piątek, 22 lutego 2019
Katania i drzemiący potwór
Dla turystów zwyczajne sycylijskie miasto, dodajmy że mało atrakcyjne bo zabytki w porównaniu z inszymi sycylijskimi miastami mało wiekowe, bo aparycja miasta taka ódzka w stylu głębokie Bałuty, bo czystość ulic przypomina Neapol, bo ludzie żyją swoim życiem turystami niespecjalnie się przejmując. Turysta weźmie i zaliczy, znaczy pobędzie parę godzin, fotki pstryknie, pojedzie autobusem albo wynajętym autkiem na Etnę i odpłynie w insze rejony Sycylii, gdzie zabytków molto a na turystę z utęsknieniem wręcz wyczekują. No nic Panie tego, ciekawego w tej Katanii ni ma, no nic na czym oko zawiesić i w ogóle to u nas już ładniej. Taa... A Katania sobie trwa uboga w
sklepiki z pamiątkami z "naturalnej lawy" odlewanymi w Chinach czy jedynej słusznej ceramiki sycylijskiej. Ludzie w niej mili, tacy że jak wieczorem ciemnym wylądujesz i za cholerę nie możesz dojrzeć nazwy ulicy na której masz mieszkać, wykutej na ścianie kamienic to pomogą, z psem spacerując i mile z tobą gawędząc w języku ci nieznanym na miejsce zakwaterowania zaprowadzą nic w zamian oprócz dziękczynień nie chcąc. Katania smaczna, bogata w dobro kulinarne i w świetne tworzywo do robienia tego dobra. Katania dobrze skomunikowana z miejscami znanymi z tzw. atrakcji turystycznych. No i co najważniejsze Katania w związku ze swoim "niskim potencjałem turystycznym" nie jest zapchana masowymi wycieczkami do niemożliwości. Dla Mamelona i mła to wielka zaleta!
Do Katanii trafiłyśmy całkiem nieświadomie w dniach jej największej chwały, znaczy nasz pobyt zbiegł się był z terminem święta patronki miasta św. Agaty. Wszędzie gdzie się dało krwiście czerwone cyklameny i nie mniej krwiste makatki z wyhaftowanym złotym A. Rzecz jasna to by było za mało w dobie elektryfikacji więc oświetlenie placów i ulic po których ciągają relikwiarz św. Agaty takie choinkowe, napisy "Viva Santa Agata" ułożone z lampek świątobliwie mrygały - no pełna jazda, natentychmiast zorientowałyśmy się że jesteśmy w trakcie święta, nie dało się nie zauważyć. Taa... nie przypuszczałyśmy jednak że jest to święto z turbodoładowaniem. La festa di Santa Agata jest zaliczana do tej samej kategorii obchodów świąt katolickich co Wielki Tydzień w Sewilli, możecie sobie wyobrazić z jakiego rodzaju fetą macie do czynienia. Nie na darmo trafiła na listę UNESCO! Dobra, zacznijmy od początku czyli od tego kim była św. Agata. Jest jedną z tych wczesnych świętych Kościoła o których wiemy w jakich latach żyli - urodziła się w Katanii, podobno w dobrej rzymskiej rodzinie ( hym... skąd to greckie imię zatem? ) w roku 235. Po przejściu na wiarę chrześcijańską Agata postanowiła, że pozostanie dziewicą - praktyka ponoć częsta w tym czasie u osób szczególnie uduchowionych i nastawionych na życie przyszłe. Agata była urodna do tego stopnia że zainteresował się nią namiestnik Sycylii Kwincjan, lecz ona zakochana w Galilejczyku odrzuciła jego zaloty. Wkurzony namiestnik oddał ją do domu rozpusty, w którym nastąpił pierwszy cud - Agata nadal pozostała dziewicą, a podczas prześladowań chrześcijan jako pierwszą poddał ją torturom. To podczas tych tortur odcięto jej obie piersi. Święta zmarła po rzuceniu jej ciała na rozżarzone węgle dnia 5 lutego 251 roku. Pierwsze obchody święta męczennicy miały zostać zainicjowane w szybkim terminie po jej śmierci. W rok po zejściu Agaty nastąpił wielki wybuch Etny, jednakże spływająca lawa nie zalała miasta, co przypisano wstawiennictwu świętej ( mieszkańcy miasta wyszli podobno naprzeciw spływającej lawie z welonem męczennicy - wg. tradycji do dzisiaj zachowanym ).
W 1040 roku szczątki jej ciała zostały wg. mieszkańców Katanii skradzione czyli przeniesione do Konstantynopola, w średniowieczu relikwie stanowiły cenny łup, nie zawsze pozyskiwano je "po bożemu" ( wystarczy wspomnieć mnichów z Conques, którzy podpierniczyli św. szczątki mnichom z Agen, czy pozyskanie pozostałości po św. Marku dla bazyliki jego imienia w Wenecji ). Zaprzestano wówczas czczenia świętej na Sycylii. W 1126 roku dwaj żołnierze przywieźli jej ciało z Konstantynopola do Katanii ( tyż sposobem nie do końca czystym ) czego do dziś zazdroszczą katańczykom mieszkańcy pobliskich Syrakuz, którzy od niemalże dziesięciu wieków toczą spór o szczątki św. Łucji z mieszkańcami Wenecji . Od tego roku pamiętnego uroczystości ku czci świętej Agaty trwają nieprzerwanie ( z dwoma małymi wyjątkami – są to bardzo ciężkie dla miasta lata 1669 i 1693 kiedy to Katanię nawiedziły dwa straszliwe w skutkach kataklizmy - potężna erupcja Etny i trzęsienie ziemi, które zniszczyło całe miasto ). Agata jest świętą, do której zarówno katolicy jak i prawosławni zwracają się przy zagrożeniach związanych z ogniem i pożarami ale przede wszystkim ma chronić Sycylię przed wybuchami Etny. W ikonografii chrześcijańskiej św. Agata przedstawiana jest w długiej sukni, z kleszczami które były narzędziami tortur, jej atrybutami są: dom w płomieniach, kość słoniowa – symbol czystości i niewinności oraz siły moralnej – a także misa z obciętymi podczas męczeństwa piersiami. Wszystko to można sobie unaocznić oglądając katańskie sklepy z dewocjonaliami. Św. Agata patronuje przede wszystkim zawodom związanym z ogniem: kominiarzom, ludwisarzom, odlewnikom, a także z powodu męczeńskiej śmierci – pielęgniarkom ( przyznam że nie rozumiem uzasadnienia tego ostatniego patronatu ). Jest również orędowniczką w chorobach piersi ( hym.... to już bardziej zrozumiałe dla mła ).
Katańczycy darzą św. Agatę miłością wylewną, żadne tam ciche uczucia - westchnienia w okolicach jej kaplicy głośne, krata oddzielająca kaplicę od reszty katedry wycałowana do miedzi, lampki konfesjonałów z okazji jej święta świecą nieprzerwanie sygnalizując obecność skruszonego grzesznika. Od 3 lutego do 5 tego miesiąca trwają obchody główne ( l’offerta della cera, czyli ofiarowanie świec - olbrzymich, często ponad metrowych gromnic z wosku i sztuczne ognie odpalane do bólu, rano 4 lutego - la messa dell’Aurora czyli msza poranna na której wypada być ponieważ XVI wieczny relikwiarz św. Agaty wyprowadzany jest z jej kaplicy i rozpoczyna swoją coroczną wędrówkę po mieście w towarzystwie "tańczących" le candelore, czyli tego ustrojstwa ze zdjątka obok i poniżej - to takie wotum dziękczynne ofiarowane przez organizacje które się ostały po dawnych cechach ). Podczas obchodów głównych czyli 5 lutego i nocy z 5 na 6 lutego św. Agatę ciąga się po mieście, ciągnący w białych sacco przypominających nieco komże i z czarnymi myckami na głowie coby świąteczność zaznaczyć. No i co i raz odpalania sztucznych ogni przy których nasze sylwestrowe szaleństwo wydaje się niewinną igraszką. I na tym się nie kończy. Po całonocnym pielgrzymkowaniu do różnych kościołów i tzw. stacji relikwiarz św. Agaty znika w kaplicy ale obchody święta trwają jeszcze tydzień. I nie ma że nie ma - czas napychania się świętymi cyckami, palenia świec, latania po mieście cittadini w białych ubabrankach i czarnych czapeczkach i odpalania sztucznych ogni trwa w najlepsze. Zasadniczo nie da się uciec, chyba że podstępnie wyjedzie się do takiej Taorminy na ten przykład.
Na szczęście po tygodniu wszystko normalnieje, katański karnawał dobiega końca i można spokojnie obejrzeć Cattedrale di Santa Agata ( na fotce obok ) nikomu nie przeszkadzając. Co prawda zapach palonego wosku nadal wszechobecny ( bo usuwają plamy z pomocą trocin i palników ) ale da się oddychać. Fasada katedry barokowa jednak transept i apsydy zachowały się z czasów sycylijskich Normanów. Z prawej części transeptu można wejść do normańskiej Capella della Madonna, w której spoczywają szczątki kilku władców aragońskich tzn. można wejść o ile na zwiedzanie poświęca się przedpołudnia, po południu przybytek wiary jest zamknięty. Jak zdaje się wszystkie zabytkowe kościoły i klasztory Katanii. Taka lokalna tradycja. W katedrze oprócz św. Agaty miejsce spoczynku znaleźli Vincenzo Bellini ( pomilczelim z czcią wspominając wykonanie Marii Callas "O Casta Diva" z opery "Norma" ) i ponoć chodząca dobroć kardynał Giuseppe Benedetto Dusmet, błogosławiony Kościoła Katolickiego, którego katańczycy mają we wdzięcznej pamięci z racji jego zasług dla mieszkańców miasta podczas wielkiej epidemii cholery ( ta choroba w XIX wieku była prawdziwą zmorą sycylijskich miast ). Ciało kardynała w szklanej trumience uległo mumifikacji, samoistnej ponoć co zgadzałoby się z powszechnym mniemaniem o tym że święte zwłoki nie ulegają rozkładowi i na dodatek pachną fiołkami. Kiedy wypodziwiamy już co się da możemy wyskoczyć na plac i otrząsnąć się ze świętości ruszając w miasto. W zasadzie barokowe w starszej części, z całkiem pokaźną ilością budynków powstałych w XIX wieku w części nowszej.
