czwartek, 25 sierpnia 2022

Po wakacjach

Mła wróciła z wojaży cała zadowolniona co straszliwie wkurzyło Szpagetkę. Mła nie  powinna być zadowolniona z tych swoich wyjazdów tylko straszliwie tęsknić i liczyć dni do powrotu. A w ogóle to kto to słyszał żeby zostawiać koty co parę miesięcy na parę dni same ( Cio Mary  i Małgoś jako osoby ustępujące kotom nie liczą się absolutnie, zdaniem kotów są same sobie zostawione i Mrutek musi być dyżurnym  porządkującym miski ). W związku ze związkiem Szpagetka wybyła po przywitaniu ze mła na całe dwa dni i dwie noce z domu. Mła w histerii zgłosiła Szpagetkę na stronie  schroniska bowiem kota  nie była widziana w swoich bazach, które zresztą odwiedza absolutnie nielegalnie ( fabryka gdzie nawiedza  Kituchnę, okno pani od Pusia, okno pani od Pompona, domek czarnych kotów ). Po dwóch dniach została wypatrzona na głębokim zapleczu fabryki przez panią od Pompona, mła nie oczekiwała na przyjazd Piotrusia z wydrukowanymi ogłoszeniami  o poszukiwaniach zaginionej, mła ruszyła i znalazła  paskudę, która po zobaczeniu pędzącej w jej kierunku  mła  natentychmiast wylazła na podjazd dla TIRów żeby wykazać gotowość do popełnienia samobójstwa. Przyniosłam ją czym prędzej do Mamelona, oblookałam czy jest OK i szybciutko wyniosłam do  chałupy, gdzie włożyłam Jej Wredność do wanny i zaczęłam wyczesywać te stada pcheł, które sobie złośliwie zapuściła. Pół nocy czesałam i biłam pasożyty, zakropliłam, dałam  do zeżarcia wątróbkę drobiową. Taa... dopiero wtedy ona mła wybaczyła ten wyjazd. Jeszcze tylko Szpagetka zacznie mła podgryzać i mła będzie miała powtórkę z Felicjana. Wyhodowałam potwora! Że też nie przeszła na Szpagetkę słodycz Lalusia  czy Danka.

Na ciężkiej obrazie Szpagetki problemy się nie skończyły. Małgoś znów była krnąbrna, miła była tylko dla Cio Mary i kotów, synami pomiatała i nie chciała jeść. Znaczy tego co powinna, bo jej zdaniem zestaw obiadowy składający się z lodów i chipsów jest w sam raz dla niej stworzony. Tylko popić piwem karmelowym dla dobicia organizmu kruchego jak skorupka jajka.  Mła po przyjeździe wygłosiła mowę i usiłowała naprostować krnąbrną  w temacie żywienia. Skończyło się na  biszkoptach z kremem jogurtowym i owocami czyli czystej korupcji i normalne obiady znów są jedzone przez Małgoś, która z okazji wyjazdów mła robi się prawie tak wredna jak Szpagetka. Na jedno szczęście w lodówce dobrze przechowały się  kupione przez mła warzywa, strat nie będzie. Po wyjeździe mła musi bardzo liczyć się z groszem bowiem Flandria jest krainą drogą a mła nie jest w stanie się opanować kiedy w jej okolicy wyrastają jak grzyby po deszczu muzeumy ze sztuką z najwyższej półki czy restaurany podające mule w białym winie. Także karnie spożywamy i będziemy spożywać niezjadki, co najwyżej mła od czasu do czasu usmaży Małgoś wątróbkę, którą podbierze kotom. Małgoś tyż wydawania piniążków pilnuje  bowiem zdaje sobie świetnie sprawę z ceny opału, więc jedziemy na tym co Małgoś w zeszłym tygodniu uznała za niejadalne. Do obrazy Szpagetki i Małgoś doszedł kolejny dar losu, mła musiała załatwić sobie nowy router bowiem stary szlag trafił podczas "zdarzeń pogodowych". Dlatego mła pisze ten post dopiero dziś, bowiem była odcięta od  netu. Kumpletnie. Co zresztą uznała za przedłużenie wakacji, bo żadne bzdury zapodawane przez politycznych nie przebiły się do jej świadomości. O wakacjach mła Wam napisze inną razą, zdjęć będzie bez liku bo mła się starała focić jak ten  turysta  z Japonii  czy Chin. Posty będą sążniste, hym... cóś mła się zmienia blog z ogrodowego na podróżniczy.

 W muzyczniku dziś troszki muzyki filmowej - "Grande Bellezza". Muzyka wykorzystana a nie pisana specjalnie do filmu.


niedziela, 14 sierpnia 2022

Garaletka z papierówek

Mła wykonywa z następujących proporcji:

3 kilo papierówek

1 litr wody

około 2 kilo cukru do 2 i pół kilo cukru - to zależy od tego czy klasyka czy pektynowe wsparcie

Jeżeli mniej cukru to wsparcie w postaci pektyn, co w wypadku garaletek mła uznawa za słuszne.

