niedziela, 24 czerwca 2018

Codziennik - gry i zabawy sąsiedzkio - kocie




Koty i sąsiedztwo z wielkim nakładem sił dbają o to bym się nie nudziła, ostatni sąsiedzki numer to zabawa w chowanego.  Jak wiecie w mojej  kamienicy  mieszkają tzw. panie starsze a nawet można  pokusić się o twierdzenie że mocno starsze.  Panie starsze mają to do siebie że przyciągają tzw. zdarzenia, no po prostu nie ma tzw. pań starszych którym nie trafiają się tzw. zdarzenia. Panie starsze wyposażone są w czasach dzisiejszych w telefony komórkowe coby rodzina i przyjaciele  mogli otaczać je dyskretną opieką.  Panie starsze z lubością grzebią we sprzęcie i pozwalają też grzebać spragnionym kontaktów z techniką wnukom i prawnukom. Skutek tego jest taki  że sprzęt zawodzi w chwilach o znaczeniu strategicznym. Z taką sytułejszyn mieliśmy właśnie do czynienia w czwartek - sąsiadka Gienia zwana Stasi zniknęła nam była z pola widzenia a rodzinie z pola słyszenia. Zważywszy na majowy pobyt  w szpitalu, przyduszenia i tym podobne Gieniowe przypadłości został ogłoszony  alarm pierwszego stopnia. Co prawda osoba zaginiona nie była widziana  tylko jeden dzień ale nasza kamieniczna banda jest czujna - zawiązano  "komitet blokowy" z honorowym prezesem czyli z ulubioną  chrześnicą Gieni, syn porzuciwszy obowiązki zawodowe  pędził do nas z inszego miasta do którego wysłała go firma, w jego domu odbywało się nerwowe poszukiwanie kluczy do  mieszkania Gieni i zaczęto rozważania na temat straż czy  ślusarz  gdyby klucz się nie odnalazł. No było ostro! Szczęśliwym trafem w to całe zamieszanie władował się  Włodzimierz, który jakimś cudem  się odmundialował i przytomnie stwierdził że widział Gienię pomykającą  bladym świtem z wózeczkiem zakupowym. Znaczy rano jeszcze  żyła jak stwierdziła scenicznym, słyszalnym na pół kamienicy szeptem Małgoś - Sąsiadka.  Mnie info zapodane przez Włodzimierza uspokoiło, rodzinę jakby mniej bo telefony  nadal nieodbierane. Jednak Włodzimierz tego dnia robił za zwiastuna dobrych nowin, zadzwonił do mła  że właśnie wychodząc do pracy spotkał był na przystanku niedoszłą denatkę i radośnie ją poinformował że  usiłujemy się włamać  do jej mieszkania,  w związku z czym niedoszła pędzi do nas z turbowózkiem bo nowy zamek  kosztuje. "Komitet blokowy" odstąpił od rozwalenia zamka, zadzwoniono  do syna coby go uspokoić i postanowiono ukarać krnąbrną, nieodbierającą telefonów  Gienię zabraniem zapasowego klucza do domu i zdeponowaniem go u mła ( taa, mam teraz kolekcję kluczy że ho, ho ). Gienia  była tak szczęśliwa  że nie rozwaliliśmy drzwiowego zamka  że  wyjątkowo jak na nią potulnie wykonała zalecenia  "komitetu blokowego". Za całe zamieszanie tak jak  przypuszczałam odpowiada  Kubuś, wnuczek Gieni, który postanowił zapoznać się lepiej z babcinym  telefonem. Skończyło się szczęśliwie na obietnicy wyrwania mu  odnóży o ile tylko  jeszcze raz zobaczy się jego łapięta przy jakimkolwiek telefonie. Małgoś - Sąsiadka "dyplomatycznie" poinformowała pół kamienicy że cieszy  się że nie będzie  pogrzebu bo nie miałaby co na siebie włożyć a ja udałam się do właściwych  obowiązków.



