niedziela, 20 września 2026

Van Cleef & Arpels - wystawa biżuterii w MAK Museum Wien

Wiedeński, wrześniowy  upał tak nam dał się we znaki że polazłyśmy do muzeów, które niekoniecznie są masowo odwiedzane przez turystów z Polski. Jednym z nich jest Museum für angewandte Kunst – MAK. To muzeum sztuki użytkowej i to takiej przez duże S i U. Mła wyjaśni Wam zaraz dlaczego. W 1867 roku w Wiedniu założono uczelnię artystyczną, która funkcjonowała jako Cesarsko - Królewska Szkoła Rzemiosła Artystycznego ( k.k. Kunstgewerbeschule ). Szkoła ta bardzo blisko współpracowała z Cesarsko - Królewskim Austriackim Muzeum Sztuki i Przemysłu ( k. k. Österreichisches Museum für Kunst und Industrie ) czyli obecnym MAK, które  założono w 1863 roku na wzór South Kensington Museum w Londynie. Muzeum  miało za zadanie nie tylko zbierać dawne wytwory rzemiosła artystycznego  ale także dokumentować rozwój tzw. sztuki stosowanej.   Uczelnia była z tych postępowych,  od początku jej istnienia mogły do niej uczęszczać kobiety. Studiowali w niej najlepsi z najlepszych, absolwentami byli:  Gustav Klimt, Koloman Moser, Josef Hoffmann, Alfred Roller i Oskar Kokoschka.

W MAK Museum wystawą czasową była za naszej w nim bytności, ekspozycja biżuterii firmy Van Cleef & Arpels.Wicie rozumicie, totalny odjazd do krainy luksusu. Van Cleef & Arpels to firma założona w 1896 roku przez holenderskiego szlifierza diamentów Alfreda Van Cleefa i jego teścia Salomona Arpelsa. W 1906 roku, po śmierci Arpelsa, Alfred i dwaj jego szwagrowie, Charles i Julien Arpels, kupili lokal w Paryżu przy 22 Place Vendôme, naprzeciwko hotelu Ritz, gdzie Van Cleef & Arpels otworzyli swój pierwszy butik. Trzeci brat Arpelsa, Louis, dołączył do firmy w 1913 roku. Jak widzicie przedsiębiorstwo było rodzinne do bólu. W latach 20 XX wieku butiki firmy pojawiły się w modnych kąpieliskach Francji. To był w ogóle świetny czas dla Van Cleef & Arpels. Córka Alfreda, Renée ( w domu nazywana Rachel ) Puissant, przejęła kierownictwo artystyczne firmy w 1926 roku i jak to się mówi - zadziałała. Przez następne dwadzieścia lat Renée Puissant ściśle współpracowała z rysownikiem René Sim Lacaze, tworząc coś barzo oryginalnego.

W Już 1925 roku bransoletka Van Cleef & Arpels z czerwonymi i białymi różami wykonanymi z rubinów i diamentów zdobyła główną nagrodę na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Przemysłowej i Dekoracyjnej, rozpoczynając zloty wiek w dziejach firmy. W tym okresie współpracy Renée z René powstały słynne dzieła biżuterii, takie jak Minaudière, no i przede wszystkim wprowadzono technikę "serti invisible", która umożliwiała mocowanie kamieni szlachetnych bez widocznych zębów czy pazurów. Taką oprawę kamieni nazywano też oprawą magiczną, bądź oprawą tajemniczą. Pozwalała ona na uzyskiwanie plam koloru z mniejszych kamieni szlachetnych. René Sim Lacaze byl związany z firmą Van Cleef & Arpels do 1941 roku, po odejściu założył własną firmę jubilerską. W 1940 roku Van Cleef & Arpels rozszerzył działalność na półkulę zachodnią, otwierając swój flagowy sklep przy Piątej Alei 744 na Manhattanie. Kierunek ekspansji firmy nie powinien dziwić, rodzina musiała sobie zapewnić przystań i dochody w miejscu, w którym jej pochodzenie nie stanowiło zagrożenia.