Zaczynamy od tego ze pozyskujemy papierówki. Jabłuszka myjemy, nie obieramy a jedynie przekrawamy na cztery, nie wyjmujemy gniazd nasiennych tylko zalewamy wodą. Cały sekret polega na długim prużeniu, czyli pyrkolimy to co najmniej  godzinę, starając się  nie dolewać wody. Odstawiamy a następnego dnia pyrkolimy z pół godzinki po czym przelewamy przez sito wyłożone wielokrotnie  złożoną gazą bądź gęsto tkaną ściereczką. Wyduszamy  zawartość gazy aż odpłynie wszelka wilgoć. Jeżeli chcemy mieć  bardziej  klarowną garaletkę czynność powtarzamy.  W miarę głęboki  i szeroki rondel czyli patelnię do dżemów i konfitur  napełniamy odmierzonym sokiem i wsypujemy cukier. Gotujemy około godziny do dwóch, jeżeli nie chcemy się wspierać pektynami.  Tak szczerze pisząc to trzeba mieć pewne doświadczenie  żeby wiedzieć kiedy sok zamienia się w garaletkę.  Mła nie lubi bardzo słodkich garaletek dlatego się wspiera, wygotowuje bez cukru dłużej a daje mniej cukru i z cukrem i pektynami gotuje krócej. Im mniej cukru tym większa szansa na popsucie, dlatego niektóre garaletki mła pasteryzuje. Tej ostatnio wykonanej nie pasteryzowała bo wydawa jej się że z tej ilości cukru, którą wsypała i z kwachu jabłuszek nic w słoikach nie powinno wyrosnąć. Niektóre kupne pektyny mają naturalny środek konserwujący, więc wystarczy tylko zamknięte słoiczki obrócić do góry dnem. Garaletka z papierówek jest delikatna, mła nie dosamcza jej niczym. Z inszych jabłuszek można dosmaczać a jej zdaniem papierówki najlepiej smakujo same. Wersja dla leniwych jest taka że wyciskamy sok    z owoców, odmierzamy, bierzemy cukier i gotujemy. Taka garaletka z soku wyciskanego wymaga wsparcia pektyn.  Z inszych kruchych jabłuszków można tako garaletkę wykonywać. Jesli chodzi o przyprawy to pamiętać należy że  od cynamonu przetwór ciemnieje. Szczytem kulinarnej perwersji, który mła raz w życiu jadła, jest konfitura z jabłek do której są potrzebne dwa ich rodzaje, łyżeczka do kulkowania i święta cierpliwość.

W ramach rozkoszy dla oczu dzisiejszy wpis ozdabiają pracy Gustava Klimta. Temat rzecz jasna jabłonkowy. W muzyczniku piosenka jabłuszkowa.

sobota, 13 sierpnia 2022

Codziennik - skrzętna gosposia

Ostatni tydzień przed wyjazdem nam mija na robieniu zapasów, gotowaniu i mrożeniu, kiszeniu, pouczaniu, grożeniu, zaklinaniu, korupcji czynionej ciachami   i skwarkami, surowymi wątróbkami i mieloną wołowinką. Im bliżej terminu wyjazdu tym bardziej towarzystwo pokazuje rogi, mła już sama nie wie kto ma dłuższe i bardziej kręte - Małgoś  czy koty? Była u nas Cio Mary, która przyszła ustalić jak zawsze co i jak z Małgoś i kotami  podczas nieobecności mła. Przy okazji oblookałyśmy  nowy czynsz Cio Mary, który może nie jest z tych stawiających włos na głowie na sztorc, bo Cio Mary i Wujek Jo są osobami oszczędnymi, nie grzeją jak wściekli, pranko zbierają itd,  tym niemniej podwyżka jest z tych mocno zauważalnych. Oczywiście to nie jest wina biura obsługującego wspólnotę mieszkaniową Cio Mary i Wujka Jo, to są głównie opłaty medialne czyli te za podgrzanie wody, jej dostarczanie, ścieki i wywóz odpadów. Podwyżka za obsługę przez biuro jest śladowa. Ech... mła sobie postawiła za punkt honoru przekonać  Cio Mary i Wujka Jo do wyjazdu na wakacje, mimo tych czynszowych cudności. Należy im się  zmiana klimatu i troszki kąpania w jeziorku i zbierania grzybów, tego co najbardziej lubią na wakacjach robić. Mła musi się nieco  spiąć, zawziąć w sobie i  uściubić, coby dołożyć jakby trza było.