 

Teraz o kotach, w kamienicy pojawiła się  Fanta , tricolorka hodująca sąsiadkę.  Ma prawie  osiem lat, stanowczy charakter i wyrobione zdanie o innych kotach. Wychodzi na spacery na smyczy wzbudzając oburzenie mojego stada, szczególnie jego damskiej części. Owszem, "na górze"  mieszka  młoda ABBA czyli Frida i Agnetha i dwie inne kocie starsze panie ( dwunasto i trzynastoletnia ), mieszka też Dorka, suczka której moje koty cóś nie zauważają ( celowo, nie sobie nie myśli że się jej boją ). No ale  żeby na pierwszym piętrze ONA  mieszkała , tak blisko nich, taka podobna  do Rudego?! Hym... Felicjan jest swoiście zainteresowany, jakby problem naukowy rozwiązywał natomiast  dziewczyny są zwyczajnie zazdrosne.  W związku z czym są pultania, wydawanie pomruków a nawet przeciągłe wycie pod oknem  Fanty. Fanta ze swej strony nie pozostaje dłużna, ABBA się przyłącza i ponoć kocie panie starsze tyż. Dom mam  po kocio - babsku rozgadany. Felicjan na szczęście nie jest ryczący ale jako jedyny samiec  w tym sfeminizowanym gronie przechodzi w sułtańskich zachciankach samego siebie.  Muszę go rano nosić na sikanie pod kasztanowiec bo ryczy i wymusza ( znaczy jak go nie wyniosę to wraca do wyra i ma minę pod tytułem "I niech mi pęknie ten mój biedny pęcherz!" ).  Jak już wyleje cały  Ocean to wraca  o własnych siłach do domu, po drodze karcąc mniej zdyscyplinowane członkinie stada i strasząc gołębie. Nażera się do rozpuku, uskutecznia higienę i domaga się zainteresowania. Najlepiej okazywać mu to zainteresowanie kiedy on leży w wyrze ( w poprzek wyra ), jak się znudzi to chrapie ( z moimi palcami w  gębie bo mu się przysnęło podczas zabawy ). I tylko  by żądał smakołyków typu surowa wołowina czy kurczak gotowany a puszeczki to mają mieć pasztetowatą zawartość! Kiedy przychodzą do mnie moje Ciotki usiłuje  je wygryzać z domu a o ile  nie ustępują to sam się wynosi z chałupy ciężko obrażony ( no i wtedy mogę sobie gardło zedrzeć nawołując gada ). Ustępuję mu  i pozwalam na zachciewajki bo ma to swoje uczulenie i nie jest mu z tym lightowo, dużo śpi, ma zły humor i nie  ma się z kim "bawić" w swoje ulubione napady  i morderstwa. W przyszłym tygodniu czeka go wizyta u dohtora, mam nadzieję  że temperatura  będzie znośna bo transport  w upale to nie jest miła rzecz  zarówno dla człeka jak i kota. A poza tym jak temperatura niższa to koty cóś dla mnie słodsze, przytulania są, spanie cheek to cheek ( "Heaven,  I'm in heaven" ) i insze kocie karesy względem mła mają miejsce.




No to teraz do gospodarskich domowych sprawek.  Po raz kolejny nadejszła wiekopomna chwila na  odgruzowanie  chałupy co mnie zawsze  źle robi na jestestwo.  Porządki tradycyjnie zaczęłam od zmiany dekoracji, no bo wiadomo to w porządkach najważniejsze, he, he, a nie  jakieś tam szorowania okien czy fug. Znaczy  zaczęłam od  schowania  zajęcy  w kaloszkach, żegnam wiosnę co to jej  nie było i witam smętną  dla mła  prawdę że najdłuższy dzień w roku  już za nami, wyciągnęłam tzw. przaśne gary czyli kamionki  i z nich ustawiam dekory. Niektóre dekory nie są  tylko dekorami, małosolne ogórki kiszone w kamioneczkach  pożeramy z Małgoś - Sąsiadką w ilościach hurtowych.  Ogórki  to taki typowo letni dekor,  zapachniają dom  jak ten  bukiet lewkonii w maju.  Jak ogórki to koper, stoi w lepsiejszej ( znaczy mniej  topornej niż gruba kamionka ) ceramice w towarzystwie rumianków i cykorii podróżnik tudzież   takich   inszych "poluchów". Poszukawszy chabrów bławatków ale  nie w łanach zbóż bo tam je  wysuszyło a na ryneczku, wśród innych ogrodowych kwiatów. Ustawiwszy je na kuchennym stole coby sielskość jak z akwarelek Masłowskiego sobie zafundować.  Może w ramach tej sielskości, żeby znaleźć wymówkę na nierobienie porządków wezmę  się za jakiś dżemik albo cóś. Hym... pichcenie dżemików jest  bardziej twórcze niż ogarnianie chałupy, porządki są nudne i robi mi się od nich melancholijnie! No  nie jest to ciężka depresja ale konieczność szorowania po raz enty czegóś tam sprawia że odczuwam zmęczenie materiału czyli mła. Takie zmęczenie tą powtarzalnością. I znów mi się tęskni za tym żeby damą być, jak ta Madame Rose. A stanie przy garach  z potworną ilością owocowej pulpy, słoikowanie tego pulpiastego  jakoś mnie nie męczy. Mogę smażyć owocki wyczynowo, tako jak i  kiszonki  robić, bez narzekania i smęcenia że po raz kolejny, że znów i w kółko  bez końca.


