piątek, 30 września 2022

Codziennik - byle do domu!

To będzie wpis codzienny bo do mła wraca w jakimś stopniu normalność. Co prawda to nienormalna normalność, taki oksymoron ale zdaniem mła znacznie lepsze niż to co było dotychczas. Znaczy Małgoś po trzytygodniowym trzymaniu w szpitalu nie wiadomo po co (  po okresie covidowym i leczeniu zapalenia oskrzeli czyli dniach dziesięciu zrobienie wszystkich wykonanych badań zajęłoby dwa dni i wypisaliby ją z lepszymi parametrami, u Sławencjusza podobnie, tylko parametry lepsze niż u Małgoś, więc razem z Mamelonem podejrzewamy cyckanie NFZ czyli podatnika ) w stanie zalegającym wypisują. I mła teraz napisze tak - hurra! Lepiej późno niż wcale bo było  blisko sondy z dokarmianiem i rożnych takich ale Małgoś się nie dała, więc za wiele się już na nią nie wypisze i na niej nie zarobi. I tak wychodzi z tego przybytku radości nawadniana kroplówką, bo czterech łyżek zupy dziennie i około dziesięciu mililitrów herbatki rumiankowej nie można uznać za nawodnienie. Z okazji zwolnienia  Małgoś mła spotkała się z czymś za co zdaniem mła nowa lekarka prowadząca Małgoś, gówniara po której zdawa się jeszcze nikt porządnie się  zawodowo nie przejechał, powinna dostać  po łbie co cud. Siedzimy wszyscy cicho bo inaczej to będzie że Małgoś wyłazi na własną prośbę, czego staramy się uniknąć ze względów oczywistych ale numer konowalski jest z tych grubych. 


Lekarz nie powinien oszukiwać osób uprawnionych do wglądu do danych medycznych w temacie zdrowia chorego i stosowanych procedur terapeutycznych. To jest po prostu nieetyczne i basta. Nie ma żadnego tłumaczenia. Otóż młodociane konowalstwo oświadczyło że Małgoś spacerowała z chodzikiem i fizjoterapeutą po korytarzu i dzielnie sobie radziła.  Nijak się to ma do kółka antyodleżynowego i takowego materaca zapodanego przez siostry, wszystkich starań sióstr przez nas wspomaganych w kwestii działań coby się odleżyny nie pojawiały, podnoszeń i usiłowań sadzania, oklepek uważnych coby żaden skrzep się nie urwał a krwioobieg na grzbiecie działał, masaży mięśni  nóg osobiście przez mła wykonywanych, braku konika do siadania i  stojaka na kroplówki, cewnika i klamerki na palcu. Jest też  niespójne z pozyskiwanymi od sióstr i lekarzy informacjami na temat przebiegu leczenia.  Mła zapodała to konowalskie info Małgoś, która jak wiecie  może jest i głucha ale nie głupia i mła z radością zobaczyła jak ciężko opadająca powieka się zatrzymała w połowie drogi, wzrok zrobił się u Małgoś bystry  jak u starej wrony, wyżerającej  jadło gołębiom i z tych biednych, wysuszonych mimo nawilżania  usteczek, z których mła słyszała  tyle przekleństw co na palcach rąk można policzyć,  padło  - "Co ona pierdoli?! Pokićkało się czy pijana?". Po czym było - "Nieważne, byle do domu! Kipnę  u siebie."


Mła musiała zawalczyć z synami żeby miejsce  poszpitalne to był dom Małgoś a nie ich domy ale mła jak trzeba to też potrafi być potworem i udało mła się pokonać nawet synową Małgoś, która tyż jest niezłą zawodniczką i trza przyznać walczyła ostro. Małgoś śpi te 23 godziny na dobę jak spała, wyniki ma takie jak miała ale przez ten nieleczący sen się uśmiecha. Wg. nas to my wygrałyśmy, uciekamy do siebie. Tym niemniej jak już będzie Małgoś w domu to w temacie mendycznym sobie ulżę. Ciekawe ile godzinek fizjoterapii było na Małgoś wypisane i ile faktycznie z tego co NFZ na nią wypłacił poszło na  tzw. inne potrzeby? Ta staruszka może i jest niekomunikatywna ale nadal jest świadoma.  Kaśka, synowa Małgoś, ma nadzieję że może Małgoś wkarw przytrzyma przy życiu, mła jest bardziej sceptyczna bo Małgoś jest z tych dobrotliwych i wyrozumiałych a jej wyniki są z tych dających alibi szpitalowi ale mła, jako taka u której juchę co i raz lubią sprawdzać,  jest świadoma że jedno właściwe badanie a cała ta dupokrytka poszłaby się beyać,  tylko  myśli sobie że własny dom to własny dom, potrafi na duchu podnieść i jest miejscem właściwym do odfruwania kiedy człek jest świadomy. Zatem cicho sza! Mła miała w nadchodzącym tygodniu jechać z Mamelonem, Gosią i Piotrusiem do Krynicy Zdroju i okolic ale oczywiście mła nie jedzie. Najwyższy Wakacyjny pchnął mła na wakacje w  Belgii w inszym terminie, wiadomo Siła Najwyższa przewidująca jest. Mła by teraz nawet do Rio de Janeiro za darmochę nie pojechała. Mła oczekiwa obecnie na przywiezienie Małgoś i mimo tego że jest źle, to  jest mła o wiele, wiele lepiej na duszy. Żeby i Wam nie było smutno mła załącza zdjątka z okolic szpitala w którym leżał  Sławencjusz, jak i z ogrodu Mamelona. Bardzo Was przepraszam że nie odpowiadam na Wasze komentarze, jakoś mła tak przygnębiło że się jej wszystkiego odechciało. Teraz będzie lepiej, obiecuję. W końcu nawet jak przyjdzie najgorsze to na naszych warunkach. No i wiecie jak jest - nadzieja człeka trzyma. Wszystkim Wam bardzo dziękuję, także w imieniu Małgoś, za wsparcie. Mefi jako sam potrzebujący wsparcia jest zwolniony z fluidowania. 

P.S. Bukiet Agniechy widziałam, piękny!

sobota, 24 września 2022

Jesień jak najbardziej oficjalna

Jesień już  tak oficjalnie, po lecie znaczy. Mła zgodnie z obietnicą zamieszcza ogrodowe zdjęcia. Niedużo ich bo mła tak po prawdzie znów nie ma czasu na ogród. No tak się porobiło że nie ma.  Mła już nawet nie planuje przekopków na październik,  bo co mła  sobie ogrodowo uplanuje to jebut i po ptokach. Jest jak jest i trudno, mła będzie miała chwastowisko zamiast ogrodu bo są sprawy ważne i ważniejsze. Ech... mamy pierwszą w naszym  kółeczku ofiarę niedogrzania, Gosia się potężnie przeziębiła. Nie że wirus czy coś, w robocie zimno było i to mimo zwijania się przy pacjentach. Naprawdę oszczędności energii dokonywane w placówkach medycznych to jest właśnie  to czego  nam potrzeba. Lepiej byłoby ustalić limit temperatury  dla mieszkań a nie w miejscach w których jest on czystym kretynizmem i niesie ze sobą więcej szkód niż pożytku. I zrobić to szybko, zanim mieszkańcy bloków wyhodują sobie superzadłużenie z powodu użytkowania energii "jak dawniej".

