sobota, 18 września 2021

Zielenica - las i bajorko

Mła się udało wbić z wakacjami w jako taką  wrześniową aurę. Było jak w Indiach - czasem słońce, czasem deszcz, ale zawsze ciepło.  Nawet wieczory były  baaardzo ciepłe  choć głównie za sprawą drewna palonego w kozie.  Uroczo, przez szklaną szybkę widać było tańczący ogień a przed kozą rozłożyły się do suszenia butki mła, w których mła snuła  się po lesie. Ogienek trzaskał, winko grzało, miłe towarzystwo uskuteczniało Polaków rozmowy ( nie tak długie żeby całonocne, powietrze, wędrówki nie tylko leśne,  rozkładały nas równiutko  - pojedlim, popililm i nagle zasypialim ). Wakacyjne zabawy odbywały się w podgrupach, Mamelon i Gosia wizytowały wybrzeże ( znaczy  plaże, deptaki, mola, sklepy z cóśkami  czy szkółki ),  Piotruś straszył rybki czterema  wędkami, a mła straszyła grzybki łubianką na truskawki ( bo w lesie bywała parokrotnie w ciągu dnia, ot, z domku wyskakiwała, więc po co miała jakieś kosze olbrzymie brać ). Każde z nas wypoczywało jak mu teraz grało - Mamelon spragniona  morza, Gosia wakacyjnego luzu, Piotrek spokojnego siedzenia  nad wodą a mła lasu - wszyscy dostaliśmy tego czego nam było akurat trzeba.

Bazą do wypraw wszelakich ( nieraz  bardzo krótkich, bo  Piotrek po prostu wyprawiał się na  niższe piętro  czyli dolny pomost  do którego wiodły schody z drewnianego "tarasu" powyżej ) był  domek postawiony na palach.  Przez prawie tydzień  byliśmy państwem z domków, niemalże  z wyłącznością na wszelkie bajora i leśne ostępy w okolicy ( na króciutko zjawili się tylko insi grzybiarze ). Dla  Piotrka i mła Zielenica, mała wioseczka na Pomorzu, to było prawdziwe city.  Cóś na kontaktach z ludźmi nam nie zależało, tych mamy na co dzień od groma, więc tylko raz wybraliśmy się do wsi, głównie po to to by załatwić wędzone  rybki i odwiedzić miejscową  Arizonę, która okazała  się normalnym sklepikiem z bardzo miłą  Panią Sklepową na wyposażeniu, za to bez wianuszka kowbojów, którzy jeszcze parę lat temu z lubością otaczali przybytki sprzedające procenty w płynie. Pani Sklepowa, Pstrągowi i Pani Domkowa to dla Piotrka i mła był taki jedyny prawdziwy kontakt ze światem.  Co prawda odstąpiliśmy od planu utopienia komórki ( ze względów bezpieczeństwa ) ale to dlatego że zasięg i tak  był  kiepski, internet rwało. Wieści ze  świata przynosiły nam Mamelon i Gosia, które podczas swoich rajdów po  Wybrzeżu  miały włączone radio w samochodzie ( wieści były szczątkowe bo radio celowo ustawione zostało na muzyczne rozgłośnie ).

Na fotkach powyżej widać odległość domków Zielenicy od naszego letniska ( mniej więcej, bo nasz domek stoi sobie na drugim krańcu letniskowego terenu, taki odosobniony jest, to przedostatni domek na leśnej działce ). Sama Zielenica wydaje się mła typową wsią na Pomorzu, poniemieckie budynki w stanie posuniętej rozwałki lub adaptowane fragmentami  z pomocą dużych pieniędzy  lub tylko ciężkim staraniem zamieszkujących. Nowe domy w stylu rezydencja pod miastem uwidaczniają dwie rzeczy -  po pierwsze ludziom powodzi się lepiej, po drugie tylko niektórym. Takie obiekty  niespecjalnie mła ciekawią, mła swój obiektyw kierowała raczej na poniemieckie pozostałości: stary młyn w którym już nikt nic nie mieli, gospodarcze budynki czarujące szachulcową konstrukcją, czerwona pruską cegiełkę. Starał się coby te domki wychodziły anonimowo bo mało elegancko focić prywatne chałupy, po prawdzie to bardzo niegrzeczne ( mła musiała z trudem się powstrzymywać  bo przed jedną z chałupek w donicach ktoś wystawił takie begonie że mogły brać udział w konkursie  na roślinę sezonu w Chelsea ).

