poniedziałek, 17 października 2016

Nikolai, Nikolai

Mam dla Was coś, takie naprawdę coś, choć owo coś zgrzyt kłów może u krytyków sztuki wywołać. No może nie u krytyków ale u krytykantów to  tak na 100%. No bo to nie instalacja ani prekursorskie oddziaływanie  artysty w przestrzeni ( ciężko publicznej ) mające przez integralność formy, konstrukcję niedającą  się jednoznacznie zaklasyfikować, a wpływającą na postrzeganie i stan samoświadomości widza,  spowodować u niego filozoficzne katharsis i tak dalej... w klimacie nowomowy bełkotliwej, tak uwielbianej przez krytykantów. No nie są to prace pod krytykanta sztuki skrojone, w  odbiorze są proste, na ścianie dające się powiesić, takie że łatwo przypiąć im łatkę banalności. Ja jednak mam wrażenie że banał coraz częściej pojawia się w prestiżowych galeriach, upozowany na tzw. sztukę wielką  które to pojęcie jest dzisiaj radośnie przypisywane sztuce "nieintymnej" - jakby skala przedsięwzięcia, tzw. przesłanie ( sztuki wizualne "pierwszego sortu" są dziś strasznie wojujące i przesiąknięte różnymi mniemanologiami, które wychylają się co i raz z czysto artystycznych spraw i sprawiają że sztuka ta jest w jakiś sposób straszliwie spłycana ideologią, nadęta i bardzo często nieszczera, co jest chyba najgorszą obelgą dla dzieła  artysty ) miały sprawić że pracom wielu twórców od tego się polepszy. Sorrky, w morzu współczesnej "zaangażowanej" artystowskiej tandety wielkogaleryjnej pływa tylko parę stworzeń po których zostaną piękne skamieniałości, reszta  to jak zawsze plankton, który owszem może skamienieć ale zachwyt  to najwyżej pod mikroskopem a i to króciutko, bo większe skamieniałości ciekawsze. Normalka, tak było, jest i będzie.





Ze względu na powyższe stwierdzenie z pewną podejrzliwością patrzę na tzw. zaangażowanie artu, bezwstydnie przyznaję że bardziej mnie nęcą wyrosłe z zakurzonej przeszłości postimpresjonistyczne zabawy niż mocno wydumane filozofie opakowane w nie zawsze najwyższej próby wizualia. Być może nie dorosłam, być może przerosłam - w każdym razie nie jestem w takim punkcie który by jakoś mocno stykał z tzw. najnowszymi zaangażowanymi  tryndami. Pocieszająco sobie  twierdzę że prawdziwi artyści  mają za nic tryndy, oni  i tak "jadą po swojemu".




No i oto przed wami Nikolai Blokhin presents, prace  niby prościutkie ładniutkie, które gdy im się bliżej przyjrzeć zrzucają ładniznę a pokazują jak twórczo można czerpać z dziewiętnastowiecznych wykopków typu impresjonizm. Cóż,  dla oka są przyjemne, harmonia barw robi swoje, więc nęcenie jest bezproblemowe - ludziom się podobają, nawet nie wiedzą one ludzie dlaczego. I nawet sobie pytania samouświadamiającego takie ludzie nie zadajo. Ach ten Nikolai!
A Nikolai przyszedł na świat  w 1968 roku w St.Petersburgu ( wtedy to był Leningrad ), prawie pięćdziesiątkę ma i jeszcze nie dojrzał do "rozwinięcia spoistej integralności artysty z dziełem" tylko dalej tłucze obrazki jak mu się podobie a w każdym Nikolaiowym dziełku widać Nikolaia ( doskonale z dziełkiem zintegrowanego ). Taki podstaruch a tu ciągle wibrujące pod pędzlem coolorki wabiące  ślepia, podejrzanie przepiękne piękności, rozmycia świata widziane jak spod przymkniętych powiek - zdziwne! Nikolai zawodowo jakoś tam ustabilizowany , jest nawet profesurem Akademii  w St. Petersburgu i nagrody mu dawali. Jakieś jury hamerykańskie jego uhonorowało, z szacowną instytucją Metropolitan Museum of Art związane. No, pełna zgroza bo gdzie tu "koncepcja koncepcji", malarzyna jeden od obrazków na ścianę,  he, he. I w dodatku bezczelnie pokupne te jego obrazki.




Na szczęście jest te parę nagród Nikolaiovi przez jury różne przyznanych, więc  krytykanci mają pod górkę bo szczęśliwie krytykanci nie zawsze wiedzą co zrobić kiedy inni krytykanci, albo co gorsza prawdziwi krytycy sztuki się nie pastwią  tylko "dostrzegają  wartości". Zatem bezstresowo nacieszcie się pracami Nikolaia Blokhina, piewcy urody świata.





