niedziela, 12 sierpnia 2018

Kocie gadki - wykonywam tłumaczenie

Jak niemal  każda osoba mieszkająca pod jednym dachem ze zwierzętami mam tzw. tendencje  do antropomorfizacji inszych gatunków.  Czasem się zastanawiam czy koty są  świadome  że ludzie  podejrzewają je  o zdolność felinizacji człowieka. Bo podejrzewają, to jest pewne bo ja jestem  ludź i podejrzewam. Wydaje się mi to pewne bo w końcu jakiś tam dialog między nami ssakami ( a niekiedy ptakami a nawet gadami ) jest prowadzony.  Bez słów  ale  niekoniecznie bardziej prymitywny, rozmawiamy całym ciałem, zapachami,  dźwiękami - na bogato.  Co prawda ciężko nam dziś przyjąć pozasymboliczne, pozaliteralne , ogólne pozawerbalne porozumiewanie się jako to najbardziej szczere czyli właściwe. Dialog wg. przeważającej części ludzkości to słowa, słowa, słowa.  Padają hasełka typu "proces logiczny",   "myślenie pojęciowe", "kognitywność" albo i jeszcze mądrzej i tylko od czasu do czasu  do czasu do nas dociera że ktoś  uznał czyjeś poglądy za głupie  bo mu skóra interlokutora cóś brzydko pachniała. Nie uświadamiamy sobie masowo tego pozawerbalnego dialogu który prowadzimy ze  światem, w ogóle cóś tacy mało prawdziwie  świadomi siebie  jesteśmy.  Na ten przykład pieprzymy o nadzwyczajnym statusie naszego gatunku, o tym jak to potrafimy środowisko zmieniać  i w ogóle,  nie zauważając że takim bakteriom to my w tej dziedzinie nawet do fimbrii i pilusów  podskoczyć nie możemy. Naczelne mają tendencję do  głupawego zadowolenia z siebie, u kuzynów dostrzegamy to wyraźnie u siebie tę cechę starannie ignorujemy. Cóż może ona była  naszemu rodzajowi potrzebna do czegoś tam ale nie wiem czy  w przypadku  naszego gatunku nie stała się balastem.

Z drugiej strony przeca większość ludzi wie  że zwierzęta czują, podejrzewa że ich procesy myślowe w jakiejś części są tożsame z naszymi a nawet postrzega że sposób myślenia co niektórych gatunków gwarantuje im zdolności adaptacyjne wcale nie gorsze od  naszych. Taa, taka dychotomia nam się  robi - z jednej strony odjechany "pan stworzenia" a z drugiej nie tak głośno wyćwierkiwane ale za to głęboko zakorzenione przekonanie o istniejącej bliskiej więzi z innymi gatunkami. Cóż, pojęcie  "pana stworzenia" nie wytrzymuje krytyki, przeżynamy  z takimi bezmózgami jak   wirusy więc  zdaje się  że to drugie podejście jest tym właściwym ( zapewne ku rozpaczy kreacjonistów ). A jak ja tylko przedstawiciel jedynego obecnie występującego  gatunków z rodziny Homo w  rodzaju naczelnych to sobie  mogę przekładać z kociego na ludzki, choć sprawa  trudniejsza niż  z przekładem z inszego ludzkiego języka.  A może wcale nie bo "Słowa są źródłem nieporozumień"? Przeca ludzie na całym świecie, niezależnie od  języka w który ubierają myśli  rozumieją swoje zwierzęta, więc może tylko porządnie trza odkurzyć stary zapomniany język którym kiedyś porozumiewaliśmy się ze  światem i wysłowić niewysłowione.

Podstawiam sobie literki pod ruchy ogonów, pozycje uszu, burknięcia, miauczenia  i "strzelanie ślepiami" i słyszę w myślach te dialogi, monologi i kłótnie wieloosobowe. Ha, czasem nawet słyszę cóś jakby  śpiew  tłumu. Tak, przyznaję się  bez bicia - znam mowę zwierząt!  Nie wszystkich ale tych ze mną  żyjących pod jednym dachem to na bank.  Mam wykute na blachę nawet cóś jakby idiomy, he, he, he.  Oczywiście jak to w każdym tłumaczeniu ( dobrym ) trochę ze mnie w tej translacji  jest, nie da się tego uniknąć.  Bezczelnie się pocieszam że to zawsze lepsze niż robota robota, każdy kto  tłumaczył googlem wie  o czym piszę. Moje zwierzęta w związku z  moim  nazwijmy to wkładem artystycznym, potrafią kląć, snuć opowieści szkatułkowe a nawet śpiewać. No tak, w końcu tłumaczę na moje a dopiero potem jakoś to układam na ogólnoludzki wyrażany  po polsku. Jestem pewna że podobny proces translacji ludzkiego na koci przeprowadza  druga strona i że tam też istnieje pewna indywidualizacja tłumaczenia zależna od osobowości tłumaczącego.  No  bo tak, zwierzęta wicie rozumicie to też indywidua so.  Mam wrażenie że podobnie jak ludzie są stadnie przekonane o swej  indywidualnej niepowtarzalności, he, he, he.