Mła oszczędziła Wam też fotki podhalańskiej kupy, która któś uwalił wśród tych pruskich murów, widok "zakopiańskiego domku" w tym miejscu  tak  mła wcząsnął że się trzeźwiutka  jak młode  prosię wywaliła na wyasfaltowanej  drodze ( a po górkach, wąwozach i śliskich drewnianych  kładkach biegała jak ta utuczona ale rącza sarenka ) i Piotrek, zafascynowany odkryciem że zakopiańska chałupa została postawiona  na garażu, nie mógł się oddać  do końca zafascynowaniu tylko mła  zbierał. Także nie sugerujcie się moimi fotkami  i nie wyobrażajcie sobie Zielenicy jako skansenu Ziem Wyzyskanych, pomnika postpegeerowskiej nędzy bo nic  z tych  spraw, ta wioska tylko dlatego tak na fotkach wygląda bo mła jest ma dewiację staromurkową. Bardziej szuka obiektywem starych chałup czy sadów jak z obrazów Mehoffera, niż nowych domów, tzw. porządnych nasadzeń, czy stojących przed wypasionymi budynkami gospodarczymi samochodów za jakieś kosmiczne piniądze. 

Na jej fotkach raczej  prawdy o Zielenicy nie znajdziecie, to tylko tęsknota mła za "wiejskością". No wiecie, opowiastki z Hameau de la Reine, takiego obiektu który wzniesiono dla Marii Antoniny niedaleko Petit Trianon. Jednakże najprawdziwszą prawdą jest to co mła teraz napisze - Zielenica jest prawdziwą wioską, ludzie tam zwierzęta hodują i nawet ogródki uprawiają.  W obejściu oprócz psów i kotów widać rozsiadłe na "swoim" gęsi czy kaczki. Zdawa się mła że hodowlą z której tu żyją są pstrągarnie. Zainwestowano w nie sporo,  wystarano się o certyfikaty bio ( znaczy bezantybiotyczne i wogle ) i  profesjonalnie zapakowane rybki ( oprócz pstrągów  są jesiotry i jeszcze insze ) rozjeżdżają się stąd do różnych miejsc w kraju i nie tylko w kraju. Oprócz tego są takie miejsca jak nasze domki, oferta wypoczynku przygotowana dla wędkarzy i grzybiarzy. Hym... gdyby kiedyś tam miejsce po kopalni piochu czy tam żwiru zalali wodą to i na tym ludzie tam zarobią. 

Zielenica jest miejscem z tradycjami, w lesie mła napatoczyła się na kupę omszałych kamieni.  Najsampierw myślała że któś wyorał i z fantazją wywiózł je do lasu, później dotarło do niej że cóś one duże. Taa... i tam mła pooglądała sobie megalityczny grobowiec. Przed tysiącami lat w tym miejscu pochowano kogoś ważnego dla społeczności, taka wersja piramidy nadbałtyckiej a mła w pogoni za grzybkami bez żadnego szaconku podeszła. W domu mła doczytała że tam stanowisko archeo i grobowce komorowe i bezkomorowe i wogle, ale to wszystko post factum. Hym... tajemniczych  mrowień mła nie odczuła, nikt zimną rączką za kostki u nóg nie łapał, szeptów pokuśnych nie słyszałam - smętarzysko martwe na amen, tylko drzewa nad omszałymi kamorami szumią. Kto wzniósł te żalki? Nawet nie wiemy jak  się nazywali, roboczo nadaliśmy im ksywkę ludu pucharów lejkowatych od  form ceramiki jaką przy nich znaleziono. Trochę to nie tego ale cóż robić, mamy więc puchary lejkowate albo amfory kuliste w nazwach ludów zamiast miana którym się sami określali, bądź określali ich  sąsiedzi. Radości braku  pisma. Przypuszcza się że pomorskie  grobowce megalityczne powstawały w IV tysiącleciu p.n.e. Wiemy że lud który je wznosił należał do grupy wschodniej kultury pucharów lejkowatych, zajmowali również obszary położone dalej na południowy wschód i południe naszego kraju.