piątek, 14 października 2016

Porządki w różance, domowe pielesze i próby ogarnięcia wszystkiego


Tylko słoneczko wylazło to Mamelon  świeżo odglucony i ja z lekka napita zapobiegawczo antygrypowo wyległyśmy do ogrodów. Tyle było gryplanów a tu siurprajs pogodowy przytrzymał nas w domu i proszę, trzeba się zwijać jak ta rolada. Na szczęście wodna zawiesina odpłynęła.  Miejmy nadzieję że w kierunku wysuszonej Bretanii, gdzie Wilczasta jak ta  kania łaknie dżdżu. U nas dżedż nawodnił ziemię i chodzą słuchy że w okolicy widziany był grzyb. I nie był to grzyb naścienny!
Przyjechały pierwsze róże i ja je już wkopawszy. No w przyszłym roku to one głównie pędy będą produkować ale za to za dwa lata - za dwa lata będą pierwsze kwiaty, za trzy krzewy zaczną jakoś tam wyglądać,  za cztery powinno już być cool. Taa, ogrodnictwo uczy cierpliwości. Przyjechały dwie śliczne gęstokolczatki Rosa spinosissima - 'Altaica', która jest chyba tożsama z odmianą 'Grandiflora' i coś co Mamelon prześlicznie raz nazywa Jusruhuussusu a raz nie mniej  ślicznie Juhurussrusu, a co naprawdę jest  formą pełnokwiatową róży gęstokolczastej i nosi cudną fińską nazwę 'Juhannusruusu', którą da się przetłumaczyć jako  róża Jana (  to podobno stąd że w Finlandii ten krzew różany zakwita w okolicach przesilenia letniego, czyli  tak na św. Jana ). Przyznam że myślalam iż  Rosa spinosissima vel Rosa pimpinellifolia to drugi "czysty" gatunek u mnie w ogrodzie po Rosa glauca.  Do tej pory  na podwórku rósł tylko mieszaniec gęstokolczatki 'Aïcha'. 

Rośnie tak fajnie na tych podwórkowych piochach że kiedy oblookałam w Rosarium ofertę i wyczaiłam dwie gęstokolczaste  ślicznotki postanowiłam sobie nabyć.  Teraz nie do końca jestem taka pewna czy to aby na pewno "czyściochy" Róża gęstokolczasta łatwo krzyżuje się z innymi gatunkami a wg. polskiej Wikipedii ma tak naprawdę tylko jedną formę Rosa spinosissima var. lutea. Z drugiej strony  pierwszy opis odmiany  róży 'Altaica' pochodzi z roku 1789, drugi z 1809, wcześniutko i różę tę od zawsze  oznaczano jako gęstokolczastą. Czyżby badania genetyczne przemawiały za tym że istnieje tylko jedna "prawdziwa" gęstokolczatka. Ot, zagwozdka!  A co tam, nie będę jej za mocno w genealogii grzebać, grunt  że urodna. Tak w ogóle tzw. szkocka  róża jak nazywają na zachodzie kontynentu gęstokolcztakę jest wdzięcznym tworzywem dla hybrydyzerów róż.  Na fińskich stronach można oblookać urodną 'Juhannusmorsian' o lekko różowym zabarwieniu kwiatów ( inna jej nazwa to 'Midsummer Bride' ) czy też odmianę 'Ruskela' lub inaczej 'Ruskelanruusu'. Śliczne są, naturalnie piękne, bez zadęcia. W necie znalazłam też piękną krzyżówkę  Rosa glauca x Rosa spinosissima var. altaica 'Lous Riel', odmiana stosunkowo młoda - w 1996 roku różyczkę zaprezentował Stanley Zubrowski, Kanadyjczyk polskiego  pochodzenia. Urodna, kwitnie w maju, odporna jak diabli na mrozy, ponoć podbiegunówka taka co to zniesie temperatury poniżej minus czterdziestu. Poważnie się zastanawiam czy jej nie ściągnąć wiosną do Alcatrazu, można ją dostać w Polsce.


Podobnie jak piękną  'Suzanne',  też mieszańca gęstokolczatki. Ech, sadziłoby się nówek. Na razie jednak muszę zrobić lekką roszadę w różance podokiennej, moje angielki się przemieszczą i zrobi się trochę miejsca dla planowanych na wiosnę zakupów różanych. Stare zawirusowane lilie pożegnały ogród a na ich stanowiska powędrują róże. Oczywiście  w różance głównie  cywilizowane austinki, ale spoko, mam dwa piżmaki na oku. Urok dziczyzny znaczy zostanie przemycony. Został już przemycony pod uschłego grabka, dziś wkopałam koło ofiary suszy śliczną Rosa helenae  'Semiplena'.  Co prawda coś  się nie mogę doczekać kiedy mój stary 'Kifstgate' zakwitnie a już wkopuje nowego ramblera,  ale  'Semiplena' będzie miała lepsze niż stary rambler  warunki - wystawa słoneczna, murek za  uschłym grabkiem nagrzany, tylko przyrastać i zakwitać. Ponieważ zamówienie przez net tylko trzech róż nie wchodziło w rachubę ( zamówienie zbyt małe ) dokupiłam też dwie inne róże czepne. Mieszańce Rosa wichuraiana, bardzo lubię tę grupę róż. Uznałam że kolejna 'New Dawn' to jest dobry pomysł, sprawdziła się w Alcatrazie to i na podwórku da radę, no i pojechałam po bandzie - za "Gizelką" wyplanowałam  i dziś posadziłam olbrzymkę o  nietypowych kwiatach - 'Paul Transon'. Kwiaty ma to podobne do dalii zwanych georginiami, takie o trójkątnie zagiętych płatkach. Trochę zbyt  ucywilizowana jak na mnie, ale "Gizelka" rosnąca przed nią  jest uroczo naturalna więc jakoś to będzie. Coolorek  'Paul Transon' ma   paszący do  "Gizelki" i  jej cooleżanek, salmon - pink jak to Brytole zwykli określać. Teraz tylko przesadzić jeszcze lilaki, wkopać następne róże, które mają przyjść dopiero po  piętnastym, dosadzić resztki cebul, zadoniczkować to co ma być sadzone wiosną, umyć narządka i szlus. Znaczy tak w połowie grudnia pewnie się obrobię.