W 1999 roku firmę przejął Richemont. W 2024 roku Nicolas Bos, od 2013 roku szef Van Cleef & Arpels, został mianowany dyrektorem generalnym Richemont. Jak widzicie marka ma się dobrze, jak zresztą i inne marki luksusowej biżuterii. Ludzie uwielbiają mieć dla siebie choć kawałeczek luksusu z firmy, która tworzyła bajeczne korony dla władczyń z Bliskiego Wschodu - w latach 30 słynną koronę królowej Egiptu, Nazli i w latach 60 koronę dla żony szacha Iranu, Farah. Drobiażdżek z firmowego butiku łączy ich nie tylko z możnymi tego świata, ale też z legendą. Z gwiazdami złotej ery Hollywood, z Wallis Simpson, z Evitą Perón, z ludźmi, których nie status majątkowy czynił ciekawymi. Dla mła ta wystawa to była prawdziwa uczta dla oczu, wiecie jaką straszliwą sroką jest mła. No a tu miała zapodane w piękny sposób błyszczące cudeńka.  Mła odfruwała przy minaudière, małych torebeczko - kosmetyczkach i przy serii tancereczek. Ach i och!

Dziś w Muzyczniku piosenka jak najbardziej stosowna - Marilyn śpiewa o tym jak to diamenty są najlepszymi przyjaciółmi dziewczyn.

piątek, 18 września 2026

Nie chcem, ale muszem

Najmilejsi moi, wiem że chcecie czytać  o sprawach przyjemnych i szukacie odstresunku na blogach, youtubach i innych społeczniakach. Tylko Najmilejsi moi my nie jesteśmy teraz w czasie kiedy możemy się odstresowywać bezkarnie. Nie, to nie histeria, znacie mła, wiecie że mła ma na bicie piany taką alergię że mało nie zeszła ze złości w czasach niemiłosiernie panującej nam parę lat temu histerii srovidowej.  Mamy problem z upadkiem imperium za naszą wschodnią granicą, na który nasi wspaniali politycy znajdują remedium w postaci wybudowania u nas bazy wojskowej innego upadającego imperium. Mła para idzie uszami i po prostu szlag mnie trafia, kiedy myślę o tym że trwa licytacja na szczycie o to,  czy szef CIA kocha bardziej premiera, czy prezydenta, za to nikt nie zamyka granicy z Białorusią i Rosją, oraz nie przygotowuje polskiej armii do radzenia sobie z wojną hybrydową. Polityków mamy durnych i przekupnych, oraz najwyraźniej żyjących wizją tego że jakby co to "przez Zaleszczyki". Tylko że mamy rok 2026 i to nie zadziała a dupę lepiej ruszyć przed jakimś tragicznym wydarzeniem, niż po nim. Mamy problem, bo nie radzimy sobie z wojną informacyjną i hybrydowymi działaniami zachodzącego słoneczka Wujka Wowy. Tym razem zachód słoneczka może oznaczać taką zapaść sąsiedniego państwa, że możliwy jest jego rozpad i to taki niekontrolowany. Jeżeli boją się tego zarówno politycy chińscy, jak i amerykańscy, to politycy europejscy, szczególnie z krajów ze zdychającym imperium sąsiadujących, też powinni się bać. No i kombinować co by tu i z kim gadać po Wujku Wowie jakby co i w ogóle mieć jakiś pomysł na to co dalej.

