sobota, 17 sierpnia 2019

Najgorszy numer jaki wywinął Felicjan!


Do wpisu się zbierałam i zbierałam bo łatwe  to dla mnie  nie jest.  Dosięgło nas  niespodziewane a nieuchronne i bardzo ciężko się z tym pogodzić. Nie tylko mnie ale i bliskim mi zwierzętom i ludziom. W poniedziałek 11 sierpnia odszedł od nas  Felicjan.  Bez zapowiedzi  i nie dając nam  żadnych szans na oswojenie się ze swoim odlotem w insze światy.  No, cały On! Poprzedniego dnia zrobił solidną awanturę że za mało surowej wołowiny dostaje, wlał profilaktycznie Okularii i  ( udało się napuścić na nią  Sztaflika, więc okazywał zadowolenie ),  w nocy  żądał smyrania  za uszami, pod  brodą i jeszcze raz za uszami, w tym wypadku okazał niezadowolenie z powodu niewłaściwej  kolejności smyrniczej, a rano obudził się i bez śniadanka  poszedł na obchód włości ( najsampierw  poostrzył pazury, tak żeby było widoczne, znaczy na wyściełanym krzesełku, w końcu robił wszystko żeby mła  się nie czepiała o tamtą historię zeszłoroczną z usuniętym pazurem za osiem dych ).  Poleżał trochę w bazie pod  forsycją i postanowił zdrzemnąć się pod kamorem, na piaseczku  wygrzanym i przy okazji wyleżeć (  bo  nie wysiedzieć ) kłącza irysów  tam posadzone. I z tej drzemki już się nie obudził. Odleciał we śnie do Krainy  Tygrysów z której pochodził.




Mła zostało znaleźć tylko skorupkę po  Felicjanie, ciałko, które  kiedyś należało do niego ale Felicjana już w nim nie było i to było  natychmiast widoczne.  Pod kamorem jakiś taki obcy,  pręgowany  pojemnik na Felicjana,  zamiast niego spał snem  z którego wybudzić się nie można. Po tej ciszy  i nieruchomości poznałam z daleka  że już Felka  z nami  tu i teraz nie ma.  Był pogrzeb i wszystko ( zero  kocyków, kocyki są dla bab a nie dla prawdziwych złych kotów które są mucho macho ), było opłakiwanie zbiorowe a mła jakoś nie mogła sobie ryknąć  bo musiała sytuację ogarniać i dopiero po tym wszystkim, kiedy załatwiła sprawy które kocie  mamusie załatwić muszą mogła sobie  pozwolić na  gorzkie żale. Nasz Dohtor  mła pociesza  że  gwałtowna śmierć we śnie to najmniej bolesny (  bo ból króciutki, czasem nawet mózg go już nie rejestruje bo  nie zdąży ) sposób odchodzenia dla osobników płci żeńskiej  i męskiej nie tylko kociego  gatunku i że Felicjanowi w pewien sposób się udało.





Wiem że  udało bo  Felek od zawsze kusił los, ryzykant był z niego a zarazem kocurek delikatny ( alergie, podejrzenia zarażenia wirusowego po bójkach, pogryzienia przez psy, wyjście z okna w bloku - nie był to parter, dziąślak który szczęśliwie okazał się  łagodnym guzem ale wymagał dwóch podejść , przeziębienia po  ucieczkach z domu w czasie złej pogody i pomniejsze sprawki, które kończyły się  u veta ) i mogło się najgorsze zdarzyć w wyniku wypadku czy długotrwałej choroby. Felicjan słabował po operacji i długo dochodził do siebie po dziąślaku ale się wykaraskał i był w  dobrej formie, wściekły  jakby nic nie dolegało. A tymczasem w główce czaiło się zło, niewykrywalne a śmiertelnie groźne ( mła myślała  że w serduszku ale  Dohtor że o serduszku mowy być nie mogło bo Feluś był katem bez serca i że to to sprawa mózgu - Dohtor podsumował  odejście Felicjana z lekka tylko zmienionym  cytatem z piosenki  "Shimmy Szuja" - "Alleluja niewesołego  zrobił nam i znikł!" ). W domu  drażniąca uszy cisza i niemiły spokój, nie ma  miauków pełnych pretensji  ( Sztaflikowi wychodzą tylko takie skwierczenia, choć bardzo się stara ), nikt nie wskakuje  na biurko tak że wszystko na  nim ustawione się trzęsie, żadnych odgłosów dzikich awantur z ogrodu. Paskudny i bolesny zastój domowych funkcji życiowych,  "Teraz wszytko umilkło, szczere pustki w domu" jak to pisał Poeta.  W stadku  bezkrólewie, wygląda na to że dziewczyny założą spółdzielnie bo Sztaflik  bez  guru jakoś straciła  chęci do zarządzania a Szpagetka z Okularią  ani myślą  się wysilać. A ja? No cóż, dochodzę do siebie ale  gdzieś tam się we mnie  tłucze - "Szuja, cóż takiego uczyniłam mu ja, Żem jak tuja poderżnięta przezeń dzisiaj jest???". Na szczęście  mam idiotyczne  wrażenie że on gdzieś schowany mła podgląda ( tak jak wtedy kiedy postanowił  "uciec z domu"  by ukarać za sycylijski wypad zarówno mła  jaki i Cio  Mary ) i jest usatysfakcjonowany tą moją za nim  tęsknotą.




