sobota, 1 października 2016

W Alcatrazie w miesiącu dziesiątym szykują się "prace nieustające"






No i mamy piździernik, najbardziej kobiecy miesiąc roku. Kiedyś był miesiącem oszczędności ale od czasu kiedy moje myśli  kręcą się koło ogroda to jest miesiąc baaardzo wydatkowy. Krzewy różane i nie tylko różane, cebule i tzw okazje bylinowe ( kupujcie bo nam się nie opłaca tego trzymać, upusty dajemy takie że  natychmiast widać ile kosztowało nas pozyskanie  rośliny od producenta ) - wszystko czyha żeby mnie w zakupoholizm wpędzić i powodować ciężkie  wyrzuty resztek sumienia. W tym roku piździernik będzie jeszcze bardziej niż zazwyczaj  wydatkowy, cholerny rachunek za wodę przyjdzie zapłacić. Z  trwogą oczekuję rachuneczku wystawionego za walkę z suszą, chętnie bym go spuściła Wielkiemu  Ogrodowemu do zapłacenia, ale się boję  że w ramach dopieszczania i spełniania moich  życzeń Wielki Ogrodowy by zesłał  wody przez czterdzieści dni padające, albo coś równie miłego wykombinował. Lepiej nie mieszać instancji Najwyższej w codzienne sprawy o czym niebawem przekonają się nasi  politycy radośnie szukający "nośnych" tematów zastępczych żeby przykryć problem coraz bardziej widocznego  dna w państwowej kasie. Przy okazji objawiają się kretyni doskonali, w związku z czym mój prywatny ranking palantów nieco się zmienił - obecnie bryluje niedorozwój, któremu wydaje się że usunięcie ciąży pozamacicznej jest tożsame z wyłyżeczkowaniem macicy. No niby  burza zazwyczaj przed ciszą. "Nośny" temat się wynosi, kasy od  niego nie przybędzie, pamiętliwość babska rozjuszona może nie dać się przed następnymi wyborami wyciszć pięćsetką. Tym bardziej  że wyborczy motorek czyli dość roszczeniowo nastawione pokolenie  18 - 30 latków będzie się musiało zmierzyć z dorosłym  życiem i  pokuma że od bogoojczyźnianości  garnek się nie zapełnia a dawać na zapełnienie tego garnuszka to nie ma z czego. Znaczy prędzej czy później się uspokoi ale na razie  będziemy mieli show. Piździernikowy!







Na szczęście politycy politykami a świat i tak zmierza tam gdzie ma zmierzać, ignorując coraz bardziej puste gadki żon i mężów stanu. Chaos panie widzę, chaos,  co jest normalne  bo jesień zazwyczaj taka poplątana. Na ogrodowych rabatach jest to szczególnie widoczne, wszystko poprzerastane, wijące  się i wyłażące ze swoich "ram". Ten jesienny ogrodowy  chaos  jakoś nigdy mi nie przeszkadzał. To zupełnie inna bajka  niż wiosenne czystości, wychylające się ze świeżo wzruszonej ziemi zieloniutkie kiełki, dyskretne wygrabienia liści ze stanowisk  drobnicy cebulowej  czy przycięte należycie  pędy róż. No wiosna to taki  porządkowy czas a jesień jest radośnie bałaganiarska. Jednak przy tym całym wspaniałym bałaganie nie da się uniknąć jesiennych porządków, przynajmniej w Alcatrazie nie da się ich  uniknąć. Przyszedł czas na dzielenie kępy irysów syberyjskich posadzonej naście lat  temu. W czwartek ten czas przyszedł. Zadanie z tych dla bohaterów kina akcji z lat  osiemdziesiątych - dwa szpadle, mała siekierka, tasak do mięsa, wiadra z wodą i wąż na wszelki wypadek, apteczka i nalewka od Ewandki jakby mnie miał szlag trafić. Normalnie jak Arnie mogłam napaść z tym wszystkim na myśliwiec albo dowalić upierdliwemu kosmicie o gębie  błonkówki a odnóżach człowiekowatego. Pan Andrzejek  w pracy, więc była  solówka  - cud że mi jelit nie opróżniło przy tych wykopkach, no w każdym razie stękałam i  to na tyle głośno że  do ogrodu zajrzała moja sąsiadka Pani Gienia  z prześcieradłem ( ostatnie stękania  ogrodowe miały miejsce wtedy kiedy przesadzałam krzewy ciągnąc ich bryły na starych prześcieradłach ). Chyba powinnam popracować nad wokalną stroną prac ogrodowych, stękania zastąpić pianiem pieśni o radości jaką daje praca, może przebój krasnoludkowy "Hey Ho" albo jakieś dziarskie śpiewanie w stylu hufców OHP. W takim przypadku  "zbiegnięte" sąsiadki nie będą miały w oczach popłochu i odejdzie je chęć wycierania mi czółka przywleczonymi prześcieradłami ( "Czy otrzeć panu czoło doktorze? "Tak siostro i proszę podać nożyce Metzenbauma" ). W każdym razie prześcieradło się przydało, we dwie przeniosłyśmy na nim całą olbrzymią irysową kępę z rabaty na były Tyrawnik. No i zaczęłam dzielić! Dobra wiadomość jest taka że mam palce, zła jest taka że mam je dlatego że jednak zdecydowałam się czekać na Pana Andrzejka i jego silne męskie ramię. Cóż, raz tylko pieprznęłam siekierką pożyczoną od Małgoś - Sąsiadki, Pani Gienia kwiknęła i zrobiła się blada - rzeczywiście blisko było moich własnych  paluszków. Zapomniawszy że siekierstwa nie powinnam dotykać, bo to się zawsze  jakoś kiepsko kończy. Tak, tak, jednak upierdliwego kosmitę  o twarzy błonkówki a odnóżach człowiekowatego po mojemu to najlepiej załatwić trucizną, a  myśliwiec uziemnić wsypując cukier albo piasek do paliwa - takie delikatne, prawdziwie kobiece podejście prezentuję. Sarah Connor w wersji light, więcej mózgu mniej  mięśni. Lightowa Sarah Connor nigdy by nie dopuściła żeby kępa irysów syberyjskich  była nastoletnia, ona by ją załatwiła jednym palcem  po siedmiu, najwyżej dziewięciu latach w gruncie. Takie sobie mam przemyślenia nad kobiecym podejściem do spraw wielu, dużo rozmyślań babskich przede mną  w tym miesiącu piździerniku.