Jakież to u mła w domu kocie rozmówki się odbywają?  "Ano różne, różniste" że zacytuję klasyka. Pogodne pogawędki  o pogodzie i możliwości zmoczenia futerka,  egzystencjalne gadki o dużym stopniu złożoności pojęć ( cinżko  to tłumaczyć ),  przechwalanki, kłótnie różnopowodowe, zażarte dyskusje na temat hierarchii gatunkowej.  Oprócz rozmówek prowadzone są monologi, za przerwanie monologu  grozi  kara - czystość formy ma  być zachowana! Uprawiane są też  tak zwane półrozmówki półgębkiem, takie niedopowiedzenia celowe bądź nie. Gwarno  i ciekawie znaczy jest. Przykłady?  Proszę bardzo - poranne rozmówki przedśniadaniowe w  wykonaniu kociej czwórki  i mła.


Mła otwiera ślepie o  godzinie czwartej  trzydzieści bo  poczuła na powiece wilgoć.  Po  otwarciu ślepia druga porcja śliny sącząca się ze sznupy udeptującej mła  Szpagetki trafia w gałkę oczną.
"Czy czujesz jak  cię kocham?" - wymrukuje i wydeptuje na mła Szpagetka
"Boszsz, kota proszę  zejdź.  Nie po szyi, nie po szyi!" - wystękuję mła
"Ale czujesz jak  cię kocham?  I będę cię kochała aż do podania śniadania! Bardzo cię  będę kochała, o tu po szyi łapką będę cię kochała, tak żebyś naprawdę  poczuła  że cię naprawdę kocham"
"Eghhhghhh...." - mła  czuje, nie ma siły  żebym  nie czuła.  Naprawdę!
"Śniadanieee, śniadanieee, zrób śniadanie okaż miłość kotu."- wydeptywane z uczuciem.
Nagle  Szpagetka zamiera w pozie "Łapa na gardle", po czym powoli odwraca głowę w kierunku skradającej się Sztaflisi.
"Byłam pierwsza" - cedzi spojrzeniem.
"No i wuj!" - odpowiada Sztaflik postawą ( siad,  łepek tak ustawiony że  robi się większy podbród, spojrzenie nr 21 pod tytułem  "Nie mamy Pana płaszcza i co nam Pan zrobi?" ).
"Ignoruj ją, nadal cię będę kochała" - Szpagetka pomrukując i śliniąc się obficie wydeptuje na mła ale na wszelki wypadek rzuca Sztaflikowi spojrzenie nr 22 pod tytułem "Rozpiendrolę  wam tę szatnię jak  płaszcz się nie znajdzie."
Łup! Czuję na brzuchu cztery kilo kota. Wydaję z się cóś  na kształt westchnienia "Eyyii...".
"Odtąd   aż do nóg jest moje do kochania" - udeptuje  energicznie Sztaflik
"Ale ja kocham mocniej" - Szpagetka włącza do akcji pazury
"Yyyyyyy!" - to mła
Koty udeptują mrucząc, mła  usiłuje złapać oddech i cóś zrobić z rękami zaplatanymi w kołdrę.  Wyzwolić ręce i oswobodzić  się z tej kociej miłości to priorytet, znaczy szansa na przeżycie. Łup! O rany jak dobrze że obok głowy skoczyła a nie na głowę! - myśl przebiega mła przez mózg a tymczasem Okularia rozsiada się na poduszce i szykuje  do porannej toalety. Zaczyna od  wylizywania łapek którymi myje sznupę ale  nie kończy ablucji bo interesują ją moje  usiłowania wyplątania rąk z kołdry.
"Polowanie, bawimy się w polowanie!"- Okularia cała jest Wielką Łowczynią. Szpagetka przerywa udeptywanie  i też zostaje  Wielką Łowczynią. Mła jest już dla nich  tylko ofiarą.  Sztaflik widząc  że zwalnia się miejsce przy szyi szybko zajmuje pozycje na klacie mła  i zapewnia  o gorącym uczuciu.
"Bardzo cię kocham i śniadanie też. Ukochaj kota daj  śniadanie" - wydeptuje mocno, na szczęście  się nie ślini.  Jak się waży ponad cztery kilo zamiast dwóch z małym kawałkiem to nie trzeba się ślinić żeby  przekonać o solidności uczuć.
"Łiiii!" - popiskuję bo  Okularii udało się  osaczyć  rękę mła i  zagryźć. Nagle  słyszę ten jękliwy ton pełen  pretensji, Felicjan przylazł z dworu i wymiaukuje żale:
"No jasno jest, prawie południe a  śniadanie  nienaszykowane. A ja  głodny  jestem!  Zły jestem, zaraz zrobię porządek z tymi tam co na tobie siedzą. Skoczę tylko na ciebie i będę porządkował! A potem zjem  śniadanie."
Robi się nieciekawie, nie życzę sobie  żadnych bójek na mnie. Zanim  Felicjan zdąży skoczyć na łóżko trza się wyzwolić z dziewczątek.  No niestety mła  musi  się przy tej czynności wspomóc  rykiem pełnym emocji  i wyrazu.  Jednego wyrazu.
"Karrrwaaa!" - ryczę i wygrzebuję się spod kotów jak  Godzilla spod zwałów ziemi, otrząsam się z nich i łapię oddech.
"No, wstałaś wreszcie!" - rzuca pełnym dezaprobaty miaukiem  Felek i natychmiast nowym miaukiem dodaje "To teraz kochaj nas i daj  śniadanie"
Stado dzikim pędem rzuca się do kuchni, ja uciekam do kibelka. W łazienkowym lustrze widzę swoją oplutą gębę i podrapaną szyję ( miłosne pazurkowanie Szpagetki ), włos zmierzwiony. Za to nie widzę  nawet mikrego  śladu po tym co kiedyś zwano poranną świeżością.  Nie ma jednak czasu na dołowanie się  wyglądem, z kuchni dobiega ryk zbiorowy:
"Śniadanie, daj  śniadanie! Kochaj Kota!"
Takie to są poranne kocio - ludzkie gadki.


