Zacznę od tego że dzieciństwo kiedyś było faktem fizycznym ale z byciem faktem społecznym to już tak...tego... nie ten. No wicie rozumicie, człek niedojrzały to taki niedorobiony, wstydliwa głupota, trza to ukryć. Dzieci ludzi bogatych mogły w ramach nagrody widzieć raz na jakiś czas rodziców, mogły być portretowane z rodzicami, choć bardziej tu chodziło o podkreślenie roli rodzica a nie dziecka, natomiast społecznie praktycznie nie istniały. Bytowały w pomieszczeniach oddzielnych, pozamykane z niańkami, bonami i guwernantkami lub guwernerami, dostawały swoje jedzenie, często ohydnie jednostajne, żeby im się nie fiknęło na jakieś zatrucie. Nie przywiązywano się do nich przesadnie, bo umieralność była duża i mogły szybko powiększyć grono aniołków. Interesowano się dziećmi bardziej dopiero w momencie kiedy zaczynały dojrzewać i mogły już stanowić zasób rodziny. U biedaków było paskudniej, bo dziecię jeżeli chciało przeżyć, to musiało szybko zacząć pracować. Parolatkom jeszcze 100 lat temu powierzano opiekę nad młodszym rodzeństwem a na wsiach wypas gęsi, nieco starsze wypasały krowy. Przed 10 rokiem życia mało które dziecko ludzi niezbyt zamożnych nie pracowało. To była norma. Jak zatem widzicie dzieciństwo współcześnie rozumiane to naprawdę świeża sprawa. Jeszcze Antoni Słonimski tworzył prześmiewcze teksty o dzieciach - ""Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nieprodukująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania, wykształcenia, niegrzeczna i brudna." Zabawne to, o ile sobie człowiek nie uświadamia że w czasie dzieciństwa Słonimskiego powszechne było właśnie takie nastawienie do dzieci w środowisku jakby nie było inteligenckim.
Teraz szerokie tło. Mła nie ma jeszcze demencji i jakoś tam kojarzy, dlatego, kiedy spływają dane o tym że przyrost naturalny zmniejsza się na całym świecie, nawet zwalnia w Afryce, to widzi w tym nie tylko zagrożenie dla systemów emerytalnych, jak to robią politycy, którzy myślą krótkoterminowo, tylko długofalową zmianę strategii utrzymania się przy życiu gatunku. Bardzo biologicznie do tego podchodzę. Żeby taka strategia zadziałała konieczna jest zmiana priorytetów jednostek i zmiana tego, co uznają one za godny standard życia. Taka zmiana zaczęła się dokonywać na przełomie wieków XX i XXI. To jest zjawisko powszechne, które państwa z wysoko rozwiniętą gospodarką usiłują łagodzić, podkreślam łagodzić, bo zmienić nie są w stanie, zwiększeniem socjalu, szczególnie dla rodziców. Trwa ogólne pitu - pitu jak to będziemy tych w wieku rozrodczym dopieszczać, tylko jakoś nikomu nie chce przejść przez gardło, ani spłynąć na klawiaturę, że ludzie nie chcą mieć dzieci, bo ich posiadanie nie jest konieczne im do szczęścia. Dzieci dziś nie są ani zabezpieczeniem starości, czyli nie spełniają tradycyjnej roli w jakiej je widziała przeważająca większość społeczeństw, w tym i nasze jeszcze 100 lat temu, ani nie są aż tak często samą radością dla swoich rodziców, szukających spełnienia poza macierzyństwem i ojcostwem. Mła nie ocenia, mła stwierdza - jest, jak jest - dzieci nie są gwarantem przyszłości i dzieci mogą być przyczyną frustracji. Dzieci jako grupa społeczna straciły na znaczeniu, społeczeństwo nie jest już tak skłonne do rozumienia "procesu dzieciństwa", coraz więcej wśród nas wołów, które zapomniały jak to jest być cielakiem. Z tym faktem ciężko mierzyć się niektórym rodzicom, którzy z tego społeczeństwa wyalienowani nie są i żyją jego wartościami, usiłują oni walczyć z rzeczywistością, czasem bardzo dziwnymi środkami.