Jeżeli myślicie  że na wykopkach i dzieleniu jednej kępy irysów się skończyło to jesteście w błędzie. Ciężko pokorzonkowana Mamelon od pewnego czasu nosiła się z ograniczeniem roli  traw w Mamelonoison . Przeczekałyśmy kiedy z etapu Kwasimąt  ( polska wersja imienia Quasimodo, licentia poetica mojej Mamy ) Mamelon przeszła w etap Homo  prawie erectus ( bez wycieczek w stronę intelekta ) i zabrałyśmy się do wykopków. Po iryskach trawy to był właściwie light i  choć Mamelona znowu lumbago pokręciło to jednak  nie na tyle silnie żeby planów wyjazdowych nie snuła.  Wykopane i podzielone trawy ( przezornie  nie dotykałam siekiery, Mamelon jako  "techniczna" nią pracowała ) przewiozłyśmy z Mamelonoison do Alcatrazu na taczce pożyczonej  od  miłego sąsiedztwa Mamelona  ( mają kota i chyba trzy psy ), samodzielnie, żeby Sławencjusz widział naszą dzielność, bo coś nas ostatnio deprecjonował i nawet straszenie że wprowadzi się w Mamelonowo - Sławencjuszowym domu porządki à la Cio Mary ( dobra, stara pruska szkoła, preußischer Drill w najlepszym wydaniu ) miał za nic. Z traweczkami obracałyśmy dwa razy, wzbudzając entuzjazm pracowników fabrycznych ( "Gdzie panie idą z  tym perzem?!" ) no i  jak już wyładunek  został uskuteczniony to kępy wymagały natychmiastowego sadzenia. Mamelon odtaczkowała i wzięła się za  sadzenie w doniczce  ozdóbstwa sezonowego z wrzosów  a potem zaleczała lumbago, a ja przystąpiłam do robót ciężkich. Wkopałam te prosa i miskanty ale  nie starczyło mi już sił i czasu na niewielkie sieweczki Stipa pekinensis  od Sylwika. Ciemno  było jak z ogroda  do domu ściągnęłam. Dałam żyr kotostwu, napiłam się gorącego mleka i odpłynęłam. W nocy  w odpowiedzi na kocie ryki "Wpuść nietoperza! Natychmiast!" zareagowałam naciągnięciem poduszki na głowę i czarownymi snami o sadzeniu cebulek błyskawicznie rosnących. Sen był proroczy, rano przyszły pocztą ściepkowe cebulki. Po zeszłorocznym niewypale z Galanthus woronowii, które okazały się  puszkinią, kupiłam  cebulki w "lepszej szkółce" w Holandii. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam też śliczną odmianę zwykłej śnieżyczki przebiśnieg , znaczy "nivaliski" - 'Viridapice'. To  odmiana z zielonymi znamionami na płatkach. W ogóle tak mi się jakoś przebiśniegnęło - po wielu latach postanowiłam wprowadzić odmianę 'Flore Pleno' która bezczelnie mi zawsze wypadała ( nie wiedzieć czemu, bo inne  przebiśniegi rosły całkiem nieźle ). W miesiąc  piździernik znaczy wchodzę ogrodowo zapracowana, choć sobotka dzień od ogroda wolny - jadę jak się rozjaśni "na starocie"!
Fotki ozdabiające to tak z całego ogrodu - sezon marcinkowy w pełni jak widzicie, a w ogóle to  jesiennie mocno się robi przez tę suszę. Meg napisała że wyobraża sobie  mój Alcatraz jako pejzaż dodany czy coś  w tym guście. No fakt, coś trzeba  stworzyć bo industrialnie wokół. Jak na razie, to jest  w planie wielka akcja odnawłociowania czyli  szykuje się pejzaż w stylu soc, he, he. No chyba  że zaniemogę czy cóś, np. macica mnie wypadnie z wysiłku i będzie się pętała w okolicy kolan. Taka dolegliwość ogrodowo - piździernikowa, jaka może mieć miejsce bo po nawłociach  przyjdzie czas na kolejne przesuwanie krzewów.