Na razie mła ogranicza wydatki jak może, ostatni wypad na rynek to okrutna suma 15 złociszy wydanych na starotki i drugie tyle wydane  na sukinkulenty. Reszta to żarełko. Owszem mła zaszalała i kupiła maliny ale mła doszła do wniosku że raz w sezonie nam się należy zjedzenie malin i dla Małgoś to lepsze niż kolejna ciastkowa słodkość. Co prawda na widok malin Małgoś natentychmiast zaczęła coś bredzić o tym kremie co był do tera misiu i biszkoptach jako podkładzie do malin. Mła na razie dała odpór ale nie wiem jak długo w nim wytrwam  bo Małgoś strasznie  namolna a mła spolegliwa bo przeca Małgoś będzie zostawiona, tęskniąca i wogle.  Poza tymi malinami to mła przytargała borówki amerykańskie w ludzkiej cenie, polne pomidory, fasolkę żółtą i zieloną, kalafior, ogóry do kiszenia z pachnącym niesamowicie  owocującym koprem. Koszyki i lodówka pełna, Małgoś i Cio Mary mają kulinarne  tworzywo na ten czas kiedy mła nie będzie, nie trzeba  po sklepach łazić. Co najwyżej Cio Mary po świeży chlebek czy bułeczki wyjdzie do piekarni. Kotom zakupiłam  żarciuszka na cały tydzień Nawet polazłam po mięcho nienastrzykiwane, znaczy żegnajcie klapeczki, co to je ostatnio oglądałam. Sytuacja jak z Małgoś, przeca będą tęskniące. Także wicie rozumicie, wydatek na starotki i sukinkulenty  na tzw. tle  nie wydawa się mła rażący.  A mła kupiła: Crassula muscosa, Faucaria tigrina, Crassula pellucida marginalis 'Variegata', Portulacaria afra 'Medio-picta'.  Mła prezentuje na fotach. Przy okazji niejako  na własne oczka może Piesa  zobaczyć jak odnóżki z Cat's Castel się  porozrastały. Proszę, proszę - Otthona capensis 'Ruby Neclase', Haworthia venosa var. tessellata i Haworthia  obstusa  pilifera oraz Haworthia turgida, Crassula perforata. A to jeszcze Psico nie wszystko. 

No bo i insze haworsje się poprzyjmowały - Haworthia limifolia, Hawiorthia fasciata 'Concolor'. Wygląda na to że nawet się jednemu z lisich ogonów udało, tfu, tfu, tfu! Na tle uprawowej grozy na parapetach, która ma miejsce w kocich domkach, to mła odnosi sukcesy.  Nie dość że zielone rośnie to jeszcze  co poniektóre zakwita.  To nie tak że nikt czterołapy czy trzyłapy się zielonym nie interesuje, tylko że uwaga rozproszona  bo za oknem motylki, pasikoniki, myszki, którym susza niestraszna. Po co koncentrować się na niszczeniu zielonego na parapecie jak tu za oknem świat czeka i wzywa rykiem Kituchny czy pomrukami Pusia ( Pusiu porykuje tenorkiem, Kituchna to zdecydowany baryton, schodzący nieraz w rejestry  basu ). W chwilach  kiedy pada i w domu się siedzi to lepiej madkę prowokować zwalaniem  książek z półek albo grozić wywaleniem monitora. Z parapetami dużo roboty, bo szczelnie zastawione, nie wiadomo na czym łapę postawić i czy się najsłodszego ciałka  czym nie pokłuje. Znaczy trzeba uważać. W dodatku przy parapecie to madka ma swobodę ruchów, jeszcze złapie jak to kocie madki dzieci łapio i po pupsku spierze za karygódkę.  

Tyle  o sukinkulentach, jeśli chodzi o starotki to zarówno Mamelon jak i mła poszły w szkatułki. Mamelon dorwała dużą, robioną pewnie gdzie w Indonezji na jaki niemiecki rynek, bo taka echte, solidnie wykonana. Mła dorwała mniejszą ale za to wyraźnie starszą, okrągłą szkatułkę na biżuterię, niestety wymagającą gruntownej naprawy. Tamborek do haftowania mła pod rękę podszedł i ohydne ubranko na komórkę, z którego mła ma zamiar zedrzeć ozdóbstwo. Do tego doszła stareńka, fajansowa doniczka, którą czym prędzej zasiedliłam miniaturowym gruboszem. Mamelon dorwała za to  kloszo - wazon z seledynowego mlecznego szkła za marne rupie. Naprawdę byłyśmy tą wizytą na wysortach i śmieciach usatysfakcjonowane. Co prawda po zakupach przyjemnościowych przyszły te mniej przyjemnościowe, znaczy się natachałyśmy bo nie tylko zapasy na tydzień ale i zapasy  ogórkowej kiszeniny na zimę postanowiłyśmy zrealizować, ale  jakoś nie czułyśmy się szczególnie wyplute po tych zakupowych ekscesach.

