sobota, 8 sierpnia 2026

Frustracja to ładne imię dla dziefczynki, dla chłopca dobre jest Wykluczony.

Zawsze kiedy trzeba mła podnieść ciśnienie dołujące w wartościach zapaściowych, mła może liczyć na Wyborczą. Odkąd nastąpiła pokoleniowa zmiana warty wśród redaktorów, czyli od ponad dekady z solidnym hakiem, mła czyta głównie info socjo - kulturalne i takie tam felietony i wywiady. Chyba przestanie, bo czuje że powinna jakąś gazetę dla seniorów czytać, żeby jej szlag nie trafił. Do czego mła się odnosi? - do wywiadu z panią Zofią Urbanek, antropologiem ( oczywiście w GazWybie stoi "antropolożka"! - szczęśliwie do redachtórek i redachtorów jeszcze nie doszło że to forma sugerująca zdrobnienie, bo by stało "antropologa" albo jakoś podobnie ). Wywiad dotyczy "wykluczania kobiet", czyli "wykluczania matek" z przestrzeni publicznej, z powodu posiadania dzieci. Chłopy zdawa się nie są wykluczane, albo tego tak nie odczuwają. Im mła bardziej się  wczytywała, "tym bardziej Prosiaczka tam nie było". Mła doszła do wniosku że ktoś tu oderwał się od bazy, albo to mła, albo "antropolożka". Mła jest w stanie przyjąć że to ona jest oderwana, bo jest starą rurą a Urbanek Zofia standardową przedstawicielką Polek, ale jako stara rura zawsze mogę pogderać i wytknąć młodszym ludziom brak konsekwencji, bajdurzenia chceniowe  i zamierzam to uczynić, żeby potem nie było że wiedziałam a nic nie robiłam.

Zacznę od tego że dzieciństwo kiedyś było faktem fizycznym ale z byciem faktem społecznym to już tak...tego... nie ten. No wicie rozumicie, człek niedojrzały to taki niedorobiony, wstydliwa głupota, trza to ukryć. Dzieci ludzi bogatych mogły  w ramach nagrody widzieć raz na jakiś czas rodziców, mogły być portretowane z rodzicami, choć bardziej tu chodziło o podkreślenie roli rodzica a nie dziecka, natomiast społecznie praktycznie nie istniały. Bytowały w pomieszczeniach oddzielnych,  pozamykane z niańkami, bonami i guwernantkami lub guwernerami, dostawały swoje jedzenie, często ohydnie jednostajne, żeby im się nie fiknęło na jakieś zatrucie. Nie przywiązywano się do nich przesadnie, bo umieralność była duża i mogły szybko powiększyć grono aniołków. Interesowano się dziećmi bardziej dopiero w momencie kiedy zaczynały dojrzewać i mogły już stanowić zasób rodziny. U biedaków było paskudniej, bo dziecię jeżeli chciało przeżyć, to musiało szybko zacząć pracować. Parolatkom jeszcze 100 lat temu powierzano opiekę nad młodszym rodzeństwem a na wsiach wypas gęsi, nieco starsze wypasały krowy. Przed 10 rokiem życia mało które dziecko ludzi niezbyt zamożnych  nie pracowało. To była norma. Jak zatem widzicie dzieciństwo współcześnie rozumiane to naprawdę świeża sprawa. Jeszcze Antoni Słonimski tworzył prześmiewcze teksty o dzieciach - ""Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nieprodukująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania, wykształcenia, niegrzeczna i brudna."  Zabawne to, o ile sobie człowiek nie uświadamia że w czasie dzieciństwa Słonimskiego powszechne było właśnie takie nastawienie do dzieci w środowisku jakby nie było inteligenckim.