poniedziałek, 26 września 2016

Cebulizm wiosenny jako funkcja społeczeństwa konsumpcyjnego

No i nastał nam ogrodniczy szał, ogrodnicy jak co roku rzucili się cebulować wiosennie. Tulipanki, Panie tego, narcyzki, hiacynty, cała  holendernia do ogródków  różnej wielkości. Kupuję sama, kupuje Mamelon ale super  atrakcja to jest wtedy gdy, przyznam bezczelnie,  podglądamy co kupują inni. Reflekszyn jest taka - wiosną strach się będzie bać. Ogrodnicy z lubością wybierają zestawy jadowite - niesłychanie oryginalne,  przecywilizowane do granic możliwości tulipany ( crispa na płatkach "po całości", kwiat à la karczoch lub gałka lodów, piękne Panie tego, piękne ) w  liczbie cebula sztuk jeden za cenę zbliżoną do wartości które zaciskają mnie gardło i do tego hiacynty o dubeltowych kwiatach i narcyzka ciężkosfalbanionego. Świeżo po lekturze Megowego Porozmawiajmy o roślinach , wpisu niby na temat doboru roślin do ogrodów ( niby  bo temat jakby wyjściowy do dalszych  rozkmin   natura a my ),  doszłam do wniosku że głosy podobne do głosu Meg, to głosy wołające nawet nie na Puszszczy Białowieszczańskiej, to jakieś szepty na amazońskiej selwie. Po prostu jadowite królują! A królują  bo taka jest potrzeba, "...to jest miś na miarę naszych możliwości". Na  cholerę komu drobnica cebulowa, naturalizm nasadzeń wpisujący się w otoczenie? Roślina ma być widoczna - najlepiej z okna sąsiada.

To nie jest tak że ja  się wzdrygam jak na tulipany ogrodowe, hiacynty  czy narcyzy, mieszańce wielogatunkowe  patrzę, nic z tych rzeczy. Jeden z najpiękniejszych  ogrodów wiosennych jakie widziałam to stare,  poczciwe apeldoorny wśród morza  różnobarwnych pierwiosnków wszelkich gatunków,  pod "dachem" z kwitnących gałęzi starych jabłoni. Niedaleko mnie był ten ogrodowy  sad,  niestety  nie ma już po nim śladu. Tak, tak, tujeczki już tam rosną. Na szczęście jeszcze nie "po całości", ale pewnikiem niedługo się rozpełzną. Lubię liliokształtne tulipanowe różowości, które sadzi Mamelon - w ogrodzie miejskim nawet bardziej wydumane kwieciszcza  dobrze wyglądają. Razi mnie jednak nagromadzenie  "oryginalności", ocierające się o banał pragnienie nowości na rabacie. 

W ogóle rabatyzm przy okazji cebulowania wiosennego z nas wyłazi. Rabata taka, rabata sraka a ogród jako całość leży. Sama nie jestem wolna od takiego postrzegania ogrodu, choć  pocieszająco sobie wmawiam że mnie tłumaczą szopki nieustająco "w rozbiórce",  które mi przestrzeń dzielą ( jakby ich nie było pewnie by ją dzieliły cisy, co prawda "mało nasadzeniowe" , bo nie w donicach, he, he ). Wiosenną porą wylezą jak  Polska długa i szeroka, w miastach i na wsiach, wśród betonów i pól prześliczne "łany sztuk jeden" najnowszej tulipanowej nowości, cztery na krzyż hiacynty o dubeltowych kwiatach ( rzecz jasna każdy w innym kolorze, żeby ładniej  było ) i jakieś skromne stadka ( sztuk pięć ) narcyzków ciężkosfalbanionych. Metody sadzenia cebul w "powszechnej świadomości" są dwie - swojska czyli kolorowo, falbaniaście  i w ogóle różnorodnie  do  zarzygania ( im więcej kolorków i kształtów różnorakich tym rzyg ciekawszy a życie barwniejsze ) i monochromatyczna zwana elegancką ( "projektant mi to robił" - rok przymusowego zbierania papierków do kosza po parkach dla projektanta, bez możliwości zawieszenia kary ( o ile zrobił to bezmyślnie, epigońsko i w miejscu "nie na temat" ), lub nie umiem poradzić sobie z doborem kolorów i kształtów, że o roślinach nie wspomnę i wybieram bezpieczne rozwiązanie czyli takie żeby nikt nie posądził mnie o brak tzw. gustu ). O komponowaniu roślin i dobieraniu ich  barw i pokroju kwiatów nie szumią u nas wierzby. A jak nie szumią o dobieraniu roślin na rabaty to jak mogą szumieć o wpisywaniu rabat w ogród a ogrodu w otoczenie?

Przeciętny ogrodnik czyli taki "początkowy Tabs", ktoś kim byłam na początku mojej przygody z ogrodem, nie myśli tak jak projektant  - ogród  jako całość. On tak  od  myślenia o niewielkiej przestrzeni zaczyna ogrodowanie, powoli się rozwija  jak ten pierwiosnek na wiosnę. "Opanowuje" rabatę jako etap swojego ogrodowania, potem rzuca się na "opanowanie" ogrodu, wreszcie chce "opanowany" jakoś wkomponować w większą całość.  Czasem zatrzymuje się na jakimś  z etapów ogrodowania, zasklepia się z różnych przyczyn, czasem nie od niego zależnych, na rabatce czy  ogrodzie.  Jak tu zaogrodować w miejskim  domku szeregowym i wpisywać się w otoczenie? He, he "po projektancku" to byłoby prosto - sadzić tuje jak sąsiedzi. Ha i ludziska to robio, a na tle tych tuj pozwalają sobie na oryginalność, najlepiej kupując "oryginalne" rośliny, takie "oryginalne" tulipany na przykład. I nie poprzestają na nich! Wszystko  inne rośliny  też powinny  być oryginalne! Przyjemniej nam będzie, poczucie "lepszości" naruszone przytłaczającym tujakowym uniformzimem zaspokojone. Krajobraz miejski tworzony przez dość zwartą zabudowę i niezbyt duże ogrody,  tujowy jak z rozdzielnika,  rozpełzł się nam po wsiach nie wiadomo dlaczego,  podejrzewam że  z poczucia  że miastowe znaczy lepsze.

