wtorek, 23 lutego 2021

Alcatraz w ostatnim tygodniu lutego

Jeszcze zimowo, jeszcze   śniegi zalegające w ogrodzie. Ale słońce daje jak farelka czyli słoneczko, śnieg ma konsystencje granity, ptocy śpiewajo razem z fabrycznymi kotami, domowe koty są bardzo niedobre a spod  śniegu wychodzą pierwsze cebulaczki i ciemiernikowe kfioty.  Na nagich pędach oczaru  pojawiły się  też pierwsze "pajączki",  liderem oczarowych kwitnień okazała się w tym roku odmiana 'Arnold Promise'.  Kfiotki jak na razie nie wyglądają jakoś  szokująco spektakularnie  ale mła się cieszy ich słoneczną barwą  bo straszliwie spragniona jest  kolorów po śnieżnej  zimie. W końcu ile można oglądać różnych odcienie bieli? Hym... co inszego biel kfiotków śnieżyczki przebiśnieg, w końcu to jest biel z zielenią, całkiem  co inszego niż biały puch. Na razie mła obserwuje pojedyncze kfiotki przebijające  się przez   śniegi, może wzrost temperatury spowoduje  że  w miarę prędko ujrzy  całe śnieżyczkowe kępki. Bardzo jest ciekawa kwitnień swoich zeszłorocznych niderlandzkich zakupów.

Oczywiście oczami wyobraźni to mła już widzi te śnieżyczkowe łany, które  w przyszłości opanują  Alcatraz ale na razie z niecierpliwością wygląda pierwszych kfiotków nowo zakupionych  śnieżyczek. Szczególnie trzyma kciuki za odmiany pełnokwiatowe, które jakoś  do tej pory nie chciały za dobrze  rosnąć w Alcatrazie  ( określenie "za dobrze" to eufemizm, odmawiały małpy współpracy z ogrodem i tyle ). Mła zajrzała też na stanowisko które wybrały sobie  cyklamenki czyli na bluszczowisko pod kasztanowcem w ogrodzie. W tym miejscu śniegi już  zeszły a mła odkryła szykujące  się do startu pączki cyklamenów. Na razie  jeszcze mocno zwinięte ale pędy już  ruszyły w górę, jeszcze trochę i mła zobaczy pierwsze różowe kfiotki ( odmiana biało kwitnąca jakoś  wolniej u mła wchodzi w okres kwitnienia,  nie wiem czy to wina stanowiska  czy po prostu odmiany biało kwitnące  tak mają ).


Jedyne  czego mła się ogrodowo  teraz boi to nagłej zmiany temperatur w marcu. Mało co jest paskudniejszego   dla ogrodnika niż  zmrożona wiosna.  Jakby zamrozić  nadzieję. Mła się "pociesza"  tzw. globalnym ociepleniem  czyli prognozowaną wyższą temperaturą w marcu.  Z drugiej strony tak się jej  niemile przypomina  że ostrej zimy to w tym roku niby miało nie być. No cóż, w końcu spora część  meteorologii to zabawa z modelami a jak nieraz wygląda  stosunek modeli do   rzeczywistości to sobie możemy poobserwować na podstawie tzw. pandemii koronawirusa, gdzie o  modelach nie tak dawno lansowanych  w mediach jako jedynie słuszne prognozy  rozwoju sytuacji epidemiologicznej, chcą  najszybciej zapomnieć  zarówno ich autorzy jak i ci którzy owe  modele  lansowali. Tak więc mła z lekkim niepokojem  czeka na marzec.

niedziela, 21 lutego 2021

Codziennik - niedzierla prawie że wiosenna

Mła sobie spoko czeka  aż  się odwilży u niej  w ogrodzie na tyle coby mogła  roślinki podpatrzeć i zajmuje  się sprawkami  domowymi. Małgoś - Sąsiadka  i Pan Dzidek obgotowani, znaczy mła przygotowała obabiadki i się nie martwi że jej starsi państwo z głodu padną. Koty majo lekarstwa  a poza tym wyraźnie  im lepiej  co można poznać po tym że mła jest z nimi gorzej (  pastwienie nad mami - muaam się  zaczęło, chcę to,  chcę tamto i złap  mi latające oraz  wychodzę na noc i nie wiem  kiedy wrócę  do  domu ale na wszelki wypadek o  czwartej rano czekaj  z posiłkiem ). Z domowych historyjków to mła troszki przesadza roślinki i usiłuje kloszować koralowce, idzie jej średnio. Znaczy roślinki przesadziła a koralowce są  niechętne  do współpracy. Politycznych mła obiecała sobie nie oglądać bo jeszcze  się dowie  że  jest zakaz oddychania ponieważ w powietrzu może unosić  się koronawirus. Niepokojące jest to że zaczynają  padać ptaki na grypsko, nasi kretyni z  zarzundu  skonfrontowani z czymś naprawdę groźnym  prędzej  zaczną szukać gorączkowo na mapach mostu w Zaleszczykach  coby się ewakuować niż podejmą jakieś  racjonalne  działania.  No ale na razie skala zjawiska  nie jest masowa, więc  mła się zbytnio  nie zamartwia.
 

Prognoza na nadchodzący tydzień aż  za jak na luty. Mła się  z jednej strony cieszy bo z tęsknotą myśli o przedwiośniu,  z drugiej strony obawia się coby nam  się zima w marcu ponownie nie objawiła. Nie żebyśmy wyszli jak Teksańczycy na nieodpowiednich wiatrakach (  znaczy takich do mrozu nieprzystosowanych  ) czy nieizolowanych należycie rułach  ( słowo zysk sobie i słowo infrastruktura sobie, takie radości kapitalizmu w dzikim wydaniu ), my są przyzwyczajone  do nagłych zmian temperatur. No ale cieszyć  się chyba z nagłego marcowego  ochłodzenia mało kto  będzie.  Kurtularnie to mła leży i kwiczy, nic nie oglądała i nic nie czytała mimo obiecywania sobie jak to zasiądzie albo zalegnie  do lektury. Wszelkie zalegania czy nawet zasiadania kończą się obecnie szybkim zapadaniem w sen i to taki głęboki, mła wymierzyła na Małgosinym aparacie poziomy cukrów parę razy ale norma jej wyłazi a nawet  jakby troszkę poniżej. 
 

