sobota, 8 lutego 2020

Coleton Fishacre - perełka II klasy na południowym wybrzeżu Devonu

Mła  się  czuje  niekomfortowo  bo  zostawiła uprawę  blogiego  na ponad  dwa  tygodnie i czytacze jej  wypocin są w  związku  z tym  niedopieszczeni. Mła  zatem  postanowiła  czytaczy dopieścić. Wpis  taki  co  to  się  zwoje  od  niego  nie  przegrzeją  a  oczka  się  napasą.  Mła  wyciągnęła  ze  starego  dysku  co  był właśnie  do  niej  powrócił,   zdjęcia  z  wyprawy  do  Albionu, którą odbyła chyba  przed  ośmiu  laty.   Okolica  taka  do  zaprezentowania w  lutowy wieczór  się  nadająca bo  to  południowy  Devon, ulubiona  letnia  wypoczywalnia  Brytyjczyków w  latach 20 - 30  XX wieku.  Rozgrzewa znaczy. To  tam Hercules  Poirot rozwiązywał  niektóre ze  swoich wciągających  czytelników  spraw (  Kryminalna  Agatha urodziła  się  w  Torquay i  darzyła  sporym  sentymentem  rodzinne strony ).  Nawet  Jane  Marple  do południowego  Devonu  zawiało w celach  detektywistycznych.  Jak  się  do  tego  doda że na  bagnach i  wrzosowiskach  Dartmoor szalał  piesek   od  Baskervillów to nie  ma się  co  dziwić że pochłaniającą kryminalne  czytadła mła  bardzo  nosiło coby to hrabstwo  ujrzeć. Tym  bardziej  nosiło  że ogrody  devońskie  uchodzą  za  jedne z  najciekawszych w UK a wielu  roślin  w  nich  rosnących  nie  spotyka  się  w chłodniejszych  częściach  Wielkiej  Brytanii. Tak  nawiasem  pisząc   to sam  Devon  jest klimatyczną  zagwozdką,  na  wzgórzach  Dartmoor wiosna gości  jakiś miesiąc po  tym  kiedy  pojawia  się  na devońskim  południowym  wybrzeżu. Mła  odwiedziła  Devon w lipcu (  no  prawie  jak  rasowy  Brytyjczyk,  bo  oni  lubieją zaliczać  devońskie  kąpieliska  w  sierpniu, tradycyjnej  porze  wakacji ).







Mła  teraz  pokaże  Wam  domiszcze (  z  zewnątrz ) i  ogród  w  którym  luby  Hercules  pospołu  z  Jane mogliby prowadzić  śledztwo w  sprawie  mordu dokonanego  na  np. pani  domu  z  tajemniczą  przeszłością. Przesłuchania  urządzaliby  w  słonecznym salonie, gdzieś pomiędzy  fortepianem  i wysokiej  klasy   gramofonem (  mnóstwo  płyt   ze  starym,  dobrym  jazzem ).  "Ślad  naprowadzający"  mógłby  znajdować  się w szafie pani  domu, pomiędzy  kreacjami (  plażowe  piżamy, wiejskie  spencerki  na  chłodne  dni, eleganckie  suknie  z  obniżonym  stanem  na  wieczór ) lub  w  pomieszczeniu  spiżarni, w  książce  kucharskiej na  stronie z przepisem  na  konfitury  z  moreli albo  w  tej  klitce niemalże  celi  więziennej  jaką  architekt  zaprojektował  dla  służącej. Po  południu detektywi  wyłaziliby  do  ogrodu, przy  czym  Hercules nigdy  nie  wylazłby poza część  bardziej  formalną  (  no  chyba  żeby  zwłoki  szofera  albo  ogrodnika  malowniczo  wyglądały  z  krzewów  hortensji  ) a  Jane  włóczyłaby  się  wszędzie niuchając  w  sprawie  morderstwa  i  przy  okazji  podpatrując  nasadzenia,  jak  to  zwariowani  ogrodnicy  mają  w  zwyczaju. Pies  Baskervillów  wsiąkłby  gdzieś w okolicy klifu  i  tylko  nocne  wycie  świadczyłoby  o tym że  wszystko  z  nim   w  porządku (  bo  to  był  pies  co  czuł  w  sobie  wilka ).