Mła stosuje dogrzewanie naturalne, kaloryfer widoczny na zdjęciu obok. Nie jest to grzanie najtańsze bo kocie żarło bardzo poszło w górę ale za to bardzo zdrowe i mimo opowiastek różnych nawiedzonych  o tym że koty ptaszki mordujo i dlatego w niektórych krajach wraz z ograniczeniem  kociej populacji zanikają niektóre gatunki ptoków ( że też  jakoś nikt nie zwraca  uwagi na tako zdziwno zależność i cóś tam równie cicho na temat co i raz podnoszonej przez mła roli masztów radiowych w ptasim zanikaniu, pewnie dlatego że tzw. zielone przesłanie to najlepiej przez srajfon do ludzkości trafia ) w miarę przyjazne dla środowiska. Co prawda  koty mięsożerne a tu trynd na paszę zieloną ale mła się cóś zdawa że nadchodząca zima niektóre eko pomysły sprawdzi aż miło. Zielone żarło to w naszym klimacie taki ślad węglowy za sobą w zimnych miesiącach niesie że nawiedzone pseudoekologi na samą myśl powinny sobie bohatersko świeżego zielonego odmawiać i odkryć ponownie czar kopców i kiszonek.

Mła dostarcza sobie energii za pomocą winnych gron, te owoce cóś mła ostatnio wchodzą. Żrę wszystkie winogrona na które jest promocja i jak na mła są to ilości duże. Nie kuszą mła jabłka, nie kuszą gruszki, nawet na smak śliwek cóś mła obojętna a na widok winogron mła czuje spływającą ze ślinianek ciecz. No to mła się słucha organizma i dostarcza ten cukier gronowy i insze mikroelementy. Mła się co prawda zaczęła już rozglądać za śliwkami ale takimi odpowiednimi na powidła, jak na razie nie spotkała takich, które spełniałyby w 100% jej wymogi. A to dupka nie uwiędnięta należycie, a to jakaś podejrzana miękkość  nadmierna zwiastująca restaurację robaków w okolicy pestki, a to zieleń skórki niepożądana. No cóż, mła grymasi ale mła od zawsze wychodziła z założenia  że z kiepskich owoców kiepskie przetwory. Nic to, zostaje jej dalej szukać prawdziwych śliwek na prawdziwe powidła.

Z naszą Małgoś różnie. Przedwczoraj OK, próba wyłudzenia słodkiego, wczoraj za to miała  badania po których była wykończona i wywaliła mła po oklepaniu ze szpitala do domu, bo tak jej się spać  chciało. Oklepuję codziennie, bo trza, zapalenie ustępuje i w zasadzie to  już są ślady tylko  po nim. Jednakże jak Małgoś mła powiedziała wielka słabość ją dopadła, co mła wiąże z leżeniem i krążeniem. Małgoś  nie może się już doczekać wypiski. Ze Sławencjuszem jest troszki podobnie jak z Małgoś,  śladu po zapaleniu  nie ma ale jeszcze go potrzymają bo  mu zrobią komplecik badań, których mu się udawało przez te wszystkie lata, kiedy był zajęty szukaniem u się ulubionych chorób przewodu pokarmowego,  udawało nie robić.  To zasadniczo jest dobre bo przynajmniej będzie wiedział w jakim stanie jest to co u niego  w organizmie najsłabsze  a nie wymyślał raka trzustki pomiędzy miską flaków a porcją golonki.  Tyle doniesień szpitalnych, mła ma nadzieję że w przyszłym tygodniu oba chorowitki wylądują w domu i będzie się można nimi porządnie zająć. Szczególnie przyda się to Małgoś, która zdaniem mla wymaga tygodni rehabu po tym szpitalnym zależeniu. Mła paczy podejrzliwie na koty, ale na szczęście  wyglądają dobrze i zachowują się bezczelnie, znaczy tak jak zawsze kiedy jest OK.  Mła je nastawia na przesyłanie fluidów  w kierunku zbliżonym do Drezna i  do Mefisia, niech ślą dobre wibracje. 

 
Co do  polityczności wdzierających się w nasze życie to mła się przypomniał stary dowcip o tym jak to wojska NATO zaatakowały spokojnie pracujące traktory na polach sowieckiego kołchozu. Traktory odpowiedziały zmasowanym ogniem rakietowym, po czym odleciały w kierunku Moskwy. Taa... niektóre sprawy wydajo się niezmienne. U nas w kraiku za to szopka goni szopkę, w mieście mła prawda czasu  już się zupełnie rozeszła z prawdą ekranu. Znaczy drogowcy zeszli z budów bo nikt im nie płaci. Hym... wyraźnie zanosi się na poszczenie  i to dłuuugie. Wkarw ustępuje miejsca zdziwku i przerażeniu żeby ponownie przejść we  wkarw. Ludzi którzy uważają że wyjdą bezszwankowo z tej orgii rozdawnictwa cinżkiej kasiory swoim i okruchów ludowi  jakby coraz mniej, optymiści nam topnieją jak lodowce. Ech... co robić. No gąski do kurek dohaftować.  W muzyczniku koncert jesienny na dwa świerszcze i wiatr w kominie.  Mła sobie dziś poczyta wreszcie porządnie znajome blogi, z herbatką.
 

poniedziałek, 19 września 2022

Mżawo i wszawo

Mła była u Małgoś, która mła poznała choć mła nie poznała Małgoś. Covid to prycho, krążenie jest problemem a zaleganie tu nie służy. Małgoś powiedziała  mła że w szpitalu wszystko jest niedobre, Małgoś ma ochotę  umrzeć ale cóś nie może. Mła odniosła wrażenie że Małgoś jest na silnych lekach bo usypiała w połowie zdania. Tym niemniej mła obudziła, oklepała, wygłaskała, otuliła, wywietrzyła pokój a jutro gotuje krupniczek, spiryt w łapę i  jedzie robić oklepkę. Po południu bo przed południem jedziemy do Sławencjusza, który już kombinuje jakby tu się wymiksować z leczenia, bo to nie jest żadne leczenie covida a schorzeń, które Sławencjusz starannie zaniedbał, bo nie są to jego ulubione schorzenia - Slawencjusz najbardziej lubi mieć zachorzały żołądek, który leczy duuużymi ilościami białka.  W międzyczasie mła musi zrobić korektę deklaracji ogrzewania bo niektórzy sobie ogrzewanie zmienili. Mła już czuje że będzie się działo. Mła usiłuje tyż cóś robić w temacie obabrazków haftowanych, cinko jej idzie. Koty bardzo ale to bardzo niedobre a mła ma zły humor bo nie dość kłopotów to jeszcze pogoda nie rozpieszcza. Mżawo i wszawo. Ogród odłogiem leży. W muzyczniku dziś  "Inny świat" wyśpiewany przez Antoninę Krzysztoń.

piątek, 16 września 2022

Press - światek w którym żyjemy

Serwery padają bo "niespodziewanie" zmarła 96 letnia kobieta, która w ostatnich latach czuła się na tyle źle że ograniczała  ilość obowiązków będących na jej  głowie. Trochę dziwnych bo tak szczerze pisząc mła  nie do końca łapie te symboliczne funkcje reprezentacyjne. Dziadek Elżbiety II, Jerzy V,  twierdził że jemu współcześni królowie są nikim innym tylko aktorami. Część jego progenitury świetnie to rozumiała i w związku z tym niezbyt się przejmowała tzw. królewskimi obowiązkami, Jerzemu  VI jednakże zwykłe poczucie obowiązku nie pozwalało odstawić się od tronu. I tak miał dużo szczęścia, żył w epoce radia i filmu, potem przyszła telewizja i  twór zwany  rodziną królewską przeniósł się do nadświata mendialnego, po to by  pod koniec panowania  córki Jerzego VI, Elżbiety II, w epoce netu i platform streamingowych,  doczekać się serialu o sobie, po którym fikcja poplątała się ludziom z realem. Taa... monarchia brytyjska stała się zjawiskiem popkulturowym znacznie bardziej niż zjawiskiem politycznym. Bo politycznie to monarchia zjeżdżała, ostatnimi czasy nawet jakieś  karaibskie państewko zdjęło  Elżbietę  II z funkcji głowy państwa. Po jej śmierci nastąpią zmiany w commonwealth, na które  szykowano się od dawna.

