środa, 8 kwietnia 2020

Izrael - Park Narodowy Beit Guvrin-Maresha.




Mła zaczyna wypisywać lokatorom formularze dotyczące dofinansowań do czynszu czyli robi pierwszy krok w stronę zażegnania kryzysu który mógłby być groźny dla tzw. "utrzymania  nieruchomości". Wielkich nadziei sobie nie robi bo nie ona jedyna wpadła na ten pomysł. Ech... Co ma być to będzie. Najważniejsze że ma już niedużo  do  zapłacenia  lekstrykowi, bo mła długów nienawidzi a gdyby miała problemy ze spłaceniem to wrzody żołądka, przełyku a kto  wie czy i nie innych części przewodu pokarmowego u niej gotowe. Dlatego mła nie bierze kredytów, za nerwowa jest.  Dziś mła  Was będzie usiłowała rozrywać bo widzi wszechogarniającą potrzebę odstresowania. Dobra, uciekamy stąd  do  miejsca w którym nie będzie  zawistowania i  zazdraszania ogródków, bo ogródków w tym wpisie ni ma. Będzie o podróży Dżizaasa. Tel Maresha to pozostałości biblijnego miasta Maresha z epoki żelaza, a także późniejszego miasta  idumejskiego które po 586 roku p.n.e znane było pod grecką nazwą Marisa. Arabowie zrobili z tego nazwę Marissa. Tel bądź z arabska Tell znaczy wzgórze, na Bliskim Wschodzie takie pagórki bardzo często kryją ruiny starożytnych miast. Ten Tel znajduje się w izraelskim regionie Shephelah, u podnóża Gór Judejskich. Po raz pierwszy Tel Maresha został rozkopany w latach 1898–1900 przez brytyjskich archeologów Blissa i McAlistera, drugi raz do kopania w tym miejscu w 1989 roku zabrał się izraelski archeolog Amos Kloner. Większość artefaktów z wykopalisk brytyjskich można dziś znaleźć w muzeach archeologicznych w Stambule. Obecnie wykopaliska stanowią część Parku Narodowego Bet Guvrin-Maresha i znajdują się na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO.




Maresha była jednym z większych miast Judei w czasach istnienia Pierwszej Świątyni i jest wymieniana wśród podbojów starożytnych Izraelitów w Księdze Jozuego, a później w Księdze Kronik jako jedna z fortyfikacji króla Roboama. Według mapy Madaba Maresha była miejscem "skąd przybył prorok Micheasz" w VI wieku p.n.e. . W wyniku buntu Sedekiasza przeciwko królestwu babilońskiemu i jego królowi Nabuchodonozorowi II, ten ostatni zajął królestwo Judy i źle się to skończyło dla mieszkańców Mareshy. Podobnie jak wielu innych Judejczyków mogli nad rzekami Babilonu opłakiwać Syjon. Znaczy trafili do niewoli babilońskiej. Puste miejsce w dogodnym punkcie długo nie mogło być takie "bez opieki". Zniknęli Judejczycy pojawili się Edomici, którzy dotychczas mieszkali na wschód i południe od Morza Martwego. Stąd, od rządów perskich i przez panowanie królestw hellenistycznych w regionie ( czyli w VI - I wiek p.n.e.), Maresha była częścią obszaru znanego jako Idumea, tak Grecy nazywali Edom. Maresha vel Marisa była głównym miastem Idumei, a wraz z podbojem regionu przez Aleksandra Wielkiego  została zasiedlona przez "emerytowanych" żołnierzy greckich, jak to było wówczas w zwyczaju. To był złoty okres dla Mareshy, greckie miasto otwarte na wschodnią kulturę. Żyli w nim zarówno Grecy, Sydończycy i Nabatejczycy ( ci od Petry wykutej w skałach ). Miasto w tym czasie przestało mieścić się w starych murach, wylazło daleko poza dawny Tel z epoki żelaza.  Maresha jednak zaczęła podupadać podczas powstania Machabeuszy przeciwko imperium Seleucydów w II wieku p.n.e..