Wychodzi na to że mła  jest wymęczona i tyle. W przyszłym tygodniu mła  podejmie próbę odstawienia  od  cycka Pana Dzidka, znaczy będzie samodzielne  wychodzenie na podwórko i nawet  do najbliższego sklepu na ploty. Za dwa tygodnie będzie dreptał samodzielnie dalej a pod koniec  drugiej dekady marca zostanie trwale odłączony od medycznych przyrządów i będzie  z niego easy rider ( są gryplany jak to pojedzie do Heńka i wogle ). Małgoś jutro jedzie  na dobitkę szczepienia i tyż snuje  plany jak to po połowie marca uda  się niekontrolowana  do sklepu i nakupi sobie wszystkiego czego jej nie wolno jeść i to  w dużej ilości. Postanowiła zrobić  zarzundowi  na złość i dożyć  do  trzynastki, coby  całą trzynastkę  radośnie przeputać  na przyjemności życia. Każdy ma swoją wizję wiosennego szczęścia. Dzisiejszy wpis ilustrują fotki przesadzeniowe (  biały słoń tyż wylądował w misce z sukinkulentami, mła upieprza  ceramiką doniczusie  aż niemiło, gdzie wyląduje biały zestaw  ogrodowy  z klatką i ptoszkiem  mła jeszcze nie wie ). No i fota Szpagetki i Mrutiego. W muzyczniku relaksująco i wędrująco Skaldowie ( mła wczoraj widziała ptasie klucze i to ją tak wędrownie nastroiło ).


czwartek, 18 lutego 2021

Termin przydatności - wpis o starzeniu się, kolejny

Na dworze  roztopy i aura niemiła  a mła ma troszki wolnego czasu coby się zastanowić nad własnymi odczuciami dotyczącym i przemijania, nad starością znaczy.  Agatek mła tę myśl  zapodała  cierpiąc po zderzeniu z tekstami obecnych polskich przebojów ( no wiecie "Karwa, karwa yeah, bardzo, bardzo kocham cię, yeach" ). Dla mła nic  nowego, pamięta utworek "Rodzina słowem  silna" Kukiza z czasów kiedy  nie zajmował się polityką  tylko komentował rzeczywistość ( "Co ty chuju dziś zrobiłeś Ujebałeś znowu się Śmieci jeszcze nie wyrzuciłeś Kurwa, jak mi z tobą źle" ). Szczerze pisząc  mła bardziej trawiła  Kukniętego jako rockmana niż jako polityka, wówczas  on też  szczerze pisał a że tak zwane  środki wyrazu były wulgarnymi wyrazami? No wicie rozumicie, artysta czerpał z życia pełnymi garściami.  Nie ma się co oszukiwać, klną wszyscy od robotnika  budowlanego po ministra  ( słynne taśmy gdzie wyraz karwa  to w zasadzie  przerywnik  ).  Jakby komu przyszło do głowy nagrać prywatne gadki nobliwych profesorów, panów biskupów czy koła gospodyń wiejskich z miejscowości Ślepka  Zaranna  to nie różniłby się wcale od gadek ze  słynnych taśm. Problem robi nam  się wówczas kiedy "karwy i uje" ze sfery prywatności włażą w oficjałki. Mła pamięta taki numer z lat 80 kiedy podczas rozmowy telefonicznej z  słuchaczem  w radiowej Trójce onemu rozmownemu słuchającemu się  karwa  wymsknęła a prowadzący program Grzegorz Wasowski natychmiast  facia  wyłączył i przepraszał inszych  słuchaczy.

W  dzisiejszych czasach to mła podejrzewa że rozmowa  w Trujce ze słuchaczem nagrana byłaby  wcześniej a karwa starannie wypikana, taka prawda czasu i taka prawda mikrofonu, he, he, he.  Pewnie bardziej  niż przekleństwa  raziłyby insze treści. Czasy się zmieniają a z nimi zmienia się język. Stara  to sprawa że wyrazy zmieniają znaczenie, jedne nam  się nobilitują, inne wulgarnieją (   kudy tam staropolskiemu kutasowi do jego współczesnego znaczenia ). Po zmieniającym się wokół nas języku chyba najszybciej dostrzegamy że "nasza pora już minęła". Wyrazy znaczą  coś inszego niż kiedyś, to co odbieramy jako zalew wulgaryzmów czy też wręcz  chamstwa to często ( nie zawsze ) tylko zmiana  norm społecznych. Cóż nam zostaje? Wołać "O tempora,  o mores !" za Cyceronem?  Zważywszy na to jak skończył Cyceron, człowiek niezwykle światły, który jednak nie zauważył że  to republika konserwowana  do bólu wyhodowała cesarstwo, mła  sądzi  że lepiej  sobie odpuścić mowy narzekające, he, he, he. Przynajmniej te dotyczące  języka. My sobie ponarzekamy a karawana pójdzie dalej. Jedyny z tego pożytek to taki z bezpośredniej tresury. Nieco pary z nas  zejdzie i  może najbliższe otoczenie zacznie szanować troszki nasze uszy.

Nie tylko  po zmieniającej się wokół  niej mowie mła odczuwa własne  starzenie. Hym... mła nie zawsze łapie sens dowcipów, no nie śmieszą jej. Wydają jej się płaskie, bez polotu, takie bardziej pospolite. Nie że obrazoburcze i wogle, mła  uważa że szukanie śmieszności nawet w najczarniejszych sytuacjach czy w tzw. najświętszych okolicznościach jest czymś  bardzo ludzkim. Więźniowie obozów  zagłady też  sobie opowiadali  dowcipy  a wszelkie wzniosłości aż  się proszą o przykrojenie ich do ludzkiej  miary. Choć mła zauważyła że życie zazwyczaj przerasta kabaret. Po premierze dzieła wiekopomnego  "Żywot Briana" autorstwa komików z Monty Pythona,  traktującego o wypaczaniu idei, kretynizmach zawierzeń różnych,  nie tylko stricte religijnych, ludzkiej naturze i jej przewrotności, zagotowało się wśród chrześcijan że ho, ho. Pikiety, akcje, zakazy, no bo wicie rozumicie - atak na chrześcijaństwo  ( hym... Chrystus pojawia się w tym filmie  tylko raz, podczas kazania na górze i  to wszystko, nikt nie robi sobie żartów z tego co mówi ale bekę mamy na całego z niedosłyszących i interpretujących jego słowa - pewnie to najbardziej  zabolało, ta drwina z chęci interpretacji zgodnej z własnym widzimisię ).
 
