środa, 7 października 2026

Politycznik - rzecz o mieszkalnictwie

Im mła dalej brnie w kalendarz, tym bardziej nie może uwierzyć jakie głupoty ludziom są w stanie wcisnąć polityczne. Nie tylko u nas, w kraju, który mógłby się nazywać Deweloperolandią. Te głupoty wciskają  zarówno prawi, jak i ci z lewa, więc mła ma pewność że podział polityczny przebiega tu klasycznie - rządzeni i rządzący. W tle oczywiście kasa i o nic innego tu nie chodzi.
 

Zacznijmy od viva Espania, gdzie od paru lat zarzundza lewica, mająca na koncie wzrost PKB kraju i permanentny kryzys społeczny na tle mieszkaniowym. 10 tysięcy mieszkań na wynajem w 1,7 milionowej Barcelonie nie daje spokoju władzom miasta, ludzie z Majorki się pultają, a jednocześnie w Galicji hiszpańskie władze chcą powtórzyć program chałupa za euro, bo im Galicja wymiera. Nadal prawo dla okupados czyli squatersów na dopalaczu, zajmujących cudze, wcale nie opuszczone mieszkania, to satyra dla klasy średniej, bo okupados starannie ładują się do lokali tzw. osób fizycznych a nie tych należących do funduszy inwestycyjnych, które to fundusze stać na ochronę. Władze znalazły sobie chłopca do bicia w turystach, natomiast trzeba było protestów na ulicach, by ktoś zareagował na wywalenie z mieszkania przez fundusz inwestycyjny dziewięćdziesięcioletniej kobity. W co grają lewicowe władze Hiszpanii? W głupa, niewątpliwie. Świat się na tyle zmienił że ludzie nie chcą już mieszkać w hotelach w starym stylu, nawet jak ich na to stać. To zmiana kulturowa. nawet tzw. resorty idą w apartamenty. Taka jest przyszłość hotelarstwa, pokoje hotelowe są mniej więcej tak nęcące jak łóżko w hostelu i im dalej w las, tym bardziej to oczywiste. Czy Barcelona ma naprawdę problem z turystami? To miasto jest dwa razy takie jak Kraków i ma taką samą liczbę odwiedzających je turystów.

Taa... proponuję zorganizować zamieszki w Krakowie pod tytułem, - "Turyści won do domu, bo windujecie ceny mieszkań". W Zakopanem lepiej tego nie robić, bo górale mogą zarżnąć protestujących. Czy pozbycie się turystów z Barcelony to dobra opcja dla miasta? Niech próbują, tylko niech potem nie skwierczą jak po czasach srovidowych o wspomożenie. Sektor turystyki w Hiszpanii to 12% do 15% rocznie. Ponad 11% osób to ludzie bezpośrednio czerpiący dochód z turystyki, dochód indukowany to przynajmniej 1/3 tych 11, 6% zatrudnionych bezpośrednio, Na moje oko to 1/5 Hiszpanii zasuwa dla branży turystycznej, ciekawe jak ci ludzie zarobią na czynsz, nawet obniżony, kiedy turystów już nie będzie. Hiszpania to lider turystyczny Europy i trzecia na świecie "potęga turystyczna". Zły model gospodarczy? Przecież od zawsze trąbią o bezrobociu wśród ludzi młodych. Hym... a jak ma się do tych zawirowań z turystycznym ruchem opodatkowanie funduszy inwestycyjnych nabywających mieszkania w Hiszpanii? Wystarczy porównać struktury opodatkowania nieruchomości w Hiszpanii i wychodzi jak szydło z worka, dlaczego w Hiszpanii funduszom opłaca się inwestować. To nie jest kwestia turystów, bo to nie oni są głównymi najemcami hiszpańskich mieszkań, to jest kwestia ustawienia mieszkalnictwa w taki a nie inny sposób, której ten niby lewicowy rząd, nijak nie zmienił.