No ale na ogrodzie świat się nie kończy, stety albo niestety -  jak kto woli. W domu stajnie Augiasza a sam Augiasz powinien udać się na przegląd  do dentysty i uprosić fryzjera żeby coś mu zrobił w włosami ( przy fryzurze Augiasza to stajnie wydają się nawet porządne ). Augiasz woli  w ogródku siedzieć, plotkować z Cio Mary i nabijać się z oną z  prezesa wszystkich prezesów,  Mamelona nawiedzać, kulinaria wyczynowe planować i filmy oglądać, nie zawsze te budujące i Augiaszowy umysł stymulujące ( zabili go i uciekł, a potem bohatyr wrócił i wpieprzył byłym kolegom, którzy wskutek tego zeszli z najpiękniejszego ze  światów - no perły kinematografii ). W wieczornych przeglądach filmowych uczestniczą też koty, zalegają wraz ze mną przed ekranem i usiłują przemruczeć odgłosy bijatyk, detonacji i dźwięków jakie  wydaje bohatyr ubijający swoich byłych Kamaraden ( głos bohatyra  nie ma w sobie nic z głosu Julie Andrews, co jest absolutnie nie do przyjęcia dla Szpagetki, która w chwili  gdy bohatyr wydaje z siebie dźwięk "Ughhhyhhhh!" mruczy grożąco  najniższym z osiąganych przez nią tonów ). Nie wiem czy nie powinnam przerzucić się na na tzw. mjusikale czy cóś w tym guście, serwuje  w końcu kotom sporą dawkę przemocy, jeszcze to na nie wpłynie nie tak jak trzeba i okaże się że jestem ich byłą koleżanką której się wpieprz należy. Tylko co im zaserwować - "101 Dalmatyńczyków"? - trochę prowokujące, "Aristocats"? - one wszystkie  dachowce z rodowodowodami, może w ogóle zrezygnować z kreskówki bo poczują się sprowokowane traktowaniem ich jak dzieci?! Wiem, zapuszczę im "Drzewo Życia" Terenca Malika, usną szybciutko i na pewno będą chrapać do końca seansu. Razem ze mną!
A, postanowiłam się przełamać i znów czytam. Pozycja ambitna "365 Obiadów" Lucyny Ć. he, he, czytam  też ambitnie bo usiłuję przemierzać łuty, kwarty i kwaterki na nasze miary i bezproblemowo podchodzić do  takich określeń jak  łyżka strychowana ( to jest też miara - łyżka strychowana mąki waży  łut a łyżka pełna 2 łuty, niezłe co? ), alkermes ( to jakaś korzenna nalewka, dziś tego już nikt nie wyrabia ), sosiski ( tego też już pod tą nazwą się nie robi, to były  malutkie kiełbaski w typie frankfurterek ). Czytam rechocąc przez tę łzę co mi ją nostalgia wyciska ( nie wiadomo dlaczego, wszak ja urodzona w  drugiej połowie XX wieku ) o tej taniej letniej potrawie jaką były raki ( żeby  można było potrawę zrobić to trzeba było ich mieć przynajmniej kopę, czyli sześćdziesiąt sztuk ), niedrogim naszym łososiu wiślanym ( troć? ) co go  "wiosną poławiają" w rzece, jesiennych bekasach i  kwiczołach "w auszpiku na postumencie". No bekasy i kwiczoły jako zwierzyna to takie bardziej  luksusowe mięsiwo, ale ta racza tanizna i niedroga łososiowata ryba ?! Lektura nie została bez wpływu na real - zakupiwszy łyżeczkę do drążenia kulek i  nabywszy renety. Teraz pozostaje mi znaleźć w moich zbiorach dawnych przepisów ten przepis na konfiturę z jabłek i wykonać wirtuozersko ten przetwór  ( Psu się odgrażałam że wykonam ). W totalnym bałaganie będę wyrabiać solidnierobotne dziewiętnastowieczne konfiturki. No tak, zaprawdę ogarniam wszystko!
Dzisiejsze obrazki, nowa dekoracja jesienna ( grzybki sztuczne , rozważam przyklejenie kota "na stałe" ).

środa, 12 października 2016

Kolorowa faza jesieni - zaczęło się!


Powolutku jesień wchodzi w kolorową fazę. Żółcie i czerwienie na drzewach, owoce w barwach od przygaszonych niebieskim nalotem fioletów do  kremowej bieli, zdecydowana przedzimowa zieleń iglaków - tęcza, Panie tego! Kolory  dają po  oczach, mimo tego że muszą się prezentować pod zasnutym chmurami zawiesinowymi, prawie "zgaszonym"  niebem i są przychlapane deszczem o różnym natężeniu ( od wszędobylskiej zawilgotki do ulewy pseudotropikalnej ). Oczywiście to dopiero wstęp do ogólnej złocisto - ognistości, sporo drzew i krzewów jeszcze ma  zielone liście. Klonik tojadolistny czy jarzębina 'Autumn Spire' w  czerwieniach i pomarańczach a  klonik japoński, klonik palmowy 'Garnet', jarzębina 'China Lace' - nic, null, zero przebarwień - nadal zielone jak  żaba. Ba, jesionek, któremu zawsze pierwszemu robią się złote liście też bezczelnie zielenieje! Nietypowo jakoś tegoroczne przebarwienia liści się zaczynają. Tym że  ambrowiec 'Gumball' ( fotka nr 7 ) się nie przebarwia nie jestem specjalnie zaskoczona, to drzewko to taki  ścierwek naprawdę w pełni pokazujący kolory jesieni dopiero w listopadzie a jak się da to i w grudniu. Taa, radości z raryteta, dobrze że Alcatrazowi tej błotni nie zafundowałam, co tak mi się na hamerykańskich zdjęciach podobała!