Dla mła jednak  zabawne do rozpęku jest też to że Kościół Anglikański grzmiał przeciwko filmowi na ostro ustami niejakiego biskupa Stockwooda, który wspierał radykalne i konserwatywne skrzydła tegoż kościoła a Kościół Katolicki ustami związanego z nim znanego i szanowanego  dziennikarza Malcolma  Muggeridge'a.  Po latach się okazało kakao, biskup był uwikłany w nieciekawe  historie  w tle których mamona, przywileje oraz  rodzina królewska na dodatek i jeszcze przez lata ukrywał że jest bardzo aktywnym gejem ( oczywiście ćwierkał że  żyje  w celibacie ). Dziennikarz  z jednej strony wegetarianin i obrońca zwierząt a z drugiej nie dość że głoszący  mizoginistyczne teorie,   to jeszcze   drapieżca grasujący na korytarzach BBC.  Taka  kropeczka nad i, nakazy religijne zazwyczaj nie dotyczą tych którzy je głoszą. No bo wicie  rozumicie - "Nikt nie może tu nikogo ukamienować dopóki ja nie zagwiżdżę na tym gwizdku, nawet jeżeli ten ktoś powie Jehowa! Czy to jest jasne?!"  Są ludzie którzy bez gwizdka  czują się dziwnie  niespełnieni, he, he, he.    Oburzenie tych dwóch facetów jest tak śmieszne jak zawołanie "Idźcie za tykwą!" mające mieć moc  religijnego  nakazu.          

Czy jednak to co  śmieszyło i śmieszy nadal mła jest tym samym co  może rozbawić ludzi sporo młodszych ode mnie? Nie jestem tego pewna, to co uchodziło w moich czasach za myślenie zdroworozsądkowe dziś nie wydaje  się już tak oczywiste. Weźmy taki  tekst -  "Bo chcę zostać kobietą. Chcę być kobietą. Chce żebyście od dziś mówili na mnie "Loretta". To moje niezbywalne prawo jako mężczyzny." No, może śmieszyć to że jest mowa o niezbywalnym prawie mężczyzny  do bycia kobietą ale teksty Monty Pythona  o tożsamości płciowej w świetle rozwoju nauki, a konkretnie biologii człowieka nie są już takie jednoznaczne. Czas zmienia perspektywę. Kiedy zaczynam myśleć o zrozumieniu  istoty transseksualności w ujęciu medycznym, terapii już nie hormonalnej  a genowej,  czuję  się troszki niepewnie. To już nie jest śmianie się z czyjejś "beznadziejnej  walki z rzeczywistością" tylko z kalectwa.  Nie rżę przeca z tego powodu że ktoś  się urodził z niewykształconymi kończynami czy z brakiem twarzoczaszki, zaczynam  dziwnie  się czuć  kiedy uświadamiam sobie że żart z Lorettą może uchodzić za naśmiewanie się z urodzenia się z takim  a nie innym zestawem i konfiguracją  genów. Humor jest chyba równie  nietrwały jak mowa, jego właściwe  poczucie  trwa mniej  niż jedno pokolenie.

Mła łapie  się też na tym że nudzą ją współcześnie tworzone  filmy, zwłaszcza te wzorowane  na grach komputerowych. Bo gry  tego rodzaju to świat obcy dla mła, absolutnie jej niebawiący.  Wirtualne rolniczenie, zbieranie grzybków, ucinanie  głów i rozpierduchy w ogóle  mła nie kręcą. Granie z kimś on line i wcielanie się w  postać wymyślaną przez kogoś inszego mła jest w stanie zrozumieć, to nic  inszego jak projekcje literackie tylko mniej pola do wyobraźni własnej zostawiające (  lecz też  żyjesz  czyimś  życiem w innym świecie ). Może mła musi  po prostu czekać na rozwój gatunku, na razie  robią gry dla dwunastolatków albo dorosłych na poziomie mentalnym dwunastolatków, może kiedyś stworzą gry dla pań starszych. Całkiem ale  to całkiem insze. Panie starsze będą wówczas pędzić  do domów by dopaść domowego większego ekranu  aby pokazać  na nim księżniczce Elżbiecie co naprawdę o niej myślą albo poczuć się dziwnie chodząc samotnie ulicami miasta potraktowanego przez prawdziwą  zarazę.  Wszystko przed nami, w końcu kino zaczęło się od pokazu pociągu wjeżdżającego na stację  a przez całe lata za szczyt sztuki filmowej uchodziło kopanie kogoś  w tyłek. Dziś oglądając takie obabrazki filmowe   mła się zastanawia nawet nie nad tym czy to ekscytowało czy śmieszyło tylko nad tym po co w ogóle to ludzie oglądali?  Nuuuda!  Sto lat życia z ruchomym obrazem a mła nie bardzo jest w stanie wyobrazić sobie wrażliwości ludzi "przedfilmowych".  Pewnie ludzie grający w wirtualu kiedyś tam w przyszłości nie będą mogli sobie wyobrazić jak  mła mogła żyć  bez  gier.  No mła  "...młodość zeszła marnie, bez kikimobilu, biofonu, wirocyklu i astrodaktylu"  jak to pisała Poetka. 
 