Nie mogło być inaczej skoro miasto było wykorzystywane jako baza do walki z rebeliantami. Uważa się że po buncie i jego sukcesie, Jan Hyrkan podbił miasto w 112 roku.p.n.e i przymusowo nawrócił jego mieszkańców na jedynie słuszną wiarę ( taki plemienno - religijny   sport, zazwyczaj krwawy, uprawiano na tych ziemiach od niepamiętnych czasów ). W 63 roku p.n.e., w ramach porządków robionych w regionie przez Pompejusza, Maresha  została oddzielona od królestwa żydowskiego i wróciła do Idumei. W 47 roku p.n.e. Juliusz Cezar zaanektował miasto ponownie do Judei.  Maresha została ostatecznie zniszczona w 40 r.p.n.e. przez Partów w ramach walki o władzę między Hasmoneuszami a Herodem, który był synem nawróconego Antypatera Idumejskiego i był wspierany przez Rzymian. Po zejściu Mareshy ze sceny historii, sąsiednie idumejsko - żydowskie miasto Beth Gabra lub Beit Guvrin zastąpiło ją jako główną osadę na tym obszarze. Długo się to niby stołecznością nie nacieszyli jego mieszkańcy, dwa kolejne katastrofalne w skutkach bunty żydowskie przeciwko rządom rzymskim w I i II wieku n.e. spowodowały że miejskie życie na tym terenie niemal zamarło. Miasto odzyskało znaczenie dopiero na początku III wieku, kiedy to zostało ponownie ustanowione miastem rzymskim pod nową nazwą Eleutheropolis. Do czasu Euzebiusza z Cezarei ( zmarłego ok. 340 n.e. ) sama Maresha była już miejscem opuszczonym: wspomina  on miasto w swoim Onomasticonie, twierdząc że było ono "w odległości dwóch kamieni milowych od Eleutheropolis". W czasach nowożytnych w okolicach Tel Maresha wyrosła arabska wioska, zasiedlona przez Palestyńczyków. Nazywała się Bayt Jibrin, niestety została wyludniona podczas wojny arabsko-izraelskiej w 1948 oku. W roku 1949 na tych terenach założono kibuc Beit Guvrin. Większość ważnych archeologicznie obszarów starożytnego miasta  Maresha i Beit Guvrin czyli Eleutheropolis jest obecnie częścią Parku Narodowego Beit Guvrin-Maresha.





Park Narodowy Beit Guvrin-Maresha jest dziś nazywany często parkiem tysiąca jaskiń. Od groma w nim naturalnych dziur wykorzystywanych już w neolicie. Cysterny, grobowce, schronienia  dla ludzi i ich zwierząt - jaskinie są wielofunkcyjne, że się tak wypiszę. Niektóre  z nich są piękne tzw. pięknem naturalnym, inne poddały się ludzkiej manii zmieniania natury. Te drugie, często dziś dla nas nieczytelne, o nieodgadnionym przeznaczeniu albo też  będące "otwartą księgą"  jedynie dla archeologów. Dopiero kiedy człowiek sobie uświadamia że owe miejsca były "czynne"  niekiedy około 8000 - 6000 lat temu i to "uczynnione" nie przez anonimowe ludy tylko takie znane z nazwy a nie tylko z  tego że puchary lejowe wykonywały,  odczuwa gdzie jest. No a potem ta wielka historia, czyli taka która po sobie zostawiła ślad pisany, i to taki który odczytywany jest do dziś dzień i który  legł u podstaw kulturowej tożsamości  dużej części ludzkości. W takim  miejscu jak Beit Guvrin-Maresha strach kopnąć kamorek na drodze coby artefaktu wiekowego nie uszkodzić, po prostu łazi się po "rozdrobnionej"  na kamory i pył historii. Oczywiście na terenie parku nie tylko jaskinie robią za atrakcje, co  jakiś czas można  się natknąć na ruiny na powierzchni. Właściwie każda kupa kamieni  to jest cóś -  a  to domostwo w którym życie kwitło cóś tak kole trzech tysięcy lat temu, a to amfiteatr z czasów rzymskich albo coś co kiedyś było częścią bizantyńskiej świątyni. Mła nie będzie wymieniała wszystkich archeologicznych stanowisk ani bardzo szczegółowo się nimi  zajmowała bo jej się wydawa że to  trochę tak jakby rozwarstwiała smaczny tort i analizował z czego ten kremik i jak biszkopcik upieczono zamiast cieszyć się smakiem ciasta.