 Znaczy nie mam pretensji o to że drzewa  przybyłe  jednak z innego klimatu w tzw. miejskim ódzkim nie zawsze zachowują się jak "u siebie". W ogóle my chyba za dużo wymagamy od roślin - przybyłe z Ameryki czy Azji trójlisty nie kolonizują  ogrodów leśnych w Polsce, bo są  roślinami które do szczęścia wymagają nieco więcej niż tylko wilgotnej wiosenną porą, próchniczej  gleby, cienia i chłodku. Rozrastają się w kępki urodne w naszych ogrodach, są jednak bardziej wrażliwe na zawirowania  aury niż trójlisty rosnące na naturalnych stanowiskach lub w zbliżonych geograficznie do naturalnych stanowisk ogrodach ( różne rzeczy tam znoszą, których nie zniosłyby u nas ) i bardzo daleko im  do tworzenia łanów jak w hamerykańskich  czy japońskich lasach. Większość gatunków trójlistów wolno  dojrzewa i tak sobie przyrasta ale my mamy problem z uprawą nawet  tych trójlistów które rozrastają się jak na trójlisty w miarę szybko. Im bliżej Atlantyku tym jakoś te trójlisty szybciej przyrastają i szybciej przechodzą z fazy zatabliczkowanych dziwolągów do fazy normalnej rośliny ogrodowej i to nie tylko  dlatego że w krajach położonych na zachód od nas łatwiej je kupić ( wszędzie  je  teraz rozmnażają  in vitro ). Rzecz jasna zawsze można przenieść bliżej  Atlantyk i roślinie się polepszy. No tak, dobry klimat to coś więcej niż tylko średnia opadów w miesiącu, temperatura i takie inne podstawowe parametry. Klimat to  złożona sprawa, z czego zdają sobie sprawę wszyscy ogrodnicy którzy zawierzyli kiedyś  amerykańskiej podziałce na strefy  klimatyczne.




Dziś była u nas Sylwik w drodze do domu z tournée na południu kraju, przyjechała z trawkami jako zespołem towarzyszącym. Cud, miód i malina - trawki urodne, Mamelon i ja  dopadłyśmy do nich  jak do źródełka wiecznej młodości, znaczy dzikim galopem ( Mamelon latała po deszczu w domowych kapciach, dopiero Sławek zagnał zatrawkowaną ( legalnie, Kochani, legalnie ) do domu. Mamelon szczęśliwa jak to ona, bo "niebiewskości", fiolety i krwistości,  ja szczęśliwa bo  preriówki dobrze u mnie rosną i porządnie wyglądają.  Duuuże wrażenie zrobiła na nas obu 'Vampire's Breath',  pięknie się przebarwia jesienią. Jeżeli rosnąca w doniczce roślina robi takie wrażenie  to co dopiero będzie na rabacie! No i ta nazwa halloweenowa - Oddech Wampira przechodzący z niebiewskości w karmazynowe fiolety w okolicach listopada, miodzio, he, he. Teraz  czekamy na róże i resztkę cebul ( popełniłam tulipanostępstwo  - oprócz ulubionych botanicznych skusiłam się na 'Blushing Lady' i to skusiłam się porządnie ) i przede wszystkim czekamy na lepszą pogodę, taką ze słoneczkiem, żeby to wszystko wsadzić.


wtorek, 11 października 2016

Hiacyntowe cebulowanie - obietnica pachnącego kwietnia



 Październik w tym roku coś jak do tej pory słabo sprzyja cebulowaniu, może i dobrze dla urody wiosennych rabat. Ja jednak cebuluję wytrwale i nie zważając na niesprzyjającą aurę dokonuję cebulowych inwestycji, które następnie zziębnięta wkopuję. Skupiłam się na hiacyntach, chyba najbardziej sztywnych i trudnych do wkomponowania roślinach cebulowych. Tak szczerze pisząc hiacynty gęsto ućkane kwiatami najlepiej moim zdaniem wyglądają w doniczkowych kompozycjach, w Alcatrazie podobają mi się dopiero w drugim, trzecim sezonie uprawy, kiedy przestają wyglądać plastikowo. No wicie, rozumicie - kwiaty na łodygach rzadsze, wygląd bardziej naturalny. Taki hiacynt bliżej dziczyzny kwitnącej na greckich górskich łąkach, ma mnóstwo uroku i nadal pachnie ślicznie, choć kwiatów ma mniej. "Kwiacynty" sadzone tegorocznej jesieni takie nie będą, dlatego rozmyślam nad towarzystwem dla nich. Wspomagam rabaty i bronię je przed sztywniactem wprowadzanym przez  "jednoroczne" hiacynty dosadzając cebulową drobnicę ( szafirki i śnieżniki nieco osłabiają hiacyntową siłę rażenia ) i sporo bratków. Metodą prób i błędów "wybratkowałam" że nie można sadzić samych bratków o drobnych kwiatach, przy takich kolorowych szczotkach do butelek jakimi są hiacynty sadzone ubiegłej jesieni, drobnokwiatowce  nie wyglądają najlepiej. Owszem, drobnica bratkowa ( bardzo ją lubię ) fajna jest ale  lepiej sadzić ją jako wspomożenie a rolę wiodącą w rozluźnianiu wyglądu rabaty zostawić bratkom o większych kwiatach ( z tym że  nie baaardzo wielkich i nie straszliwie pstrokatych, czy takich o pofalowanych płatkach  - umiar jest cnotą ).