Bywszy ostatnio na wsi nad morzem, rozejrzawszy się po ogródkach  i z przerażeniem stwierdziwszy że i na wsi miastowa  rodem oryginalność totalnie banalnieje. OK rozumiem jeszcze ( z trudem ) wiejskie przedogródki zaiglaczone do niemożliwości ale w tzw. linii zabudowy tworzące jakąś tam całość, ale to co się dzieje z tyłu domu? W trzech obtujaczonych ścianach ogrodu takosamość i tylko te rośliny przecudnie oryginalne, niepowtarzalne nowości mają być inne ( mają bo sąsiedzi kupują zazwyczaj to samo ). Po prostu właściciele tych "ogródków" są jeszcze na bardzo wczesnym etapie rabaty,  etap ogród  gdzieś za widnokręgiem . Mogą w ten etap ogród nigdy nie wejść, basenik razem z tym urządzeniem do skakania czyhają. Cebulowe z racji swojej biologii szybko, znacznie szybciej niż byliny czy  krzewy oryginalność i inność zapewniają, to coś jak mebelki z odrzutów z eksportu wtłoczone w takie M- 3 w późnym PRL-u.  No, wyobraźnia uśpiona, najnowsza cebulowa nowość zastępuje  kreatywność,  kupione poczucie "prawdziwego ogrodowania" przyniesione z marketu, z kolorowym obrazkiem opakowaniowym na cebulach, jakiego jeszcze "nikt tu nie widział" - tak, to ma coś ze smutku PRL-u.  A starsze, sprawdzone rośliny ogrodowe czy  takie na wpół polne?  Babciowość, staroć, "wiocha" nie pasi w naszym nowym lepszym życiu, niezależnie czy mieszkamy w mieście, czy na wsi,  w starej chatce,  domku szeregowym, wolnostojącym, rezydencji.  Pragnienie bycia oryginalnym czyli lepszym  w nas tkwi. Im mniej kasy tym większe parcie na "oryginalność" ( rezydencjonalni mogą sobie pozwolić na "babciowość", staroć i "wiochę", mniej do udowadniania mają sobie samym - ale rzadko pozwalają, pewnie dlatego że rezydencjonalni to głównie tzw. pierwsze pokolenie ). "Oryginalność" w postaciu "hitu sezonu'" z przoda ogroda  ( niech widzą ) i z tyła ogroda ( niech podglądają a my wiedzą ) i ogrodnik pełną gębą, szczęśliwy bo pokazał albo wie że ma. Ha, "oryginalność" w postaci cebulowych nasadzeń to satysfakcja nie tylko  ogrodnicza  instant, za pół roku zadamy szyku.  

Pokupność takich a nie innych cebul wiosennych więcej mówi  o polskim ogrodowaniu niż jakiekolwiek inne zakupy ogrodowe. O gustach wynikających z potrzeby dopieszczenia ego ( najnowszy hicior z Holandii - jesteś tego warta lub wart ), o marzeniach  nie tylko ogrodowych, o naszej świadomości. Trochę smętnie bo po mojemu wychodzimy na straszliwie konsumenckie  społeczeństwo, takie jeszcze nienażarte, spragnione użycia, śliczności nad ślicznościami reklamowanych gdzie się da, oderwane od świata bo zagonione do kupowania i z tego kupowania czerpiące satysfakcję. Zazwyczaj nienażarte jest prymitywne, tak mi z tyłu głowy się tłucze, przed czym się bronię ręcami i nogami bo jeszcze mi się poczucie wyższości ciężko tłumione ( taa, każdy ma wady, a niektórzy nawet mają naprawdę wielkie i wspaniałe wady ) w pogardę rozwinie. Kuźwa, społeczeństwo  na etapie rabatki! 


Marzy mi się że oto triumfalnie powracają do ogrodów "zwykłe" rośliny cebulowe, chamskie, stare odmiany "dające radę", dzikuny z natury przyswojone.  Przyuważyłam że szczęśliwie masowe zakupy w dyskontach sprzyjają starym  odmianom  wiosennych cebulowych. Wielkie paki za tanie pieniądze, kuszące ceną oszczędne ogrodniczki i oszczędnych ogrodników.  Ha, to nie wstyd ( jeszcze ) biedronkować czy lidlować.  Może uda się przejść ten etap kretyńskiego  konsumenctwa i zachłyśnięcia odblaskowymi , fosforyzującymi, stepującymi i mówiącymi wierszyki najnowszymi z nowych holenderskich cebulakami bez  naprawdę powszechnego zacebulowania tulipanowymi, hiacyntowymi, narcyzowymi  eksperymentami, nie zawsze udanymi za to z dobrym marketingiem w tle. Oby!
Dzisiejsze fotki są takie żeby nie wyszło  że ja "naturalistyczna" ogrodowo do bólu, bo to nie jest prawda. Uprawiam różne cebulowe, na ogół  niedoceniane przez sąsiedztwo, he, he.