Cio Mary przyniosła nam troszki papierówek ze swojej działki, mła postanowiła przerobić je na garaletkę papierówkową. Upierdliwe to było bo mła jechała wg. klasycznej receptury garaletkowej, znaczy prużenie z wodą było. Hym... jak mła najdzie na garaletkowanie następnym razem to jednak posłuży się sokowirówką. Jak widzicie mła w minionym tyźniu bardzo dużo czasu spędziła na żarłowych zakupach i pichceniu. No nie ma lekko, nie mogę przeca zostawić Małgoś i Cio Mary takie nieobrobione i wogle w czasie kiedy sama się będę  szlajać po świecie i przyjemnościować. Nie myślcie że mła na twarz  pada przez te robótki domowe czy cóś, dżemowanie jest dla  mła przyjemnie bo to nie jest dżemowanie wyczynowe, zakupy mła lubi robić, szczególnie te rynkowe, pichcenie to w końcu działalność artystyczna. Mimo tzw. łobowiązków  mła się udało  oblokać nowy film Baza Luhrmanna "Elvis", który może nie był takim szaleństwem jak  "Moulin Rouge" ale ze wstrętem się od ekranu nie odwróciłam, he, he, he. Poczytała sobie trochę i nawet z kotami solidnie przed ekranem na którym krimi leciał pochrapała. 

Hym... co prawda mła nie zrobiła wpisów tematycznych na blogim, Łańcut i Gdańsk rozbabrane bo mła robiła za skrzętną gosposię.  Ogród tyż odłogiem leży, może jutro cóś w nim zrobię. Staram się nie planować ogrodowo bo jak tylko uplanuję to dżdży albo skwar. Dobra, zdjątka dziś domowe a muzycznik energetyzujący - Elvis dziecko deep sotuth.


wtorek, 9 sierpnia 2022

Zamiast prasówki - rzecz o wizerunkach i deglobalizacji


Zacznę  od narzekanka  na  małych Dyziów i ludzi od PR czyli polityczną wersję produkcji Marvela.  Jak wiadomo nie trzeba  być dobrym aktorem żeby  być gwiazdą kina komiksowego.  Mła sądzi że nie trzeba być dobrym politykiem żeby obecnie uchodzić za tuza polityki. To kwestia sprzedania  opakowania, zawartość jest sprawą drugorzędną. Można być kiepskim do bólu, grunt żeby PR był dobry.  Znaczy wizerunek wszystkim. No dobra, niby zawsze tak było tylko skąd we mła to poczucie nierzeczywistości, które wcześniej nie było tak dojmujące? Może stąd że  politykę  usiłuje się obecnie sprzedawać jako coś zrozumiałego dla człowieka czytającego jedynie nagłówki info, czyli po zbyt prostemu a może dlatego że mamy do czynienia z wizerunkami tak dalece odrealnionymi, "źle napisanymi" że niestrawnymi? Sama nie wiem, podejrzewam jedynie że rzemieślnictwo mła kłuje w oczy, tak jak  kłuje oczka mła w kinie komiksowym, w którym wszystko jest niby zgodnie ze sztuką ale które rzadko sztuką bywa.  "Zawsze miałam wrażenie, że jestem nikim, i jedynym sposobem, by stać się kimś innym, było zostanie - cóż, kim innym. Pewnie dlatego chciałam grać" - to z wywiadu z Marilyn Monroe. To poczucie nicości, nieważności własnego bytu skłoniło Normę  Jean Baker do stworzenia zarówno na ekranie jak i poza nim kogóś takiego jak Marilyn Monroe, seksownej  blondynki coś mało do  wycofanej Normy podobnej.  Tylko do stworzenia samej czy samemu tak mocno działającego wizerunku trzeba być kimś. Zakompleksionym ale kimś.  Mła ma brzydkie podejrzenie, niemal graniczące z pewnością że dziś mało kto się  tworzy sam, wykonywa taką pracę jak Norma i tworzy coś prawdziwego choć bardziej pasuje tu określenie nadrealnego. Markę znaczy.

Obecnie to ekipy specjalistów od sprzedaży wizerunków, rzetelnych rzemieślników,  tworzą nam bohaterów świecznika,  nie z tzw. osobowości, z kogoś, tylko najchętniej z takich bezpłciowych, nijakich małych Dyziów, którym wszystkie garniturki i maski pasują,  z plasteliny ludzkiej. Te twory rzemieślnicze mają za zadanie podobać się jak największej ilości osób, dlatego materiał wyjściowy nie powinien  mieć własnej silnej osobowości , która by się przebijała przez skorupę  wizerunku.  Z tym zawsze problem,  jak np. w przypadku Borisa Johnsona. Tym się obecni sprzedawcy wizerunku różnią od starej ekipy sprzedaży ze złotej  epoki Hollywood  że pracują z założenia na  nijakizmie, wręcz preferują małodyzizm i miązgwowatość. Quźwa, nieważne czy to uniwersum Marvela czy zjazd partii politycznej - propozycja dla kinomanów czy wyborców ma ten sam ciężar gatunkowy. Nijakość przebrana  atakuje i powoduje że coraz mocniej do nas dociera że świecznik co prawda świeci ale to nie jest ten właściwy, z prawdziwymi świecami z wosku. Człek wyczuwa tę nieszczerość kreacji, sama nie wiem czy dlatego że projekty kiepskie czy odtwórcy ról tak miałcy że spod lukierku projektów gołe dupska pospolite i nieciekawe do bólu wyglądają ?  Hym... Yanis Varoufakis, któren jest tak na lewo  że chyba zaraz za nim jest ściana ale przynajmniej jest jakiś sam z siebie, nikt go nie zaprojektował i nie przyniósł w teczce i Ryży z Hameryki,  który  zdaniem mła w ogóle nie jest politykiem  a  osobowością mendialną, zatrudnioną przez republikanów do wygrania wyborów - tylko oni nie wyglądają mła na produkty marketingowe. Reszta jak spod sztancy, nawet ci którzy mają robić za enfant terrible polityki.   Mła przyznawa że z osobowościami nie żywie się łatwo, vide Ryży z Hameryki, ale z ersatzami żyć nie sposób,  bo wszystko czego się tkną  zamieniają  w imitacje. Matrix  i bezznaczeniowość rozwala społeczeństwa. Jedyne co zostaje to wierzyć w ludzi, że się jakoś sami zaczną ogarniać. Zanim sztuczna inteligencja nam  ludzi na  świecznik zaprojektuje.

