piątek, 24 września 2021

Codziennik - raporcik jesienny

 

U Psicy w Sweterku smętek bo odszedł Tusiek i niespodziewanie wydszedł i nie wrócił   Kapsel ( ten który przyszedł za Łazanką ), to jest prawdziwa czarna seria i mła się udzieliło. Na szczęście nad ranem  Kapsel dotarł do domu, podobno w stanie nie najlepszym ale żyw. Jakby było mało Jaguś Rudy Kocurrka ma niedrożność dróg żółciowych, daj Najwyższy Kotowy aby to tylko prozaiczne kamory czy cóś. Cóś czarny ten wrzesień w tym roku w znajomych kocich domach. Mła na wszelki wypadek międoli swoje kociszcza, obcałowuje i wygłaszcza. Coby tylko zdrowe były i nigdzie daleko nie odłaziły! One  chyba czują że mła przytulasy potrzebne  jak powietrze  bo mła jest całusowana, obmrukiwana, udeptywana i starannie śliniona.  Nawet Okularia, której niskie temperatury  nie przeszkadzają w życiu poza domem, jakaś milsza się zrobiła i słodko chrumkająco - mrucząca. 

Sztaflik musi zaliczyć  śniadaniowanie na kolanach mła ( przy okazji zaglądając co tam  mła podpija i podjada ), Pasiak kusząco się wygina na wyrku późnym popołudniem, a wieczory należą do duetu Szpagetka i  Mrutek. W nocy na wyrku cała piątka w zgodzie leży i chrapie, wojny o pozycję wszczynają dopiero o poranku, najlepiej jak już śniadanko zjedzone i można spokojnie z pełnym  brzuchem pokazać drugiemu kotu  kto tu rzundzi. Mła się specjalnie tymi  wojnami  nie przejmuje, wieczorem znów będzie wspólne zaleganie na wyrze. Oczywiście mła nie odstaje od  innych zakoconych - Mrutek cóś zechlał co mu w gardziole stanęło, owszem zjada swoje ale  cały czas usiłuje  wykrztusić  to cóś co mu przeszkadza. Jak domowe leczenie zawiedzie to jadziem  do veta.  Mrutek już teraz lekko obrażony bo to moja wina  że on wszystko chla łapczywie a szczególnie to czego mu  nie wolno. A w ogóle to mła się  nie podobie zapaszek z ustek i i tak będzie Dohtor czy się  Mrutku podobie czy nie ( nie podobie się rzecz jasna ).


Wieści ze świata "zewnętrznego" drugorzędnego sortu. Stare bajki znaczy i jakieś bezsensowne plątania na  polityczny rynek wewnętrzny czynione. W sumie bez  znaczenia. Znaczenie to będą miały dopiero wybory w Niemczech i to co się z sondaży rysuje to nie jest obrazek który mła by się specjalnie podobał.  Niemce się  będą odtruwały po  "o dwie kadencje za dużo" Angeli a to nie wróży niczego racjonalnego i dobrego. U nas po staremu to znaczy oszukujo ile wlezie, najnowszy pomysł Syntezatora i reszty to brak testów dla zaczepionkowanych przy przyjęciu do szpitali. Taa... nie ma testa, nie ma covida. To że  stoi  to w sprzeczności z info z zagramanicznych szpitali gdzie większość hospitalizowanych to zaczepieni jakoś mynisterstwu snu z powiek nie spędza. Oni rzeczywiście mają ludzi za idiotów, na szczęście ostatnio ze wzajemnością. Bo społeczeństwo tak w sprawie covid   zarzundowi i mendiom dowierza że  aż ludziom bokami wiara  wychodzi. Zakałapućkało się to nasze towarzycho z zarzundu, piniądze na rynek wypuszcza  coraz nowsze i o coraz większych nominałach, kupić za to za nie można coraz mniej. Wróżka Edna powiedziałaby że proroctwa się ziszczają, gdyby jej się chciało ale cóś słabo się chce. "Trzeba słuchać ludu, obiecać im, czego oczekują, a potem wygaszać ich oczekiwania. Mają zap…ać za miskę ryżu" jak to ładnie ujął nasz łobecny płemieł podczas kolacyjki u Sowy. Nawiasem pisząc to polityczne  teraz nie balujo już sami w swoim partyjnym sosie po restauranach tylko na urodzinki  do mendialnych wspólnie  chadzajo w godzinach pracy ( po prostu uroczo, prezes NIK czyta w pustej sali sejmowej jak to przepiendrolili  pół miliarda bezprawnie, no ale to nic ważnego, przeca podwyżki dla parlamentarnych ustalone pozaparlamentranie to można na urodzinkach odetchnąć ). "Wuc" łopozycji właśnie popełnił błąd, najstraszliwszy ze straszliwych bo wizerunkowy - nie wypiendrolił balowiczów na zbitą  twarz. A powinien! 
 
