poniedziałek, 22 czerwca 2020

Opowieści z kapusty i szczawiu

Były swego czasu bajki z mchu i paproci  to teraz będzie szczera prawda z okolic kapusty i szczawiu, Małgoś - Sąsiadka jest  nieszczęśliwa. Kiedy skończyła się oficjalna kwarantanna to zaczęła się pogoda niesprzyjająca wyprawom  pań mocno starszych na ryneczek. Owszem, Małgosia wychodzi na świat, drepcze do gołąbków, krzesełko sobie wystawia coby powietrza zażyć na Podwórku, były nawet spacery poza nieruchomość ale  do ryneczku Małgosi dojść ciężko. Pozostaje jej  korzystanie z chodzenia ryneczkowego mła. Małgosia niesprzyjające jej  okoliczności przeżywa na tyle cinżko  że usiłuje po  mła jeździć. Najlepiej  by było żeby mła miała stałe zatrudnienie na ryneczku bo tyle  razy musi nań wychodzić "po cóś jeszcze" że przynajmniej  mogłaby jakąś kasę  kosić za niemal nieustanne przebywanie na ryneczku. Oczywiście zrobiło się nam w końcu z tego  nieustannego przebywania źle,  zaistniało cóś  co Małgosia nazywa "wilcze oczy kozie gardło", mamy za dużo  żywności w domu.  Mła  ma ograniczone możliwości, żołądek ma konkretną pojemność  i rozciągać  w nieskończoność  się nie może.  Małgoś głównie jadłaby słodkie i to nie owoce ( jabłuszko, banan czy sezonowe owoce  jak truskawki czy czereśnie ) tylko ciastunia, sorbeciki, garaletki czy lody.  Jogurt jest be, nawet wymieszany z owockiem i lekko osłodzony. Za to nutella jest cacy.  Kiedy zdechł był por, zwiędła sałata i spleśniał nam chleb mła wygłosiła oświadczenie  że  koniec z marnowaniem  żywności.  Małgoś patrzała  na mła dziwnymi oczkami, tak  Felicjan patrzył na maumę kiedy cóś kombinował. No i  nastąpił dzień zemsty - jabłuszka z  bananem uprużono i dodano do tego kapustę i pomidor. Za okrasę robił tekścik "Nic się u mnie nie marnuje". Kapusta z bananem jest prawie tak dobra jak sałata z sokiem malinowym, mła pomyślała sobie "A więc wojna". Napisałam  do  Małgoś długi list ( żadne  tam  mówienie, waga słowa pisanego się liczy ) w którym zagroziłam przejęciem gotowania, donosem do dzieci i diabetologa że Małgoś zażera się słodyczami oraz limitem wyjść mła do sklepu i na ryneczek. Ponadto zażądałam wprowadzenia prawidłowej piramidy żywieniowej i niekombinowania z rachunkami i ukrywania lodów pod pozycją  "to zielone co go nie lubię" ( szparagi ). Chyba zagrożenie donosem poskutkowało bo dziś  zamiast kapuściano - bananowej ohydy jadłyśmy fasolkę szparagową z masełkiem a  Małgoś na deser męczeńsko wtranżalała  "suche" andruty, bo słoik z nutellą wziął był wyparował. Jutro na obiad zostaną zapodane duszony królik, młode ziemniaczki i mizeria, na deser truskawki. Gdyby  wzrok Małgosi  mógł zabijać leżałabym martwa od jakichś  pięciu godzin.

niedziela, 21 czerwca 2020

Deszcze niespokojne z okazji nadejścia lata




Deszcze codzienne i sauna, od czasu do czasu grożą w prognozach namiętnym wichrem. Mła usiłuje działać w ogrodzie mimo tropikalnych warunków. Walczy jak plantator kauczuku na Malajach z przerażającymi  stadami kumorów i z krwiożerczymi kleszczami. No bo wraz z dżdżem żywina drobna nam odżyła i w ogrodzie zaroiło się od wszelkiej "paskudy". Koty szczęśliwe łapią kumory a mła cóś mniej  szczęśliwa bo Alcatraz w tym roku został rajem ślimaków. Skorupki, nagusy, oczkowe, wszystkie żrą  zielone ze szczególnym  uwzględnieniem rarytetnych funkii. Mła powinna w zasadzie być zła ale jakoś nie jest, pewnie dlatego że cała jej złość na tydzień  przed wyborami skupia się na politycznych wszelkiej opcji.