Teraz szerokie tło. Mła nie ma jeszcze demencji i jakoś tam kojarzy, dlatego, kiedy spływają dane o tym że przyrost naturalny zmniejsza się na całym świecie, nawet zwalnia w Afryce, to widzi w tym nie tylko zagrożenie dla systemów emerytalnych, jak to robią politycy, którzy myślą krótkoterminowo, tylko długofalową zmianę strategii utrzymania się przy życiu gatunku.  Bardzo biologicznie do tego podchodzę. Żeby taka strategia zadziałała konieczna jest zmiana priorytetów jednostek i zmiana tego, co uznają one za godny standard życia. Taka zmiana zaczęła się dokonywać na przełomie wieków XX i XXI. To jest zjawisko powszechne, które państwa z wysoko rozwiniętą gospodarką usiłują łagodzić, podkreślam łagodzić, bo zmienić nie są w stanie, zwiększeniem socjalu, szczególnie dla rodziców.  Trwa ogólne pitu - pitu jak to będziemy tych w wieku rozrodczym dopieszczać, tylko jakoś nikomu nie chce przejść przez gardło, ani spłynąć na klawiaturę, że ludzie nie chcą mieć dzieci, bo ich posiadanie nie jest konieczne im do szczęścia. Dzieci dziś nie są ani zabezpieczeniem starości, czyli nie spełniają tradycyjnej roli w jakiej je widziała przeważająca  większość społeczeństw, w tym i nasze jeszcze 100 lat temu, ani nie są aż tak często samą radością dla swoich rodziców, szukających spełnienia poza macierzyństwem i ojcostwem. Mła nie ocenia, mła stwierdza - jest, jak jest - dzieci nie są gwarantem przyszłości i dzieci mogą być przyczyną frustracji. Dzieci jako grupa społeczna straciły na znaczeniu, społeczeństwo nie jest już tak skłonne do rozumienia "procesu dzieciństwa", coraz więcej wśród nas  wołów, które  zapomniały jak to jest być cielakiem. Z tym faktem ciężko mierzyć się niektórym rodzicom, którzy z tego społeczeństwa wyalienowani nie są i żyją jego wartościami, usiłują oni walczyć z rzeczywistością, czasem bardzo dziwnymi środkami. 

Jedną z przyjmowanych postaw jest wprowadzanie dziecka w, że tak to określę, "szeroki obieg społeczny". Dziecko nawet w okresie niemowlęcym ma prawo uczestniczyć we wszystkim, począwszy od odwiedzania restauracji, poprzez odbywanie dalekich podróży, by "wypocząć" w tropikach, na uczestnictwie w filharmonijnym spędzie,  na którym wykonuje się III koncert Rachmaninowa kończąc. Oczywiście z punktu widzenia rozwoju dziecka i jego dobrostanu to jest absurd i skłania otoczenie do całkiem uzasadnionych podejrzeń że rodzice tak traktowanego dziecka nie dorośli do roli, którą wykonują. Kiedy czytam że "na obecność dzieci we wspólnej przestrzeni jest agresywna, systemowa nagonka", to zastanawiam się od razu w jakiej przestrzeni?  Na placach zabaw przy marketach w centrach handlowych, w tych wszystkich Jakichśtamlandach,  w basenach hotelowych przy których uwijają  się tzw. animatorzy zabaw dla dzieci, w kinach, w teatrach z przedstawieniami dla milusińskich? Społeczeństwo wydziela z przestrzeni wspólnej miejsca dla dzieci, takie w których dzieci są bezpieczne i mogą się integrować z rówieśnikami. Nie jest winą  społeczeństwa że rodzice dzieci się w takich miejscach nudzą, dojrzali ludzie tę nudę pokonują.  Argument  że ograniczanie socjalizacji dziecka do placów zabaw i parków to tworzenie mu sztucznego, nierzeczywistego środowiska jest durny, bo nikt rozsądny nie bierze niemowlaka, czy trzylatka  na techno party z popijawą żeby się życia uczył i ten argument  mówi raczej o frustracji rodzica, którego normy społeczne zmuszają do zajęcia się dzieckiem zamiast do korzystania z rozrywek.  Mła jest na tyle stara że wie że każdy wiek ma ograniczenia, katowanie niemowlęcia wakacjami w tropikach jest dla mła tak samo ciężkostrawne, jak katowanie społeczeństwa polityką prowadzoną przez zdemenciałych staruszków. Wicie rozumicie, jest czas siania i czas żęcia a zdaniem mła ludzie kombinują bardzo durnie że żadnych ograniczeń nie ma, bo człowiek się nie zmienia, choć wszystko wokół zapewnia nas że jest odwrotnie i że każdy w swoim tempie zmierza od pół świadomego początku do nieuchronnego i często półświadomego końca.