Dzisiejszy wpis miały ozdabiać pocztówki  z kotami drukowane w Japonii na początku  XX wieku ale  doszłam do wniosku że  nie ma co pocztówkować tylko trza  pokazać z czego się kocie pocztówki narodziły ( jak się lepiej wgryźć w temat to jak wyglądały praszczury mangi ).  Jak o ukiyo - e i kotach to musi być o Kuniyoshi Utagawa ( to ten facet na drzeworycie powyżej, oczywizda należycie otoczony kotami ).  Naprawdę nazywał się Magosaburō Igusa ale japońscy artyści przyjmowali nowe imiona i nazwiska  kiedy osiągnęli mistrzostwo w swoim fachu.  Tak jakby z rikszy  nagle zrobiła się toyota. Często przyjmowano nazwiska artystów  u których się kształcono,  Kuniyoshi przyjął nazwisko Utagawa które należało do jego mistrza Kunisady Utagawy, który z  kolei przyjął je  od artysty zwanego Toyokuni Utagawa. Wielki ród japońskich artystów ukiyo - e Utagawa to ludzie niespokrewnieni ze sobą tylko tacy których połączyła wykonywana przez nich sztuka. Rodzina  to naprawdę pojemne pojęcie, he, he, he. Utagawa Kuniyoshi żył w latach 1798 - 1861, w złotym okresie sztuki ukiyo - e, znaczy w epoce zwanej Edo.

piątek, 10 sierpnia 2018

Domowe wakacje

 Na warsztacie wpis o kocich rozmówkach ale cóś go skończyć nie mogę ( Sztaflik zagaduje mnie  jak tylko do niego siadam ), gorąc obezwładniający wokół, rośliny wyglądają kiepsko i w ogóle tzw. radości lata w całej  krasie. No może gdybym nie była wielorybem karłowatym to jakoś lepiej bym to znosiła ale ja jestem ssak ze sporą wyściółką tłuszczową ochraniającą organizm ( jak to u kaszalotów he, he, he ), przeznaczony do  życia w chłodniejszych klimatach. Dobra, normalne arktyczne temperatury tyż odpadają, preferuję krainy gdzie panuje wieczna wiosna czyli temperatura oscyluje koło dwudziestu stopni Celsjusza  na plusie. Niestety rzeczywistość  nie tyle skrzeczy co wręcz  ryczy przez megafon i to w dodatku brzydkimi wyrazami. Karrrrwa, upał! - tak jakoś to brzmi. Roztapiam się zatem jak ten smalec i usiłuję przeżyć. Na szczęście  geriatryczna aktywność spadła, damulki siedzo w domach, miętę chłodzącą popijajo ( od czasu do czasu jak ciśnienie pozwala to piwko "na przepłukanie  nerek" czy tam inny cydr "dla serca" ), telewizje oglądajo pomstując na polityków wszelkich opcji oraz drzemio popołudniami.  Jest szansa  że niczego nie wywiną, choć nie mam złudzeń  że jak się tylko nieco ochłodzi to spróbują wykonać  cóś   starannie  im zakazanego. Koty w domu bywajo ale tylko w sprawie posiłków, jedynie Sztaflik przychodzi żeby troszki pogadać. Czasem troszki się rozrasta w jakieś dłuższe pogawędki, ona  się ostatnio  bardzo rozmowna zrobiła ( pewnie dlatego że reszta stada podsypia zabunkrowana  w Alcatrazie i w zadrzewionej części Podwórka i na rozmówki z nią nie ma specjalnej ochoty ).




 Dochodzą mnie wieści wakacyjne - a to maman Wujka  Jo z powodu solidnego niedowidzenia usiłowała zażyć ochłody  w zasinicowanym  Bałtyku ( co prawda była to tylko ochłoda stóp, ewentualnie łydek z kolankami  ale panika była urządzona  przez sister  Wujka ze względu na te 98 wiosen które maman sobie liczy ), a to Gosia i Piotrek mają sporo do  opowiadania po alpejsko - włoskich  wojażach,  Cio Mary  i Wujek  Jo już się wyrywają nad jeziora i do lasów jak te ogary. No wakacje, Panie tego, wakacje - nawet młodszy siostrzeniec wyruszył ku lekkiej zgrozie  rodziny na swój pierwszy obóz ( starszy został w domu powodując u Magdzioła ambiwalentne uczucia - z jednej strony cool, kochający młody przełożył nad radości obozowe przebywanie  z mateczką i tatusiem, z drugiej niepokój czy on aby nie cierpi na mamincyckizm ). Piszę  o tej lekkiej zgrozie bo młodszy jest jeszcze bardzo młody ale sam się napraszał  i w ogóle "wiatr we włosach " i te klimaty. Ja tradycyjnie czas letni to spędzałam z kotami w ogrodzie i wyrywałam tylko na krótkie wyjazdy, w tym roku to one koty ten letni czas spędzają w ogrodzie  bez mła a te krótkie wyjazdy cóś mnie nie  nęcą aż tak mocno jak wanna z chłodną wodą, znośna temperatura w domu i  lody waniliowe z mrożoną kawą które rozweselają moje podniebienie w skwarne popołudnia. Upały sprawiają że cóś  stacjonarna się robię, tzw. noszeń nie posiadam.  Może to i dobrze, portfel cichutko  narzeka i lepiej  go nie prowokować do głośniejszych protestów. Domowe wakacje tyż mają swój urok - wreszcie dopadłam do książek co to miałam je przeczytać "ale zawsze cóś",  w tropikalne noce  które spać nie dają oglądam filmy z  tych "co to może kiedyś, jak będzie więcej czasu".  Kto wie może  kartony i akwarele wyciągnę i odświeżę te resztki we mnie co jeszcze zostały po czymś zwanym  "artyzmem koncesjonowanym"?