No i tyle codziennego - fotki to okołoódzkie okolice i domowe dekory, w tym te jadalne. Ten Masłowski cóś się we mnie zalągł, idylla czyli sielsko wiejskie klimaciki mało co wspólnego mające ze wsią naszą prawdziwą. Ot, takie wspominki wakacyjne z podświadomości wypełzłe. Obiektyw kieruję na tzw. łany a w domu chata łowicka ( nieposprzątana ).

czwartek, 21 czerwca 2018

Nadeszło lato


Nadeszło nam dziś  lato a ja tu latem jakby już  zmęczona. Zupełnie nie pamiętam wiosny,   była na początku kwietnia  ale szybko się skończyła. Wszystko w tym roku  w związku z tym jest zbyt wcześnie dojrzałe i niezbyt dorodne ( no może poza truskawkami mutantami spod  folii czy malinami które lubiejo taka aurę ).  Moje rośliny w Alcatrazie wyglądają jakby nie wyglądały, Felicjan  już ma uczulenie i to pełnoobjawowe,  z mojego nosa złazi skóra. Wokół pachną  pięknie lipowe kwiaty, na straganach kuszą  maliny,  Pabasia bredzi o konfiturach z wiśni a małe bociany widywane w gniazdach podczas jazdy do Krysi, wcale nie są już takie małe. Lato, lato w pełni a nie  żaden  tam początek lata.  Będzie magiczna chwila związana z najdłuższym dniem i zaraz planeta się gibnie w drugą stronę  i zacznie nam dnia ubywać. Coś nie czuję sobótkowej radości, prędzej nostalgię za kolejną minioną wiosną (  za zimą podczas której przybywa  dnia  jakoś nie tęsknię, dopiekła mi w tym roku ). A przeca powinnam się cieszyć, smakować letnie klimaty: 
"Wreszcie nocy raz czerwcowej
zobaczyłem ją jak śpi
Bez niczego. Zrozumiałem lato, ech że ty
Lato, lato, lato, ech że ty".


Wygrzewanie się na słońcu czyli jaszczurczenie, spanie au naturel w chłodnej satynce, kąpiele w bajorach, podżeranie owoców, zapach świeżo zakiszonych  ogórków małosolnych niosący się po chałupie i ogród, mój ogród skąpany w słońcu i brzęczący małym życiem. No tak, pięknie, tylko że można to już wszystko robić i obserwować od ponad miesiąca - nie ma uroku nowości. Gdzie byłaś wiosno jak cię nie było! Lato zagnieździło się w maju, wiosna wygryziona, ech,  porobiło się! Jak ten Dziad z powieści "Konopielka" zaczynam podejrzewać że "W tym bieda…, że Pambóg coraz starejszy… coraz częściej odpoczywa. A diabeł nachalnieje z roku na rok." Takie tam smęty, jakie z lubością uprawiają ludzie starsi czyli mający pewne doświadczenie kołaczą mi się po łbie. Może to dlatego że nie czekają mnie wakacje? Wakacje zmieniają perspektywę, może czas pomyśleć o jakimś małym wypadzie?



Dzisiejszy wpis ozdabiają  prace Stanisława Masłowskiego, świetnego akwarelisty niemal całkowicie zapomnianego ( znaczy historycy sztuki go pamiętają ale tzw. ogół nie wie  że na przełomie wieków XIX i XX  ktoś taki  istniał ). Moim zdaniem warto przypomnieć jego twórczość, te akwarele są naprawdę mistrzowskie. No i takie letnie w klimacie.

