czwartek, 21 czerwca 2018

Nadeszło lato


Nadeszło nam dziś  lato a ja tu latem jakby już  zmęczona. Zupełnie nie pamiętam wiosny,   była na początku kwietnia  ale szybko się skończyła. Wszystko w tym roku  w związku z tym jest zbyt wcześnie dojrzałe i niezbyt dorodne ( no może poza truskawkami mutantami spod  folii czy malinami które lubiejo taka aurę ).  Moje rośliny w Alcatrazie wyglądają jakby nie wyglądały, Felicjan  już ma uczulenie i to pełnoobjawowe,  z mojego nosa złazi skóra. Wokół pachną  pięknie lipowe kwiaty, na straganach kuszą  maliny,  Pabasia bredzi o konfiturach z wiśni a małe bociany widywane w gniazdach podczas jazdy do Krysi, wcale nie są już takie małe. Lato, lato w pełni a nie  żaden  tam początek lata.  Będzie magiczna chwila związana z najdłuższym dniem i zaraz planeta się gibnie w drugą stronę  i zacznie nam dnia ubywać. Coś nie czuję sobótkowej radości, prędzej nostalgię za kolejną minioną wiosną (  za zimą podczas której przybywa  dnia  jakoś nie tęsknię, dopiekła mi w tym roku ). A przeca powinnam się cieszyć, smakować letnie klimaty: 
"Wreszcie nocy raz czerwcowej
zobaczyłem ją jak śpi
Bez niczego. Zrozumiałem lato, ech że ty
Lato, lato, lato, ech że ty".


Wygrzewanie się na słońcu czyli jaszczurczenie, spanie au naturel w chłodnej satynce, kąpiele w bajorach, podżeranie owoców, zapach świeżo zakiszonych  ogórków małosolnych niosący się po chałupie i ogród, mój ogród skąpany w słońcu i brzęczący małym życiem. No tak, pięknie, tylko że można to już wszystko robić i obserwować od ponad miesiąca - nie ma uroku nowości. Gdzie byłaś wiosno jak cię nie było! Lato zagnieździło się w maju, wiosna wygryziona, ech,  porobiło się! Jak ten Dziad z powieści "Konopielka" zaczynam podejrzewać że "W tym bieda…, że Pambóg coraz starejszy… coraz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok." Takie tam smęty, jakie z lubością uprawiają ludzie starsi czyli mający pewne doświadczenie kołaczą mi się po łbie. Może to dlatego że nie czekają mnie wakacje? Wakacje zmieniają perspektywę, może czas pomyśleć o jakimś małym wypadzie?



Dzisiejszy wpis ozdabiają  prace Stanisława Masłowskiego, świetnego akwarelisty niemal całkowicie zapomnianego ( znaczy historycy sztuki go pamiętają ale tzw. ogół nie wie  że na przełomie wieków XIX i XX  ktoś taki  istniał ). Moim zdaniem warto przypomnieć jego twórczość, te akwarele są naprawdę mistrzowskie. No i takie letnie w klimacie.

środa, 20 czerwca 2018

Sucha - Żwirowa w chwili próby

 Sucha - Żwirowa przechodzi właśnie test na rabatę "bezpodlewczą", znaczy  podlewam całość  raz na tydzień żeby była jasność absolutna.  Nie podlewać totalnie i absolutnie nie mogę bo dosadziwszy nowe rośliny o niezbyt jak na razie głębokim systemie korzeniowym i  niepodlewanie ich byłoby równoznaczne z wyrzuceniem  pieniędzy w błoto a właściwie w piasek. Dodatkowo biegam od czasu do  czasu jak Gajka z konewką ale mało  bo więcej muszę biegać z konewką w Alcatrazie a i tak małe paprociumy wyglądają bardzo kiepsko ( część już nie wygląda i Sylwik będzie miała  prawo mnie ubić, bo ona ciężko  siała, sadzonkowała i w ogóle a ja przeżynam właśnie z aurą ). Podlewana raz na tydzień Sucha  - Żwirowa może nie przechodzi  prawdziwej suszy ale przy tych upałach z minimalnym podlewaniem może robić za rabatę półsuchą, he, he. Oblookuję na tej półsuchej które to rośliny znoszą upały i małą ilość wody z prawdziwą godnością. Niewątpliwie  sprawdzają się szarolistne, zarówno te pokryte kutnerem  jak i woskopodobną ochraniającą zieloność otulinką są bardzo odporne na działanie słonecznych promieni. Wszelkie goździczki, lawendy, perowskie, amorfy, anafalisy perłowe,  szałwie nie tylko lekarskie i czyśćce wełniste wyglądają całkiem nieźle a upał nie przeszkadza im w zawiązywaniu kwiatów.