Każde korpo zrobi tyle dobrego ile musi i tyle złego ile może. Mła to sobie chyba  bajorkiem na aksamicie wyhaftuje, oprawi i nad łóżkiem powiesi. Globalizacja  była taka że firmy swoje zarobiły a zamordyzm ma się globalnie całkiem dobrze. Za to skutkami wzrostu potęgi Chin, zapadania się Rosji i wynikającej z tego zjawiska agresywnej polityki,  zostaną obciążeni zwykli podatnicy na Zachodzie ( mam tu na myśli wydatki na zbrojenia, te wszystkie  embarga i sankcje, wzrosty cen surowców, itp. ),  którym się jeszcze będzie wypominało że przeca np. ich fundusz emerytalny zarabiał w autorytarnych Chinach ( jakby to oni zarządzali tymi funduszami ). Jasne że ludzie w dupie mają taką globalizację, bo nie o to im  chodziło.  Słowo globalizacja dla wielu zmieniło znaczenie. Teraz cinżki kac. W USA dążenie do zmian, w Chinach dążenie do zmian, tylko Europa, choć nie cała,  chce żeby było jak  było i  ni cholery do ludzi w Europie  nie dociera że niemożliwe i trzeba wybrać stronę. A tak fajnie się tworzyło państwa zarzundzane przez korpo ( najdalej to zaszło w Niemczech ). Jak widać  po srandemii z autorytarnymi rządami w tej części świata nie będzie tak całkiem prosto ale można to załatwić w krajach zachodu Europy. Obszar niemieckojęzyczny, Włochy, Francja i Beneluks mogą przejść na system totalitarny o ile da mu się metkę z napisem demokracja i ogłosi ludziom że bierze się ich za twarz dla ich dobra. Udowodniono to  w 2021 roku. Dążenie  do  państwa  korporacyjnego jest dążeniem  do upodobnienia się do Rosji  czy Chin. Europa,  której korpo nie są tak silne jak amerykańskie,  jest paradoksalnie bardziej od korpo zależna, ze względu na umowy  społeczne po pierwsze, struktury przemysłu po drugie, małą innowacyjność po trzecie.  No i tak zachodnia Europa wykonywa polityczny  szpagat  pomiędzy Stanami a Chinami,  bowiem jej korporacje nie chcą wojen, duże fundusze  będące ich właścicielami nie oponują bo celem jest zarobek. 

Oj naiwni ci co  zawierzają takim   gołąbkom pokoju, za cenę pozorów spokoju  i socjalu sprzedadzą wolność. Jak się kończy kiedy zamiast ochrony struktur demokracji wybiera się social widać u nas.  Korpo i ich politycy to nie gołąbki pokoju, to  są sępy potrzebujące padliny, które urządzą o ile im  na to durni wyborcy pozwolą, państwo korporacyjne, które będzie świetnie współpracowało z innymi autokracjami bo samo będzie autokracją. A teraz będzie optymistycznie. Jak cóś bardzo ale  bardzo rośnie to się zawala, samo z siebie. Mła myśli że korpo a tym samym i portfele akcji funduszy nimi zarzundzających,  zaczęły z okazji częściowo przez nie  wywołanych kryzysów nadymać się do niepokojąco dużych rozmiarów. Gdyby udało im się wygrać wojnę z autokracjami państwowymi, które nie mają ochoty oddać korpo władzy, to kto wie czy po prostu nie pękną.  Jeżeli zaś będą ją tylko podsycać nieustannie to będą nadal rosły aż do nieogarnięcia, przestana być sterowalne, co je zniszczy. Organizmy polityczne czy gospodarcze zbyt duże i jednorodne nie cieszą  się  długowiecznością. I tym optymistycznym  akcentem kończę. Wybaczcie że mła aktualiów nie zapodaje ale mła ma wstręta, woli się  na spokojnie pozastanawiać co jej nie gra w tym infoświecie. Dzisiejszy wpis ozdabiają prace Remedios Varo, surrealizm wydawał mła się odpowiednią oprawą ilustrującą. W muzyczniku troszki jazzowych i takich jeszcze mniej oczywistych  brzmień.