środa, 20 czerwca 2018

Sucha - Żwirowa w chwili próby

 Sucha - Żwirowa przechodzi właśnie test na rabatę "bezpodlewczą", znaczy  podlewam całość  raz na tydzień żeby była jasność absolutna.  Nie podlewać totalnie i absolutnie nie mogę bo dosadziwszy nowe rośliny o niezbyt jak na razie głębokim systemie korzeniowym i  niepodlewanie ich byłoby równoznaczne z wyrzuceniem  pieniędzy w błoto a właściwie w piasek. Dodatkowo biegam od czasu do  czasu jak Gajka z konewką ale mało  bo więcej muszę biegać z konewką w Alcatrazie a i tak małe paprociumy wyglądają bardzo kiepsko ( część już nie wygląda i Sylwik będzie miała  prawo mnie ubić, bo ona ciężko  siała, sadzonkowała i w ogóle a ja przeżynam właśnie z aurą ). Podlewana raz na tydzień Sucha  - Żwirowa może nie przechodzi  prawdziwej suszy ale przy tych upałach z minimalnym podlewaniem może robić za rabatę półsuchą, he, he. Oblookuję na tej półsuchej które to rośliny znoszą upały i małą ilość wody z prawdziwą godnością. Niewątpliwie  sprawdzają się szarolistne, zarówno te pokryte kutnerem  jak i woskopodobną ochraniającą zieloność otulinką są bardzo odporne na działanie słonecznych promieni. Wszelkie goździczki, lawendy, perowskie, amorfy, anafalisy perłowe,  szałwie nie tylko lekarskie i czyśćce wełniste wyglądają całkiem nieźle a upał nie przeszkadza im w zawiązywaniu kwiatów.




Co prawda rozsadzone czyli "nowe" czyśćce szlag trafił ale stare kępy mają się nieźle.  Bardzo dobrze radzą sobie też posadzone w zeszłym roku czosnki główkowate Allium sphareocephalon. To  dobra roślina cebulowa na suchawe rabaty.  Do szczęścia potrzebuje tak naprawdę przepuszczalnej  gleby i dużo słońca.  Nie wiem dlaczego ten  czosnek nie cieszy się u nas większą popularnością -  całkowicie  mrozoodporny, chodzić koło niego nie trzeba, kwitnący w masie jest uroczy jak mało który czosnek ale cóś ludziskom wyraźnie  nie podchodzi. Wolą czosnkowe olbrzymy, okazałe krówska kwitnące w maju.  Mnie tam mało czosnki kwitnące w maju obchodzą, maj na Suchej - Żwirowej niepodzielnie należy do irysów bródkowych a moje ukochane rośliny kwitnąc  są w stanie wyciąć każdą konkurencję. Wiadomo, król jest jeden!




W tym roku na Suchej - Żwirowej jak już pisałam jest  kiepsko z gipsówkami i mikołajkami. Nie, nie z powodu upałów i suszy,  ich  zły stan to wina tegorocznej zimy. Kupiłam nowe sadzonki  gipsówek, mam nadzieję że w przyszłym roku zakwitną. Bardzo mi brakuje ich kwiatów na rabacie, zbyt dużo kłosków się zrobiło, trochę mało innego typu kwiatostanów. Przed mikołajkami  ciężka  zimowa próba, w tym roku wyleciało trochę alpejskich. Jak na razie nie uzupełniłam tych nasadzeń,  za to kupiłam mikołajki nadmorskie. Jeżeli obudzą się po zimie i nabiorą "ciała" w przyszłym roku to będą nie do zdarcia, podobnie jak testowe egzemplarze. Bardzo je lubię, to świetna roślina na suchą rabatę pod warunkiem że zimą rabata też jest suchawa.  Nie wiem czy to jednak tegoroczna zimowa aura podobnie jak mikołajków alpejskich nie wykończyła też morinii, nadal z nią źle mimo tego że mrówy już jej nie dokuczają. Troszkę też rozczarowana jestem niby żelazną odpornością żeleźniaka.  Razem z krwawnicami posadziłam go tzw. przedziwnym instynktem wiedziona na nieco "lepsiejszej" ( czytaj lepiej trzymającej wilgoć ) części Suchej - Żwirowej. No i dobrze bo mimo tego że niby ma bardziej wilgotno to zarówno on jak i krwawnice cierpią od upałów i suszy. Te dwie rośliny, niby przeca wytrzymałe, nie mają twardego charakteru jeżówek które rzeczywiście są preriowe do bólu ( o gatunkach Echinacea purpurea i Echinacea pallida tu piszę, o mieszańcach się nie wypowiadam ).