Co mła zatrzęsło w tym wywiadzie z "antropolożką"? -  prowadzenie wykładu dla studentów z dzieckiem. Sorry, to nie jest ten rodzaj pracy, który zdaniem mła wykonuje się z dzieckiem. To nie grupa zbieracko - łowiecka, gdzie gromada kobiet z dziećmi zawiniętymi w chustach i dostawionymi do cyca, zbiera owoce, czy tam inne nasiona, to jest praca która wymaga skupienia intelektualnego od wykładowcy i od ludzi, którzy słuchają i nie powinni się rozpraszać. To nic innego tylko brak szacunku, dla ludzi, którym przekazuje się wiedzę, nadużywanie pozycji. Jeżeli będziemy w ten sposób podchodzić do wykonywania zawodu, to doczekamy się dzieci na salach operacyjnych i w izbach zatrzymań, czyli w miejscach, w których absolutnie nie powinny przebywać, bo ich przebywanie stanowi tam zagrożenie zarówno dla nich samych, jak i dla innych. Po prostu każdy marzy o tym by mamusia i tatuś obsługujący wyrzutnie z rakietami balistycznymi mieli przy sobie płaczące dziecko. Pani "antropolożka" nie widzi daleko idących implikacji swojej postawy, ona przekracza bariery, nie zastanawiając się dlaczego takie bariery istnieją. Szczerze pisząc to mam gdzieś czy dziecko śpi, czy ryczy, są miejsca pracy, które nie są dla niego odpowiednie i szlus.  Tu nie mamy do czynienia z takimi czy innymi poglądami, tylko ze zwykłą głupotą. Dla mła to kolejne potwierdzenie że od wykształcenia niektórym rozumu nie przybywa, co uważa za smętne. 

Kolejnym źródłem nieporozumień jest zakładanie że wspólnota działa w interesie jednostki, wspólnota działa w interesie wspólnoty, tak było, jest i będzie. Sfrustrowani byciem rodzicami zakładają że wspólnota się dostosuje i zareaguje aprobatą na radosny indywidualizm dziecka, wyrażający się w bieganiu między restauracyjnymi stolikami, czy w kopaniu fotela współpasażera zbiorkomu. W naszej kulturze, w przeciwieństwie do krajów łacińskich, prawo osób dorosłych do spokoju jest dość mocno egzekwowane. Jak dla mła to  rodzice usiłują być tego nieświadomi i zakładają pajdokrację, żyjąc w społeczeństwie, które nieprzesadnie przejmuje się dziećmi. Jest krzyk, że wspólnota nie dorosła i dzieci są  ograniczane a wspólnota nie wspiera. Jak ktoś tu nie dorósł to "antropolożka". Koncepcja, która  opiera się na wspólnocie, jak to drzewiej bywało,  zakłada że wspólnota ma prawo reagować na zachowania dzieci. Krótko pisząc - wspólnota wtrąca się w wychowanie dzieci, czasem w sposób niechciany przez rodziców.  Im więcej w kwestii wychowania dzieci do powiedzenia ma wspólnota, tym mniej do powiedzenia mają rodzice. Nie wiem czy ten model odpowiadałby Urbanek Zofii, bo to oznacza że ludzie mogliby zareagować na to w jaki sposób moderuje zachowania własnego dziecka i to nie tylko zwracając jej uwagę, tylko jak w Skandynawii donosząc do urzędu że jest niewydolna wychowawczo. Wsparcie wspólnoty to cały pakiet, nie można sobie wybierać, tego chcę a tamtego tu już nie. Chcesz mieć wsparcie wspólnoty to przyjmujesz jej zasady. Społeczeństwo indywidualistyczne, jakimi jest większość społeczeństw Zachodu,  spodziewa się że to rodzice zajmują się dzieckiem i biorą za nie odpowiedzialność, tak to działa. Małe dziecko ma swoje potrzeby, a obowiązkiem rodziców jest ich zaspakajanie, społeczeństwo ma dbać żeby rodzic wypełniał te obowiązki i dziecku nie stała się krzywda. Tyle tego wspólnotowego wsparcia.