Tak po prawdzie to musieli ci pucharkowi być ludem znaczącym, terytorium różnych grup i społeczności związanych z ich kulturą rozciągało się na dużych połaciach Europy Środkowej, od dzisiejszej Holandii po Wołyń. Badania grobowców zainicjowano wcześnie, Niemcy zajmujący te tereny opisali mnóstwo stanowisk tzw. Hünenberge na Pomorzu. Zatem nic  dziwnego że mła się napatoczyła. Oglądając fotki zrobione w lasach otaczających  Zielenicę, mła się  bardzo podejrzliwie przygląda tym wszystkim  omszałym kamorom które udało  jej się sfocić, kto wie kto pod nimi leży? W końcu ostatnich  odkryć  archeo dotyczących  pochówków megalitycznych na terenie  Pomorza dokonano przy okazji budowy S - 3, ledwie paręnaście lat temu. Może mam jeszcze szansę robić za Indianę  Jonesa? Na fotach poniżej widać te wzniesienia nad uroczyskami  na których można znaleźć megality. 

Zresztą na tych uroczyskowych nadpagórkach nie tylko kamory nęcą.  Całe łany kokoryczek, konwalii, konwalijek tam porastają, wiosną musi tam być wręcz oszałamiająco z kwitnieniami. Ponoć zawilce do tych kwitnień masowo dołączają. Są też miejsca gdzie kwitną śnieżyczki przebiśniegi, nie wiem czy takie naturalne czy  uciekłe z ogródków. Po  śnieżyczkach czy zawilcach śladu rzecz jasna nie ma ale na listki konwalii i kokoryczek mła się co i raz natykała. Jedynymi kwitnącymi teraz w lesie roślinami które mła zoczyła były dzwonki i wrzosy, ale to w mniej wilgotnych miejscach, raczej nie tajemnicze pagórki naduroczyskowe porastały tylko brzeziny i sosenkowe bory. Całkiem insza inszość, zupełnie inne leśne klimaty ( no bo przeca lasy są różne, grądy to grądy, bory to bory a olsy to olsy a nie że las i wsio ryba ).

Rodzajów lasu wokół Zielenicy dużo, w związku z czym i rozmaitość zwierzyny człowiek napotka. Na ten przykład mła musiała uważać na to by żabków młodych nie rozdeptać i saren pasących  się na obrzeżach lasu nie straszyć a Piotrek zaliczył spotkanie oko w oczy z dzikami ( jednakże mniej  niebezpieczne niż spotkanie Mamelona i Gosi z jedną panią po "ciężkiej operacji plastycznej" do jakiego doszło w jednym z nadmorskich kurortów ). W ciepłe a słoneczne dni w powietrzu fruwało i bzyczało, niosły się głosy nawołujących do odlotu dzikich gęsi a na naszym bajorku pojawiały się w przelocie stada różnych ptaków ku wyraźnemu wkurzeniu zimorodka który przemieszczał się wówczas jak szalony błękitny neon, od szuwarków do szuwarków. Wędrując po lesie  mła wplątywała się w krzyżacze pajęczyny ( miejscowe krzyżaki nie tak wypasione jak moje ogródkowe, cóż znaczy troskliwa hodowla, he, he, he ) w których pobzygiwały jakieś nieszczęsne komarki. Bardziej coolorowo bywało na skraju lasów, z ostatnich łąkowych kwitnień korzystały motyle.

Mła jako ten motyłek ( znaczy waga ciężka ) też usiłowała bezczelnie korzystać z uroków jesieni, tylko mła tak mniej kwiatkowo a bardziej owocowo. Nie wszystkie owocki które mła naszła były jadalne ale wszystkie cieszyły oczy. Cóż, nie wszystko człowiek musi poznawać przez kubki smakowe na języku, niektóre owoce są po to by dodawały naszemu życiu nieco urody.  Dlatego mła nie ma jakiegoś specjalnego żalu do Najwyższego w temacie  trzmieliny oskrzydlonej. Jej owocki są tak urodne że nie muszą być smaczne i jadalne. Wystarczy że są coolorowe. W końcu do  napasienia żołądka i uraczenia podniebienia  ma człowiek tyle inszych owoców, na ten przykład jeżyny same smacznidełko, mniam  - mniam (  mła jest oczywiście cała w kolcach bo jako klasyczny łakomczuch żerowała gdy tylko napotkała  obsypane owocami jeżynowe krzewy ).