Diabli też wiedzą co się będzie dalej działo w UK, do tej pory status quo uznawano za nienaruszalny na zasadzie "po co babcię denerwować". Wszyscy Brytyjczycy pod siedemdziesiątkę królową dziedziczyli, rzeczywiście za jej życia pewne  rzeczy wydawały się niezmienne. Wydawały. I tak osoba pełniąca rolę dekoracyjną poprzez oddziaływanie pozapolityczne okazała się osobą o dużym znaczeniu politycznym.  Ot, taka zdziwność. Problemem jest to że Elżbieta  II była bardziej popularna niż instytucja na której czele stała. Jakby Brytyjczycy mieli mało problemów, Wielka Brytania stoi nad przepaścią ekonomiczną ( zresztą na własne życzenie ), głównym powodem jest zdaniem mła to że tak mocno klasowe społeczeństwo  nie potrafi się wystarczająco szybko adaptować do coraz szybszych zmian na świecie. Po prostu tzw. brytyjska tożsamość okazała się napompowaną imperialną fantazją, która zderzyła się z realnym potencjałem ekonomicznym, który odstaje istotnie od tego którym dysponują czołowi gracze. A brexit spowodował zanik handlu bez barier, City samo państwa nie udźwignie. Przynajmniej tak dużego jak  obecnie. Jak na razie UK weszło w rolę  wygodnego lotniskowca dla USA na wypadek jakiejś wojenki w Europie, ale od tego PKB Brytyjczykiem niespecjalnie rośnie. Nie znaczy że w UE to kwitnąca gospodarka, ale to Szkocja  za rok planuje referendum niepodległościowe. Przy mocnej pauperyzacji brytyjskiego społeczeństwa w ciągu ostatnich kilku lat ( w tym roku przyspieszyło, a zimą dopiero będzie się działo ), jest całkiem możliwe, że Szkoci wybiorą rozwód z resztą UK, tym bardziej jeśli konserwatywny rząd w Londynie będzie próbował do tego referendum nie dopuścić. W sumie nikt nic nie wie a wszyscy wyczekujo.

U nas w kraju skandal z LGBT w tle. Otóż Jarosław Kaczyński wytoczył był proces Janowi Pińskiemu o to że o jego życiu prywatnym informuje szeroką publisię i pomawia go o romans z  jakimś facetem z WSI i bycie ohydnym gejem.  Jarosław, nasz geniusz strategii politycznej,  zdawa się nie pomyślał z czym wiąże się tak zdziwnie sformułowane powództwo. Jak wiadomo politycy  życia prywatnego nie posiadają, bowiem każdy aspekt życia prywatnego może mieć wpływ na uprawianą przez nich politykę. Im polityk wyżej tym jego prywatność mniej prywatna, w krajach demokratycznych to standard. Chcesz mieć prywatność tylko dla się, nie idziesz do polityki.  Proste jak dwa i dwa to cztery. No ale Jarosławowi wydawało się że pięć. Jakby było mało to jeszcze to pomawianie o gejostwo.  Hym... żeby udowodnić czy z tym gejostwem  Jarosława to prawda trzeba by pozwolić na dopuszczenie tzw. wniosków dowodowych strony oskarżonej. No i tu zaczynają się schody bo sąd cóś temu niechętny a ciężko jest pozbawić  skarżoną o mówienie  nieprawdy stronę takiej możliwości obrony.  Niby można zrozumieć niechętnego politycznemu cyrkowi sędziego ale on nie jest od  polityki, to nie jego problem tylko wnioskodawcy. Sędzia to ma zapewnić uczciwy, zgodny z prawem proces i tyle. Najśmieszniejsze że mleko się rozlało i największe światowe agencje informują że rozpoczął się proces dotyczący tej tajemnicy Poliszynela jaką są preferencje  łóżkowe Jarosława. Normalnie  Talleyrand, Metternich, Churchill  to  żałosne dupki przy naszym strategu politycznym, brawo!  Cóż,  Jarosław żyje w świecie, który skończył się ponad trzydzieści lat temu, takim z systemem autorytarnym  ( demokracja ludowa to żadna demokracja ) i pedalstwem zamiast gejostwa. Mła ma nadzieję że Jarosław przynajmniej sprawdza się jako łojciec kotów, bo jako polityk to właśnie zaliczył wyłożenie w gnoju. 

Europa - Niemcy  nadal mają problem ze sobą, zdaniem mła strukturalny. Niemiecka gospodarka średnio innowacyjna,  rozwijała się głównie dzięki tanim surowcom. Tanich surowców ni ma no i dupa.  Niemce jak wiadomo robiły soft power tą gospodarką  a z powodu niedopieszczenia gospodarki paliwami cóś dalej robić nie mogą. A jakby było mało tego braku szaconku to sytuacja gospodarcza taka se,  za to na socjalu ludzie im wiszą, w tym uchodźcy. W kraju w którym brakuje rąk do pracy tak samo jak u nas. Jakoś jeszcze nikomu do głowy nie wpadło że trza zlikwidować socjal. Za to wpadło że będą osłaniać łobywateli przed grozo świata po raz enty. No takie to postępowe jak te aplikacje srovidowe za cinżkie miliardy, które ostatnio ich osłaniały. Tak osłaniały że gospodarka cóś dychająca a Niemcy wymierajo sobie spokojnie na wszystko inne niż covid zły. Nasi sąsiedzi właśnie zaliczają górkę zgonów, biuletyn Euromomo  publikuje raporty wskazujące, że  obserwuje się "podwyższony poziom nadmiernej śmiertelności". Niemcy mogą się pocieszać że w całej Europie jest podobnie i zaprzeczać gorąco temu że to działania ich rządu spowodowały u nich w kraju  taki stan rzeczy. Hym... niemieckie zarzundowe może zwalą jak  ich brytyjscy cooledzy na "to  dohtory, Panie tego".  Jak na razie niemiecki kanclerz  w ramach akcji "Nie wszystko spieprzyłeś, sporo do spieprzenia zostało" przekonuje  kogo się da do tzw. głosowania większościowego w UE. Problem jest tylko taki że na niemieckie pomysły patrzy się teraz  coś mało przychylnie. Ostatnio pana kanclerza spuścili w Pradze, mimo demonstracji i wogle. Generalnie coraz wincyj krajów europejskich  ma na niemieckie państwo cóś jakby nieco wylane. Hym... dziś reklamy z niemiecką solidnością w tle się  nie pokazują bo i kto by w nie uwierzył? Niemce tę cinżką polityczną dupandę na tzw. arenie międzynarodowej rekompensują sobie nowymi projektami duszenia łobywateli maseczkami. Powszechnie już wiadomo że  maseczka to tak chroni jak wielki napis "A teraz mnie zaraź" ale do  kraju działających faksów to widać jeszcze nie dotarło. Lauterbach, ichni mynister od niezdrowia,  cóś  świerka o przyjmowaniu czepionki częściej, być może kwartalnie - mła go podejrzewa o to że startuje w konkursie na największego wioskowego głupka. Ludność  Niemiec takoż. 