Nie tak dawno  mła ustaliła  razem z Mamelonem i Sławencjuszem że "Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem" i to nie dlatego że my jesteśmy "umysły ścisłe"  ( znaczy ściśnięte ). Później po rozmówce mła natrafiła na tekst  w necie dotyczący zapamiętywania muzyki. Prawo inżyniera Mamonia w pewnym wieku występuje u olbrzymiej części populacji osób starszych  ( znaczy kole pięćdziesiątego roku życia się zaczyna  na poważnie   problem z zapamiętywaniem  muzyki ), wiecie pamięć niewerbalna  siada z wiekiem. Efekt może być taki  że wszystkie melodie wydają nam się takie same, nie jesteśmy w stanie ich powtórzyć. Smętna strona biologii. Wówczas ćwierkamy radośnie że za naszych czasów to była muzyka a teraz takie wszystko dodupne, spamiętać melodii nie sposób. Oczywizda  jak któś trenuje wytrwale prawą półkulę mózgową (  u większości ludzi muzyczka  "siedzi" w prawej półkuli ) to ma mniej problemów z zapamiętywaniem lalala. Badacze tematu doszli do wniosku  że taki normals to kole trzydziestego trzeciego roku życia przestaje sięgać po nową muzykę, podobno dlatego że nam się preferencje życiowe zmieniają - emocjonujemy się inszymi sprawami niż w młodości, w której muzykę odkrywamy. Ech... dobrze że mła może sobie  pobebłać jeszcze  z Bebłaczem, mogło być gorzej.
 

Obrazki ilustrujące wpis o poczuciu nadchodzącej starości są jak najbardziej  na miejscu, starzy mistrzowie znaczy, głównie  Holendrzy czyli Niderlandczycy. Fragmentarycznie bardzo podani ale tak że można  nacieszyć oczy mistrzostwem rzemiosła. W  muzyczniku prawdziwe starocie - Hanka Ordonówna.



środa, 17 lutego 2021

Święto Książniczek i Gwiazdorów

Dzień Kota, Dzień Kota, niech każdy się miota bo  dzisiaj świętooo koootowskich... Kotowskie wiedzo i zachowujo się stosownie, tzn. absolutnie im odwala. Tak po całości. Pasiak doszedł był do wniosku że Pusio podrywa Mrutka i zażądał ode mła działań stanowczych  ( "Muuam, nie wołaj go, on jest khhhurwem, mówię  ci muuam nie wołaj go!"  -  nawiasem pisząc mła musi walczyć z  wulgaryzmami którymi Pasiak  się popisuje przed Mrutkiem ). Mrutek oczywiście nie zgadza z Pasiakiem ( "Madka  zanęć  Pusia, madka  ja cię proszę, polika  ci zrobię, madka zanęć go!" ). Sztaflik dodaje swoje ( " Mamma jak oni już  się pobijo to  ja dołączę i  będę  Felicjanem!"  ). Na szczęście  Okularia i Szpagetka mają wylane na problem z Pusiem bo Okularia wygląda na Epuzera właściwego i innych epuzerów z parapetu okna w moim pokoju  ( intrygi Pusiowe mają miejsce na parapecie kuchennym ) a Szpagetka zajęta jest największą kocią atrakcją naszego  domu, Prawdziwą  Książniczką  i Wszechwiedzącą Władczynią  Kosmosu i Okolic, znaczy sobą. Co najwyżej w ich wykonaniu słyszę radosne popiskiwania ( Okularia, kiedy dojrzy nową samczą zdobycz ) i niezadowolone skrzeki ( Szpagetka, kiedy poduszka się zagięła i ugniata szlachetny tyłek ). 

Mła  się przysłuchuje kocim miaukom, tłumaczy z kociego na ludzki i z przerażeniem stwierdza że wyhodowała okropne stado - łobuz i awanturnik ( Pasiak wylazł z fabryki ale fabryka cóś nie chce  wyjść  z Pasiaka ), wyłudzacz i zarazem rozbójnik ( Mrumi potrafi  być przymilny by za chwileczkę stać  się zuchwałym ), transpłciowa kocica która marzy o tym by komuś spuścić wpiendrol ( Sztaflik ), puszczalska nimfetka a właściwie gruba nimfica ( Okularia ) i  egotyzm  w formie doskonałej ( Szpagetka ). Cud  że przy  wspólnym życiu  z tą bandą mła tylko szpakowata  a nie bielutka jak ten  gołąbek.  Mła wie  że  są na świecie grzeczne koty, ułożone i przyjacielskie ( Laluś i Danuś przeca takowymi były, ekscesów złodziejskich i wyżerań odeszłym  się nie pamięta ), mła nawet widzi  dobre cechy charakteru u Mrumiego i Sztaflika ale reszta?! Zgroza! Pasiak i Okularia powinni trafić na terapię  do kociego behawiorysty,  dla czarnego  charakteru Szpagetki nie ma  nadziei (  Szpagetka  jest niereformowalna jak  Felicjan ).  No ale tak po prawdzie to Szpagetka, Okularia i Pasiak  spadły  mła  z nieba, znaczy to jest tak że rodziny się nie wybiera. Rodzina  wybrała mła i mła teraz ma za swoje. Gasi pożary, studzi temperamenta, godzi  charaktery i wkracza jako przemoc  domowa kiedy Szpagetka usiłuje  zarządzać  domem i okolicą ( taki cud Natury - niecałe dwa kilo  a ego jak u Napoleona ).  Mła  z okazji dzisiejszego święta  zapoda super karmę, mam  nadzieję że nie będzie plucia i obrazy, oraz  polowań  na "flak od kaszanki".

Dzisiejszy wpis ilustrują kocie  prace Stasysa  Eidrigevičiusa a w muzyczniku dziś kocia piosenka. Kotom mła  z bardzo rana włączyła  koci kryminał z Youtuba  ( dwa naparzające się kocury ). Chłopaki i Sztaflik wpatrzeni w ekran i zjeżeni. Okularia olała  bo ona woli romanse, a Szpagetka  nie lubi żadnych  filmów bo nie rozpoznaje na nich Szpagetki.