piątek, 5 sierpnia 2022

Codziennik - domowo - ogrodowo

 

To wpis o wszystkim i o niczym, takie sobie życiowanko. Refleksja wzięła i mła naszła.  Mła mimo że stara nie może wyjść nadal ze zdziwka jak  to historia przyspieszyła w ostatnich trzech latach. W zeszłym roku mła myślała  że my w Polszcze sobie  będziemy dreptać w stronę Chin, ale nie drepczemy bo się zmieniło i wiatr wieje dla nas z  Zachodu, zupełnie inaczej  niż  na Węgrzech. Tak że drepczemy do modelu chińskiego ale nie  do Chin. Mła myślała że się będzie Europa federalizować a jak na razie to się federalizują głównie  Niemcy, tak się odwrotnie federalizują że jeszcze trochę to kanclerz niemiecki  będzie   pytał czy landom się podobie że urząd kanclerski  istnieje. Wiem,  mła przesadza, ale cóś  się autorytet kanclerzy rozmienia  na drobne.  Mało  z tego co mła sobie myśliwała przed wojną na tematy polityczne się nie zmieniło, nic  tak nami nie zatrzęsło jak cudowny pomysł  Wujka Wowy o zrobieniu ruskiego miru i odepchnięciu NATO. Srandemia u nas przestała żreć bo pojawiło się prawdziwe zagrożenie, miły papież Franek okazał się być mało wytrawnym politykiem i natentychmiast wypomniano mu  grzech nieskuteczności, nasze zarzundowe bijo rekordy głupoty, opozycja dzielnie zarzundowych goni i tylko my, tak samo jak w zeszłym roku,  usiłujemy mimo wszystko w tym całym bajzlu robionym przez  politycznych, koncernowych i jeszcze paru gości,  jakoś żyć. Jakby było mało tych zmian  to od paru dni znowu jazgot, tym razem na temat chiński. Ech... do przodu, zamknąć oczy, uszy zatkać i do przodu. 

W sprawach domowych jakby troszki lepiej, znaczy u mła zdrowie wraca do normy, choć zapowiedziano mła że będzie miała spadki formy ze względu na starorurowatość. No ale  z tym się trzeba liczyć, to nie żadna zdziwność tylko normalna kolej rzeczy. Mła pobolewa tu, mła pobolewa tam, to noga i ścięgno, to kręgosłup, no mła wyraźnie czuje że żyje. Wiecie jakby nie bolało to człowiek mógłby się zastanawiać co taka lightowa ta egzystencja, czy aby prawdziwa? A jak pobolewa to człek  czuje że organ posiada, ponarzekać może i poskrzypieć, dewiancką  przyjemność niejaką nawet w tym narzekaniu znaleźć. Małgoś  jak  jej np. nogi otęchną to szuka innych dolegliwości, rączka  się trzęsie czy cóś i od razu Małgoś triumfalnie może zacząć swoje "Jak mnie się zrobiło".  Od   narzekania jej lepiej.  Koty wdzięcznie słuchają, mła tyle o ile, znaczy tak żeby nie przeoczyć jakichś poważnych problemów zdrowotnych. Małgoś niestety zajmuje się nie tylko swoimi problemami zdrowotnymi, ostatnio stwierdziła że jednemu z jej synków mózg się zmniejszył po covidzie.   Diagnozę oparła na tym że nie została odwiedzona przez  syna przed jego wyjazdem do sanatorium. Postawiłam diagnozę różnicową - jak syn nie chce budzić  chrapiącej mamusi i delikatnie  całuje w czółko i cichutko wychodzi,  tak że  chrapiąca nie czuje się odwiedzana, to raczej to nie jest zmniejszenie pocovidowe  mózgu synusia tylko wspierany nadmierną ilością cukru  sen starej niedźwiedzicy. Taa... Małgoś teraz twierdzi że  nie wie po czym ale jest pewna że  mózg mła też  się zmniejszył. Noo...  ktoś tu mła podskakuje. Rozłąka wakacyjna dobrze Małgoś  zrobi, zatęskni za mła, doceni młową kłótliwość i pilnowanie cukierniczki.

 