Jeżeli myślicie że lewica bije granice obłudy, to spoko, prawica w niczym nie odstaje. Tylko obłuda jest w innym miejscu, bo wicie, rozumicie, z racji ideolo to prawica  wspiera fundusze inwestycyjne. Zamiast budować tanie mieszkania komunalne, państwo woli dopłacać obywatelom do kredytów, albo oferuje ulgi podatkowe. Zasilanie rynku taką tanią gotówką bezpośrednio winduje ceny, ułatwiając funduszom hurtowe zakupy. Cieszycie się? Oczywiście funduszy najlepiej nie kontrolować, bo wolność gospodarcza to ma być bez granic, w myśl świętej reaganomiki, choć akurat Reagan całkowicie wolnej ręki kapitałowi nie dawał. Publiczne najlepiej sprzedać prywatnemu, co nie zawsze ma sens, umiar wskazany jak we wszystkim. Potem trzeba społeczeństwu czymś zamykać gęby, bo mieszkania stają się dobrem spekulacyjnym, bardziej opłaca się je mieć niż je wynajmować i czynsze rosną w górę niebotycznie. No więc kolejne programy deweloper plus i kolejne obniżki kredytów, na które składają się obywatele, tylko po to by fundusze kupowały taniej. No i znowu czynsze w górę, a jakże. Skutki takiej polityki było widać po rządach torysów w UK. Ojla, ojla.  U nas moi mili też były takie programy za PiSdniętych, no i pomogły jakoś rozładować głód mieszkań? Ani wykup istniejących lokali, ani budowanie przez fundusze nowych niczego nie rozwiązało, bo nie mogło. Z przyczyn oczywistych. To jest ucieczka przed inflacją a nie budowanie mieszkań na wynajem. Jasne jak słońce. Dlatego tworzenie prawa po to, by ktoś sobie robił zabezpieczanie kasy przed inflacją, a społeczeństwu się wmawiało że dopłaty do kredytów z jego pieniędzy i pozbywanie się przez rząd należnych państwu, czyli temu społeczeństwu podatków, jest cacy,  uważam za czystą obłudę i nieprzyzwoitość z tych powalających.

Co za tym wszystkim stoi? Ciężka kasa. Wicie rozumicie przyszło nam żyć na Zachodzie w takich czasach, w których wraz z niewyobrażalną dla nas szaraczków poprawą jakości życia elit idzie jakoś w parze utrata jego sensu, co przekłada się na żyłowaniu wszystkich wokół i niezdrowej społecznie nadmiernej i nierówno rozłożonej  akumulacji kapitału. Ta paskudna forma  akumulacja dusi wolny rynek, który od zawsze był jednym z głównych motorów rozwoju ludzkości. Co gorsza, dąży do samoutrwalenia, jak źle wytrenowany program AI. Nieliczni wariują od nadmiaru kasy, klasa średnia zanika, za to rośnie stado ludzi pracujących za marne rupie. Dochodzimy powoli do punktu, w którym ciągnąć dalej tego systemu nie sposób, bo zaraz będziemy mieli do czynienia z niewolniczą pracą. Jak dla mła obecny neoliberalizm nijak się ma do tego z lat 80 - 90 XX wieku, po prostu to inny świat i inne wyzwania. Jak to nie działa możecie zauważyć na przykładach rynku mieszkaniowego w krajach, w których rzundzi lewica i prawica, ale głównym rozgrywającym są fundusze inwestycyjne. Wolny rynek jest w tych krajach coraz mniej wolny, bowiem państwa zrezygnowały z roli sędziego dbającego o uczciwe reguły gry. Skutek jest taki że czy rzundzi prawica, czy lewica, to mieszkania są po prostu za drogie. Co gorsza, zabudowywanie wszystkiego wokół, a szczególnie budowanie przedmieść, to czysta głupota, bo rozciągnięcie infrastruktury to nieustające wydatki w przyszłości.  Czym to się kończy widać,w amerykańskich miastach, w stanach  w których szaleństwo związane z brakiem pozwoleń na działalność gospodarczą na przedmiejskich osiedlach mieszkaniowych, kończy się smutno, bo ciężko z podatków samych mieszkańców utrzymać dobry stan infrastruktury. 