Może to nie do końca "wina" krwawnicy i żeleźniaka, może za ich kiepski wygląd odpowiada susza nie w terminie. Rzadko zdarza się  żeby maj był tak suchy jak  w tym roku. No i żeby przed nim był  suchy i  mocno ciepły kwiecień. Co inszego późnowiosenne i letnie ciepło i brak opadów a co inszego susza w momencie kiedy  roślina potrzebuje do wzrastania sporej ilości wody. To co jakoś tam przeżyły jeżówki ( niespecjalnie wysokie w tym roku ) znacznie mocniej odbiło się na roślinach o nieco większych wymaganiach ( ku mojemu zdziwieniu do bardziej wymagających roślin muszę zaliczyć wysoką driakiew ). Dobra, koniec tych narzekań - jest grupa roślin świetnie radzących sobie przy tym upale mimo tego że  żadnego kutnerku nie posiadają. No może lekkie nawoskowanie liści i pędów.  Sedumki i rojniki, samograje na ciężkie, suche czasy. Posadzić na suchym i słonecznym, zapomnieć i być zdziwioną lub zdziwionym jak to ładnie roślinki sobie radzą. Rosną u mnie jako zadarniacze ( niskie rozchodniki i  rojniki ) i jako średniej wielkości rośliny rabatowe. Nie wyobrażam sobie bez nich mojej  Suchej - Żwirowej, toż zapieliłabym się na  śmierć! Dają radę tam gdzie protestują marzanki i zawciągi.  Te zadarniające nie wymagają  podlewania,  większe sedumki podlewam a nawet zamierzam nawieźć w nadziei uzyskania większych kwiatostanów (  chyba płonnej  nadziei, tak sądząc po tym co te rośliny wytwarzają na wierzchołkach pędów,  no ale przynajmniej sedumki zadarniające pięknie kwitły w tym roku ).




Wiele pociechy mam też z traw, ostnice i preriówki wyglądają świetnie a zazwyczaj grzybiejący u mnie owies nie wiadomo dlaczego zwany wiecznie zielonym ( wszak jest niebieskawy ) Helictotrichon sempervirens jest w całkiem dobrej formie. Oceniając przygotowanie mojej  Suchej - Żwirowej do prawdziwej suszy daję cztery z minusem. Ten minus to za takie kwiatki jak odmianowe liliowce ( co prawda diploidy, więc jakby bardziej na miejscu niż tetraploidalne falbaniaste mieszańce ), marcinki wymagające znacznie więcej wody niż reszta  towarzystwa ( ale co  ma  kwitnąć pięknie jesienią wśród tych rozplenic  i preriówek ) i nie do końca dobrze posadzone przetacznikowce i krwawnice.  Na piątkę nie zasłużyłam co widać na załączonych obrazkach ( miało być  łączasto jednak wyszło jak wyszło ) ale pocieszam się tym że owadom odwiedzającym masowo Suchą - Żwirową jakoś specjalnie to nie przeszkadza. Podobno od jutra zmiana  pogody, uwierzę jak zobaczę i przede wszystkim poczuję!