W USA dramat inszego rodzaju. Demokraty twierdzo że Ryży samo zło. Ryży zdaniem mła  raczej sama głupota a problemem nie jest on jako taki tylko  jakość politycznego establishmentu. Demokraty głoszo że wszystko co głosuje na Trumpa to  rasiści, biali suprematyści i homofobowie i że to on osobiście, ten Ryży,  jest źródłem wszelkiego zła. Tymczasem Trump nie jest źródłem problemu, ale jego skutkiem. Ludzie idą za Ryżym nie z powodu jego wad, głupoty i antypatycznej osobowości, ale pomimo tego wszystkiego -  idą z braku lepszej alternatywy. Taa... to jest głupie ale jakoś Amerykanom cinżko wyjść poza duopol partyjny. Republikanie,  mocno tracąc wyborców poszli nie w kierunku zmiany programu ale przytulenia się do skrajnie prawicowych grup. No i  uruchomili lawinę, której  nie byli w stanie powstrzymać i która być może przyniesie im za jakiś czas zagładę lub poważne osłabienie. Bo ludzie w USA w większości nie chcą republikanów  co dobrze pokazują wyniki zbiorcze głosowań na prezydenta na przestrzeni ostatnich 30 lat. Gdyby nie  amerykański system wyborczy to republikanów by już nie było, co nikogo nie powinno cieszyć bo niezdrowo jest kiedy jedna strona sceny politycznej zyskuje przewagę. Teraz wszyscy  będą głosować za republikanami na złość  Józkowi, tylko że wewnętrznych problemów Ameryki to nie rozwiąże bo zarówno demokratom jak i republikanom cóś ciężko się zabrać do nałożenia smyczki i kagańca korporacjom. W końcu któś kampanie wyborcze musi finansować, nieprawdaż?

Ukraina - ponoć nie da się już zrobić referendum w Donbabwe. Rosjanie dla równowagi nie zrobią tyż referendum w Ługandzie. Za to w rosyjskiej telewizorni  sondują poprzez tzw. rozbieżne opinie na temat operacji specjalnej czy da się wyleźć z tego guana nie tracąc władzy. Na razie nikt nic nie wie a do Rosji nadciąga jesień, oligarchia i kierownictwo spółek państwowych z okien nadal lata. Niekoniecznie na południe. Ech... pribliżałas Dawol'na skućnaja para, Stajał najabr' uż u dwara. Zdaniem mła Ukraińcy walą Rosjan  na północy Ukrainy dlatego że nic tak Rosji nie pokonuje jak ona sama. Ot,  bardak, wystarczy tylko się w odpowiednim miejscu z odpowiednią ilością wojska pokazać. W chersońskim, gdzie stały doborowe jednostki Ukraińcom tak łatwo nie poszło, co nie znaczy że jeszcze nie pójdzie bo Rosja wyraźnie się zwija. Dopóki zwyczajni Rosjanie walczyli przed telewizorem było OK ale od  kiedy w przestrzeni publicznej latają propozycje od których można samemu zamienić się w Gruz 200 czy  Gruz 300 to poparcie dla specjalnej operacji w Ukrainie cóś słabnie a armia  bokami robi bo siła żywa się zmyła. Cała nadzieja reżimu Wujka Wowy w tym że załatwi Europe surowcami, co jest o tyle głupie że to nie  Europa głownie śle na Ukrainę  sprzęt. To że  przy okazji tego pokazania Europie  załatwi się też  Rosję zdawa się nie ma już dla Wujka Wowy znaczenia. Niedźwiedź słaby co wyczuwają wszystkie szczurki okoliczne i rzucają się sobie do gardeł. Kwestią czasu jest kiedy  zaczną rzucać się na niedźwiedzia. Tak od wewnątrz.

No dobra, tyle o nadświatku mendialnym i jego przekazie o tym co na świecie. Dla nas przytłoczonych podwyżkami cen to wszystko zdawa się mieć znaczenie poboczne, choć tak po prawdzie obecna sytuacja w koncu wynika z tzw. wielkiej polityki. Choć  to nie działania dziadzia Klausa, knowania Gatesa czy tam innego Sorosa tylko upadek europejskiego modelu socjalnego, który zawala się pod ciężarem zobowiązań państwa. W Stanach  mają swoją wersję problemu  np. jazdy z nadmiernie wysokimi wycenami procedur medycznych i kontrolą funduszy emerytalnych. Wyraźnie wychodzi na to że wokół socjalu będzie się działo w całej tzw. demokracji zachodniej. No cóż, pożyjemy, zobaczymy.  Jak dla mła najważniejsze są jednak komunikaty ze szpitali bo to jej najwięcej spędza snu z powiek. Mła martwi że Małgoś nie sadzają na łóżku, chcę jak najszybciej się do niej do szpitala doczłapać i wejść. Uspokajające komunikaty o tym ze Małgoś nawiązała kontakt z lekarzami jakoś na mła nie działają. Covid - srovid w przypadku Małgoś nie jest aż takim problemem jak komplikacja  po nim w postaci  oskrzelików zapalonych. Mła się martwi i to bardzo bo leżenie i izolacja wcale nie jest dla Małgoś dobra. Sławencjusz lepiej ale on ma telefon, głuchy nie jest i pocieszki płyną. Ech... W muzyczniku muzyka niezobowiązująco odstresowująca. Ilustrują wpis obrazki stworzeń które wymyślił mistrz  Hieronimus.

sobota, 10 września 2022

Zmartwienie

Sorry że mła nie odpisywała na komenty i wogle ale ma zmartwienie. Nie ze sobą bo mła jak ten zloty rybek powoli zapomina że covid straszliwy trzydniowy miała ale Małgoś wylądowała we szpitalu. Ze słabości ogólnej. Oczywiście  covid  tyż jej  wylazł, choć Małgoś twierdzi że to żadna zaraza tylko przeznaczenie, znaczy znaki w kalendarzu i zejście królowej brytyjskiej oraz  sen proroczy o  Małgosinym małżonku zapraszająco poklepującym kanapę. Mła przygroziła że zaraz wyleczy jej to przeznaczenie i to boleśnie. Dobre w tym wszystkim jest to że oskrzela i płuca czyste ale jednak Małgoś ma 94 lata więc ze względu na serducho i kruche żyłki wylądowała w szpitalu na internie, w sali covidowej. Szczęściem w nieszczęściu Małgosina  bratanica była kiedyś w tym szpitalu pielęgniarką, cooleżanki ma, więc Małgoś nie będzie tam taka sama. A tak prosiłam - nie podchodź, parę dni dni beze mnie zniesiesz, siedź na pupie mła nic nie jest. Nie, przylatywała i sprawdzała  czy ze mła w porządku. A ten cały covid mła to jak do tej  pory  jedna noc z 39.2, osłabienie i spanie drugiego dnia, dolegiwanie trzeciego i tyle. Mła uważa z rozruchem jak po każdej wirusówce ale  pamięta ostrzejsze rodea. Natomiast dla Małgoś w tym wieku  to i katar niebezpieczny. No i teraz mła siedzi i się martwi.

środa, 7 września 2022

Codziennik - oznaki jesienności

Jesiennieje. Skąd mła wie? Ano Mamelon podłapała wirusa, nie wiemy czy najmodniejszego ale jakowyś jest. Mamelon nie jest z tych chytrych małp co to tylko o sobie  myślą, czym prędzej się podzieliła ze Sławencjuszem i mła. Szczodrze. W związku ze związkiem wizyta u  Dżizaasa nie wchodzi w grę. Na szczęście  Jądrzej sobie radzi choć ma do czynienia z ostrą zawodniczką - była już próba układania rzeczy w szafie, oczywiście Dżizaas stała przy tym na jednej  nodze co skończyło się tym że rapetka jej spuchła. Mła powiedziała co sądzi o tzw. wykształconej głupocie i Dżizaas obiecała karnie leżeć i nie myśleć o porządkach domowych czynionych "bo jest okazja". Mła Wam napisze  tylko tyle - biedny Jądrzej. Nasz Tatuś zadzwonił do mła i  zaczął cóś kręcić w sprawie przyjazdu do miasta Odzi.  Mła pominęła takie ważności jak  jego ukochany synek kot Rattusek i jego nowe córki kury i spytała wprost czy aby Tatusiowi się zwyczajnie  nie chce. Tatuś się przyznał do niechęci do podróżowania,  co przyjęłyśmy z Dżizaasem na klatę. Tatuś ma pod osiemdziesiątkę, ma prawo mu się nie chcieć, tym bardziej iż wie że Dżizaas jest dopilnowana i za ewentualne występy grozi jej wyrwanie nogi z tyłka przez przyjaciół i rodzinę i bicie tą wyrwaną kończyną po głupawej główce aż płaska będzie. Zatem jak widzicie jest naprawdę jesiennie, siąpimy, w gardle nas drapie, gorączkę mamy, dodatkowo mła czuje że mocz usiłuje ją opuścić  co i raz, więc klasyka. Mła troszki wnerwiona bo to kolejny wirus przez nią podłapany w tym roku,  po tym pieprzonym półpaścu, znów ją czeka nachodzenie dohtorów., którzy uwielbiajo pochylać się nad jej juchą i wydziwiać.