Katania jest tak naprawdę miastem bardzo starym, została założona w 729 r. p.n.e. przez greckich kolonistów z Chalkis. Była jednak regularnie niszczona przez erupcję Etny ( najgorzej było w roku 1669 podczas erupcji wulkanu lawa dosięgła Katanii i jej portu, wdzierając się do morza - mieszkańcy Katanii jako pierwsi na świecie wpadli na pomysł kierowania lawą poprzez wykopywanie kanałów ) i trzęsienia ziemi, spośród których to wspomniane już wcześniej trzęsienie ziemi z 1693 roku niemalże całkowicie ją zniszczyło. Od V wieku zanotowano 80 dużych wybuchów volcano. Ostatnia erupcja miała miejsce wczoraj, 21 lutego. Taa... Położenie wymusiło na mieszkańcach Katanii specyficzny stosunek do rzeczywistości, trzeba mieć dużo samozaparcia do nieustających napraw i remontów i nie przejmować się pierdołami typu fruwające folie i papiry czy wszędobylskie grafitti. Grunt żeby budynek się na głowę nie zawalił! No i żeby był w ramach odnowienia pociągnięty zaprawą w kolorze lawy, od której tak pięknie odbijają się kremowo - białe pilastry czy tam inne ozdóbstwa okołookienne. Są w końcu rzeczy ważne i te mniej ważne, pod wulkanem trzeba umieć żyć. Tak sobie można podumać oglądając reprezentacyjną czyli najsolidniej odnowioną część miasta - Piazza Duomo ozdobionego pospołu przez Fontana dell’Amenano ( na zdjątku powyżej ) i przez słynną Fontana dell’Elefante z 1736 roku ( to zdjątko poniżej ).
W basenie Fontana dell’Elefante na cokole stoi wyrzeźbiony w lawie słoń, kopia rzymskiego przedstawiciela gatunku dźwigającego na grzbiecie egipski obelisk. Mieszkańcy Katanii nazywają swojego czarnego słonia O Liutru, to ponoć zniekształcone imię słynnego swego czasu czarownika Eliodoro. Legenda mówi, że mag Eliodoro przemienił żywe zwierzę w kamień. Jego kształt ma upamiętniać pokonanie Kartagińczyków próbujących podbić miasto na słoniach. Taa... zaprawdę wierzymy, zarówno w tę opowieść jak i w to że sprzedawane w okolicznych sklepikach pamiątkarskich miniaturki fontanny są wykonane z prawdziwej lawy a te miejsca na ich powierzchni charakterystyczne dla odlewów to ślady dłuta katańskich mistrzów rzeźbiarzy. Elefante jest uroczy we właściwej skali, jako krzycząca chińskim pochodzeniem "pamiuntka" za to mało strawny. Po mojemu to wizerunek elefante w zasadzie powinien być chroniony, po prostu niektóre słonie nigdy nie powinny powstać, howgh! Fontana dell’Elefante jest rzecz jasna oblegana przez turystów, zrobienie jej zdjęcia bez ich asysty wymaga albo udania się bardzo wczesnym rankiem na Piazza Duomo, albo interwencji karabinierów. Mła się nie udało, bladym świtkiem zalegała w pieleszach czekając aż Mamelon zaproponuje kawę albo co, a popołudniu chodzący z bronią długą karabinierzy cóś ją onieśmielali.
W związku ze związkiem mła się za długo nad O Liuturu obiektywem nie pastwiła, poszła sobie szukać miejsc w których turystów ni ma a takowych w Katanii jest całkiem sporo. Niektóre, jak okolice Castello Ursino ( na zdjęciu powyżej ), zbudowanego przez Federico II di Svevia ( znaczy Fryderyka II ze Szwabii ) w XIII wieku ( hym... tak po prawdzie to tylko hipoteza że ów budynek jest tożsamy z tym który dla Fryderyka II Riccardo da Lentini rozpoczął budować w 1239 roku, ale większość uczonych twierdzi że to on jest i basta ). Od zamku bucha historią na kilometr, Nieszpory Sycylijskie, domy d"Anjou i di Aragona, intrygi i intryżki - no działo się. Od XVI wieku zamek zaczął tracić na znaczeniu jako twierdza a w roku 1669 zrobiło się naprawdę brzydko. 16 kwietnia lawa wyrzucona przez Etnę dotarła do castello i chociaż zatrzymała ją fosa, zasłoniła mury i przesunęła linię brzegową na kilkaset metrów a poziom gruntu podniósł się o dziesięć metrów w górę. Potem w 1693 roku trzęsienie ziemi, które solidnie naruszyło budynek. No i po chwale zamku! Stoi w zmienionym otoczeniu, jakby nie na swoim miejscu.
Dziś jest w nim muzeum, gmina odkupiła go w 1932 roku i od tego czasu trwają w nim prace konserwatorskie. Odsłaniają co i raz więzienne graffiti, bowiem zamek swego czasu robił za więzienie. W czasie naszej bytności w zamku odbywała się wystawa prac Salvadora Dali, miałyśmy się wybrać ( jedno z nielicznych miejsc do zwiedzania czynne popołudniową porą ) ale jakoś nam się nie złożyło. Insze fotki zrobione zostały podczas spacerku po starej części Katanii, w miejscach eleganckich i tych mniej eleganckich ( czasem w tych najmniej eleganckich można odkryć prawdziwe perełki schowane wewnątrz murów przed wszędobylsko - najrzydziurnym okiem turystów ).
Dla mła rzecz jasna największy urok ma tzw. dzielnica portowa. Mła nabożnie obejrzała ruiny teatru rzymskiego ( dzielnie pozbawionego w 1089 roku marmurów na polecenie hrabiego Rogera, chcącego przyspieszyć budowę katedry św. Agaty ) przy Via Vittorio Emnanuele II i nie mniej nabożnie zerknęła na Odeon ale tak po prawdzie to klimaciki portowe ją ciągnęły. Zaraz za Piazza Duomo , tuż za Fontana dell’Amenano rozciąga się ulubione w Katanii miejsce mła - Mercato della Pescheria ( lub Piscarìa w dialekcie sycylijskim ). Targ rybny ale nie tylko rybny, miejsce w którym mła czuła się szczęśliwa. Mła lubi podjadać, podobnie jak mieszkańcy Katanii. Mła żałuje że nie zrobiwszy z Mamelonem słynnego Spaghetti Norma z sosem bakłażanowo - pomidorowym, potrawy stworzonej na cześć Belliniego. Ech... i tak mła dopieściła kubki smakowe ale chciałoby się więcej. Pragnienie mła zżera co to w niej się znajduje, tak jak rzeka podziemna Amenano znajduje się w Katanii. Pragnienie smakowania Sycylii!
Za miastem port, przystań promów, miejsce gdzie cumuje bardzo brzydki okręt marynarki wojennej, marina - no wicie rozumicie - wszystkie uroki lazurowego Morza Jońskiego. W porcie cud jachty i kolorowe łódki z pięknymi nazwami "Chiara", "Angelo Padre", "Padre Pio". Co prawda trzeba uważać bo co i raz do przystani promowej podjeżdżają TIRy ale miejsca do spacerów sporo i zanim człowiek dotrze do nowego molo ma już całkiem sporo w nogach i w oczach.
Potem tylko się obrócić i zobaczyć to czego właściwie z miasta poza Via Etnea się nie widziało - górę królującą na miastem. Tak, to nie święta Agata jest królową Katanii, to Etna, majestatyczny potwór wyrastający ponad 3300 metrów nad p.m. . Zawsze obecna choć przeważnie cicha to jednak ciągle szantażująca katańczyków i groźna. Niby wszyscy do niej przyzwyczajeni ale tak jak przyzwyczajony jest pacjent nowotworowy do swojej choroby. Kiedy złe się budzi ludzi ogarnia panika. Cztery kratery, kaldera o powierzchni 35 km kwadratowych i aktywność przejawiająca się pluciem materiałami piroklastycznymi i lawą. Tak, tak, wiem - Vesuvio co to straszy Neapol tyż groźny, Campi Flegeri to w ogóle strach się bać, ten ukryty w Morzu Tyrreńskim Marsili nie wiadomo co szykuje, Stromboli niby mały ale ciągle dymi - ale to Etna jest na oczach, nieukryta, olbrzymia, największa w Europie i paskudna. Grozy ośnieżonych stoków wcale nie łagodzą cytrynowe sady porastające okolice Katanii, które widziałam podczas jazdy do Taorminy. Patrząc na Etnę z katańskiego z portu usiłowałam przypomnieć sobie jak to leciała ta litania do św. Agaty. Mamelonowi tyż nie było za wesoło, żądała ode mnie zapewnień że volcano na pewno nie wybuchnie. No cóż, udało nam się. A katańczykom już wczoraj napluła!