sobota, 10 sierpnia 2019

Wiadomości ogrodowe





Wiadomości ogrodowe są takie sobie - popadało , liście na forsycjach się podniosły ale mła nie ma złudzeń  że nastąpi cudowna reanimacja nasadzeń.   Nie nastąpi  bo niektóre życie to wyschło do cna. Przetrwały sucholuby, śródziemnomorskie i głęboko się  korzeniące, reszta jest w stanie dodupnym albo  nie istnieje. Tak to wygląda  w pierwszej dekadzie  sierpnia.  Jak  mogę ratuję się kupowaniem kwiatów do wazonu, z ogrodu nie mam  co do tych domowych ustrojstw wycinać ( a to  była  pora na  pachnące floksy i nie mniej pachnące  lilie orientalne ).  Zastanawiam się czy aby nie wysiać jeszcze raz maciejki, może tym razem  wzejdzie? Lato bez  jej zapachu jest jakieś takie dziwne ale to lato w ogóle  jest dziwne.  Dawno po Hance a ani wieczory ani  rani nie są rześkie, są duszne jak przy końcu czerwca. Zarówno Mamelon  jak i mła jesteśmy już zdrowo zmęczone sezonem, nie do wiary ale wypatrujemy jesieni, znaczy pluch, chłodku i żółknących a nie zasychających  roślin. Z myślą o jesieni mła pozwoliła sobie na zakup  zimowitowych cebul, 'Waterlily'  i takich sobie zwyklaków. Nie wiadomo co będzie w tym roku z kwitnieniem  marcinków  ( oberwały że hej ) to choć większa ilość  zimowitów jakoś zrobi jesień na Suchej - Żwirowej.

Może powinnam spróbować z uprawą jesiennych szafranów vel krokusów ale miałam  do tej pory złe  z nimi doświadczenia co jakoś mnie mile  do tych roślin  nie nastraja. Prędzej pokuszę się o  cebulki krokusów  wiosennych a może nawet nowych przebiśniegów ( odmianowe znowu mła się marzą, ku  zgrozie  Mamelona która nie rozumie czaru tej drobnicy i ceny którą trza płacić za piciumy ). Zdaje się że tegoroczne zmęczenie sezonem to  nie tylko u nas, wszędzie tam gdzie był najpaskudniejszy upał i susza  to odnoszę  wrażenie że gdyby nie to jakże miłe dla wysuszonych serduszek ogrodniczych  popadywanie to całkiem spora gromadka ogrodników nie mogłaby się  doczekać końca sezonu letniego. Co poniektórzy z nadzieją że po  resecie  z werwą ruszą do jesiennych prac. Ech! Przede mną  wcale  nie jesienne pracki, muszę  uformować niektóre krzewy  róż  historycznych, których nie cięłam ze względu na upał i suszę, poobcinać kwiatostany lawend i szałwii, poprzesadzać  piwonie tak  jak sobie zaplanowałąm - całkiem sporo tego jest. Nadal wisi  nade mną post egipski ale przyznaję bezczelnie  że jakoś  mi się teraz nie chce ślęczeć i sprawdzać, dokończę go  później. Poza tym on jest taki pośrednio ogrodowy a tymczasem realny ogród wzywa. Temperatury takie odpowiednie i ponoć ma padać - jak dla mnie to dopiero teraz lato pokazuje tę miłą stronę.