Teraz mła napisze cóś kontrowersyjnego - odnoszę wrażenie że coraz więcej dzieci ma dzieci. Dlaczego? Bo to takie infantylne oczekiwać że świat się dla Ciebie zmieni, prawa biologii przestaną istnieć a życie będzie lekkie, łatwe i przyjemne. No i jeszcze wszyscy wokół życzliwi i bez trosk. Od dawien dawna macierzyństwo i ojcostwo zmieniało sytuację ludzi w społeczeństwie, nie zawsze na korzyść. Taka zmiana to norma, związana jest z przejęciem nowych obowiązków i nowych wyzwań. Tak, bywa to męczące, ale co na tym świecie nie jest męczące? Zamiast pieprzyć głupoty wynikające z frustracji normalnym życiem, może pocieszyć się choć trochę dzieciństwem własnych dzieci. Ono przecież tak szybko przeminie, dzisiaj maluszek a jutro już szanowna pani i szanowny pan. Przecież te błogie uśmiechy z bardzo durnych powodów, usiłowania prawidłowego umieszczenia się na nocniku, odkrywanie smaków, tego że się istnieje,  to całe tworzenie się dojrzałego człowieka jest za każdym razem niepowtarzalne. Proces obserwowany z bliska, intymny, bo dotyczący osoby najbliżej z nami związanej. Nie do skopiowania. No a mła tymczasem odnosi wrażenie że niektórzy  rodzice wcale nie są zadowoleni z faktu że są rodzicami, tylko się cholera cofnąć tego nie da. Więc szukają kogo by tu obarczyć tym własnym niezadowoleniem z powodu tego że gnojek jeden śmie mieć własne potrzeby, społeczeństwo żąda zajęcia się jego wychowaniem a rodzic się realizować nie może ( złej baletnicy itd. ! ). Biedne te dzieci w roli ciężkich garbów. 

Dziś za ozdóbstwo robią krasnoludkowe obrazki Heinricha Schlitta a w Muzyczniku stosowna muzyczka. Na komentarze odpowiem później, internet świeżo odzyskany po burzach. 

niedziela, 2 sierpnia 2026

Meldunek sierpniowy - zwięzły.


Meldunek krótki i zwięzły. Okularii nadal nie ma, Gienia po operacji, którą ciężko zniosła, mła na pańszczyźnie u  kociamberstwa Dżizaasa i Jądrzeja, takiej dłuższej bo planowanej od roku. Koty własne obrzydliwie się zachowują względem mła, znaczy zdrowe. Mrutek to w ogóle sobie pozwala, mła jest trochę przerażona skalą jego roszczeń wobec niej, zdawa mła się że Mruciu usiłuje sobie uzurpować pozycję, która należała do Jej Szpagetkowatości. Jestem stanowczo przeciwna zarzundzaniu światem przez Mrutka. Byłam na imprezce działkowej u Gosi, został przedstawiony mały Igorek, szczenięca, spanielkowa słodycz. Z imprezki oprócz przepełnionego żołądka przywiozłam kleszcza wbitego w zgięciu kolana. Rumienia wędrującego, ani innych świństw nie ma, dzięki Najwyższemu. Mimo upału musiałam zrobić większe zakupy, wyprzedaże były, to uzupełniłam kosmetyki żeby tak na parę miesięcy starczyło ( zamierzam wypilingować gębę i nałożyć maseczkę, ciągle jestem pełna nadziei że choć na ryjcu mła się wygląd poprawi! ) i kupiłam bezczelnie ceramiczne domki, które przecenili o ponad 50% i jeszcze dowalali po jednym za jednego grosza. Po młowemu to wreszcie ich cena uległa urynkowieniu, bo jeżeli coś się nie sprzedaje w ciągu 12 miesięcy, to widać było za drogie. Inna sprawa że się mogły ludziom nie podobać, wiecie że mła ma tzw. "limfatyczne gusta" ( jak przez mgłę do mła dociera że to chyba określenie wymyślone przez Helenę Mniszkównę ). Po upałach zamierzam przystąpić do robienia paczek roślinnych. Na razie popijam melisę w letniej filiżance i oglądam kwitnienie kaktusów, w tym roku czadu dają tylko gymnolki.