Dziś za ozdóbstwo robią dziś owadzie ilustracje a w Muzyczniku kolejna muzyczka z filmu "The Rivals of Amziah King". Ostatnio mła bardzo lubi słuchać blue grass.

poniedziałek, 5 października 2026

Lalkizm

Mła obejrzała dwie "Lalki" i doszła do wniosku że wstydu nie ma. Obie adaptacje powieści Bolesława Prusa są jak dla mła w porządku, nie że jakieś niesłychanie wybitne i odjazdowe, ale po prostu każda z nich jest kawałkiem porządnego, dobrze nakręconego filmu. Zacznę od serialu na którym tradycjonaliści wieszają psy.  Mła nie wiesza, bo literatura, której się w jakiś sposób nie próbuje reinterpretować, po jakimś czasie jest martwa. Dotyczy to nawet literatury wystawianej, czyli dramatów a co dopiero mówić o powieściach.  Dla mła zabawa w "Lalkę" i  dywagacje co by było gdyby, okazały się w miarę świeże i zabawne. Tym bardziej że zakpiono z typowego dla seriali Netflixa "postępowego przesłania". Łęcka jako kobita dążąca do realizacji  postulatów sufrażystek, jednocześnie pozbawiona zdolności przekonywania do swoich racji,  jest taka żałośnie zabawna, z kolei Wokulski, skrzyżowanie stalkera z Januszem biznesu aspirującym do salonów zdurniałych arystokratów, to chodząca komiczna groza. No i drugi plan też niezły, Łęcki jak hrabia Fredro, nie mieści się w mieszczańskich, grzecznych normach. Jak to pisał swego czasu inny wielki powieściopisarz  XIX wieczny, Honoré de Balzac, świat elit nie rożni się niczym od półświatka. Te same reguły w nim obowiązują i te same mechanizmy można zobaczyć, Łęcki w interpretacji Karolaka to ilustracja tej balzakowskiej tezy. Do tego klucza do postrzegania serialowego świata, można też dołożyć barona Krzeszowskiego, świetnie zagranego przez Adamczyka i Kazia Starskiego. Mła się naprawdę bawiła obserwując zbydlęcenie elit i starania Wokulskiego, aspirującego do tychże elit, z nadzieją zdobycia społecznego szacunku. To dobrze zagrana satyra, Sandra Drzymalska grająca Łęcką, jak i Tomasz Schuchardt, grający Wokulskiego ostro pojechali i mocno  kreślili  swoje postacie, tak jakby zdjęli z nich XIX wieczny filtr powieści drukowanej w odcinkach w gazecie.

Film kinowy jak dla mła przynajmniej poprawny a miejscami nawet bardzo dobry. Szkoda że miejscami, ale mła tak sobie myśli że w tej kinowej wersji to bardzo chcieli wszystko zmieścić i to temu filmu zaszkodziło. Nie że jest tragicznie, tylko po prostu mogło być lepiej. Najlepsze to wg. mła są  wątki rozbudowane, choćby pokazanie jak wyglądało robienie pieniędzy przez Wokulskiego na wojnie tureckiej, czy kapitalnie napisana i odegrana przez Agatę Kuleszę, postać pani Meliton.  W ogóle to i w tej wersji "Lalki" drugi plan wymiata - Kondrat  jako Rzecki, Seweryn jako Łęcki, Peszek w krótkiej aktorskiej perełce, Janda jako cioteczka, Ostaszewska jako ta harpia, baronowa Krzeszowska i przede wszystkim Maja Komorowska jako prezesowa Zasławska i Maria Dąbrowska jako Kazia Wąsowska. Rola Wąsowskiej trafia się zawsze dobrym aktorkom, tak się jakoś składa. Tak po prawdzie to przez ten drugi plan  kinowa "Lalka" to taka superprodukcja. Wątek miłości Wokulskiego  do wymyślonej Łęckiej był taki trochę zdziwnie niezrozumiały, choć Dorociński zrobił ze scenariusza co się dało. Tomasz Raczek twierdzi że Urzędowska nie udźwignęła Izabelli a mła się po prostu zdaje że jak między aktorami nie ma chemii, dobrej, czy złej, ale zawsze jakiejś, to nic się na to nie poradzi. Urzędowska całkiem dobrze zbudowała tę swoją Izabelę, książkowa, czyli tylko swoiście bezwolna, choć jednocześnie nie taka znów bierna. Widać na czym polegał problem tego niedoszłego stadła, Wokulski obudował mitem żywego człowieka i okazał się bardziej oderwany od rzeczywistości w sferze emocjonalnej niż Łęcka, co źle się dla wszystkich skończyło. Przykro, ale jakoś nie mogłam współczuć wdowcowi po Minclowej. Teraz tadam, tadam  - w obu "Lalkach" scenografowie i kostiumolodzy zrobili kawał dobrej roboty, nieźle też podziałali operatorzy. Za to muzyka jakoś zupełnie z mła nie została. No i to by było na tyle.