niedziela, 14 lutego 2021

Nieromantyczne podsumowanie pandemiczne

Dziś wpis na tematy pandemiczne i około pandemiczne   czyli zafiksowanie mła na temacie.  No cóż, jak mało co wkurza ją obecny real  zafundowany nam przez  politycznych, którym podoba się  sposób zarządzania poprzez restrykcje.  Znaczy mła znów  będzie ćwierkała o konieczności zniszczenia Kartaginy.  O covidzie, panice i problemach na styku polityka, media, biznes wypisał się  arystokratycznie i błękitnokrwiście pan na Lichtensteinie.  Mła nie podziela jego zachwytów nad szybkością opracowania szczepionek przez Big Pfarma ( tu książę pan jawi jej się troszki jako dotychczasowy bezkrytyczny  entuzjasta, któremu cóś tam zaczyna świtać,  bo o metodach leczenia pisze  nieśmiało ), jednakże  z resztą jego wywodów  się zgadza. Przytoczę Wam  zdanie o lockdownach naszych powszechnych  pod  którym  mogłabym  się podpisać - "Wszelką winę należy przypisać tym politykom i tym mediom, którzy podsycali panikę i koncentrowali się na blokadach jako jedynym sposobie spowolnienia rozprzestrzeniania się wirusa zamiast promować więcej możliwości zaangażowania obywateli w walkę z wirusem. Wysiłek ten powinien opierać się na osobistej odpowiedzialności obywateli, a nie na ograniczeniach. Stracono przy tym okazję do zaprezentowania zalet zdrowego stylu życia w celach profilaktycznych.". Amen.  Zaczyna  się w mainstreamie  medialnym podsumowywanie roku z covidem. Środki użyte do zwalczania  zarazy zostały zweryfikowane przez  życie, kraje które  wprowadzały wielokrotnie zamknięcie  nie mogą  się pochwalić jakimiś  spektakularnymi sukcesami, zauważalnie niższą ilością zgonów czy zachorowań. Ćwierkanie  o tym ile  to istnień  uratowała taka kwarantanna jest opowieścią zawieszoną w próżni bo równie dobrze  można by zacząć  ćwierkać o tym ile istnień wprowadzenie  wielokrotnych lockdownów  zabrało. Zarówno w jednym jak i w drugim przypadku  pojawia  się słówko hipotetycznie, które oznacza  że twardych dowodów na to że lockdown kogokolwiek uratował nie ma.  Za to  wirusolodzy  cóś zaczynają przebąkiwać że zbyt długa kwarantanna wprowadzona jako sposób zwalczania zarazy może być odpowiedzialna  za powstawanie groźniejszych mutacji.

Nie da  się czegóś takiego w  informacjach zapodawanych przez mendia pomijać bo ludzie przeca oczy majo i widzo, uszy majo i słyszo i co  gorsze, mózgi po miesiącach zastraszania wychodzące ze stanu  histerii jakby zaczynają sobie sprawy układać. No i mamy zbyt dużą różnicę pomiędzy realem  a wirtualem, że tak rzecz określę. Dysonans poznawczy kończy  się tym że normalsi  ufają temu co są w stanie zweryfikować.   Stan na dzisiaj? Przed współtworzącymi wirtualną rzeczywistość  pojawia  się nowe zadanie - jak wyjść  z bajzlu, który stworzyli,  z najmniejszą ilością strat. Jak na razie  koszą politycznych, upadły  rządy Włoch i Holandii,  w kolejce być może Czechy. W Niemczech chadecy  wcale nie mogą być  pewni że to z ich ugrupowania  będzie wywodził się kanclerz, we Francji czy Hiszpanii nie widać entuzjazmu dla zarzundów w ten  a nie w inny sposób walczących z zarazą. Jakby  było mało  UE okazała się nie być  wystarczająco  silnym partnerem dla koncernów, co nie wróży dobrze obecnej Komisji Europejskiej. I wszystko  to polityczne majo na własne życzenie, w pogoni za słupkami poparcia, nakręcani przez lobbystów  dali się wkręcić w coś  z czego nie wychodzi się cało. Szczerze? Prawdziwie po polsku napiszę - dobrze im tak!  Szkoda tylko że to "dobrze im tak"  jak zwykle odbywa  się naszym kosztem.

Mła  się martwi teraz  tym  czy osłabiona  "walką z covidem" i "sukcesami" szczepionkowymi  KE poradzi sobie z przeprowadzeniem medialnych reform.  No bo przeca to nie sami polityczni nakręcali spiralę strachu, media są tak  samo  jak nie bardziej  winne. Reformy  medialne  zatem są  konieczne, ponieważ  dostawcy informacji nie zachowują obiektywizmu. No cóż, rzeczywiście  działają  jak  redakcje dziennikarskie związane  z konkretnymi opcjami  politycznymi, tylko że politykę  rozumieją w sposób najprostszy - ten kto zwiększa ich  zyski jest najlepszą opcją.  Pozycjonując informacje kreują rzeczywistość, w  czym pomagają im narzędzia  uzyskiwane  za pomocą  serwisów społecznościowych. Większość ludzi jest  nieświadoma że korzystanie z tych serwisów (  przeca ja nie mam jakichś  szczególnych tajemnic - to jest najczęściej  powtarzana mantra przez użytkowników serwisów  ) pomaga zbierać dane które umożliwiają bezpośredni wpływ  na rzeczywistość  tym którzy są w stanie zapłacić za "profilowanie wyborców" ( udowodnione, niestety ).  Jakoś nie ma powszechnych protestów  w tej sprawie, to politycy walcząc o swoje upominają się o reguły obrotu danymi. Hym... pomyślicie że lekka paranoja bo mła z pomocą serwisu społecznościowego jakim  jest blogger  wypisuje herezje wobec religii naszej powszechnej, znaczy  informatyzacji i świętych jej  czyli  koncernów medialnych.