Po czym jeszcze mła poznaje nadchodzącą jesień?  W tym suchym roku wcześnie zaczynają żółknąć liście na lipach rosnących na ulicy przy której mieszka mła. Jeszcze nie ma  dziesiątego września a tu już taka jesienność. W sklepach ogrodniczych w dzielni mła zaczęli już sprzedawać wrzosy, jeszcze trochę i rzucą do sklepów wiosenne cebule. Ech... niech mła to wirusisko czym prędzej opuści bo  mła ma różne gryplany. W ogrodzie  mnóstwo roboty, mła się tej jesieni poświęci głównie przemeblirowce na Suchej - Żwirowej, myśląc przy tym o Ewandce, która jest dla mła wzorem pracowitości. Mła to myślenie potrzebne  bo mła się musi zmobilizować. Hym... mła się ostatnio tak relaksowała że na Suchej - Żwirowej morze traw i to nie koniecznie tych, które mła chce uprawiać. Sucha  - Żwirowa wygląda już jak Alcatraz czyli wielki wyrzut resztek sumienia.  Mła musi też zapaczkować  co czeba i wysłać  do zaprzyjaźnionych ogródków i domów. Mła jest straszna rozlazłość i guzdrała. Na razie mła nie chce jednak o tym myśleć  bo i tak już  ją głowa boli, to po co do tego bólu ma sobie  jeszcze dokładać ból sumienia? Jeden ból na raz  mła wystarczy.  Cud pogoda za oknem służy mła do wygrzewania kosteczek, dobre i to,  bo już straszą nadchodzącym zimnem nazwanym jakimś babskim imieniem. Może w pakiecie z obniżeniem temperatury choć troszki popada.  Bardzo, bardzo  by się to przydało.Mła ma nadzieję że może  w naszych lasach okołoódzkich pojawią się grzyby.

Nadchodzącą jesienność  mła tyż widzi  po zachowaniu kotów. Szpagetka nadal odwiedza fabrykę, gdzie jest pasiona rybą. Wyłudza na bidę, znaczy ustawia się tak  przed budką ochroniarzy, żeby było widać brak łapki i bez pikulenia i miauków wpatruje się w budkę. W związku z metodą wyłudzania ma ksywę Kaszpirowski. Hym... mła zacznie nosić do fabryki konserwy bo jej wstyd że rozpaskudzona gwiazda obżera fabryczne koty. Oczywiście doprowadziła do tego że nawet Kituchna boi się podejść do jej miski. O rany, mła opadajo macki. Sztaflikowi udało się dojść do normy  bez pomocy dohtorskiej, dobre żarło i witamina C uczyniła ten cud. Chłopaki na wieczór wracają do domu, śpią już na zimowych miejscach. Mruciu usiłuje dopieścić swoją doopkę, kładąc ją na twarzy mła. Mła woli żeby doopka była kole pleców mła,  bo uszczęśliwianie Mrutkowej doopki powoduje że Pasiak usiłuje uszczęśliwić swoją a mła musi jakoś oddychać. Najpóźniej do domu ściąga Okularia, ona grasuje do późna w Alcatrazie prowadzając się z Kituchną. Jednakże i ona coraz częściej nocuje w domu i wychodzi na dwór kiedy jest już na tyle ciepło że można spokojnie uwalić się w trawie i wygrzewać ciałko. Dzisiejszy wpis jest muchomorzasty, mła niestety nie ma własnych muchomorów, tylko kropidlaki i zajączki u niej porastają. No to mła  wykorzystała kanwę z wysortów, z której zmyla nadruk awokado z jakimś durnym tekstem i teraz posiada muchomora. Samorobotnego. W  muzyczniku nostalgicznie.

sobota, 3 września 2022

Codziennik - da się radę!

Mła wczoraj  i dziś znerwowana bo Dżizaas krojona. Mła będzie miała  weekend z podminowaniem  bo się umówiła z Dżizaasem dopiero w niedzierlę na telefun. Nie będę jej przeca zawracała głowy kiedy będzie do się dochodzić na środkach przeciwbólowych, którymi  po takim zabiegu raczą obficie. W związku ze związkiem mła musi, jak to się określa,  znaleźć  sobie miejsce czyli czymś  się zająć. Znaczy weekend będzie  taki jak  tydzień. Mła w zeszły weekend pojechała z Mamelonem i Sławencjuszem  do Gosi i Piotrusia na działkę coby wypocząć przy  grillku i namówić Gosię i Piotrusia  na odwiedzenie Antwerpii w przyszłym roku, co się  udało. Mła przy okazji sobie uzbierała na przyjacielskiej  działce troszki owoców i warzywek i w domu odwaliła przetwórstwo. Ponieważ owocki zostały w części pochłonięte na surowo, dżemu z jeżyn i malin wyszły ledwie trzy słoiczki, ale są. Mła słoiczkuje namiętnie bo trza i bo się będzie dzielić. Polityczne zresztą zaczęły namawiać do słoiczkowania, he, he, he - rychło w czas. 

W związku z rekonwalescencją Dżizaasa zamierza odwiedzić nas Tatuś, mła w związku z tą wizytą gospodarską ( Tatuś nie wiedzieć  czemu uznawa że wizyta u córek musi być wizytą gospodarską, mła z tym podejściem Tatusiowym walczy ale tym razem uznała że zabieg Dżizaasa jest dla Tatusia zbyt dużym obciążeniem emocjonalnym i nie będzie mu dokładać ) odgruzowuje powoli  chałupę. Obserwuję też mła mocno  Sztaflika, bo jest łzawienie ślepek i zmniejszenie apetytu, nie wiem czy się  do Pana Dohtora nie udamy. Oczywiście  to nie jest tak  że Sztaflikowi apetyt nie dopisuje tak ogólnie, wątróbka i kurczaczek zjadane nader chętnie, pucha za to be i tórebka tyż. Mła jeszcze poobserwuje bo tak do końca nie wie co jest grymaszeniem a co wynika ze złego samopoczucia koty. Oczywiście  mła się zamartwia bo tak zawsze jest kiedy koty zachowują się  niestandardowo, znaczy nie wciągają jak odkurzacze. 