No  to  do  konkretów - Coleton  Fishacre to  rezydencja  w  stylu  Arts  And  Crafts, położona  w  24  akrowym  ( 97000 metrów  kwadratowych  ) ogrodzie na klifach. Znajduje  się  nieopodal miejscowości  Kingswear, która  z  kolei  znajduje  się  kole  bardziej  znanego  Dartmouth. Dom w Coleton Fishacre został zbudowany jako wiejski dom dla  Ruperta D'Oyly Carte i jego żony, Lady Dorothy Carte, w latach 1923–1926. Architektem był Oswald Milne, były asystent Edwina Lutyensa, będącego guru ruchu Arts  And  Crafts. Konstrukcja zbudowana jest z lokalnego gruzu łupkowego z dachem łupkowym z surowca  z  kamieniołomów  Delabole. Miejsce  pod  przyszłą   budowę  ponoć  wypatrzono z  jachtu. Mimo że rezydencja została  wybudowana jako wiejski dom, Lady Dorothy traktowała  ją  jako  swoje pied-à-terre, przynajmniej w końcu lat 20 XX wieku. Rupert  był drugim panującym hotelarsko - teatralnej dynastii, urodzony człowiek  sukcesu  znaczy ( ale  nie  jechał tylko  na  opini  przodka, sam wystawił hicior nad hiciory - "Mikado" ). Jak się posiada sieć Savoy to można pomyśleć o właściwym ożenku. W 1907 roku Rupert poślubiła Lady Dorothy Milner Gathorne-Hardy , trzecią i najmłodszą córkę drugiego hrabiego Cranbrook, z którą będzie miał córkę Bridget i syna Michaela. Michael w roku 1932 wieku 21 lat zginął w wypadku samochodowym w Szwajcarii i ostała się rodzicom tylko Bridget. To ona przejęła dom po rozwodzie rodziców w 1941 roku ( olbrzymi skandal to był - cudzołóstwo udowodnione, Lady Dorothy przeprowadziła się  cztm  prędzej na Bahamy i poślubiła St Yvesa de Verteuila, który był współoskarżonym w sprawie rozwodowej ). Rupert czasem pojawiał się w Coleton Fishacare  odwiedzając  rezydencję  w tzw. długie weekendy ( uwielbiał ogrodnictwo i morze, no i niestety zbyt szybką jazdę samochodem, którą to wadę odziedziczył po nim syn ). Po jego śmierci w 1949 roku Bridget sprzedała dom Rowlandowi Smithowi, właścicielowi hotelu Palace w Torquay. Obecnie rezydencja wraz z ogrodem jest jest własnością National Trust ( konkretnie to od 1982 roku ).







Ogród w Coleton Fishacre znajduje się na nadmorskiej skarpie ( taki w miarę łagodny spadek , kończący się jednakże klifem ) nad Zatoką Pudcombe. Został pierwotnie zaprojektowany przez Lady Dorothy i zawiera rzadkie i egzotyczne rośliny, które nieczęsto udają się poza klimatem tropikalnym ( ze względu na bliskość Prądu Zatokowego w tej części wybrzeża Devonu egzoty całkiem nieźle sobie rosną,  co mła stwierdziła naocznie ). Lady Dorothy była znana z pozyskiwania egzotycznych gatunków roślin podczas swoich podróży zagranicznych, wówczas to było w dobrym tonie roślinki importować. Cartesowie zatrudniał sześcioosobowy personel do utrzymania ogrodu ( w porównaniu z personelem  domowym było  sześć  do  czterech na  korzyść  ogrodu,  znaczy od początku ogród dominował nad domem ). Dziś zalicza się ogród w  Coleton  Fishacre do ogrodów tzw. klasy II, wymienionych w brytyjskim krajowym rejestrze historycznych parków i ogrodów.








Jak  widzicie  na  załączonych  obrazkach ten  ogród ma dość  nietypowy jak  na  angielskie  ogrody  z  początku  XX  wieku  podział.   To  znaczy  nietypowy  w  powszechnym  odbiorze. Nie  ma  w  nim wydzielonych  przez  strzyżone  cisy  czy  buki "zielonych  pokoi" rodem z  Hidcote  Manor Garden czy  klasycznego  rozkładu  rabat z  ogrodu  autorstwa  Gertrude  Jekyll w Hestercombe  Gardens. Za  to po  oczach  wręcz  bije ta  cecha brytyjskiego  stylu  uprawiania  ogrodnictwa  wypracowana  za  rządów  królowej  Wiktorii, która pełnię  wyrazu  osiągnęła za czasów  jej  syna, króla  Edwarda VI, jaką było  (  i  chyba  nadal  jest ) ukazywanie  nieoczekiwanych  widoków,  tworzenie  dziwnych  "naturalnych "  perspektyw, wtapianie  ogrodu  w  krajobraz. W  stosunku  do  klasycznego  stylu  edwardiańskiego ogrody  tworzone  w  zaawansowanych latach  dwudziestych XX  wieku  były  bardziej  swobodne (  mła  zauważyła  to dawniej, podczas  swojej   pierwszej  brytyjskiej  wyprawy  ogrodniczej  oglądała  Kiftsgate  Court  Gardens w  Gloucestershire, które w  latach  dwudziestych  założyła  Heather Muir a po  mistrzowsku  rozwinęła  w  latach  pięćdziesiątych  Diane Binny ). Zaczynało  się   rozformalizowanie stylu, tak  miłe brytyjskim  ogrodnikom.