Co prawda rozsadzone czyli "nowe" czyśćce szlag trafił ale stare kępy mają się nieźle.  Bardzo dobrze radzą sobie też posadzone w zeszłym roku czosnki główkowate Allium sphareocephalon. To  dobra roślina cebulowa na suchawe rabaty.  Do szczęścia potrzebuje tak naprawdę przepuszczalnej  gleby i dużo słońca.  Nie wiem dlaczego ten  czosnek nie cieszy się u nas większą popularnością -  całkowicie  mrozoodporny, chodzić koło niego nie trzeba, kwitnący w masie jest uroczy jak mało który czosnek ale cóś ludziskom wyraźnie  nie podchodzi. Wolą czosnkowe olbrzymy, okazałe krówska kwitnące w maju.  Mnie tam mało czosnki kwitnące w maju obchodzą, maj na Suchej - Żwirowej niepodzielnie należy do irysów bródkowych a moje ukochane rośliny kwitnąc  są w stanie wyciąć każdą konkurencję. Wiadomo, król jest jeden!




W tym roku na Suchej - Żwirowej jak już pisałam jest  kiepsko z gipsówkami i mikołajkami. Nie, nie z powodu upałów i suszy,  ich  zły stan to wina tegorocznej zimy. Kupiłam nowe sadzonki  gipsówek, mam nadzieję że w przyszłym roku zakwitną. Bardzo mi brakuje ich kwiatów na rabacie, zbyt dużo kłosków się zrobiło, trochę mało innego typu kwiatostanów. Przed mikołajkami  ciężka  zimowa próba, w tym roku wyleciało trochę alpejskich. Jak na razie nie uzupełniłam tych nasadzeń,  za to kupiłam mikołajki nadmorskie. Jeżeli obudzą się po zimie i nabiorą "ciała" w przyszłym roku to będą nie do zdarcia, podobnie jak testowe egzemplarze. Bardzo je lubię, to świetna roślina na suchą rabatę pod warunkiem że zimą rabata też jest suchawa.  Nie wiem czy to jednak tegoroczna zimowa aura podobnie jak mikołajków alpejskich nie wykończyła też morinii, nadal z nią źle mimo tego że mrówy już jej nie dokuczają. Troszkę też rozczarowana jestem niby żelazną odpornością żeleźniaka.  Razem z krwawnicami posadziłam go tzw. przedziwnym instynktem wiedziona na nieco "lepsiejszej" ( czytaj lepiej trzymającej wilgoć ) części Suchej - Żwirowej. No i dobrze bo mimo tego że niby ma bardziej wilgotno to zarówno on jak i krwawnice cierpią od upałów i suszy. Te dwie rośliny, niby przeca wytrzymałe, nie mają twardego charakteru jeżówek które rzeczywiście są preriowe do bólu ( o gatunkach Echinacea purpurea i Echinacea pallida tu piszę, o mieszańcach się nie wypowiadam ).




Może to nie do końca "wina" krwawnicy i żeleźniaka, może za ich kiepski wygląd odpowiada susza nie w terminie. Rzadko zdarza się  żeby maj był tak suchy jak  w tym roku. No i żeby przed nim był  suchy i  mocno ciepły kwiecień. Co inszego późnowiosenne i letnie ciepło i brak opadów a co inszego susza w momencie kiedy  roślina potrzebuje do wzrastania sporej ilości wody. To co jakoś tam przeżyły jeżówki ( niespecjalnie wysokie w tym roku ) znacznie mocniej odbiło się na roślinach o nieco większych wymaganiach ( ku mojemu zdziwieniu do bardziej wymagających roślin muszę zaliczyć wysoką driakiew ). Dobra, koniec tych narzekań - jest grupa roślin świetnie radzących sobie przy tym upale mimo tego że  żadnego kutnerku nie posiadają. No może lekkie nawoskowanie liści i pędów.  Sedumki i rojniki, samograje na ciężkie, suche czasy. Posadzić na suchym i słonecznym, zapomnieć i być zdziwioną lub zdziwionym jak to ładnie roślinki sobie radzą. Rosną u mnie jako zadarniacze ( niskie rozchodniki i  rojniki ) i jako średniej wielkości rośliny rabatowe. Nie wyobrażam sobie bez nich mojej  Suchej - Żwirowej, toż zapieliłabym się na  śmierć! Dają radę tam gdzie protestują marzanki i zawciągi.  Te zadarniające nie wymagają  podlewania,  większe sedumki podlewam a nawet zamierzam nawieźć w nadziei uzyskania większych kwiatostanów (  chyba płonnej  nadziei, tak sądząc po tym co te rośliny wytwarzają na wierzchołkach pędów,  no ale przynajmniej sedumki zadarniające pięknie kwitły w tym roku ).