To miejsce od tak dawna zmienione przez cywilizację, smakowane w całości  nabiera niepowtarzalnego uroku. Dla mła,  myślącej i czującej się  po polsku, cząsteczki narodu słowiańskiego dla którego historia pisana zaczęła  się ledwie lat temu tysiąc lat z maleńkim haczykiem (  w bajki o Lechii Wielkiej mła  nie  zawierza ), taki wielowarstwowy przekładaniec ma wiele do zaoferowania. A może to geny  "obce" tak ją mile do tych starożytności nastrajają  ( choć u mła to większość tych  genów powinna powodować ślinotok na widok okolic Wielkiego Muru Chińskiego )? Jak by tego nie analizować to mła widzi w tym, kawałku dawnej Judei, która zarazem była Idumeą by potem być jeszcze paroma innymi miejscami, coś wielkiego, ślady początku drogi którą przyszło przebyć wszystkim nam mieszkającym w Europie, ale także i drogi sporej części  ludzi, którym przyszło mieszkać na innych kontynentach. Poczucie wspólnoty znacznie wykraczające poza to, jakie człowiek może odczuć oglądając greckie czy rzymskie zabytki rozsiane po Europie. Głębsze bo starsze, odwołujące się do  czasów  kiedy kosmologia i mity były jedynym tłumaczeniem świata, o  filozofii nikt jeszcze nie słyszał i dopiero tworzyliśmy pismo. Miejsce wędrówek ludów, korytarz między dwiema najstarszymi cywilizacjami ludzkości, nadal bijące źródełko  naszej tożsamości.

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Codziennik - ogródkownik kwarantannowy




Ponieważ rzundzące majo w doopie zdanie mła na temat wyborów to mła ma w doopie zdanie rzundzących na temat przesiadywania przez mła w domu . Skoro można głosować w jakokolwiek sposób w zapowiadanym szczycie tzw. pandemii to można i inne rzeczy robić i od razu się mła przypomniało że te ichnie rozpurządzenia majo tzw. delikty i wogle to te administracyjne kary w żadnym sądzie się nie ostaną a odszkodowania z tytułu nieprawilno  stanowionego prawa mogą być całkiem pokaźne. Nasze rzundzące właśnie zapadły na cóś co niedopry Książe Ludwig Niegodziwy określał jak "słowna sraczka, ja, ja".  Nasze gwiazdy zarzundu majo sraczkę legislacyjną, obawiam się że węgiel, nawet ten miał z ARM cinżko zakupowany za nasze pieniędze, nie zatrzyma tego pseudo prawnego durchfalla. Korek by się jakiś przydał i sole czeźwiące bo zarzund wyraźnie oczadział. Mła paczy i podziwia bo pierwszy raz widzi jak partia populistyczna  od populusa się odkleja i rżnie tę gałąź na której siedzi. Ostatnie takie granie w dupniaka  miało miejsce pod koniec trwania III Rzeszy, tam też się wówczas  zazundzający odkleili od realu. Mła normalnie boi się wchodzić na portale info bo nie wie co  zarzund jeszcze wymyśli. No jednego do tej pory nie wymyślił - obniżenia na maksa pensji członkom zarządów spółek skarbu państwa. Taa...




Mła udała się do ogrodu gdzie są już ptaszki, trzmiele, motyle i koty, nie ma natomiast koronawirusa wielkości skurwonka bo ten siedzi w szpitalach i domach starców ( a jednak się myliłam, włoski scenariusz  ze staruszkami z domów  starców musowo przerobić trza, szczęśliwe staruszki które się nie załapały do domów słonecznej starości ), pilnujo go tacy z długo bronio co wyleźli na ulice ( będą strzelać do koronnego jak zechce  gdzieś wyleźć, choć moim zdaniem szkoda amunicji bo przeca można konsekrowanymi dłońmi zarazę nakryć i z powrotem do szpitala albo jakiego DPS  wrócić, żeby dalej mogła  staruszków i tych ze słabszą odpornością albo zwariowaną immunologią kosić ). Mła  nie sądziła że zobaczy we swym życiu uzasadnione spieprzanie przed medycznymi jako tymi co mogą zarazić. Dziś na własne oczy widziała i dobrze że ma ogródek jako miejsce relaksacji bo ją wzięło i zatchnęło. A w ogródku mła w ramach uspokojenia  po zatchnięciu wykonywała relaksacyjne prace porządkowe. Najpierw mła myślała że zajmie się bukszpanami  ( trza ciąć, pryskać, nawieźć ) ale zamiast do bukszpanów dorwała się do berberysów. Parę lat zabierałam się do cięcia berberysów kanadyjskich ale kombinowałam  jak ten koń pod górę   ( przyznawam się bez bicia ) żeby to jakoś odłożyć, przełożyć a najlepiej to zwalić na kogoś tę niewdzięczną robotę. Dziś postanowiłam wziąć  sprawę berberysową na klatę, bo w końcu któś cóś na klatę w tym kraju brać musi. Były w robocie  nożyce , była używana piła, były też użyte ochronne rękawice spawacza i płaszcz zwany gestapo. Maseczki nie założyłam ani przyłbicy, berberys to nie ten rodzaj grozy ( choć znam takiego co mało oka nie stracił przy okazji nadziania się  na berberysowy  krzew  ). Mła  się przyznawa że bo pocięciu berberysów wzięła i padła. Kłania się siedzenie zimowe w domu, brak wakacji, kwarantanna.