No ale mła  nie ma zasięgów, nie jest niebezpieczna,  to sobie może pisać  co chce. Inaczej  by to wyglądało  gdyby mła jakimś  cudem zasięgi sama z się  miała  albo jej  zasięgi robiono. Mła jest nie tylko za opodatkowaniem gigantów, mła  jest tyż wielką zwolenniczką zmuszenia ich do przestrzegania zasad: ochrony danych,  obiektywizmu  i w ramach wisienki na torcie zaprzestania  mnóstwa zabaw z algorytmami. Niepokoi ją jak diabli  banowanie tego ryżego debila z Hameryki  przez medium, które go wykreowało.  To jest już tak czytelne  że  trzeba  być  ślepym żeby nie zauważyć  nadmiernego wpływu korporacji. Oczywiście   cała ta sprawa ma  się nijak  do tego czegóś  co wytworzyły nasze  głupki z  zarzundu i co nazwały daniną medialną ( jak zwykle  kretyńsko pojechali z podwójnym opodatkowaniem, w żadnym sądzie międzynarodowym  by się to nie ostało ). To taka opowieść  dla  niezorientowanych, nie mająca naprawdę na celu ściągnięcie pieniędzy z  mega  korporacji. Żeby  była kropeczka nad i, nasz zarzund  to na żadną wojenkę prawdziwą z korporacjami  nie pójdzie bo jest za cienki w uszach. Ta niekompetentna ekipa z takim charakterystycznym dla się patriotycznym  zadęciem dała ciała w tym temacie już zeszłym roku, podziękowania za zaniechanie w sprawie opodatkowania Google i spółki składał nam osobiście były vice prezydent USA.  I tak dobrze  bo po prawdzie to  wystarczyło tupnięcie nóżką pani gubernator zza Wielkiej  Wody i dziewczęta i chłopcy z  zarzundu na tyłkach by usiedli a rączki w pozycję służ ułożyli. Tyle w kwestii patriotyzmu zarzundu i jego sprawczości.

Nasze polityczne z zarzundu  otworzyły kolejne  fronty walk tyle że  mła nie śledzi  bo "ale to już było".  Mła czuje w lewej pięcie  że chyba koniec kadencji nam się będzie zbliżał ale czy to będzie już  zaraz  czy za rok to nie wie. Mła sądzi że i u nas jak wszędzie popandemiczne rozliczenia źle się skończą dla obecnego zarzundu,  niestety mła nie jest jak na razie w stanie wykrzesać z się optymizmu wobec programu ( a raczej jego braku ) obecnej opozycji.  Mła czeka na cóś nowego bo  "ale to już było" ze strony opozycji odbija  się jej czkawką. Nie chodzi nawet o zmianę szyldów tylko  o zmianę pokoleniową,  mła ma dość  styropianów tkwiących wciąż jedną nogą w komunie, sierot po lewicy i nawet prezenter chcący być dobry dla wszystkich jej nie ekscytuje. O korwiniątkach nie wspomnę  bo mła uważa  ich za pożytecznych idiotów Wujka  Wołodii, w najlepszym razie.  No a przede wszystkim ma  dość  tych wszystkich pieczeniarzy, którzy urządzą  się przy każdej władzy i doją państwo czyli nas  aż niemiło. Pewnie znowu, quźwa, przyjdzie jej głosować   na mniejsze zło. Ten absolutnie nieromantyczny walentynkowy wpis ilustrują zdjęcia z czasów grypy hiszpanki i jedno późniejsze  ( chyba z lat 30 XX wieku, przyłbice tak urocze że nie mogłam  się oprzeć ). W muzyczniku białe  śpiewy czyli bułgarska muzyczka.


czwartek, 11 lutego 2021

Tivoli - Villa d'Este część III

 
 
Wracamy po dłuższej przerwie do  ogrodów Tivoli i zaraz  zleziemy do dalszych części  Ogrodu Górnego.  Schodząc wzdłuż  głównej osi ogrodu z  Alei Stu Fontann, schodami zaczynającymi się  cycatymi sfinksami możemy zauważyć kolejną z wodnych  gierek. Giochi d'acqua czyli gry wodne były różniste. Wzdłuż schodów, zgodnie z modą ogrodową powstałą w połowie XVI wieku biegnie jedno z ogniw catene d'acqua, łańcuch  wodnego zasilającego wszystkie wodne urządzenia   w ogrodach.  Woda wypływa z piersi dwóch sfinksów - pół kobiety, pół koników morskich,  spływa kanałem i  wpada do pyska wyrzeźbionej żaby po czym wyłania się ponownie z pyska wyrzeźbionej salamandry. Spływa kaskadami po stopniach kaskad w kanale wydrążonym w obramowaniu półkolistych schodów otaczających fontannę umieszczoną na osi głównej ogrodu.  To Fontana dei Draghi czyli Fontanna Smoków zwana również Girandola,  ze względu na swoje centralne położenie, które jest jakby najważniejszym punktem ogrodu i całe mnóstwo  hydraulicznych sztuczek które zawierała (  niejaki Tommaso da Siena wykombinował poruszane  wodą urządzenia wydające dźwięki  które miały  imitować  strzały z broni palnej takiej  jak akerbuzy, armaty a także imitować wybuchy petard, ponoć wszystko zainspirowane uzbrojeniem znajdującym się w  Castel Sant'Angelo w Rzymie ).  Fontanna Smoków została zaprojektowana przez Pirro Ligorio, opowiadała  historię Herkulesa wykonującego jedną z dwunastu prac, podprowadzenie  złotych  jabłuszek z  z Ogrodu Hesperyd, których to owocków strzegł smok Ladon. 
 
Ta sama historia jest pokazana na freskach w willi, tu mamy do czynienia z wersją ogrodową tematu, he, he, he. Ligorio zaplanował tę fontannę, aby zilustrować "mitologicznie" temat wojny i walki ze złem, chciał aby jedną niszę zajął posąg Herkulesa z maczugą, szykującego się do przyłożenia nią smokowi, a  w drugiej  niszy umyślił sobie  posąg Marsa, boga wojny, posągi  Perseusza i gladiatorów. W centrum fontanny znajduje się mała scogliera czyli wysepka , na której znajdują się cztery wyrzeźbione smoki  wyrzucające wodę z paszcz do misy fontanny, podczas gdy potężna centralna fontanna wystrzeliwuje kolumnę wody pionowo wysoko w powietrze, tak aby było to widoczne z innych części ogrodu ( to jest tak jak na tej pierwszej fotce poniżej,  Girandola pcha się w ślepia  jak żadna inna z fontann tych ogrodów ).  Oprócz smoków w misie umieszczono dwa  delfiny tryskające z buziek  wodą . Ta fontanna była  wielokrotnie kopiowana w barokowych ogrodach w XVII i XVIII wieku.  Ippolito zlecił przebudowę fontanny z okazji  wizyty papieża Grzegorza w 1572 roku. Projekt smoka o stu głowach  został zastąpiony obecnymi czterema smokami, godłem rodu papieża Boncompagni ( smokami skrzydlatymi się ten ród pieczętował ). Ippolito zmarł trzy miesiące później, a fontanna nadal nie została ukończona. Ukończono ją dopiero pod koniec XVII wieku, z nieco innym programem rzeźbiarskim ( zamiast posągu Herkulesa w centralnej niszy umieszczono posąg boga Jowisza trzymającego w rękach pioruny,  dźwięk przypominający armatę miał być teraz dźwiękiem jego piorunów ). Hym... nijak to się ma do legendy jakoby ta fontanna  została zbudowana w jedną noc we wrześniu 1572 roku. 
 