Dobra, teraz o samych hiacyntach co nieco. Hyacinthus orientalis   pochodzi ze wschodniej części basenu Morza Śródziemnego, ale już dość dawno temu zawitał do innych  części Europy. W czasach starożytnych cebule hiacyntów sadzili główne  Grecy i Rzymianie, na dzisiejszym francuskim wybrzeżu ich kwiaty służyły z dawien dawna do pozyskiwania olejku, jednak prawdziwie wielkie chwile hiacynty przeżyły hiacynty w XVII i XVIII wieku. To siedemnastowieczni  Holendrzy stworzyli hiacynta takim jakim dziś go znamy, metodą krzyżówek, selekcji  i tak dalej. Oczywiście nie tylko dla urody ogrodów podjęli takie działania, w XVII wieku hiacynty podobnie jak tulipany, stały się obiektem spekulacji giełdowych. Skończyło się podobnie jak z tulipanową gorączką, krach i zgrzytanie zębów. Może upadek wartości cebul nie był tak spektakularny jak w wypadku tulipanów, ale hiacynty przestały być roślinami egzotycznymi, drogimi i uprawianymi jedynie w bardzo, bardzo eleganckich ogrodach czy też bardzo, bardzo eleganckich pojemnikach należących do osób z tzw. zasobami. Koniec kolekcjonerskich upraw wcale hiacyntom nie zaszkodził, sadzono je masowo, zawędrowały też do  zimowych ogrodów. Cebule łatwo pędzić więc żardiniery w salonach bywały wypełniane hiacyntami po brzegi. Zapach kwiatów przebijał wszelkie smrody, które mogły się snuć po XVIII i XIX - wiecznych,  na ogół rzadko poza latem wietrzonych  pomieszczeniach.





 Jak uprawiać hiacynty? - przede wszystkim zapewnić lekką ale dość żyzną glebę, o obojętnym odczynie (taką z której roślina może przyswajać wapno), słoneczne i w miarę zaciszne stanowisko. Sadzimy cebulki wczesną jesienią. Co prawda zdarzyło mi się już sadzić rośliny w listopadzie i w sumie kwitły bez problemów ale miałam szczęście i trafiałam na łagodne zimy. Termin sadzenia wczesnojesienny jest najlepszy! Cebule sadzi się na głębokości ich trzykrotnego rozmiaru, w zimniejszych okolicach poleca się je okryć na zimę. No niestety  hiacynty i hiacyntowce  są chyba ze wszystkich cebul  kwitnących wiosną najbardziej narażone na zniszczenie przez zbyt niskie temperatury. Po paskudnej zimie w roku 2012 z moich hiacyntowych nasadzeń nie ostał się ani jeden roślinek, mróz bez śniegu załatwił wszystkie hiacyntowe cebulki. Po kwitnieniu wycinamy kwiatostany żeby nie zawiązywały się nasiona osłabiające cebule ( dzielnie to wykonuje, co przy ilości  sadzonych przeze  mnie hiacyntowych cebul trochę czasu zajmuje ), czekamy do zaschnięcia liści. Cebule poleca się wykopywać na lato, żeby chronić je przed chorobami grzybowymi i bakteryjnymi. Przyznam się jednak bezczelnie że ja nie wykopuje ich częściej niż raz na 3 lata ( 3 - 4 lata hiacynty mogą rosnąć na jednym stanowisku  ), wystarczy że obcinam im nasienniki, wtedy są takie jak lubię - bardziej  naturalnie wyglądające.

Oprócz jednopędowych hiacyntów orientalnych istnieją hiacynty orientalne wielopędowe. Tak, tak, wspomnienie po namiętnie uprawianych w ogrodach wiktoriańskiej Anglii hiacyntach które zachowały cechę wielopędowości  po hiacyncie rzymskim Hyacinthus orientalis ssp. albulus. Swego czasu oznaczano takie hiacynty przydomkiem  multiflora, co mogłoby sugerować że mamy do czynienia z innym gatunkiem, jednak to tylko "mieszańce orientalne" o nieco innym wyglądzie. Takie hiacynty dorastają do nieco niższych rozmiarów niż jednopędowce, no cóś za cóś. W tym roku kupiwszy w Lidlu takiego hiacynta w odmianie 'Anastasia' i teraz oczekuję olśnień, bo roślina przedstawiona na zdjęciu zanęcającym była dokładnie taka jak lubię - w miarę naturalnie wyglądająca. Ponoć istnieje jeszcze takie zjawisko  jak hiacynty miniaturowe, rośliny dorastające  do 10 cm na maksa, ale takowych w  handlu nie spotkałam.  Do możliwości uprawy  w naszym klimacie  tzw. czystych gatunków podchodzę bardzo sceptycznie. Podejrzewam że uprawa miałaby takie szanse na powodzenie jak uprawa szafirków sardyńskich czy cyklamenów porastających łąki Turcji czy Grecji. "Sorry, taki mamy klimat" - że zacytuję klasyka.
Ostatnimi czasy studiuję w necie jakie są możliwości uprawy w naszym klimacie w miarę bezproblemowo hiacyntowców Hyacinthoides , roślin dawniej zaliczanych do rodzaju Scilla. Najbardziej odpornym wydaje się angielski bluebell czyli Hyacinthoides non-scripta. Oczywiście cebulków dostać - hym...tego... Nic to zacznę od mniej odpornego ale za to większego gatunku Hyacinthoides hispanica.