Mła zadzwoniła do Mamelona bo nie jest w stanie przejść  tego kawałka co chałupkę  Mamiego od jej chałupki dzieli  i dowiedziała  się że Mamelon ma najprawdopodobniej zamontowaną antenę  w główce bo odbiera ( albo nadaje ) sygnały i ma dokładnie tak samo jak mła - usiłuje cóś robić po czym opada z sił i jest wypluta. Takie zdublowane zachowania dowodzą zdaniem mła istnienia jakiejś antenki. Co  gorsza powróciło Mamelonu uczulenie, na szczęście  lżejsza wersja. Mami dziś miała zaleganie po wczorajszym  grillku u Gosi za to mła postawiła na czynny odpoczynek. Spociła się jak  mysz ale jakieś dwa metry kwadratowe oczyściła z korzeni. Na przygotowanie gruntu pod azalki już jej sił brakło. Rąbnęła na trawę obok Szpagetki i uznała że szlus, trza jej  Mrutiego polującego na biedronki oglądać a nie dzikie wykopki w duchocie  urządzać.




Wraz z nadejściem lata kończy się kwitnienie kalikantusów, mła żałuje że  mija czas ich świetności. Nic to, będą piękne zielone liście. Mła tak polubiła  swojego  mieszańcowego kalikantusa że chętnie posadziłaby jeszcze przynajmniej jeden krzew tej odmiany. Roślina jest naprawdę cool, nie to co cherlawa  'Venus'.  Mła się zastanawiała czy nie posadzić go na tle jodły koreńskiej 'Silberlocke' i cisa 'Wojtek' ale doszła do  wniosku  że miejsce obok  tych roślin należeć będzie do oczarów. Oczar kwitnie zimą albo  w czasie  przedwiośnia, żeby należycie się zaprezentować potrzebuje odpowiedniego tła i roślin z tzw. przyjaznym systemem korzeniowym. Zarówno  jodełka jak i cis na sąsiedztwo i tło się jak najbardziej nadają. Znaczy  dla kalikantusa 'Hartlage Wine' trza szukać inszego miejsca, może  po drugiej stronie Alcatrazu.



Dzisiejsze fotki są takie pół  na pół, trochę z Podwórka a troszki z Alcatrazu. Z  okazji nadejścia lata mła udało się zrobić zdjęcie Sztaflikowi, kota była bardzo  wkurzona z tego powodu. Mła zwabiła ją na żyr, razem z  Okularią. Na koniec sfocona Szpagetka robiąca za odaliskę.  Chłopaki dziś siedziały troszki w domu w domu, Mrutek po łapaniu kumorów zalegał w wyrku a Pasiak na parapecie  bowiem postawił sobie za punkt honoru nie  wpuścić Epuzera do domu ( Epuzer oczywiście wlazł  innym oknem i ryczał o chlanie z inszego parapetu, Pasiak się kompletnie pogubił i miauczał na Mrutka, któren przybiegł go uspokajać - zgoda i cisza zapanowała dopiero kiedy michy  były pełne ). W przyszłym tygodniu madka kosi trawę, będzie się działo!



piątek, 19 czerwca 2020

Codziennik - dzień za dniem biegnie a nawet pędzi


Mła się wynarzekała do Mamelona że niby ciągle coś  robi ale  rzeczy dla niej istotne odłogiem leżą bo czas się jakoś złośliwie kurczy kiedy mła ma się za nie zabrać. Mamelon stwierdziła że czai bazę bo u niej z czasem robi się dokładnie to samo co u mła. Jestem zmęczona bo się zwijam jak ten mrówek  ale wokół mnie bordello kwitnie w najlepsze. Co prawda mła zaczęła w tym tygodniu trenować asertywność ale asertywność nie zawsze można zastosować. Covid nasz  powszechny jest   świetnym pretekstem do nieróbstwa ( ostatnio kurier któren  miał przywieźć umowę wymagającą podpisu nie zadzwonił do Cio Mary coby się konkretnie umówić, nie odbierał od niej  telefonu a jak już pod wieczór po całym dniu czekania się odezwał to zaćwierkał że ten brak kontaktu to przez zarazę ) ale mła wie że lenistwo na dłuższą metę źle się kończy i trza swoje zrobić.