Mła postanowiła nie padać na twarz kontynuując prace porządkowe tylko  odpocząć  wśród hiacyntowej woni i dokwitających ciemierników. Jutro też jest dzień, a potem pojutrze itd. . Najważniejsze że mła się  do ogrodowania zabrała. To znacznie przyjemniejsze niż przedświąteczne mycie okien czy wyczynowe urządzanie prania z prasowaniem. Ruch na powietrzu, nawet takim jak dzisiejsze ódzkie jest dobry  i bardziej człowiekowi służy niż siedzenie w domu. Kretyńskie zarządzenia panikującej władzy  ( to że tzw. lud panikuje  to mła  rozumie ale władza, która  wybory ma urządzać tak panikować nie powinna  ) nie zmienią faktów. Taa... Mła sobie kawę zaparzyła, wyciągnęła piankę do pielenia i położyła na  niej poduchę a potem zasiadła na tym ustrojstwie, piła kawę, podchlewała skonfiskowane  Małgoś sąsiadce  ciastka ( "Te bezy są prawie bez cukru!" ...  a ja jestem księżną persko - luzytańską, słodycz była  dokładnie taka  jak przy bezach być powinna ) obserwowała ptaki. Potem przyszły do niej koty zwabione jej bezruchem i były tzw. karesy  i międolenia a nawet podrapywanki.  Mła naprawdę odpoczęła. Z innej beczki, dzisiejsze fotki z ogrodu są przyziemne, no bo teraz najfajniejsze rzeczy dzieją się blisko gleby.




P.S. Mrutek trenuje swoje słynne spojrzenie à la Rudi Valentino a Szpagetka ułożona nielegalnie w pościeli prezentuje "fatalną" urodę à la Apollonia Chałupiec, tego... ten... dziki powiew ze stepów.




niedziela, 5 kwietnia 2020

Tintinhull Garden - upalne lato w Somerset




No i mamy wiosnę i mieliśmy  Niedzielę Palmową i kwarantannę i pogodę taką jaka w kwietniu być powinna. Mła prawie już przedwczoraj w kąpieli olśniło na  dodatek ( zbawczy wpływ olejków eterycznych na umysł, he, he, he )  i znalazła nawet sposób  "na wyleczenie epidemii". Taa... upaństwowienie koncernów farmaceutycznych i niemal wszystkie jesteśmy zdrowe ludzie, he, he, he.  Od razu weselej jej się zrobiło od tego pomysła na zarazowe remedium. No tak, ale u nas nadal panicznie, teraz będziemy mieli uspokajacza w postaci maseczek tylko nie wiadomo czy zdążą z tym  uspokajaniem tak wszędzie  bo ludziskom na południu Europy  cóś się zaczęło przejadać i mła sądzi że jeszcze trochę a będzie tam nie tyle po epidemii co po panice. Dobra, prawie już przedwczoraj mła posadziła bratki swojej rodzinie po drugiej stronie, w niedziele miała sobie popielić we własnym ogrodzie. Może nawet pocharczeć  i popluć na rabatki, wszak one i tak wystawione na ultrafiolet. Koty już w ogrodzie siedziały, słoneczko je zaprosiło do rozwalania się na kępach żagwinu. Tak sobie mła przed południem myślała, a potem się pokręciła, na spacer poszła i przycięła popołudniowego kumora. Potem Mamelon do niej zadzwoniła i omówiła  swoje księżniczkowanie w wieży, które też jej się powoli przejada bo w ogrodzie trza bukszpany ciąć i pryskać ( Mamelon sporo zrobiła jeszcze przed księżniczkowaniem ale z tyłu  domu ma nadal mnóstwo  do roboty ). Kotów mła się nie mogła dowołać  bo one zajęte owadami fruwającymi i straszeniem gołębi  ( Szpagetka ), dopiero pierś kurza je do chałupy na troszki zwabiła ( Szpagetka olała białe mięso ). Mła  się teraz zastanawia jak ten dzień jej umknął, jak mimo pogody mógł  być taki rozmemłany i nicnierobieniowy. Powinna teraz jakieś  śledztwo aromatyczne uskutecznić albo sobie cós miłego z podróżowania przypomnieć żeby się nie nazywało że kumpletnie nic nie robiła!