Wiele pociechy mam też z traw, ostnice i preriówki wyglądają świetnie a zazwyczaj grzybiejący u mnie owies nie wiadomo dlaczego zwany wiecznie zielonym ( wszak jest niebieskawy ) Helictotrichon sempervirens jest w całkiem dobrej formie. Oceniając przygotowanie mojej  Suchej - Żwirowej do prawdziwej suszy daję cztery z minusem. Ten minus to za takie kwiatki jak odmianowe liliowce ( co prawda diploidy, więc jakby bardziej na miejscu niż tetraploidalne falbaniaste mieszańce ), marcinki wymagające znacznie więcej wody niż reszta  towarzystwa ( ale co  ma  kwitnąć pięknie jesienią wśród tych rozplenic  i preriówek ) i nie do końca dobrze posadzone przetacznikowce i krwawnice.  Na piątkę nie zasłużyłam co widać na załączonych obrazkach ( miało być  łączasto jednak wyszło jak wyszło ) ale pocieszam się tym że owadom odwiedzającym masowo Suchą - Żwirową jakoś specjalnie to nie przeszkadza. Podobno od jutra zmiana  pogody, uwierzę jak zobaczę i przede wszystkim poczuję!



poniedziałek, 18 czerwca 2018

'Raubritter' - róża jedyna w swoim rodzaju

To nie przesada, 'Raubritter' to rzeczywiście róża wyjątkowa! Znacie zapewne sporo odmian  austinek, mieszańców  herbatnich, floribund czy tam inszych zbieranin różanych genów, a ile znacie mieszańców Rosa macrantha? Ha?! Sprawa miała się tak, w latach trzydziestych  ubiegłego wieku Wilhelm Kordes zweite ( pierwszym był jego tatuś, założyciel firmy Kordes und Söhne ) pracował nad wyhodowaniem  krzewów  różanych odpornych na warunki  zimnawej krainy jaką jest Schleswig - Holstein ( to w niej, a konkretnie to w maleńkim Klein Offenseth-Sparrieshoop znajdowały się różane pola Kordesów ). Skrzyżował między innymi Rosa macrantha 'Daisy  Hill' z 'Solarium'. Mamusia wprowadzona  w 1906 roku i nazwana na cześć własnej szkółki przez zasłużonego dla ogrodnictwa Brytyjczyka, pana Thomasa Smitha, to kwitnący białawym kwiatem o podwójnym okółku płatków  efekt krzyżowania hybrydy Rosa X waitziana var. macrantha .  'Daisy Hill' to dziś właściwie róża zapomniana, gdzieś tam się tylko plącze po rozariach i kolekcjach. 'Solarium'  czyli tatuś to wyhodowana przez  Francuzów a wprowadzona przez Australijczyków w 1927 roku hybryda Rosa wichuraiana. Po mamusi  'Raubritter' odziedziczył  kulisty kształt kwiatów, po tatusiu w kolorze płatków pojawiły się barwniki odpowiadające za zaróżowienie ( w niedużej ilości, bo tatuś kwitnie na czerwono  jak  ten zajadły komunista w  pochodzie  pierwszomajowym ).  Dzięki mamusi jest zdrówko i odporność na złe warunki atmosferyczne, dzięki  tatusiowi na ogół zdrowe, jasnozielone liście ( ich leciuteńki  szarawy odcień to po mamusi )  i wielkość kwiatu. 'Raubritter' został introdukowany w roku 1936 i  od razu było wiadomo że to jest "coś". Po pierwsze róża wielozadaniowa - można z niej tworzyć  krzewy,  traktować jak wspinacza ( zaliczana jest do typu climber ), zadarniać nawet jak kto lubi, po drugie zjawiskowe kwitnienie - krzew  kwitnie co prawda raz ale za to długo  i wytrwale. Kwiaty nie są specjalnie wielkie, takie około  pięciocentymetrowej średnicy ale za to o świetnym, okrągławym kształcie. Półpełne i lekko pachnące, bardzo trwałe ( mogą spokojnie przez  tydzień zdobić  krzew ) będą pięknie wyglądać zarówno w klasycznym różanym ogrodzie jak i  w nasadzeniach mało formalnych.  Pędy są giętkie, dłuuugie ( dochodzą do ponad  trzech metrów długości ) więc można wyczyniać z nimi cuda. Mrozoodporność bardzo dobra i jeszcze na dodatek znosi zacienienie! Cud nie róża! Oczywiście w tej beczce miodziku musi być łyżka dziegciu - czasem  'Raubritter' podłapuje mączniaka i znosi  to wówczas ciężko. Za to przycinać można oszczędnie, głównie tak formująco jak mieszańce Wichura.
Teraz o nazwie - 'Raubritter' to termin ukuty pod koniec XVIII wieku w Niemczech, w czasie wielkiej popularności tzw. powieści gotyckiej. Oznaczał on rycerza który z bidy wziął się za rozbój, co rzeczywiście zdarzało się niegdyś wcale często nie tylko niemieckim baronom ale i inszej europejskiej szlachcie. Nie wiem skąd ta nazwa - czy to pochwała dla zdolności przetrwania rycerskich rabusiów czy hołd dla romantycznej legendy zrodzonej parę stuleci po ich wytępieniu. Myślę że prędzej to  drugie, bo po prawdzie to raubritterzy to straszna hołota była i w ogóle  plaga i ból  głowy.