Mła wciąż zbiera do Rominkowej paczki, mam takie różne cósie co nie wiem czy się spodobią,  pogląda sobie na ogrodowe różności coby i inszych obdzielić, lata w chwilach wolnych  po straszliwie zarośniętym Alcatrazie, snuje plany jak to popoluje na różne takie zielone a potem z innej mańki - jak to ruszy za źwierzyną  po tych zagramanicznych  brocantach. Mła poza tym kombinuje jakby tu w godzinach bardzo rannych do ogrodu wypełzać, samą mła zaskoczyła  ta chęć do działania, bo w maju i czerwcu nawet kwitnące irysy jej do bardzo wczesnego wyłażenia do ogrodu nie były w stanie skłonić.  W lipcu było dołowanie ze względu na skwar, neuralgie i ogólno starość. No a teraz to może nie młoda bogini ale jakby te... no ... tego... prawie 60 to nowe  50, które jak wiadomo są nową 40,  czy cóś w tym guście. I po zielonym mimo duchoty.  Do mła przyszły iryski,  na rabacie zagoszczą takie esdebięta: 'Absolem', 'Colargol', 'Prego', 'Ważniak', 'Smerfetka'. Nowe irysy TB to: 'Ballet Master', 'Dragonborn', 'Ninja Warrior' i odtwarzany 'Stop Flirting'. Mła się musi mocno  nagłowić  co i jak sadzić, żeby to się prezentowało. Szczerze pisząc to mła  ma pomysł na nową  Suchą - Żwirową, o przemeblirowce solidnej tej rabaty myśli. Nie żeby mła miała zmieniać jej  charakter, nic  z tych rzeczy, ale chcę pewne jej fragmenty inaczej zaaranżować. Niestety nie wszystko uda się mła zrobić bez zakupów, mam nadzieję jednak że zmieszczę się w budżecie jaki sobie wyznaczyłam. Alcatraz  żyje swoim życiem i mła się będzie musiała w to życie jesienią wtrącić ale tak bez przesadyzmu. Przyjechała  do nas Sylwik i poużalałyśmy się nad stanem naszych ogrodów ale też wykazałyśmy sporo zrozumienia dla ich własnego życia. Powspominałyśmy nieco  roślin z którymi naszym ogrodom nie było po drodze, eksperymentów nasadzeniowych zakończonych smętnym rezultatem, koncepcji przeszłych, które to miały zmienić oblicze naszych ogrodów. No cóż, my sobie, ogrody sobie, mają osobowość i to silną, he, he, he. 

Tydzień był narastająco upalny, jakby było mało  koło nas rozgościła się tzw.  parodniowa impreza plenerowa, Mamelon i Sławencjusz po nocach nie śpią. Rozważałyśmy nawet udział w imprezie, na zasadzie jak nie zwalczysz to się przyłącz,  ale byśmy się cóś zbyt  mocno odróżniały od jej uczestników. Wiek nie ten, dziar  żadnych, tuneli w uszach, kondycji pozwalającej na  parodniową balangę. Hym... znaczy odpada, zostaje nam starczo narzekać. Na przykład że to  ymc ymc  basowe nie na nasze nerwy, po dwóch  nockach ymcowania techno Mamelon doszła do wniosku że disco  polo to coś jakby forma sztuki jest.  Ludowej.  W trans rytmy Mamelona nie wprowadzajo, raczej we wkarw bo nie ma to jak o trzeciej w nocy we własnym szczelnie pozamykanym domu się bujać przy łomocie. O imprezce nic wcześniej  nie wiedziałyśmy, tak jak i reszta sąsiadów. Takie to są radości z imprezki dla nas że się integrowałyśmy z sąsiadami, którzy razem z nami  poszukiwali miejsca skąd ten łomot dobiega. Wszystko OK, niech się ludzie bawią ale mogliby się zlitować i nie napiendralać przez całą noc niemal, niektórzy to jeszcze pracują żeby nie pracować mógł któś.  Mła zamiast  imprezować to wydzwonić  musi do Pana Dohtora kotowego, bowiem mła przyuważyła trzepanie łepkiem u Okularii, drapanie uszka przez Pasiaka. Cóś mła się zdawa że pogoda upalna pogodą upalną ale w kocich uszkach cóś się chyba lęgnie. Na razie towarzystwo żyrte jak rzadko, nie wygląda na zachorzałe  ale mła musi  być czujna, tym bardziej że mła się udawa na ekskursję. Chorego  towarzycha przeca nie zostawię. Lepiej szybko wyłapać i zdusić zanim się rozbuja. 

Dobra, to by było na tyle tej sprawozdawczości. Fotki z cyklu presja sukinkulentowa,  Pasiak rezydujący i pierwsze papierówki. Muzycznik dziś jest z tych, które na mła swego czasu zrobiły olbrzymie wrażenie. Dla ciekawych zajawka.  Jeżeli ktoś ma ochotę na teksty i obrazy rodem ze starożytnej egipskiej Księgi Umarłych i muzykę Preisenera to mła  jako drugi filmik zamieściła cały spektakl.