Mła przetwarza pomidorki, mła przetwarza ogórki, nie tylko słodkości w tym roku pójdą do słoików. Zastanawiam  się tyż czy nie zrobić noszącą różne  egzotyczne nazwy pastę z bakłażana, pomidorów i papryki.  Mła bardzo lubi ten zestaw owoców uchodzących za warzywa, zrobiłaby tego troszki więcej i podzieliła się z Cio Mary, która dzielnie przynosi mła pomidory z działki sąsiada Waldiego  ( sąsiad Waldi słynie w całej  klatce Cio Marysinego bloku ze swoich upraw - ilość, jakość powalająca i do tego naprawdę zakręcone odmiany sąsiad Waldi uprawia w swojej szklarence ). Ech... cóś kuchennie się mła jesień  zapowiada. Jak na razie mła odnosi umiarkowane sukcesy w karmieniu  Małgoś, zielona fasolka szparagowa ugotowana tak żeby  zieleni nie straciła, polana bułeczką zrumienioną na masełku zgodnie z wytycznymi  kuchni polskiej, została przez oną określona jako  obrzydliwa. Kapusta zasmażana z pomidorami do schabowego była zaledwie poprawna, sam  schabowy został określony jako "nierówno zrumieniony" ( nieprawda ), ziemniaki były  niejadalne a mła jest nieustannie molestowana w sprawie  placuszków, naleśników, owoców w cieście i inszych  słodkości. Wykłady mła o białku są ignorowane, za posiłek pożywny uchodzą zdaniem Małgoś placki ziemniaczane. Oczywiście z cukrem. Szczerze  pisząc to mła opadają ręce. Mła gotuje śmieciówki, barszcz ukraiński i inne szczi, barszczyki zabielane czy ogórkową na maśle. OK, wywary na mięsie zjadane zbyt często nie są zdrowe. Zupy Małgoś zjada, z tzw. drugim jest problem. Małgoś uznaje że w jej sytuacji drugie po prostu musi być słodkie. Niedługo będzie badana Małgosina krew, mła ma nadzieję że nie wylezie żadna anemia, zmora staruszków. A tu pora grypowa za pasem.

Mła stara się myśleć pozytywnie o zimie, cóś  się jej wydawa że będzie musiała uszyć sobie i kotom cieplejsze ubabranka. Dodatek, który mła proponują do ceny paliwa jest z tych śmiesznych więc mła się i owszem pochyli coby zgarnąć  ale naprawdę nie wie jak suma pozwalająca na grzanie przez około dwa tygodnie ma jej bardzo pomóc w sezonie grzewczym pięciomiesięcznym. Taa... mła zakupi i będzie  śledziła prognozy, mróz to mła włączy, nie mróz to mła i koty w ubabrankach eskimoskich. Dobrze że mła jest zimnolubna a koty lubiejo  pierzynki. Mła nie wkurza że będzie marznąć w celu przykrócenia  rosyjskich zapędów, mła wkurza jedynie to że będzie marznąć bo kretyni u władzy nie potrafią zarządzać  żadnym kryzysem, za to sami produkują kryzysy z  tych okrutnych. Mła cóś nie jest odosobniona w tych odczuciach, zdawa się jej też że liczba odczuwających podobnie się powiększy, kiedy ludziska zorientują się jak to jest z tymi trzema tysiami dla wszystkich ogrzewających wunglem. Zostaje liczyć na cud, w końcu u nas cuda so powszechne - wody rzek zamieniajo się w morskie i złote algi kwitno. 

Nasze rodzime zarzundzające kretyny powiększajo  skalę kryzysu, który jest wszystkim na rękę. Otóż zostanie ukrócona nadmierna konsumpcja dóbr, politycy z prawa i lewa oddychajo że da się to zwalić na Wujka Wowę a nie na załamanie systemu i ich własną nieudolność i zarazem pazerność. Mamy winnego, hip, hip, hurra i może nie będziecie pamiętać o głupotach które wyczynialiśmy starając się z gównoburzy zrobić światową  srandemię, przy okazji odwalając takie przewały i tak korzystając z waszych piniąchów że łysemu dziurwy po byłych włosach się mogą obkurczać na sam wspominek. W Hameryce klęska polityki covidowej skłania do wynurzeń coraz to nowych umoczonych, w UK tyż się zaczęło. Możemy spodziewać się różności bo Moderna i Pfizer właśnie wzięły  się za łby. Biuletyn EuroMOMO nadal publikuje raporty wskazujące, że w całej Europie obserwuje się "podwyższony poziom nadmiernej śmiertelności",  z powodu  wszystkiego  innego tylko nie covida złego. Mła się wydawa że im dalej  będzie w las tym ciekawiej, za jakieś dwa trzy lata  już będzie dla każdego jasne w jakim przekręcie brał udział i jaką kasę od ludzi wyłudzono na czepionki, które niczemu nie zapobiegały za to sporej liczbie osób zaszkodziły. No i co z tego? Mądry po szkodzie. Mła się stara odcinać od info, na wschodzie bez  zmian a  u nas zwykła codzienna głupota typu władze, które nie są w stanie od koncernu telekomunikacyjnego ściągnąć normalnego podatku będą  walczyły o reparacje za szkody z okresu  II wojny światowej - to co się mła  będzie nerwować i info katować.

Mła się będzie zajmować bardziej domowizną, życiem jak najbardziej realnym bo coś  jej się zdawa  że polityczni szczęśliwie się tak odkleili od rzeczywistości że ich wpływ na nasz real maleje. Oni sobie jakieś tam deklaracje, zarzundzenia a świat się toczy po swojemu. Mendialne tyż odleciały, zarzundziły kontrofensywę ukraińską tylko zapomniały jednostki frontowe powiadomić że mają robić hurrra. No a Wujek Wowa na złość mendialnym ani myśli kipnąć. Teraz newsem powinna być wiadomość - Lekarze szacują że Wujek Wowa dożyje stu dwudziestu lat! Taa... idiotą ten kto jeszcze politycznym i mendialnym zawierza, mła sądzi  że czas najwyższy samej i samemu zacząć  myśleć, trza  się z sąsiadami zbierać do kupy i zadbać o ciepło w zimie, u nas na podwórku wielkie cięcie drewna, w razie czego mła zdecydowała  że rozbierzemy ze dwie szopy. Mundziu z Pana Dzidkowej  kamieniczki doszedł do wniosku że trza pojechać do bimbrownika znajomego po zapas waluty, jak to ładnie określił. Ciotka Elka zrobiła spis okrutnych ilości kasz do zakupu a Małgoś sobie zażyczyła niemalże wór strączkowych. Na wuj nam śledzenie co kto komu powiedział relacjonowane przez zawodowych kłamczuchów?

Mła przy okazji odgruzowywań znajduje to i owo. Naszła nawet figurki psiej orkiestry przekazane jej przez Małgoś, swoje dwa stare  "łomonosowy" i okrutnego kotka pochodzenia  chińskiego. Ba, mła nawet naszła farby do tkanin, co prawda przeterminowane ale zawsze. Został też znaleziony i odkurzony kielich, który mła prawie czterdzieści lat temu przywiozła niemożebnie zatłoczonym pociągiem z Krakowa do Odzi. Bez uszczerbku go dowiozła co zakrawało na cud. Ha... co jej tam straszenie zimą bez możności ogrzania chałupy, mła pamięta komusze pociągi i grożącą zejściem w razie spożycia fasolkę po bretońsku w przydworcowych knajpach późnej komuny! Mła pamięta jak urządzała la chasse  na papier toaletowy zamiast na starzyznę i jak kombinowała żeby wyrób czekoladopodobny  uczynić zjadliwym. Mła skutki działań naszego zarzundu niestraszne, mła już jedną komunę przetrwała, przetrwa i tą drugą. Odczytuję pozytywne znaki, naszłam swój własny obrazek grubego anioła z czuwającymi nad aniołem irysami, uważam go za szczęśliwy wizerunek. Da się radę!