A teraz całkiem insza  inszość, mła dziś po bardzo ciężkiej emocjonalnie końcówce tygodnia ( mła żegnała "na zawsze"  młodszą od siebie osobę, którą  tak zwyczajnie lubiła  ) wzmocnionej paskudnym zachowaniem  Felicjana  a także  nagłym pogorszeniem charakteru dochodzącego Epuzera i koniecznością przeprowadzenia zebranka lokatorskiego w sprawie  śmieci na którym  jak zna  życie  będzie musiała robić za szeryfa  który wpieprzy zarówno czerwonoskórym jak i kałbojom a potem będzie  bujał się z sędzią  pokoju - otóż mła wzięła i pojechała  na Gosino - Piotrusiową działkę na której ponad osiemdziesięcioletni  rodzice  Piotrusia ( Marysia  i Kazio ) uprawiają warzywnik. Zresztą  nie tylko warzywnik bo tam jest i sadek i taka miła dla oka część łąkowa, która uprawia się sama. Dodam do obrazu całości strumyczek, odwiedziny łosi i już wiecie że sobotnie popołudnie spędziłam w Raju.  Tera fotki!






Duży warzywniak uprawiany przez parę dziarskich  jednak  zaawansowanych wiekiem osób to w ogóle chapeau bas! Przy tej suszy, bez nawożenia chemicznego, z opóźnionym startem wiosennym z powodu zapadania na zdrówku,  "Dziadki Natalki" dochowują się plonów że ho, ho! Jednak ich zdaniem ten rok  jest kiepski bo nie uda im się uzyskać słynnych  trzynastokilowych arbuzów, znaczy domyślacie  się że byłam w ogrodzie uprawianym wyczynowo. Myślę zresztą  że ten wyczyn Marysię i Kazia trzyma w formie, chorują zazwyczaj w zimie  - martwym sezonie dla ogrodników, który czasem  przeciąga się  w ich wypadku i na młodą wiosnę. Łączka  w dzikiej części działki zdaniem mła nie wymaga jakichś szczególnych ulepszeń, można kontrolować stan zanawłociowania i dosadzać ulubione  byliny w niektórych jej partiach i szlus. Jest właśnie taka jaka powinna  być łączka - sprawiająca wrażenia absolutnie niezaplanowanej.  Ot,  rosną sobie roślinki kwitnące w tych trawach gdzie chcą.  Wcale się nie dziwię że łosie się kuszą,  na  takową łączkę  to jest wielu amatorów!





wtorek, 6 sierpnia 2019

Lokalności czyli Wiadomości i Niewiadomości Ódzkie

Rany, po  przerwie spowodowanej helikopterem wczoraj solidniej zajrzałam do neta, a dziś sobie jeszcze doprawiłam. Tragedy, skala  złodziejstwa  rośnie - taki koment  trafiłam  który  ładnie rzecz ujął - "2015 - wystarczy nie kraść, 2017 tamci kradli więcej, 2019 tamci też kradli" - aż się strach bać  co będzie w 2020.  Dziś  się z kolei dowiedziałam że worek z Pandorą który tak  pięknie rozwiązał dla nas  facet zwany Hakatumbą przywiał do nas z Hameryki  liścidło  senatorskie.  Znając  siłę naszej  dyplomacji i pragnienie  posiadania przez naszych rzundzących  F - 35 będących w fazie zaawansowanego projektu, już widzę te dylematy. Lizać tyłek  czy dać odpór - oto jest pytanie?  Przypomina mi się zdanie  Kisielewskiego na temat socjalizmu, no wiecie -  ustrój rozwiązuje bohatersko problemy które sam stwarza, he, he, he. Swoją drogą Kisielowi udało się jakoś nie stępieć w nowej dla niego rzeczywistości postsocjalistycznej i nie być hurra optymistą. Bardzo dziś  takich ludzi brakuje, widzących jasno rzeczy niemiłe i uwierające i przede wszystkim mających odwagę "własnego zdania". W epoce informatycznej to białe słonie. Stwierdziłam że od występów politycznych rzundząco - łopozycyjnych znów  może  się mła zrobić  helikopter i postanowiłam zająć  się sprawami  lokalnymi. Znaczy sprawkami miasta Odzi, które ma swoje za miejskimi uszami ( a uszy jak u nietoperza ). Helikopter mła  nie grozi, co najwyżej locik dronem ale żyłka gdzie nie trzeba  jej  nie pęknie.