środa, 20 lutego 2019
Smakowanie Sycylii
Sycylię smakowałam ze starym znajomkiem, od lat nieżyjącym Panem Peppo, nie mogłam jakoś inaczej. "Lampart" a właściwie "Gepard" jego autorstwa był pierwszą książką z Sycylią w tle, Sycylią równorzędną i Sycylią pierwszoplanową którą w wieku lat nastu pochłonęłam ( to właściwe dla wieku, takie chłonięcie ). Potem przyszły insze lektury, głównie autorstwa Mario Puzo które nie tyle mówiły o samej wyspie co o ludziach żyjących daleko od niej a niechcących czy też niepotrafiących się z niej mentalnie wydostać. Książka Pana Peppo jest jednak dla mnie tą "prawdziwie sycylijską", choć świata w niej opisywanego dawno już nie ma. No, może nie do końca. Obserwując z boczku pachnącą topionym woskiem świec ludową żarliwość religijną, taką na pograniczu dewocji, ujawniającą się podczas obchodów święta Agaty Dziewicy, smakując słodki jak nigdzie indziej muskat o barwie dojrzałego koniaku, wystawiając bladą "po północnemu" twarz na promienie ostrego słońca południa które tnie krajobraz kontrastem światła i cienia niedającego szansy obiektywowi aparatu, wydawało mła się że Sycylia Pana Peppo tak naprawdę wcale nie odeszła. Co najwyżej niektóre jej elementy zmumifikowały się jak zwłoki błogosławionego kardynała Dusmeta, straszące w katedrze św. Agaty w Katanii. Tak to bywa ze starymi kulturami, herbacianie rzecz ujmując niektóre smaczki świeżego parzenia trwają jeno w ilościach śladowych, esencja pozostaje, choć nie tak esencjonalna a jej smak bywa zmieniony przez coraz to nowsze dolewki. Nawet z książkowym "podłożem" trudno poznać kraj w pięć minut ale jest sposób na przyswojenie go przez kubki smakowe. Nie trzeba wielu lat dogłębnych studiów by poznać Sycylię, można ją po prostu rozsmakować. Do tego sposobu poznawania Sycylii Mamelon i ja solidnie się przyłożyłyśmy. Tylko straszliwej ilości "przerabianych" dziennie kilometrów zawdzięczamy że nie wróciłyśmy z kółkami pod brzuchami i dodatkowym stelażem na biust ( ja ) i pupę ( Mamelon ).
"Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia
ciasta i bijący w nozdrza słodkawy aromat cynamonu stanowiły tylko preludium do delicji
ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiącą powłokę, najpierw dobywała się ze
środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na
twardo, szynki, kawałki pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu,
któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Na wyspie nikogo się nie oszuka - ludzie jedzą zwierzęta. Wystarczy jedna wizyta na targu i już wszystko wiadomo, miłośnicy złudzeń niech kierują kroki do supermarketów czy tam innych dyskontów a najlepiej to do przybytków gastronomii. Na białych, marmurowych blatach spoczywają części zwierzęcych ciał, niektóre przywołują obraz żywego stworzenia. Lekki szok dla tych którzy nigdy nie mieli do czynienia z prawdziwym obrazem pozyskiwania białka zwierzęcego. Nie tylko trzewia i mięśnie ale też kopyta, skóra , półtusze i półgłówki - nic dyskretnego typu mięso wołowe część taka a taka , waga pińcet gram. Na sycylijskim targu wieprzowina pochodzi ze świnki a wołowina z krówki. Tak, tak! Jednak kiedy oglądałam perwersyjnie urodne półtusze baranie dotarło do mła że jakkolwiek one baranki kończą na haku rzeźnickim to przynajmniej nie żyją w kacecie dla zwierząt jakim jest hodowla przemysłowa. To bardziej naturalna sprawa. Może to nieukrywanie rzeźniczego rzemiosła, podział i obróbka mięsa na oczach klienta jest bardziej w porządku niż kupowanie jakichś tam żeberek nie wiadomo z kogo ( częściej w naszych sklepach pada pytanie z czego ) albo schabiku, o którym dzieci myślą że wyrasta na drzewie?
Mła mięsami na wyspie się nie zajadała. Żadnych pulard, wątróbek i trufli w zapiekanym makaronie jak to u Pana Pepppo stało. Cóś tam jej się trafiło na placuszku pizzowym ale to śladowe ilości śp. wieprzka były. No i dobrze bo po tym przeglądzie główek i kopytek wyrzut sumienia gardło by ścisnął wraz z przełykiem. A w pizzy znacznie ważniejszy był sam placuszek i genialne sery na nim położone. W ogóle z tą pizzerią nam się poszczęściło, w Katanii długo nie mogłyśmy znaleźć tej właściwej pizzeri czyli takiej odwiedzanej głównie przez lokalsów, pachnącej podpłomykowo i ze swojską atmosferą. Wicie rozumicie, potrzebny nam był do szczęścia taki normalny lokal do którego się wpada na przekąszenie i pogaduchy a nie miejsce w którym turyści fotografują co mają na talerzach. Naszłyśmy naszą pizzerię przypadkiem i niemal w ostatniej chwili, wypatrzyłyśmy w bocznej uliczce odchodzącej od reprezentacyjnej Via Etnea ustawione na zewnątrz stoliki i kręcących się ludzi. Wlazłyśmy i natychmiast wiedziałyśmy że to jest właśnie to o co nam chodziło. W środku tuż za ladą, świetnie widoczny z maciupeńkiej salki, buzował piec. Jako że na dworze wiało od mare piec wydawał się wyjątkowo przyjazny i mile zapraszający do rozgoszczenia się gdzieś w jego pobliżu.
Rzecz jasna jak w każdym dobry lokalu trzeba było poczekać na miejsce ale miałyśmy szczęście bo wolnym kroczkiem do kasy zmierzali już zapizzowani goście. Usadowione w roku mikrosalki przy stołowym blacie dokręconym do ściany, pieszczone ciepełkiem bijącym od pieca kątem ślepiów śledziłyśmy pizzowe misterium. Pan starszy w podkoszulku i czapeczce na głowie sam osobiście zajmował się wyrabianiem placka z przygotowanego wcześniej ciasta, młodszemu pizzowemu powierzając ( głosem donośnym ) jedynie przygotowanie posypki czyli serów, grzybków, szynki i jajka ( Capriciosa to była ). Młodszy pizzowy był nieco zminiaturyzowaną wersją starszego pizzowego, najwyraźniej ta pizzeria to firma rodzinna. Wokół mlaskanie i zadowolone posapywania, z wyjątkiem azjatyckiej pary i nas nikogo łobcego więc oczekiwałyśmy objawienia kulinarnego. No i ono naprawdę nastąpiło! Mój boszsz... ile to poezji można wytworzyć z prostych składników żarcia dla ubogich, jakim naprawdę jest wynalazek pod tytułem pizza. Chrupkie gdzie trzeba, niezamokłe ciasto, łagodny domowy sos pomidorowy, odpowiednia ilość składników na wierzchu ( ani przewalenia ani skąpstwa ), bez ton oregano czy "ziół włoskich". I to wszystko za jedyne 4,50 euro! Podaję tę niewiarygodną dla dość drogich Włoch cenę bo przeca podróżujecie po świecie i moglibyście się nabrać na to że pizza powinna kosztować 10 euro, jak to ma miejsce w lokalach przy Via Etnea. Hym... pizza to podobiadek, żadne tam prawdziwe żarcie dla mieszkańców Italii, normalsi nie wydadzą na nią tyle ile turyści którzy chcą zjeść "prawdziwie po włosku".
Jeżeli chcecie zjeść tak jak naprawdę jedzą miejscowi to szukajcie trattorii nie restauracji. W restauracji jest obruskowe, doliczanie za ukłon i tym podobne finansowe dopieszczenia oraz "wydaje mnie się" kucharzy a w trattoriach jest swojsko a żarcie przygotowuje się tak jak Zia Malena albo Nonna Anna robiły. Jest jeszcze moja ulubione opcja która się nazywa poznaj smak a potem gotuj sama ale nie wszyscy to lubią. Ja szczęśliwie podróżuję z Mamelonem, której nie muszę zaganiać do kuchni. Mamelon została szefem naszej dwuosobowej wędrownej gastronomii przez aklamację a ja robię za podkuchenną zwolnioną z wielu obowiązków ( na ten przykład nie obieram krewetek ). Za zaopatrzeniowców robimy obie i to z przyjemnością, z tym że moim dodatkowym porannym łobowiązkiem jest przywleczenie świeżego pieczywa ( uwaga - sycylijskie pieczywko jest dla nas niesłone, ono jest takim bardzo neutralnym dodatkiem do mocnych smaków ). Z nie mniejszą przyjemnością obie robimy za somalierów. Taki to podział zajęć. Obu nam się wydawa że zwiedzając targowiska, sklepy, piekarnie i winiarnie na równi z muzeami, kościołami i inszymi przybytkami sztuki cóś lepiej poznajemy miejsce w którym jesteśmy, znaczy my tak bliżej prawdziwego życia które tam się toczy. Miło na ten przykład jest pójść do warzywniaczka i naocznie stwierdzić co wulkaniczna gleba i południowe słońce robią ze znanymi i u nas warzywami, ponarzekać sobie jak miejscowi na drożyznę ( wszyscy miejscowi na całym świecie z lubością narzekają na to zjawisko ), popróbować owoców i wieść zawiłe dyskusje łamanym polsko - włoskim na temat włóknistości wielkich pomarańczy i absolutnej doskonałości krwistego miąższu tych mniejszych, na oko nie tak urodnych.
