niedziela, 20 października 2019

Mła na stanowisku renowator ozdabiacz kolorysta

Muchachas y muchachos mła  się  wzięła  i zabrała za przygotowanie  mebli.  Nie, wcale nie  kuchennych, mła  ruszyła z meblami  do pokoju.  Musiała  bo ostatnimi czasy  ciuchy przechowywała głównie  na  suszarkach. Szczerze pisząc  to planowała  insze  rozwiązanie  meblowe ale podkusiło ją bo oglądała  jak  Naczelna  urządza  Kuriozę i  zamiast rozpocząć  kuchenne  meblowanie mła  się  rzuciła na meble  pokojowe. Mła  znalazła  sobie do przeróbki  cóś z kumpletu  mebelków  z lat sześćdziesiątych XX  wieku czyli  takich  samych  antyków  jak ona.  Tytuł  mebelków  mła  jest  nieznany,  ale mła  za to  wie  że one  z  Wyszkowa.  Znaczy  z przesławnej  Fabryki  Mebli  i  Urządzania  Wnętrz w  Wyszkowie, która to  fabryka  produkowała głównie  mebelki  z przodków  MDF,  z perspektywy lat patrząc  takie  paździerzowe  mercedesy ( mebelki  z dyskontu na  I to przy tym  małe fiaty -  Wyszków z lat  sześćdziesiątych po pięćdziesięciu latach nadal się  nie sypie ).  Mebelki so  w typie "na nowe M3", rozmiary w sam  raz  do mieszkań  w gomułkowskich blokach. Meble  mła  zdaje  się pochodzą sprzed  ery  meblościanek, kumplet  był  taki  że  szafa, komoda z czterema szufladami, mebelek z suwanymi  drzwiami i  nadstawką  czyniącą  z niego  sekretarzyk  bądź  barek (  co kto lubi ) i oszkloną "dwupółeczką".

Z  tego  co mła sobie  przypomina to  było  cóś  jeszcze, jakby  stolik.  No i kiedyś  tam, w  mieszkaniu  rodziców  mła,  kumplet  takich  mebelków uzupełniały  fotele  pod  tytułem "Ewa" (  mła cóś  nie  ma sentymentu  do  foteli na  nóżkach à la anteny Sputnika ).  Hym... pełny czar lat  sześćdziesiątych, design małej  stabilizacji.  Niestety  mebelki zbierane  więc w stanie  różnym. Komódka poprzodkowa  jako  tako, reszta nie  bardzo (  mama  Doroty Zofija twierdziła  że  na jednym  z  mebelków  jej  syn  el  Pablo naprawiał jakieś rowerowe  części - ślady są ).  Mła  się poradziła  średniej  siostry, natchnęła  się Naczelną  i zakupiła  papier  ścierny i farbę kredową.  No  i teraz  mła ściera, odkurza, odtłuszcza, odmalowuje i  tak  da capo al  fine.  W przerwach  robi  przegląd  następnego  mebelka  coby znaleźć  miejsca do  naprawienia ( szufladkę podbić, wyłomek uzupełnić  szpachlówką, itp. ). Roboty  jest sporo  także że nie gniewajcie  się że wpis  krótki  i że  nie ma  zdjątków (  a  zdjątków  nie ma  bo  jak tylko obiektyw  widzą  to do mebelków obrabianych schodzą  się  pozerki i pozer, a mebelkom świeżo malowanym  wcale  to  nie służy ). Dzisiejszy  wpis ozdabiają  za to  ilustrację   nieznanego mła  autora i  z nieznanej jej też opowieści o  niedźwiadku, łosiu i dwóch  świnkach. Może  i  dobrze  że  nieznana  ta opowieść  to sobie  z ta obsadą  mła własną  historyjkę  będzie  wymyślać przy  malowaniu mebelków.
P.S.  Izydor  odkryła -  to są prace  Ingi  Moore, bardzo  znanej ilustratorki  książek  z  Australii (  która  co prawda urodziła się w  Anglii i do GB z Australii  jako  dorosła dama powróciła ) .  A  mła  jest po prostu ćwokiem  bo  nie rozpoznała obabrazków!

piątek, 18 października 2019

Codziennik - Paprotny Słój, zielone domowniki, kocia integracja i prace ogrodowe i Złe