Mła nie ma  nic  przeciwko temu  że polityczni różnych łopcji chlają razem, zawsze razem chlali, mła ma za to po kokardę tego że robią to w czasie który mła opłaciła  coby siedzieli w parlamencie i słuchali co się w tym bordello wyprawia!  I nie podobie  się mła zbratanie mendiów z władzą, to się zawsze źle kończy. Podsumowując polityczne łopowieści  to zdaniem mła jest tak  - spora część ludzi już wie że wszystko  co się dzieje kole tego nowego wirusa jest przykrywką dla sterowania największym kryzysem ekonomicznym od 1929 roku, przy którym to co działo się w 2008 to jest po prostu nic. System doszedł do ściany i rzundząnce usiłują jakoś tym upadkiem kierować, co zdaniem  mła się nie powiedzie ponieważ ilość czynników na jaką mają wpływ  jest zbyt  znikoma.  W  dodatku  to co miało być siłą nośną paniki pandemicznej, informatyzacja,  wzięło i wierzgnęło  w stopniu nieprzewidzianym i naraz w  wielu kierunkach a jak się okazało zarzundzanie chaosem przerosło  zarzundzających. O ile na początku imprezy internet dostarczał paliwa dla paniki o tyle teraz za jego pomocą dekonstruuje  się narracja covidowa.  Na naszych oczach mainstream mendialny  przestaje być mainstreamem, stopień nieufności społeczeństwa wobec mendialnych jest, użyję ulubionego sformułowania  Nadprezesa, porażający. No, może  jeszcze  Krystyna  Janda wierzy że czepionki i obostrzenia  to dla jej dobra i zarzundy zadbają żeby  żyła 150  lat.




Tak,  dzieje się tym świecie ale  dla mła  rozkminiającej politycznych  w necie,  w realu  są insze sprawy bardziej istotne, takie cebulowanie na ten przykład. W tym roku  mła nie cebuluje  jakoś wyczynowo, kupiła tylko troszki cebul hiacyntów, oszczędnie  bardzo za to odmianę którą bardzo  lubi, 'Splendid Cornelia' się nazywa. Tulipki dodatkowe mła kupiła jeszcze przed wyjazdem dla  Dżizaasa, bo jej siostrzyca bardzo się zaczęła w ogródek wciągać. Dziżaas preferuje  tulipki ogniste i ciemne jak noc, mła w tych klimatach się poruszała. Zobaczę jak Dżizaasowi tulipanowanie  wyjdzie.  W maju zobaczę bo odmiany raczej z tych późnych. Teraz muszę znaleźć troszki czasu  żeby Dżizaasowi to dobro podrzucić. Może za jakiś czas, jak się finanse poprawią to mła dokupi troszki krokusów dla się. Może. No bo finanse jak u wszystkich, wiecie za ciekawie nie jest, co  niestety Wróżka Edna dawno temu przewidziała. Mła ma nadzieję że pogoda się  choć troszki polepszy bo szpadelkowanie ją czeka a obecna aura cóś zniechęcająca.  W kwestii roślinków domowych to dwa asparagusy mła spotworniały. Mła musi szukać  dla nich jakiegoś nowego miejsca w domu  bo nie ma  mowy o tym żeby ponownie zajęły parapety. Asparagus setaceus i Asparagus umbellatus przez pół tyźnia zajmowały stół kuchenny ku wielkiemu niezadowolnieniu  kotów zanim mła im znalazła tymczasówkę na jednej z szafek.
 
Na stałe tam stać  na niej  nie mogą bo żadnej szafce kontakt z kwiatami doniczkowymi nie wychodzi na dobre. Asparagusy są roślinami bezpiecznymi dla kotów, być może w tym tkwi tajemnica powodzenia ich uprawy  u mła - żaden z moich kotów niczego nietrującego do pychola nie weźmie, toż to wstyd! Co innego gdyby madka  skrzydłokwiaty uprawiała, do korzonków by wygryźli!  Cio Mary drukuje paczkowe naklejki, mła się ogarnia i wygląda na to że da radę.  Znaczy w poniedziałek  wysyłam paczki. Dziefczyny w zasadzie spakowane poza  Agniechą, bo nie wiem czy słać  czy nie słać? Jak tam kulanko, da radę? Teraz o fotach - foty są  następujące: Pasiak zamówiony przez  Psicę Zasweterkowaną, Szpagetka kłębkująca,  Mrutek zachorzały, migawki ogrodowe co je mła  łapała jak przylazła ( mało i troszki ciemnawe, czas się znów na mła obraził i foceniu nie sprzyjał ), potworne asparagusy i wchłaniająca Okularia ( nielegal z miseczko - talerzyka Mrutka, ponieważ Mrutek się za bardzo nie postawił wizyta vetowa  wydawa się mła konieczna ), jesienna dekoracja stołowa. Muzycznik nietypowy, mła nie przepada za bardzo za muzyką crossover ale głos jest zacny. Gdybyż ten głos zechciał śpiewać "Ombra fedele anchi'o" zamiast popu. Partie kastratów wykonywane przez kontratenorów są takie "nie do końca" ( w "Farinellim" żeby uzyskać efekt śpiewu kastrata nałożyli  komputrem na głos Dereka Lee Ragin głos Ewy Małas  - Godlewskiej ) ale tu jest duża skala, dość ładna barwa,  w zakresie mezzosporanu całkiem niezły wolumen.  Jakby było mało to potrafi śpiewać sopranem koloraturowym  i posiada cóś zwanego rejestrem gwizdkowym. Bardzo wielki głos a śpiewa numery w stylu Celine  Dion! Jak dla mła to marnowanie wielkiego talentu, violettyzm villasizm. Posłuchajcie zatem Dimasha Kudaibergena, chwały Kazachstanu ( hym... Borat spada na drugą pozycję, he, he, he ).
 