wtorek, 2 sierpnia 2022

Nasza sierpniowa wyprawa

Jak wiecie Mamelonu i mła się marzyły morskie  fale i w ogóle pareo szał i rzut w wody. No to będzie  rzut w  morskie wody, tylko nie wiemy czy nam tyłki nie pomarzną bo to wody Morza Północnego. Cóś nie za  bardzo jesteśmy pewne przechadzek wybrzeżem w pareo czy tam innym sarongu, wspominki  Mamelona znad Morza Północnego są z gatunku tych straszliwych, znaczy że najsampierw było zimno a potem  zaczęło wiać. I zaraz po tym jak zaczęło wiać  to już była ewakuacja. Na jedno szczęście nad morze  to co najwyżej wycieczka jaka będzie i to o ile nam się będzie chciało bo wicie rozumicie  niesie nas do atrakcyjnego  miejsca,  do Brugii. Tak, tego miasta w którym najpierw trzeba strzelać  a potem zwiedzać. Nawiasem  pisząc  mła do dziś nie może znaleźć przyczyny dla tłumaczenia angielskiego  tytułu filmu "In Bruges" na  polski "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".  Zagadka w stylu wirującego seksu. Mła poleca filmik, warto poświęcić czas.  Mła jedzie w drugiej połowie sierpnia, inaczej niż planowałyśmy ale to wszystko, Panie tego, przez Dżizaasa.  Otóż Dżizaas ma podłamkę związaną z operacją haluksa, mało radosną wizją  bolesnej rehabilitacji i żadnych  ludzkich perspektyw urlopowych jesienią. Dżizaas świadoma niemożności  skorzystania z atrakcji jesienią sprytnie wysłała pod koniec lipca Jądrzeja,  coby zdobywał sprawność wilka morskiego, znaczy żeglował po Oceanie Atlantyckim a sama w cichości uknuła jak to pojedzie z nami na naszą wycieczkę. Dżizaas  może jechać tylko w połowie sierpnia a to nie jest czas w którym panie starsze są w stanie znieść  wybrzeże Morza Śródziemnego, w związku z tym postawiono przed mła znalezienie odpowiedniego celu wycieczki.

Mła zawsze chciała pojechać  do Brugii i rzuciła temat. Zaczęłyśmy od tego że kupiłyśmy bilety  na samolot a potem znalazłyśmy hotel w Brugii, taki z łóżkami piętrowymi, bowiem apartamenty miały ceny ekskluzywne. Kiepsko bo nawet herbaty  sobie zrobić nie można. Mła postanowiła  że jak już będziemy w tej Brugii to dobrze byłoby zobaczyć Gandawę,   no i zrobił się z naszego wyjazdu obóz  wędrowny.  Bardzo się cieszyłyśmy i wogle. Przedwczoraj zadzwonił do Dżizaasa Jądrzej, który właśnie gdzieś w okolicach Madery zanieczyszczał  oceaniczne wody womitami,  z nieśmiałym pytankiem czy on już  może przestać być wilkiem morskim, bo od tygodnia  pływa przy  6 Beaufortach zamiast na żaglach to na motorze i  zarzygiwanie od czasu do czasu to jest w stanie przeżyć ale  nudy na jachcie to ni cholery.  Przypomniał też Dżizaasowi że rejs  był po psich piniądzach bo to ostatnie wolne miejsce było i poinformował że on świetnie wie że został wysłany z domu - "jak dziecko na kolonie".  Dżizaas się nawet ucieszyła że jej  koty zamiast z ciocią zostaną z tatusiem ale się wysypała na jaką to czysto kobiecą wyprawę my  się wybieramy. 

Jądrzej na hasło Brugia zareagował natychmiastowym zrzuceniem skóry wilka morskiego i transseksualną przemianą  i lecimy do tej Belgii w czwórkę. Oczywiście musiałyśmy wszystkie rezerwacje odkręcać ale wyszło  OK, bo całkiem niespodziewanie udało nam się znaleźć apartament typu studio w cenie dla nas  dostępnej. Cztery osoby czynią koszty ekskluzywne mniej ekskluzywnymi. Będziemy mieszkać w Brugii w jednej z uliczek starego miasta, w domku liczącym parę setek lat, w którym szczęśliwie znajdują się  udogodnienia współczesnej cywilizacji. W Gandawie za to mamy mniej atrakcyjną miejscówkę, choć też studio, ale za to nad dużym kanałem. Mła jest zadowolniona z naszych poszukiwań, siedziałyśmy z Dżizaasem prawie cały niedzielny wieczór ale się udało. Koszty wyszły jak na last minute do Chorwacji, z tym że lot znacznie tańszy. Cóś się mła zdawa że cukier perłowy do gofrów  to mła sobie przytacha z Belgii. Dla każdego z nas  ta Belgia ma insze uroki, dla mła to przede wszystkim  Groeningemuseum, Madonna  Michała Anioła i szpital św. Jana w Brugii, no i Ołtarz Gandawski van Eyck'ów, dla Mamelona urok uliczek i targi brocante, dla Dżizaasa żarełko, także w  wydaniu muzealnym, dla Jądrzeja kanały i wszystko co po nich pływa. Poza tym wszyscy lubimy frytki, piwo i czekoladę.  Mła się bardzo  cieszy - tfu, tfu, tfu - że jedzie z przyjaciółą i rodzinką na wywczas w takie  interesujące miejsca. Dzisiejszy wpis mła Wam ozdabia grającymi aniołami pędzla Jana van Eycka i anielską muzyką. W muzyczniku muzyczka z XV wieku. Co prawda nie pienia anielskie tylko muzyka taneczna ale miła dla ucha.  No i pieśni z burgundzkiego dworu, to już bliżej anielskich  pień namalowanych przez van Eycka. Losy hrabstwa Flandrii były związane z Burgundią, dlatego bliżej, he, he, he.