niedziela, 9 października 2016

Pierniczeję i październiczeję

No i przyszedł ziąb, a ja tu Panie tego... w połowie sezonu. Z doskoku dzielę kretyńsko byliny, które bałam się wcześniej dzielić z powodu suszy, cebuluję z lekka wyczynowo ( no nie wiem jak te mieszańce  Iris reticulata i inszych cebulowych irysków przeżyją radości naszego klimatu - sadzę w piochach brzozowych żeby jakąkolwiek szansę biedaczyny miały ), czekam na róże, które mają przyjść po  piętnastym i staram się nie rozłożyć na dobre, bo cebule, byliny i krzewy same się nie wkopują. U Mamelona nadal zaraza, po rozkoszach grypy jelitówki "nadejszła wiekopomna chwila" na usmark wodolejny do pięt, przechodzący dopiero  od  jakichś dwu dni w fazę zaklajstrowującego glucizmu. Mamelon ogłuchł, oślepł i w ogóle odjechał, przez co  dopiero niedawno  zorientowałyśmy się że Sylwik nam trawki kupił.  Jutro dziękczynnie napiszę i kasę prześlemy za te prerióweczki. No odjechało się totalnie, odjechało!

Czasu jakoś porządnie podzielić nie mogę, brakuje mi tych godzin i minut na  zrobienie w ogrodzie różnych rzeczy. Jak wygospodaruję coś tam,   to akurat  leje i ogrodowanie odfruwa. Siedzę zatem  przed kompem i trochę pomagam forumowych cooleżankom, człowiek powinien być  choć trochę z inszymi ludźmi ( znaczy większym ich gronem, nawet wirtualnie i od czasu do czasu, znaczy kiedy ma więcej czasu ). "Mniejsze Grono Ludzi" czyli domownicy są albo zapracowani po pachy albo niebezpiecznie usmarkani ( siewcy zarazy ) i nie stanowią w tej chwili  radosnego ensemble. Są gburowaci, zapominalscy, popluwający, żądający syropków i kotów  do ogrzewania "starych kości", no w ogóle są trochę be. Ci chorujący przeszli z fazy wymagającej pielęgnacji w fazę wymagań , ci pracujący "całymi sobą" padają jakby na twarz ale usiłują trzymać fason, przez co są nerwowi. Jednym i drugim lepiej  pod  oczy nie wchodzić. No więc prowadzę drugie życie, netowe w pełnym wymiarze godzin, którymi  to godzinami netowymi też zarządzać nie umiem. Jednak w poniedziałek postanowiłam za wszelką cenę wrócić do realu bez względu na aurę ( zero kompa choćby lało potopowo ) i dobrze, bo ja tak  jednak bardziej do realu przyssana ( wbrew pozorom, he, he ) i od zbyt głębokiego zanurzania się w netowe odmęty mam objawy  choroby kesonowej.

Chyba powinnam się nieco ukulturalnić ale coś mi się ostatnio nie chce, bo sięganie po lekturę zmusza mnie do przyjrzenia się samej sobie ( a tego, poza masochistami,  chyba nikt nie lubi ). Od dłuższego czasu cierpię na beletrystykowstręt nowoksiążkowy,  obawiam się poważnie czy  w ramach rozrywek umysłu obserwowane  u się  zwichrowanie nie przejdzie  w stan chroniczny  i nie zostanie mi  pociąg do wyłącznego czytania  beletrystycznych staroci i niestety do czytania tzw. cięższych kobył. Zauważam niepokojące objawy - książki kobylaste, jakieś okrutnie długie "opracowania" historyczne, zawiłe dywagacje socjologiczno  - kulturalne, które jeszcze parę lat temu powodowały u mnie senność nieprzemożną gdy  dobrnęłam z dużym trudem do strony  trzydziestej, obecnie wydają mi się jakby tego... ten... interesujące ( a że są kobylaste i pisane często - gęsto hermetycznym językiem, tak lubianym w pewnych kręgach - mój kolega nazwał ten język dosadnie "brandzlowaniem akademickim" - mało kogo interesują, bo język odstrasza i sobie wymiany wrażeń  nie mogę tak prosto uskutecznić ). Do staroci beletrystycznych wracam,  jakoś miło mi się je czyta, odprężam się i o dziwo czasem zaskakują mnie rzeczy które dopiero teraz z nich wyczytuję. Może to tylko takie "zwykłe" jesienne powtórki  i smęcenie kobylaste, może z  czasem mi  przejdzie ta skłonność  do repetytorium i zagłębiania się "w niezgłębione".