 
A w sprawach lokalnych wreszcie ktoś zadał  pytanie które i mła sobie od pewnego czasu zadaje - jak to się dzieje  że w wyludniającym się  szybko mieście jakim  jest miasto Ódź,  jakoś jest ciągle  więcej i więcej ludzi i trza np. ładować  pieniędze w transport miejski bo nie wyrabia.  No dobra,  Ódź spuchła jak wiele  polskich miast - ludzie wynoszą się na obrzeża, wioski wokół miasta nam się odwioskowują, ludzie są tam zameldowani i tam  płacą podatki ( niższe niż miejskie ) ale pracują w mieście Odzi. Miastowe ludzie  czujo się pokrzywdzone bo nie mieszkajo w otoczeniu przyrody, podatki płacą większe i w dodatku część  tych podatków jakby nie na ich potrzeby ( u nas była swego czasu granda o tramwaj regionalny ).  Jednak opuchlizna miast nie wyjaśnia wszystkiego, mła odnosi wrażenie że liczbę tych co wyjechali na zachód zrekompensowała liczba tych  co przyjechali ze wschodu. Czy to się komuś podoba czy też nie witamy w kraju który będzie coraz bardziej wielokulturowy i wieloetniczny, tak mła wynika z oglądu towarzystwa podróżującego z nią w tramwajach. Cała różnica między Cebulandią a Zgniłym  to ta że u nas  imigranci mogą co najwyżej na pińcet  z plusem liczyć  jak dzieci posiadajo, zasiłków specjalnych ni ma i dlatego przyjeżdżają pracujący a nie socjalni. Teraz może   troszki wolnego miejsca będzie po mieszkańcach Ukrainy bo Niemce otworzyli  dla nich rynek pracy ale w Odzi witamy już na ich miejsce Nepalczyków.

Mła te wędrówki ludów  nie dziwio, w przeciwieństwie  do ciężko zasiedzianych mła wie jak  toczy się światek i że nie kończy  się on jeno na naszej wsi we której "To  praca powinna być i wszystko, żeby człowiek  nie musiał się  tułać". Zdziwne dla mła jest też to że wszystkie socjologi  piszo że my tacy mało atrakcyjni jako miasto i młodzi to mykajo gdzie   indziej i atrakcyjniej a mła się wydawa cóś przeciwnie,  że dzieciów w jej  okolicy jak na jej  system nerwowy jest zbyt dużo. Albo ona ma  system nadwrażliwy, albo rzeczywiście  jej się wydawa albo nasze  socjologi wraz z GUS  - em muszą zmienić metodę  badań ( opieranie się na mitycznym  meldunku - sama znam takich co mieszkają od lat nastu a meldunek  majo  gdzie indziej ) bo we mła się zalągł dysonans poznawczy  i nie odpuszcza. No bo naprawdę jest dziwnie - miasto  które straciło ponad 12% ludności chyba powinno być zauważalnie mniej ludne? Mła się czuje z lekka oszukana bo  ona  tłoku  nie lubi a tu coraz ciaśniej!




Sprawa nr 2 - lotnisko na Lublinku imieniem i nazwiskiem  wieszcza Reymonta nazwane. To jest dopiero zdziwność - otóż mamy lotnisko wybudowane dla biur podróży, czarterowe znaczy.  Nasz aeroport obsługuje cztery trasy na stałe ( z tego  trzy na Wyspy  Brytyjskie  i jedną na hub w Monachium  - bilety  Lufthansy więc  tanio  nie jest ),  jedną w sezonie letnim ( Ateny ) i  stadko czarterów które latają na wczasowiska ( bezpośrednio do  Burgas, Zakynthos, Antalya, z przesiadkami w Monachium Dominikana i w przyszłym roku  Meksyk i Kuba ). Naprawdę w miarę  regularne  ( niecodzienne jednak )  mają tylko połączenia z Monachium i  Stansted kole  Londynu. I teraz będzie o nierentowności - nasze nielotnisko jest zdaje się drugim najbardziej po nielotnisku w Radomiu,   nierentownym nielotem w kraju a co lecę w insze zagramanice z Warszawy to zawsze  kupa luda z Odzi w tych samolotach. Cud, bynajmniej  nie mniemany. Liniom nie opłaca się utrzymywać przelotów na trasie  z miasta Odzi  bo pasażerowie złośliwie  migrują na  Okęcie albo inny Modlin. Taa... odzianie to przewrotne bestie są, dołożą kasy, wymęczą się ale nie dadzą portu lotniczemu we własnym  mieście zarobić.