Nie wiem  czy pamiętacie jeszcze słodkie rojenia mła o małej  szklarence i paludarium.  Jak to zwykle  u mła  forsa na szklarenkę poszła  na cóś  całkiem inszego i mła może  sobie dalej  szklarenkowo roić. A właściwie to by mogła  bo konieczność  zmusiła  ją  do działania. Sylwik  przywiozła  w tym roku oprócz pięknie podhodowanych języczników ( dzielnie  wsadzone, kręgosłup kwęka  "O madko!" ) malutkie  siewki  Dryopteris  sieboldii.  Naprawdę malutkie, takie  które  sobie  w gruncie nie poradzą.  Mła postanowiła  zrobić im domowe przedszkole.  W tym celu w swojej ulubionej szklanej  hurtowni ( która się  niestety zwija z  powodu naszej wspaniale rozpędzonej gospodarki ) nabyła  drogą kupna dosyć  wysoki szklany słój.  W słoju  tym urządziła  cóś jakby "przyjazne paprociom środowisko" za pomocą  paru  kamyczków, sporej ilości  murszejącej kory brzozowej, ziemi próchniczej  wymieszanej  z niewielką ilością torfu,  dwóch malutkich bluszczy  do  towarzystwa (  bluszcze starannie odseparowane ) i z odrobiną  mchu.  Coby kompozycja była bardziej wzniosła ( w sensie wertykalna ) mła zainstalowała  gałązkę  z przyklejoną  wikolem  oplątwą ( która na razie pasi  do tego ogródka  we szkle jak pięść  do  nosa ale  jak paprocie się wzmocnią  a bluszcz troszki rozrośnie to oplątwy zajmą  cały słój dla siebie ). Hym... okazało się że  mła  jest  na czasie, tera wszyscy sadzą w słojach.  Ciekawe  tylko czy wiedzą  jak utrzymać  taki  ogródek w dobrej formie?  Oprócz   zasłojowania  małych  paprociąt od  Sylwika  starałam się podpieścić  nieco  rośliny  domowe  insze rośliny  domowe.  No cóż, po podpieszczeniu nie wszystkie  wyglądają  dobrze ale mam  nadzieję że to stan przejściowy. Po  tym jak  Mrutek nadmiernie  zainteresował  się  asparagusami oraz , nie  wierzę w to nadal,  araukarią, mła  pomyślała  sobie  że  jak  już  ma się cóś pojawić  na jej parapetach to najlepiej żeby  było uzbrojone  w kolce, niespecjalnie smaczne i nie  kusiło Mrutka delikatnymi  pędami. Mła  będzie uprawiać  kaktusy ( powrót po latach ) i sukulenty.  Prawie przez pół roku mła jest pozbawiona przez  klimat zielonego i mła z tego  powodu ma cóś  jak dyskomfort.  Koty i zielone  w  domu słabo  do się paszą ale mła podejmie kolejną  próbę ( słój  jest naprawdę głęboki, nie da  się łapskiem wyciągnąć  zielonego, a kaktusy  kłują ).



Co u kotów?  Przedwczoraj w nocy  Sztaflik  wbiegła  do pokoju przez uchylone okno, padł krótki rozkaz  w kierunku  Mrutka i  nastąpiło  szybkie  wybycie dwóch kotów. Potem słyszałam  z ogrodu  ryk  Ocelota 2.  Hym... wczoraj i dziś przy wspólnym kocim śniadaniu żadnych powarkiwań i pomruczeń ze  strony Sztaflika,  Mrutek  czekał kulturalnie  w kolejce do  michy, wszystkie koty  kuszały  bez  zaglądania  do  cudzych  misek a po śniadanku spokojnie  lizały  futra. Spokój, mniłość i zgoda - aż  mła  zatkło! Po przeglądzie Mrutka jestem  nieco  bardziej spokojna o to czy sobie  poradzi  jako  wychodzący kocurek, tylko dwa podrapki  i jedna pchła. Mruti od jakichś  dwóch, trzech dni zaprzestał obsesyjnego śledzenia  dziefczynek. Teraz już ich  nie  goni  tylko  wraz  z nimi goni insze  koty.  Oczywiście Sztaflik  nadal w roli dowódcy wojsk a Mruti  jak ten  młody leutnant  któremu marzy się zostanie adiutantem. Niestety oprócz samowiedzy że  Mrut is  brut, Mrutek odkrył w sobie  żyłkę śmieciarską ( po madce rozmiłowanej w  wysortach to  ma ). W środę został  złapany na przeglądzie naszych śmietników i mła się najadła  wstydu (  bo  wyglądało  jakby  z niedożywienia  szukał a przeca on wypasiony i wynynowany i  w ogóle ). Szpagetka  i  Okularia głównie spędzają czas u Małgoś - Sąsiadki za oknem, odchodzi opalanie  na parapetach.  Po południu przenoszą  się do Alcatrazu, który zdąży  do tej pory  wyschnąć  z porannej  rosy. Sztaflik patroluje granice  naszej hacjendy - wiadomo, obcy czyhają! Aha,  Mrutek  wczoraj  rozpoczął udeptywanie  z mruczeniem, teraz  już  jesteśmy jego prawdziwą rodziną.