poniedziałek, 18 czerwca 2018

'Raubritter' - róża jedyna w swoim rodzaju

To nie przesada, 'Raubritter' to rzeczywiście róża wyjątkowa! Znacie zapewne sporo odmian  austinek, mieszańców  herbatnich, floribund czy tam inszych zbieranin różanych genów, a ile znacie mieszańców Rosa macrantha? Ha?! Sprawa miała się tak, w latach trzydziestych  ubiegłego wieku Wilhelm Kordes zweite ( pierwszym był jego tatuś, założyciel firmy Kordes und Söhne ) pracował nad wyhodowaniem  krzewów  różanych odpornych na warunki  zimnawej krainy jaką jest Schleswig - Holstein ( to w niej, a konkretnie to w maleńkim Klein Offenseth-Sparrieshoop znajdowały się różane pola Kordesów ). Skrzyżował między innymi Rosa macrantha 'Daisy  Hill' z 'Solarium'. Mamusia wprowadzona  w 1906 roku i nazwana na cześć własnej szkółki przez zasłużonego dla ogrodnictwa Brytyjczyka, pana Thomasa Smitha, to kwitnący białawym kwiatem o podwójnym okółku płatków  efekt krzyżowania hybrydy Rosa X waitziana var. macrantha .  'Daisy Hill' to dziś właściwie róża zapomniana, gdzieś tam się tylko plącze po rozariach i kolekcjach. 'Solarium'  czyli tatuś to wyhodowana przez  Francuzów a wprowadzona przez Australijczyków w 1927 roku hybryda Rosa wichuraiana. Po mamusi  'Raubritter' odziedziczył  kulisty kształt kwiatów, po tatusiu w kolorze płatków pojawiły się barwniki odpowiadające za zaróżowienie ( w niedużej ilości, bo tatuś kwitnie na czerwono  jak  ten zajadły komunista w  pochodzie  pierwszomajowym ).  Dzięki mamusi jest zdrówko i odporność na złe warunki atmosferyczne, dzięki  tatusiowi na ogół zdrowe, jasnozielone liście ( ich leciuteńki  szarawy odcień to po mamusi )  i wielkość kwiatu. 'Raubritter' został introdukowany w roku 1936 i  od razu było wiadomo że to jest "coś". Po pierwsze róża wielozadaniowa - można z niej tworzyć  krzewy,  traktować jak wspinacza ( zaliczana jest do typu climber ), zadarniać nawet jak kto lubi, po drugie zjawiskowe kwitnienie - krzew  kwitnie co prawda raz ale za to długo  i wytrwale. Kwiaty nie są specjalnie wielkie, takie około  pięciocentymetrowej średnicy ale za to o świetnym, okrągławym kształcie. Półpełne i lekko pachnące, bardzo trwałe ( mogą spokojnie przez  tydzień zdobić  krzew ) będą pięknie wyglądać zarówno w klasycznym różanym ogrodzie jak i  w nasadzeniach mało formalnych.  Pędy są giętkie, dłuuugie ( dochodzą do ponad  trzech metrów długości ) więc można wyczyniać z nimi cuda. Mrozoodporność bardzo dobra i jeszcze na dodatek znosi zacienienie! Cud nie róża! Oczywiście w tej beczce miodziku musi być łyżka dziegciu - czasem  'Raubritter' podłapuje mączniaka i znosi  to wówczas ciężko. Za to przycinać można oszczędnie, głównie tak formująco jak mieszańce Wichura.
Teraz o nazwie - 'Raubritter' to termin ukuty pod koniec XVIII wieku w Niemczech, w czasie wielkiej popularności tzw. powieści gotyckiej. Oznaczał on rycerza który z bidy wziął się za rozbój, co rzeczywiście zdarzało się niegdyś wcale często nie tylko niemieckim baronom ale i inszej europejskiej szlachcie. Nie wiem skąd ta nazwa - czy to pochwała dla zdolności przetrwania rycerskich rabusiów czy hołd dla romantycznej legendy zrodzonej parę stuleci po ich wytępieniu. Myślę że prędzej to  drugie, bo po prawdzie to raubritterzy to straszna hołota była i w ogóle  plaga i ból  głowy.


niedziela, 17 czerwca 2018

Codziennik - dyszymy i oczekujemy na dżedż




Jeszcze trochę a nawet prezenterom pogody wiecznie zatroskanym losem urlopowiczów zmięknie rura, jak to się nieelegancko mawia.  Czekamy  na deszcz a on jak pada to tylko miejscami za to ulewnie i zaraz wyparowuje. Hym... może czas na tradycyjne modły poselskie i zawierzenia ( z tymi ostatnimi to trudno, tacy którym trudno zawierzać, mimo tego że sami deklarują wiarę czystą i bez domieszek,  mogą mieć słabą siłę proszalną ). Deszcz jest, Panie tego, towarem deficytowym i w tym sezonie wiosennym występują znane mi z lat dzieciństwa i młodości chmurnej a durnej "przejściowe trudności na tym odcinku".





