niedziela, 15 kwietnia 2018

Codziennik - domowe konieczności i ogrodowe przyjemności

Pogoda jakby bardziej właściwa dla obecnej pory roku, po ulewach temperatury nieco spadły i zrobiły się bardziej wiosenne. Czytawszy że  w Hameryce śnieżyce i w ogóle zimowe ekscesy i z  lekka się przestraszywszy  czy  i u nas ten hawajski kwiecień nie zakończy się jakimś  doopnięciem auralnym. Wicie rozumicie, Wielki Pogodowy i jego rozrywki rozpraszające nudę.  Jak na razie  cieszę się zielonym które pojawia się na  drzewach, krzewach  i poszyciu.  Co prawda podagrycznik  nadal mnie wkurza ale  po sześciu miesiącach szarzyzny, beżów  wypłowiałych robiących za  śnieg ( miejski ) , burości niedookreślonej to nawet podagrycznikowa jadowita młoda zieleń jest radością dla oczu.  Jak do tego dodać kolory kwitnących hiacyntów, ciemierników  czy olśniewającą barwę petali magnolki to naprawdę jest miło.






 Niestety  życie  to nie tylko  przyjemności i nie mogę w związku z tym  "przesiadywać" jeno w ogrodzie. Nadejszła wiekopomna  chwila w której musiałam  umyć  okna, dłużej  nie sposób czekać . Pozimowe okna w mieście Odzi  czyścić to znaczy czuć na sobie ciężar walki ze smogiem. Qrczę, co za syfiland wokół mnie, cóż to na tych  oknach osiada?! Tzw. wyngiel to już chyba nie jest wyngiel, wszak ludzie w mieście  Odzi  wynglem palili  ale nie powodowali tym paleniem powstawania czegóś takiego co wzięło i osiadło na moich szybach i ramach okiennych. Pierwszy raz  mam z czymś takim do czynienia i zresztą nie tylko ja bo sąsiadka Gienia  i Ciotka Elka określiły  tegoroczne wiosenne mycie okien nazwą karnego ciężkiego szorowania szyb z przyległościami. Wiadomo - wyngiel brudzi ale  to wynglopodobne cóś obecnie sprzedawane pod nazwą wyngiel to upieprza po całości i wżera się w co tylko weżreć się może. Najgorsze że ja to pewnikiem mam w płucach , w skórze, we włosach już na stałe i cholera, koty też pewnie majo! Na szczęście sezon grzewczy już za nami, strach przed następnym zacznę odczuwać we wrześniu. Aha, po  umyciu okien skończoną robotę odebrał Epuzer, znaczy olał jedną szybę ( na resztę  odbioru nie pozwoliłam, Epuzerowe odebranie  wyszorowałam i wyglancowałam, do Epuzeru brzydko przemawiałam, to jest obiecywałam mu  wyrwanie włąsoręczne wszystkich czterech odnóży wraz z ogonem, ucięcie jakichkolwiek jego kontaktów z naszą występną Okularią i  zero zaproszeń na obiadki ).

 Umycie okien zostało też docenione  przez resztę kotów bo  na parapecie pojawiły się  nornice i  dżdżownice ( nornice szczęśliwie już martwe ). Myślę  że kotony chciały przyozdobić wyszorowane okienka, znaczy majo po mnie zboczenie dekoracyjne. Ja tradycyjnie tyż  cóś tak czułam chęć przyozdobienia  i w związku ze związkiem nabywszy nowe zasłonko  - firanki. Kur mnie opiał bo nabywszy takie przecenione o połowę, za którymi około roku ja się kręciła, ( Przecenią czy nie przecenią, oto jest pytanie? ). Teraz zasłonko -  firanki w motylki wiszą na  moich oknach sypialnianych ciesząc mnie i szalenie denerwując koty ( "Po cholerę te szmaty powiesiła?" ). Znaczy cóś jakby wiosna w domu zagościła wraz  z domyciem okien i  motylkami na zasłonko - firankowym materiale. Czuję się prawie jak  Kura Naczelna wszystko malująca, jakoś tak bardziej świeżo, wiosennie i u siebie.