W ogrodzie pięknie i złoto, mła  się  zebrała  w sobie   i wykopała zaschłego rodka.  Macicy  szczęśliwie  nie musiała  zbierać  z gleby  ale kręgosłup jej mówił różne  takie  brzydkie rzeczy.  Na  miejsce po rodku  mła posadziła kalinę japońską Viburnum plicatum ssp.  plicatum  'Grandiflorum' .  Mła  się  zdecydowała na taki ruch  dlatego że na swoim poprzednim  stanowisku  ta  kalina rosła po prostu źle, wydaje  mi się  że  z powodu cięższej  gleby ( mimo mojego działania w kierunku  uczynienia  gleby lżejszą jakoś  słabo mła  wyszło  to podglebie pod kalinę ). Na stanowisku po rodku powinno  być  jej  lepiej, półcieniek, gleba lżejsza i próchnicza ( resztek  po  torfowej  mieszance pod  rodka  jakoś  starannie  nie wygrzebywałam ) i  wokół  rośliny takie bardzo  do kaliny paszące. Żeby  było jej  miło   to  niedaleko  posadziłam  cebulki  narcyza 'Sweet Love'.  Kaliny  japońskie  kwitną  u mnie  w ogrodzie  na początku maja ale  nie  wiem  czy w przyszłym roku będę  mogła  liczyć  na kwiaty.  Wydaje  mi się  że roślina raczej będzie  się  aklimatyzować i na kwitnienia  nie ma co specjalnie  liczyć. Jutro chcę pokombinować z przesadzaniem inszych  krzewów, co  nie będzie  proste bo  te insze  krzewy to  między innymi oczary, które  przesadzania  nie lubią.  Na szczęście jeszcze malutkie i systemy korzeniowe  niespecjalnie  rozbudowane, jednak  stres  jest.  Szykuje  się niezła  jazda w ogrodzie ale pogoda  piękna więc  nie ma  co narzekać.




W netowych wiadomościach  za to  przyszło  do mła  złe.  Nie,  nie  chodzi o nasz kabaret  polityczny tylko o coś bardziej  ponurego.  Rzeczywistość  laboratoryjna.  Wylazło szydło z  worka i wreszcie ludzie  zobaczyli jak  w realu wyglądają  testy na  zwierzętach.  Mła  się  modli o jak najszybszy  rozwój biotechnologii w kierunku który pozwoliłby uniknąć wszelkich ( wszelkich!!! ) eksperymentów na zwierzętach. Tym bardziej  że jak  się okazuje  nie są  one  wcale miarodajne i  wiele  leków czy kosmetyków   dopuszczanych do używania  przez ludzi okazuje się po jakimś  czasie pełne  skutków ubocznych ( jeden enzym nie występujący blisko  spokrewnionego  z nami  ssaka i  wszystko się  wali ).  Pomijam  tu fuckt że  koncerny to i tak przebierają  nogami  żeby leki  wprowadzać i żeby okres obserwowania  występowania  skutków  ubocznych był jak najkrótszy.  Tak  w ogóle to dobrze  byłoby znać zleceniodawców wiwisekcji i od tej strony naciskać, bojkotując towary (  o ile zakup leków. jestem  jeszcze  w stanie zrozumieć, o tyle  zakup  kosmetyków  czy  żarła absolutnie  nie ).  Dlatego  dobrze  byłoby  się  przyjrzeć  tym firmom  które  niby  nie zlecają badań  na zwierzętach  tylko zlecają  to inszym podmiotom.  Hipokryzję  trza  tępić! A  co do laboratorium  niemieckiego to nie różni  się ono ( choć  niby powinno ) od laboratoriów w Indiach  czy  innych  Chinach.  Takie horrory się na świecie  dzieją nie tyle  w imię nauki  co  w imię pragnienia kasy!

wtorek, 15 października 2019

Wysortowy cebulowy szał!