P.S. Sytuacja awaryjna Kocia i Białas potrzebują domu,  razem potrzebują. Dom wychodzący, że tak rzecz określę. Koty w domu śpią, jedzą i zapewne czasem kuwetują. Przyzwyczajone do wychodzenia. Wychowane jak towarzystwo  z przedwojennej pensji dla panienek  z dobrych domów. Sama słodycz.  Odpada proces wychowania, dorosłe i godne i stateczne są, firanki będą bezpieczne!
 

poniedziałek, 20 września 2021

Cóś urodzinowego, cóś przeglądowego, cóś jesiennego

Urodziny panny Niny a właściwie to dwóch panienek. Tak na oko  to kole  18 września, tylko tak na oko bo przeca dokładnie nie wiadomo. Dziewięć lat temu, 23 września, po powrocie z wyprawy na grzyby przyniesiono mła malutkie czarnule. Szpagutek mła nawet z rąk wypadła  bo ciężko to maleństwo było utrzymać w dłoni ( kręciołek taki ślepy ).  No a  teraz damy całą sznupą ! Sztaflik to nawet jest damem! Mła się nie che wierzyć że to już tyle czasu  minęło ( choć ostatnio  udało się jej Szpagetkę o rok postarzyć ale sprawdziła daty, dziewięć latek mają jej gwiazdy ). Urodzinowe święto obchodzimy od czasu powrotu  mła z wakacji, kotostwo tak zarządziło!

Chłodek i deszcze przygnały towarzystwo do domu, najbardziej czar domowych pieleszy ceni sobie Pasiak. Może dlatego  że on najmłodszy domowym stażem, jeszcze w zeszłym roku w maju była z niego półdziczyzna. Teraz to się wierzyć nie chce bo Pasiak wyuczony karesów, nawet policzki nadstawia do  całunków że o  takich oczywistych oczywistościach dla kota  domowego jakimi są ocieranki i udeptywania, szczypanki grzbietu, czółkowanie i radosne pomruki,  ledwie napomknę.  Niestety, u mła jest w porzo ale w znajomych stadach nieszczęścia, choróbska dopadły znajome koty. Mła bardzo przeżywa Tuśka, któren jest "braciszkiem po serduszku" Laliego. No  i przeżywa Rudego, któremu choróbsko zabrało apetyt. Naprawdę jest  się czym  martwić. Reszta kotów chorujących jakoś dochodzi ale ta dwójka choruje bardzo  poważnie. Na szczęście są też dobre info - u Zasweterkowanej  Psicy do wzięcia Dusia , malutka pręgowana koteczka, doskonale wychowana ( patrz kuweta ). Dla Dusi szukamy domu w którym już jakiś kot jest, bo Dusia to istota towarzyska.  Lubi pogaduszki z inszymi dobrze wychowanymi kotami. Pasiak twierdzi że to zupełnie jak on, tylko u nas towarzystwo niewychowane. No tak, muam nie będzie  się spierać w tym temacie bo jeszcze usłyszy że  się nie sprawdziła jako madka kotów i stąd to schamienie stada, przez mła zaniedbania wychowawcze.

 

Po przerwie  mła wraca do świata. Szczęśliwie z dystansem wraca.  Jakoś jej łatwiej z szumu mendialnego co istotne wybierać.  A istotne są oznaki kryzysu gospodarczego w Chinach.  Kroiło się od jakiejś dekady aż  się wykroiło, mariaż kapitalistycznej gospodarki z ustrojem komunistycznym powolutku zmierza do finału. To nie tylko komuna zapada się sama w sobie, to też wszystkie bolączki rozbuchanego kapitalizmu dołożą chińskiej  gospodarce.  Oczywiście z Chin się rozleje, nie ma takiej  możliwości żeby się nie rozlało. Cóś mła się zdawa że trza będzie dokonać rewizji niektórych założeń  globalizmu bo idea to tego ten... tylko  zupełnie jak z komuną, świat nie dorósł, he, he, he. Pandemia nasza codzienna toczy się po swojemu, zarzund sprawia wrażenie jakby  nie wiedział ( bo wiedzieć  nie chce ) że wszyscy mają dupoko w głębie jego zarzundzenia w temacie "walki z zarazą".  Zarzund zresztą zaraz będzie miał prawdziwy  problem pod tytułem walka z drożyzną, bo tak świetnie zarzundzał rozdając kasę na prawo i lewo i kradnąc z tej okazji  co nie miara, że się nam drożyzna zakradła.  Tak to jest jak się z godnością za cudze piniądze  z kolan powstaje. Jest nadzieja że skoro  już nie ma za bardzo co kraść i zarzund zaczyna się wszystkim dobierać  do portfela, to trzon elektoratu zarzundu nie widząc możliwości wyciągnięcia  dla się korzyści usiądzie  przy okazji przyszłych wyborów  w domu na tych wgłębach. Oby!