Fotki zdziśki a w Muzyczniku pokłosie po obejrzanym przez mła enty raz "Sanatorium po klepsydrą".  Mła nie tak dawno pisała o "Odysei" wg. Nolana, no cóż, film Hasa to jest jednak całkiem inna półka. Rzecz o rozpadzie i przemijaniu, robiona na z pozoru nieprzetłumaczalnej na język filmu literaturze, nie tylko da się obejrzeć po 50 latach, ona nadal wbija w fotel. Noż qurcze, lata 70 i część lat 80 XX wieku to były złote lata polskiego kina. Mła tak pisze nie dlatego że mła była chłonąca wówczas jak gąbka, po prostu formalnie nasze kino było odjazdowe. Zresztą kino europejskie w tych latach było kinem przez duże K - Tarkowski, Paradżanow, Herzog, Wenders, Malle, Bergman, Fellini. Mój boszsz... i żadnych durnych franczyz, co najwyżej jaki remake wstydliwy. Ech...

środa, 29 lipca 2026

Katedra w Tours

Mła pokaże Wam dziś zupełnie inną katedrę od tej w Kotorze, budynki powstawały mniej więcej w tym samym czasie ale są bardzo od siebie różne. To druga oglądana przez mła francuska katedra i nie da się ukryć że nie padłam z zachwytu, no ale wicie rozumicie, poprzeczka była umieszczona najwyżej jak się da, bo moją pierwszą  francuską katedrą była ta w Chartres, która wbiła w glebę samego Napoleona. Katedra Świętego Gajusza w Tours znajduje się na Starym Mieście, jej patron był , pierwszym biskupem Tours,  świątynia jest siedzibą archidiecezji Tours i katedrą metropolitalną prowincji kościelnej Tours. Jest kościołem czynnym, podczas niedzielnej mszy wypełnia się wiernymi, co mła sama widziała.  Mimo że nie jest to najświetniejsza z francuskich katedr to  budynek został uznany za zabytek historyczny już w  1862 roku. Jest to bowiem miejsce bardzo istotne dla francuskiej historii, fakt że katedrę wielokrotnie niszczono, plądrowano, nie odbiera jej przecież tego znaczenia. Poza tym to Francuzi w katedrach gotyckich i w ogóle w kościołach z tego okresu mogą przebierać jak w ulęgałkach, to do czego u nas ustawiałyby się kolejki żądnych estetycznych wrażeń zwiedzających, u nich uchodzi za poślednie.  Sami zobaczycie, mła dużo fociła.