Połowa  października i nastał  nam  czas wysortów. Mła kręci  się jak  fryga  w cebulkowych stoiskach kiedy tylko  jej się trafia okazja ( a trafia się bo mła  z racji wykonywania łobowiązku kamienicznego  co i raz  wędruje  do tzw. miasta ).  Okazje są takie że  mła  wprost  nie może  sobie odmówić, niby  walczy z łakomym  swym jestestwem  ale  solidnie  przeżyna.  No bo  jak tu sobie odmówić piętnastu cebuleczek ślicznych krokusów 'Firefly' za jedyne  trzy złocisze  polskie?  No  nie da  się! Mła próbowała  ale  wyszło że z mła żaden fighter, ona tylko tak  z łobowiązku z sobą  się  mocowała bo przeca pieniędze są potrzebne na insze rzeczy a w myślach to ona już  te cebulki sadziła.  No  wicie  rozumicie, teraz mła  sama  nie  wie  jakim  cudem wydała na cebule prawie  pięć  dych ale  fakt  jest fucktem - w portfelu pięć  dyszek było  a  pięć  zyla  się  zostało. Nooo, mła się tarza w zakupowej rozpuście!  Hym... ale jak tu się  nie tarzać gdy  widzi  się przecenione  cebulki ulubionego narcyzka 'Thalia', albo takiego inszego roślinnego pięknota  narcyzowego jak ten z grupy jonquilla co się nazywa 'Sweet Love'.  No nie ma  mocnych na takowe  pokuszenia.  A takie  dwadzieścia cebulek  szafranu 'Tricolor' za niecałe  cztery złocisze, a dziesięć  cebulek Galanthus woronowii za taką samą  cenę, a kolejne opakowania Galanthus elwesii ? - no się pokusiło! Wychodząc  ze  sklepu  dojrzałam jeszcze cebulki krokusowe   'Prins  Claus', raczej niewdzięcznej odmiany.  Znów  za te  trzy złote piętnaście  cebulek  było! - jak tu nie brać?!  I co  z tego że  niewdzięczna?! Tania za to!

Kasjerka, obserwująca  moje miotania w cebulkowym podeszła do sprawy  spokojnie, ponoć przede mną był  taki  jeden  co wszystkie przecenione szachownice  wymiótł i ten  mój rzut  na ladę kapersami specjalnie na  niej wrażenia  nie zrobił. Nabiła sumę i stwierdziła  jak  się mła  wydawało z  lekką  dezaprobatą - "To nawet pięćdziesięciu złotych Pani  nie zapłaci". Pewnie ten od szachownic  zapłacił  więcej.  Mła  wrażliwa  na krytyczny  ton  głosu dokupiła sobie w  sklepie obok parę cebulek  czosnku  białawego i teraz czuje  się prawdziwą jawnogrzesznicą. Mła wydała pół stówy na cebule! Rozpasanie! Z drugiej strony kiedy przyjdzie w wiosna i  zakwitną narcyzy 'Winston Churchil', które mła posadzi  jak zawsze  niedaleko  narcyzków  'Thalia' to mła  nie będzie  żałowała tych  jesiennych zakupów, za pięć  dych zakwitnie jej mnóstwo radości.



niedziela, 13 października 2019

Babie Lato wymruczane


Na tzw. memłonie  Natury jest pięknie i złoto, w  domu  mrucząco - koegzystencjonalnie a mła   ma  wreszcie  troszki  czasu dla  swojego  ogrodu.  Koty szczęśliwie  zajęte  ukrywaniem   się  przed  sobą, zabawą w napady i tym podobnymi radościami ( Mrutek złapał albo komuś  zabrał swoją pierwszą mysz - odebranie Mrutkowi tego biednego zezwłoka okupione  było  Mrutkową histerią, normalnie przedszkole i "To było moje najmojejsze!" ).  Oczywiście  są  ekscesy bo walka o  "matczyne serce"  mła przeszła  z tej pierwszej,  gorącej  fazy w podstępną  zimną  wojnę psychologiczną. Psychologia  jest wyrafinowana bo niby  nie ma nic  wspólnego  z Mrutkiem ale wymusza się na mła  większe zwracanie uwagi na dziewczynki. Wiedziałam że mistrzynią tak prowadzonej walki będzie Szpagetka, nasz domowy  Machiavelli. Po pierwsze w  ramach protestu wzgardziła zakupioną  dla niej  glukozaminą ( trza dbać  o jej stawy przy tych kontuzjowanych łapkach ) po drugie zastosowała numer z repertuaru  Lalusia - nieznany sprawca  na środku  naszego  najlepszego  pokoju reprezentacyjnego  zwanego Pokojem Cioci Dany i Azy wziął  i zrobił olbrzymią, śmierdzącą  kupę!