Dżizaas i mła poszły w kierunku południowo - zachodnim,  znaczy kierowały się na  Romettę, z tarasu której widziały znajdujące się na tarasie poniżej Fontannę Prozerpiny - Fontana di Proserpina i Fontannę  Sowy - Fontana della Civeta. Tak po prawdzie to jakby dwie  fontanny w jednym i w dodatku jedna  z nich  jest  chyba najdziwniejszą z  fontann w tym  ogrodzie tak pełnym zdziwności. Te dwie fontanny  razem z Fontanną Rometta tworzą jedną całość architektoniczną, ich tarasy są połączone schodami, a pod tarasami znajdują się nimfea. Fontanna Prozerpiny pełniła za czasów Ippolito i jego  krewnych funkcję jadalni na świeżym powietrzu. Piknikowisko znaczy. Fontanna składa się z centralnego nimfeum i dwóch bocznych nisz, między którymi znajdują się cztery spiralne kolumny owinięte  pędami winorośli wykonanymi w technice stiuku ( ostatni duży obrazek poniżej ). Z fontanną Rometta znajdującą  się powyżej łączyły ją niegdyś dwa  ciągi schodów, dziś ostały się tylko jedne schody które mła bohatersko pokonała usiłując cóś tam cyknąć. Fontana di Proserpina została zaprojektowana i zbudowana przez Alberto Galvaniego w latach 1569–70. W centralnej niszy umieszczono w 1640 roku posąg bogini płodności Prozerpiny, który niestety zniknął.  Ostał się  jedynie Pluton, mąż owej bogini, niesiony na muszli podtrzymywanej przez dwa koniki morskie ( koniki to eufemizm, kobyły nastojaszcze ). W niszach po bokach znajdują się posągi Trytonów jadących na delfinach i dmuchających w buccina czyli trąbki z muszli.  Po prawdzie to Fontana di Proserpina wcale nie miała być fontanną poświęconą uprowadzonej  do piekieł bogini,  zaprojektowana została jako Fontanna Cesarzy ( znaczy miały być posągi Cezara, Augusta, Trajana i Hadriana, które miały zdobić narożniki, natomiast w nimfeum miał stać posąg  Aretuzy - nic  z tego nie wyszło ).
 
Schodząc ledwie parę schodków z dziedzińca Fontana di Proserpina trafia się na dziedziniec Fontana della Civeta ( dwie  fotki pod spodem  tej części tekstu ). Fontanna została została zbudowana w latach 1565-1569 przez Giovanniego del Duca. W porównaniu z innymi fontannami w ogrodzie jest bardzo, ale to bardzo  formalna - umieszczona na tarasie otoczonym murami z niszami, zwieńczonymi białymi orłami rodu d'Este i liliami królów Francji. Sama fontanna jest odrębną konstrukcją, w całości pokrytą polichromią. U góry, nad niszą, znajduje się herb d'Este, podtrzymywany przez dwóch aniołów, przy niszy dwie kolumny o  jońskich kapitelach, obłożone trójwymiarowo ( nie umiem tego inaczej określić ) ceramiką przedstawiającą oplot z gałęzi pigwy  bądź  jabłoni. Nisza pierwotnie zawierała posągi dwóch młodzieńców trzymających kozią skórę, wlewających wodę do misy trzymanej przez trzech satyrów. Wyrzeźbione wnętrze fontanny uważane za zaginione, zostało ponownie odkryte podczas renowacji w latach 2001–02 ( fontanna  ukryta pod zwałami ziemi,  znaczy ogród ją pochłonął ). Elementy architektoniczne pozostały nienaruszone, ale postaci młodzieży i satyrów odfrunęły z królikami ( na fotce powyżej widać jak  konserwatorzy zamarkowali XVI wieczny obraz  fontanny ). Jednakże zdziwność fontanny polega na czymś inszym niż markowanie  dawnej chwały, Fontanna Sowy to  fontanna grająca. Wynalazek epokowy  znaczy genialny automat, dzieło francuskiego inżyniera fontann Luca Leclerca, zainstalowano w 1566 roku.  Instalacja wyglądała tak że  dwadzieścia malowanych ptaków wykonanych z brązu umieszczono  na dwóch  metalowych gałązkach "oliwnych"  przymocowanych  w niszy. Ptoszki ćwierkali za sprawą wody i powietrza, każdy  po swojemu ( znaczy własną melodyjkę wyśpiewywał  ) dopóki nie pojawiała  się mechaniczna pohukująca sowa i ptaszki  roztropnie trzymały dzioby zamknięte na kłódkę. Pod koniec zabawy  wszystkie ptoszki śpiewały chórem.  Automat wzbudzał ochy i achy, był kopiowany i wogle, mimo że wymagał  niemal ciągłej naprawy ze względu na działanie wody na jego delikatny mechanizm.  W XVIII wieku został całkowicie zniszczony. Fontanna była dwukrotnie restaurowana - w latach 30-tych XX wieku i w latach 2001–2002. Podczas prac konserwatorskich w latach 2001–2002 odkryto niektóre z oryginalnych mechanizmów, które wytwarzały śpiew ptaków, w tym komorę wiatrową, rury poruszające powietrzem i wodą oraz maszyny, które wprawiały sowę w ruch. Używając nowoczesnych materiałów, Leonardo Lombardi był w stanie stworzyć nową wersję starej maszyny ( różniącą się od  oryginału ), aby ptaki mogły znowu śpiewać i dawać przedstawienie.
 