Pierwszy świątynny  budynek w tym miejscu  zbudował w latach 337 -371 niejaki Lidoire , biskup Tours,  poprzednik Marcina . Kościół ten był pod wezwaniem świętego Maurycego. Budowla ta spłonęła w 561 roku, ale została odrestaurowana przez Grzegorza z Tours i ponownie konsekrowana w 590 roku. Kościół był dość nietypowo położony, ze względu na to że znajdował się w południowo - zachodnim narożniku zamku i był zorientowany na wschód, dostęp do niego był możliwy, jeśli nie przez późnoantyczny mur , to przynajmniej z drogi, która  pod kątem prostym od niego przecinała miasto. Budynek obecny  został wzniesiony w latach 1170 - 1547, zastąpił romańską budowlę, którą po przebudowach stał się stary kościół (  przynajmniej raz solidnie przebudowano kościół w drugiej ćwierci XII wieku, potem spłonął w 1166 roku podczas walk między Ludwikiem VII, królem Francji a Henrykiem II , hrabią Andegawenii ). Pierwszy etap budowy, rozpoczęty w 1170 roku, koncentrował się na południowym transepcie i wieżach. Rekonstrukcję chóru tradycyjnie umieszcza się na lata 1236 -1279. Dziś jego dolne partie datowane są na lata 1220 -1230.  Montaż witraży w triforium datuje się na lata  1245 -1255. Budowa nawy zajęła najwięcej czasu. Architekt Simon du Mans przebudował transept i rozpoczął budowę nawy, której sześć przęseł powstało w XIV wieku. Pierwsze dwa przęsła odpowiadają przęsłom starej katedry romańskiej i pochodzą z XII wieku. W XIV wieku powstały też  nawy boczne i kaplice. Nawę główną ukończono dopiero w XV wieku , dzięki hojności Karola VII i księcia Bretanii, Jana V, przez architektów Jeana de Dammartin, Jeana Papina i Jeana Duranda.

Podczas wznoszenia  budynku nawę stopniowo przedłużono w kierunku zachodnim a wieże flankujące wejście wzniesiono poza obrębem starych murów miejskich, co podkreślało wspomniany już wyżej wyjątkowy charakter tej budowli. Do dziś późnoantyczny mur miejski jest widoczny w przekroju poprzecznym za wieżami od strony północnej. W 1356 roku katedrze nadano nową nazwę - Saint Gatien. Święty Gajusz był papieżem z III wieku, Kościołem rządził od 283 do 296 roku. Urodzony w Dalmacji, najprawdopodobniej krewny cesarza Dioklecjana, był papieżem w czasach wielkich prześladowań chrześcijan. Do historii chrześcijaństwa przeszedł jako ten, który ustalił zasady świeceń biskupich. Patron osób pełniących cichą służbę, znaczy urzędników.  Kolejna przebudowa katedry trwała od początku XV wieku do połowy XVI wieku, w czasie kiedy we Francji realizowano niewielu dużych projektów budowli sakralnych.  Uchodzi za katedrę nietypową z racji hym... "smukłości figury", nie jest tak kanonicznie gotycka. Mocne wertykalne linie dwóch wież, mają niewielką liczbą poziomych przerw, w przeciwieństwie do harmonijnych fasad klasycznej architektury gotyckich katedr. Największe wrażenie robi bogactwo kamieniarki, mimo tego że do naszych czasów nie wszystko się ostało, to dekoracje zdumiewają  poziomem wykonania. Jak już pisałam  nad projektem pracowało kilku architektów, ale to  Jean de Dampmartin. który kierował pracami  w latach 1430 -1470 był tym który nadał katedrze ostateczny kształt.