Wiem że to  Szpageton  była  wykonawcą  tego dzieła  bo:  Mrutek  z dworu leci  do domu  żeby zaszczycić  kuwetę, numer jest poniżej godności  Sztaflika a  Okularii  nie przyszedłby  do głowy, słodycz  wylewała się  wprost  ze  Szpagetki  uszami - taka przymilność mrucząca to występowała u  niej przed nastaniem  Mrutka, Szpageton zasiadła  na tym  parapecie  którego  nie lubi  po to żeby  był widok na pokój i moją  reakcję na  znalezisko,  jej wzrok który spotkał  się  z moim wzrokiem kiedy  naszłam  kupsko, pełen  był jadowitej satysfakcji a sfrunęła  z tego  parapetu  jak  wróżka  i do  wieczora jej  nie widziałam.  Martwić  się nie martwiłam bo ciepło i wszystkie  koty  siedzą długo na dworze, nawet  Mrutek ( jak przyszedł wczoraj  do  domu to bęcnął w wyrku i spał  jak zabity - musiałam  go śpięcego  podnosić   co bym sama mogła z wyrka skorzystać ).  Dochodzą mnie z Alcatrazu  porykiwania ( Sztaflik ), miauki proszalne ( Mrutek ), jakieś  gonitwy  ciałek  widuje  i to wszystko - normalne  kocie  życie się toczy w ogrodzie. Na  fotce obok Mrutek dogląda marcinków, bardzo  się  nimi  interesuje ( na fotkach poniżej znajdziecie  wyjaśnienie  z czego  się  bierze  jego zainteresowanie ).





Październik  ale wszystko jeszcze funkcjonuje w trybie letnim, pewnie dlatego że  w mieście Odzi bardzo, bardzo  zimnych nocy było  ledwie  dwie  lub trzy. W tym  ciepełku babioletnim wszystko owadzie wylazło  coby  się  na słoneczko i  związane  z nim  dobrutki załapać. Zresztą  nie tylko owadzie, mła też zasuwała jak ten pszczółek  ze szpadlem i sekatorem.  Posadziłam kupione okazyjnie  cebulki  wiosną kwitnące, posadziłam też paprocie choć  wymagało  to  zerwania darni ( czuję że mam  krzyż ). Przede mną  jeszcze wykopanie zaschłego rodka i kombinacja co posadzić na jego miejsce ( cóś  mła mów  że lepiej  tam rodka ponownie  nie sadzić -  w tym roku wypadły dwa na Podskarpku i jakoś nie sądzę żeby odtwarzanie tych nasadzeń było  dobrym pomysłem ). Kupować  niczego  nie  kupię, może przesadzę coś z inszej części ogrodu. Powinna to być  roślina która rośnie  dość  wolno i jest bardziej  rozłożysta niż  wysoka.  Może  kalina  japońska a może  co inszego, szczerze pisząc  świeża sprawa i jakoś  nie mam  pomysła. Ogólnie to  Alcatraz  mła  dobija,  mój ogród  pilnie potrzebuje tzw. chłopa  do roboty. Mła  to się  nawet  chwilami zdaje  że przydałoby się paru chłopów  ale  jak wiadomo  personel pracujący  z  zielenią  winien   być doglądany ( bo może  zrobić  cóś  w brew  a nawet w dwie brwie ) a mła nie  bardzo  widzi  siebie doglądającą więcej  niż jedną  sztukę  chłopa. No  nic, jakoś to będzie.  Dziś  do mła dzwoniła jej  sister średnia i strasznie narzekała że zarósł przydomowy ogródek wielkości 1/10 Alcatrazu,  zdaje  się że mamy rodzinne skłonności  do zapadania na niemoc  ogrodową, he, he, he.