Tymczasem jest lajlajlaj. Handelek sobie kwitnie, chciwość zaślepia,  co kończy się źle nawet dla gigantów takich jak Nestle, czy Association Familiale Mulliez. Korporacje globalne, z tym że rodowód europejski, to szwajcarskie i francuskie interesy w piątym roku wojny Wujek Wowa w Rosji przejął. Ze strony mła zero współczucia, tylko smętne pytanie jak te światłe zarzundy Szwajcarii i Francji tolerowały istnienie sytuacji, w której  firmy z siedzibą na ich terytorium,  występowały przeciwko polityce interesów  państwa? Myślicie że w szczerzepatriotycznej Polsce jest inaczej?  No to śnijcie dalej, o słodka naiwności.  To nie jest czas na tolerowanie przez państwo wolności biznesa, tylko na dociskanie. Choć kryzys energetyczny u bram. Głęboko gdzieś mam też obecnie interesiki partyjne, teraz jest taki moment że ten, kto ogarnie twardo sytuację wygra wszystko i żadne wybory w przyszłym roku tego nie zmienią. Nasze polityczne jakby  tego nieświadome. Inna bajka to jest to że Rosjan atak hybrydowy powinien zdrowo kosztować, reżimy mają to do siebie że rozumieją tylko tzw. silne odpowiedzi. Mła nie zamierza nikogo namawiać na atak nuklearny na Rosję, mła namawia na pokazanie Rosji jak szybko można jej wyłączyć łączność i światło, zablokować możliwość przewozu towarów itd. Rosjanie nie są idiotami, widzą że ich kraj się stacza i świetnie wiedzą, kto za to odpowiada, czy też raczej chcą wierzyć że to nie oni odpowiadają i odpowiednio zmotywowani mogą dać do zrozumienia elitom że czas na zmianę. Nie wszystkie działania  musimy koordynować z ciężko ostrożnymi, mimo że mniej ryzykującymi. Mamy sporo sąsiadów o zbieżnych z naszymi interesach, pogapmy się co robią Finowie.

No i do jasnej cholery wyciszmy ten partyjny jazgot w mendiach! Kiedy włączają się alarmy ludzie naprawdę mają w dupie czy to premier, czy prezydent jest bardziej cacy! Czy my ludzie zwykłe mamy się czego obawiać?  I tak i nie. Możemy obawiać się działań terrorystycznych, zamachów, pożarów itd. Nalotów celowych i zmasowanych nie.  Jeżeli nasze zarzundzające nie przytną u tyłka rosyjskiej propagandy i nie wprowadzą, niestety, jakiejś formy zamordyzmu wykluczającego prorosyjskie nastawienie z przestrzeni publicznej, to będziemy też podatni na straszenie i pranie mózgu. Trzeba bardzo uważnie patrzeć w tej sprawie władzy na ręce, bo to jest olbrzymie pole do nadużyć. Nie chciałabym żebyśmy zapadli na rusofobię, bo politycy na tym dorwą się do koryta. Rosjanie to tacy ludzie jak my, tylko uwikłani w gorszą historię i mentalnie spętani przez wieki zniewolenia. Czują się dobrze pod butem, bo doświadczyli niewyobrażalnego dla nas upadku podczas fal anarchii przerywających dyktaturę. Czeka ich wiele pracy nad państwem, czy państwami, które stworzą na tym co zostanie po Wujku Wowie. Dla nas zamordyzm mendialny jest baaardzo niebezpieczny, im krócej trwa tym lepiej.  Nie dajmy się też naciągać różnym Januszom biznesu na tzw. produkcję wojenną. Już sporo tego produkujemy i trza nam wspierać kapitał państwowy.

Dlaczego mła o tym wszystkim pisze?  Bo "Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy".  Dobrze jest być świadomym na jakim zakręcie historii właśnie jesteśmy, chowanie głów w piasek nie zabezpiecza nam w żaden sposób tyłków Najmilejsi. Patrzcie uważnie co teraz robią nasi politycy  i czego nie robią i jakby co to podnoście larum publicznie wywrzaskując, żebyśmy się nie obudzili wszyscy z ręką w nocniku. Dla równowagi ducha mła umieszcza przy tym wpisie fotki retro baletowe i kojący, radosny walczyk.