piątek, 23 września 2016

El Murciélago y Los Pindulamentos

Powoli wychodzą z letnich uczuleń ( nie ma już noska  jak  tyłek pawiana, zarasta siorstka ), ciągnących się zapaleń spojówek, "starczych zmian charakterologicznych"  tym podobnych przypadłości. Dają mi strasznie popalić i w ogóle są niewdzięczne, być może przez to że u sąsiada zalągł się uratowany spod kół ciężarówki mały kot. Dotychczas  wdzięczyły się one do  sąsiadego, on do nich ( zwierząt w domu nie chciał bo pracuje, a teraz buch, chyba kota do matki będzie woził - swojej nie kociej, albo próbował podrzucić do Małgoś - Sąsiadki ), a tu konkurencja nagle się wniosła i obłaskawianie sąsiada ukróciła. W związku ze związkiem mam w domu  baaardzo głośne koty, ich miauki niosą się po chałupie ( i nie tylko ) bo w końcu konkurencja musi wiedzieć że oto: moje koty, były tu pierwsze i są najprawowitszymi z prawowitych właścicielami kamienicy, ogrodu, mnie, Małgoś  - Sąsiadki, nietoperza, wszystkich srok, nornic i  ich pokrewnych oraz praw do zaczepiania  lokatorów, wyżebrywania żarcia, udawania zdechlaka  na dachach szopek. Mariachi Los Pindulamentos dają nieustający koncert. Poranne ryki przy lodówce to już nie pięciominutowe kawałki, to prawie półgodzinny występ chóralny ( do tej pory głównie pruły się Felicjan i Sztaflik, czasem tylko włączał się Lalek - teraz  wszystkie, cała cholerna piątka pruje sznupy, najpierw domagająco, potem pomiaukują groźnie w czasie żarcia, na koniec posiłku jest głośne info że zeżarły, a potem się już tylko leją, z piskami i miaukami rzecz jasna ).  Im dalej w dzień tym ryki robią się głośniejsze i dłuższe, wieczorny posiłek przypomina wieczór w operze.
Jakby tego było mało to nasz domowy nietoperz zapałał uczuciem do moich karniszy, no cudownie z nich się zwisa, cudownie! Co drugą noc budzi mnie przeciągłe wycie  Lalka  ( nie wiem  jak to jest możliwe  że on takie basowe tony wydaje ) i błagalne Felicjana "Proszę Cię, złap mi go, będę się z nim bawił w morderstwo". Taa, ja już wiem że to na cześć Batmana, który właśnie znów nas odwiedził. Podnoszę powieki i usiłuje zabić dziecię nocy wzrokiem bazyliszka. Nietoperz  odporny. Batman wykonuje stały program, najpierw zwisa i prowokuje bezruchem, potem poćwierkuje po swojemu ( ja nie słyszę ale koty doskonale wyłapują te dźwięki i jest szał ciał z rzucaniem się na ściany, oczywiście tzw. ściana dźwięku przy tym  ), a gwoździem programu jest wielokrotny oblot  chałupy  pod koniec jego wizyty, w czasie którego Los Pindulamentos brzmią jak z nagłośnieniem potrzebnym na stadionie. Nie znoszę od  młodej  wiosny  do późnej  jesieni spać  przy zamkniętych oknach, ale jestem tak zmęczona że bezczelnie zamknę netoperkowi okno przed ryjem ( niewyjściowym zresztą ). Qrczę, jestem gotowa bestii karnisz na zewnątrz  chałupy zamontować i tam niech dla kotów lata ( sąsiedzi będą mnie  kochać że ho, ho, ho ). Koty się u mnie rozbestwiają a ja mam coraz mniej sił. I w ogóle to niewyspana jestem! Cholerny wąpierz wraz  z zespołem towarzyszącym energię ze mnie wysysa po nocach.



czwartek, 22 września 2016

"Pani Tereska" i rozmyślania o netowym złodziejstwie

Postanowiłam się wypisać bo problem z tych wkurzających i przypominających niestety walkę z wiatrakami - ściąganie fotek blogerów. Cóż siedzę jakby w dwóch okopach jednocześnie, sama ściągam z neta stare fotki, fotki starych pocztówek, prac malarzy i grafików i nie wszystkie są  z  tzw.  wolnego zasobu ( foty w wolnym zasobie nie zawsze są najlepsze ).  Wykorzystuje je, napisiki kretyńskie dodaje czy cóś w tym guście. Ustalanie kto sfocił  ilustracje do książeczek bywa piętrowe i nie zawsze skuteczne ( ktoś wyleciał z blogosfery, ktoś wyleciał z neta, ktoś wyleciał z życia i to nie bardzo wiadomo kiedy, co ma istotny wpływ na prawa autorskie ). O ile w docelowych poszukiwaniach nie dokopię się do zakazu publikacji fot to  ściągam i wklepuję. Wyrzutów  wobec artystów których prace przez kogoś tam sfocone prezentuję nie mam, uważam że wszem i wobec trąbię że są świetni, nazywają się tak i tak i w ogóle to jakaś złośliwość  losu że  część z nich  jest u nas  tak mało znana. Korzyści żadnych z tego nie czerpię, może poza poczuciem że oto ja tutaj odkryłam dla swoich blogowych Polinę czy Yarbusową. Lekkie ukłucia niepokoju przeżywam wtedy  gdy nie jestem w stanie ustalić nie tylko autora foty ale i autora całkiem współczesnej pracy ( sporo tego w necie ). Zawsze mam wtedy dylematy.
A teraz  następne przestępstwo - mam całkiem pokaźny zbiór  fotek innych blogerów, dla własnej radości! Nie w chmurze ale na własnym kompie.  Nie wykorzystuję ich  nigdzie ale sobie czasem przeglądam bez włażenia do neta. Cieszą mnie, uwielbiam fajnie foconą przyrodę, ogrody czy tam inne domowe pielesze. Oglądam  z Mamelonem, czasem z Cio Mary - w prywatnym obiegu podziwiamy. Nigdzie ich nie pokazuję bo nie moje, ale bezczelnie i jakby nielegalnie się nimi cieszę. Nielegalnie bo przecież nie z tą myślą  że będę je sobie w chwilach wolnych na kompie przeglądała ktoś je zamieszczał. Tak szczerze pisząc to do  głowy mi nie  przyszło wklepywać te blogowe foty w jakichś społ - serwisach czy na blogu, wystarczą mi te skryte nielegalne radości.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o moje bezczelne ciągnienie z neta fot wszelakich.