No i targ rybny, wychowana nad Bałtykiem w zamierzchłych już czasach ciągle jestem spragniona morskiego jedzenia. Nie dla mnie pstrągi, szczupaki czy sandacze. Za nic mam tak lubianego u nas karpia - kto na świeżych rybkach morskich ( i nie tylko rybkach ) się wychował temu bezpłciowo smakujące rybki słodkowodne rzadko podchodzą.
Targ rybny w Katanii to miejsce nie tylko dla spragnionych morszczyzny, kręci się po nim masa turystów którzy podobnie jak ja uzbrojeni są w aparaty czy tam insze smartfony. Większość jedynie podziwia ułożone na lodzie przykrytym białym materiałem "martwe natury" ( czasem te natury są jeszcze żywe, usiłują uciec - kibicuję ośmiornicom jako najinteligentniejszym z mięczaków - i wędrują ponownie do kadzi z morską wodą ). Trafiają się jednak wśród turystów osobniki podobne do Mamelona i mła, które po to wynajmują apartament z kuchnią coby z niej korzystać. Za dużo jednak ich ni ma, giną w morzu miejscowych zajadle targujących dziwności o przyrządzaniu których nie mamy pojęcia ( co oni robią z narybkiem? ) ale się trafiają. Jednak głównie dary morza robią za miss i misterów obiektywów dla turystów niegotujących, oni zjedzą sfoconą morszczyznę później w restauracji, płacąc za nią niemałą forsę i nie zawsze dostając najświeższy produkt. Taa... a wystarczy dobra oliwa i trzy minuty żeby z kawałka miecznika zrobić poezję. W dodatku w wydaniu popularnym bo ni cholery nie dostaniesz dużej porcji tej świeżej a nie mrożonej ryby w cenie około 7 euro. Zamówcie danie z miecznika w dobrej knajpie specjalizującej się w morszczyźnie to poczujecie wagę poezji wydanej luksusowo, jak knajpa renomowana to tomik oprawny w welin, he, he, he. No a trzy minuty spędzone w kuchni to nie jest stanie przy garach za to świeży miecznik rozpływa się w ustach.
Nie wszyscy jednak lubią pichcić, dla wielu osób gotowania choćby i trzyminutowe niweczy radość z wypoczynku. Zawsze zostaje im możliwość pochłonięcia na szybko arancini czyli takich smażonych kul z ryżu nadziewanych różnościami albo pizzy na kawałki ( jako szczęściara obdarzona przez los Mamelonem nie tknęłam tego w Katanii, co sobie będę smak po pikantnych krewetach psuła ) albo udanie się na większy posiłek do trattorii, pizzerii czy tam innego restaurana. Wszystko ma swoją cenę, niezmącony myślą o kuchni wypoczynek tyż. O ile wspomniane arancini nie specjalnie mła kusiły to przyznam że zapach pieczonych karczochów swoje robił. Na rynku, tuż za stoiskiem z mulami na wynglowym grillu mały, ciemny facecik opiekał warzywa. Tak na mocno je opiekał, czarniawe były. Kusiło mła niesamowicie ale pożerało to się metodą ręka usta. Po prostu widziałam jak przebijamy się przez Duomo z usmarowanymi ryjami, przy czym ja mam jeszcze usmarowane ubranie ( Mamelon twierdzi że jestem wybitnie uzdolniona w dziedzinie upieprzania ubrań własnych i cudzych ). Daję głowę że tak cudnie wyglądające na pewno byśmy spotkały jakichś znajomych ze szkoły co to lata człowiek ich nie widuje albo dawną, nieszczególnie lubianą cooleżankę z pracy. Tak to już jest że jak człowiek uszczęśliwi się jak prosię i wygląda w związku z tym niewyjściowo to bladym świtem w porze suchej w rejonie Kigali za trzecim baobabem w lewo spotka ludzi, którzy pamiętają jak to Mamelon bywszy lwicą półsalonową a mła młodą hieną. Nie zaryzykowałyśmy karczochów! Poczekamy z nimi do Rzymu.
"Tam z kolei porozstawiane były olbrzymie baby koloru bułanych koni, śnieżne od kremu zaspy Monte Bianco, baignets Dauphin upstrzone na biało migdałami i na zielono pistacją, wzgóreczki profitrolek z czekoladą, kasztany w cukrze, brązowawe jak humus równin katańskich, z których zresztą
przysyłano je okrężną drogą, parfety różowe, parfety szampańskie, parfety dereszowate, które
rozpadały się z chrzęstem pod łopatką, stosy kandyzowanych wiśni, żółte krążki ananasów,
„triumfy łakomstwa” z. matową zielenią siekanej pistacji oraz nieskromne ciastka „panieńskie”. Tych don Fabrizio kazał sobie nałożyć i gdy już trzymał je na talerzu, wyglądał jak absurdalna karykatura świętej Agaty domagającej się zwrotu swoich odciętych piersi. „Że też święte oficjum, kiedy jeszcze mogło, nie zabroniło wyrobu tych słodyczy! "Triumfy łakomstwa" (łakomstwo – grzech śmiertelny!), "piersi świętej Agaty" sprzedawane przez klasztory i zjadane przez obżartuchów! No..."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Słodycze sycylijskie są przede wszystkim bardzo ale to bardzo słodkie. Piszę to ja, miłośniczka chałwy, więc wyobraźcie sobie na podniebieniu cukrowe turbodoładowanie. W Katanii wyrabiają całą masę ciasteczek z migdałami i pistacjami w roli głównej, nieraz bardziej przypominających marcepanowe kartofelki niż to co przywykliśmy nazywać ciastkiem. Te paste di mandrola są aromatyczne i mimo swej mocnej słodyczy smaczne, bakalie zawsze się obronią. Oczywiście w każdej cukierni, ba, nawet w zwykłej piekarni cannolo siciliano w wersji mini albo standard, nadziewane niemożliwie zasłodzonym serkiem ricotta ( najlepiej kupować z rana, świeżutkie ). Katańską specjalnością są ciastka zwane minnuzzi ri Sant'Àit co po naszemu cycuszkami św. Agaty ( lub bardziej szorstko i oficjalnie minne di sant'Agata ). Cycek składa się z biszkopciku, słodkiego do bólu serka ricotta, aromatycznej warstwy pasty z pistacji i tzw. francuskiego lukru, dziś zwanego plastycznym. Na czubku kopulastego ciasteczka kandyzowana wisienka - indeks glikemiczny posyła w kosmos, trza zapijać mocno paloną sycylijską kawą, kontrastowo gorzką. Przyznam że nie byłam na raz w stanie zjeść w całości małego cycuszka, na duże cyce nawet nie patrzałam świadoma swoich możliwości ( cycki różnych rozmiarów królowały w cukierniach bowiem trafiłyśmy na la festa di Sant'Agata - święto patronki miasta którą to uroczystość wpisano w roku 2005 na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, cyckowe szaleństwo osiąga wówczas apogeum ). Hym... słodycze z ricottą jakoś nam nie wchodziły, Mamelon nie mogła za bardzo docenić chrupkości cannolo z powodów estetyczno - prestiżowych ( jedzenie półgębkiem ), ja koncentrowałam się na wyżeraniu pistacji ze wszystkiego z czego tylko wyżerać się dało. O ile mła jeszcze zagna na Sycylię to poprzestanie na dobrym torrone do kawy i szlus. Tak sobie myślę czy aby stary Gatopardo nie padł na cukrzycę albo choroby z nią powiązane, Pan Peppo jakoś tak okrężnie, nie wprost podchodził do choroby don Fabrizia i w sumie wiem tylko że don Fabrizio zgasł był jak lekarz z Neapolu ( profesur ) przewidywał ale konkretnie to na co? Jeżeli zażerał się słodyczami to ni ma zmiłuj, cycki i cannoli zemściły po latach. Aha, jak ktoś lubi słodkie bułeczki albo ciastka podobne do naszych pączków to brioszki i nadziewane ricottą cassateddi może spożyć. Mła nie wie jak smakują ponieważ doszła do wniosku że lepiej żeby skoncentrowała się na spożywaniu świetnych cytrusów a nie pochłanianiu cóś mało do niej przemawiających wyspiarskich ciasteczek.