Tak  à propos wiosennej świeżości, zamarzywszy mnie się kretyńsko fiołkowe perfumy, coby  przedłużyć szalenie krótkie w tym roku  cieszenie się fiołkami wonnymi. Miały być to  fiołki tanie ( znaczy najlepiej  perfumetka ), prawdziwne a nie chemiczne i jeszcze na dodatek pachnące głównie fiołkami. Hym tego... jakież ja smrody w poszukiwaniu prawdziwnego fiołka  wąchałam! Fiołek przyduszony kadzidłem ( mirra albo inne kadzidlane pachnidło,  ciężkawe jak mój tyłek po tzw. zależeniu ), fiołek ukryty w goździkach, wściekły fiołek syntetyczny ( tak, bywają  wściekłe  fiołki ) przyduszony równie syntetycznym nierozpoznanym owocem, róża damasceńska która robi za  fiołka, zdechły fiołek wyczuwalny po sześćset sześćdziesiątym szóstym pociągnięciu  nosem ( tzw. diablofiołek ) i cóś bez nazwy co według pani sprzedającej jest świeże i ożywczo kwiatowe ( a po prawdzie pachnie trochę jak landrynki ). Fiołkowego pachnidła dalej nie ma i cóś mi  mówi  że na razie nie będzie ( zakupy zagramaniczne  w obecnej sytuacji  finansowej   nie wchodzą w grę a w kraju fiołkowa bryndza ). Cóż, zostaje mi szybkie podwąchiwanie fiołkowych resztek, nie ma zmiłuj! A spieszyć się naprawdę trza, jeszcze moment i  nie będzie fiołków. Przeminą równie  szybko jak tegoroczne przebiśniegi, krokusy czy przylaszczki.

środa, 11 kwietnia 2018

Jak to jest z tymi kwitnieniami w moim ogrodzie.

 Burza się odbywszy, było błyskanie i grzmocenie  i dżedż. Koty profilaktycznie w domu a potem  w szopce bo  bliżej terenu polowań  na dżdżownice i myszki oraz nornice. Ja w oknie bo wdychałam zapach zmoczonej wiosennym deszczem ziemi, sam miód, szkoda  że w buteleczkach perfumiastych  nie sprzedają. Rozmyślawszy sobie przy tym wdychaniu ziemno - deszczowej woni troszki o tych achach i ochach na tematy wczesnowiosennych  kwitnień i doszłam do wniosku że pokazywanie tylko kwitnących fragmentów ogrodu jest całkiem nie halo, znaczy że fałszuje  rzeczywistość bardziej  niż zazwyczaj.  To wcale nie jest tak że mój ogród  jest wiosenna porą kwitnący "po całości", on kwitnie w zasadzie w tej leśnej części  i to głównie w tej która jest już jako tako  poustawiana. Reszta  ogrodowych ziem czeka dopiero na swoje dni  chwały.

Nawet ta niby kwitnąca teraz  część nie jest taka jak mi się marzy - Alcatraz zachynszony nie tym co trzeba czeka  aż obrobię Podwórko, Podwórko wcale nie takie  na raz, dwa, trzy do obrobienia.  Chciałoby się kwitnieniem w Alcatrazie nacieszyć  ale Podwórko nieobrobieniem jak ten wyrzut sumienia  uwiera.  No i mam zamiast kontemplacji kwitnień pielenie, przesadzanie, nerwy  na Wielkiego  Ogrodowego że to wszystko tak na szybko, na chybcika bo w marcu mu się zaspało i pogoda ogrodowaniu  nie sprzyjała. A teraz nadgania,  staruch jeden,   pogodą niemal  letnią, powodującą szybkie wykwitanie roślin. A  ja padam bo też chcę nadgonić i czasu na cieszenie się kwiatami prawie nie mam. Alcatraz powoli a nawet bardzo  powoli zamienia się w cóś na kształt grondu,  Podwórko  coraz  bardziej  ogrodowieje.  Teraz będzie o problemach. Niestety jeżeli chcę by Alcatraz  porządnie  zgrądział  i nie zmienił się w plantację nawłoci zwanej mimozą lub nie  zarósł w całości  podagrycznikiem ( skądinąnd pożyteczną niby  rośliną która jednak solidnie mnie wkurza swoją ekspansywnością ),  muszę ten mój  przyszły lasek podpielać. Nie jest to proste kiedy wyłażą wiosenne cebulowe. Dla lasów liściastych do bycia których  dalekim krewnym Alcatraz aspiruje charakterystyczne są wiosenne kwitnienia, mało co kwitnie w lesie liściastym latem. Im więcej drzew będzie rosło w Alcatrazie i im większe będą osiągały rozmiary tym mniej  miejsca będzie w nim dla roślin kwitnących latem. Za to wiosną, zanim rozwiną się liście istne kwietne  szaleństwo. A w tym  kwietnym szaleństwie ledwie tylko ukryta zapowiedź przyszłych zmagań z cholernym zielskiem. Może  to i lepiej że wnikliwie  się pokrytej kwiatami glebie Alcatrazu nie przyglądam, kto wie czy widok wyłażących wrażych roślinnych ścierw i wizja przyszłego pielenia radochy z kwitnień by mi nie popsuła. Wszak łyżka dziegciu beczkę miodu potrafi skiepścić. 