poniedziałek, 14 września 2026

Wiedeń, Wiedeń i po Wiedniu

Wiedeń dla mła jak ta Praga chora na elephantiasis, duże miasto skrojone pod cesarsko - królewski rozmiar. Mła zmęczona nieco tą wielkością, czuję się trochę jak ta Sissi, którą Wiedeń okrutnie przerastał. Dzięki Najwyższemu Podróżniczemu za świetną wiedeńską komunikację, bez niej byłoby krucho z chodzeniem po mieście najsampierw w upale, no a potem w deszczu. Pogoda była całkiem niezwiedzalnicza, dzięki czemu oblookałyśmy sporo muzeumów. Gdzieś się trzeba było chronić przed upałem i deszczem. Szczęśliwie w Wiedniu muzeumów bez liku, można wybierać i przebierać w wystawach, mła się bardzo ukulturalniła. Była w tych wielkich cesarsko - królewskich muzeumach i tych nieco mniejszych, choć ciężko je nazwać kameralnymi. Mła wogle ciężko uwierzyć że w Wiedniu może istnieć cóś kameralnego, choć przeca Wiedeń to stolica muzyki kameralnej. Z tymi szerokimi arteriami, wielgachnymi gmaszyskami jakoś się mła w tej kameralnej odsłonie Wiedeń nie objawił. A mła była przeca w różnych jego miejscach, nie tylko tych namiętnie wydeptywanych przez turystów, ale i takich zwykłych, gdzie nie spotkasz dumnie paradującego w trzyczęściowym garniturze, w upale, "lepszego Austriaka". Spotkasz za to same kobity w abajach, pchające wózki czy to z zakupami, czy z dzieciakiem.  Te abaje zresztą strasznie martwią "szczerzeaustriackich", w Austrii jest głośno o wpisaniu do konstytucji zakazu "islamu politycznego", który to zakaz jest bardzo promowany przez obecnego kanclerza. Dziewczynki do 14 roku życia nie mogą teraz nosić w szkołach burek i hidżabów, w związku ze związkiem  muzułmanie psioczą, skrajnie prawicowi też psioczą że za mało radykalnie. Mła się nie dziwi jednym i drugim, każdy walczy o własną tożsamość, z tym że Austriacy są u siebie.

Ta cała z naszego punktu widzenia histeria z "politycznym islamem" wynika z tego że Austriacy nie są bardzo licznym narodem i dość mocno cenią sobie wartości konserwatywne, wicie rozumicie - szaconek dla instytucji itd., jakby lepiej ich zdaniem chroniące tożsamość.   Poza tym ledwie przestali być niedawno ciężko katoliccy  i jakoś nie uśmiecha im się układanie całego życia społecznego pod nową religię. Abaje nie wydały się mła cinżko politycznie zaangażowane, sunęły z tymi wózkami z zakupami albo dzieciakami zajęte raczej codziennością, zdawa się że wcale nie najłatwiejszą. Te kobiety są rzadziej zatrudniane niż Austriaczki, rzadziej też szukają pracy. Głównie uprawiają tzw. kurestwo domowe, co oznacza że nie mają własnej kasy. Kroczą tymi szerokimi ulicami wiecznie zaaferowane, w ciągłym poszukiwaniu czegoś niezbędnego do życia, które dla mła stanowi tajemnicę. Oczywiście poza Abajami są niezahidżabowane, całkiem europejskie kobity, które tylko ciemniejszy odcień cery odróżnia od innych Austriaczek. Jednakże to Abaje, przez swą mnogość, nadawały koloryt miastu na trasie do dzielnicy Simmering. We mła obudziło się takie podejrzenie że Abaj jest więcej w Wiedniu niż w niektórych krajach Bliskiego Wschodu, czy północnej Afryki. Może to prawo do noszenia abaj, jest tak chętnie wykorzystywane, bo nie można już zasłaniać w Austrii twarzy, tak konkretnie to od 2017 roku. Abaja zatem robi za całą szatę tożsamości. 