Niestety oglądamy okaleczony budynek, duże posągi na ościeżach zaginęły, zostały  zniszczone podczas wojen religijnych w 1562 roku. Jednakże katedra pozostaje  jednym z najwspanialszych dzieł architektury gotyku płomienistego w jej najbardziej bujnej formie. To jest absolutne szaleństwo koronek z kamienia, perełka stylu.  Wieże budowli zostały wzniesione w pierwszej połowie XVI wieku: wieżę północną w 1507 roku zbudował Pierre de Valence a wieżę południową w latach 1534- 1547 Pierre Gadier.  Teraz troszki o tym jakie to rozmiary ma katedra w Tours - długość całkowita; 100 m,  szerokość; 28 m,  szerokość transeptu; 46 m,  wysokość pod sklepieniami; 29 m ( to nie jest bardzo imponujące zważywszy na to że  37,50 m  liczy w tym miejscu katedra w Chartres a największa we Francji katedra w Amiens ma tej wysokości 42,30m ),  wysokość pod nawami; 11 m,  wysokość wieży północnej; 68 m,  wysokość wieży południowej; 69 m. Nie jest to ułomek, to raczej średnia katedra, dość wąska. Ponieważ jak to z katedrami bywało,  budowa przebiegała powoli, budynek stanowi  bardzo kompletny zestaw sposobu budowania w epoce francuskiego boomu katedralnego z XII - XVI wieku.  Tak więc podstawy i przypory wież pochodzą z okresu romańskiego, ogólna ornamentyka jest czysto gotycka, promienista i płomienista  a szczyty obu wież są w stylu renesansowym z początku XVI wieku. 

Za najcenniejsze obiekty w katedrze uchodzą średniowieczne witraże. Najpiękniejsze, olśniewające okna zdobią kaplice ambitu i okna clerestorium chóru. Jest to jeden z najdoskonalszych zestawów XIII wiecznych witraży ( tzw. okien medalionowych ) istniejących w Europie, kompletny, nienaruszony, wielobarwny i niezwykle zróżnicowany. Do tego należy dodać dwa XIV wieczne przepiękne okna rozetowe w transepcie  a także te w nawie głównej i fasadzie z XV wieku . Piękny XV wieczny witraż zdobi jedną z kaplic w nawie południowej.  Mła od razu napisze że nie wszystkie witraże były robione z myślą o katedrze,  obecnie budynek świątyni jest swego rodzaju repozytorium witraży z  wielu kościołów w Tours, gdyż kapituła nabyła pod koniec XVIII i na początku XIX wieku witraże ze zniszczonych kościołów miasta, takich jak Saint-Julien i Saint-Martin.  Te witraże znajdują się  obecnie głównie w krużgankach W latach 1841-1863 pracownia Lobin otrzymała zlecenie na renowację i ponowny montaż starych witraży. Niektóre panele, uznane za niezgodne z projektem renowacji, trafiły na rynek sztuki.  Niestety to była dość powszechna "praktyka konserwatorska". Zestaw przedstawiający Stworzenie Świata został odkupiony w 1916 roku i umieszczony w kaplicy od strony południowej. Inne zostały zidentyfikowane w niektórych amerykańskich muzeach.  Tak to konserwatorzy kierując się wytycznymi programowymi swojej epoki starannie rozwalili zabytek, zmieniając niekiedy absolutnie jego znaczenie wynikające z kontekstów.

Mła bezczelnie przyznawa że witrażom się przypatrywała z pewnym uczuciem przesytu, nie dziwcie się, mła oglądała przeca niedawno witraże w Chartres. Tam jej tak dało po oczach że mła czuła się wręcz fizycznie powalona, kark bolał od wznoszenia głowy. W katedrze w Tours bardziej urzekło mła cóś innego, bardziej dla mła wzruszającego - para dziecinnych nagrobków. Ten pomnik stworzony w 1506 roku znajdował się pierwotnie w kolegiacie Saint - Martin, zanim został rozebrany podczas rewolucji francuskiej, a następnie ponownie złożony w 1814 roku w katedrze Saint - Gatien, gdzie został też po raz pierwszy odrestaurowany w 1834 roku. Szczęśliwie bez głupich konserwatorskich pomysłów, które tak się źle przysłużyły witrażom. Ten grobowiec należy  do dwojga dzieci Anny Bretońskiej i Karola VIII, które zmarły we wczesnym  dzieciństwie. Wykonany został z marmuru karraryjskiego i przypisywany jest Michelowi Colombe ( postacie dzieci ), najbardziej znanemu francuskiemu rzeźbiarzowi epoki, choć wiemy że tworzył go też pochodzący z Włoch  Girolamo Paciarotto vel Girolamo da Fiesole, we Francji bardziej znany jako Jérôme Pacherot (  jego autorstwa jest dekoracja grobowca ).  Anioły miały ponoć wyjść spod dłuta Guillaume Regnault.  Karol VIII i Anna Bretońska mieli sześcioro dzieci, które wszystkie zmarły w dzieciństwie. Delfin Francji Karol Orland odszedł na zamku w Amboise w wieku lat  trzech zaledwie, z powodu odry, czego jego matka omal nie przypłaciła szaleństwem, drugi z synków, Karol, przeżył ledwie miesiąc.  