niedziela, 17 czerwca 2018

Codziennik - dyszymy i oczekujemy na dżedż




Jeszcze trochę a nawet prezenterom pogody wiecznie zatroskanym losem urlopowiczów zmięknie rura, jak to się nieelegancko mawia.  Czekamy  na deszcz a on jak pada to tylko miejscami za to ulewnie i zaraz wyparowuje. Hym... może czas na tradycyjne modły poselskie i zawierzenia ( z tymi ostatnimi to trudno, tacy którym trudno zawierzać, mimo tego że sami deklarują wiarę czystą i bez domieszek,  mogą mieć słabą siłę proszalną ). Deszcz jest, Panie tego, towarem deficytowym i w tym sezonie wiosennym występują znane mi z lat dzieciństwa i młodości chmurnej a durnej "przejściowe trudności na tym odcinku".





Hipotetycznie przebywającemu jeszcze w ogrodzie lejonkowi chyba  brak deszczu nie przeszkadza, są nowe  wyleżane miejsca ( znaczy wszyscy  podejrzani o zalegiwanie  się zaklinali że nikt przytomny na umyśle nie będzie właził do  ogrodu i zalegał jak tu "miszczostwa" i zalega się przed tewałką ). Zalegania  za duże na wszystkie koty zusammen z jeżami więc wychodzi na to że  lejonek nas nawiedza albo się wziął i zaszył.  Kolejny raz  gościliśmy straż animalną ale łune tyż nic  nie znalazły  choć podejrzewajo i się  jeszcze zapowiedziały. Widok strażowych uświadomił mi  że muszę na biegu malować puszki śmieciowe ( ani mi się  śnie kupować nowych ) bo cztery coolory puszek śmieciowych majo rozwiązać w cudowny sposób wszystkie problemy śmieciowe jakie nam od paru lat w pocie niskich czółek przygotowują ustawodawcy.  Bez względu na to kto w parlamencie ma przewagę polityczną rezultat zawsze  jest ten sam - śmieci i wszystko  co z nimi związane wyraźnie powodują obstrukcję intelektualną wybrańców narodu.  Cóż nie najlepiej to też świadczy o wybierających.  Tak sobie pomyślawszy że może by sprytnie i na bezczela  po piracku  ściągnąć rozwiązania od bardziej zaawansowanych w usuwaniu  śmieci sąsiadów a niepotrzebnych wybrańców narodu ( czytaj śmieci ) kulturalnie gdzieś wywalić i przechować ( no nie będę nawoływać przeca do utylizacji, he, he ). Taki miłe sercu mieszkańca  Cebulandii  zakombinowanie. Może nawet przy okazji gdzieś zakombinujemy  maszynę do robienia deszczu?