Ulubionymi owocnikami mła występującymi masowo we wrześniu w lasach są owocniki grzybów kapeluszowych ( i nie tylko  kapeluszowych ). Hym... wygląda na to że mła jest osobą uzależnioną, znaczy mykoholizm u  niej występuje ( najłatwiej to rozpoznać kiedy  uzależniony  zaczyna wypatrywać grzybów z okien samochodu, w przypadkach ostrych, takich jak przypadek mła, samochodu jadącego autostradą ). Mła uwielbia w plechy wgapiać się, plechy zbierać, obrabiać, jeść.  Kiedy one niejadalne to mła je foci i podziwia, cud  że jeszcze paciorków do plech nie zanosi.  Mła nie wszystko zbiera, nawet tych jadalnych czasem nie rusza bo ona wszystkiego przeca nie przeje  a jak grzybek starszy to niech się jaka insza żywina nim napasie.  Nie można  tak  po chamsku że wszystko.  Maślaczek, wiadomo, tylko młodziutki, podgrzybki mogo być starsze, wszak to szlachetna rodzina  borowików.

Tak się jakoś szczęśliwie składa że grzyby niejadalne są pociągające dla obiektywu, fotogeniczne te grzybole jak  jakie jakie gwiazdy Hollywoodu! Takie borowiki ponure czy ceglastopore, jakieś pseudogołąbki czy pseudoopieńki, białe jak mleko muchomory ( mła łaskawym i mściwym  ślepiem patrzyła jak leniwie pełzł w ich kierunku pomrów ohydny i czarny, którym wręcz Szpagetkę  by  można straszyć jak dzieci kiedyś  się straszyło  Czarną  Wołgą, pełzł nieświadomy że mu  mogą zaszkodzić ),  fałszywe kurki, równie fałszywe  rydze w całkiem niewłaściwym choć też oczy wabiącym odcieniu, wszystkie one wychodzą na fotach jakby je św. pamięci Karl z Ives'em i Giannim projektowali!  A muchomory czerwone!  Absolutny i totalny odlot! Po prostu Marilyn Monroe wśród grzybów!

Co roku jesienią mła przezywa to samo zauroczenie, nie wiem jak to się dzieje że muchomory same się  mła pod ten obiektyw pchają. Mła jest grzybiarzem nietypowym bo sezon ze słabym wysypem Amanita muscaria uważa za nieudany. No ale popatrzcie sami, czyż można nie zachwycić się  tak piękną rośliną jaką jest ten gatunek muchomora. Toż trza  być daltonistą albo osobą niewidzącą żeby tej urody nie zauważyć! No, może jeszcze wśród widzących  żołądkiem ten grzybek nie cieszy się powodzeniem choć tak po prawdzie to z jego trujactwem sprawa jasna nie jest. W Polsce występuje około  dwudziestu gatunków muchomorów i tak naprawdę groźnych jest tylko parę. Za to groza jest z tych absolutnych! Po prostu wobec  toksyn które się wytwarzają po zjedzenia np. takiego muchomora sromotnikowego medycyna jest właściwie bezsilna. Objawy występują dopiero wówczas kiedy człowiek jest już śmiertelnie chory i toksyn nie sposób usunąć z organizmu. Natomiast nasz czerwony w białe kropeczki kolega to grzybek w zasadzie niewinny, złą prasę robią mu  insi przedstawiciele Amanitaceae. On biedaczek po prostu rzuca się w oczy, nikt go świadomie nie zeżre bo wygląda jak neon, od lat mówi się dzieciom "Ten grzybek z czerwonym kapeluszem w białe kropki jest trujący". A tymczasem to podające się za  pieczarki i gołąbki fałszywki powodują śmiertelne zatrucia. Podobno podtrucia muchomorem czerwonym zdarzają się  rzadko, głównie u tych którzy przeholowali w poszukiwaniu wrażeń.