"Na deser podano rumową galaretkę. Był to ulubiony przysmak księcia, i księżna,
wdzięczna za doznaną pociechę, już wczesnym rankiem pomyślała o tym, by go zadysponować. Galaretka w kształcie warownej baszty osadzonej na bastionach i skarpach wyglądała groźnie, imponująco; po jej gładkich, śliskich ściankach nie wdrapałby się żaden śmiałek; z wierzchu przybrana była wiśniami i pistacją; a jednak łyżka zagłębiała się w niej ze zdumiewającą łatwością: ta bursztynowa forteca była przezroczysta i drżąca."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Co prawda nie naszłam galaretki z rumu w żadnej słodyczodajni ale deserów sycylijskich spróbowawszy. Wyspiarskie galarety, kremy, lody i granity - z nich wszystkich największą sławą cieszą się te dwie ostatnie pozycje. Bezczelnie się przyznaję - obżerałam się lodami pistacjowymi, które na Sycylii nie mają ostrej migdałowej nutki lecz są doskonale pistacjowe. Być może baza do nich proszkowa, jak do większości lodów obecnie ale przynajmniej dodawany proszek z pistacji jest rzetelny. Dokonałam też odkrycia lodów endemicznych, sprzedają tam coś o smaku torrone siciliano. Słodkie ale genialne! Niestety nie złożyło się jakoś po drodze z granitą, w końcu jest luty a granita jak cytron - idealna na upały. W każdym razie jeśli idzie o sycylijskie desery lodowe uważam że na razie odkryłyśmy że na horyzoncie jest ląd ale co to za ziemia co najwyżej podejrzewamy i kto wie czy jak Cristoforo Colombo , którego Hiszpanie do nacji sobie wg. Włochów przypisują, nie popełniamy tzw. podstawowego błędu. Prawdziwe badania tematu jeszcze przed nami
"Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia
ciasta i bijący w nozdrza słodkawy aromat cynamonu stanowiły tylko preludium do delicji
ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiącą powłokę, najpierw dobywała się ze
środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na
twardo, szynki, kawałki pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu,
któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Na wyspie nikogo się nie oszuka - ludzie jedzą zwierzęta. Wystarczy jedna wizyta na targu i już wszystko wiadomo, miłośnicy złudzeń niech kierują kroki do supermarketów czy tam innych dyskontów a najlepiej to do przybytków gastronomii. Na białych, marmurowych blatach spoczywają części zwierzęcych ciał, niektóre przywołują obraz żywego stworzenia. Lekki szok dla tych którzy nigdy nie mieli do czynienia z prawdziwym obrazem pozyskiwania białka zwierzęcego. Nie tylko trzewia i mięśnie ale też kopyta, skóra , półtusze i półgłówki - nic dyskretnego typu mięso wołowe część taka a taka , waga pińcet gram. Na sycylijskim targu wieprzowina pochodzi ze świnki a wołowina z krówki. Tak, tak! Jednak kiedy oglądałam perwersyjnie urodne półtusze baranie dotarło do mła że jakkolwiek one baranki kończą na haku rzeźnickim to przynajmniej nie żyją w kacecie dla zwierząt jakim jest hodowla przemysłowa. To bardziej naturalna sprawa. Może to nieukrywanie rzeźniczego rzemiosła, podział i obróbka mięsa na oczach klienta jest bardziej w porządku niż kupowanie jakichś tam żeberek nie wiadomo z kogo ( częściej w naszych sklepach pada pytanie z czego ) albo schabiku, o którym dzieci myślą że wyrasta na drzewie?
Mła mięsami na wyspie się nie zajadała. Żadnych pulard, wątróbek i trufli w zapiekanym makaronie jak to u Pana Pepppo stało. Cóś tam jej się trafiło na placuszku pizzowym ale to śladowe ilości śp. wieprzka były. No i dobrze bo po tym przeglądzie główek i kopytek wyrzut sumienia gardło by ścisnął wraz z przełykiem. A w pizzy znacznie ważniejszy był sam placuszek i genialne sery na nim położone. W ogóle z tą pizzerią nam się poszczęściło, w Katanii długo nie mogłyśmy znaleźć tej właściwej pizzeri czyli takiej odwiedzanej głównie przez lokalsów, pachnącej podpłomykowo i ze swojską atmosferą. Wicie rozumicie, potrzebny nam był do szczęścia taki normalny lokal do którego się wpada na przekąszenie i pogaduchy a nie miejsce w którym turyści fotografują co mają na talerzach. Naszłyśmy naszą pizzerię przypadkiem i niemal w ostatniej chwili, wypatrzyłyśmy w bocznej uliczce odchodzącej od reprezentacyjnej Via Etnea ustawione na zewnątrz stoliki i kręcących się ludzi. Wlazłyśmy i natychmiast wiedziałyśmy że to jest właśnie to o co nam chodziło. W środku tuż za ladą, świetnie widoczny z maciupeńkiej salki, buzował piec. Jako że na dworze wiało od mare piec wydawał się wyjątkowo przyjazny i mile zapraszający do rozgoszczenia się gdzieś w jego pobliżu.
Rzecz jasna jak w każdym dobry lokalu trzeba było poczekać na miejsce ale miałyśmy szczęście bo wolnym kroczkiem do kasy zmierzali już zapizzowani goście. Usadowione w roku mikrosalki przy stołowym blacie dokręconym do ściany, pieszczone ciepełkiem bijącym od pieca kątem ślepiów śledziłyśmy pizzowe misterium. Pan starszy w podkoszulku i czapeczce na głowie sam osobiście zajmował się wyrabianiem placka z przygotowanego wcześniej ciasta, młodszemu pizzowemu powierzając ( głosem donośnym ) jedynie przygotowanie posypki czyli serów, grzybków, szynki i jajka ( Capriciosa to była ). Młodszy pizzowy był nieco zminiaturyzowaną wersją starszego pizzowego, najwyraźniej ta pizzeria to firma rodzinna. Wokół mlaskanie i zadowolone posapywania, z wyjątkiem azjatyckiej pary i nas nikogo łobcego więc oczekiwałyśmy objawienia kulinarnego. No i ono naprawdę nastąpiło! Mój boszsz... ile to poezji można wytworzyć z prostych składników żarcia dla ubogich, jakim naprawdę jest wynalazek pod tytułem pizza. Chrupkie gdzie trzeba, niezamokłe ciasto, łagodny domowy sos pomidorowy, odpowiednia ilość składników na wierzchu ( ani przewalenia ani skąpstwa ), bez ton oregano czy "ziół włoskich". I to wszystko za jedyne 4,50 euro! Podaję tę niewiarygodną dla dość drogich Włoch cenę bo przeca podróżujecie po świecie i moglibyście się nabrać na to że pizza powinna kosztować 10 euro, jak to ma miejsce w lokalach przy Via Etnea. Hym... pizza to podobiadek, żadne tam prawdziwe żarcie dla mieszkańców Italii, normalsi nie wydadzą na nią tyle ile turyści którzy chcą zjeść "prawdziwie po włosku".
Jeżeli chcecie zjeść tak jak naprawdę jedzą miejscowi to szukajcie trattorii nie restauracji. W restauracji jest obruskowe, doliczanie za ukłon i tym podobne finansowe dopieszczenia oraz "wydaje mnie się" kucharzy a w trattoriach jest swojsko a żarcie przygotowuje się tak jak Zia Malena albo Nonna Anna robiły. Jest jeszcze moja ulubione opcja która się nazywa poznaj smak a potem gotuj sama ale nie wszyscy to lubią. Ja szczęśliwie podróżuję z Mamelonem, której nie muszę zaganiać do kuchni. Mamelon została szefem naszej dwuosobowej wędrownej gastronomii przez aklamację a ja robię za podkuchenną zwolnioną z wielu obowiązków ( na ten przykład nie obieram krewetek ). Za zaopatrzeniowców robimy obie i to z przyjemnością, z tym że moim dodatkowym porannym łobowiązkiem jest przywleczenie świeżego pieczywa ( uwaga - sycylijskie pieczywko jest dla nas niesłone, ono jest takim bardzo neutralnym dodatkiem do mocnych smaków ). Z nie mniejszą przyjemnością obie robimy za somalierów. Taki to podział zajęć. Obu nam się wydawa że zwiedzając targowiska, sklepy, piekarnie i winiarnie na równi z muzeami, kościołami i inszymi przybytkami sztuki cóś lepiej poznajemy miejsce w którym jesteśmy, znaczy my tak bliżej prawdziwego życia które tam się toczy. Miło na ten przykład jest pójść do warzywniaczka i naocznie stwierdzić co wulkaniczna gleba i południowe słońce robią ze znanymi i u nas warzywami, ponarzekać sobie jak miejscowi na drożyznę ( wszyscy miejscowi na całym świecie z lubością narzekają na to zjawisko ), popróbować owoców i wieść zawiłe dyskusje łamanym polsko - włoskim na temat włóknistości wielkich pomarańczy i absolutnej doskonałości krwistego miąższu tych mniejszych, na oko nie tak urodnych.
No i targ rybny, wychowana nad Bałtykiem w zamierzchłych już czasach ciągle jestem spragniona morskiego jedzenia. Nie dla mnie pstrągi, szczupaki czy sandacze. Za nic mam tak lubianego u nas karpia - kto na świeżych rybkach morskich ( i nie tylko rybkach ) się wychował temu bezpłciowo smakujące rybki słodkowodne rzadko podchodzą.
Targ rybny w Katanii to miejsce nie tylko dla spragnionych morszczyzny, kręci się po nim masa turystów którzy podobnie jak ja uzbrojeni są w aparaty czy tam insze smartfony. Większość jedynie podziwia ułożone na lodzie przykrytym białym materiałem "martwe natury" ( czasem te natury są jeszcze żywe, usiłują uciec - kibicuję ośmiornicom jako najinteligentniejszym z mięczaków - i wędrują ponownie do kadzi z morską wodą ). Trafiają się jednak wśród turystów osobniki podobne do Mamelona i mła, które po to wynajmują apartament z kuchnią coby z niej korzystać. Za dużo jednak ich ni ma, giną w morzu miejscowych zajadle targujących dziwności o przyrządzaniu których nie mamy pojęcia ( co oni robią z narybkiem? ) ale się trafiają. Jednak głównie dary morza robią za miss i misterów obiektywów dla turystów niegotujących, oni zjedzą sfoconą morszczyznę później w restauracji, płacąc za nią niemałą forsę i nie zawsze dostając najświeższy produkt. Taa... a wystarczy dobra oliwa i trzy minuty żeby z kawałka miecznika zrobić poezję. W dodatku w wydaniu popularnym bo ni cholery nie dostaniesz dużej porcji tej świeżej a nie mrożonej ryby w cenie około 7 euro. Zamówcie danie z miecznika w dobrej knajpie specjalizującej się w morszczyźnie to poczujecie wagę poezji wydanej luksusowo, jak knajpa renomowana to tomik oprawny w welin, he, he, he. No a trzy minuty spędzone w kuchni to nie jest stanie przy garach za to świeży miecznik rozpływa się w ustach.