Ze spraw społecznych średnio istotnych. Praca handlu w niedzielę. Pultają się przeciwnicy, pultają się ci co są za otwieraniem sklepów.  No cóż, wszystkich pogodzi zautomatyzowane kupowanie. Po pierwsze - netowych sklepów przeca nikt w niedzielę nie wyłączy, po drugie - coraz więcej stanowisk z kasami samoobsługowymi. Jak tak dalej  pójdzie to w ciągu dekady problem z pracownikami handlu rozwiąże się sam. Mła o tym od  dawna ćwierka, pisała nawet na ten temat. Jeszcze tylko  zautomatyzowanie rozkładnia towaru na półkach  i  związki zawodowe pracowników handlu będą mogły odetchnąć, razem z pracownikami których reprezentują. Chyba  że związki zaczną reprezentować automatyczne systemy. Na razie  jeszcze dyskonty na pracownikach jadą ale duże sieci zaczynają się zmieniać. Hym... mła się wydawa że z czasem to w handlu pracownicy nie tylko niedziele będą mieli wolne. No cóż były kiedyś takie  zawody jak nosiciel wody, repasatorka pończoch czy optyk ( taki co optykał chałupy góralskie mchem przed zimą ), kto wie  ile  jeszcze się nacieszymy zawodem sprzedawca? Mła to snu z powiek nie spędza, o ile w kasach będzie można płacić normalnym a nie palstikowym "kontrolowanym" piniądzem to jej wsio ryba. Pracownicy handlu muszą martwić się sami o się, najlepiej  gdyby już teraz zaczynali się powoli przebranżawiać żeby nie było jak z górnikami. 
 
Bo z górnikami i elektrownianymi za ciekawie nie jest. Wyobraźcie sobie  że w takim Bełchatowie kupa ludzi nagle będzie musiała płacić za energię, za dostarczenie ciepłej wody i insze takie. Do tej pory  funkcjonują tam przeca tzw. "opiekuńcze zadania zakładu pracy", znaczy cały system zniżek i darmoszek jakie zwyczajowo przysługiwały pracownikom kopalń czy zakładów energetycznych. Co będzie po likwidacji kopalni? Aż strach się bać bo to główny pracodawca w regionie! Jakoś ten bełchatowski węzełek  gordyjski się mła wydawa bardziej  niż  średnio istotny, problemy handlujących to przy nim prycho. Ich z tych sklepów  wyproszą dopiero za jakiś czas a decyzja   o zamknięciu kopalni  już szczęśliwie zapadła. Ku  uldze wszystkich wokół Bełchatowa, którym kopalnia za szkody środowiskowe nie płaciła choć moim zdaniem powinna ( i może wtedy  do kopalniano - energetycznych w Bełchatowie by dotarło jaki  jest rzeczywisty koszt działalności ich zakładu, nie wiem  czy by się po takich spłatach co ostało na "opiekuństwo" ). Na razie mamy przedsmak radości kopalnianych - rachunek za prund dostaliśmy od Czechów niepomnych że przeca  oni nasi sojusznicy, czwórmorze czy cóś tam takiego.
 
 
 
No wzięli i donieśli do Bruchseli i teraz nie dość  że piniędzy nic chcą nam stamtąd dać to jeszcze będą zabierać. Brawo my! Nasze oczywiście  głupio odpowiedziały o bezpieczeństwie  energentycznym państwa, no i to ma załatwić sprawę. No cóż, Czesi walczą o wodę - zgadnijcie kogo  poprą insi z Europy, nie EU, tylko inne kraje? Jak to wymiaukuje pouczająco Szpagetka "Swojej miseczki ze zezjodkiem to trza ciągle pilnować bo tu krążą różni tacy którzy nazywają się Mrutek!". Miseczka wyraźnie nie była  pilnowana, no bo cza było czepionki rozprowadzać  i snuć opowiastki z mchu i paproci z nadgranicznych okolic, eskalując to co można było krótko uciąć ( no ale korzyściów politycznych by nie było ), urlauby cza było brać bo tak się cinżko parlamentowało że się przemęczyło, podwyżki sobie dawać bo nie wiadomo skąd ta drożyzna. Tyle było spraw ważniejszych, taa...

I to by było na tyle, mła dziś miała szerokie plany ogrodowo - pakowawcze ale  10 stopni Celsjusza na plusie  i taka zawiesina wilgna w powietrzu do czasu do czasu przechodząca w mżaweczkę cóś ją zniechęciła. Także tylko fotki doskokowe zamieszcza. Szpagetkę rezydującą w pieleszach, Mrucia kontrolującego asparagusy które wróciły z letniego mieszkanka na dworze  do domu, fragment jesiennej Suchej - Żwirowej z zakwitającymi marcinkami. W muzyczniku Gintrowski śpiewa Kaczmarskiego.  Teksty Pana Jacka robio czasem mła dobrze na jej kieszonkowe tragedyje, np. takie jak ta  - ślimory pożarły kfioty zimowitów!

sobota, 18 września 2021

Zielenica - las i bajorko

Mła się udało wbić z wakacjami w jako taką  wrześniową aurę. Było jak w Indiach - czasem słońce, czasem deszcz, ale zawsze ciepło.  Nawet wieczory były  baaardzo ciepłe  choć głównie za sprawą drewna palonego w kozie.  Uroczo, przez szklaną szybkę widać było tańczący ogień a przed kozą rozłożyły się do suszenia butki mła, w których mła snuła  się po lesie. Ogienek trzaskał, winko grzało, miłe towarzystwo uskuteczniało Polaków rozmowy ( nie tak długie żeby całonocne, powietrze, wędrówki nie tylko leśne,  rozkładały nas równiutko  - pojedlim, popililm i nagle zasypialim ). Wakacyjne zabawy odbywały się w podgrupach, Mamelon i Gosia wizytowały wybrzeże ( znaczy  plaże, deptaki, mola, sklepy z cóśkami  czy szkółki ),  Piotruś straszył rybki czterema  wędkami, a mła straszyła grzybki łubianką na truskawki ( bo w lesie bywała parokrotnie w ciągu dnia, ot, z domku wyskakiwała, więc po co miała jakieś kosze olbrzymie brać ). Każde z nas wypoczywało jak mu teraz grało - Mamelon spragniona  morza, Gosia wakacyjnego luzu, Piotrek spokojnego siedzenia  nad wodą a mła lasu - wszyscy dostaliśmy tego czego nam było akurat trzeba.