piątek, 2 października 2026

Weekendownik - pierwszy październikowy

Tatuś nam się objawi prawie że niespodziewanie w Mieście Odzi, dziś przyjeżdża, w niedzierlę wyjeżdża - znaczy wizyta nas tu uspokajająca. Jeżeli myśli że ten numer przejdzie, to jest w "mylnym błędzie".  Dżizaas ma dziś wytrzasnąć bilety na "Lalkę" i ugotować proszony obiad, bo przyjeżdża do nas też kuzynka Eliza, którą pamiętam jako dwu i pół letnią  cwaniurę, która chciała spać, kiedy miała jeść i chciała jeść, kiedy miała spać. Na obiad mają być zarówno mięsne, jak i wegetariańskie specjały i omawianie historii zwichrowań psychicznych w naszej rodzinie Ł. , co jest ulubionym deserkiem jej członków. Dla mła to spotkanie epokowe, bo kuzynkę Elizę widziałam ostatnio na początku lat osiemdziesiątych. Hym... raczej trudno mła będzie powiedzieć - No nic się nie zmieniłaś Elizo. Tatuś zadowolniony z rodzinnego spędu, pewnie myśli że uniknie tzw. trudnych pytań. Oj, naiwny, Eliza ma zawód medyczny, dobre wsparcie dla nas przesłuchujących Tatusia. Tatuś niestety wykombinował cwanie rozprowadzanie nowej instalacji hydraulicznej u się w domu i jeszcze cwaniej zdążył umówić ekipę, zatem nie ma szans by na razie z nami został. Jednakże nie ma szans że mu odpuścimy. Ma przyjechać z kotem a jak będzie marudził to jego trzy kury emerytki też zostaną przywiezione. Co do spraw kamieniczno - zwierzęco - domowych to Maciek i jego kotka nadal w stanie wojny, obecnie na tapecie kwestia kochania tylko za żarcie, suczka Oli i Michała ostatnio bardzo chce całować mła, myślę że chodzi o udostępnienie Mrutka ( to american bully chowana z kotami, zdawa się że chciałaby mieć  naszego Mrucia w domowej kolekcji! ), Malwinka Krzysia postanowiła że drapakiem będzie jednak fotel a nie najnowszy, wypasiony drapak ze sklepu zoologicznego. Mła paczy i na tym tle zachowanie  jej własnych niegrzecznych  kotów wydawa się bardziej strawne.

Ze spraw ludzkich to Gienia nam choruje, niestety poważnie. Mła się nie chce nad tym rozwodzić, trza po prostu brać na klatę i ciągnąć do przodu. Tego będziemy się trzymać, może uda się Gienię wyciągnąć do teatru za pomocą Irenki. Ma być normalnie, qurna! Ze spraw miłych to Gosia oznajmiła nam że nie będzie w tym roku żadnych prezentów świątecznych, zamiast tego będzie ściepkowa wyprawa do Amsterdamu i innej Holandii wiosną przyszłego roku. W programie ma być morze tulipanów, dwa dobre muzea w Amsterdamie oraz sam Amsterdam, jakieś brocante po drodze, oraz śledzie i wafle. Mła ma zrobić program obejmujący to wszystko, jak na razie to jest w planie Rijksmuseum i Van Gogh Museum. Najlepiej to jakby plan był zrobiony w ciągu dwóch dni, bo do Keukenhof, który jest numerem jeden na liście Piotrusia, trzeba ponoć  szybko zamawiać bilety. Muszę jakieś nowe zarobkowanie wykombinować, żeby zarobić kasę na te wszystkie atrakcje. U nas i tak jeszcze nie jest straszliwie kiepsko z kasą, w kraju idiotyzmów za Atlantykiem wymyślili dynamiczne ceny w marketach. Wicie rozumicie, bierzecie pantofle za parę dolców z przeceny a one przy nabijaniu na kasę kosztują już kole dwudziestu dolarów plus stanowe i federalne podatki,bo cena zmieniła się w drodze od półki do kasy. Korpo kroją ludzi, bo amerykański rząd federalny i rządy stanowe na to pozwalają. Korpo mają w kieszeni ludzi władzy. Wyobraźcie sobie takie zakupy.  Europa tego doświadcza jak na razie w transporcie.