No bo Amanita muscaria to grzybek magiczny. Mła swego czasu pisała już o muchomorze czerwonym w   blogim we wpisie pod tytułem "Czarujące Grzybki".  Teraz doda jeszcze troszki info poprawiających PR swojego ulubionego grzybka. Za to że człowiek po spożyciu muchomora czerwonego odlatuje odpowiedzialny jest w głównej ( bo to niejedyny składnik wywołujący upojenie ) muscymol. Muscymol nie jest metabolizowany przez człowieka i wydalany jest w postaci niezmienionej. Efekt spożycia jest zdawa się fascynujący bo istnieją na tym świecie zamiłowani zjadacze muchomora czerwonego, cali szczęśliwi że jeszcze nikt tej groźnej psychoaktywnej bomby po lasach nie pryszcze niczym zwalczającym. Taa... Mła bardziej fascynuje insza sprawa związana z muscynolem, otóż w mniejszych dawkach ta substancja spowalnia starzenie się komórek mózgowych ( leczy się nią chorobę Parkinsona a także inne choroby neurodegeneracyjne ).  Zawiera też całkiem spore jak na grzybka ilości witaminy D ( zaraz wyjdzie że on  zapobiega  covidu złemu, he, he, he ) i od dawien dawna w medycynie ludowej stosowany był jako roślina "wzmacniająca". Mła nie sądzi ze  z powodu tej witaminy, raczej stawiałaby na muscynol. Muchomory czerwone do spożycia leczniczego obgotowuje się pozbywając  się tym sposobem kwasu ibotenowego powodującego zatrucia.  No i oczywiście nie żre ich się w hurtowych ilościach lecz kulturalnie spożywa jakieś znikome ilości młodego kapelusza. Najlepiej takie eksperymenty robić pod okiem doświadczonego  zielarza, w końcu zatruć  się można wszystkim w nadmiarze, nawet czekoladą ( i to śmiertelnie ).


Widzicie ile  radości dla mieszczuchowato skarlałej duszyczki mła było z tego  pobytu na łonie natury, tak blisko prawdziwego lasu.  Mła kwiczała ze szczęścia mogąc z rana, w południe, po południu i wieczorkiem udać  się  do lasu. Wyjść z domku  kiedy pitulić zaczęły ptoszki, parę razy do domku wpaść i wrócić  na nockę w towarzystwie nietoperzy.


Teren domkowy bardzo płynnie przechodzi w las, szczęśliwie nic tu nie grodzono, aż dziw że taki ośrodek znajduje się w naszym kraju w którym większość obywateli cierpi na manię grodzenia. W Zielenicy jak widać nie ma takiej  potrzeby żeby koniecznie od świata się grodzić. W związku z czym widok saren u  wodopoju czy ciekawskiego lisa zaglądającego przez okna panoramiczne do domku jest na porządku dziennym a czasem i nocnym ( oprócz  lisów interesowały się nami koty z sąsiedztwa ). Domki stoją wokół stawów, teren jest  tak zadbany że mła drżała coby  małe żabki  i wyrastające pod dębami prawdziwki uszły kosiarce pana utrzymującego ośrodek w dobrym stanie. 

Na takim terenie, w tzw. piąknych okolicznościach przyrody stał nasz domek w którym dzielnie kucharzyliśmy i pożeraliśmy co udało nam się złowić, zebrać a także kupić. Grzybów jako kulinariów mam na pewien czas w związku z tym dosyć, rybkami też jestem napakowana ( tym bardziej że przywiozłam ze sobą z wakacji zapasik, który już udało  mi się nadeżreć i rozdać tym co zasłużyli się pilnowaniem kotostwa ).  Kuchnia jak widzicie na załączonej  obok fotce była wykwintna, głównie dzięki zakupom w kurortach jakich dokonywały Mamelon z Gosią czyli  grupa nadmorska ( odbyła się nawet dyskusja czy do ryb grillowanych z cytryną  pasi bardziej pietruszka czy koperek o ile wcześniej podano maślaki w śmietanie - naprawdę  cudownie mieć tylko takie problemy, prawdziwe  wakacje ). Piotrek i mła jako grupa  łowiecka - zbieracka dostarczaliśmy dobra równie luksusowe acz nie zakupione.

A teraz o najfajniejszym co się nam na tych wakacjach trafiło - przez parę dni mieliśmy na własność bajorko! Rozumiecie, nasze własne, dzielone tylko z sarnami, czaplami i zimorodkiem oraz tym cholernym nienażartym kormoranem, którego Piotrek podejrzewał o zakusy na wszystkie rybki świata! Bajorko robiło na naszej czwórce największe wrażenie. Można było siedzieć nad nim i wgapiać się weń jak w ekran.