Mła przypomniał  się ogród który zwiedzała w upalny lipcowy ranek na prawdziwym angielskim zadoopiu. W kamiennej wiosce Yeovil stoi sobie kamienny dworek z XVII wieku, zbudowany jak  wszystko w najbliższej okolicy  z  lokalnego kamienia zwanego Ham Hill ( szynkowe wzgórze, czy tak jakoś - w każdym razie kamor ma lekko różowawy odcień ). Wokół tego dworku na początku wieku XX niejaka Phyllis Reiss stworzyła ogród a właściwie ogrody. Zainspirował ją ogrodniczy cud czyli ogród w Hidcote Manor i postanowiła stworzyć cóś podobnego tylko w mniejszej skali. Cytując materiały National Trust - Tintinhull Garden (...) jest jednym z najbardziej harmonijnych ogrodów w Wielkiej Brytanii - niewielki, ale doskonale ukształtowany wg. wizji Phyllis Reiss. Różne "pokoje" są pełne zapachu i koloru, z wypielęgnowanymi trawnikami, basenami i fantazyjnymi borderami". Ponoć Phyllis Reiss zaprojektowała ogród tak żeby jak najlepiej "układało mu się " z domem. Projektowała nasadzenia tak żeby z każdego okna domu można było zobaczyć ciekawy, inny ogrodowy widok ( ten XVII budynek w ten sposób właśnie został  zaprojektowany - Phyllis zostało dostosowanie widoków do wnętrz, przełamanie dotychczasowej monotonii nasadzeń , że tak rzecz ujmę ) a wybierając kolory roślin starała się żeby harmonizowały z kolorem kamiennego domu. Zwykła była o sobie mawiać "Nie mogę znieść żadnego rzucającego się w oczy miejsca, które przez długi czas byłoby pozbawione kwiatów i kolorów" i mła świetnie ją rozumie.







Tintinhull uchodzi za formalny ogród sadzony bardzo nieformalnie, znaczy z wiejska. Chyba najbardziej to widać w projektowaniu rabat borderowych. Co to  są rabaty borderowe? Wiele ogrodów rezydencjonalnych na wyspach było podzielonych murami bądź wysokimi żywopłotami. Ochrona przed wiatrami hulającymi tak że nam tu w głębi lądu mieszkającym może nie starczyć wyobraźni,  przed szkodnikami czyli amatorami jarzynek ( angielscy ogrodnicy wręcz nienawidzili dzikich królików, żadne ogrodowe "zło" nie mogło się równać z pożeraczami sałaty i kapust ), przed niepowołanym okiem  ( ileż ciekawych sprawek działo się takich ogrodach, "Kontrakt Rysownika" się kłania, he, he, he ). Około połowy XIX wieku pojawiły się pomysły na zagospodarowanie przestrzeni przy murach i żywopłotach. Pod koniec panowania królowej Wiktorii tzw. wallborder w ogrodach rezydencjonalnych był już czymś powszechnym. Szczyt doskonałości  został  osiągnięty na przełomie wieków XIX i XX , związane to było głównie z projektowaniem ogrodów przez twórców z  kręgów Arts And Crafts. Phyllis Ress wyraźnie inspirowała się osiągnięciami projektantów związanych z  tym artystycznym ruchem ( przeca Hidcote Manor Gardens są tak Arts And Crafts że chyba już bardziej nie można, mła wie co pisze bo  żywcem widziała te ogrody ). W Tintinhull są użyte wszystkie "ogrodowe numery" jakie stosowano w projektowaniu zielonego na wyspach na przełomie wieków - "zielone pokoje" czyli niezależne mniejsze ogródki wydzielone przez mury i żywopłoty, do których prowadzą tajemnicze drzwi bądź otwory w żywopłocie  ( do takiego zażywopłotowanego czy obmurowanego ogrodu można zerknąć ale nigdy nie omiecie się go całego wzrokiem inaczej niż będąc  w nim ), są baseny, fontanny, altany a także ogród warzywny i sad ( w Tintinhull w sadzie są domki dla zwierząt w kształcie mało przypominającym kurnik czy królikarnie, jeden jest nawet miniaturą dworu Tintinhull ).