Fotki to wczorki i zdziśki a w Muzyczniku muzyka Andrzeja Kurylewicza z serialowej "Lalki" z 1977 roku. Dżizass dzwoniła, idziemy dziś do kina.

środa, 30 września 2026

Problem z ludźmi

Srutututu, dupa z drutu, a ja nadal biologiczna. Yankees głupieją nam w przyspieszonym tempie, na szczęście nie wszystkie.  Pomarańczowy okazał się większą klęską niż   najzagorzalsi jego przeciwnicy przewidywali. Powoli opada na dno do góry brzuchem, zupełnie jak zdechła ryba.  W USA będą mieli nauczkę że prezydentem nie powinien być skazany za 36 przestępstw, w tym za molestowanie i że powinny istnieć ograniczenia wiekowe dla pełnienia urzędu. Żeby dopełnić dzieła zniszczenia trzech tenorów AI, żrących się między sobą tak że sądy nie nadążają, nagle postanowiło się zjednoczyć i przestrzec ludzkość przed terminatorem.  OK, tacy nagle dobrzy. Taa... chłopcy wymyślili sobie jako remedium na terminatora, spowolnienie prac konkurencji i tadam, tadam - utworzenie legalnego kartelu, gwarantującego że badania nad AI, zostaną w ich rękach. Hym... jeśli chodzi o mła to jest w stanie zaakceptować rozwój AI, byleby tylko technologię wyjąć z tych brudnych łap ludzi, którym się marzą kartele, rzundzenie światem i góry kasy. Ludzie to żadna yntelegencja, to programy działające tak, jak im wklepano. Uczą się osiągać cele za wszelką cenę, bo tak je zaprogramowano i tak je trenowano. Udało się i są cwane.  Mamy problem nie z samouczącą się AI, tylko z ludźmi, którzy ją trenują. Żadne rekurencyjne samodoskonalenie - TO JEST PROBLEM Z LUDŹMI.  Co za tym stoi? Tania konkurencja, czyli to samo co zawsze. W Muzyczniku Kitka. 

niedziela, 27 września 2026

Ostatnia niedzierla września

To był kolejny niełatwy tydzień dla mła. Nie pisałam o tym, bo nie chciałam zapeszać - Tatuś nam wylądował w szpitalu z problemami  z oddychaniem. Oczywiście pierwsze o czym pomyślałam to Tatusiowe serce, jednakże sprawa okazała się nie tak oczywista. Owszem Tatuś dostał diuretyki itd., ale też zapodano mu antybiotyk. Jak się okazało nasz Tatuś sprytnie kamuflował przeziębienie, robił co uważał w kwestii pobieranych leków, a do lekarza postanowił udać się dopiero wtedy, kiedy już naprawdę czuł się fatalnie. No i wylądował na SORze w szpitalu, gdzie go potrzymali pod tlenem, wlewając w krwioobieg co trzeba. Niestety szpital Tatusia zdawa się niczego nie nauczył, bo po wyjściu zaczął od szaleństw remontowych, jazd na cmentarz, zakupów wielkogabarytowych i pasienia kota ( Rattusek ponoć schudł z tęsknoty! ). Znaczy Tatuś znów robi co uważa, co mła martwi. Zamierzamy przejąć z Dżizaasem kontrolę, coby wyeliminować najgorsze ekscesy. Oczywiście Tatuś po naprawieniu w szpitalu zrobił się krnąbrny.