Może  mła jeszcze kiedyś  do Zielenicy zaniesie, bo miejsce  naprawdę piękne choć  do niego dojechać inaczej niż samochodem nie sposób. Ech, jeżdżąc przez te kręte a zadrzewione drogi Pomorza mła się przypomniały radości dzieciństwa. Wszak niedługo czas wykopków, mła na pegeerowskim polu uczestniczyła w tego rodzaju przyjemnościach. Dziś ziemniaki zbierają maszyny ale dęby na Pomorzu zaczynają zmieniać coolor liści zupełnie jak w wykopkowych czasach dzieciństwa mła. Nic to, koniec wakacji i koniec wspominek, trza dzielić Jaśnie Państwo urodzinowym jesiotrem czarnulek. Żądania już były!

niedziela, 12 września 2021

Codziennik - leniwczenie, prasóweczkowanie

Mój boszsz... ileż mła  ma wpisów  do dokończenia. Ogrody Międzyrzecza, zamek w Łańcucie tak w połowie  zrobione a mła tu już myśli nad wpisami z lasu.  No zgroza, Panie, zgroza!  Wychodzi na to że mła jest znacznie bardziej  leniwą rurą  niż sama o sobie  myśli że jest ( bo mła się ocenia jako leniwca piątego stopnia w skali ośmiostopniowej ). No nic  to, mła cóś tam poskrobie zamiast w domku sprzątać ( ykhym... ykhym... ). Roślinki  do paczków przejrzała, nadal żyją! Wstyd na całego i  mła przyznaje że jest ohydną sójką  która wybiera się za morze. Od paru miesięcy się wybiera.  No ale przynajmniej  paczki będą właściwe. Znaczy ciemierniki, irysy i wogle. Szczególnie ważne jest wogle. Mła zawsze była opieszała, zupełnie jak  jej Tatuś, ale ostatnio bije rekordy. Srandemia  jej zaszkodziła, powolność okołocovidowa  się u niej  wytworzyła i to taka której żadne czepionki rady nie dadzą. Dno!

Prasówka dzisiejsza: Ze spraw zamartwiających mła - w kociarni łódzkiego schroniska epidemia panleukopenii! Koci tyfus zbiera ponoć straszne żniwo, animalsy bioro uliczne kocięta do siebie, do schroniska kotów obecnie się nie przyjmuje  bo ryzyko zarażenia zbyt duże. Oczywiście zaczęło się od tego że  nie przynosić  dzikich i sobie  radzących ( znaczy kandydatów  do sterylki i  dokarmiania przez wolontariat ) ale potem wylazło szydło z worka. Kwarantanna dla maluchów okazała się  za słaba i wirusisko się rozniosło. Wszystko przez to  że się na schronisku oszczędza co roku. Dla mła jest jasne że koty w budkach koło kamienic czy bloków, wysterylizowane, dokarmiane itd. mają większe  szansę na  normalne kocie życie  niż te które z racji słabizny ogólnej  muszą pozostać w kociarni ( no chyba że  się los do nich uśmiechnie i trafiają do domów ).  Tylko że budkami całego kociego miejskiego stada ogarnąć  się nie da, najwyższy czas zrobić schronisko takie jakim powinno być w XXI wieku. Tyle dopłacamy do lotniska z którego mało co lata,  a wstyd że na schronisko z zabezpieczeniami, z możliwością zrobienia w nim  prawdziwej kwarantanny dla  zwierzaków   nas  nie stać! 

Ze spraw durnowatych -  mamy jakiś stany wyjątkowy czy cóś. Ciekawe, w dwóch miejscowościach przy granicy koczują imigranci i  tam jest ten stan a tymczasem przez insze miejsca graniczne  na wschodzie i niektóre na południu jado se karawany. Nach Berlin jado. Busami. Pan płemieł jak ten  Poncjusz Piłat w wydaniu  Monty  Pythona łączki czyści. No bo są głanice i głanice, niepławdaż? Całość  przypomina happening i tylko ludzi żal którzy tu przyszli za lepszym życiem. Jak to nam się zmienia  opcja, nasi w UK samo dowartościowanie Wysp  Brytyjskich,  Ukrainiec w Polsce to z kolei psowacz rynku pracy.  Ktoś z Bliskiego czy dalszego Wschodu, wiadomo - samo zło i przejadacz socjalu. Ale w UK to te benefity się należały, co?  Mła "uwielbia"  opowieści o tym jak to Polacy naród pracowity a  "brudasy" nie. Taa... na tym dzikim Zachodzie  to mła widziała różnych krajanów, Polacy nie różnią się wcale od inszych nacji - jak mogą jechać na socjalu  to jadą do  oporu.