Na świecie są jednak ludzie niedopieszczeni a także zachłanni, którym cudze, blogerskie czy forumowe  foty potrzebne są albo do dopieszczeń albo do prowadzenia biznesu. Ci drudzy winni być tępieni ogniem i mieczem,  z tymi pierwszymi nie bardzo wiadomo co zrobić. Wklejają co im pod  kursor popadnie, byle tylko zaistnieć w społ - serwisie, to strasznie żałosne i przeraźliwie żenujące. Trudu nijakiego sobie nie zadają żeby autora foty ustalić czy choć stronę z której fota pochodzi, bo albo żyją w błogiej nieświadomości że popełniają co najmniej  netowe faux pas, albo mają to gdzieś "no bo to przecież publicznie dostępne" ( w czym niestety mają rację, udostępniając foty  godzimy się w pewien sposób na utratę kontroli nad "wytworzonym dobrem" ) ,  albo są tak porąbani że pragną uchodzić za autorów zdjęć. Wszystkie trzy możliwości są dość przygnębiające - nieświadomość ( w pewnym wieku zwana głupotą ), tumiwisism skojarzony z nieświadomością ( w pewnym wieku zwaną głupotą ), porąbanie wymagające psychoterapii, a kto wie  czy nie farmakologicznego podejścia do sprawy. Co z takimi robić? Ignorować ciężko, szczególnie wtedy kiedy tak jak Dzika Kura oglądamy  własny dom, sfocony własnym aparatem, przez naszą własną osobę widniejący na zamieszczonej na fejsie  focie. No krew zalewa, bo my akurat wcale nie planowaliśmy zamieszczać tej foty w takim serwisie,  chałupa jest nasza najwłaśniejsza i nie chcemy oglądać jej jako ilustracji do "Wjekskich Rozkoszy" czy czegoś w tym guście. W dodatku odkrywamy że "Pani Tereska", która zdjęcie zamieściła "zapomniała" napisać skąd owo zdjęcie  ściągnęła ( a bardzo wiele osób nie życzy sobie kopiowania ani tym bardziej wykorzystywania ich zdjęć o czym  informują na swoich blogach ) i wtedy mamy tak zwane uderzenie, wyrastają nam kły jadowe, a niektórym nawet kopyta i rogi. Taka reakcja na działania pasożytnicze. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest że większość  blogerów i forumujących gdy poprosisz o możliwość niekomercyjnego wykorzystania ich zdjęcia zgadza się bez żadnego ale, a tu nagle  taki wnerw, wkurw nawet,  gdy zobaczą swoją fotę zamieszczoną przez "łobcego" w necie. Po mojemu to dowód na to że nic  tak człowieka nie wkurza jak bezczelność i hucpa. Z tzw.  doświadczenia życiowego wychodzi mi że na czyjąś hucpę skutecznie odpowiada się hucpą jeszcze większą, czyli czarno widzę przyszłość "Pani Tereski" jak dostatecznie wkurzy ludzi, he, he.

Teraz  będą wnioski natury ogólnej. Jakiś czas  temu zorientowałam się że ochrona praw autorskich w necie zanika, system nie jest  bowiem w stanie przy takiej ilości użytkowników skutecznie egzekwować wszystkich naruszeń praw autorskich. Wklikują zapory, algorytmy, maszyny międlą, ludzie działają ale nawet bardzo poważnych treści nie udaje się zabezpieczyć przed nazwijmy to "zapożyczaniem", a co dopiero blogowych pisań czy  fot. Prędzej społeczność netowa sobie wyrobi normy z sankcjami "towarzyskimi" , niż profi  od praw autorskich to opanują - nie mam złudzeń. Poza tym coraz bardziej rozmywa się sprawa praw autorskich do własności intelektualnej, odnoszę wrażenie  że jeszcze za mojego życia to wyewoluowuje w kierunku znacznego ich ograniczenia. Społeczeństwo informatyczne zachłystuje się danymi ale czkawką będzie reagowało na kurek ograniczający dopływ danych. Sralalala, największe batalie będą się toczyły o dostęp  do informacji, których spożytkowanie może być niemożliwe . Jak czytam o kontroli tzw. służb nad netem to zastanawiam się czy aby ich marzeniem nie jest nagły ogólnoświatowy  brak dostaw energii elektrycznej. Toż większość z ludzi  nie ma jeszcze dostępu  do neta, co będzie  jak net będzie wszędzie. Obróbka przez maszyny? Wierzcie ódziance, zawód brakarki nie  powstał dlatego że maszyny  doskonale wypełniają swoją pracę. Kontrola życia nigdy nie jest zupełna, takich grzybów nie ma. Albo wyłączą prund albo  będą kontrolować 3/4, potem 1/2, potem1/3 neta. Najgorzej  będzie jak nikt  nie będzie  już w stanie tego ogarnąć a tzw. struktury społeczne udźwignąć. Wypracowywanie nowego zawsze boli, ciężkie życie czeka przyszłych korzystaczy z neta. Dlatego necizm trzeba rozwijać w kierunku przekładania na real ( w moim skromnym zakresie netowe znajomości zmieniam w realne ), urealnienie netu zapobiega zachłystywaniem się info, wspomaga selekcję danych i jeszcze człowiek ma z tego mnóstwo radochy  i wrażeń. No i zawsze to lepiej tak w żywe oczy wywalić "Wiesz, mam Twoje zdjęcia w kompie".


poniedziałek, 19 września 2016

A co tam w ogrodzie?