Przyznaję bezczelnie że  łatwiej mi  wiosną ogarnąć  ogrodowe Podwórko niż niby  leśny Alcatraz, pełen kwietnych dywaników wśród których, jak się lepiej przyjrzeć,  złowieszczo zielenieją liście podagrycznika.  Podłażę, patrzę starając się widzieć tylko  kwiaty cebulaczków,  jak dojrzę  paskudnie soczystą zieleń wyłażącego podargrycznika mruczę brzydkie wyrazy i wyłażę z ogrodu  pielęgnować  Podwórko  na którym kwitną głównie forsycje  i zaraz zakwitną barwinki. Alcatraz zostawiam sobie na później, na czas po kwitnieniu pierwszych cebulowych. Na  Podwórku do kwitnienia Suchej - Żwirowej jeszcze daleko, rabata  o tej  porze roku nie wygląda   uroczo.  Kikuty szałwii lekarskiej i  lawend wyglądają na uschnięte, młode liście pojawią się na  nich w większej masie  za parę tygodni. Poduchy goździków dopiero zaczynają nabierać właściwych barw, trawy jeszcze nie wylazły, liście odziomkowe  bylin dopiero startują. Jedynie młode żywo jasno zielone liście irysów bródkowych  można podpiąć pod  wiosenność ogrodową. Gdyby nie one rabata wyglądałaby na nadal niewybudzoną z zimowego snu. A w Alcatrazie wiosna  fiołkami pachnąca i wielkie oczekiwanie na kwitnienie  hiacyntów ( w tym roku są już bardziej  zbliżone do dzikiej formy, nie takie sztywne i napakowane kwiatami tylko wielopędowe z lekko przewisającymi kwiatami, no  większa wersja puszkini -  urocze !  ). I tak  to jest z tymi kwitnieniami  w moim ogrodzie. Kiedy kwitnie Alcatraz w większej części Podwórko jeszcze śpi, kiedy kończą się masowe kwitnienia w Alcatrazie Podwórko budzi się i zaczyna się na nim wielkie kwitnienie.




niedziela, 8 kwietnia 2018

Bardzo ciepły kwietniowy weekend w Alcatrazie

Z jednej  skrajności  w drugą, Wielki Pogodowy  postanowił zbadać granicę  moich możliwości. Nadal chyrczę i faflunię ale jakby mniej więc postanowiłam zaszaleć z sekatorem i gracką. Oczywiście padłam jak  kawka po jakichś dwóch godzinach intensywnego porannego ogrodowania, o tym żebym była w stanie dokonać w sobotę popołudniowej awantury mowy nie było ( awantura musowo powinna  się odbyć po południu bowiem ekipa  do załadowania śmieci po południu jest "czynna"  ) . A w niedzielę główny winowajca wyfrunął na  łono przyrody, także nie było komu grandy robić. Co się odwlecze to nie uciecze, przynajmniej sił nabiorę.  Poprzycinałam co trzeba na Suchej  - Żwirowej i udałam się na łono Alcatrazu li tylko po to żeby na chybcika  obejrzeć  kwiaty cebulaczków wczesnowiosennych , które zaraz  z powodu wysokiej  temperatury wezmą i  przeminą.



Praktycznie jest już po tzw. krokusach botanicznych,  trwa w najlepsze kwitnienie krokusowych   mieszańców ogrodowych. Dużo  ich  to nawet nieźle się prezentują w celowo "nieposprzątanym" Alcatrazie.  Wyłażą później więc zawirowania pogody pod koniec marca nie dały im tak popalić jak "botanicznym"  maluchom ale ich urodą trzeba  się szybko cieszyć ( no  co i  raz przerywałam przycinania i inne takie żeby sobie na  nich oczy popaść ). Na byłym Tyrawniku mnóstwo krokusów których nigdy tam nie sadziłam. Jakimś cudem cebulki zawędrowały albo po prostu nasiona się wysiały. Stąpam ostrożnie po trawsku coby nie zgnieść dobra przez naturę podarowanego i nie przeszkadza  mi że one jak na razie niekępkowe ale pojedyncze kieliszki co i raz z trawska wyłażące. W końcu najważniejsze  że zaczęły kolonizację,   z czasem się rozkępią.