Za stara jestem na bajki o narodzie  wybranym. Mła wkurza to poczucie wyższości jakie się zalęgło w łebkach świeżo dopieniężonych. Pobogacilim się, co? Dupka w pierze obrosła na  pieniążkach z gastarbeiterki wysyłanych. Taa... zaraz będzie skubanie ale to jeszcze słabo do ludzi dociera. Poczekajcie, poczekajcie, miska ryżu czeka. I coraz jaśniej widać że w Europie dodrukowane dzięki unijnym instytucjom pieniądze niczego nie zmienią, problemem  bowiem nie  jest kasa a system   który konserwuje  niewydajne od lat struktury. Jakoś  do lewicowych redahtorków na pół gwizdka dociera że umiera nie tylko zachodni kapitalizm, umiera zachodnie państwo socjalne. W boleściach.  Oni to niby wiedzą ale mła ma wrażenie że tak naprawdę nie przyjmują do wiadomości,  bowiem dalej pieprzą w stylu wszystko dla wszystkich. Im mądrzej tym głupiej, że tak Gombrowiczem pojadę. Niektórzy przerażeni  polityczni usiłują za to uciec od Europy, durnowato bo tu trza uciekać od systemu w inny system.  Ech...

Mam wrażenie że te redahtory  z lewa i prawa niby  niektóre młodsze od mła ale mentalnie to tkwią jeszcze w XX stuleciu. Przeprowadzajo rewolucje które już zostały dokonane. Mła to najlepiej widzi przy sprawie ruchu LGBT, redahtory  cóś bardziej wzmożone od samych działaczy, którzy wiedzą że fala wzbudzona w latach 70 ubiegłego stulecia po prostu dociera w coraz dalsze zakątki świata Zachodu i teraz kolej na nas. Przyzwyczaimy się do nieheteronormatywnych  tak jak przyzwyczailiśmy się do związków nieformalnych. Za czasów dzieciństwa mła posiadanie tzw. nieślubnego potomstwa stygmatyzowało. Taa... nie jestem  pewna  czy dziś  aby większość dzieci nie rodzi się w związkach które nie są małżeńskimi. No i co z tego? Któś  się dziś czuje z tego powodu wzburzony?  Mła namiętnie przywołuje ten przykład bo on jest zrozumiały prawie dla każdego ( bo prawie każdy z taką sytuacją się zetknął ) i dobrze  uwidacznia zmiany obyczajowości, tego że obyczajowość to nie constans. Z taką falą społecznych zmian się nie walczy bo się walczyć nie da, jak  któś uważa inaczej  i wyłazi naprzeciwko niej to zostanie zmieciony. Przez historię. Mła nieco martwi że lewicowe redahtory w większości są równie durne co niektóre prawicowe, miary nie znajo. Mła rozumie polityków, lewicowi robią za surferów co na fali płyno ale dziennikarze?  Na barykady jak ten Zola? Za sprawę wygraną w latach 70? Czasem  mam wrażenie że polskie społeczeństwo które jest konserwatywne, jest jednak znacznie mniej zakonserwowane niż  tzw. elity polityczno - mendialne.

Te z prawej i te z lewej. Tak praktycznie jest mniej konserwatywne bo co prawda ludzie  na wsiach potrafio jeszcze patrzyć na księdza jak na "człowieka  bożego" , znaczy inny gatunek ( no chyba że z kasą za mocno  chachmęci, wtedy trzeźwieje nam naród aż dziw ),  to na Pana Waldorfa nikt złego słowa nie powie, choć nawet na tych wsiach wszyscy wiedzą co i jak i że zasłużony ten człowiek  męskie wdzięki wolał.  Przez grzanie  polityczno - mendialne tematu LGBT, nadmierne  zdaniem  mła jeśli chodzi o tzw. zasięgi społeczne, nikomu się dobrze nie robi,  a już samemu ruchowi LGBT to najmniej. Już się wytwarza cóś takiego jak przed II Wojną w stosunku  do Żydów - wszyscy Żydzi byli  źli ale Icek z sąsiedztwa to swój.  Mła po rozmówkach z ludźmi widzi że teraz jest cóś podobnie - wszystkie "pedały" i "lesby"  samo zło, z wyjątkiem Pana Raczka i tego kuzyna którego posiadamy. Wychodzi jej na to że to klasyczny temat polityczno - mendialny zastępczy, zajmijmy się wolnością  obywatelską 10% społeczeństwa i dajmy sobie spokój z ceną kaszanki która jest istotna dla 97% obywateli. Też ech...