Na szczęście jest jeszcze Sucha  - Żwirowa  i kiedy dobijam  się  stanem  Alcatrazu patrzę  sobie na  moje  Podwórko.  Nie żeby euforia i stany maniakalne ale  troszki lepiej  się mła robi, ona  jeszcze  nie jest taki leń  kumpletny - cóś  tam  się  rusza i robi. Za mało, to mła wie!  Pytanie  tylko  jak z tego za  mało wyleźć?  Dżefa mła sadzi w Alcatrazie ale klimat nie sprzyja bezproblemowemu ich wzrastaniu ( mła  dostała  rachunek  za wodę - nie padła  od niego na serduszko tylko dlatego że latem z konewką zamiast z wężem latała ). Klimat sprzyja  za to takim cholernym  jesionkom czy  nieciekawym  klonom, akurat klony które mła  lubi tak szybko  nie wzrastają. No cóż, trza  się solidnie rozejrzeć  za chłopstwem, które  jeszcze  za granicę  nie uszło a siłą mięśni  i jako takim rozumem dysponuje. Pan Andrzejek   na emeryturkę  dopiero w styczniu - lutym a mła a właściwie to Alcatrazemu trza  chłopa  od  zaraz! Mła  musi  też lepiej  przemyśleć  koncepcję dżefnianych nasadzeń, dotychczasowe  pomysły  mła  "na lasek" niespecjalnie  się  sprawdziły, to jest jej  wina i  nie da się na nikogo owej  winy zwalić. Niestety!






P.S. Zdjątko nr 1  to martwa natura  z  żywym kotem. Hym... tego... Mrutek  zapozował!

piątek, 11 października 2019

Ojej, ojej, już prawie połowa października!

Mój boszsz... już piątek! Przeleciał mła  ten  tydzień jak z bicza  trzasł i  mła  się  teraz  zastanawia  jak  tu  się  udać i gdzie  w poszukiwaniu straconego  czasu. No bo to już  zaraz połowa  października będzie! W  domu  w  kocich sprawach są postępy i podstępy,  Mrutek  zaczął  wyłazić  samodzielnie i zawiązał  koalicję  z  Okularią, czarnule  nadal  nieprzejednane  (  choć  Szpagetka  jak Sztaflik  nie  widzi to nieco  milsza ). Ogrodowo leżę  i kwiczę, znaczy  ogród  widuję  w biegu (  ale  w  weekend  zamierzam  się zebrać  w  sobie i  troszki  go  postraszyć ).  Były  rzecz jasna w  tygodniu jaśniejsze  epizody  typu dłuuuga  rozmowa  z Tatusiem, wybitny  występ kulinarny  Mamelona  z krewetkami w  roli głównej, no i Nobel  Prize dla  Olgi  Tokarczuk (  oczywiście  natychmiast przez politycznych  wszelkich  opcji zawłaszczany  ale  co tam - polityczni  przeminą  a Nobel dla  Tokarczuk  zostanie, kto dziś  pamięta  kto  był ministrem kultury rządu RP w czasie  gdy  Nagrodą  Nobla  byli  wyróżniani  Reymont, Miłosz  czy  Szymborska ).  Po  tym ostatnim  wymienionym  przyjemnym epizodzie mła napuchła z dumy choć  wie  że  prawdziwym  weryfikatorem  wielkości  jest  czas, jednak  dla  niej  tu i teraz  zdobycie tej  nagrody akurat przez tę pisarkę jest po prostu czymś bardzo, bardzo  miłym.  I to wcale nie  dlatego że to  Polka tylko  dlatego że  to dobra pisarka którą  mła  czasem  czytuje ( co prawda  nie jakoś nabożnie i na klęczkach, nie  wszystkie lektury mła darzy upodobaniem  które  każe jej wracać do książki ). To dobra  wiadomość  a ostatnio takich nie było  ( odszedł od  nas Pan  Janeczek i Janusz  Kondratiuk - smutniej  się  zrobiło ).