W Coleton  Fishacre są  strefy z  nasadzeniami   bylinowymi  i  krzewami w  których edwardiański  duch  jest  bardzo odczuwalny (  choć  tworzywo rabat bywa  naprawdę  egzotyczne )  ale większość  nasadzeń w  tym  ogrodzie jest  jednak  z  innej  bajki. To  jeden  wielki  woodland z punktami  widokowymi.  Im  bliżej  domu tym  bardziej  odczuwalny    jest wpływ ogrodnictwa  spod  znaku  Alfreda  Parsonsa  czy  Gertrude  Jekyll, im  bliżej  klifu i  "dzikich  lasów" tym  robi  się  swobodniej ( np.    tzw.   psia ścieżka wygląda bardzo  naturalnie, określiłabym  to  nawet jako  bardziej  naturalne  niż  sama  naura, he, he, he ). Hercules  byłby  zdegustowany, dla  Jane mogłoby  to  być  ciut  za nowatorskie, pies  Baskervillów  byłby  zachwycony!













piątek, 7 lutego 2020

A co doma?



A ja  mam  swój  intymny  koci  świat. Cztery kocie  księżyce dają swojej pańci  w  zad! Znaczy  robio  co  mogo żeby  mła  się  nie  nudziła. Mła  co  prawda  nie  wie   jakim  cudem  by  się   jej  mogło  udać  wkrojenie  jakiejś  chwilki  na  to  żeby  się   choć  trochę  ponudzić  ale one  tak  prewencyjnie, te  moje   koty dla  mła  zajęć  szukajo.  Szpagetka zwana  obecnie  Baby  Yoda leczy   ogon po  wypadku.  Część  włosków u  nasady  ogona   już  odrasta  ale  część  z  nich dopiero  ze  strupkami  odłazi.  Obecnie wychodzą  te  przy  końcówce  ogona, jednak  na  samym  końcu ostała  się nienaruszona kita. Szpagetka ma  zatem prawdziwy  lwi  ogon, nauczyła  się  nim wymachiwać   w  zupełnie  inszy  sposób  niż  czyni  to reszta  kotów. Hym... to  nie  kotka, to  prawdziwa domina!  Strzela  tym  ogonem  jak  z  bicza. Charakterek  też  u  niej  odpowiedni, mła jej  zdaniem  musi  spełniać  wszelkie zachcianki kociej  damy.  Tak, po  Szpagetkowemu  mła  w  ogóle  tylko  po  to  istnieje żeby swojej  najmniejszej  kocie  służyć. W  nagrodę  jest  na  mnie  robione   "rączką" (  rzeczywiście  wyciąga  tę  łapkę  jak Baby  Yoda, czasem  co  prawda  pazur  wyciąga  ale  jak  wiadomo  pazur  osadza  w  miejscu chcącego   bliższego  kontaktu, znaczy  to  też  w  stylu  Baby  Yoda ).

Ogonek łysawy  może  być oglądany  tylko  za  specjalnym  pozwoleństwem, dotykać  można   wtedy kiedy  gwiazda  ma  dobry humor.  To  znaczy  mła  może  oglądać, insze  kocie  osobniki  majo  całkowity  zakaz  oglądania, dotykania  i  miauczenia  na  temat  ogonka.  Dottore  powiedzieli że  ogonka  niczym  nie  smarować i żeby  zostawić  go  w  spokoju (  Cio  Mary  miała  pomysł  z  rehabilitacją ale Szpagetka  zabiła  ją  wzrokiem i  Cio  się  szybciutko  wycofała ).   Oczywiście  Szpagutek  jest  cwana  i  wyłudza "na  ogonek"   żarło  od  Małgoś  -  Sąsiadki, która twierdzi że na  starość  człowiek  znacznie powinien  ograniczać  ilość  spożywanego  mięsiwa. No  i  mamy  rezultat - Szpageton chce  żreć tylko  wołowinę  i  kaczyznę, białe  mięsko  jest  be! Szkodliwe  dla  Kociej Pierwszej  Damy. Fuj!