W tym tygodniu mła odpuściła sobie zajęcia z wiedzy o świecie, już sam widok   gęb politycznych ją wkurza a jakby jeszcze miała ich słuchać albo czytać te ich mundrości dla świata to chyba by się obwiesiła z łobrzydzenia. Fuj, aż mła w przełyku gulgocze jak sobie o nich pomyśli. Mła poczytała sobie zamiast info  - info książkę rozrywkową, zajęła się urodą ( maseczka wewnętrzna z lodów z truskawkami ),  oblookała serial co to  jest polską filmową wersją kryminalnej powieści hamerykańskiego pisarza,  poszperała w necie w sprawie jednej paproci i dwóch  astrologów. Z całej okultystycznej otoczki w której tak lubili się pławić najwyżsi  nazistowscy przywódcy tylko działania Wilhelma Wulffa i Karla Krafta nie dają bardzo  prosto się wyjaśnić, mła się zastanawia czy były to tylko tzw. samospełniające się przepowiednie za którymi stał któryś z alianckich  wywiadów albo taki cwany lis jak Walter Schellenberg czy też oprócz wykonywania  poleceń  ci konkretni astrologowie jakimś cudem potrafili wyciągnąć wnioski jak nie z tych swoich wykresów to z czegoś inszego.

Większość ze spełnionych  przewidywań  można wytłumaczyć wiedzą operacyjną i wykonywaniem zadań wywiadowczych, ale jeżeli prawdą jest to że w 1941 roku czy też w pierwszej połowie roku 1943  Wulff   wyćwierkał  "Dass Hitler noch vor dem 7 Mai 1945 Jahre eines geheimnisvollen Todes sterben werde" a ambitny do  bólu   pronazistowski Kraft  w 1940 roku , zanim Hitler uderzył na ZSRR, zapodał że jeżeli wojna nie skończy się choćby częściowym pokojem z niektórymi aliantami do  zimy 43 roku  to Niemcy czeka katastrofa i to zapodał z konkretami,   to dokładność tych przepowiedni ( Wulff sobie mógł po wojnie koloryzować  ale Kraft zmarł  w  Buchenwaldzie w 45 roku więc nic nie kręcił po wojnie na swój temat  ) mła zaciekawia. Mła jest słabo wierząca w paranormalność więc  drąży co zostało dodane a co miało miejsce naprawdę, przy okazji odkrywając i insze  fascynujące rzeczy. Straszne czasy są naprawdę bardzo ciekawe.

W ogrodzie parno i duszno bo to co napadało paruje. Koty wygrzane jedzo średnio, znaczy chłopcy się rzucajo a dziewczynki to tak po pół porcji. Generalnie obowiązuje wypoczywu, nawet polowań zaniechano. Dopiero wraz z falą deszczu mła widzi koty w domu, przemoczone i niezadowolone drą sznupy o natychmiastową gratyfikację z powodu zmoczenia futer. Mła się wówczas uwija  bo niektórzy zbezczelnieli aż tak że usiłują mła podgryzać po piętach. Pasiak zadomowił się do tego stopnia że zaczyna pyskować  Epuzerowi, co  Mrutek przyjmuje z pełnym niedowierzania oburzeniem. Na szczęście Epuzer zażyty w  bojach, te  Pasiakowe pomruczyste pretensje ma gdzieś, bardziej  mu pasi uwielbienie  Mrutiego. Dziefczynki w ogóle  nie interesują się "chłopskimi" sprawami, dla nich najważniejsze to zająć właściwą pozycję w wyrze, na mebelku przy oknie, albo tuż - tuż przed monitorem. Zająć i nie ustąpić!


Znów miałam napad zakupoholizmu, na szczęście taki który można spokojnie określić incydentalnym ( słowo incydent brzmi zaprawdę uspokajająco ). Wszystko przez  pogodę bo zaczęło lać a ja tu znów bez parasola w centrum handlowym ( Ciotka Elka twierdzi że zapominanie parasola to jest zapomnienie  Freudowskie, nieświadomie świadome ). Na szczęście skończyło się tylko na poszewkach na poduszki ( dwie, przecenione z 29 złociszy na 9, 99 peelena ) i na malutkim kompleciku, znaczy  filiżance ze spodeczkiem, do espresso ( no bo ja mam po prostu za mało skorup do mycia ). W chwili pakowania zdobyczy do torby wiedziałam  że dałam ciała i trza mi uciekać z tych sklepów  bo kasa potrzebna jest na cóś innego niż kolejne poszeweczki czy skorupki. Cio Mary mła pocieszała że poszeweczki w każdej ilości są u mła  mile widziane bo koty przeca na wyrku zalegają i mła nieustająco cóś pierze w związku z tym zaleganiem. No ale nabycia nowej skorupki tak prosto wytłumaczyć się nie da a  i Cio Mary tyż nie jest do końca obiektywna bo i ona popełnia zakupowe  grzychy naprawdę cinżkie i w związku z tym jest skłonna wybaczać takowe u innych. Mła się zastanawia czy nie napisać za karę ze  100 razy "Minimalizm jest piękny, potrzebny i dobrze robi na duszę".