 Mam nadzieję, bo kręcenie nosem na nowości wydawnicze pachnie mi postępującym procesem starzenia ( "marność nad marnościami", "dawniej to pisali", "co to za warsztat do cholery?!" ). Kiepskawo to dla mnie wygląda - z jednej strony zainteresowanie kobylastym, paskudnie często napisanym przynudzaniem zamiast przeżywaniem ( o  żmudna drogo  do wiedzy! - pocieszam się że to  świadczy o interesowaniu się światem a nie o szybkim zdychaniu wyobraźni ), z drugiej mantra lektur - pierniczeję wyraźnie! Sprzeczność we mnie  jakaś jest bo mimo widocznych   oznak mojego pierniczenia, nie lubię ciągłego tetryczenia, narzekań nieuzasadnionych na wszystko co jest "już inne" niż pamięta człowiek mogący sięgnąć pamięcią wstecz o lat kilkadziesiąt. Owszem są rzeczy irytujące, bardziej powszechne przyzwolenie dla powierzchowności i głupoty na ten przykład , czy ersatzowanie żarcia, ale bez przesadyzmu!  Dopiero parę lat temu odkryli że da się leczyć zęby bez borowania, he, he! Może ja się starzeję nie po całości tylko tak jakoś fragmentarycznie? W końcu dlaczego umysł nie może być "z tyłu liceum, z przodu muzeum"? Qrcze, bardziej mnie boli pierniczenie umysłu niż zmarchy czy siwe włosy ( a w końcu jakąś tam urodę miałam, może nie bardzo wybitną, ale zawsze )! Czy ktoś zna jakiś krem odżywczy dla mózgu? Wszelkie wygładzacze zmarszczek  rzecz jasna odpadają, he, he. Dobra, koniec tego wywnętrzania! Jak to mawiała doktor Berna "Zdrowy organizm żyje i działa. Dopiero chory zastanawia się nad sobą"
Chyba zmierzę sobie temperaturę, może moje problemy wnętrzarskie to objawy zarazy przywleczonej od Mamelona? Lepsza lekka grypka niż na mózgu starcza wysypka, albo coś w ten deseń!

Dzisiejszy wpis ozdabiają prace bardzo znanego ilustratora książek  Jean - Baptiste Monge. Ten Francuz, zamieszkały obecnie w Kanadzie,  jest laureatem wielu nagród przyznanych mu za tzw. wkład w grafikę książkową. Z lekka złośliwe, pełne wdzięku, po mistrzowsku rysowane - obrazki Jana Baptysty są z tych , które się zapamiętuje. Hym... co prawda wybór ilustracji z książeczek dla dzieci mógłby  świadczyć o moim postępującym zdziecinnieniu, ale tak nie jest - zawsze miałam słabość do dobrych ilustracji.

wtorek, 4 października 2016

Św. Franio dziś patronuje - Święto Zwierząt!

Czy Wy wiecie, czy wiecie że dziś Franciszka jest. Tak, tak, na pamiątkę biedaczyny z Asyżu, najsympatyczniejszego ( dla mnie ) katolickiego świętego. Facet rozgawory prowadził z ptactwem, wystosował mowę napominającą do wilka z Gubbio, który z krwiożerczej bestii zmienił się w radośnie wałęsającego się od gospodarstwa do gospodarstwa  użytkownika resztek kuchennych - "Żył potem wilk wspomniany dwa lata w Gubbio, chodził poufale po domach od drzwi do drzwi, nie czyniąc zła nikomu i nie doznając go od nikogo. A ludzie żywili go uprzejmie. W końcu brat wilk umarł ze starości, nad czym mieszczanie ubolewali wielce." To z dziełka "Kwiatki Świętego Franciszka", tam też można znaleźć historię o tym "Jak Święty Franciszek oswoił dzikie turkawki". Przyjemnie poczytać, tym bardziej że język przekładu  polskiego  piękny,  Leopold Staff  przekładał.

Moje bestie zawsze wyczuwają kiedy jest ich święto, życzenia żarciowe się zwielokrotniają, brzydkie zachowania względem innych domowników takoż ( ktoś dziś rano  nalał na wycieraczkę Małgoś - Sąsiadki i ten ktoś był kotem - podejrzewam Lalka, wyraźnie unikał mojego wzroku kiedy zabierałam wycieraczkę do czyszczenia ) a do tego jeszcze dochodzi pragnienie grzania tyłków na  moim wyrku, w godzinach szczytu, że  tak ten czas nazwę. Zaleganie przestępcze, całkowicie nieuprawnione - na cholerę stoją koszyczki, budki i inne spanka? Nie, najlepiej uwalić się centralnie na poduszkach, na moim miejscu! Tak jeszcze raz to powtórzę, moim! No, tyle mojego że to powtarzam, na słówko "zejdź" reakcja zerowa. Kiedy przestępca jest zdejmowany z miejsca przestępstwa, następny uzurpator włazi na poduszki. I tak w koło Macieju. A nie będę spryskiwacza używać w dniu ich święta, choć przyznam że mnie kusi. Ta bezczelność kocia mnie z lekka rozjusza i  tak na pokuszenie wodzi - najlepsze miejsce w wyrku! Jak mogą?! Ciekawe  czy pogadanka Frania miałaby wpływ na moje koty z Odzi? Jakby wypaliła to byłby dopiero cud!