Wiedeń pełen jest turystów zewsząd. Mija się chińskie wycieczki, snujących się Stanozjednoczońców rozpoznawalnych z daleka, sporo ludzi z Ukrainy, dużo niemieckojęzycznych, no i są nasi w każdym wieku. Mła w tej symfonii języków wyłapała też węgierski i portugalski, który wydał się jej z lekka dziwny. Może z jakich koloni? Język tubylców jest bardzo specyficzny, jeżeli w niemieckim jest możliwy zaśpiew, to wiedeńczycy po prostu podśpiewują. Wiem, wiem, ciężko uwierzyć, ale zdarza się też takie bardziej miękkie szprechanie. Mła oceniła to jako bardzo miłe dla ucha, podoba mła się też że wiedeńska wersja niemieckiego, czyli Wienerisch,   ma sporo zapożyczeń z innych języków. Zamiast niemieckiej Aprikose mamy austriacką Marille, Mais to swojsko brzmiąca Kukuruz, nie ma Krankenhaus, jest znajomy Spital. Ten niemiecki coś od razu jest lepiej zapamiętywalny. Czas mła spędziła bardzo mile, bo w dobrym towarzystwie, z żarciuchem i winem. Niestety po powrocie do domu natentychmiast dopadły mła kłopoty, ale co robić. Mła ma teraz taką sytuacje że musi mieć oczy z tyłu głowy. Baaardzo sorry ale mogę mieć mało czasu na pisanie, życie cóś przyspieszyło. Szczęśliwie że kotostwo w formie, coś się szybko poodobrażały, widać Cio Mary z Irenką usługiwały właściwie, znaczy z poświęceniem. Dobre choć to. Reszta strasznie mnie wkurza, jednakże cóż robić. Trza brać na klatę.

sobota, 5 września 2026

Naturalna idiotka versus sztuczna inteligencja

 Dla Oli, która już nie tworzy bloga

"Ludzie powierzyli myślenie maszynom, mając nadzieję, że to ich wyzwoli. Tymczasem pozwoliło to jedynie innym ludziom, dysponującym maszynami, zniewolić ich". 

"Diuna"1965 Frank Herbert 

Stirlitz wszedł do gabinetu i ujrzał Mullera leżącego na podłodze i nie dającego oznak życia.- Otruty - pomyślał Stirlitz przyglądając się rączce siekiery wystającej z piersi. 

Kiedy mła tak sobie rozmyśliwa o sztucznej inteligencji, to w sumie nie bardzo wie o czym rozmyśliwa, bowiem pod tym pojęciem jest tyle znaczeń że właściwie to ciężko sprecyzować czym  jest sztuczna inteligencja. W tych znaczeniach gubią się nawet ci, którzy pracują nad sztuczną inteligencją. W zależności od tego z kim rozmawiają AI przechodzi ciąg przemian. Jest to system który ma opracować szczepionkę na raka, zbawić ludzkość, jednocześnie generując kolosalne pieniądze dla cyfrowych gigantów, którzy w niego inwestują, no i będąc tak przy okazji szeregiem autonomicznych systemów, które przewyższają ludzkie możliwości wykonywania zadań o wysokim stopniu złożoności. Niby wszystko prawda, ale gdzieś tam we mła odzywa się cichutki głosik - A która z to z prawd Tischnera jest w odniesieniu do AI tą właściwą? No i czym naprawdę jest AI, bo mła już wie na ten przykład że z tymi dochodami dla cyfrowych gigantów to może być różnie, więc nie jest to narządko tym, za co je biorą. Mła się wydawało że sztuczna potrzebuje jakiegoś umocowania na tym świecie, najlepiej w tej naturalnej a tu czekał ją siurprajz. No bo wicie rozumicie, tak naprawdę to my wcale nie zdefiniowaliśmy tak do końca, ostatecznie i przeplute, czym jest ludzka inteligencja. Nie ma konsensusu naukowego odpowiadającego nam na pytanie co to jest, mamy tylko opisy działania, setki hipotez, badań itd. Skoro nie wiemy  czym jest naturalna, to jak możemy programy obliczeniowe nazywać sztuczną inteligencją? Owszem, to wygodne opakowanie dla celów rozwijania badań nad programami, czy celów marketingowych, ale bez przesadyzmu - to nie jest definicja inteligencji.