 Jako ozdóbstwa dziś fotki przetworów, zbiorów i wytworów. W muzyczniku jeszcze letnia piosenka.

wtorek, 30 sierpnia 2022

Flandria - część druga

 

Romi mła pisała że jakże to tak, czekuladkę od  ust  to mła się przykłada ze sprawozdaniem Miałam  przejść  płynnie do wystaw sklepowych i sklepów brocante ale jednak najsampierw dokończę sprawy żołądkowe. Będzie bardziej konkretnie, mniej słodko. Nasza ekipa postanowiła żywić się tym co tubylcy, znaczy nie tylko restaurany czy bary ale i normalnie uskuteczniać zakupy jedzeniowe jak lokalsi. Od zawsze wynajmujemy lokale typu studio, w których jest  wyposażona kuchnia. Przy grupie czterech osób to się po prostu opłaca, śniadanka  czy kolacje robimy sobie sami, na mieście jemy  jeden posiłek i kombinujemy żeby lokal  był z tych w których posilają się miejscowi a nie tylko turyści. No cóż, to oznacza że gwiazdki Michelin  raczej nie znajdziemy ale zdarza nam się świetnie zjeść.  W sklepach szukamy tego co miejscowi mają w koszykach, choć kupujemy też dobrze  znane nam  z polskich sklepów produkty. Podstawą naszego wyżywienia śniadankowego były jajka i chleb, w różnych odsłonach było to zapodawane. Chleb tostowy na grzaneczki bo hym... Flamandowie  nie są  mistrzami wypieku  chleba, za to bagietki i insze bułeczki jak najbardziej  im się udają. Mleko tyż takie  bardziej porządne, 3.7% tłuszczu. Sery, warzywka, kiełbaski i masło bardzo poprawne i wcale nie droższe niż u nas. Niestety woda z wodociągów w Brugii i Gandawie taka se, herbata i kawa niespecjalnie dobra z nich wychodzi. Flamandzkie jedzonko naszliśmy już pierwszego dnia w Brugii, zmęczeni po podróży postanowiliśmy się solidnie pokrzepić.

Zaszaleliśmy, flamandzkie żarełko w Bierbrasserie Cambrinus, piwiarni  mieszczącej się w budynku z 1699 roku - jak tłumaczy Googlowaty "budynek ma bardzo światową fasadę dla żałosnej Brugii" - hym... w stylu Roya z "In Bruges" to tłumaczenie. Nie dość że budynek rzeczywiście zdziwnie zdobiony, Gambrinusem, królem piwa  i połową Olimpu na fasadzie, że od zawsze były w nim knajpy, to jeszcze po 17, świętej godzinie obiadowej, dają w nim dobrze jeść. Przyjemnie posiedzieć i popatrzyć i przyjemnie zjeść. Vlaamse Stoofcarbonades bereid met Gulden Draak en Compote van Appel i Konijn op Vlaamse wijze, bereid met ons Huisbier Gambrivinus zostało zamówione. Z flamandzkiego na nasze to karbonada wołowa duszona w piwie Gulden Draak i podana z jabłkowym sosem oraz królik ze śliwkami przygotowany z rzemieślniczym piwem Gambrivinus, podany ze smażonymi krokietami ziemniaczanymi. To był nasz najdroższy posiłek na tych wakacjach ale uczciwie trzeba przyznać że smaczny, bo piwo do duszenia mięs użyte było wysokiej jakości, jak i inne tworzywo dobre. No i był obfity. Tego wieczora odkryliśmy też smak Bourgogne Des Flandres z kija, które smakowało nam cóś lepiej niż Chimay czy De Landtsheer. Hym... dla mła stało się jasne dlaczego parasole przed knajpką miały czarny nadruk Delirium. 

Choć piwa butelkowane nie są tak smaczne jak te z kega to trzeba uczciwie przyznać że co wieczór degustowaliśmy, nie żeby spadać pod stół ale  żeby sobie posmakować. Niestety rybków na Vismarkt świeżych zbyt dużo nie było, na morzu wiało, zatem postanowiliśmy  sobie powetować niepowodzenia w dziale żywienia  morszczyzną mulami w Braserrie Mozarthuys, która po prostu była po drodze.  Nie wiem jak tam u nich inne żarełko ale mule robią dobre. Z białym winem, czosnkiem i selerem naciowym. Nieprzegotowane. Kolejnego dnia skusiliśmy się na menu lanczowe w knajpce której nazwy zabyłam. Szkoda, bo robili domowy pasztet i porządną zupę z porów. Lody waniliowe były z tych lepszych. W Gandawie czekało nas smętne odkrycie że jadłodajni  tu wiele  ale knajpki dające jeść po  flamandzku cóś nie występują często. Skutek był taki że  jedliśmy ramen i fryty z majonezem. Na jedno szczęście udało nam się znaleźć bar prowadzony prze głuchoniemego pana, gotującego domowe zupki, między innymi waterzooi. Było bardzo smacznie.  No i miło, bo pan dla nas troszkę zwlekał z  zamknięciem baru. 

Wystawy sklepowe - mła uwielbia się wgapiać w one bo sporo jej  mówią o ludziach pomieszkujących w miejscach przez mła odwiedzanych. Nawet te ze sklepów pod turystów mają w sobie zawsze coś lokalnego. Flandryjskie  wystawy okazały się odkryciem - mła się z nich wywiedziała że w Brugii sezon bożonarodzeniowy trwa cały rok, że Chińczycy produkują "sztuczną" koronkę, że na gobelinowych poszewkach na poduszki  można zmieścić cały świat, że nie tylko mła ma kuku na muniu na punkcie tak niezbędnych rzeczy jak ocieplacze na jajka kurze ( wymieniam na jakie bo Jądrzej zabił mła wzrokiem kiedy mła  podzieliła się z Dżizaasem odkryciem i zasugerowała konieczność posiadania onego  osprzętu ), parędziesiąt kubeczków na każdy tydzień roku, odpowiednie imbryczki do odpowiednich herbat, miniaturowe wanienki i miniaturowe kuchenki, chińskie czy indyjskie torebki z kotami, które powinna posiadać każda zwariowana na  kocim punkcie pańcia, muszelki srelki. Niestety występuje na wystawach absolutna okropność, której istnienia mła nie rozumie, mianowicie wypchane zwierzęta. Głowa sarny może  pojawić się niespodziewanie w sklepie z ciuszkami  dla niemowląt.


Niektóre sklepy wyglądały na skrzyżowanie branży z brocante, insze były branżą w stanie czystym. Też były ciekawe tylko w inny sposób, mła na podstawie wystaw mogła sobie uświadomić jak dalece zmieniła się demografia w tej części kontynentu. Hym... w kraju nad Wisłą  nie uświadczysz kolorowych manekinów. Oczywiście mła nie oglądała wystaw sieciówek bo i po co, najfajniejsze zdaniem mła są sklepy typu dziupla w których jest mydło i powidło i te ocierające się o lamusy ze starzyzną. Jako znak czasu mła traktuje zjawisko zanikania księgarń. Gandawa  ponoć słynie z targów bukinistów ale tak po prawdzie to mła widziała książki głównie w sklepikach muzealnych. Hym... może łaziła po niewłaściwych dzielnicach. A może jest tu tak jak i gdzie indziej gdzie net dociera, książki zamieniają się po prostu w audiobooki. Jakoś  ciężko mła dopuścić do świadomości że ludzie mogą nie czytać książek, że w ogóle mogą nie czytać.

