha w interpretacji młodego Keanu nadal odjechany od świata tak jak należy, bez zbytnich emocji, które bolą. Potem to już pojechałam całą tę orientalną trylogię Bertolucciego, znaczy obejrzałam "Pod osłoną niebios" i "Ostatniego Cesarza".  Na pierwszym zasnęłam, drugi obejrzałam w wersji reżyserskiej, czyli dałam radę niemal czterem godzinom filmu. "Chyba Ostatni Cesarz" z tych orientalnych filmów zestarzał się jakoś najmniej, dalej są w nim takie fragmenty, które mła poruszają. Trochę dziwnie było mła ponownie oglądać filmy po prawie 40 latach, kino od tego czasu niesamowicie się zmieniło, nie jestem wcale przekonana czy na lepsze. Postanowiłam sobie sprawdzić jak jeszcze starsze filmy Bertolucciego przetrwały upływ czasu. "Ostatnie Tango w Paryżu" to tak trochę świadectwo epoki, trochę ocalonej przed zębem czasu filmowej roboty. Dalej jest to film o pustce, tylko jakoś tak bardziej przejmujący niż "Pod osłoną niebios". Przynajmniej dla mła. Może dlatego że jest taki bezkompromisowy, to rozczarowanie światem wyłazi z każdego centymetra taśmy filmowej i robi wrażenie? Sama nie wiem.  Potem kończąc Bertolucciadę obejrzałam "Konformistę" i dopiero wtedy naprawdę mła trafiło!

Nie wiem czy jest to film odpowiedni dla  współczesnej wrażliwości, w której kadry muszą się zmieniać jak w kalejdoskopie, to kino wysmakowanego obrazu i wchodzenia w  opowieść przez nie tworzoną, wymagające od widza skupienia, które wraz z telefonią komórkową i potrzebą  bycia on line poszło się bejać. Teraz wszyscy mają ADHD od on line'owe.  Jednakże dla mła, świadomej ograniczeń współczesnej kuchni filmowej wywołanych przez przebodźcowanie widzów, ten powrót do staroci z 1970 roku był jak łyk, schłodzonego Budějovický Budvar, w miejscu w którym podają te amerykańskie szczyny zwane Budweiser. Trintignant wymiata, zdjęcia Vittorio Storaro w epoce blue screenów przekonują mła o niedoskonałej,  powierzchownej,  artystycznej miałkości pozornie doskonałej współczesnej technologii tworzenia filmowego obrazu ( sorry ale efekty komputerowe, o AI nawet nie wspominając, to przy tych zdjęciach Storaro pomyje i to takie po wielu brudnych garach! ), no i sama historia.  Powinno się to puszczać w czasach srovidu trzy razy dziennie w telewizorni a w społeczniakach tzw.  wyjątki ( rzecz jasna telewizornie by wyły a społeczniaki by się zapierały, to w końcu siewcy konformizmu, którzy  nie mogąc wciskać przekazu całemu społeczeństwu, usiłują je atomizować! ).

Po tej całej pieprzonej chorobie mła postanowiła  odreagować, polazła do sklepu i nabyła peonie. Nie wiem co będzie z chałupą i moją w niej bytnością, bo utknęło, z resztą mojego życia tyż nie wiem, bo świat znów pędzi, więc przynajmniej zacznę dopieszczać ogród.  Dzisiejsze zdjęcia domówki, nawet kawę z kardamonem i cynamonem sfociłam ( z powodu pływających po wierzchu sproszkowanych przypraw była ciężka w piciu, nie był to dobry pomysł! ). Chciałam też sfocić wszystkie koty, ale Sztaflik uciekła sprzed obiektywu, pod pozorem niewyczesanego futra ( nieprawda, bo futro osobiście szczotkowałam! ). No to są tylko Mrutek i Helenka.  W Muzyczniku Starsi Panowie.  A teraz się szykuję, bo idę z Mamelonem i Sławencjuszem do Gosi i Piotrusia zapić smutki i choroby. Taka to ze mnie "imprezowa dziewczyna", oby mła się udało przy tej okazji ten maj w serduchu znaleźć.