Hipotetycznie przebywającemu jeszcze w ogrodzie lejonkowi chyba  brak deszczu nie przeszkadza, są nowe  wyleżane miejsca ( znaczy wszyscy  podejrzani o zalegiwanie  się zaklinali że nikt przytomny na umyśle nie będzie właził do  ogrodu i zalegał jak tu "miszczostwa" i zalega się przed tewałką ). Zalegania  za duże na wszystkie koty zusammen z jeżami więc wychodzi na to że  lejonek nas nawiedza albo się wziął i zaszył.  Kolejny raz  gościliśmy straż animalną ale łune tyż nic  nie znalazły  choć podejrzewajo i się  jeszcze zapowiedziały. Widok strażowych uświadomił mi  że muszę na biegu malować puszki śmieciowe ( ani mi się  śnie kupować nowych ) bo cztery coolory puszek śmieciowych majo rozwiązać w cudowny sposób wszystkie problemy śmieciowe jakie nam od paru lat w pocie niskich czółek przygotowują ustawodawcy.  Bez względu na to kto w parlamencie ma przewagę polityczną rezultat zawsze  jest ten sam - śmieci i wszystko  co z nimi związane wyraźnie powodują obstrukcję intelektualną wybrańców narodu.  Cóż nie najlepiej to też świadczy o wybierających.  Tak sobie pomyślawszy że może by sprytnie i na bezczela  po piracku  ściągnąć rozwiązania od bardziej zaawansowanych w usuwaniu  śmieci sąsiadów a niepotrzebnych wybrańców narodu ( czytaj śmieci ) kulturalnie gdzieś wywalić i przechować ( no nie będę nawoływać przeca do utylizacji, he, he ). Taki miłe sercu mieszkańca  Cebulandii  zakombinowanie. Może nawet przy okazji gdzieś zakombinujemy  maszynę do robienia deszczu?




Naprawiwszy  Wolfganga i  wziąwszy w obroty  Helgę, nawet nieźle wyszło przywracanie im dawnego wyglądu.  Na razie do ogrodu ich nie wystawię, kto wie czy lejonek  tam na nich nie czyha?  Pozostała trójka  ceramicznej obsady nadal w ogrodzie, krasnale  i żaba są poustawiane pod  krzewami azalek  japońskich  i wśród paproci, zdaje się że lejonek nie preferuje przebywania w tych rejonach Alcatrazu. Hym... dla nieco większych krasnali i  żab nadal jest niebezpiecznie. Tak  o niebezpieczeństwach pisząc - szukamy domu dla Fraczka , biedak ma tylko opcję zamieszkiwania z  Felicjanem a szczerze pisząc to żadna opcja ( mieszkanie z bandytą pod jednym dachem, nawet kiedy ten bandyta ma depresję po odejściu jedynego kota  który trzymał go w szachu, to nie jest prosta sprawa ).  Fraczek jest wychowany i w ogóle, potrzeba mu tylko naprawdę dobrego domu gdzie mógłby rozwijać swą przemiłą osobowość (  Fraczek jest przytulaśny ). A na fotce poniżej  pręgowane Samo Zło, odczulane i faszerowane wzmacniaczami. Samopoczucie takie sobie co widać na fotce, obraza na mnie  za całokształt i upieprzenie sznupy  nie wiadomo czym ( usiłowałam wyczyścić  kocie usteczka, oj poczułam  że robię źle  - nie żeby od razu straszliwe  gryzienia, pomruki  były).

piątek, 15 czerwca 2018

Codziennik - nadal dołki i górki


Mija nam ta dziwna wiosna która właściwie była  latem, czas na lato prawdziwe.  Trochę strach się  bać  co  Wielki  Pogodowy nam na tę porę roku wyszykował. Dookoła mnie tak sobie, nadal zbyt dużo smętnych wiadomości z gatunku  "I nie da się nic zrobić!" do mnie dociera,  w związku z czym mój zakupoholizm jest coraz mniej kontrolowany.  Co usłyszę to odreagowuję, głupia sprawa. Odgradzam się przyjemnościami od złego które zaatakowało i już wiadomo że nie odpuści. Tak jakby te moje przyjemności mogły przypudrować paskudną rzeczywistość. Szczerze pisząc to na ogół pudrują średnio skutecznie, co  i raz spod tego pudru cóś niepokojącego wyłazi. No to się skupiam na jakichś pierdołach typu przywracanie Wolfgangowi  normalnego  wyglądu (  po spotkaniu Wolfganga  z lejonkiem ten pierwszy wygląda jakby zamiast lejonka spotkał krwiożerczego wilka wyjątkowo nielubiącego krasnoludków ) albo zaganianiu  Małgoś - Sąsiadki do smażeniu dżemów.  Takie tam zajęcia usypiające, nic prawdziwego.