Jedną z przyjmowanych postaw jest wprowadzanie dziecka w, że tak to określę, "szeroki obieg społeczny". Dziecko nawet w okresie niemowlęcym ma prawo uczestniczyć we wszystkim, począwszy od odwiedzania restauracji, poprzez odbywanie dalekich podróży, by "wypocząć" w tropikach, na uczestnictwie w filharmonijnym spędzie, na którym wykonuje się III koncert Rachmaninowa kończąc. Oczywiście z punktu widzenia rozwoju dziecka i jego dobrostanu to jest absurd i skłania otoczenie do całkiem uzasadnionych podejrzeń że rodzice tak traktowanego dziecka nie dorośli do roli, którą wykonują. Kiedy czytam że "na obecność dzieci we wspólnej przestrzeni jest agresywna, systemowa nagonka", to zastanawiam się od razu w jakiej przestrzeni? Na placach zabaw przy marketach w centrach handlowych, w tych wszystkich Jakichśtamlandach, w basenach hotelowych przy których uwijają się tzw. animatorzy zabaw dla dzieci, w kinach, w teatrach z przedstawieniami dla milusińskich? Społeczeństwo wydziela z przestrzeni wspólnej miejsca dla dzieci, takie w których dzieci są bezpieczne i mogą się integrować z rówieśnikami. Nie jest winą społeczeństwa że rodzice dzieci się w takich miejscach nudzą, dojrzali ludzie tę nudę pokonują. Argument że ograniczanie socjalizacji dziecka do placów zabaw i parków to tworzenie mu sztucznego, nierzeczywistego środowiska jest durny, bo nikt rozsądny nie bierze niemowlaka, czy trzylatka na techno party z popijawą żeby się życia uczył i ten argument mówi raczej o frustracji rodzica, którego normy społeczne zmuszają do zajęcia się dzieckiem zamiast do korzystania z rozrywek. Mła jest na tyle stara że wie że każdy wiek ma ograniczenia, katowanie niemowlęcia wakacjami w tropikach jest dla mła tak samo ciężkostrawne, jak katowanie społeczeństwa polityką prowadzoną przez zdemenciałych staruszków. Wicie rozumicie, jest czas siania i czas żęcia a zdaniem mła ludzie kombinują bardzo durnie że żadnych ograniczeń nie ma, bo człowiek się nie zmienia, choć wszystko wokół zapewnia nas że jest odwrotnie i że każdy w swoim tempie zmierza od pół świadomego początku do nieuchronnego i często półświadomego końca.
Co mła zatrzęsło w tym wywiadzie z "antropolożką"? - prowadzenie wykładu dla studentów z dzieckiem. Sorry, to nie jest ten rodzaj pracy, który zdaniem mła wykonuje się z dzieckiem. To nie grupa zbieracko - łowiecka, gdzie gromada kobiet z dziećmi zawiniętymi w chustach i dostawionymi do cyca, zbiera owoce, czy tam inne nasiona, to jest praca która wymaga skupienia intelektualnego od wykładowcy i od ludzi, którzy słuchają i nie powinni się rozpraszać. To nic innego tylko brak szacunku, dla ludzi, którym przekazuje się wiedzę, nadużywanie pozycji. Jeżeli będziemy w ten sposób podchodzić do wykonywania zawodu, to doczekamy się dzieci na salach operacyjnych i w izbach zatrzymań, czyli w miejscach, w których absolutnie nie powinny przebywać, bo ich przebywanie stanowi tam zagrożenie zarówno dla nich samych, jak i dla innych. Po prostu każdy marzy o tym by mamusia i tatuś obsługujący wyrzutnie z rakietami balistycznymi mieli przy sobie płaczące dziecko. Pani "antropolożka" nie widzi daleko idących implikacji swojej postawy, ona przekracza bariery, nie zastanawiając się dlaczego takie bariery istnieją. Szczerze pisząc to mam gdzieś czy dziecko śpi, czy ryczy, są miejsca pracy, które nie są dla niego odpowiednie i szlus. Tu nie mamy do czynienia z takimi czy innymi poglądami, tylko ze zwykłą głupotą. Dla mła to kolejne potwierdzenie że od wykształcenia niektórym rozumu nie przybywa, co uważa za smętne. Kolejnym źródłem