Nie wszyscy jednak lubią pichcić, dla wielu osób gotowania choćby i trzyminutowe niweczy radość z wypoczynku. Zawsze zostaje im możliwość pochłonięcia na szybko arancini czyli takich smażonych kul z ryżu nadziewanych różnościami albo pizzy na kawałki ( jako szczęściara obdarzona przez los Mamelonem nie tknęłam tego w Katanii, co sobie będę smak po pikantnych krewetach psuła ) albo udanie się na większy posiłek do trattorii, pizzerii czy tam innego restaurana. Wszystko ma swoją cenę, niezmącony myślą o kuchni wypoczynek tyż. O ile wspomniane arancini nie specjalnie mła kusiły to przyznam że zapach pieczonych karczochów swoje robił. Na rynku, tuż za stoiskiem z mulami na wynglowym grillu mały, ciemny facecik opiekał warzywa. Tak na mocno je opiekał, czarniawe były. Kusiło mła niesamowicie ale pożerało to się metodą ręka usta. Po prostu widziałam jak przebijamy się przez Duomo z usmarowanymi ryjami, przy czym ja mam jeszcze usmarowane ubranie ( Mamelon twierdzi że jestem wybitnie uzdolniona w dziedzinie upieprzania ubrań własnych i cudzych ). Daję głowę że tak cudnie wyglądające na pewno byśmy spotkały jakichś znajomych ze szkoły co to lata człowiek ich nie widuje albo dawną, nieszczególnie lubianą cooleżankę z pracy. Tak to już jest że jak człowiek uszczęśliwi się jak prosię i wygląda w związku z tym niewyjściowo to bladym świtem w porze suchej w rejonie Kigali za trzecim baobabem w lewo spotka ludzi, którzy pamiętają jak to Mamelon bywszy lwicą półsalonową a mła młodą hieną. Nie zaryzykowałyśmy karczochów! Poczekamy z nimi do Rzymu.
"Tam z kolei porozstawiane były olbrzymie baby koloru bułanych koni, śnieżne od kremu zaspy Monte Bianco, baignets Dauphin upstrzone na biało migdałami i na zielono pistacją, wzgóreczki profitrolek z czekoladą, kasztany w cukrze, brązowawe jak humus równin katańskich, z których zresztą
przysyłano je okrężną drogą, parfety różowe, parfety szampańskie, parfety dereszowate, które
rozpadały się z chrzęstem pod łopatką, stosy kandyzowanych wiśni, żółte krążki ananasów,
„triumfy łakomstwa” z. matową zielenią siekanej pistacji oraz nieskromne ciastka „panieńskie”. Tych don Fabrizio kazał sobie nałożyć i gdy już trzymał je na talerzu, wyglądał jak absurdalna karykatura świętej Agaty domagającej się zwrotu swoich odciętych piersi. „Że też święte oficjum, kiedy jeszcze mogło, nie zabroniło wyrobu tych słodyczy! "Triumfy łakomstwa" (łakomstwo – grzech śmiertelny!), "piersi świętej Agaty" sprzedawane przez klasztory i zjadane przez obżartuchów! No..."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Słodycze sycylijskie są przede wszystkim bardzo ale to bardzo słodkie. Piszę to ja, miłośniczka chałwy, więc wyobraźcie sobie na podniebieniu cukrowe turbodoładowanie. W Katanii wyrabiają całą masę ciasteczek z migdałami i pistacjami w roli głównej, nieraz bardziej przypominających marcepanowe kartofelki niż to co przywykliśmy nazywać ciastkiem. Te paste di mandrola są aromatyczne i mimo swej mocnej słodyczy smaczne, bakalie zawsze się obronią. Oczywiście w każdej cukierni, ba, nawet w zwykłej piekarni cannolo siciliano w wersji mini albo standard, nadziewane niemożliwie zasłodzonym serkiem ricotta ( najlepiej kupować z rana, świeżutkie ). Katańską specjalnością są ciastka zwane minnuzzi ri Sant'Àit co po naszemu cycuszkami św. Agaty ( lub bardziej szorstko i oficjalnie minne di sant'Agata ). Cycek składa się z biszkopciku, słodkiego do bólu serka ricotta, aromatycznej warstwy pasty z pistacji i tzw. francuskiego lukru, dziś zwanego plastycznym. Na czubku kopulastego ciasteczka kandyzowana wisienka - indeks glikemiczny posyła w kosmos, trza zapijać mocno paloną sycylijską kawą, kontrastowo gorzką. Przyznam że nie byłam na raz w stanie zjeść w całości małego cycuszka, na duże cyce nawet nie patrzałam świadoma swoich możliwości ( cycki różnych rozmiarów królowały w cukierniach bowiem trafiłyśmy na la festa di Sant'Agata - święto patronki miasta którą to uroczystość wpisano w roku 2005 na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, cyckowe szaleństwo osiąga wówczas apogeum ). Hym... słodycze z ricottą jakoś nam nie wchodziły, Mamelon nie mogła za bardzo docenić chrupkości cannolo z powodów estetyczno - prestiżowych ( jedzenie półgębkiem ), ja koncentrowałam się na wyżeraniu pistacji ze wszystkiego z czego tylko wyżerać się dało. O ile mła jeszcze zagna na Sycylię to poprzestanie na dobrym torrone do kawy i szlus. Tak sobie myślę czy aby stary Gatopardo nie padł na cukrzycę albo choroby z nią powiązane, Pan Peppo jakoś tak okrężnie, nie wprost podchodził do choroby don Fabrizia i w sumie wiem tylko że don Fabrizio zgasł był jak lekarz z Neapolu ( profesur ) przewidywał ale konkretnie to na co? Jeżeli zażerał się słodyczami to ni ma zmiłuj, cycki i cannoli zemściły po latach. Aha, jak ktoś lubi słodkie bułeczki albo ciastka podobne do naszych pączków to brioszki i nadziewane ricottą cassateddi może spożyć. Mła nie wie jak smakują ponieważ doszła do wniosku że lepiej żeby skoncentrowała się na spożywaniu świetnych cytrusów a nie pochłanianiu cóś mało do niej przemawiających wyspiarskich ciasteczek.
"Na deser podano rumową galaretkę. Był to ulubiony przysmak księcia, i księżna,
wdzięczna za doznaną pociechę, już wczesnym rankiem pomyślała o tym, by go zadysponować. Galaretka w kształcie warownej baszty osadzonej na bastionach i skarpach wyglądała groźnie, imponująco; po jej gładkich, śliskich ściankach nie wdrapałby się żaden śmiałek; z wierzchu przybrana była wiśniami i pistacją; a jednak łyżka zagłębiała się w niej ze zdumiewającą łatwością: ta bursztynowa forteca była przezroczysta i drżąca."