Na razie w ramach ekspiacji to mła wykonywa dżemy. Zaczęła od powidełek rabarbarowych  z bardzo małą ilością cukru ( dała też troszki, naprawdę tyci tyci,  muscovado bo wyrazistość tego cukru  wzbogaci rabarbarowy kwach ), w gryplanach wyprawa po truskawki i klasyczny dżemik. Może  będzie jeszcze robiony dżem rabarbarowo - bananowy i rabarbarowo - imbirowy chutney. O przetworach z czereśni nie ma co marzyć, nie te ceny owoców. Żeby poczuć się prawie bezgrzesznie  mła zaczęła tyż zapiski irysowe i nie tylko irysowe uskuteczniać w zeszyciku ogrodowym. W tym roku czeka ją zrobienie  nowych mapek  nasadzeń SDB. Szczęśliwie  zeszycik łatwiej uporządkować niż ogród, mła czyniąc zapiski ma wrażenie  że cóś ogarnia całokształt ( w realu ogrodowym  to mła niczego nie ogarnia  bo mało czasu może ogrodowi poświęcić a zielone robi co chce ). Szukając jakichś innych pozytywów zwycięstwa chwaściorów nad mła  to ona doszła do wniosku że przymusowe  nieróbstwo ogrodowe pozwoliło doprowadzić jej  krokodyle łapy do jako takiego wyglądu. Mła nabyła jeszcze w ramach promocji dwa  kremy do rąk i wciera zapamiętale mając nadzieję że jak ruszy w piel to dłonie jej nieurękawicznione będą odporne i nie zamienią się tak szybko gadzie łapy.


Dzisiejszy wpis zilustrowany domowymi fotami ( maseczka do użytku wewnętrznego i Pasiak na nielegalu na stole ). W muzyczniku The Hot 8 Brass Band gra stary hicior Marvina Gaye "Sexual Healing". Nie dość że Gaye wymawia się jak gej to jeszcze tekścik, Panie tego, o nieprzyzwoitościach. Odtrutkę Wam serwuję na tych wszystkich politycznych z nadania ducha  śniętego, których gęby są pełne dewocyjnej adoracji jedynego słusznego sposobu życia, a reszta ciałka usia siusia szaleje i tylko strach się w tych małych politycznych  móżdżkach gnieździ  coby się nikt  nie dowiedział. Bo to wstyd być złapanym. No a kraść to nie jest wstyd! Nawet jak złapią to zawsze można powiedzieć że to dla dobra ogólnego i w ogóle to odpalimy dolę, jakieś tam + na cóś. A z dupcenia nieprawomyślnego same  kłopoty!

czwartek, 18 czerwca 2020

Magnolia Siebolda

Tak w przerwach między smażeniem dżemów, załatwianiem tysiąca i jednej spraw, doglądaniem  Małgoś - Sąsiadki i edukacją kotów ( nie wiem czy to Pasiak czy  Mrutek wpadł na to że jak się zrobi  bunkier z upolowaną zwierzyną szarą - nie dochodzę  czy gryzonie to  zwierzyna płowa, dla mnie jest szara  - pod biblioteczką to madka smrodu padlinki nie wyczuje ) doskakuję do ogrodu. Nie tyle żeby coś  w nim zrobić, raczej tylko go sobie oglądam i wygarniam z niego rezydujące w swoich bazach  Szpagetkę, Okularię i Sztaflika, dla której okolice  Suchej  - Żwirowej chyba zrobiły się zbyt upalne ( jej  obecna  baza znajduje się pod jedną z magnolek ). Alcatraz mimo upalnej pogody nie jest duszny, od tej masy zieleniny w nim rosnącej bije  późnym popołudniem  i wieczorem  miły chłodek. W Alcatrazie kwitnie "najpóźniejsza"  z moich magnolek -  magnolia  Siebolda Magnolia sieboldii. Magnolia  Siebolda została nazwana  na cześć Philippa Franza von Siebolda ( 1796–1866 ), badacza flory i fauny Japonii, bardzo nietuzinkowego człowieka.