nieporozumień jest zakładanie że wspólnota działa w interesie jednostki, wspólnota działa w interesie wspólnoty, tak było, jest i będzie. Sfrustrowani byciem rodzicami zakładają że wspólnota się dostosuje i zareaguje aprobatą na radosny indywidualizm dziecka, wyrażający się w bieganiu między restauracyjnymi stolikami, czy w kopaniu fotela współpasażera zbiorkomu. W naszej kulturze, w przeciwieństwie do krajów łacińskich, prawo osób dorosłych do spokoju jest dość mocno egzekwowane. Jak dla mła to rodzice usiłują być tego nieświadomi i zakładają pajdokrację, żyjąc w społeczeństwie, które nieprzesadnie przejmuje się dziećmi. Jest krzyk, że wspólnota nie dorosła i dzieci są ograniczane a wspólnota nie wspiera. Jak ktoś tu nie dorósł to "antropolożka". Koncepcja, która opiera się na wspólnocie, jak to drzewiej bywało, zakłada że wspólnota ma prawo reagować na zachowania dzieci. Krótko pisząc - wspólnota wtrąca się w wychowanie dzieci, czasem w sposób niechciany przez rodziców. Im więcej w kwestii wychowania dzieci do powiedzenia ma wspólnota, tym mniej do powiedzenia mają rodzice. Nie wiem czy ten model odpowiadałby Urbanek Zofii, bo to oznacza że ludzie mogliby zareagować na to w jaki sposób moderuje zachowania własnego dziecka i to nie tylko zwracając jej uwagę, tylko jak w Skandynawii donosząc do urzędu że jest niewydolna wychowawczo. Wsparcie wspólnoty to cały pakiet, nie można sobie wybierać, tego chcę a tamtego tu już nie. Chcesz mieć wsparcie wspólnoty to przyjmujesz jej zasady. Społeczeństwo indywidualistyczne, jakimi jest większość społeczeństw Zachodu, spodziewa się że to rodzice zajmują się dzieckiem i biorą za nie odpowiedzialność, tak to działa. Małe dziecko ma swoje potrzeby, a obowiązkiem rodziców jest ich zaspakajanie, społeczeństwo ma dbać żeby rodzic wypełniał te obowiązki i dziecku nie stała się krzywda. Tyle tego wspólnotowego wsparcia.
Teraz mła napisze cóś kontrowersyjnego - odnoszę wrażenie że coraz więcej dzieci ma dzieci. Dlaczego? Bo to takie infantylne oczekiwać że świat się dla Ciebie zmieni, prawa biologii przestaną istnieć a życie będzie lekkie, łatwe i przyjemne. No i jeszcze wszyscy wokół życzliwi i bez trosk. Od dawien dawna macierzyństwo i ojcostwo zmieniało sytuację ludzi w społeczeństwie, nie zawsze na korzyść. Taka zmiana to norma, związana jest z przejęciem nowych obowiązków i nowych wyzwań. Tak, bywa to męczące, ale co na tym świecie nie jest męczące? Zamiast pieprzyć głupoty wynikające z frustracji normalnym życiem, może pocieszyć się choć trochę dzieciństwem własnych dzieci. Ono przecież tak szybko przeminie, dzisiaj maluszek a jutro już szanowna pani i szanowny pan. Przecież te błogie uśmiechy z bardzo durnych powodów, usiłowania prawidłowego umieszczenia się na nocniku, odkrywanie smaków, tego że się istnieje, to całe tworzenie się dojrzałego człowieka jest za każdym razem niepowtarzalne. Proces obserwowany z bliska, intymny, bo dotyczący osoby najbliżej z nami związanej. Nie do skopiowania. No a mła tymczasem odnosi wrażenie że niektórzy rodzice wcale nie są zadowoleni z faktu że są rodzicami, tylko się cholera cofnąć tego nie da. Więc szukają kogo by tu obarczyć tym własnym niezadowoleniem z powodu tego że gnojek jeden śmie mieć własne potrzeby, społeczeństwo żąda zajęcia się jego wychowaniem a rodzic się realizować nie może ( złej baletnicy itd. ! ). Biedne te dzieci w roli ciężkich garbów.
Dziś za ozdóbstwo robią krasnoludkowe obrazki Heinricha Schlitta a w Muzyczniku stosowna muzyczka. Na komentarze odpowiem później, internet świeżo odzyskany po burzach.