Po przebiśniegach  prawie śladu nie ma, dobrze że udało mi się zasuszyć  choć parę kwiatów do jesiennych obrazków. Teraz muszę spieszyć się z suszeniem  kwiatów przylaszczek. Jak tak dalej  będzie  niemalże letnio to ino mig  i  przylaszczki też przeminą, podobnie jak cebulaczki wczesnowiosenne.  Podczas utrzymywania się  wysokich temperatur rośliny bardzo  młodej wiosny kwitną ledwie parę dni. Nie wiem jak Wy ale  ja uważam że Wielki Pogodowy cóś się solidnie wyzłośliwia, cholerny tetryk. Kupiłam sobie na poprawę humoru po tych Jego złośliwościach i siurprajzach małe bratki na osłodę, ich kwiaty powinny  wytrzymać numery starucha. Posadziłam jak zwykle w okolicy dopiero wyłażących  hiacyntów, bardzo lubię ten zestaw. Po mojemu malutkie bratki dobrze robią bardzo ogrodowym kwiatom jakimi są hiacynty.




No a co  poza tym? Poza tym to Alcatraz grądzieje, podczas zimy odpłynęły z nieznanych mi  przyczyn małe świerki białe ( nie będę dociekać  dlaczego, cześć ich pamięci i szlus ). Nieuprzątnięte Zabukszpanie wygląda tak.




czwartek, 5 kwietnia 2018

Codziennik - powyjezdny poświątecznik

Pewnie już porzygujecie  tą moją Portugalią, blog ostatnio ostro skręcił w kierunku podróżniczym. Powolutku wracam  w kieracik czyli codzienność. Na stołach jeszcze stoją pourządzane naprędce  ozdóbstwa świąteczne, takie z biegu, na raz, dwa i trzy poustawiane, a ja dojadam ostatnie kawałki  Małgosinych wypieków. Poczuwam się średnio, zimny świąteczny dzień zrobił swoje ( nie ma to jak usłyszeć po powrocie z cieplejszych stron że temperatura na Okęciu to cały jeden stopień na plusie ), teraz gdy zaczyna być naprawdę ciepło ja cóś chyrlam i odkrztuszam. Koty powoli dają się przepraszać za moją nieobecność, oczywiście jak  wróciłam doszło  do brzydkiego ekscesu. Felicjan zachował się  klasycznie, znaczy obrazę za moją absencję wylał na moje  buty. No olał gad jeden moje nowe skórzane trepki jak je tylko po powrocie zdjęłam z nóg! Szorowałam natychmiast miotając brzydkie ( dobra, bardzo brzydkie ) wyrazy na tego pomiota. Oczywiście bydlak pokazywał się w domu tylko  w porze posiłków i ostentacyjnie siadał do mnie tyłem gdy mu ładowałam  żarło  do michy. No i łaził na sztywnych łapach. Wychowawczo ignorowałam te przedstawienia i jakoś powoli mu przełazi to okazywanie niezadowolenia.


Pozostała czwórka też jest dobra, choć szczęśliwie nie przyszło  im do tych pustych  łepków małpować  Felicjana.  Lalek wystąpił jednak ze skargami na głodzenie jego osoby dokonywane przez Cio Mary i  Małgoś - Sąsiadkę pospołu, Sztaflik i Okularia postanowiły udawać zdziczałe kocice a Szpagetka zażądała natychmiast jak tylko wlazłam do domu ( naprawdę natychmiast ) okazania jej wszystkich należnych  względów wraz z odsetkami ( znów  brałam  kąpiel z kotem ). Z każdym kolejnym moim wyjazdem rośnie oburzenie kotów na to że śmiem zostawiać je z inszą służbą ( jakby ta służba nie była równie wobec nich spolegliwa jak ja ). Nie zamierzam przejmować się tymi obrazami, obuwie podróżne będę tylko ściągać  z się i przechowywać w odkoconym pomieszczeniu. Teraz w ramach normalizacji stosunków cała  piątka przyłazi na wieczorne zaleganie i ma  żądania. "Podrap tu!", "Pogłaszcz tam!", "Chcę być nynowana!" - normalka, znów czuję że powinnam  mieć przynajmniej jeszcze parę rąk cudownie wyrosłych na brzuchu i przeznaczonych  do zabawiania  towarzystwa.