Bazą do wypraw wszelakich ( nieraz  bardzo krótkich, bo  Piotrek po prostu wyprawiał się na  niższe piętro  czyli dolny pomost  do którego wiodły schody z drewnianego "tarasu" powyżej ) był  domek postawiony na palach.  Przez prawie tydzień  byliśmy państwem z domków, niemalże  z wyłącznością na wszelkie bajora i leśne ostępy w okolicy ( na króciutko zjawili się tylko insi grzybiarze ). Dla  Piotrka i mła Zielenica, mała wioseczka na Pomorzu, to było prawdziwe city.  Cóś na kontaktach z ludźmi nam nie zależało, tych mamy na co dzień od groma, więc tylko raz wybraliśmy się do wsi, głównie po to to by załatwić wędzone  rybki i odwiedzić miejscową  Arizonę, która okazała  się normalnym sklepikiem z bardzo miłą  Panią Sklepową na wyposażeniu, za to bez wianuszka kowbojów, którzy jeszcze parę lat temu z lubością otaczali przybytki sprzedające procenty w płynie. Pani Sklepowa, Pstrągowi i Pani Domkowa to dla Piotrka i mła był taki jedyny prawdziwy kontakt ze światem.  Co prawda odstąpiliśmy od planu utopienia komórki ( ze względów bezpieczeństwa ) ale to dlatego że zasięg i tak  był  kiepski, internet rwało. Wieści ze  świata przynosiły nam Mamelon i Gosia, które podczas swoich rajdów po  Wybrzeżu  miały włączone radio w samochodzie ( wieści były szczątkowe bo radio celowo ustawione zostało na muzyczne rozgłośnie ).

Na fotkach powyżej widać odległość domków Zielenicy od naszego letniska ( mniej więcej, bo nasz domek stoi sobie na drugim krańcu letniskowego terenu, taki odosobniony jest, to przedostatni domek na leśnej działce ). Sama Zielenica wydaje się mła typową wsią na Pomorzu, poniemieckie budynki w stanie posuniętej rozwałki lub adaptowane fragmentami  z pomocą dużych pieniędzy  lub tylko ciężkim staraniem zamieszkujących. Nowe domy w stylu rezydencja pod miastem uwidaczniają dwie rzeczy -  po pierwsze ludziom powodzi się lepiej, po drugie tylko niektórym. Takie obiekty  niespecjalnie mła ciekawią, mła swój obiektyw kierowała raczej na poniemieckie pozostałości: stary młyn w którym już nikt nic nie mieli, gospodarcze budynki czarujące szachulcową konstrukcją, czerwona pruską cegiełkę. Starał się coby te domki wychodziły anonimowo bo mało elegancko focić prywatne chałupy, po prawdzie to bardzo niegrzeczne ( mła musiała z trudem się powstrzymywać  bo przed jedną z chałupek w donicach ktoś wystawił takie begonie że mogły brać udział w konkursie  na roślinę sezonu w Chelsea ).

Mła oszczędziła Wam też fotki podhalańskiej kupy, która któś uwalił wśród tych pruskich murów, widok "zakopiańskiego domku" w tym miejscu  tak  mła wcząsnął że się trzeźwiutka  jak młode  prosię wywaliła na wyasfaltowanej  drodze ( a po górkach, wąwozach i śliskich drewnianych  kładkach biegała jak ta utuczona ale rącza sarenka ) i Piotrek, zafascynowany odkryciem że zakopiańska chałupa została postawiona  na garażu, nie mógł się oddać  do końca zafascynowaniu tylko mła  zbierał. Także nie sugerujcie się moimi fotkami  i nie wyobrażajcie sobie Zielenicy jako skansenu Ziem Wyzyskanych, pomnika postpegeerowskiej nędzy bo nic  z tych  spraw, ta wioska tylko dlatego tak na fotkach wygląda bo mła jest ma dewiację staromurkową. Bardziej szuka obiektywem starych chałup czy sadów jak z obrazów Mehoffera, niż nowych domów, tzw. porządnych nasadzeń, czy stojących przed wypasionymi budynkami gospodarczymi samochodów za jakieś kosmiczne piniądze. 