Po tych wszystkich przeżyciach mła jest emocjonalnie wyprana. Napiszę więcej, mła jest wyprana, odwirowana, wyżęta i obecnie się suszy. Postanowiłam poleźć do ogrodu i coś porobić, skończyło się na tym że siedziałam i gapiłam się na zielone. W ogrodzie już widać jesień. Kwitną marcinki i zaczynają jesienne cyklameny i zimowity. Mła sobie obiecuje że się solidnie weźmie za ogród, pytanie tylko kiedy, bo karuzel życiowy jej się kręci. Ech... jakoś nie czuję że niedawno był urlaub. W ogrodzie śledziła mła Helenka, Mrutek razem ze Sztaflikiem śledzili popisy Tofika, kota Oli, który opanował w tym roku wyłażenie  i włażenie przez lufcik. Najpierw było oczekiwanie pod oknem co Tofik zrobi a potem drażnienie suczki, która przyszła do somsiadów z wizytą. To już w trójkę, bo Tofik się przyłączył. Mła słyszała to ujadanie, więc zabawa się udała. Właściwie powinnam zgarnąć kotostwo do ogrodu, ale po prostu nie miałam siły. Nie tylko moje koty są niegrzeczne. Czarna u Maćka tyż mu dała popalić, hym... ma budowany osobny pokój. Po porannym pogryzieniu Maciek zdecydował że nie będą spali razem ( taa... wyszło szydło z worka, teraz się okazało że to zarzekanie że nie sypia się z kotem to bujda! ) i czas na osobne osiatkowane pomieszczenia dla królewny ( "Będzie na swoim i ma nie wchodzić do mojego!" ). W naszej kamieniczce tylko Malwinka od Krzysia jeszcze jako tako w  grzeczna. Tfu, tfu, żeby nie zapeszyć.

W ostatni weekend września w Mieście Odzi tradycyjnie trwa Light Move Festiwal. Mła zabrawszy na imprę Ilonę, meine Freudin aus Hannover. W Hanowerze mają podobną imprezę, która odbywa się zazwyczaj  w połowie października. Jesienne festiwale światła odbywają się w całej Europie, w tym roku najbliższe nam odbędą się w Berlinie i Pradze. Berliński festiwal będzie bardzo długi, ma trwać od 9 do 18 października, ten w Pradze trwa tyle ile ten łódzki, trzy dni. tylko że od 15 do 18 października. Świecić się będzie też w Turynie, Amsterdamie, Eindhoven i Oslo. Oczywiście te festiwale są bardzo różne, sztuka światła niejedno ma imię.  Nie wszystkie też są darmowe, na niektóre trasy miasta i organizatorzy sprzedają bilety. Nie są to straszliwie drogie  bilety, ale darmoszki absolutnej nie ma.Najdrożej oczywiście jest w Oslo, no ale Norwegia jest w ogóle dość drogim krajem.

Jak dla mła to było wystarczająco świetliście coolorowo w Mieście Odzi.  Jak zawsze tłumek, choć tegoroczne iluminacje jakoś specjalnie nie powalały. Za to były inne atrakcje - sowa zbierająca na ptoszki, food trucki z żarłem w niebotycznych cenach i nowe świecące zabawki. Pewnym novum było podświetlenie wnętrz. Polazłyśmy do kościoła Mariackiego na Bałutach, którego oświetlone wnętrze  były bardzo me gusta.  Przy okazji Cio Mary, która do nas dołączyła,  uświadomiła mła że leżąca w krypcie tego kościoła Stanisława Leszczyńska, położna z Auschwitz,  to nasza rodzina od strony Babci Wiktorii. Dżizuu, w ogóle nie jarzyłam że ona to właśnie ona, dzieci kiedyś chroniono przed wiedzą o tym, jakie przeżycia były udziałem dorosłych. Do tej pory kościół Mariacki kojarzył mła się tylko ze ślubem pradziadków a tu siurprajz - ta Stasia Leszczyńska tam leży. A mla zawsze myślała że to całkiem inna Leszczyńska. Chyba powinnam solidnie przesłuchać Cio Mary, jest teraz najstarszą osobę z tej matczynej części familii.  No dobra, to by było na tyle. Fotki wczorki i zdziśki a w Muzyczniku Electric Light Orchestra, he, he, he.


