No i przyszedł lipiec, najbardziej letni ze wszystkich letnich miesięcy. Gorąc nieco zelżał, jak dla mła to z naciskiem na nieco. W środę pożegnaliśmy ostatecznie Babcię Marysię, Dziadek Kazio jakoś do siebie dochodzi, choć u nich w rodzinie to teraz ciąg nieszczęść. Na początku tygodnia u Gosi i Piotrusia odszedł ich najstarszy piesek, ukochany przez wszystkich Miętus, zwany też Głodnym Oczkiem, z racji opanowania trudnej sztuki eleganckiego wyłudzania żarełka. Miał czternaście latek i te czerwcowe upały wyraźnie mu nie służyły, zatrzymał się w ogródku, po wyjściu z basenika w którym się ochładzał. Jakby mało Gosia z Piotrusiem mieli nieszczęść. Cała nadzieja w tym że Dziadek Kazio zacznie teraz dbać o siebie, bo do tej pory więcej czasu poświęcał zdrowiu Babci Marysi i jakoś to wszystko się ułoży. Gosia powinna mieć niedługo urlaub, może uda się jej odetchnąć z Piotrusiem i psami. Natalka ma w lipcu praktyki, Dziadek Kazio tournée po lekarzach, w zasadzie gryplan gotowy.
Tatuś nasz odetchnięty pojechał do domu nad morze. Obiecał nam że jeszcze przyjedzie, bo odpoczął. Krokomierz dalej na ręce. Mła smutno, choć rozumie że Tatusiowi tęskno było za Rattuskiem, który ponoć bardzo ucieszony z jego powrotu. Misia pewnie teraz będzie tęsknić. Ech... Helenka została odłowiona i pojechała do dochtórek. Zęby do robienia, krew pobrana, antybiotyk zapodany, wieczorem zjedzone. Dostaje zestawik z antybiotykiem i syropkiem, bo trza wyleczyć choć trochę to zapalenie przyzębia przed zabiegiem, ale zjada tak se. Muszę zapodawać surowiznę, bo to lubi najbardziej. Dalej baruję się z urządzeniem sobie przyszłości, co znacznie lepiej wygląda niż urządzanie sobie starości. Przy upalnej pogodzie marzy się mła wyjazd nad morze, ale to się może tylko pomorzyć, bo so łobowiązki i na urlaubie się już było. W ramach poprawiania sobie humoru poszalałam z przyszłorocznymi planami wakacyjnymi, z których nie wiem co wyjdzie, ale przeca tak nie do końca mła jest przekonana że wyjść musi. Chodzi o przyjemność planowania. Prawie nie bywam w ogrodzie, czas mi strasznie szybko mija i nie mam kiedy, w dodatku popołudniami gorąco. Usiłuję trochę czytać, ale będę szczera - usiłuję. No i to tyle lipcowego meldunku.
Dziś za ozdóbstwo robią kocie obrazki, dwa pierwsze autorów mła nieznanych, a szkoda, bo fajne są ( Behemot zakąszający grzybkiem i Białe Lenistwo! ), autorami dwóch pozostałych prac są e Louis Valtat i Charles Camoin. W Muzyczniku "I'll fly away" i Rising Appalachia. Takie raczej nieoczywiste wykonanie. Mła bardzo lubi ten hymn, napisany przez Alberta E. Brumleya w latach 1929 - 1932 i opublikowany w 1932 roku przez firmę Hartford Music w zbiorze zatytułowanym "Wonderful Message". To najweselsza piosenka o Cichej jaką mła zna. Albertowi napisanie piosenki zajęło aż trzy lata, od pomysłu, który mu wpadł do głowy podczas zbioru bawełny w 1928 roku do niemal daty wydania. Różne wersje utworu wypróbowywał, ale ra właściwa przyszła najpóźniej. Podobno Brumley inspirował się balladą "The Prisoner's Song" z 1924 roku. Hym... hymn śpiewany podczas uroczystości religijnych, jeden z najbardziej znanych utworów gospel, będący zarazem nowoorleańskim hymnem pogrzebowym ma takie kryminalne korzonki.