Na jej fotkach raczej  prawdy o Zielenicy nie znajdziecie, to tylko tęsknota mła za "wiejskością". No wiecie, opowiastki z Hameau de la Reine, takiego obiektu który wzniesiono dla Marii Antoniny niedaleko Petit Trianon. Jednakże najprawdziwszą prawdą jest to co mła teraz napisze - Zielenica jest prawdziwą wioską, ludzie tam zwierzęta hodują i nawet ogródki uprawiają.  W obejściu oprócz psów i kotów widać rozsiadłe na "swoim" gęsi czy kaczki. Zdawa się mła że hodowlą z której tu żyją są pstrągarnie. Zainwestowano w nie sporo,  wystarano się o certyfikaty bio ( znaczy bezantybiotyczne i wogle ) i  profesjonalnie zapakowane rybki ( oprócz pstrągów  są jesiotry i jeszcze insze ) rozjeżdżają się stąd do różnych miejsc w kraju i nie tylko w kraju. Oprócz tego są takie miejsca jak nasze domki, oferta wypoczynku przygotowana dla wędkarzy i grzybiarzy. Hym... gdyby kiedyś tam miejsce po kopalni piochu czy tam żwiru zalali wodą to i na tym ludzie tam zarobią. 

Zielenica jest miejscem z tradycjami, w lesie mła napatoczyła się na kupę omszałych kamieni.  Najsampierw myślała że któś wyorał i z fantazją wywiózł je do lasu, później dotarło do niej że cóś one duże. Taa... i tam mła pooglądała sobie megalityczny grobowiec. Przed tysiącami lat w tym miejscu pochowano kogoś ważnego dla społeczności, taka wersja piramidy nadbałtyckiej a mła w pogoni za grzybkami bez żadnego szaconku podeszła. W domu mła doczytała że tam stanowisko archeo i grobowce komorowe i bezkomorowe i wogle, ale to wszystko post factum. Hym... tajemniczych  mrowień mła nie odczuła, nikt zimną rączką za kostki u nóg nie łapał, szeptów pokuśnych nie słyszałam - smętarzysko martwe na amen, tylko drzewa nad omszałymi kamorami szumią. Kto wzniósł te żalki? Nawet nie wiemy jak  się nazywali, roboczo nadaliśmy im ksywkę ludu pucharów lejkowatych od  form ceramiki jaką przy nich znaleziono. Trochę to nie tego ale cóż robić, mamy więc puchary lejkowate albo amfory kuliste w nazwach ludów zamiast miana którym się sami określali, bądź określali ich  sąsiedzi. Radości braku  pisma. Przypuszcza się że pomorskie  grobowce megalityczne powstawały w IV tysiącleciu p.n.e. Wiemy że lud który je wznosił należał do grupy wschodniej kultury pucharów lejkowatych, zajmowali również obszary położone dalej na południowy wschód i południe naszego kraju.

Tak po prawdzie to musieli ci pucharkowi być ludem znaczącym, terytorium różnych grup i społeczności związanych z ich kulturą rozciągało się na dużych połaciach Europy Środkowej, od dzisiejszej Holandii po Wołyń. Badania grobowców zainicjowano wcześnie, Niemcy zajmujący te tereny opisali mnóstwo stanowisk tzw. Hünenberge na Pomorzu. Zatem nic  dziwnego że mła się napatoczyła. Oglądając fotki zrobione w lasach otaczających  Zielenicę, mła się  bardzo podejrzliwie przygląda tym wszystkim  omszałym kamorom które udało  jej się sfocić, kto wie kto pod nimi leży? W końcu ostatnich  odkryć  archeo dotyczących  pochówków megalitycznych na terenie  Pomorza dokonano przy okazji budowy S - 3, ledwie paręnaście lat temu. Może mam jeszcze szansę robić za Indianę  Jonesa? Na fotach poniżej widać te wzniesienia nad uroczyskami  na których można znaleźć megality. 

Zresztą na tych uroczyskowych nadpagórkach nie tylko kamory nęcą.  Całe łany kokoryczek, konwalii, konwalijek tam porastają, wiosną musi tam być wręcz oszałamiająco z kwitnieniami. Ponoć zawilce do tych kwitnień masowo dołączają. Są też miejsca gdzie kwitną śnieżyczki przebiśniegi, nie wiem czy takie naturalne czy  uciekłe z ogródków. Po  śnieżyczkach czy zawilcach śladu rzecz jasna nie ma ale na listki konwalii i kokoryczek mła się co i raz natykała. Jedynymi kwitnącymi teraz w lesie roślinami które mła zoczyła były dzwonki i wrzosy, ale to w mniej wilgotnych miejscach, raczej nie tajemnicze pagórki naduroczyskowe porastały tylko brzeziny i sosenkowe bory. Całkiem insza inszość, zupełnie inne leśne klimaty ( no bo przeca lasy są różne, grądy to grądy, bory to bory a olsy to olsy a nie że las i wsio ryba ).

Rodzajów lasu wokół Zielenicy dużo, w związku z czym i rozmaitość zwierzyny człowiek napotka. Na ten przykład mła musiała uważać na to by żabków młodych nie rozdeptać i saren pasących  się na obrzeżach lasu nie straszyć a Piotrek zaliczył spotkanie oko w oczy z dzikami ( jednakże mniej  niebezpieczne niż spotkanie Mamelona i Gosi z jedną panią po "ciężkiej operacji plastycznej" do jakiego doszło w jednym z nadmorskich kurortów ). W ciepłe a słoneczne dni w powietrzu fruwało i bzyczało, niosły się głosy nawołujących do odlotu dzikich gęsi a na naszym bajorku pojawiały się w przelocie stada różnych ptaków ku wyraźnemu wkurzeniu zimorodka który przemieszczał się wówczas jak szalony błękitny neon, od szuwarków do szuwarków. Wędrując po lesie  mła wplątywała się w krzyżacze pajęczyny ( miejscowe krzyżaki nie tak wypasione jak moje ogródkowe, cóż znaczy troskliwa hodowla, he, he, he ) w których pobzygiwały jakieś nieszczęsne komarki. Bardziej coolorowo bywało na skraju lasów, z ostatnich łąkowych kwitnień korzystały motyle.