Naprawiwszy  Wolfganga i  wziąwszy w obroty  Helgę, nawet nieźle wyszło przywracanie im dawnego wyglądu.  Na razie do ogrodu ich nie wystawię, kto wie czy lejonek  tam na nich nie czyha?  Pozostała trójka  ceramicznej obsady nadal w ogrodzie, krasnale  i żaba są poustawiane pod  krzewami azalek  japońskich  i wśród paproci, zdaje się że lejonek nie preferuje przebywania w tych rejonach Alcatrazu. Hym... dla nieco większych krasnali i  żab nadal jest niebezpiecznie. Tak  o niebezpieczeństwach pisząc - szukamy domu dla Fraczka , biedak ma tylko opcję zamieszkiwania z  Felicjanem a szczerze pisząc to żadna opcja ( mieszkanie z bandytą pod jednym dachem, nawet kiedy ten bandyta ma depresję po odejściu jedynego kota  który trzymał go w szachu, to nie jest prosta sprawa ).  Fraczek jest wychowany i w ogóle, potrzeba mu tylko naprawdę dobrego domu gdzie mógłby rozwijać swą przemiłą osobowość (  Fraczek jest przytulaśny ). A na fotce poniżej  pręgowane Samo Zło, odczulane i faszerowane wzmacniaczami. Samopoczucie takie sobie co widać na fotce, obraza na mnie  za całokształt i upieprzenie sznupy  nie wiadomo czym ( usiłowałam wyczyścić  kocie usteczka, oj poczułam  że robię źle  - nie żeby od razu straszliwe  gryzienia, pomruki  były).

piątek, 15 czerwca 2018

Codziennik - nadal dołki i górki


Mija nam ta dziwna wiosna która właściwie była  latem, czas na lato prawdziwe.  Trochę strach się  bać  co  Wielki  Pogodowy nam na tę porę roku wyszykował. Dookoła mnie tak sobie, nadal zbyt dużo smętnych wiadomości z gatunku  "I nie da się nic zrobić!" do mnie dociera,  w związku z czym mój zakupoholizm jest coraz mniej kontrolowany.  Co usłyszę to odreagowuję, głupia sprawa. Odgradzam się przyjemnościami od złego które zaatakowało i już wiadomo że nie odpuści. Tak jakby te moje przyjemności mogły przypudrować paskudną rzeczywistość. Szczerze pisząc to na ogół pudrują średnio skutecznie, co  i raz spod tego pudru cóś niepokojącego wyłazi. No to się skupiam na jakichś pierdołach typu przywracanie Wolfgangowi  normalnego  wyglądu (  po spotkaniu Wolfganga  z lejonkiem ten pierwszy wygląda jakby zamiast lejonka spotkał krwiożerczego wilka wyjątkowo nielubiącego krasnoludków ) albo zaganianiu  Małgoś - Sąsiadki do smażeniu dżemów.  Takie tam zajęcia usypiające, nic prawdziwego.


W ogrodzie robię mało, mój kręgosłup bardzo  brzydko się ostatnio zachował.  Usiłowałam go wytonować prochami i skończyło się tzw. upojnym rzyganiem. Womitowałam  po  prochach a ten skurczygnat nadal bolał! Po takich  przejściach zachowuję się "rozsądnie" bo nie mam ochoty  na powtórkę z rozrywki. W związku ze związkiem ogród  odłogiem sobie leży a ja leżę  z kotami w  wyrze.  Wyro zaścielone, na wyrze ja i głównie ciągle obrażony na nieobecność  Lalusia Felicjan. Jak się  Felicjanowi nie poprawi ( obecnie nie chce wychodzić z domu bo  po co, dziewczynki nie potrafią się z nim bawić w napaść ) to czeka nas wizyta u dohtora ( ledwo co byłam z podtrutą  Sztaflisią ). Może trza co na melancholię a może to jakaś insza sprawa. Felicjan  bardzo się zmienił, niby  źle nie wygląda ale zachowuje się zupełnie  nie po swojemu ( od czasu choroby i odejścia Laliego ani razu mnie nie użarł, rzecz niesłychana,  o takim piknikowaniu z nim  w Alcatrazie jak w zeszłym roku miało miejsce nawet  nie ma co mówić ). Sztaflik jakby  lepiej,  znów  usiłuje  wyżerać innym kotom z misek. Znaczy jest i coś miłego.