Ta wieloznaczność sztucznej wydaje się być celowa, jako stara foliara wyczuwam tu próbę uniknięcia regulacji prawnych. Przy tych programach w ogóle dzieją się zdziwności, mła przyuważyła że jak ktoś czegoś nie może przejąć, albo za bardzo zaczyna odstawać od "czołówki innowatorów" , to natentychmiast sztuczna staje się zagrożeniem dla ludzkości. Elonu tak się parę lat temu zrobiło, zanim nie wyprodukował "Groka". Ludzie którzy tworzyli programy AI są głęboko skłóceni, niemal na każdym możliwym tle, Musk wytacza procesy Altmanowi z Open AI, Amodei założył  "Anthropic", bo Altman go rozczarował, Ilya Sutskever buduje większe od naszych mózgów silniki statystyczne, bo wyobraża sobie że tym jest właśnie ludzka inteligencja, każdy z nich ma jakąś swoją wizję, do której zresztą na chwile przekonuje innych. Teraz jesteśmy chyba na etapie tych silników statystycznych, tak sądzę po ilości wejść na mojego bloga. Zasysają dane jak stado odkurzaczy Zelmer, oczywiście nikomu za nie nie płacąc. Bardzo biznesowe podejście, ukradnij efekt cudzej pracy, przerób w programie i sprzedaj za tokeny jako generyczną AI. Nie ma się co dziwić że branża dostaje wysypki na myśl o jakichkolwiek regulacjach. Jeszcze większej wysypki dostaje kiedy zwykli ludzie przerażeni tym ile zasobów potrzebuje sztuczna inteligencja pytają  - A właściwie po jaką cholerę my to budujemy? No i dlaczego w ten a nie w inny sposób? Wiecie ludzkość już parę razy w swojej historii przeżywała rozczarowanie technologiami. Obecnie jesteśmy na początku rozczarowania internetem, w którym większość ruchu generują boty a nie ludzie, więc nie ma co się dziwić że pytania padają.

Ludzie zaczęli postrzegać generyczną AI jako zagrożenie. Nie, nie takie z przyszłości, kiedy będziemy spieprzać przed Terminatorem. Bardzo konkretne zagrożenie na dziś - wspomniane przez mła korzystanie z efektów cudzej pracy, bezumowne i bezpłatne, korzystanie z zasobów, które nie należą do firm - woda i energia ma służyć wszystkim a nie potentatom AI, projektowanie automatyzacji na każdym poziomie, co osłabia prawa pracownicze tu i teraz, próby monopolizacji wiedzy i unikanie jak ognia dyskusji na temat ograniczeń sztucznej inteligencji, cenzurowanie lub przekupywanie naukowców, którzy temat ograniczeń badają, zastraszanie w mafijnym stajlu.  No i też to straszenie podstępnymi Chinami, które tradycyjnie kombinują z bardziej prostymi wersjami programów, próby monopolizacji cyfrowego przekazu, wkręcanie w AI największych cyfrowych graczy. Ludzie mają instynkt, czują smród. Sprawę zdaniem mła załatwiłaby ustawa o przymusowym przekształceniu firm w organizacje non - profit, tym w końcu kiedyś była Open AI. Przez mity tworzone wokół AI przebija się coraz więcej dziennikarzy, dlatego bojąc się odcięcia od kasy z giełdy, branża ruszyła w tzw. instrumenty pochodne. Jeżeli to pojęcie wydawa się Wam znajome, to tak, macie rację. To tzw. instrumenty pochodne spowodowały kryzys ekonomiczny w 2008 roku. Czujecie bluesa? 