Zdjęcia dzisiejsze są z Podwórka, nie napiszę co żal mnie ściska ale sami widzicie że  ściska mocno. Jesień Panie tego na tych moich rabatach a tu jeszcze półmetka sierpnia  nie ma!

sobota, 4 sierpnia 2018

Codziennik - porządki blogowe i inne takie tam

Spokojnie, do porządków i w ogóle jakiegokolwiek wysiłku fizycznego to mnie raczej teraz ciężko namówić natomiast nic  nie stoi na przeszkodzie w porządkach blogowych. Cały miesiąc lipiec pilnie usuwałam spam z Azji, dzielnie  śledziłam komentarze i  zamartwiałam rosnącą ilością wejść ( taa... więcej wcale nie znaczy lepiej ). Reklamuję jak się okazało  platformy do gier a raz nawet udało mi się zareklamować stronę porno. Rozwijam się znaczy  biznesowo choć biznes jest taki w stylu  kolegi szwagra Antka, znaczy szmal do mojej  kieszeni cóś nie płynie. Zanim zacznę nienawidzić mieszkańców dalekiej  Kambodży muszę podjąć jakieś kroki "odnienawidzające".  Poczułam że czas na obrazek kontrolujący czy aby komentarza nie wysyła szczwany bocik ze skośnymi procesorami.  Wiem że to do doopy i w ogóle ale ni ma wyjścia. Jak mnie już wywalą z bazy programu spamującego ( trochę potrwa ) to  przywrócę stare ustawienia.  Przepraszam za ewentualne niedogodnościowanie.
A co u nas?  Nudno nie jest, jak tylko zdjęli gips z nadgarstka  Gieni występy medyczne zaczęła Irenka.  Jak to określiła  Małgoś - Sąsiadka prawdziwe  nieszczęście bo upadła z powodu  omdlenia  a nie potknięcia. Jakby upadek spowodowany potknięciem był jak najbardziej usprawiedliwiony  i tak naprawdę był jedynym właściwym  rodzajem upadku bez względu na jego konsekwencje a wszystkie inne upadki to straszna choroba.  Niestety  Irence się nieszczęśliwie zemdlało  w związku z czym głównie  będzie leczona kardiologicznie i  internistycznie ( potłuczenie ma solidne  ).  Irenka  na razie  w strachu, czas na pewną dumę z "bo mnie się zrobiło"  przyjdzie  dopiero po podleczeniu, podczas snucia wieczornych opowieści krzesełkowych na Podwórku. No tak, słodkie bajania  o wyższości schorzeń  kardiologicznych  nad  prozaicznymi urazami ortopedycznymi. Na taki obrót sprawy mam nadzieję. Pocieszam się że przy tej pogodzie mogło być z tym Irenkowym zdrowiem  gorzej, że jeszcze nie jest tak źle, że jak na 90 latek to jest  jeszcze dziarsko ale mam świadomość  że pogoda mojej kamienicznej   geriatrii  nie sprzyja i byłoby najlepiej  gdyby upały przestały nas dręczyć.

Kotom pogoda ze spiekotą jakby przestała doskwierać, może się przyzwyczaiły. Felicjan zamiast w domu siedzieć i wyra pilnować bezczelnie ucieka i wraca z poparzoną przez słońce  gębą. Zadaję mu  maści i kremy ale pomaga mu to średnio.  Najlepszą opcją byłoby  zatrzymanie go w domu ale Felek jakiekolwiek ograniczenie  wolności odbiera jako wypowiedzenie wojny.  Nie mam siły na prowadzenie działań wojennych, zwabiam więc tylko gada do  domu na żarcie i usiłuję zapewnić mu w chałupie rozrywkę coby szybko z niej nie wyszedł ( niestety ulubioną rozrywką jest wyżeranie Małgoś - Sąsiadce z talerza,  Małgoś co prawda ryczy  że to tylko  niesolony ser biały ale ja się  wściekam  bo chodzi  o sam fakt siania terroru przez Felka a nie jego menu ).  Trio dziewczęce zaszywa się w Alcatrazie, wracają  tylko na posiłki, jedzą ekspresowo  i myk do ogrodu. Od czasu do czasu któraś zaszczyca mnie tzw. solówką czyli okazaniem miłości przez udeptywanie, przytulanie czy  ślinienie. Korzystają z lata na całego, może czują że tak trzeba.  Ja cóś nie czuję, za to zrobiło mnie się starawo - wyraźnie babcieję. A  to słońce za ostre, a to wietrzyku brak, a to wozduch za ciężki  bo  cóś jakby burza  w powietrzu wisiała ( na ogół  tylko wisi, skrapla się u nas  średnio ), każdy pretekst jest dobry  żeby nosa z czterech ścian  nie wyściubiać. Chyba spłynęła na mnie z mojej  geriatrii   ta potrzeba ostrożności, uważania i oszczędzania się bo to "Wiek już nie ten". W związku z  moim babcieniem ogród żyje sobie w spokoju niezakłócanym moją obecnością,  kto wie co  się w nim jeszcze podczas mojej absencji zalęgnie -  stado jelonków, zające, a może lisy z kotowstrętem ( znaczy takie które nie zbliżają się do kotów )?