No, przede wszystkim nie dadzą zarobić zatrudnionym na "odcinku lotniska" specjalistom, kerownikom i inszym z nadania.  Marszałek województwa do lotniska  nie dołoży bo ono miejskie, miasto dokłada coby wstydu i bankructwa  nie było ( i te miejsca pracy )  ale cóś  mało wymaga  od  lotniskowych ( w dobie  Bookingu i Airbnb wczasowe  loty to jak kolejka wąskotorowa z Odzi  Fabrycznej  do Mławy, przez Warszawę, Himalaje i Petersburg rzecz jasna ) a skutek jest taki że mła i Mamelon znów  polecą z Okęcia, bo nie uśmiecha  się im lecieć  sześciu godzin z  przesiadką  do Rzymu jak  mogą dolecieć bezpośrednio w dwie  i pół a w godzinę z hakiem  być  na lotnisku w Warszawie ( z którego samoloty do Rzymu  latają codziennie ).  Teraz polecę klasykiem  - nikt mła  nie wmówi że białe  jest białe a  czarne jest czarne, to nie jest  problem zbyt małej liczby pasażerów na lotach rejsowych żeby  liniom się  opłacało, to jest problem polityki związanej  z lotniskiem i to zarówno tej miejskiej jak i tej z Wiejskiej.  Miasto Ódź może nie jest metropolią z której codzienne odloty do europejskich stolic opłacałyby się przewoźnikom, ale na lotach dwukrotnych czy nawet jednorazowych w tygodniu przewoźnik by  nie stracił. "Czy konie mnie słyszą?"- to tak dalej taplając się w klasyce. Cóś z tym nielotniskiem zrobić trza, albo spuścić armii czy tam innemu aeroklubowi i przestać wkładać w nie kasę albo w końcu zrobić z tego misia na miarę  naszych możliwości normalnie funkcjonujący obiekt!

Dzisiejsze obabrazki to ódzkie  sakralności.  Nie wszystkie istnieją bo zmiany były  i w ogóle, ale cóś tam się ostało.

P.S. Kropek u Psa w Swetrze pięknieje z dnia na dzień. Jest do wzięcia ( jak dla mła  to  za poręczeniem  lub wstawiennictwem bo  kot po przejściach ), najlepiej żeby  znalazł się w takim domu który będzie całym jego światem  ( Kropek  szykuje  się na kotka niewychodzącego, znaczy przechodzi szkolenie na lorda ).  Całuśny aniołek, na starcie trzeba nieco bardziej niż to ma zwykle miejsce o Kropka  dbać. Jak dojdzie do siebie w stu procentach i obejmie ludzia w posiadanie to się dziwić  będzie ten ludź jak on bez Kropka w ogóle  mógł  funkcjonować! To  nie było życie tylko jakaś marna wegetacja, ersatz i namiastka! Bez tych przytulasów, bez ocierek i prawie  że cmokań! Krokiet i Bigos już na swoich ludziach, przystąpiły do tresowania personelu obsługującego.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Codziennik - weekendownik leniwca



 
Tak leniwie mła mija ten pierwszy sierpniowy weekend. No i bardzo dobrze bo ona odpoczywa, oddech ma od wszystkiego,   nic  nie musi ( a zazwyczaj  musi i to jeszcze tak że sama się musi zmuszać do musienia ). Takie domowe  wakacje instant, wolne w proszku co to je tylko winem podlać  jak się helikopter skończy i gotowe. Spokojne snucie  się po  domu, po  ogrodzie, bez napinki na luziku, no mła się czuje niemal jak główny  bohater  "The  Beach Bum" ( za parę lat ten film będzie kultowy ) optymistycznie olewając skrzeczącą rzeczywistość. Koty dostroiły się do mła, leniwie zaliczają wyro, bazę Felicjanową pod  forsycją, okolice  największego egzemplarza szałwii lekarskiej. Z wielką niechęcią włażą na robinię czy dachy szopek, zdecydowanie preferują obecnie przebywanie na parterze.  Ptocy  śpiewajo  ale kociego  zainteresowania szczęśliwie nie budzą, gdzieś czasem cóś jak  myszka zaszeleści ale lepiej oczka mrużyć i  się nie interesować.  No można na ślimaka bezskorupkowego bardzo groźnie popatrzeć  ale na tym łowcza aktywność się kończy.