A w ogrodzie jesień! Taka sucha. Słońce dające czadu we wrześniu fajna sprawa  ale  choć trochę wilgoci by się przydało. Nerwowo przeglądam prognozę  i owszem, widzę że temperatury jakby jesiennieją,  ale wody z nieba spadające to widzę dopiero w okolicy początku października. Niech to szlag! Przyjdzie mi wykonywać podlewanie wodociągowe, które jest  kosztowne i nie tak skuteczne jak to  podlewanie  z nieba. Staram się pocieszać myślą że suchy wrzesień sprawi że w przyszłym roku zawilce gajowe będą kwitły jak marzenie, taka terapia potrzebna gdy patrzy się na przysychające owoce jarzębin ( na szczęście nie wszystkich ).  Moim zdaniem to w ogóle w tym roku owoce na drzewach i krzewach nie są najwyższej jakości i dość  szybko przechodzą w fazę smętnej mumii.



Na szczęście jesienne kwitnienie róż odrywa człowiek  od przykrych rozmyślań  na temat wpływu klimatu na ogrodowe nasadzenia. Krzewom różanym wyraźnie taka pogoda jaką mamy  teraz  służy. Bezczelnie przyznaję że drugie kwitnienie róż je powtarzających zazwyczaj robi na mnie  większe wrażenie niż kwitnienie czerwcowe.  Kolory jesienne wielu odmian jakoś bardziej do mnie przemawiają. W dodatku marcinki robią tło a to zawsze urodzie  różanych kwiatów służy. W październiku czekają mnie  przesadzenia niektórych krzewów na opuszczone przez zawirusowane lilie miejsca. W ogóle przede mną jeszcze sporo przesadzania.





Najlepiej prezentuje się obecnie podwórko, głównie za sprawą kwitnących marcinków i traw, czadu dają rozplenice i prosa. Palczatkę i sporolobusa posadziłam tak  że przyjdzie mi jeszcze sporo poczekać na olśnienia. W ogóle chętnie dokupiłabym niebieskiej palczatki, czuję się palczatkowo niedopieszczona. Uwijam się  jak ten pszczółek usiłując ogarnąć Alcatraz, jestem podrapana, pokłuta i pogryziona przez mrówki. Wielkiego postępu nie widać, Alcatraz ma tylko odgruzowane  fragmenty.  Na byłym trawniku kupy wyrwanego zielska, darń i szczątki starego  grilla ( cześć jego pamięci! ). Na owych  kupach siedzą koty i porykują na mnie  jak banda ekonomów na chłopa pańszczyźnianego. Od czasu do czasu usiłują "pomagać" czyli zapraszają do zabawy  wykopując  świeżo wsadzone cebule albo ocierają się namiętnie o mój urodzinowy szpadel ( jeszcze nie złamany, choć lekko podgięty ). Pilnie wkopuję cebule, łupy z Lidla i marketów budowlanych. Przyznaję bez bicia że w tym roku  cebulowo przyszalałam - głównie narcyzowo - hiacyntowo, mea culpa bo sobie przyrzeczenia składałam na temat abstynencji hiacyntowej ( ale jak tu się nie skusić na 20 cebul w cenie  piętnastu złociszy ). W  związku z cebulowaniem pleców nie czuję, sama zaleciłam sobie smarowanie mazidłem rozgrzewającym ( ależ będę pięknie śmierdziała! ) i zaraz udam się  na tzw. spoczynek. Rzecz jasna obłożę się kotami w ramach podleczenia krzyży. To  moja msta za to porykiwanie na mnie z kup i "zabawy" ogrodowe.







niedziela, 18 września 2016

Tour de Tajoj - Drohiczyn "kolejny kawałek tortu" i Sowia Góra pod Węgrowem

Zieloność nad Liwcem meandrującym, lasy po horyzont nad  Bugiem, kopuły cerkwi i baniaczki zwieńczające wieże tłusto barokowych kościołów.  Do tego bocianów zatrzęsienie, drapieżne  ptaki  fruwające tuż nad  głowami - łąki, łąki, łąki, takie jakie w centralnej części kraju  już rzadko  się spotyka.
Krótko pisząc  - wyprawa na Wschód!

Drohiczyn

Cień dawnej  świetności, miasto okaleczone ale z  nadal widocznymi  śladami  wielkiego piękna budynków, historii bogatej w ludzi i zdarzenia. Jak  Brama  Damasceńska w Jerozolimie prowadzi do tajemniczego świata  arabskiego  Orientu,  tak Drohiczyn jest dla mnie bramą prowadzącą do dawnej Polski kresowej, choć te "kresy" to historycznie wypadały tak mniej więcej w połowie  Rzeczypospolitej.  Wieloetniczność jakoś tam  koegzystująca ( nie zawsze było słodko ), zderzenia  światów i przenikanie się kultur, "żyzność" ( bo zero monokultury, he, he  ) cywilizacyjnej gleby na której wzrastało, kształtowało się,  filtrowało przez romantyczne uniesienia  wieszczów  to co dziś nazywamy polskością. Nasi wieszcze - potomkowie wieloetnicznej szlachty  Litwy, Wołynia i magnat urodzony w Paryżu, taaa, bardzo szczerzepolskie - koń by się uśmiał ( historia już  rechocze ).