Giuseppe Tomasi di Lampedusa "Il Gatopardo"
w przekładzie Zofii Ernstowej
Co prawda nie naszłam galaretki z rumu w żadnej słodyczodajni ale deserów sycylijskich spróbowawszy. Wyspiarskie galarety, kremy, lody i granity - z nich wszystkich największą sławą cieszą się te dwie ostatnie pozycje. Bezczelnie się przyznaję - obżerałam się lodami pistacjowymi, które na Sycylii nie mają ostrej migdałowej nutki lecz są doskonale pistacjowe. Być może baza do nich proszkowa, jak do większości lodów obecnie ale przynajmniej dodawany proszek z pistacji jest rzetelny. Dokonałam też odkrycia lodów endemicznych, sprzedają tam coś o smaku torrone siciliano. Słodkie ale genialne! Niestety nie złożyło się jakoś po drodze z granitą, w końcu jest luty a granita jak cytron - idealna na upały. W każdym razie jeśli idzie o sycylijskie desery lodowe uważam że na razie odkryłyśmy że na horyzoncie jest ląd ale co to za ziemia co najwyżej podejrzewamy i kto wie czy jak Cristoforo Colombo , którego Hiszpanie do nacji sobie wg. Włochów przypisują, nie popełniamy tzw. podstawowego błędu. Prawdziwe badania tematu jeszcze przed nami
sobota, 16 lutego 2019
Don Feliciano
Taa... czułam że podczas mojej nieobecności w chałupie Felicjan da popalić Cio Mary i Małgoś - Sąsiadce i to czucie było jak najbardziej słuszne. Ukochany kotecek tym razem postanowił wznieść się na wyżyny makiawelizmu - najsampierw utwierdził otoczenie że on w ciężkiej chorobie spożywa niemal wyłącznie rozrobione do odpowiedniej gęstości kocie paszteciki, głównie zalega na poduszkach, wychodzi na dwór kiedy już naprawdę musi , niespecjalnie reaguje na otoczenie czyli jakby gaśnie a po utwierdzeniu otoczenia w tym temacie wziął i zaniknął. Na długo zaniknął. Cio Mary w stresie poszukiwała kocich zwłok na terenie posesji, Małgoś - Sąsiadka i Ciotka Elka wyznaczały kolejne punkty w których Felicjan mógł się schować by godnie, po kociemu odejść z tego świata. Resztą kociego towarzystwa nikt się specjalnie nie przejmował, żarcie zostawiane było na parapetach, ponieważ znikało błyskawicznie ( znaczy tak że trzeba było dokupić nowe zapasy ) wszystko z nimi wydawało się być OK. Kiedy mła wróciła do domu zastała na stole rozpaczliwy list od Cio Mary ( wariacje na temat "Nie dopilnowałam!" ) i czuwającą mimo późnej pory Małgoś - Sąsiadkę, w której drzemała nadzieja że dźwięk mojego głosu przywoła Felicjana nawet z zaświatów. Cały ranek po przylocie szukałam gada, drąc gębę do zachrypnięcia - nic! Przyznam że dopadły mnie wyrzuty sumienia z powodu zostawienia chorego kota w domu podczas gdy ja radośnie woziłam tyłek po świecie. Co prawda Felicjan przed moim wyjazdem był w dobrej formie ( zarobiłam pazurem w oko, ropiało trzy dni i zrobił bardzo brzydką rzecz z moją ulubioną poduchą - do wyrzucenia ona, niestety ), jadł przyzwoicie i spał na grzbiecie z czterema łapami w górze - nie sądziłam że może mu się nagle pogorszyć. Przeca bym go bardzo ciężko chorego nie zostawiła! Kolejny dzień i nawoływanie od nowa. Obłażenie terenu z coraz większym niepokojem, właściwie przestałam szukać żywego kota, chciałam tylko zlokalizować zwłoki coby pogrzeb był przyzwoity. Rezultat żaden. Małe i dochodzącego Epuzera podkarmiałam w domu, świętych pasztecików nie tknęłam - jadły swoje konserwy. Paszteciki kłuły oczy i przypominały o Bardzo Złym Kocie, postanowiłam schować i dać towarzystwu dopiero jak minie mi żałoba. Wieczorem drugiego dnia po powrocie usłyszałam z daleka znajomy miauk pełen pretensji.
Jak ta matka pingwina, która w liczącej tysiące kolonii rozpozna głos swojego pisklęcia wiedziałam że to moje wredne pisklę. Zawołałam zrywając się z wyra i za chwilę widziałam całego i zdrowego Felicjana na parapecie. Sierść błyszcząca, boki pełne, złość w oku - norma, żadnych oznak zabidzenia czy choroby. Niemożliwe żeby nie żarł! Ponieważ postanowił pobić rekord bóstwa i zmartwychwstał dopiero po pięciu dniach to ślady po pięciodniowej ascezie powinny być dobrze widoczne - a tu nic! Taa... tajemnica nagłego wzrostu apetytu dziewcząt i Epuzera wyjaśniona! Do domu wszedł lekko się o mła ocierając ale bez przesady, żadnych czułych powitań, pierwsze kroki do miski i ryk że jeszcze niepodane. Na pewno nie jadł cały dzień bo natentychmiast wsunął swój dzienny przydział, odbeknął i przymiauczał dziewczynki, po czym udali się gromadką zająć moje wyro. Czym prędzej zadzwoniłam do Cio Mary żeby ją poinformować o szczęśliwym odnalezieniu się Felka ( byłam pełna obaw czy Cio Mary zechce niańczyć koty podczas mojej ekskursji do Rzymu, ale Cio Mary to fighter będzie trenowała przebywanie z Felicjanem pod jednym dachem ) i polazłam z radosnym info do Małgoś - Sąsiadki ( niestety Małgoś mało wychowawczo wybaczyła mu wszystko i odbyło się dopieszczanie, skutek jest taki że dziś rano ryczał żeby mu podać śniadanie do wyra ). Potem szybciutko do wyra coby wyszarpać kawałek miejsca dla się. W nocy Felicjan postanowił wybaczyć mła wycieczkę i zostałam należycie udeptana, z mruczeniem i ślinotokiem. Od rana zajęty jest ponownym wprowadzeniem do świadomości mła swojego ulubionego wizerunku "kota specjalnej troski". Nie dam się nabrać! Ja tu kuźwa paszteciki rozrabiam a on wpieprzał konserwy z kawałkami miąs! Koniec z karmieniem w wyrze i namawianiem na spacerki. No i z zaleganiem na moich poduchach, czas na normalne życie a nie jechanie na chorobie i złym samopoczuciu. Jak stary cwaniak potrenuje z Cio Mary przed Rzymem to mu się odechce numerów z zanikaniem! Cholerny don Felicjano, capo di tutti capi mojej kociej mafii. Mafii, bo pozostałe tyż dobre - normalnie to prowadzą do drugiego kota, ryczą jak nie są w stadzie a teraz była cisza, omerta. Już ja im urządzę Dzień Kota - będą zwykłe puchy a wołowinę zeżrę sama!
Jak ta matka pingwina, która w liczącej tysiące kolonii rozpozna głos swojego pisklęcia wiedziałam że to moje wredne pisklę. Zawołałam zrywając się z wyra i za chwilę widziałam całego i zdrowego Felicjana na parapecie. Sierść błyszcząca, boki pełne, złość w oku - norma, żadnych oznak zabidzenia czy choroby. Niemożliwe żeby nie żarł! Ponieważ postanowił pobić rekord bóstwa i zmartwychwstał dopiero po pięciu dniach to ślady po pięciodniowej ascezie powinny być dobrze widoczne - a tu nic! Taa... tajemnica nagłego wzrostu apetytu dziewcząt i Epuzera wyjaśniona! Do domu wszedł lekko się o mła ocierając ale bez przesady, żadnych czułych powitań, pierwsze kroki do miski i ryk że jeszcze niepodane. Na pewno nie jadł cały dzień bo natentychmiast wsunął swój dzienny przydział, odbeknął i przymiauczał dziewczynki, po czym udali się gromadką zająć moje wyro. Czym prędzej zadzwoniłam do Cio Mary żeby ją poinformować o szczęśliwym odnalezieniu się Felka ( byłam pełna obaw czy Cio Mary zechce niańczyć koty podczas mojej ekskursji do Rzymu, ale Cio Mary to fighter będzie trenowała przebywanie z Felicjanem pod jednym dachem ) i polazłam z radosnym info do Małgoś - Sąsiadki ( niestety Małgoś mało wychowawczo wybaczyła mu wszystko i odbyło się dopieszczanie, skutek jest taki że dziś rano ryczał żeby mu podać śniadanie do wyra ). Potem szybciutko do wyra coby wyszarpać kawałek miejsca dla się. W nocy Felicjan postanowił wybaczyć mła wycieczkę i zostałam należycie udeptana, z mruczeniem i ślinotokiem. Od rana zajęty jest ponownym wprowadzeniem do świadomości mła swojego ulubionego wizerunku "kota specjalnej troski". Nie dam się nabrać! Ja tu kuźwa paszteciki rozrabiam a on wpieprzał konserwy z kawałkami miąs! Koniec z karmieniem w wyrze i namawianiem na spacerki. No i z zaleganiem na moich poduchach, czas na normalne życie a nie jechanie na chorobie i złym samopoczuciu. Jak stary cwaniak potrenuje z Cio Mary przed Rzymem to mu się odechce numerów z zanikaniem! Cholerny don Felicjano, capo di tutti capi mojej kociej mafii. Mafii, bo pozostałe tyż dobre - normalnie to prowadzą do drugiego kota, ryczą jak nie są w stadzie a teraz była cisza, omerta. Już ja im urządzę Dzień Kota - będą zwykłe puchy a wołowinę zeżrę sama!
poniedziałek, 4 lutego 2019
Winter Wonderland z przedwiosenną podszewką
Wzięło i popadało, tak jak zimą trzeba popadało - śnieg mamy po całości. Niby luty i ja już prowiosennie nastawiona ale przyznam że ten zimowy opad zrobił dobrze mła na jestestwo. Mrozu wielkiego nie ma więc ludziska nie szaleją z paleniem w piecach, można było nos z domu wyściubić i popodziwiać miastową przyrodę znaczy moje ogródkowe włości. Tego właśnie było mi trzeba, spacerku po ogrodzie. Spacerek co prawda odbył się bez towarzystwa bo śniegu dużo i to ciężkiego, mokrego i oblepiającego a takowy nie cieszy się powodzeniem u naszych kotów. Nawet najbardziej zagorzali koci miłośnicy przebywania na powietrzu olali spacerową propozycję mła i wybrali kaloryfery mile ciałka grzejące. Co prawda odwiedzający nas koci goście dreptali po ogrodzie ale tyż kierowali się szybkimi kroczkami w kierunku domu w którym stoją czekające na nich miski gościnne ( Epuzer jest już tak bezczelny że od rana grzeje tyłek na kaloryferze i do swojego prawdziwego domu udaje się dopiero wieczorem, prawie domownik a nie żaden gość ) i nie zwracali specjalnej uwagi na mła, która snuła się po ogrodzie bez tych wszystkich fajnych rzeczy ( miska i karma ), które powinna mieć przy sobie osoba przyjmująca koty. Na parapecie kuchennego okna odchodziły przywitania, karesy i takie tam kocie rozmówki a po ogrodzie snułam się sama, żadnych ocierek, spojrzeń w oczy i pomiaukiwań porozumiewawczych.