Przeca to  jest czas  na mruczenia i ciamkania, na podstawianie łap  do całunków i robienie baranków. Za leniwie na kocią naturę, trza uprawiać sielską kocią  anielskość. Od czasu do czasu przejdzie mały opad, który  powoduje u mła  opad powiek, z nagła zaświeci słoneczko co  z kolei powoduje  u mła tzw. chęć do  życia, wszystko to niespieszność działań powoduje ( no bo jak mła  już ubierze ubabranek na dżdż to on przestaje dżdżeć a jak mła się naszykuje coby w słoneczną chwilkę  ze strojem się wpasić to ta chwilka właśnie mija - więc po co się spieszyć, lepiej leniąc się poczekać w stroju słonecznym  na złapanie chwilki ). Małgoś - Sąsiadka bredziła cóś  o słodkich wypiekach ale spojrzałam na nią baaardzo karcąco i zaproponowałam  natychmiastowe sprawdzenie poziomu cukru w jej  krwi. Odpowiedź że glukometr się popsuł była tak  jawnie bajkowa  że nawet Małgoś cóś tak bez przekonania ją wygłaszała. Propozycja wykonania wypieku upadła  bo  postraszyłam  Małgoś własnym glukometrem ( nie posiadam ale zablefowałam ) i  Małgoś  nie drążyła tematu.  Zresztą mamy borówki hamerykańskie w dużej ilości a to przeca  też słodycz. I tak  leniwie sobie weekendujemy, przewalając się z boku na  boczek w mruczącym  towarzystwie i  od czasu do czasu straszymy roślinki i owady na Suchej - Żwirowej. No wiecie - jest nam teraz prawdziwie letnio.




I choć to  niby jest post o niczym, jeden z wielu zaśmiecaczy netu,   to nie  tak bez sensu  do końca  - mła zaobserwowała  niepokojące zjawisko i postanowiła zostać tego... ten... sygnalistką. Z tych leniwych sygnalistek rzecz jasna i takich bardzo spóźnionych ( wicie rozumicie, to już truizm a mła się dopiero orientuje ).  Otóż mła  odnosi ostatniemi czasy bardzo silne wrażenie że sztuka odpoczynku nam zanika co powoduje ludziskom  jako gatunkowi problema.  Ludzie wyznaczają sobie w czasie wolnym zadania i je realizują po czym wracają do codzienności usatysfakcjonowani ale wcale niekoniecznie wypoczęci.  Nie mam tu wcale na myśli  tych co to urządzają remonty  mieszkania w czasie  urlopu. Hym... wiecie, mła to lubi zwiedzać i się kręcić ale to nie znaczy że nie potrzebuje swoich  chwil uważności, czasu  na podróże wewnętrzne albo na podróże daleko od siebie. I tak jej  jakoś przychodzi  do głowy że  w tych potrzebach wcale nie jest odosobniona. Mła   sobie przemyśliwa że sztukę odpoczynku trochę zabija przymus - znaczy wykupilim wywczas i będziemy wypoczywać, nawet jak nam się kurna nie chce, to będziemy.  I potem się męczymy zalegając nad basenem w towarzystwie germańskich dzieciaków które mają na nagłośni wmontowane wzmacniacze dźwięku, albo łażąc w upale po niemiłosiernie nagrzanych ruinach, albo też zagubieni w  głuszy i dziczy nudzimy się jak  mopsy. Z drugiej strony problem  jest w nas bo nie potrafimy się oderwać  od cycka codzienności i czujemy  że nic  się nie zmieniło, znaczy wypoczynek męczy. Po  mojemu   za dużo bodźców nam system nerwowy drażni a my  tak na co dzień nie trenujemy wypoczynku. Na siłownie chodzimy ale tam komór  wyciszenia ni ma. Hym... yoga? Może to i jakieś wyjście, pewnie lepsze  niż odstresowujące prochy czy tam insze używki ( zmęczenie codziennością, swoimi problemami, chęć odfrunięcia i relaksu stoi za miłością części społeczeństwa do wszelkich substancji psychoaktywnych ).  A może po prostu techniki  relaksacyjne powinny być w programach nauczania i  to rozwiązałby sporą część problemu z wlewaniem w się  lub wdychaniem.  Tak mła sobie rozmyśla, leniwie bardzo.



Dzisiejsze fotki to  Sucha - Zwirowa zdjęta po wsadzeniu dodatkowych sześciu perowskii, co jakoś nie wpłynęło na ogólny widok rabaty i leniący się na kuchennym stole  krasnoludek, co to był  kupiony dla  Wujka Jo ale jakoś ostał się u mła.