Szpagetce  w rozbisurmanieniu  dzielnie  sekunduje  Mrutuś. Na  zdjęciu  poniżej  zaleguje  ze  Szpagetką ( on to  ta  gruba  foka ). Poniższe  zdjęcia  właściwie  nie  wymagajo  komentarza ale  jakby  ktoś  nie  był za  dobry  w kotoznastwie to  tak  właśnie wygląda   kot  który  czuje  się  panem  domu. Relaks i  wyluzowanie od  ogona  aż  po  otwartą paszczę. Taa...






Sztaflik stara  się  być  nieuchwytna  dla  obiektywu.  Tylko  raz  udało się  mi  ją w  obiektyw złapać  i zrobić  zdjątko. Oczywiście  było  to  przy  czynności  zakazanej.  Tak, tak,  miała  miejsce  próba wysadzania  bluszczy ze  słojów (  dwie  opklątwy  już  zginęły, właśnie  Sztaflik  robi  za  główną  podejrzaną ).  Jak  widzicie  mina z  lekka  głupia, w  końcu  mła   niemal  złapała  na gorącym uczynku! Okularia w  ogóle  nie  daje  się focić,  jak  widzi  aparat  w  moim  ręku  to  zanika. Hym... ciekawe  co też  ma  na  sumieniu? Może  chodzi  o  tę  awanturę  którą  zrobiła   Mrutkowi  za  niestosowne  podejście  do  jej  absztyfikantów (  Okularia  traktuje Mrutka  jak  konkurencję a  madka  Mrutka  zastanawia  się  czy  cóś  jest  na  rzeczy , to  znaczy  czy  Mruciu  jest gejem ). Poczekam  na  cieplejsze, słoneczne dni  i  wówczas  sfocę Okularię  w  plenerze, we  wnętrzu  mojej  szafy (  a  tam  się  chowa przed obiektywem ) cinżko zrobić  jej  portrecik.


Poza  służeniem  kotom mła  uprawia kurestwo  domowe, znaczy  tak  się  krząta po  chałupce  jak  prawdziwna  kura  domowa.  Z  okazji długiego  przedwiośnia mła  odgruzowała kuchnię (  ilość  wyniesionych worów z  niepotrzebnymi rzeczami kosztowała  kręgosłup  mła nieco  bólu ).   Nie  wiem  jak  to  się  dzieje  że mła ma  w  kuchni  ciągle  tyle rzeczy, niektóre  i  niektórzy  majo  tak  ponoć  z  ciuchami, mła  ma  z  kuchennymi  statkami.  Teraz  mła  sobie  ostro  przyrzekła  że  szlaban  na  gary! Z  rzeczy niekuchennych  ale  tak  po prawdzie  też  nie  niezbędnych mła pokaże Wam  swoje  lalunie  z  odzysku. Obok  macie  ciuszki w  które lalki  ubabrano  w  Czajnach, sam stylonowo -  wiskozowy styl i  szyk, z  dużą  ilością  kleju  na  dodatek. Mła  miała  zdecydowanie  inszą  wizję  laleczek.

Czajeńskie ciuchy  zasiliły  śmieci  segregowane (  dział  mieszane ) a  mła  po  lekturze  i  miłych  godzinkach w  necie  ( he, he, he,  zapoznanie  się  z  ikonografią  tematu ), którym  mogła  się  poświęcić z  okazji grypy ( naszej  własnej  europejskiej  zarazy ),  ubabrała odzyski w  pościelówkę. Znaczy  nabyła  drogą  kupna za  całe 2 złote  polskie (  słownie  dwa ) w  osiedlowym  lumperionie stosowne materiały.  Z  tych  niemnieckich echte  adamaszków, tudzież satynki bawełnianej mła  wykonała cóś co  jej  się  kojarzy z miastem  na  lagunie  znanym  z  karnawałów.  Klasyka, żadnych  piór  w  tyłku! Nie  są  to kopie historycznych  strojów  karnawałowych, mła  się  tylko  inspirowała.