No a co w ogrodzie? Kiepsko! Niestety widać że mrozy były całkiem nie w porę. Mnóstwo wczesnowiosennych roślin ma  pouszkadzane kfioty. Wyglądają jakby nie wyglądały.  Nieładne, zbyt małe kwiaty krokusów, poprzemrażane kwiaty ciemierników orientalnych  ( gatunku ), pouszkadzane kwiaty ciemierników  hybrydowych ( te szczęśliwie wyłażą najpóźniej więc najmniej oberwały ).  Niby łączki z cebulowych są ale olśnień nimi nie ma.  Pozostaje mi się cieszyć z takich wydarzeń ogrodowych jak przeżycie moich  irysków cebulowych. Iris reticulata nie zawsze przeżywa nasze lata a co dopiero zimy. Poza tym totalne zapuszczenie bo przycinań  nie uskuteczniałam. Teraz  to wszystko przede mną, powinnam szybciutko ogarniać chaos a cóś mi tak brzydko w tyle głowizny szepcze że nie tak  szybko,  że dopiero początek kwietnia a potem to jeszcze  te cholerne majowe przymrozki.  No i przed przymrozkami majowi przynależnymi Wielki  Pogodowy dziwnym poczuciem  humoru powodowany może cóś naprawdę spektakularnego wykręcić. Przypominam sobie zeszłoroczny kwiecień, prognozy niby były optymistyczne po wyjątkowo ciepłej  końcówce marca  a ziąb nie napiszę co ściskał. Aż boję się planowania robót ogrodowych w nadchodzący weekend  bo nie wiadomo co się znów wydarzy z wyżami  i niżami.

W tym roku eksperymentalnie nie odgarniam liści w "części leśnej", same muszą się rozkruszyć i zmienić w próchnicę ( przeca lasu nikt nie grabi, dmuchawą nie dmucha, roślin nie opiela ). Na Podwórku nie ma tak lekko, inny typ ogrodu - Sucha - Żwirowa wymaga solidnego przycięcia krzewinek, spulchnienia gleby  przy  kłączach irysów bródkowych, niewielkiego nawożenia mineralnego i rozłożenia sporej ilości kompostu.  No jest roboty od groma.  Co gorsza czeka mnie odkładana od  dawna awantura sąsiedzka  o śmieci wrzucane do ogrodu, zamierzam w weekend urządzić dintojrę. Rozmawiałam  już  z właścicielką posesji, wytropiony został  śmieciarz i w sobotę ruszamy do boju. Mam solidny wnerw bo trzeba być naprawdę wieprzem  żeby remontowe śmieci  ładować komuś do  ogrodu ( nawet jak ten ogród  duży, zadrzewiony i śmieciów  niby nie widać ). Rozumiem  że koszt wywiezienia takich odpadów to jest w tej chwili parę stów ale dlaczego to niby ja mam je płacić.  Porobiłam zdjęcia, postraszę policją a w odwodzie  pan Andrzejek, Maciek i Włodzimierz Ciotczyny  którzy  "obce śmieci" władują na posesję z której pochodzą. No radości sąsiedzkie w stylu szczerzepolskim przede mną. Ze szczęścia przez to nie szaleję. I to by było na razie  na tyle.

Zajrzycie do Psa w swetrze   - Tuśko - bazarek trwa tam w najlepsze.