Mła jako ten motyłek ( znaczy waga ciężka ) też usiłowała bezczelnie korzystać z uroków jesieni, tylko mła tak mniej kwiatkowo a bardziej owocowo. Nie wszystkie owocki które mła naszła były jadalne ale wszystkie cieszyły oczy. Cóż, nie wszystko człowiek musi poznawać przez kubki smakowe na języku, niektóre owoce są po to by dodawały naszemu życiu nieco urody.  Dlatego mła nie ma jakiegoś specjalnego żalu do Najwyższego w temacie  trzmieliny oskrzydlonej. Jej owocki są tak urodne że nie muszą być smaczne i jadalne. Wystarczy że są coolorowe. W końcu do  napasienia żołądka i uraczenia podniebienia  ma człowiek tyle inszych owoców, na ten przykład jeżyny same smacznidełko, mniam  - mniam (  mła jest oczywiście cała w kolcach bo jako klasyczny łakomczuch żerowała gdy tylko napotkała  obsypane owocami jeżynowe krzewy ).

Ulubionymi owocnikami mła występującymi masowo we wrześniu w lasach są owocniki grzybów kapeluszowych ( i nie tylko  kapeluszowych ). Hym... wygląda na to że mła jest osobą uzależnioną, znaczy mykoholizm u  niej występuje ( najłatwiej to rozpoznać kiedy  uzależniony  zaczyna wypatrywać grzybów z okien samochodu, w przypadkach ostrych, takich jak przypadek mła, samochodu jadącego autostradą ). Mła uwielbia w plechy wgapiać się, plechy zbierać, obrabiać, jeść.  Kiedy one niejadalne to mła je foci i podziwia, cud  że jeszcze paciorków do plech nie zanosi.  Mła nie wszystko zbiera, nawet tych jadalnych czasem nie rusza bo ona wszystkiego przeca nie przeje  a jak grzybek starszy to niech się jaka insza żywina nim napasie.  Nie można  tak  po chamsku że wszystko.  Maślaczek, wiadomo, tylko młodziutki, podgrzybki mogo być starsze, wszak to szlachetna rodzina  borowików.

Tak się jakoś szczęśliwie składa że grzyby niejadalne są pociągające dla obiektywu, fotogeniczne te grzybole jak  jakie jakie gwiazdy Hollywoodu! Takie borowiki ponure czy ceglastopore, jakieś pseudogołąbki czy pseudoopieńki, białe jak mleko muchomory ( mła łaskawym i mściwym  ślepiem patrzyła jak leniwie pełzł w ich kierunku pomrów ohydny i czarny, którym wręcz Szpagetkę  by  można straszyć jak dzieci kiedyś  się straszyło  Czarną  Wołgą, pełzł nieświadomy że mu  mogą zaszkodzić ),  fałszywe kurki, równie fałszywe  rydze w całkiem niewłaściwym choć też oczy wabiącym odcieniu, wszystkie one wychodzą na fotach jakby je św. pamięci Karl z Ives'em i Giannim projektowali!  A muchomory czerwone!  Absolutny i totalny odlot! Po prostu Marilyn Monroe wśród grzybów!

Co roku jesienią mła przezywa to samo zauroczenie, nie wiem jak to się dzieje że muchomory same się  mła pod ten obiektyw pchają. Mła jest grzybiarzem nietypowym bo sezon ze słabym wysypem Amanita muscaria uważa za nieudany. No ale popatrzcie sami, czyż można nie zachwycić się  tak piękną rośliną jaką jest ten gatunek muchomora. Toż trza  być daltonistą albo osobą niewidzącą żeby tej urody nie zauważyć! No, może jeszcze wśród widzących  żołądkiem ten grzybek nie cieszy się powodzeniem choć tak po prawdzie to z jego trujactwem sprawa jasna nie jest. W Polsce występuje około  dwudziestu gatunków muchomorów i tak naprawdę groźnych jest tylko parę. Za to groza jest z tych absolutnych! Po prostu wobec  toksyn które się wytwarzają po zjedzenia np. takiego muchomora sromotnikowego medycyna jest właściwie bezsilna. Objawy występują dopiero wówczas kiedy człowiek jest już śmiertelnie chory i toksyn nie sposób usunąć z organizmu. Natomiast nasz czerwony w białe kropeczki kolega to grzybek w zasadzie niewinny, złą prasę robią mu  insi przedstawiciele Amanitaceae. On biedaczek po prostu rzuca się w oczy, nikt go świadomie nie zeżre bo wygląda jak neon, od lat mówi się dzieciom "Ten grzybek z czerwonym kapeluszem w białe kropki jest trujący". A tymczasem to podające się za  pieczarki i gołąbki fałszywki powodują śmiertelne zatrucia. Podobno podtrucia muchomorem czerwonym zdarzają się  rzadko, głównie u tych którzy przeholowali w poszukiwaniu wrażeń.