Wszystkim Waszym zwierzakom - Najlepszego Bestie w dniu Waszego święta! W prezencie dzieło mistrza nad mistrzami - Giotto di Bondone. Technicznie rzecz ujmując tempera na desce, data powstania około 1300 roku, miejsce przechowywania Louvre. "Dżewko" ucięte na tej fotce, no trudno. Jakoś bardziej lubię tę wersję "Kazania do ptaków", ta z  Asyżu jest dla mnie zbyt monumentalna.

sobota, 1 października 2016

Polowanie na "odzyski"


Byli my na tzw. wystawkach czyli handelku sobotnim w Kutnie. Starocie raczej nie z tych antykwarycznych, zwykła lamusownia czyli odrzuty z  "lepszego świata". Oczywiście w tym "Salonie Odrzuconych" można czasem natknąć się na coś naprawdę wartościowego, co jakimś cudem uszło oczom wprawnych selekcjonerów "śmieci" ale przeważająca większość towaru wystawianego na tego typu targowiskach to masówka  z tych najbardziej masowych wyprodukowana w ostatnim ćwierćwieczu. Hym, jak dla mnie handlowe emocje takie jakbym w Sotheby's licytowała obraz Rembrandta, i to z tego najlepszego, ciemnego okresu twórczości. Każdy ma takie "antyki" na jakie go stać a w zakupach na targowiskach nie tyle ważne jest kupowanie jako takie co raczej łowiectwo, poszukiwanie śmieciowego Graala, "odzysku" który u nas w domu po potraktowaniu  chemią gospodarczą zalśni niczym poroże  jednorożca. Nasz własny, ciężko na "śmieciach" uchodzony łup! Człowiek ogląda, mlaska z ukontentowania i zastanawia się jakie matołki mogły pozbyć się takiego cudu. Następnie nasze ego mile łechcze myśl  że oto my proszę, tego sprzedawcę tak sprytnie podeszliśmy że ten obiekt jedyny w swoim rodzaju sprzedał nam za trzy złote polskie, czyli mniej więcej za równowartość  ceny biletu komunikacji miejskiej w dużym polskim mieście. No same pozytywy, endorfiny zalewają nam  mózg jak Amazonka selwę w czasie pory deszczowej!

Te zakupy były naprawdę miłe, duuużo targowania co zawsze Mamelonowi i mnie dobrze robi ( no w końcu jesteśmy z Odzi, obywatele naszego grodu którzy się nie targują pewnikiem zapadli na zdrowiu ), towaru sporawo, widać  Niemce i Szwedy porządkowali chałupy. Upolowałam dwa urocze dzbanki zwierzątka z ciężkiej, pobielonej  gliny, Będą mi pasiły do  gipsowego, śpiącego  kota z fotki powyżej  (ach, gdybyż on też był z gliny! ). Na ściereczce ze Zwoltexu ( prezencik od Dżizaasa ) ta trójka prezentuje się słodko ( uprzedzałam co poniektórych że nie jestem posiadaczką tzw. wysublimowanego gustu ). Do tego  następna radość - oliwkowo - beżowy ceramiczny wazonik, wprost wymarzony do prezentowania w nim białych kwiatów asterka krzaczastego 'Kristina'. Równie dobrze będą w nim wyglądać  zawilce wielkokwiatowe czy japońskie, no i  rumianki. Wazonik nie za duży, w sam raz na "średnie" kwiaty. Trafiła też w moje ręce trochę dziwna czarka, lepiona ręcznie, koło koła garncarskiego to naczynko nigdy  chyba nie stało. Czarka ciężka jak cholera , polewana szkliwem jasnobłękitno - oliwkowym, z wzornictwem nawiązującym do epoki neolitu, czasu runów, kosmicznej przyszłości czy  czego tam się jeszcze człowiek chce dopatrzeć. Szkliwo na czarce  tak nierówne jak na japońskich naczynkach do ceremonii picia  herbaty. Brzegi naczynka cieniutkie niemal jak skorupka jajka.  No zdziwność nad dziwnościami,  znaczy czułam że muszę mieć ten cud w cenie biletowej.




A teraz hicior nad hiciorami, Mamelon patrzała znacząco ale paluszków od zdobyczy mi nie odrywała. Powstrzymało ją info że kwiatuszki umieszczone w szklanej kuli są jak najbardziej naturalne, żadne tam stylony, jedwabie czy chamskie plastiki. Co prawda było lekkie niedowierzanie i grymaśne wygięcie Mamelonowych usteczek ( no kula jakby  zbyt toporna do tych delikatnych kwiatków ) ale "real flowers" przekonały Mamiego. Mnie przede wszystkim przygencjankowało, doczytawszy na spodzie kuli  że "color remain" czyli albo  gencjana nadal "niebiewska" tak sama z siebie albo czymś ją wspomożono. Coś mi się widzi że to drugie, liście orliczki takie jadowicie zielone. Jakby jednak nie patrzeć suszone  w ten sposób gencjany ciuchutko a słodziutko do mnie przemawiają, takie mam późnowiktoriańskie gusta.

Podczas drugiego oblotu ( glinę ciężką jak cholera i Mamelonowe  bombki choinkowe gigantycznych rozmiarów trzeba było włożyć do autka ) wyhaczyłyśmy jeszcze parę rzeczy. Mamelon tradycyjnie znalazła dla mnie miedziankę, porządną, nie cieniznę, a ja wyszukałam białą ceramiczną formę do flanów lub galaret, taką w sam raz dla Mamelona. Rzutem na taśmę wśród gęstniejącej ciżby ( jak zagęszcza się ludź na metr kwadratowy  -  czas na ewakuację ) dorwałam jeszcze urodną miseczkę, malowaną przez jakiegoś domorosłego ( chyba, sygnatura tak mi wygląda ) na której kobalt lśni jak chabry w zbożu, a kogutek jest radośnie "niemal prymitywny". Domorosły  jednak ma iskrę bożą, rysunek jest lekki i wzór  "ciągnie oczy". I to by było na tyle moich "odzysków"