 


Teraz poleziemy na drugi koniec ogrodu do Fontana dell' Organo czyli Fontanny Organów. Przy tej okazji mła się wydegresjonuje na temat pojęcia rustykalność.  Słowem tym określa się styl nawiązujący do sielskiej wersji wiejskości, wicie rozumicie, prostota i natura, formy z lekka prymitywne coby sprawnością rzemiosła zbytnio nie epatować albo nie zszokować wysublimowanym pięknem. W  zasadzie każdy styl  rustykalny ( bo są różne, każda epoka i miejsce mają tylko sobie właściwe  rustykalia ) jest niewąskim oszustwem, nic w nim nie ma z oryginalnego piękna sztuki prymitywnej.  Styl rustykalny to wariacja na temat, opowiastka o tym jak sobie wyobrażają ludzie wiejskość  i sielskość ( bo to jest nierozłączne od pojęcia  rustykalności, żadnej prawdziwej produkcji żarła, jeno cud obora z krówką marmurową "w charakterze nawiązania" ).  Villa d'Este jest siedzibą wiejską  więc rustykalność bucha. Troszkę te klimaty przypominają mła kamienice Przybyłów  w Kazimierzu Dolnym, podobna bajkowość czy też  bajeczność  tematów, radosne zachwianie proporcji, nietypowość  ujęć, odejście od  klasyki na rzecz udziwnień. Fontanna Organów  niby  bardziej  klasyczna, mniej w niej nawiązań do  form piernikowych że tak  rzecz określę, ale podobnie jak cały kompleks sprawia wrażenie nie tyle klasycznej urody co właśnie rustykalnego, oryginalnego piękna.
 
Fontana  dell' Organo jak  się zapewne domyślacie swoją nazwę  zawdzięcza organom hydraulicznym, znajduje się w niej mechanizm wodny, dzięki któremu można było usłyszeć wygrywane melodyjki. Takie nawiązanie  do  fontanny z ptoszkami po drugiej stronie ogrodu. Zbudowana została  w latach 1568 -1611 wg. projektu Pirro Ligorio. Bogato co cud  i co ważne mało obrośnięte zielonym, zatem dające wyobrażenie o tym jak niegdyś  wyglądały inne  fontanny w ogrodzie. Elewację fontanny zdobi szereg dekoracji inspirowanych roślinami, motywami  herbowymi i mitologią. Czegóż tam  nie ma - są  syreny, trytony, uskrzydlone symbole zwycięstwa, muszle kształtów różnych . W oczy wpadają cztery kolosalne telamony, dzieło Pirrina del Gagliardo , podtrzymują niby łuk. Pośrodku jest  absyda, w której zgodnie z pierwotnym projektem umieszczono posąg Artemidy ( Diany ) z Efezu, czyli Matki Natury,  dwie mniejsze boczne nisze mieszczą posągi Apolla i Diany.  Konstrukcję otacza balustrada z kolumnami a wszystko to  wyrasta z wód basenu o owalnym kształcie. Kardynał Alessandro d'Este następnie dodał  edykułę czy też  małą świątynię ( zbudowaną przez Berniniego ) do centralnej niszy, głównie po to żeby chronić organy hydrauliczne. Było mu  wyraźnie mało także pojawił się też orzeł rodu d'Este na szczycie ustrojstwa, Orfeusz w pełnej  figurze  oraz seria płaskorzeźb  na jego temat, kariatydy, kolejne zwycięstwa uskrzydlone  oraz pomniejsze ozdóbstwa. Samo grające urządzenie wodne  wykonali  w XVI wieku  Francuz Luc Leclerc i Claude Venard ( to ten ostatni zainstalował mechanizm w roku 1571 ). Działanie organów opierało się na opadaniu wody płynącej kanałami  do podziemnej, sklepionej wnęki, w której  jej napływ i wzrastające ciśnienie powodowały wtłaczanie silnego  strumienia powietrza do rury ( tzw. komora wiatrowa ),  która działała  jak miech  i wdmuchiwała powietrze w piszczałki organowe.  Z drugiej strony kolejny silny strumień wody uruchomiał zębate koło czy  raczej  cylinder przymocowany do żelaznej armatury,  której zęby uderzały w klawisze organów wygrywając  melodie. 
 

 


No tego ten... automatyzacja. Mechanizm fontanny wzbudzał zarówno podziw  jaki niedowierzanie goszczących w  willi, do tego stopnia że  podczas wizyty Grzegorza XIII w 1573 roku papież  chciał się osobiście przekonać o jego funkcjonowaniu (  podejrzewał że w fontannie siedzi ukryty organista i wygrywa madrygały  ).  Mechanizm  fontanny uległ dość  szybko uszkodzeniu, podejmowano kolejne próby przywrócenia prawilnego działania  ale  dopiero ostatnia seria prac, wykonana   w 2003 roku sprawiła  ( nowy mechanizm jest tylko częściowo podobny do oryginału ) że  Fontanna Organów ponownie wygrywa melodyjki  (  obecnie co dwie godziny rozpoczynając od 10.30 - mła  własnymi uszy słyszała, he, he, he ). Z tarasu przy  Fontana  dell' Organo rozciąga się widok  na Fontana di Nettuno, stawy rybne  zwane po włosku  Pescherie i  tzw. Ogród  Dolny. Poniżej tarasu znajdują się małe tarasiki widokowe z których można podziwiać kaskady Fontanny Neptuna ( Dżizaas i mła tam wlazły po czym Dżizaas wykonała niezliczoną  ilość  fotek spadającej i wznoszącej się wody ).  Dla mła ciekawsze niż  widoki wód było oglądanie  wykładanej kamorkami części tarasu zacienionej rozpiętą na metalowych  prętach wisterią ( roślina zupełnie  nie pasująca do  XVI wiecznego  włoskiego ogrodu ale to jakoś mła nie raziło, może dlatego że wisteria nie kwitła a może  dlatego że ta pergola była po prostu urocza ).  Wzory kamiennych układanek na bazie  i po linii, znaczy orły rodu d' Este i francuskie lilie.