W miasteczku ostały się kościoły i jedna cerkiew, po cerkwi pod wezwaniem  Welikomuczenicy Warwary  i synagodze śladu nie ma.  Tę pierwszą rozebrali Rosjanie w 1940 roku w ramach radości sowietyzacji, tzn. oczyszczano rejon nadgraniczny, tworzono kordon i tak dalej, tę drugą świątynię spalili w dzień po  wybuchu wojny niemiecko  - sowieckiej "nieznani sprawcy" ( znaczy boję się pomyśleć  kto ją spalił w ramach zemsty na tzw. żydokomunie, cyklistom zawsze łatwiej przywalić  niż polakokomunie  - liczniejszej od żydokomuny, czy białorusinokomunie - najliczniejszej na tych terenach,  jak wynika z dokumentów ). Przed II wojną światową Drohiczyn ze swoimi świątyniami, bajkowym położeniem na skarpie wznoszącej się nad przełomem Bugu był po prostu magiczny. Teraz z tzw. resztkami zabytkowymi, nadal czaruje, choć magia nie jest już tak silna. W każdym razie do Drohiczyna warto zawitać, pospacerować po tym  nadal pełnym uroku miasteczku ( w sierpniu woń papierówek rozchodząca się w ciepłym powietrzu wzmacniała moje ciepłe  do tego miejsca uczucia ).




Widok ze skarpy na przełom Bugu przepiękny i wiele o tej części kraju mówiący - lasy po  horyzont od wschodniej strony. Pogoda nie była  z tych sprzyjających obiektywom aparatów fotograficznych, niebo z ołowianymi chmurami.  Deszcz jeszcze nie padał ale dało go się wyczuć w powietrzu. Mimo to Bug urodny ( hym... znacie takie powiedzonko "Jak się topić to w Bugu albo w Dunajcu" ), choć Ewandka malkontenciła że przełom Bugu to i owszem piękny, z tym że jesienią. Ja co prawda widziałam go też we wrześniu, ale do przebarwienia drzew  było jeszcze daleko. Znaczy co najlepsze jeszcze przede mną! Drohiczyn w ogóle zwiedzam kawałkami, smakuję jak tort z siedmiu warstw. I dobrze, bo takie miasta jak to muszą się w człowieku uleżeć.



Sowia Góra

A teraz o Sowiej Górze -  wzniesieniu nad Liwcem, skarpie porośniętej roślinami typowymi dla  suchych łąk ( mój boszsz... te łany mikołajków, niebieszczących się tam w lipcu ). Zdjęcia robione na początku sierpnia, ale wokół solidna, niemal czerwcowa zieleń. Mam wrażenie że ta część kraju, wschodnie Mazowsze i Podlasie są jakoś bardziej zielone niż inne regiony Polski.  Może to rzeki, może to lasy, może nie tak bardzo "nachalny" wpływ rolnictwa wielkohektarowego - no, łąki bardziej zielone, soczyste, że o bogactwie gatunków na nich rosnących ledwie napomknę. Gatunki łąkowych bylin te nie przekwitają tak szybko jak te  w mojej  okolicy, chłodniejszy i wilgotniejszy klimacik sprawia że kwitnące rośliny dłużej cieszą oczy. Znacznie dłużej niżby   mogło to wynikać z późniejszego rozpoczęcia wegetacji.  Właśnie, urocza kraina ma surowsze oblicze -  wiosna zaczyna się później, śniegi lubią zalegać a zimowy mróz potrafi być naprawdę "syberyjski". Za to w ramach dopieszczeń ilość boćków przypadających na jednego mieszkańca godna pozazdroszczenia. Opowieści  o klimacie północno - wschodniej ćwiartki kraju bywają z tych horrorzastych, ale latem jakoś człowiek o tym nie myśli. Szczególnie jak wlezie na  Sowią Górę i panoramę z niej widoczną  podziwia.




'James Galway' - różany potwór z ogrodu Magdzioła

 'James Galway' to róża autorstwa Davida Austina,  "austinka" vel  "angielka" znaczy.  Wprowadzona została na rynek w roku 2000 ( prezentacja na Chelsea Flower Show ) i od tego czasu dość szybko rozprzestrzenia  się po ogrodach. Szybko, bo zdrowa i mało kłopotliwa z niej róża a  o takich właśnie krzewach marzą ogrodnicy. Krzew wysoki, docelowo osiąga około 250 cm wysokości i ponad 300 cm szerokości. To docelowo oznacza dwa, trzy lata w optymalnych warunkach. W ogrodzie Magdzioła luba różyczka zamieniła się w potwora przed którym trzeba chronić inne  róże.  Kwitnie zjawiskowo, naprawdę jest na czym oko  zawiesić, natomiast przycinanie to Magdzioł uskutecznia jak ja na forsycji - dwa razy w sezonie.  Kwiaty tej odmiany są lekko spłaszczone ( ale  bez przesady ) i mają nieco ciemniejsze środki. Liczą średnio  około 41 płatków i pachną jak tzw. stare  róże. Odmiana jest wynikiem krzyżowania róży Austina 'Heritage'  z siewką.  Kwiaty zebrane są w małe klastry, pojawiają się w zwiększonej  ilości raz na jakiś czas  przez cały sezon. Kwitnienie wiosenno - letnie jest oczywiście najbardziej  obfite, ale i jesienna porą można obserwować piękne ukwiecenie  tej róży. W chłodniejszym klimacie zaleca się solidniejsze cięcie, w ciepłych rejonach tnie się ją nieco wyżej ( i wtedy właśnie zmienia się w potwora ). Nazwana została na cześć Sir James'a Galwaya, wirtuoza  fletu ( różę "wiolonczelistkę" już mam, sprawę różanej małej orkiestry kameralnej  muszę jednak bardzo  głęboko przemyśleć - miejsca ledwie starczy na kwartet ).