W ogrodzie robię mało, mój kręgosłup bardzo  brzydko się ostatnio zachował.  Usiłowałam go wytonować prochami i skończyło się tzw. upojnym rzyganiem. Womitowałam  po  prochach a ten skurczygnat nadal bolał! Po takich  przejściach zachowuję się "rozsądnie" bo nie mam ochoty  na powtórkę z rozrywki. W związku ze związkiem ogród  odłogiem sobie leży a ja leżę  z kotami w  wyrze.  Wyro zaścielone, na wyrze ja i głównie ciągle obrażony na nieobecność  Lalusia Felicjan. Jak się  Felicjanowi nie poprawi ( obecnie nie chce wychodzić z domu bo  po co, dziewczynki nie potrafią się z nim bawić w napaść ) to czeka nas wizyta u dohtora ( ledwo co byłam z podtrutą  Sztaflisią ). Może trza co na melancholię a może to jakaś insza sprawa. Felicjan  bardzo się zmienił, niby  źle nie wygląda ale zachowuje się zupełnie  nie po swojemu ( od czasu choroby i odejścia Laliego ani razu mnie nie użarł, rzecz niesłychana,  o takim piknikowaniu z nim  w Alcatrazie jak w zeszłym roku miało miejsce nawet  nie ma co mówić ). Sztaflik jakby  lepiej,  znów  usiłuje  wyżerać innym kotom z misek. Znaczy jest i coś miłego.


Właściwie jest więcej miłych rzeczy. Po  różanej pogwarce z bjork w ramach  wyciszania skrzeków realu postanowiwszy nabyć coś różanego w donicy. Padło na austinkę 'Geoff Hamilton', a potem to już się nie mogłam opanować! Taa, skutek jest taki że pojawi się także od  dawna planowana do nasadzenia odmiana 'James Galway', odtworzę  'Sweet Juliet' zeszłą z tego świata pamiętnej  zimy 2012 roku, oraz  drugi raz podejdę do 'Jude the  Obscure' ( zaginęła  albo się podszywa, w każdym razie to co kwitnie na jej miejscu nijak tej odmiany nie przypomina ). Ubyło mi z portfela co akurat nie jest miłe ale za to jak  dobrze zrobi mi się kiedy przyjadą krzaki.  Co prawda nie wiem jak je wkopię z  cholernym, nawalającym kręgosłupem ale cóś tam na pewno wymyślę. Na razie cieszę się  gryplanowaniem czyli tym gdzie co posadzę. Dobre i to, przynajmniej się odrywam od ponurych rozkmin  na temat tzw. kondycji ludzkiej.  Zakupoholizm  roślinny wydaje mi jakiś lepszy, jakby kupowanie roślin było czymś zdecydowanie bardziej szlachetnym niż nabywanie rzeczy. Hym... pewnie bredzę jak  każdy nałogowiec. W każdym razie zauważyłam że  przypudrowywanie realu roślinami działa u mnie skuteczniej  niż pudrowanie czym innym.  No dłużej  trzyma czyli cieszy.


Dzisiejsze fotki to takie usprawiedliwienie austinkowych zakupów.  Żebyście wiedzieli jak  ciężko się oprzeć urokowi tych róż.

środa, 13 czerwca 2018

'Lovely Green' ® czyli śliczna zieleninka

Bardzo wyrafinowana kreacja  Meillanda z  2005 roku, takie różane haute couture ( nie istnieje termin wysokie różaństwo to zapożyczam ze świata mody ). Kwiaty ma to różyczka okrągławe, w kolorze kremowo - zielonym, dochodzą do średnicy około 5-6cm. Złożone są z ponad 60 - 70 płatków ale nie wyglądają na bardzo pełne, upchane. Pewnie dzięki temu że nigdy nie otwierają się całkowicie, odchylają się tylko zewnętrzne płatki odsłaniając stożkowy pąk ( przypominają wówczas kwiaty mieszańców herbatnich we wczesnej fazie rozwoju ). Niestety kwiaty nie pachną, no ale nie można mieć wszystkiego. Na pędzie znajduje się około 5 do 8 kwiatów co upodabnia tę różę do róż grupy floribunda. Jednak ta odmiana jest zaliczana do tzw. róż florystycznych, to szklarniówka przeznaczona na kwiat cięty. Jednak coraz chętniej sadzi się ten dochodzący do 80 cm wysokości krzew w ogrodach. Mimo że kwiaty wrażliwe na deszcze, zimne rosy i tym podobne auralne nieprzyjemności, odmiana ma wcale nie najgorszą odporność na choroby grzybowe i przeżywa nasze zimy. Kwitnie parę razy w sezonie. Nazwy rodziców tej róży to słodka tajemnica firmy Meilland International.