Oczywiście Mamelon i mła ruszyły do sklepów ze starzyzną a zaraz za nami Dżizaas i Jądrzej, którzy odkryli uroki polowania. Wszyscy szukaliśmy zadanej przez Mamelona ceramicznej deski śniadaniowej, w coolorze kremowym, z "dobrze opracowaną i nie taką wulgarną dziurą", bez  żadnych malowideł i nadruczków, z dopuszczalnym miękkim elementem w stylu zgrzebnego rokoka kole tej wysublimowanej dziury. No wicie rozumicie, polowanie z nagonką choć zważywszy na dzikie biegi uskuteczniane  od lamusa do lamusa to mła się czasem zdawało że to par force bo psi prowadzone na smyczkach widząc te  nasze galopy i cwały  czuły się w obowiązku ujadać. Brocante czyli polowanka na śmieci i wysorty mam wrażenie  są narodowym sportem Flamandów. Ludzie bywałe twierdzą że tak jest w całej Belgii i mła się wydawa że to może być prawda. Pod koniec tygodnia dochodzą do tych sklepowych rozkoszy targi, w których udział biorą zarówno lokalsi jak i turyści, a także takie zjawiska jak zespół pieśni i tańców ludowych 80 +, który zamiast godnie  gdzieś  pitulić flamandzkie  ojla, ojla nagle wyrósł kole mła i rozpoczął  w sile trzech członków i jedna członkini targowanie gara wyglądającego  na świeżynkę. Ojla, ojla to było kiedy sprzedawca upierał się przy cenie. Takie z przytupem.Targować się należy, to jest część całej zabawy i w tym właśnie punkcie Flamandowie przypominają  mła mieszkańców Italii - co to za przyjemność z zakupów kiedy człowiek nie ma tej świadomości że kupił cóś za bezcen?

Mła  szczególnie do serca przypadły kawiarnie pootwierane w lamusach, naprawdę fajnie jest przyjść w sobotni poranek na kawkę i pogrzebać sobie przy okazji w wysortach. Te przybytki posiadają toalety więc po grzebalnictwie można ręce  umyć i spokojnie zjeść croissanta. Mimo atrakcji w postaci grzebalnictwa ceny kawy takie same jak gdzie indziej. Mła bywała w takich  sklepiko - kawiarniach zarówno w Brugii jak i w Gandawie, bardzo przyjemne miejsca. Oczywiście brocante brocantemu nierówne, są lamusy z towarem wyselekcjonowanym jak i te w których jest wszystko.  Najważniejsze że grzebać można do woli. Niestety małych ładnych łabądków nie było, były łabądki okazałe, takie którym łebki by z plecaka wystawały. Zresztą i one  były z tych cóś mało urodnych a łabędź wypchany odpadał w przedbiegach. Deseczki urodnej nie dopadliśmy za to Dżizaasowi trzeba było z rąk wyrywać mocno uszkodzonego koguta ceramicznego zrobionego  w latach  60 ubiegłego wieku. Były znaczne ubytki szkliwa a kogut drogi ze względu na osobę projektanta. Było blisko położenia  się na grzbieciku i kopania nogi kawiarnianego stolika. Hym... Dżizaas została pocieszona małą ceramiczną kaczuszką i dotarło do nieszczęsnej że ubytków w kogucie nie da się w sposób prosty nadsztukować i rzecz trzeba  by oddać w ręce specjalisty, co mogło kosztować  więcej niż była ona kiedykolwiek warta. Mamelonowi za to poszło znacznie lepiej, dopadła dzbanek toaletowy, znaczy taki stawiany w misce i małą wazę obiadową, którą mła wyciągała z zastawionej meblami szafki.

Jak widzicie na fotkach asortyment był różnisty, mła zdumiała mnogość w lamusowniach  dawnych wag sklepowych, znaczy takich jakie u nas w latach  70 ubiegłego wieku znajdowały się w każdym sklepie spożywczym, gumowych zabawek piszczków poustawianych obok łebków lalek z masy  papierowej czy z porcelany. No i nocników, książęta szafkowo - podłóżkowi w różnych wersjach, od  tych z nakryciami których nie powstydziłyby się wazy stołowe  do skromnych, emaliowanych, zapamiętanych przez mła w dzieciństwie. Pieski sygnowane ze Stadfordshire sąsiadują z jakąś podejrzaną niby starą  cyną, wiekowe  słoje szklane ze szkłami współczesnej produkcji, mnóstwo rzeczy z Bliskiego i Dalekiego Wschodu, tzw. skarby orientu z grami planszowymi świeżej daty. Dla każdego cóś miłego, tylko grzebać. My byliśmy niestety ograniczeni ilością bagażu jaki mogliśmy wnieść do samolotu a więc żegnaj stara żardiniero, ważąca pewnie tylko nieco mniej  niż  nasza Dżizaas a rozmiarów  tak słusznych że nie dałoby się jej wcisnąć  do dużej walizy. Żegnajcie piękne, kremowe wazy z porcelany pamiętające tzw. "lepsze" stoły. Żaden z naszych plecaków nie byłby w stanie ich pomieścić, nawet ten największy  po wyrzuceniu z niego wszystkich rzeczy Jądrzeja,  co było na poważnie rozważane ( taa... my ci te koszulki odkupimy ) . Może i dobrze że ograniczenia bagażu istniały bo mogliśmy nieźle finansowo popłynąć, niby mieliśmy  się nawzajem  pilnować ale... No proste to pilnowanie nie było.

Największe tarzanie  się w zakupowej rozpuście odchodziło w Gandawie, mła w nim uczestniczyła w ograniczonej skali bowiem swojego położenia się na grzbieciku i kopania nóżkami dokonała w Brugii, Jądrzej usiłując ratować młowe finanse wzniósł się na wyżyny negocjacji handlowych i mła wyszła z pewnego sklepo - muzeumu z łupem, który zatchnął był cało naszo grupkę "że jak tak można" ( mła pokazała że można jak się mentalnie  mocno  nóżkami w trotuar wali ) i grozą,  bo mła okazała się głuchym na wszelką rozsądną argumentację potworem. Łup został  kupiony za pożyczono kasę z obietnicą przepisania go na Dżizaasa w spadku ( po złożeniu przez mła tej obietnicy Dżizaas cóś często go oglądała ). Łup ten pokażę  Wam w późniejszym terminie  bowiem wymaga obróbki w celu odpowiedniego zaprezentowania. Mamelon nie dostała niestety upragnionej deseczki choć zostało wyczajone że jeden ze sprzedawców cóś takowego posiada ale w magazynie i nie wie za bardzo gdzie położył rzecz oną. No trudno, nie ostatnie to nasze szaleństwo brocantowe. Na szczęście mła doniosła w całości powierzony jej dzbanek  ( widoczny na fotce obok ) choć Mamelon ma stres pourazowy bowiem po drodze metalowe słupki gęsto powbijane a rączka mła majtała  siatką z dzbankiem, he, he, he. Mła zaprezentowuje  Wam na fotkach poniżej łupy Mamelona w całości. Uprzejmie proszę zwrócić uwagę na linię wlewu dzbanka, jej łagodność i odpowiedniość odróżniającą ją od wlewów innych, nie tak ładnych dzbanków. Mła to cudo w plecaku przewiozła, łypiąc groźnie na stewardesę coby nie śmiała dopychać bagaży w luku. Mamelon wiozła w plecaczku wazę. Dzieciaki wpakowały się w walizkę  z której wyleciały kosmetyki Jądrzeja ( Jądrzej nie protestował bowiem nieszczęśliwie za jego turlania walizka zgubiła kółko, które on przezornie włożył coby walizkę ponownie zakółkować do bielizny Dżizaasa, co zostało odkryte i szeroko  skomentowane ). Łupy dowieziono w całości. 



Teraz ostrzeżenie - jak was zawieje do Flandrii, unikajcie punktów sprzedaży gdzie nie ma podanych cen, różności się dzieją - Jądrzej nabył najdroższego gofra świata. Ostrzeżenie numer 2 - po ulicach poruszają się cichojady, te cholerne rowery mają napęd elektryczny ale  jakby dzwonków nie miały. Przechodzisz sobie człowieku przez ulicę a tu któś ci nagle nad uchem  krzyczy "Huy!", jak najbardziej przez samo H. Mła ma w sobie wielkie nielubienie w stosunku do cichojadów bowiem często huyowano w jej kierunku.  No i tyle o wakacjach. O Brugii i Gandawie dokładniej napiszę Wam we wrześniu. Na zanętę parę fotek.