Właściwie jest więcej miłych rzeczy. Po  różanej pogwarce z bjork w ramach  wyciszania skrzeków realu postanowiwszy nabyć coś różanego w donicy. Padło na austinkę 'Geoff Hamilton', a potem to już się nie mogłam opanować! Taa, skutek jest taki że pojawi się także od  dawna planowana do nasadzenia odmiana 'James Galway', odtworzę  'Sweet Juliet' zeszłą z tego świata pamiętnej  zimy 2012 roku, oraz  drugi raz podejdę do 'Jude the  Obscure' ( zaginęła  albo się podszywa, w każdym razie to co kwitnie na jej miejscu nijak tej odmiany nie przypomina ). Ubyło mi z portfela co akurat nie jest miłe ale za to jak  dobrze zrobi mi się kiedy przyjadą krzaki.  Co prawda nie wiem jak je wkopię z  cholernym, nawalającym kręgosłupem ale cóś tam na pewno wymyślę. Na razie cieszę się  gryplanowaniem czyli tym gdzie co posadzę. Dobre i to, przynajmniej się odrywam od ponurych rozkmin  na temat tzw. kondycji ludzkiej.  Zakupoholizm  roślinny wydaje mi jakiś lepszy, jakby kupowanie roślin było czymś zdecydowanie bardziej szlachetnym niż nabywanie rzeczy. Hym... pewnie bredzę jak  każdy nałogowiec. W każdym razie zauważyłam że  przypudrowywanie realu roślinami działa u mnie skuteczniej  niż pudrowanie czym innym.  No dłużej  trzyma czyli cieszy.


Dzisiejsze fotki to takie usprawiedliwienie austinkowych zakupów.  Żebyście wiedzieli jak  ciężko się oprzeć urokowi tych róż.

środa, 13 czerwca 2018

'Lovely Green' ® czyli śliczna zieleninka

Bardzo wyrafinowana kreacja  Meillanda z  2005 roku, takie różane haute couture ( nie istnieje termin wysokie różaństwo to zapożyczam ze świata mody ). Kwiaty ma to różyczka okrągławe, w kolorze kremowo - zielonym, dochodzą do średnicy około 5-6cm. Złożone są z ponad 60 - 70 płatków ale nie wyglądają na bardzo pełne, upchane. Pewnie dzięki temu że nigdy nie otwierają się całkowicie, odchylają się tylko zewnętrzne płatki odsłaniając stożkowy pąk ( przypominają wówczas kwiaty mieszańców herbatnich we wczesnej fazie rozwoju ). Niestety kwiaty nie pachną, no ale nie można mieć wszystkiego. Na pędzie znajduje się około 5 do 8 kwiatów co upodabnia tę różę do róż grupy floribunda. Jednak ta odmiana jest zaliczana do tzw. róż florystycznych, to szklarniówka przeznaczona na kwiat cięty. Jednak coraz chętniej sadzi się ten dochodzący do 80 cm wysokości krzew w ogrodach. Mimo że kwiaty wrażliwe na deszcze, zimne rosy i tym podobne auralne nieprzyjemności, odmiana ma wcale nie najgorszą odporność na choroby grzybowe i przeżywa nasze zimy. Kwitnie parę razy w sezonie. Nazwy rodziców tej róży to słodka tajemnica firmy Meilland International.