Laleczki sztuk  trzy gotowe  do  zakloszowania oczekują  zamknięte  w płóciennym  worku  w  szafie (  coby  się  nie  kurzyły  im  te  jasne  ubabranka ) a mła  zastanawia  się  jak  wykorzystać  materiałowe   resztki  poniemieckie.  Wykoncypowała  sobie że  uszyje   z  nich woreczki napachniające  do  szuflad  i  szafy  z  bielizną (  no  niby  mogłaby  wyrzucić  ale  cóś  jej  żal ładnych  materiałów, takie  ma  skrzywienie  po  burej  komunie ). Jakby  ją  brało  przeziębienie  albo  co  (  lepiej  żeby  albo  co  jednak  jej  nie  brało ) to  już ma   gotowy  gryplan  na  zaleganie.   Teraz  tylko sobie  poczyta  na  temat  wypełnień  onych  poduszeczek, znaczy w  jakim  to  rodzaju  wypełnienia najdłużej  utrzymuje  się  zapach. Jak  zawsze  mła  zaczyna  od  zapoznania  się  z  teorią. A w ogóle  i  bez  związku  to  jest  prawie  czwarta  po południu  a  słoneczko świeci! Będzie  coraz  jaśniej czego  świadomość     mile  usposabia  mła do  świata.




P.S. Zobaczcie kogo  mój arlekin  przywabił. Biedronka cóś  podejrzana  i  w  dodatku  inwalidka.

czwartek, 6 lutego 2020

Zima której ni ma!

Tu Brzoza, tu  Brzoza. Nadawam  po  przerwie technicznej.  Przerwa  się  przedłużyła   bowiem  polska córa francowatej  telekomunikacji zachowuje  się   jak  ta  córa Koryntu, która  to  nie  tylko  nierząd  ale  i złodziejstwo cwane  przy  okazji  urestwa uprawia. No  ale  tera  to  ja  już  mam  sprzęt, łącze  i kontakt  ze  światem (  co  mła  od  razu  zaszkodziło  bo się  natknęła   w necie  na  Tercet  Półegzotyczny  z  ministerstwa chyba  dla  jaj  zwanego   Ministerstwem  Sprawiedliwości i  poczuła się  gorzej  na  jestestwie ).  Jak  mła  nie  miała  kontaktu  ze  światem  sporo  się  działo, zarówno  u  świata  jak  i  u mła. Na świecie  poszukujo  zimy a  mła  nie  poszukuje  bo  u  niej  od  15  stycznia  jest  przedwiośnie. Tego  dnia  właśnie  mła  naszła  w Alcatrazie  pierwsze kwiaty  przebiśniegów.  Śnieżyczki  skuszone  ciepełkiem wzięły  i  bezczelnie  zakwitły. Rzecz  jasna  nie  wszystkie  naraz. Pojawiły  się  kwiaty nivalisek, gatunkowe  bo  odmianowe  wychodzą  cóś  jakby  mniej  chętnie. Elweski zakwitły  dopiero  pod  koniec  stycznia, tak  jakoś  przed  pamiętnym 29,  kiedy  to  pierwszy  raz  w  tym   roku w mieście Odzi spadł  śnieg ( breja  topliwa ale  na  bezrybiu  i  rak  ryba ). Obecnie wyłażą  liście  od   śnieżyczek Woronowa, być  może  w  końcu  uda  mła  się  zobaczyć  ich  kwiaty  we własnym  ogrodzie.




"Od zawsze" razem  z  przebiśniegami  kwitną  w  Alcatrazie  cyklamenki. Kwiaty  Cyclamen  coum pojawiły  się  w pierwszych  dniach lutego.  Niestety  nie  widać  nowych  siewek (  znaczy  młodziutkich, drobniutkich  cyklamenowych  listków ), tak  jak  miało  to  miejsce  w  latach  ubiegłych, znaczy  przedwiośniach  ubiegłych.  Zeszły  rok zdaje  się mnożeniu  cyklamenów  nie  służył. Zresztą  on  mało  któremu  zielonemu  służył.  Nowych  siewek  nie  ma  ale  mła  cieszy  się  z  tych roślinek które są. Tfu, tfu, tfu! -  zapowiada  się  całkiem  udany  cyklamenowy  sezon, mła  naszła  sporo drobniutkich  pączków  wychylających  się  z  opadłych  na  ziemię  liści kasztanowca  zwanego  kasztanem. Na tzw. szał  ciał  trzeba  będzie  jeszcze  poczekać  ale na  razie   są  pozytywne cyklamenowe sygnały.  Mła  się  zastanawia  leniwie  czy  aby  nie  nabyć odmianowych  wiosennych  cyklamenków.  Szczególnie  kusząco uśmiechają  się  do  niej z ofert  szkółek  ogrodniczych odmiany  o  mocno  wysrebrzonych  liściach. Sezon  liściowy  trwa  u  cyklamenów  dłużej  niż  ten  kwiatowy, mła już  widzi  te  srebrzenia pod  kasztanowcem. Niestety mła poszaleć   mocno  nie  może bo  zobowiązania  skrzeczą a mła  się  nie  całkiem  nadaje na  oszustkę, która za wykonane  roboty  nie  płaci. Także  te  liście  to raczej się  będą  masowo srebrzyć  jedynie w  wyobraźni  mła, z  powodu braku  hucpy i  "z nadmiaru"  skrupułów.