A Alcatraz i Podwórko naprawdę nadawało się dziś do podziwiania, nie wiedzą kocyndry co straciły! Mokry, ciężki śnieg zazwyczaj szybko topnieje ale dziś w mieście Odzi przez cały dzień była ujemna temperatura i drzewa nadal mają obsypane konary, gałęzie i gałązki. Mniam, jest magicznie jak w mojej szklanej kuli z bałwankiem, tylko spacerować z aparatem po zimowej krainie czarów. Tak właśnie powinna wyglądać zima, mocno śnieżnie i tylko lekko mroźnie. Jedyne co mi teraz spędza sen z powiek to takie ogrodnicze zmartwionko dotyczące kolumnowych iglaków. Taki śnieg im nie służy, pod jego ciężarem uginają się pędy i drzewo "traci fason" a w skrajnym przypadku może ulec rozłamaniu. Przyznam że z lekkim niepokojem oglądałam moje kolumnowe cisy ( szczególnie duży egzemplarz odmiany 'Wojtek' - oj, nie chciałabym żeby się zdefasonował ) ale jeszcze nie jest tak że szybciorem trza otrząsać i latać z uniesionymi grabkami albo inszą miotłą w celu otrząsalniczym ( wiązać przed zimą drzew nie ma co, bo są naprawdę spore a z tym śnieżeniem różnie u nas bywa ). Nie zapowiadają nowych opadów śniegu , raczej przyjdzie odwilż więc dam ogrodowi spokój. Niech cieszy oczy prawdziwą, piękną zimową szatą jak długo się da, to już luty i niedługo czeka nas przedwiośnie - będzie po ptokach.
Czuję to całą sobą i natura tyż czuje, kiedy ja tak sobie walking in a winter wonderland to moje oczęta co to są niby ślepawe zatrzymały się na oczarowych gałązkach. Tak, tak, oczary już zaczęły kwitnienie. Kwitnie japoński, i mieszańce - 'Pallida" i 'Diana'. Przedwiośnie do nas zawita chyba jeszcze w tym miesiącu! Co prawda nie udało mi się dotrzeć do leszczyny i sprawdzić na jakim etapie przygotowań do kwitnienia są jej baźki ale zazwyczaj kiedy kwitną mieszańcowe oczary to leszczyna jest "tuż przed kwitnieniem". Kto wie czy pod kopnym śniegiem w pełnej gotowości nie czekają tyż ciemiernikowe pąki?! Jak czujecie ten zimowy spacerek napełnił mnie całkiem wiosennym optymizmem. Kiedy wróciłam z przebieżki do domu darowałam kotom nawet ten bordello, który zrobiły przyjmując towarzystwo w kuchni ( co jest stanowczo zakazane ale wszyscy koci mają gdzieś mój zakaz, wystarczy uchylone okno i niektórzy czują się zaproszeni - tylko Felicjan się oburza na nieuprawnione przebywanie poza wyznaczonym parapetem zewnętrznym ). Zimowe piękno w takiej łagodnej odsłonie, nadchodząca wiosna - nie jest źle. Hym... świstak Phil ponoć nie zobaczył swojego cienia, a jeden słupszczanin ma urządzać ogólnopolskie wiosenne porządki - wyraźnie idzie zmiana pór roku. I dobrze bo marzy mi się pójść w piel, sekatorkiem poprzycinać, poczuć słoneczko na gębie i nieco bardziej czyste powietrze w płucach.
piątek, 1 lutego 2019
Irysowy biuletyn
Nasz Pan Listowy przyniósł nam wczoraj biuletyn naszego środkowoeuropejskiego stowarzyszenia miłośników irysów. Hym... pierwsza dopadła go Małgoś - Sąsiadka, która oglądała pisemko przy pomocy lupy ( nie dlatego że druczek taki drobny tylko dlatego że oczka z zaćmą a kolejka do zabiegu spora ). Oczywiście zdaniem Magłoś nasze irysowe miejsce jest z gumy i da się pomieścić na nim wszelkie chciejstwa a w ogóle to po cholerę nam dojazd do kamienicy?! Przy fotkach siewek i odmian które zrobiły na niej wrażenie odkryłam dziś postawione ołówkiem ptoszki ( stąd wiem że wrażenie było ). Małgoś w przeciwieństwie do mła zauroczona irysami wydającymi kwiaty w typie variegata, przy odmianie Zdenka Seidla nazwanej 'Pepik' ptoszek jest solidny, cóś jakby "łorzeł" albo inny "jaszcząb". Przyznam że 'Pepik' mógłby znaleźć swoje miejsce na rabacie bo to irys kategorii IB, rzeczywiście urodny a "ciepłych" irysów tej kategorii nie mam znów tak dużo, więcej rośnie u mnie ibiaczków o chłodnych kolorach kwiatów. Moje oczy z kolei zatrzymały się na nowych introdukcjach Antona Mego, irysy tego hybrydyzera są niemal zawsze wybitne że tak to określę. Anton Mego rejestruje nowe odmiany rzadko, hołduje poglądowi o zbyt wielkiej ilości irysowych siewek obdarzanych mianem odmiany ( po mojemu nie tylko irysowych ) więc sam przeprowadzać bardzo ostrą selekcję nowych mieszańców zanim zaprezentuje je na publicznym forum jako odmiany swojego autorstwa. W roku 2018 pojawiły się dwa nowe irysy Antona - 'Betliar' i 'Slovenské Tango', oba natentychmiast zapisałam w zeszyciku jako przedmiot pożądania. Ten przedmiot nawet z lekka jakby mroczny bo nie wiadomo skąd wziąć na niego kasę, odpowiedź kryje się w mroku czyli chyba będę musiała sama przed sobą ściemniać w sprawie koniecznych wydatków.
Kusi mnie żeby się zebrać i pojechać na tegoroczny Konwent MEIS który ma się odbyć w miejscowości Veľké Zálužie na Słowacji. Dla normalsów irysowo niezakręconych miasteczko w kraju nitrzańskim to żadna wielka atrakcja, ot maleńka mieścinka którą tylko znajdująca się w niej psychiatrická nemocnica odróżnia od innych maleńkich słowackich mieścinek. Dla Irysowych to ogród Antona Mego, miejsce w którym rodzą się jedne z najciekawszych irysów bródkowych na świecie. Wicie rozumicie, być w Veľké Zálužie i nie odwiedzić ogrodu Antona Mego to cóś jakby w Salem w Oregonie być i nie wpaść do Schreinerów. Konwent odbędzie się 10 - 11 maja, zdecydować czy jadę muszę do 28 lutego. No i jest zgryz bo nie mogę nieustająco wykorzystywać ciotek do pilnowania kotów, Małgoś - Sąsiadki i chałupy. W weekend majowy mam czas wyjazdowy z Tatusiem i siostrami ( konwent rodzinny ), w kwietniu Roma, w lutym tyż Italia a praktycznie na chodzie jest tylko Cio Mary, Ciotka Elka to może być pomocniczo z doskoku. Nie mogę tak obciążać co miesiąc Cio Mary własnymi sprawami, ona przeca tyż ma swoje sprawki. Nie uchodzi tak! Ech... żeby człowiek miał kamper i potrafił to dziadostwo prowadzić po szosach Europy a może i nie tylko. Jak ten ślimak z domkiem na grzbiecie by się mógł włóczyć ( koty oblepiałabym naklejkami z nazwami miejscowości w których byliśmy, a na Małgoś - Sąsiadce przeprowadzałabym testy żywieniowe, he, he, he, he ). Dobra, koniec gdybania o irysowych wycieczkach bo się zbyt mocno oderwę od realu i będę jak ten facet lecący balonem który wrzeszczał "Jak się tym ląduje?!".
Wracając do biuletynu to sporo w nim dla mnie do przeglądania jak i do wczytania - od spraw genetyki ( postulat stosowania w krzyżówkach genetycznie odległych, niepowiązanych rodziców dających dobre perspektywy potomstwu - po mojemu to mniej zabaw z kolorem i kształtem kwiatów, większy nacisk położony na zdrowie roślin, długość kwitnienia ), historii uprawy irysów w Czechach i Polsce ( solidny artykuł o polskich hybrydyzerach autorstwa Małgorzaty Kralki i opracowanie Zdenka Seidla poświęcone między innymi zachowaniu historycznych odmian i zasobów genetycznych rodzaju Iris powstałych w Czechach - tzw. Narodowy Program zasobów genetycznych rodzaju Iris, prowadzony w OB Průhonice, który plasuje kolekcję irysów w tym ogrodzie wśród trzech najważniejszych irysowych kolekcji na świecie ), opowieści o irysowych ludziach ( Gräfin czyli hrabinia Helene von Stein - Zeppelin ciekawą osobą była, niekonwencjonalną - jej imieniem i nazwiskiem nazwano jedną z najfajniejszych odmian Stachys byzantina - dobrego towarzysza irysów bródkowych - o liściach dłuższych i szerszych niż gatunek, rzadko wydającą kwiaty ). No dużo czytania było i to takiego przyjemnego. W dodatku cóś co tygrysy lubią najbardziej czyli fotki kwiatów nowych siewek i przyszłych odmian. Niestety biuletyn został szybko pochłonięty co uświadomiło mła że bardzo tęskni już za ogrodowaniem. Oj, żeby tak już można świeżo obudzone robaszki w ogrodzie straszyć, poletko pod pierwszego "table iris" na Suchej - Żwirowej szykować. Skurwonka i kosów posłuchać, koty na trawkę wyprowadzić. Oj, żeby tak!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