 

Ze spraw zabawnych - goły prokurator robiący zakupy w świdnickim sklepie okazał się być nominatem pana mynistra od  niesprawiedliwości ( to zostało spolsatyzowane w niektórych relacjach, znaczy ani słowa o tym w jaki sposób ta osoba znalazła się na tym stanowisku ). Hym... tego,  Zbysiu to ma rączkę do osobowości.  Najsampierw niejaki  Zaradkiewicz z lekka naćpany przechadzający się w piżamce po mieście, teraz ten gwiazdor. Mła zastanawia jak golas  chciał zapłacić w tym sklepie, gdzie mógł schować kartę, pieniądze papirowe, bilon? Może chciał płacić w naturze? W każdym razie ma dużo szczęścia, dolnośląska policja wyjątkowo go nie zabiła tylko przekazała pod kuratelę rodziny ( co to za kuratela skoro narąbany jak  patefon wylazł naguteńki  z chałupy? ). Nie wiem co gorsze, czy konsekwencje służbowe  czy publiczne rechoty z powodu  prokuratorskiego siurka mikrego rozmiaru? Na mła ta wiadomość podziałała  rozweselająco, mła od roku ma gdzieś  to mało sprawiedliwe ramię naszej władzy wykonawczej. 

Od paru ładnych lat wie że nie należy wzywać policji bo co ona, ta policja,   może ( poza tym że może ubić wzywającego - to wie od paru tygodni ) a do prokuratury należy pisać  z dużą ilością  prawniczej łaciny ( jeśli się chce żeby się odpierniczyli ) albo z przywołaniem paragrafów ( jeśli się chce żeby się czymś zajęli ).  No wiecie stosowanie prawa w Kartonlandii, pośmiać  się można i na wszelki wypadek szpadelek  naostrzyć jakby jaka bandyterka prawdziwa, taka bez munduru, chciała napaść. Mła wie że to tak naprawdę wcale nie jest wesołe ale wydawa jej się że lepiej rechotać  niż załamywać ręce, przeca to nie są sprawy na które mła ma wpływ ( niestety ). A tak w ogóle to problem z naszymi resortami siłowymi to nie jest kwestia ostatniego czasu, znaczy epoki dojnej zmiany. On istniał i za SLD i za PO, wszak bardzo wiele można zamieść pod  dywan zasłaniając się "bezpieczeństwem państwa" i było to często wykorzystywane do przykrywania  nadużyć .  Teraz jest  tylko  bardziej operetkowo - tragicznie bo mamy na czele służb osobę  o której problemie alkoholowym krążą od lat plotki i emeryta, który i owszem, gierki partyjne uprawia ale na polityce dotyczącej  strategicznych z punktu widzenia  bezpieczeństwa resortów po prostu się nie zna. Rezultat każdy widzi!

Teraz  fotki. To co powyżej tuż - tuż  to trawska z Suchej -  Żwirowej i wściekle zielony ambrowiec oraz  owocowanie Alcatrazu i ogrodowi  łowcy. W ogrodzie jeszcze nie czuć jesieni, raczej zmęczenie latem, tak bym to określiła. Owoce w Alcatrazie ładnie się wybarwiają ale  to dopiero początek jesiennego sezonu. Trawy jak widzicie cóś nierówno się kłoszą, na rozplenicach ani kłoska za to obiedka obsypana.  Jeszcze nie widać  zimowitów ani marcinkowego szału, gdyby nie pająki  i rozchodniki to równie dobrze mógłby to być jeszcze sierpień. Za to Mrutek z fotek obok i poniżej cóś jesień poczuł ( choć może to było odreagowanie po laniu jakie mu wczoraj wieczorek spuściła Szpagetka ), Mruti zażądał  kontaktu z pościelą, kurtularnie spał pod narzutą. Na jednej z fotek powyżej  macie  go z pozie obrażonego zalegającego na stole. Pierwsze fotki  to Szpagetka, wkurzona a potem urażona,  co chyba widać. Szpagetka się wkurza z zazdrości o mła i uraża z powodu michy. Ona  jesiennie czuje jak i Mrutek że jednorazowe porcyjki cóś małe ( madka i Dohtory sądzą inaczej ). Są jeszcze fotki  z przesadzań ( mła rozsadziła Graptopetalum filiferum, które miało rozetki przybyszowe i  małą Echeveria purpurosum ) i nowych osłonek  Romany. W muzyczniku dziś Taniec Eleny Michała  Lorenca.