Tintinhull w 1933 został kupiony przez małżonków Reiss jako "wymarzona" siedziba i Phyliss wzięła się ostro do roboty. Nie była profesjonalistką, zajmowała się własnym ogrodem z pasją a inspirację czerpała z podróży i z ogrodniczych pomysłów znajomków. Wpisać w ogród dom, który jest widoczny z każdej jego części, różnicować ten ogród mając na uwadze to że układ ogrodu zaplanowano z myślą o osobach spoglądających z domu,  wcale nie jest sprawą prostą dla projektanta zieleni a co dopiero dla amatorki, choćby takiej z pasją. Phyllis sięgnęła do projektów słynnej projektantki zielonego Gertrudy Jekyll, ale uprościła znacznie nasadzenia, rezygnując z ilości gatunków i odmian na rzecz powtarzalności nasadzeń. Wprowadziła też nieco żywszą kolorystykę. Rośliny zostały wybrane z wielką starannością, głównie ze względu na efekt dekoracyjny jaki można było za ich pomocą uzyskać, a nie ze względu na botaniczne walory czy rzadkość występowania. Ogród jest "oszukańczo zdyscyplinowany" znaczy jego ścisłe ramy formalne są równoważone znacznie swobodniejszym sposbem sadzenia kwiatów. Phyllis sadziła również rośliny architektoniczne, które są "ramą" dla obrazu z bylin przez cały rok. Po śmierci Phyllis w 1961 roku ogród przeszedł na rzecz National Trust. Dwadzieścia lat po jej śmierci  dom i ogrody wynajęła od stowarzyszenia Penelope Hobhouse, jedna z najbardziej znanych projektantek ogrodów. To właśnie podczas pobytu w Tintinhull Hobhouse rozwinęła  pomysły kolorystyczne na nasadzenia, w swoich pracach a także książkach dotyczących ogrodnictwa często powołuje się na swoje doświadczenia związane z prowadzeniem ogrodu w Tintinhull. Cały ogród składa się z siedmiu wydzielonych obszarów, wszystkie nawiązują do klasyki Arts And Crafts, choć stopień inspiracji jest różny. Oczywiście każda część to inne ogrodnicze wyzwania, od spokojnej zabawy kolorami roślin na borderach do wyzwania jakim jest sadzenie roślin w tzw. suchym cieniu. Jak to mawiała Phyllis "Zrobiliśmy co w naszej mocy, aby jak najlepiej wykorzystać każdy cal".






A jakie wrażenie zrobił ogród na mła? No cóż, "oszukańcza dyscyplina" jej w jakiś szczególny sposób nie zafascynowała, choć mła przyznawa że może to było dlatego że przed zwiedzaniem  tego ogrodu zwiedzała ogród wg. oryginalnego projektu Gertrude Jekyll, w związku z czym była wybredna jak ten wybred. Ogródek jakoś ją mniej zafascynował niż otwierane chińskie sekretarzyki z początku XVIII wieku ( wolontariusz, starszy brytyjski gentelmen  zwabił Mamelona i mła na pokazywanie tajnych szufladek, było uroczo ). Za to odkryła w tym ogrodzie morinię, która usiłowała potem bez powodzenia uprawiać na Suchej  - Żwirowej. Dziś mła  myśli że zwiedzała ogród w nieodpowiednim czasie - " Było smaszno, a jaszmije smukwijne Świdrokrętnie na zegwniku wężały, Peliczaple stały smutcholijne I zbłąkinie rykoświstąkały.", znaczy na burzę się jakby miało. No i zmęczenie swoje zrobiło, na zdjęciach ( nawet tak kiepskich jak foty mła ) dopiero widać że ogród jest naprawdę cool.