No bo Amanita muscaria to grzybek magiczny. Mła swego czasu pisała już o muchomorze czerwonym w   blogim we wpisie pod tytułem "Czarujące Grzybki".  Teraz doda jeszcze troszki info poprawiających PR swojego ulubionego grzybka. Za to że człowiek po spożyciu muchomora czerwonego odlatuje odpowiedzialny jest w głównej ( bo to niejedyny składnik wywołujący upojenie ) muscymol. Muscymol nie jest metabolizowany przez człowieka i wydalany jest w postaci niezmienionej. Efekt spożycia jest zdawa się fascynujący bo istnieją na tym świecie zamiłowani zjadacze muchomora czerwonego, cali szczęśliwi że jeszcze nikt tej groźnej psychoaktywnej bomby po lasach nie pryszcze niczym zwalczającym. Taa... Mła bardziej fascynuje insza sprawa związana z muscynolem, otóż w mniejszych dawkach ta substancja spowalnia starzenie się komórek mózgowych ( leczy się nią chorobę Parkinsona a także inne choroby neurodegeneracyjne ).  Zawiera też całkiem spore jak na grzybka ilości witaminy D ( zaraz wyjdzie że on  zapobiega  covidu złemu, he, he, he ) i od dawien dawna w medycynie ludowej stosowany był jako roślina "wzmacniająca". Mła nie sądzi ze  z powodu tej witaminy, raczej stawiałaby na muscynol. Muchomory czerwone do spożycia leczniczego obgotowuje się pozbywając  się tym sposobem kwasu ibotenowego powodującego zatrucia.  No i oczywiście nie żre ich się w hurtowych ilościach lecz kulturalnie spożywa jakieś znikome ilości młodego kapelusza. Najlepiej takie eksperymenty robić pod okiem doświadczonego  zielarza, w końcu zatruć  się można wszystkim w nadmiarze, nawet czekoladą ( i to śmiertelnie ).


Widzicie ile  radości dla mieszczuchowato skarlałej duszyczki mła było z tego  pobytu na łonie natury, tak blisko prawdziwego lasu.  Mła kwiczała ze szczęścia mogąc z rana, w południe, po południu i wieczorkiem udać  się  do lasu. Wyjść z domku  kiedy pitulić zaczęły ptoszki, parę razy do domku wpaść i wrócić  na nockę w towarzystwie nietoperzy.


Teren domkowy bardzo płynnie przechodzi w las, szczęśliwie nic tu nie grodzono, aż dziw że taki ośrodek znajduje się w naszym kraju w którym większość obywateli cierpi na manię grodzenia. W Zielenicy jak widać nie ma takiej  potrzeby żeby koniecznie od świata się grodzić. W związku z czym widok saren u  wodopoju czy ciekawskiego lisa zaglądającego przez okna panoramiczne do domku jest na porządku dziennym a czasem i nocnym ( oprócz  lisów interesowały się nami koty z sąsiedztwa ). Domki stoją wokół stawów, teren jest  tak zadbany że mła drżała coby  małe żabki  i wyrastające pod dębami prawdziwki uszły kosiarce pana utrzymującego ośrodek w dobrym stanie. 

Na takim terenie, w tzw. piąknych okolicznościach przyrody stał nasz domek w którym dzielnie kucharzyliśmy i pożeraliśmy co udało nam się złowić, zebrać a także kupić. Grzybów jako kulinariów mam na pewien czas w związku z tym dosyć, rybkami też jestem napakowana ( tym bardziej że przywiozłam ze sobą z wakacji zapasik, który już udało  mi się nadeżreć i rozdać tym co zasłużyli się pilnowaniem kotostwa ).  Kuchnia jak widzicie na załączonej  obok fotce była wykwintna, głównie dzięki zakupom w kurortach jakich dokonywały Mamelon z Gosią czyli  grupa nadmorska ( odbyła się nawet dyskusja czy do ryb grillowanych z cytryną  pasi bardziej pietruszka czy koperek o ile wcześniej podano maślaki w śmietanie - naprawdę  cudownie mieć tylko takie problemy, prawdziwe  wakacje ). Piotrek i mła jako grupa  łowiecka - zbieracka dostarczaliśmy dobra równie luksusowe acz nie zakupione.

A teraz o najfajniejszym co się nam na tych wakacjach trafiło - przez parę dni mieliśmy na własność bajorko! Rozumiecie, nasze własne, dzielone tylko z sarnami, czaplami i zimorodkiem oraz tym cholernym nienażartym kormoranem, którego Piotrek podejrzewał o zakusy na wszystkie rybki świata! Bajorko robiło na naszej czwórce największe wrażenie. Można było siedzieć nad nim i wgapiać się weń jak w ekran.

Może  mła jeszcze kiedyś  do Zielenicy zaniesie, bo miejsce  naprawdę piękne choć  do niego dojechać inaczej niż samochodem nie sposób. Ech, jeżdżąc przez te kręte a zadrzewione drogi Pomorza mła się przypomniały radości dzieciństwa. Wszak niedługo czas wykopków, mła na pegeerowskim polu uczestniczyła w tego rodzaju przyjemnościach. Dziś ziemniaki zbierają maszyny ale dęby na Pomorzu zaczynają zmieniać coolor liści zupełnie jak w wykopkowych czasach dzieciństwa mła. Nic to, koniec wakacji i koniec wspominek, trza dzielić Jaśnie Państwo urodzinowym jesiotrem czarnulek. Żądania już były!