No animalne życie w nim na pewno wre, słyszę po nocach "pijackie" rozmówki  jeży, ryki pilnujących  terytorium Felicjana i Sztaflika, śpiewy świerszczy. Nad ranem zaczynają się kłótnie srok, ćwierkolą i insze ptaszęta - pewnie umawiają się na polowania  na te tabuny komarów grasujących w co bardziej cienistych miejscach ogrodu.  Jak wygląda  szata roślinna?  Sorry, nawet nie chcę wiedzieć bo być może musiałabym jakąś wymagającą straszliwego wysiłku interwencję podjąć.  Chyba jednak mogę być  spokojna o stan roślinek z tego jakże paskudnego dla mła  powodu  że co miało paść to już  padło. Wczoraj padło właściwie czyi spłynęło z góry  parę kropel więc nie czuję się aż tak  bardzo zobowiązana do konewkowania czy naszlauszania , sumienie mam takie półczyste, he, he, he.
P.S. Irenka oprócz wypisów z kardio i interny  zdobyła kolejny sprzęt  ortopedyczny - z powodu starych złamań kompresyjnych  przepisano  jej stosowne oprzyrządowanie i szczęśliwie wywiozła  z izby przyjęć gorset ortopedyczny.  Dziewczęta z geriatrii już zazdraszczajo  ( Małgoś - Sąsiadka natentychmiast poczuła  że ma silne bóle w okolicy lędźwiowej  i też by przydała  się jej  pionizacja  - no tak, do tej pory poruszała się poziomo, he, he, he ). Przejdzie im jak zobaczą to ustrojstwo, choć kto wie czy Gienia jako twarda zawodniczka  się nie skusi. Pociesza mnie tylko to że może się jej nie uda,  Gieniowe  złamania cóś szczęśliwie  z roku na rok "słabsze"  ( zaczęła od biodra, potem był  bark, w zeszłym roku zakładany popręg Wernera w tym roku już tylko nadgarstek  ). Także  na stanie mamy nowość, co prawda jeszcze nie moje wymarzone języczniki ale  gorset  ortopedyczny to też jest cóś. 


Dzisiejszy wpis ilustrują prace nieznanego mła autora.  Nieznanego bo alfabet je opisujący jest mła obcy. Wiem że to nie ten którym posługują się w Kambodży he, he, he, wygląda mi na chiński. W necie znalazłam po angielsku jeno tytuły tych prac, czy one autentyczne czy też nadał je jakiś sieciowy poeta nie  wiem.  Na pewno są  adekwatne do tego co  na łobabrazkach -  "Letni sen w ogrodzie",  "Wietrzyk wśród drzew jabłoni" - te klimaty.  Do mnie przemawia najbardziej ostatni obrazek, razem z tytułem "Radości zimy" - chyba wiecie dlaczego.

wtorek, 31 lipca 2018

Ogrodowe podsumowanie miesiąca


Jakby to ładnie ująć? Kolejny  miesiąc spędzam ogrodniczo leniwie, teraz mam tłumaczenie "bo staram się przeżyć".  W czerwcu  Alcatraz starał się przeżyć teraz kolej na mnie. Po suszy upały a to mnie rozwala. Chowam się w domu razem z Felicjanem (  uczulenie kota na nadmierne nasłonecznienie  wymaga "zdejmowania" go z dworu w okolicach godziny  dziesiątej rano  i trzymania w chałupie tak mniej więcej do godziny szesnastej ) i ani myślę wyłazić z budynków na tzw. świat Boży. Jako pani starsza zdecydowanie  nie powinnam w okolicach południowych  plątać się po  ogrodzie. Trza się plątać w inszych miejscach.  Chwile na ogrodowanie można wyrwać  tylko o świcie i  o zmierzchu, reszta dnia do  przebimbania poza ogrodem ( no dobra, może nie przebimbania ale Alcatrazu  i Podwórkiemu  z tego nic ). W tym roku właściwe ogrodowanie miało miejsce w kwietniu, potem coraz większe rozleniwienie i coraz lepsze usprawiedliwienia ( no, w maju to wiadomo ale  czerwiec i lipiec to po prostu zwyczajne lenistwo ).  Co prawda w lipcu  posadziłam irysy, parę razy zrobiłam opiel ( nawet wspomnienia  po nim nie ma dzięki tej saunie która u nas trwa od pewnego czasu ), nieco przyróżankowałam. No ale to jest kropla w morzu zadań ogrodowych które sobie wyznaczyłam ( a zaznaczam przy tym  że wyznaczyłam sobie absolutne minimum, minimalniej już nie można było ).  Na zwyczajne cieszenie się ogrodem  nie mam siły, za gorąco a ja cóś jakby słaba albo co.  Zdjęć  nie załączam bo ich ostatnio  nie robię, nawet apart dla mnie ciężki i czynność z tych męczących. Dobra, koniec spowiedzi - czas gotować kotom drób ( w czasie upałów nie chcą jeść  nic inszego ).

sobota, 28 lipca 2018

Codziennik - życie na gorąco ( nawet na bardzo gorąco )