wtorek, 12 czerwca 2018

Z nieba żar na Suchej Żwirowej kwiatów czar

Gdyby nie paskudna, dziwna zima ( dlaczego nasze zimy muszą być takie wredne? ) to na Suchej - Żwirowej powinien zaczynać się lawendowy  festiwal. Niestety jest jak jest, jak to swego czasu śpiewały niejakie siostry Panas ( pewnie  mało kto to ten przebój pamięta  bo ja ledwie pamiętam ). No niestety, z lawendowych pól nici, co nie  oznacza  że totalnie lawendy wymiotło. Są, wiele  fajnych odmian przetrwało, głównie te sadzone dwa lata temu i wcześniej.  Zeszłoroczne sadzonki lawendowe, mimo tego że kupione i wsadzone na początku  ogrodowego sezonu okazały się zbyt słabe.  Hym... w naszym  klimacie lepiej  jak sadzona lawenda nie jest zbyt młoda i podpędzona w szklarni. I nie ma tu specjalnie znaczenia  czy to lawenda czy lawandyna, młodziutkie rośliny nawet jak spędzą cały sezon w gruncie zimą mają kłopoty.  Nie ma zmiłuj, trza sadzić starsze egzemplarze albo wymodlić zimę ze śnieżną okrywą, niezbyt niskimi temperaturami i trwającą tyle ile zima trwać powinna.  A potem jeszcze najlepiej domodlić  brak wiosennych przymrozków! Kiedy za główną atrakcję rabaty zaczął robić chabrowo kwitnący przetacznik siwy Veronica incana zatęskniło mi się za siwymi listkami zdechłych lawend i podjudzana przez Mamelona bezmyślnie  rzuciłam się w  wir netowych zakupów.  Taa... a tak się zaklinałam, tak ćwierkałam że może jednak cóś  inszego posadzę a wystarczyła pierwsza zakwitająca lawenda i kolorek przetacznikowych kwiatów i siwizna listków żebym znów miała pomysły na nasadzenia z lawendą.  No nie moja winna  że w upalne dni mnie się w głowie śródziemnomorskie marzonka lęgną.




Teraz zastanawiam się co  otrzymam i  jakie akcje z okrywaniem roślin czekają mnie zimą. Radosne sadzenie latem a potem zimowy stres. A  Wielki  Pogodowy tak jakoś głupio pogodą ostatnio zarządza  że wiosny  i  lata mamy jak w  jakiej Prowansji za to zimy  z mroźnymi pozdrowieniami z Syberii.  Tylko w zeszłym roku było w miarę mokro ale za to wiosną długo zimno.  No i co tu sadzić żeby taką huśtawkę auralną przechytrzyć? Niby wiem - rośliny prerii i stepów, one znoszą bardzo  mroźne zimy i bardzo gorące lata.  Niektóre to nawet niewielką ilość opadów znoszą. No to są jeżówki i preriowe trawy, przetacznikowce i krwawniki, krwawnice, sedumki  i żeleźniaki. W zasadzie to baaardzo książkowo i prawilno.




Tylko że one wszystkie schowają  się przed mroźną zimą pod ziemię, jak na przyzwoite rośliny  prerii i stepów przystało. Znaczy mumie niby zostają ale nie wszystkie  są trwałe i ozdobne. A ja mam  takie mało racjonalne oczekiwanie że zimową porą nie będę oglądała rozmoczonych i rozwalonych traw tylko pooglądam sobie zimową kompozycję z roślin zachowujących jakiś  kształt i tworzących przyjemną dla oka strukturę nasadzeń.  No i co? Szałwia lekarska,  lawenda, solidnie rozrośnięta perowskia robią za tło  dla mumii  sedumków czy jeżówek, szczerze pisząc  cóś nie wyobrażam sobie  mojego  podwórka  bez  krzewinek czy tam inszych półkrzewów. Uprawa półkrzewów to w naszym klimacie tzw. stresor, zimą wiecznie uprawiam pogodę, zupełnie jak ogrodnik  o którym pisał  Hašek.




Na szczęście lawendową posuchę pięknie wynagrodził kwitnący rozchodnik biały Sedum album. To skromna roślinka, bardzo przeze mnie lubiana za zadarnianie gleby na Suchej - Żwirowej. Dużo słońca,  w miarę przepuszczalne podłoże i jazda! Jest parę odmian tego rozchodnika o różnych barwach liści - 'Coral Carpet' uprawiana w pełnym słońcu cieszy oko  jak mało który  niski rozchodnik, 'Murale' wpada bardziej w zielono - miedziane tony, 'Laconicum' rośnie bardzo bujnie, jej liście mają sporo czerwieni, za to  'Micranthum  Chloroticum' jest niziutka, drobniutka, mało ekspansywna i  szaro - zielona.  Można wybierać kolorek na   dywan, he, he.