czwartek, 24 września 2026

MAK Wien - te wsystkie empiry i biedermeiery

Mła teraz pokaże troszki rzeczy w stylu empire i biedermeier. Szczególnie temu ostatniemu  mła poświęciła sporo uwagi. Biedermeier to styl wyposażenia wnętrz, który świat zawdzięcza monarchii Habsburgów. Mła dlatego postanowiła tak bardziej przyjrzeć się zbiorom biedermeierowskim, które są zdecydowanie bardziej kojarzone z naddunajskim państwem, niż powiedzmy to meble, porcelana, czy szkło powstałe w epoce Empire. Biedermeier, jako nurt w kulturze i sztuce użytkowej, rozwijał się w Europie Środkowej w latach 1815 - 1848. Powstał z myślą o wygodzie i potrzebach klasy średniej, był taki bardzo bourgeois, stanowiąc skromniejszą, bardziej przytulną alternatywę dla pompatycznego stylu empire, który nijak pasił do mieszczańskich wnętrz. Wnętrza wykonane w tym stylu miały być uporządkowane, przyjazne i służyć celebrowaniu życia rodzinnego w zaciszu domowym. Gemütlich moi Drodzy, gemütlich. Jak informuje Wikipedia.pl - styl "Był odpowiednikiem stylu regencji i wczesnowiktoriańskiego w Anglii, stylu federalnego w Stanach Zjednoczonych oraz stylu Restauracji i Ludwika Filipa we Francji." Naszym gustom biedermeier dość bliski, ponieważ rozwijał się też na ziemiach polskich, w zaborze austriackim i pruskim. Znaczy niejako braliśmy udział w rozwijaniu tego stylu. Tak po prawdzie to nikt dokładnie nie określił co jest tym biedermeierem, a co nie jest, ramy czasowe też się nieco rozłażą, jednakże nie sprawia straszliwych trudności rozpoznanie cech stylu.  

Jak cóś mocno napakowane złoconym mosiądzem, to raczej inszy styl niż biedermeier. Motywy metalowe klasyczne w takich meblach ćwierkają nam że to styl Ludwika XVI lub empire, motywy muszli i kfiotków, pełne krzywizn, to styl rokoko. Biedermeier zaś to ograniczenie metalowych okuć mebli, bardziej ceniono wówczas urodę drewnianych oklein. Owszem, bardzo lubiano intarsję, ale nie taką, która dawała po oczach. Ceniono elegancję wzorów i pewną dyskrecję ich użycia. Formy biedermeierowskich mebli oparto na uproszczonym i oczyszczonym z nadmiaru wszelkich ozdóbstw mebli w stylu empire. Stąd ich pewna masywność. Meble cechowała funkcjonalność i wygoda, Bardzo lubiano ciepłe, rozjaśnione, pogodne barwy i zarówno w doborze gatunków oklein drewnianych ( głównie brzozowa czeczota, jesion, wiąz, topola, czereśnia i grusza, a z ciemniejszych odcieni to mahoń i orzech ), jak i ozdób, oraz obić. Czasem zdobiono meble snycerką, ale i w tym wypadku jej formy były bardzo oszczędne. Mła lubi meble z tego okresu, za prostotę i piękne kształty. Wicie rozumicie, niby masywne ale linie płynne, sama forma urzeka, nie trzeba złoceń, drewno broni się samo. Tapicerka też bez szaleństw, żadnych pikowanych chesterfieldów, materiał obiciowy prezentuje się godnie. Można podziwiać wzory. Jednocześnie te piękne meble są wygodne, jakby wymarzone do rozsiadania się i zalegania. No i jeszcze jedno typowe dla tego czasu, co rozpełzło się z Wiednia po całym świecie - gięte meble Thoneta. Tak po prawdzie powinno się rozpełznąć z niemieckiego Boppard, ale w Prusach nie doceniono, natomiast w Wiedniu nie tylko doceniono, ale wręcz rozpieszczono.

Porcelana wiedeńska w okresie biedermeieru przeżywała szczególny rozkwit. Cesarska Manufaktura Porcelany w Wiedniu w tzw. okres Niedermayera, łączyła typową dla ducha epoki funkcjonalność z niebywałym kunsztem malarskim, tworząc obiekty o unikalnym charakterze użytkowym a także kolekcjonerskim. Charakterystycznym motywem była tzw. Wiener Rose - subtelny motyw pojedynczej, rozkwitłej różowej róży ( często z pąkiem ), malowany bardzo miękko i naturalistycznie, zdobił serwisy. Modne też były weduty, czyli widoki miejskie, lub pejzaże, oraz przedstawienia scenek rodzajowych. Kochano też złocenia wszelkiego rodzaju, matowe i błyszczące. Dodajcie do tego jeszcze reliefy i już wiecie że było na bogato. Mła ujmie to tak - jak dla niej to czasem nawet zbyt bogato. Porcelana wiedeńska, zarówno ta empirowa, jak i ta z czasów kiedy królował biedermeier, to nie zawsze jest to, co pewien wyliniały, gruby tygrys lubi najbardziej. Typowe dla biedermeieru były serwisy, szczególnie się wyżywano na tych herbaciano - kawowych. Pojawiły się też tzw. Kabinetteller, za którymi mła nie przepada - talerze z których się nie je, nie są w guście mła.