A teraz szczał w głowę, gospodarka USA czeka jak na zbawienie na "rewolucję AI", która ma dać jej tlen.  Żyją tam złudzeniem że powtórzą numer z okresu po II Wojnie Światowej, czyli zmaksymalizują przyrost PKB i wyjdą z długu. Nie widzą okoliczności takich, jak te że Europa i Azja były wówczas zrujnowane i nie stanowiły konkurencji. Ech... W Azji i Europie też pracują nad AI, ale to nie generyczna sztuczna inteligencja ma tam priorytet. Co dalej? Nie wiadomo, ale coś mła się zdawa że bańka spekulacyjna na AI pęknie, wymuszając zmianę podejścia do tych programów. Poza tym ludziom przejadł się mit nerdów tworzących korpo w garażu mamy i taty, to drugie pokolenie technologicznych miliarderów bardziej ludzi wkarwia niż wzbudza podziw. Elon to naćpany psychopata o ego większym niż Himalaje, Altman klasyczny manipulator, który każdemu nakłamie dokładnie to co okłamywany chce usłyszeć, Amodei wieszczy nieustająco apokalipsę za sprawą narzędzia, które rozwija, Ilya Sutskever szczęśliwie dla wszystkich odjechał w naukę. Wszyscy mają na sumieniu mnóstwo grzechów i grzeszków, głównie ludzi wkarwia ten że prywatyzując zyski, uspołeczniają straty. Obstawiają wszystkie partie polityczne w USA, od MAGA do bardzo lewicowych Demokratów ględzących o dochodzie podstawowym. 

No i to by było na tyle, za ozdóbstwo robią dziś stareńkie, grzybkowe ilustracje a w Muzyczniku stosowny kawałek o sztucznej muzyczce. 

czwartek, 3 września 2026

Jak chomiczyca w kołowrotku - tradycyjnie

Wielkimi krokami zbliża się wyjazd mła i oczywiście wszystko w terminie młowego wyjazdu się wali. Ruły łazienkowe u Cio Mary do wymiany, okna trzy w kamienicy do wymiany, zakup cegieł do remontu, dokumenty, użeranie się ze współwłaścielstwem, które ma wizję, tylko jeszcze nie wie że to halucynacja i moje dziefczynki, które złośliwie mało jedzą oraz Mrutek, który żre jak stara lodówka prund. Muszę jutro pojechać na rynek i zrobić troszki zakupów, bo śniadanka i kolacyjki to planujemy robić w bookingowym domu, kupić jedzonko dla kotów, schować te roślinki co je do paczkowania przeznaczyłam, znaczy porozsadzałam, bo choćbym się skichała, tych cholernych paczek przed wyjazdem rozesłać nie zdołam. Doba ma za mało godzin a ja połowę spraw mam nieogarniętych.

Nie dałam rady wcisnąć się do fryzjera, na dziś mam jeszcze do odebrania buty i muszę umyć te ućwachane podłogi. Przed mła perspektywa upalnego Wiednia, Gosia sprawdziwszy prognozę i zapodała że lekko nie będzie. No dobra, zniosłam 36 w Dolinie Loary, to powinnam przeżyć te około 30 w Wiedniu. Tym bardziej że to ma być taki pogodowy eksces jednodniowy. Generalnie mam nerw na wszystko a najbardziej na te niezapowiedziane ruły u Cio Mary. Wicie rozumicie, Cio ma koty pod opieką a po moim powrocie chciała jeszcze na troszki pojechać nad morze. No a tu siurprajz, zjawia się radosna administracja, znienacka. Takie sprawy się planuje i ludzi uprzedza, bo każdy ma jakieś swoje sprawy. Cio Mary obecnie zieje ogniem i mła się jej wcale nie dziwi. Tyle tego krótkiego meldunku, nie wiem czy zdążę cóś skrobnąć jeszcze przed wyjazdem. 

Fotki są stołowe i takie z dogadzania sobie, do ogrodu nie zaglądam za wiele, to i fotek nie ma. W Muzyczniku walc wiedeński.