środa, 4 kwietnia 2018

Praia do Guincho - wiatr i fale


Zachód słońca nad plażą  Guincho, cudna plaża pełna surferów pokonujących fale, romantyczna plaża na której Bond, James Bond uratował contessę Teresę di Vicenzo przed utonięciem,  głównie po to by samemu utonąć w ramionach hrabiny. Takie to zanęcania znajdzie człowiek w folderach. Człowiek taki jak ja czuje  po takim zanęceniu  że może  niekoniecznie musi zobaczyć tę cudowność. Na szczęście w necie są foty a na fotach czasem trafia się prawdziwa  Guincho, piękna i nadal dzika! Pierwszy raz żywcem zobaczyłam ją ze wzniesienia w drodze do Sintry - morze złotego piasku, wydmy Duna da Cresmina i rozbijające się o brzeg potężne fale. Wszystko to otoczone zielenią głęboką ale nie ciemną.  Od razu wiedziałam że nie ma zmiłuj, muszę zobaczyć to miejsce z bliska, poczuć wiatr i niepokorne fale ( znaczy takie  które nie liżą stóp ). Spokojnie, kąpieli  nie planowałam, na Guincho  nie trzeba wchodzić do  wody żeby poczuć siłę fal. Wychowana nad morzem wiem  że moc fali poczujesz na twarzy, gdy podejdziesz  na tyle  blisko że wiatr przyniesie  ci spienioną wodę. Takie zdziwne ciągotki budzą się w miejskim człowieku przyduszanym przez  parę miesięcy w roku smogiem.



Praia do Guincho wraz z Duna da Cresmina, która jest częścią wydm Guincho - Oitavos leżą na skraju Parku Narodowego. Jak wiadomo wydmy wędrują a przeszkody takie jak restauracje czy hotele, które zawężają korytarze transportu piasku między plażami i wydmami, powodują tendencję do zwiększania prędkości wiatru na niektórych odcinkach co prowadzi w konsekwencji do ​​zwiększenia pokładów osadów w obszarach położonych dalej od linii brzegowej, zmniejszenia powierzchni plaży i powstawanie potencjalnych szkód dla sąsiednich gruntów i domów. Strasznie mundrze, prosto zaś jest -  to co wybudowano niech się już ostanie, ale więcej hoteli, barów i restauracji się nie wybuduje! Nie wybuduje się  bo za jakiś czas nie byłoby już plaży - jasne i proste. Na wydmach turyści mogą się poruszać drepcząc po drewnianych kładkach, po plaży mogą łazić jak chcą ale na udogodnienia  niech nie liczą i wszyscy mają pamiętać że to  dobro narodowe  a nie wywczasownia przynosząca krociowe zyski. Na wydmach porastają Ammophila arenaria czyli trawa marram, Armeria welwitschii , Junisperus turbinata, Pancratium martimum czyli żonkil morski zwany inaczej  lilią świętego  Mikołaja, Ononis ramossisima. Ponoć na wydmach występują  endemiczne gatunki ale cóś nie doczytałam jakie ( wiało, autobus przyjechał a w necie nie znalazłam bo mi się głęboko  kopać nie chciało ).





Sama plaża jest szeroka i przede wszystkim długa, jej linia brzegowa ma coś około  ośmiuset metrów. Jest po czym pochodzić.  Teraz  będę obrzydliwie szczera - uwielbiam Guincho  nie tylko za jej niewątpliwą urodę ale także za  to  że jest plażą odturystycznioną.  Znaczy zieję miłością do ludzkości jak widzicie. Na Guincho prędzej czy później padnie każdy parawan, małe dziecię wejdzie do wody raz a dobrze oszczędzając rodzicom wydatków na edukację, babcie zedrą gardło podczas dyscyplinowania małoletnich którzy i tak ich z powodu wiatru nie usłyszą nawoływań, sprzedawcy lodów nie mają czego  tu szukać, paradowanie  w bikini tylko dla morsic.  To nie jest plaża dla spragnionych dosmażania słońcem, zalegania na piaseczku w foczym tłumie, złaknionych kąpieli w ciepłej wodzie  niedzielnych  pływaków. Skuterkiem nie popływasz, materacyk  dmuchany cię nie poniesie po gładkiej toni. Wrzasków radyjnych nie usłyszysz bo głos Oceanu je zagłuszy. W lecie najczęściej wieje tu z północy, pojawiają się  wówczas niezłe  fale  do uprawiania windsurfingu i kitesurfingu, prawdziwe  święto ma miejsce jednak  zimową porą,  w grudniu zaczyna wiać ze  wschodu i pojawiają się wielkie  fale na których można surfować ( nie znaczy to że surferzy szaleją na falach tylko zimą ale wtedy są naprawdę idealne warunki dla  tych z nich, którzy lubią pływać na naprawdę duuużych falach ). Dla mnie spragnionej pędu powietrza przesyconego solą i uspokojenia gonitwy myśli ta plaża to idealne miejsce do odpoczynku.  No i ten niezmniennie zmienny Ocean!