Ja wiem że  gorąco, wiem że upał i że  wszyscy jak ten redahtor  Maj chcieliby teraz w kurortach nad wodami przebywać, pluskać się razem z sinicami i takim czymś podobnym  do prezydenta RP,  udając  że  śledzą niejakiego Gebharda ale czas pomyśleć o tym że lato nie jest wieczne.  Tak, tak, przyjdzie jesień a potem zima a tu wiele osób jeszcze bez kota. Niektórzy nawet psa nie majo, choć warunki niby są i tak dalej.  No a potem to płacz i zgrzytanie zębów bo wszystkie  koty i psy  mogą okazać się zajęte. Wtedy to co? Trza  myśleć perspektywicznie a nie jak obecna władza na tydzień do przodu (  a i to tylko w tym wypadku jak Prezes Wszystkich Prezesów  dopilnuje i ciśnienie atmosferyczne  nie zaburzy procesów myślowych w tych delikatnych i z rzadka używanych instrumentach jakimi są co  niektóre mózgi co niektórych przedstawicieli Naszej Wadzuni  Ukochanej, ciam, ciam ). Myślenie ma kolosalną przyszłość jak mówił taki jeden. Zaopatrzalnia w koty    funkcjonuje pod tym adresem, swojego  nowego kota można obejrzeć pod tym adresem  ,a jak komu mało to jeszcze jest filmik.

Dla  miłośników psich klimatów też jest coś dużego do wzięcia, dobrze ułożona słodycz do domu z młodymi.  Znaczy starszych tyż zniesie ale za ludzkimi szczeniętami wręcz przepada.  No w końcu to jest prawie labrador, rodowodu co prawda brakuje ale cechy charakteru mówią same za siebie. Obywatel pies nazywa się Tobi. Nowego domu szuka  nie z powodu problemów jakie stwarza a z powodu zdarzeń losowych. Jest dorosły i na pewno  przeżyje rozstanie ze swoją panią, będzie potrzebował dopieszczeń i tzw. utwierdzeń. Znaczy trza  kochać  na całego bo tylko dobrze utwierdzony dorosły prawie labrador zrewanżuje się tym samym. Aaa, jeszcze rzecz bardzo ważna - Tobi wyjątkowo nie lubi jak rzuca się w niego kamieniami, na wszelki wypadek sprawdźcie  czy macie  całkiem normalnych sąsiadów. Wiecie jak jest, niby człowiek na oko zrównoważony, dzień dobry inszym mówi a w środku zgniły jak ten kretyn co jeże  mordował. Tak w ogóle i na marginesie psychopatów o sadystycznych skłonnościach mogliby jakoś trwale  eliminować ze społeczeństwa. Nie żeby zaraz lobotomia czy zastrzyk wysyłający do Bozi ale taka kolonia na Marsie?


Ja ostatnio wręcz kipię od  dobrych pomysłów, pewnie przez to  że  od wczoraj nadrabiam zaległości  w temacie wiedzy o świecie. Na ten przykład po lekturze zeszłotygodniowych newsów znów  doszłam do wniosku że nasze debaty parlamentarne i te toczące się poza parlamentem nie są tak ciekawe jak by być mogły. Co prawda polityczni starają się w pocie  niskich  czółek  żeby te ich gadki  były przyswajalne  "dla wszystkich", czyli takie mniej  więcej na poziomie brytyjskiego tabloidu ( polskie pisemka tego typu za mało głupie ). No wicie rozumicie,  zasada komunikacji jest taka że język przekazu należy dostosować do odbiorcy. Znaczy według politycznych to my wyborcy jesteśmy idiotyczną pulpą a oni  się starają żebyśmy wiedzieli o co kaman.  No to jak tak to ja chcę prawdziwej rozrywki a nie tylko rzucania mało krwistym miąskiem z różnych stron.  Ma być naprawdę ciekawie! Proponuję wrestling, po prostu nie mogę się doczekać pojedynku "Zamknij Mordę!"  Z Wachlarzem VS Schedyna Po Tusku.

Zawodnicy ostrzy choć prezentujący różne style walki, tona kisielu dla widowiskowości, w przerwach cheerleaderki ( ciekawe  czy nowa przewodnia  siła  narodu deleguje  kandydatkę na "prezdętkę" Krakowa czy tak jak zwykle posłanka  Wsobecka z klanem, totalni to pewnie Muchę zawsze młodą i Pięknego Rysia wystawią ), kawałki grillka z małosolnym, popitka i mamy imprezę dla suwerena + należycie wykorzystane stadiony pobudowane na Euro 2012. Do tego dochodzi jeszcze możliwość obstawiania u booków wyników walk, czyli istnieje tak słodka  dla nas możliwość powstania następnej widowiskowej - tadam, tadam,  - afery hazardowej ( kolejna  bonusowa walka, przegrani najeżdżaliby na booków do tzw. pierwszego połamania kości - cudowne jak walki gladiatorów w  starej Roma ). Oczywiście jak to we wrestlingu wszystko starannie ustawione, w końcu poważny management   musi pilnować żeby to życie polityczne jakoś  ładnie chodziło.