Szał  zimowych kwitnień  to  jednak  nie  cebulowe  a byliny. Ciemierniki  dają  czadu! Pierwsze  zaczęły już w  grudniu  ciemierniki  białe i   ich  mieszańce  wcześnie kwitnące  z  serii  'Helleborus Gold  Collection'. Teraz do pełni kwitnienia  szykują  się  już ciemierniki  będące  mieszańcami  później kwitnących  gatunków.  To  nieustające  przedwiośnie czy też  "angielska  zima" to wymarzona  aura dla  tych  roślin. Tak  szczerze pisząc to mła  te  wspaniałe  ciemiernicze  kwitnienia   rekompensują brak  śniegu i  prawdziwej środkowoeuropejskiej  zimy. Wicie  rozumicie, śnieg  w  mieście  króciutko  jest  biały a ciemierniki  kwitną  dłuuugo. Jak  pogoda  sprzyja i słoneczko  nam  świeci można  wyleźć  z  kocim  stadem do  Alcatrazu i  pogapić  się  nieco  na  zielone, które  akuratnie  jest białe, różowe a  nawet  karmazynowe.  Co  prawda  słoneczne   dni  nie  są  tej  zimy  w  mieście   Odzi  częstym  zjawiskiem ale  to  mła  akurat  jest  w  stanie  znieść, bo  opad  wszelki  jest  bardzo  mile  widziany w naszej  wyschniętej  krainie. Do  kwitnień  cebulaczków  i  ciemierników  zaraz dołączą  kwitnienia  "zimowych" krzewów.  Oczarom  pękają  już  pąki  a  leszczyna lada  moment  zacznie  pylić. Mamy  w  tym  roku  mega  długie  przedwiośnie,  mła  się  cieszy  że te  pierwsze kwitnienia  będą  długotrwałe.  Załamań  pogody  w  tę  lub  w tę w  prognozach  nie  widać.  No  i  bardzo  dobrze!  Cieszmy  się jak  jest  czym,  kto  wie  jakie  nas  lato  czeka  w  tym  roku?







poniedziałek, 13 stycznia 2020

'Pumpin' Iron' - irys SDB "zeszycikowy"

No  i  jest  już  pierwsza  korzyść  z  zapisków  zeszycikowych (  starszych, które   zostały  przepisane  do  nowego  kajetu ).  Mła  wie  że  te kłączka  które  dostała  od  Ewandki,  te   świetnie  się  rozrastające i  niezawodnie  kwitnące  esdebiaczki  to  nic  innego  tylko  utytułowana  odmiana  autorstwa  Paula  Blacka.   'Pumpin' Iron' została zarejestrowana  w 1990 roku ale  do  dziś  robi  wrażenie  na  rabacie.  Przede wszystkim kolor  rwie  ślepia  a  poza  tym irysek jest  pełen  wigoru, szybko  się  rozrasta i kwitnie  jak  marzenie. Nawet  po  trzech  latach  na  jednym  stanowisku  nadal  wygląda  dobrze. 'Pumpin' Iron' dorasta do  36  cm  wysokości i  jest  odmianą  kwitnącą  w  środku  sezonu  irysów  SDB. W  powstaniu  tego  irysa uczestniczyła  siewka Dyyer'a  oznaczona # G-6: ('Demon' x ('Cherry Garden' x 'Bloodspot'))  którą  skrzyżowano  z  odmianą 'Forte'. 'Pumpin' Iron' do  handlu   wprowadziła  szkółka Mid -  America w  roku  rejestracji  odmiany. Ten irys  zgarnął  wszystko  co  możliwe do  zgarnięcia  dla   amerykańskich  irysów   SDB - Honorable Mention 1992, Award of Merit 1994, Cook-Douglas Medal 1996. Tylko  Dykes  Medal  mu  oszczędzono, he, he, he.