Wnętrze katedry jest dość jasne, nowe witraże zaprojektowane przez Gérarda Collin-Thiébauta i okna ze zwykłym, bezbarwnym oszkleniem wpuszczają dużo światła. Kolumny i ściany mają  malaturę z tych nienarzucających się,  ale niegdyś ściany takowe nie były. Ponowne odkrycie malowideł ściennych w kaplicy Matki Boskiej w 1873 roku i badania archeologiczne przeprowadzone w 1993 roku pozwoliły na odtworzenie historii malowideł ściennych pokrywających wnętrze katedry. Najstarsze ślady farby wskazują, że pierwotnie ściany były w całości pokryte warstwą białego wapna. Potem pokryto całość warstwą żółtej ochry z białymi spoinami. Kilka linii czarnej farby podkreślało niektóre sztukaterie. Pod koniec średniowiecza dolna część kolumn została pokryta czerwoną i zieloną farbą o motywach kwiatowych. Dekoracja ta prawdopodobnie obejmowała też elementy metalowe. Zworniki i punkty sprężyste żeber pomalowano na czerwono, zielono lub niebiesko. W czasach nowożytnych na niektórych powierzchniach zastosowano brązowe motywy roślinne. W 1787 roku, aby rozjaśnić budynek, włoski artysta Borrany przemalował wszystkie ściany, usuwając pozorne spoiny. W 1844 roku ściany ponownie pobielono, dodając czerwone pozorne spoiny. Podczas renowacji chóru w 1994 roku podjęto decyzję o odrestaurowaniu, a w niektórych przypadkach o przywróceniu, najstarszej polichromii w kolorze ochry z jasnymi pozornymi spoinami.

Wzrok mła, jak zawsze w starych kościołach,  przyciągnęły organy. Mła ma takie organowe fascynacje po Cio Mary, która jest miłośniczką muzyki organowej. Tradycja  że prospekt organowy katedry w Tours został podarowany przez arcybiskupa Martina de Beaune w XVI wieku, ale dokumencików na to ni ma. Jeżeli coś było to zostało  zniszczone podczas wojen religijnych,  wiadomo że organy katedralne przeszły kilka renowacji, a nawet całkowitą rekonstrukcję w XVII wieku, prawdopodobnie stało się to około 1620 roku. Możliwe że prawda najprawdziwsza, bo styl obecnych organów   jest dość charakterystyczny dla tego okresu.  O dzwonach katedralnych mła Wam za dużo nie napisze, doczytała tylko że  wieża południowa ( to ta po prawej ) mieści zespół czterech wiszących dzwonów. Christus ( bourdon ), one pochodzą z różnych stuleci, najstarszy został odlany w XIV, kolejny w połowie wieku XVIII i dwa w wieku XIX.  No i to by było na tyle o katedrze Saint-Gatien.  Może to nie jest jedna z najważniejszych gotyckich katedr Francji, jednak mła uważa że dla samych koronek z kamienia warto było jej się przyjrzeć. Jak dodać do tego wspaniałą kolekcję witraży i ten wzruszający, dziecięcy nagrobek to jest to miejsce warte zwiedzenia. Zresztą jak i całe Tours, które dla mła jest tak jakoś bardziej związane z Doliną Loary, niż stolica tego regionu, Orlean. W końcu ten region nazywa się Touraine - Turenią, nie Orleanią.