No bo to musi chodzić, nawet jak  jednym z managerów jest "stabilny geniusz" ( w  Hameryce to wszystko Panie tego większe majo, nawet kretynów ). A tak całkiem poważnie to politycy poprzez język debaty publicznej kształtują postawy wyborców. Nadmierna  agresja wypowiedzi każe podejrzewać  że albo to jest działanie  divide et impera albo totalna  bezmyślność. Po mojemu cóś wygląda na to drugie. Nie od  dziś  ćwierkam jak ten prorok Eliasz że powinno dziewczynkom i chłopcom z politycznego światka gdzieś tam zadzwonić  cóś ostrzegawczo bo  żaden z obecnych polityków nie ma takiej  charyzmy żeby zapanować nad narastającą w społeczeństwie agresją. Zaprawdę powiadam Wam żaden! Nie z powodu delikatności uczuć  będzie mnie martwić  kiedy  premier zacznie przemówienie  od słowa kurwa a z powodu tego że społeczeństwo może poczuć się upoważnione  do odpowiedzi pozawerbalnej. Taaa... wrestling dużo by załatwił, sport zamiast wojen.


Na szczęście na politycznych  świat się nie kończy, dla nich nich sezon ogórkowy trwa wiecznie w przeciwieństwie do potwora z Loch Ness,  więc nie ma się co za bardzo w tej upalnej chwili na nich koncentrować. W przeciwieństwie do rozemocjonowanych komentatorów  mam jakąś zdziwną pewność  że władza nasza obecna będzie do upadłego broniła projektu ustawopodobnego  o sądownictwie. Dokładnie tak jak broniła tej świetnej ustawy  o IPN.  Nieeezzzłomnieee! Kolejny sukces przed nią.  Mogę zatem spokojnie zająć się robieniem małego zielonego zbiornika wodnego  przeznaczonego do domowych pieleszy. Akwariumem to raczej cinżko będzie nazwać bo to bajoro  bez oświetlenia sztucznego, pompek - srąpek i tym podobnego high  - tech. W zbiorniczku nie będzie też  rybków, taa... wszyscy wiedzą dlaczego. Będą za to roślinki wodne. Zbiorniczek będzie przymiarką  do planowanej  nieustająco szklarenki domowej. W szklarence bowiem marzy mi się odtworzenie kawałka bagienka.  Jestem na etapie doczytywania  i oglądania takich tam historyj o prowadzeniu tego typu uprawy. Różnie to nazywają, do mnie najbardziej  przemawia nazwa vivarium. Małgoś - Sąsiadkę rozpiera ciekawość co też będzie się działo w okolicach paprotnych mojego mieszkania, na razie jestem strasznie tajemnicza - niech ćwiczy mózg tonąc w  domysłach. Tym szklarenkowaniem przedłużam  sezon ogrodowy, taki mam przynajmniej szczwany plan.



piątek, 27 lipca 2018

'Stop And Stare' - irys SDB o którym mi się zapomniało

 'Stop And Stare'  został zarejestrowany przez Thomasa Johnsona w roku  2014 i w tym samym roku został wprowadzony do handlu przez szkółkę Mid-America. Siewka o numerze # TD258A która została odmianą 'Stop And Stare' to krzyżówka 'Capiche' X 'Riveting'. Ten esdebiak dorasta do  33 cm wysokości i uchodzi za odmianę wcześnie kwitnącą. U mnie bezczelnie zakwitł w środku sezonu i od razu spowodował lekką konsternację. Taa... objawiła się u mnie skleroza, za cholerę nie mogłam przypomnieć sobie co to za jeden.  Nazwa "chodziła mi  po  głowie" jak jaki  insekt. Co gorsza nie bardzo wiedziałam od kogo  do mnie  to kłączko przybyło.  No i jak  tu identyfikować delikwenta?  Niby lista zakupów zeszłorocznych jest ale czy aby to na pewno w zeszłym roku przybyło? Dumałam, dumałam, aż wydumałam. Jak ten Sherlock Holmes śledzący zapadanie pietruszki w masło, niby bezwolnie śledząc ganiające wśród irysowych liści koty otworzyłam odpowiednie drzwi w moim  pałacu umysłu i za tymi drzwiami była nazwa 'Stop And Stare'  i adres  Roberta.  No to bylim w domu i dorwalim Pana Zagadkowego.  Co prawda trochę to trwało ale były zmartwienia  i w ogóle powody do lekkich problemów z pamięcią dotyczącą spraw innych niż  te bardzo  istotne. Sam irys jest trochę inny  niż się podziewałam, wyobrażałam sobie że plamy na dolnych płatkach mają ciemniejszy  odcień. A tu siurprajz, one takie dość jaskrawe, że się tak wypiszę. Może przez te wyobrażenie odległe  od realu tak ciężko było mi przypomnieć sobie co to za jeden u mnie kwitnie na rabacie?