Polityczni rzecz  jasna  szaleją, nosi ich strasznie  przed  wyborami.  Oczywiście są  ekscesy bo gwiazdy to po prostu bez  ekscesów  nie mogą -  Żywa Legenda Solidarności  puściła bąka  w salonie za nic mając de mortuis aut bene aut nihil ( czym pokazała  jak   blisko  jej  do pewnego posła  z partii obecnie nami zarzundzającej, któren szalał z okazji  pogrzebu  tego  generała  co nam stan  wojenny  zrobił ), Prezes  Narodu usiłował zatorowość  płucną uczynić  narzędziem mordu ale  cóś  szybko  się  zorientował   że przestrzelił ( numer  w stylu płacy minimalnej ) i wrócił  do  obiecywania  wszystkim  wszystkiego  i wymieniania  kogo  nie lubi, była debata  i  chłopi  jeszcze  żyją  dzięki swojemu prezesowi któren  do chłopa w ogóle podobny  nie  jest,  postępowi lewicowi  podstępnie odbierają  elektorat  komu  się  da a Konfederacja  ponoć  istnieje.  Na  razie tych  co chcą  wierzyć  w  dobrobyt powszechny jest  więcej  więc  mam  wrażenie że  będzie  tak  że zawierzający nam wybiorą  władzę.  Jak  to rzekł  swego czasu o zanętach  wyborczych nasz obecny premier  - "Ludzie  są tak głupi, że to działa..." i dopiero  cena miski ryżu ( w  Polszcze to zawsze  była  cena  kaszanki ) zweryfikuje  entuzjazm zawierzających. W  przeciwieństwie do  agencji  ratingowych i ekspertów  BŚ mła podejrzewa   że polska gospodarka tąpnęła około  dwóch lat temu - niedowierzającym polecam przyjrzenie  się  kiedy rzeczone  instytucje  zorientowały  się że w 2008 roku cóś  się będzie złego działo w  USA i jak  szybko dotarło  do  nich  że  Grecja  właśnie  się  wykłada - i że  teraz to  co  widoczne jest  dla  mła i "innych malkontentów" powoli zacznie być  widoczne  dla  inszych z zawierzającymi włącznie . Mła  nie  bardzo martwi spodziewany wynik  wyborów, mła się  bardziej martwi tym  co  każda  nowo  wybrana  władza będzie musiała po  wyborach zrobić  - przejść od obiecanek  do realu zarządzania a tu mamy kolejne oddłużanie szpitali,  urealnienie cen energii (  jak nie pamiętacie to mła  w ogóle przeczuwa  energetyczne bum )  i tym podobne  radości.  Znaczy karnawał  się  skończy i oby się  nie okazało  że  wielki post będzie bardzo  wielkim postem od zaraz  i natentychmiast.




A co w "kurtulatnym życiu" mła? Od  czasu  kiedy Dżizaas bardzo przepraszała rodzinę  i przyjaciół za zaproszenie ich na film pod tytułem "Piłsudski" (  Mamelon jako  jedyna przyzwoita i pełna współczucia wykrztusiła z siebie "Właściwie  to dobrze że przypomniałam  sobie  jak to z  tymi frakcjami PPS było, bo  w szkole  to  mi się zawsze  myliły.", reszta  spuściła  zasłonę  milczenia  na dzieło i potępiająco wgapiała  się  w Dżizaasa ) mła  nie była w kinie a podobno "Joker"  godzien oglądania.  Nic  jednak nie wskazuje  na to żeby mła mogła oddać  się uciechom ducha  bo mła zaplanowała  sobie uciechę ciała i ducha czyli spóźnioną  już i tak solidnie  prackę w ogrodzie ( po której zazwyczaj pada na twarz i jedyne co jest w stanie oglądać  i słyszeć to lgnące  do niej leżącej na wyrku kocie  ciała i słodkie pomruki - mła  po pracy  w ogrodzie odlatuje do  Nibylandii lotem błyskawicy i nawet podobno  chrapie ).  Przed nią  sadzenie kolejnych  cebulek ( przecenili  czosnki białawe Allium christophii i  mła  się nie powstrzymała i zakupiła  cebulki, na  szczęście ledwie trzy bo  tylko  tyle  wygrzebała  z kartonu pełnego cebulkowego dobra ), pożegnanie  z uschłym  rodkiem 'Old  Port', posprzątanie tego kupska  zielonych odrzutów  jakie jej  urosło  na podwórku  po  ostatnim pieleniu   Suchej - Żwirowej.  Zaprawdę powiadam  Wam jest co robić w ogrodzie  i nie czas to na pasienie oczu kurtulą. Może  co  najwyżej mła zrobi dobrze uszom i posłucha  sobie w ciepłe jesienne popołudnie dobrej starej bossanovy.