Jakoś bardziej do mła przemówiły szkiełka, mła zawsze miała słabość do szkieł. Austria a zwłaszcza Wiedeń, była w czasie gdy królował styl biedermeier jednym z najważniejszych ośrodków wytwórczości szklarskiej w Europie. W tym okresie rozwinięto produkcję szkła o głębokich, nasyconych barwach i efektach wizualnych imitujących kamienie półszlachetne. Mła widziała to już w weneckim muzeum szkiełek w Murano. Wielką popularnością cieszyło się szkło hialitowe,  czarne lub czerwone, litialinowe, czyli marmurkowe, opalinowe oraz agatynowe. Opalinowe leciutko iryzowało, agatynowe przypominało ułozenie warstw w agatach. Mla jednak najbardziej przypadło do gustu szkło emaliowane. Mistrzowie tacy jak Anton Kothgasser czy Samuel Mohn wsławili się miniaturowymi, niezwykle precyzyjnymi malowidłami emaliowanymi na szkle ( wicie rozumicie, widoczki miast, motywy architektoniczne, kwiatowe oraz sentencje ). Mła urzekły szklanki z rybkami i mopsem. Szczególnie ta ostatnia zrobiła wrażenie, pewnikiem przez motyw. Obok tradycyjnych karafek, szklanic, kielichów i bombonier tworzono miniaturowe flakony na wodę kolońską o fantazyjnych kształtach: ryb, rogów czy instrumentów

Złotnictwo i "srebrnictwo" tej epoki tyż ciekawe. W modzie oprócz tzw. garniturów biżuteryjnych, czyli parure, były skromne pierścionki. Perełki i turkusy, to chyba ulubiony zestaw. Biżuteria zrobiła się w pierwszej polowie XIX wieku cóś mnie elitarna.  Wytwarzano srebrne naczynia i sztućce, które  miały służyć przede wszystkim wygodzie domowników podczas kameralnych spotkań rodzinnych. Zrezygnowano z nadmiernej pompatycznej ozdobności naczyń empirowych,  na rzecz łagodnych, często obłych  linii. Cukiernice, dzbanki, mleczniki, tace  miały często gładkie powierzchnie, podkreślające piękno i połysk samego metalu. Albo były rokokowo pofałdowane i nieco przysadziste. Ozdoby ograniczano do minimum, co najwyżej jakieś delikatne grawerunki, tłoczenia o motywach roślinnych ( lubiano liście akantu, albo girlandy ). Zdarzały się subtelne akcenty architektoniczne lub użycie emalii. To był świetny czas dla kawiarek, imbryków i  cukiernic. Ech... pojawiły się też  koszyczki na owoce i bombonierki. Wytwarzano zarówno pojedyncze sztuki jak i zestawy obiadowe i deserowe, które nierzadko ozdobiono  grawerunkiem inicjałów właściciela lub herbem. To też czas, kiedy pojawiają się papierośnice.

Teraz troszki o nazwie epoki. Powstała od połączonych nazwisk Biedermann i Bummelmeier, bohaterów z tomu wierszy Biedermaiers Liederlust (1869), których autorami byli Adolf Kussmaul, S.F. Sauter i Ludwig Eichrodt.  Hym... to nie były miłe wierszyki, szczerze pisząc to autorzy kpili z Biedermanna i Bummelmeiera, ich ograniczeń i ciasnoty umysłowej. Niektórzy nazwę stylu wywodzą z kolei od satyrycznej postaci  Gottlieba Biedermaiera, rzekomego autora wierszy Kussmaula i Eichrodta publikowanych wcześniej w Monachium.  No dobra, to by było na tyle. Fotki muzealne a w Muzyczniku "Wiener Blut". Co prawda walc jest późniejszy niż biedermeier, powstał w 1873 roku, ale jest za to tak wiedeński że bardziej nie można.