Wpis cienisty - bergenie i insze poszkodowane rośliny cień lubiące

 No dobra, zaczynam o tragicznie  "dopieszczonych" przez aurę  cieniolubach. Alcatraz był ostatnio tak ciepłym  miejscem że nawet koty chowały się w domu przed żarem lejącym się z nieba.  Kotony  uciekły ale rośliny nie mogły więc jak  to się mawia - "majo przerąbane". Oberwało w zasadzie wszystko: krzewy, byliny a nawet drzewka ( bo młode ). Tak szczerze pisząc  to nie wiem co da się  uratować  a co już nie ożyje, na wszelki wypadek opłakuję wszystkie suchnioły. Zacznę od bergenii wszelkich gatunków i odmian. Na pewno w tym roku muszę coś zrobić  ze starym stanowiskiem bergenii sercolistnej  Bergenia cordifolia, wygląda bowiem jakby  nie wyglądało. Roślina się zestarzała i  wymaga odmłodzenia. O ile będę chciała nadal uprawiać ją  na tym stanowisku to aż się prosi o wzbogacenie ziemi a może nawet częściową  jej wymianę. w perspektywie upały więc na razie daję sobie spokój ale bliżej września trza będzie się przyłożyć do sprawy sercolistnej. Bergenię orzęsioną uprawiam w trzech odmianach, taki ze mnie  zboczeniec. Najlepiej rośnie Bergenia ligulata która jest problematyczna systematycznie że tak rzecz ujmę. Niby nazwa sugeruje odrębny gatunek ale w zasadzie traktowana jest  jako forma Bergenia ciliata.   W zasadzie. Jako pisał Graham Stuart  Thomas "Ma  rzadkie włoski na powierzchni liści, z większą ilością włosów na krawędziach liści, a krawędzie są pofalowane". Od siebie dodam że to pofalowanie to głównie u rozwijających się liści występuje, znaczy starsze jakby spokojnieją.  Ta forma oznaczana czasem jako Bergenia ciliata subsp. ligulata ,  najbardziej  łysa ze wszystkich bergenii orzęsionych  jak nadmieniłam traktowana jest przez systematyków ciut dwuznacznie.  Nie mnie rozstrzygać botaniczne spory, niech się towarzystwa o w oparciu o cytogenetyczne badania  użerają - dla mnie ważne jest że to jest najłatwiejsza w  uprawie z orzęsionych bergenii.  Nie wymaga aż tak "wilgotnych warunków uprawy", co oznacza  że nie musi  koniecznie rosnąć w zamglonych okolicach  wodospadu, he, he, he.

 Bergenia ciliata  czasem  oznaczana jako Bergenia ciliata subsp. ciliata rzeczywiście potrafi grymasić.  Książkowo  to ona niby do suchego cienia i mało wymagająca ale real skrzeczy w zupełnie inszym tonie. Przede wszystkim to jest roślina stref cieplejszych. Klimat południowego Kaszmiru czy południowo - zachodniego Nepalu absolutnie nie jest taki sam jak umiarkowany ( taa... umiarkowany ) klimat środkowej  Europy. Susza w  Kaszmirze to nie nasze upały, górskie susze insza  inszość. Jak czytamy pienia  na temat  małej wymagalności roślin wydawane przez brytyjskich szkółkarzy to pamiętajmy że oni mają  wyspiarskie doświadczenie, o prawdziwym kontynentalnym lecie mało wiedzą ( owszem, miewają susze ale stepowienie uskutecznili dawno, dawno temu i nadal są wyspami deszczowymi ). Człowiek się kusi na taką 'Dumbo', która jest niczym innym jak tylko wielkolistną formą  Bergenia ciliata i bum - ma w ogrodzie gościa z dalekich stron  w których klimat cóś inny od naszego. No i  robi się rozczarowująco, czasem nawet bardzo. W naszej strefie, do tej pory  zwanej strefą  chłodnych lat ( he, he, he ) radzi sadzić się ciliaty w półcieniu. Im dalej na południe i  lata z natury rzeczy bardziej  gorące tym  bardziej ta bergenia pożąda cienia.  A przede wszystkim pożąda wilgotnego powietrza. Tak, tak, nie ziemi wiecznie mokrej a wilgoci zawartej w atmosferze.  Znaczy z tym wodospadem to wcale nie żartowałam. Najlepsze stanowisko jakie można dla tej rośliny u nas wymyślić? Po mojemu sucho w nóżkach ale gdzieś w pobliżu wody, ciukrkadełka jej wyraźnie służą. Zimą trza dbać o to żeby korzonki były należycie zabezpieczone, mroźny bezśnieg jest dla tej rośliny zabójczy, nawet dla starych egzemplarzy. Tam gdzie aura nie dopieszcza lepiej stanowisko bergenii  ściółkować. O młode  sadzonki dbać szczególnie, roślina wymaga sporo czasu ( czasem i dwa sezony ) na aklimatyzację w nowym miejscu. Starsze  bergenie znoszą  lepiej fundowane przez pogodę niedogodności uprawowe ale są sprawy nie do przeskoczenia. Na  ten przykład wiosenne przymrozki niszczące pędy kwiatowe, stara czy młoda  roślina jednako traci kwiaty!


Dobra, teraz trochę fot ogrodu. Jest źle i trza to brać na klatę. Przed nami upały i boję  się że do zmarłej halezji dołączy cóś tam jeszcze. Kiepsko, kiepsko po całości co widać na fotach ( choć one nie takie całościowo  ogród pokazujące ). No nic to - Alcatraz mnie w tym roku z lekka podłamuje więc następny wpis będzie codziennikowy i poświęcony sprawom ogólnokocim. Są sprawy którym można zaradzić  ( sprawy ogólnokocie ) a są takowe  co nijak  ich ugryźć się nie da ( patrz pogoda ). Wpis języcznikowy będzie później bo mamy  z Mamelonem problem z ładowaniem zdjęć ( a  na  zdjęciu najważniejszym jeden taki miodny  że ho, ho, ho! )


Niektórzy są chamscy do  nieprzytomności, złapani na gorącym uczynku chowają rogi czyli zamykają oczka i  udają że te dziurwy w liściach  host to nie oni  tylko nagusy. Wiadomo, nagusy podłe ale skorupki też  świńskie cyce!  Jakby upał mało szkód narobił!