niedziela, 6 października 2019

A miała być lejna niedziela

W sobotę  wbrew  zapowiedziom było całkiem  całkiem.  Niby  chłodno  bo cóś tak  kole  dziesięciu stopni  na  plusie ale słoneczko  wychodziło, koty  biegali a ja  mogłam nieco poszpadlować  w przerwach pomiędzy doglądaniem  Mrutka.  Nawet  trawki  ja wkopała i poszukała  miejsca  na moje  nowe  lawendki.  Cebulki  co prawda  jeszcze  nie zostały posadzone ale to dlatego że  mam  nowe  koncepcje  cebulkowe.  No i  dokupiłam na pioch troszki nowych  cebulków irysów znaczy  kosaćców  żyłkowanych  ( kosaciec - co za słowo, fuj ).  Konkretnie to odmianę  'Harmony', po taniości i na szczęście że po taniości  bo zakup  był  z łakomstwa.  Ta  odmiana  jakoś u mnie niespecjalnie  się  udaje, szczerze pisząc to  chyba z  wszystkich  wczesnych  irysków  ona  radzi  sobie najgorzej ( mam deja vu, znaczy  pewnie o tym  pisałam ).

Koty nadal  się  docierają, z przerażeniem  widzę że  Mrutek podłapuje  zagrywki  Sztaflika -  zaczął pyskować  podniesionym tonem, to  już nie jest  wysoki słodki  głosik to jest  cóś  pomiędzy  Szaflikowym rozkazywaniem  i pełnym  pretensji  skrzekiem  Szpagetki. Może ja  go rzeczywiście powinnam  trzymać  z dala  od  siostrzyczek? Bo  jak  nie będę  trzymała  to jest  duża  szansa że  różki  na głowie Mrutiego zamienią  się  w łopaty  łosia. Przeca  słyszę pobrzmiewającą Felicjanową nutę w tych  rykach typu - Chcę jeść  surowe  mięcho i co  z tego że  będę  miał  sraczkę! - czy - Nie  mogę oddychać, wypuść  mnie  na dwór!  Jeszcze troszki  to będzie wstawał  jak  każdy  porządny  kot o  drugiej  w nocy  i  występował  z propozycjami nie  do odrzucenia.




A  przy niedzieli  co to  miała  być  lejna  a wcale  nie była mła pracowicie  jak ten  pszczółek  krzątała  się  po podwórku, starając  się  nie patrzeć  na wejście  szopkowe  do Alcatrazu coby  nie kusić niedoświadczonego  Mrutiego.  Na guzik  się to zdało  bo  Mruti  wie  gdzie  stoją  konfitury i  mła  musiała się podzielić na ogrodniczkę i  kociopańcię która  ma oczy na około  głowy.  Mimo  konieczności podzielenia  uwagi i związanej  z tym   mniejszej  wydajności ogrodniczenia, mła udało się  dziś  co nieco  zrobić.  Głównie  mła pracowała gracką, szpadelkiem i sekatorem i powoli podwórkowy   gąszcz staje się  ponownie ogrodem.  W  przyszłym tygodniu  ma być  ciepło i mła zamierza kontynuować i kto  wie, może  przed listopadem jakoś  się podwórkowo  ogarnie.  Z Alcatrazem bardziej  cienko bo i powierzchnia większa i roboty  bardziej  wymagające.  No ale  nie ma  że  nie ma,  mła  się  zaweźmie i zrobi co tam będzie mogła ( nawet jak mało  to zawsze cóś ). Poza tym  mła  ma znów szczwany plan wobec Pana  Andrzejka  któren udaje  się  w styczniu na emeryturę i zaklina  się  publicznie że  wtedy  to  już  kompletnie nic  nie będzie robił tylko pracował w ogródku, drewienko piłował, piwko popijał  a ptoszki będą  mu ćwierkali przeboje Czesia  Niemena. Niestety ponieważ  Pan Andrzejek  jest  z tych  którzy gwóźdź  młotkiem  uderzą  nie  krzywiąc  gwoździa  i nie gubiąc  obucha  młotka,  to  na wspaniały czas  jego  emerytury czekają też inne  harpie (  tylko w naszej  kamienicy ma  trzy  wielbicielki ). Cóś  mła mówi  że  musi zwiększyć  konkurencyjność  oferty ( cholerna  Gienia robi schabowe  jak marzenie ).




Na dzisiejszych zdjątkach - wzbogacony  nowymi łupami zbór strasznych  kotków ( baaardzo kolorowych ), trzy jesienie  ogrodowe a każda inna - trzy  pierwsze fotki  z różanki ( z lekka ogarniętej ), trzy następne z Suchej - Żwirowej i wersja jesieni z Alcatrazu.