Gatunek opisano  w zachodniej  systematyce późno bo  dopiero w  XIX wieku (  w 1688 roku pierwsza magnolia - magnolia wirginijska - trafiła do Europy ). We wschodniej  Azji  ten gatunek magnolii nazywa się też koreańską magnolią górską bądź też magnolią Oyama. Naturalnie gatunek występuje w Japonii, na Półwyspie Koreańskim oraz w środkowych i północnych Chinach ( głównie w prowincjach Anhui, Jiangxi, Liaoning, Zhejiang, oraz północnej części Fujian, a także w regionie autonomicznym Kuangsi ).  Oprócz gatunku Magnolia sieboldii subsp. sieboldii występującego w Japonii, wschodnich Chinach i Półwyspie Koreańskim ( liście dochodzące  do długości 16 cm, kwiaty o 9 - 12 tepalach i czerwono - purpurowych pręcikach ) , wyróżnia się dwa podgatunki: Magnolia sieboldii subsp. sinensis występujący w południowo - zachodnich Chinach ( ten podgatunek  ma charakterystyczne  bardzo duże liście, dochodzące nieraz do 22 cm długości ) oraz Magnolia sieboldii subsp. japonica występująca w Japonii ( dla tego podgatunku typowy jest kwiat o  6 tepalach i zielonkawo - białych pręcikach ).

Magnolia  Siebolda zaczyna kwitnienie kiedy na krzewie są już liście, w czerwcu. W odróżnieniu do innych gatunków jak i mieszańców magnolii kwitnie długo i wytrwale, o ile  lato nie jest straszliwie suche i gorące  to kwitnienie  może ciągnąć  się i przez dwa miesiące.  Kwiaty  są czarkowate, lekko przewisają, dochodzą  do średnicy 8 - 13 cm. Bardzo przyjemnie i  intensywnie pachną.  Jednakże  nie wyobrażajcie sobie że  ta magnolka  jest wręcz obsypana kwiatami, to długie kwitnienie wynika z tego że kwiaty na magnolii Siebolda zakwitają stopniowo. Być może to że jest ich  mała  liczba na krzewie w jednym czasie i to że są one częściowo ukryte wśród liści sprawia że uprawa tej magnolii nie jest powszechna. Ogrodnicy rzucają  się raczej na mieszańce kwitnące na nagich pędach bo są  to kwitnienia spektakularne. Magnolia  Siebolda nadaje się raczej do ogrodów naturalistycznych, nie jest z takich "narzucających się oczom".

W naturze  magnolia Siebolda  dorasta nawet do 10 metrów  wysokości i jest rozłożystym, często wielokonarowym drzewem. U nas w ogrodach jest znacznie niższa, na ogół dorasta do 4 metrów wysokości i ma krzewiasty pokrój. Dość szybko wchodzi w okres kwitnienia, nawet bardzo młode krzewy produkują kwiaty. Magnolia Siebolda jest z tych wytrzymałych na zimowe  chłody, znosi spadek temperatury  do  -30 stopni Celsjusza  ( uprawia się ją w  Finlandii ). Gorzej jest z letnimi suszami, magnolie lubią kiedy powietrze i gleba są w miarę wilgotne. Jeśli chodzi o wystawę to świetny dla  tego gatunku magnolii jest półcień, w rozproszonym świetlistym półcieniu rośnie i kwitnie najlepiej. Wymagania glebowe takie jak u innych magnolek, lekko kwaśno i próchniczo. Magnolia Siebolda występuje też w"ogrodowych" odmianach  takich jak  'Colossus', która zdobyła nagrodę Garden Merit przyznawaną przez Royal Horticultural Society, czy 'Micheko Renge' odmiana o pełnych kwiatach którą wyhodowano w Japonii.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Wypoczywu




Było gorąco więc koty ze mła robiły sobie w miniony weekend głównie wypoczywu. W domku, w ogrodzie, u sąsiadów na parapecie, gdzie się tylko dało.  Niektórzy zaczynali od słodkiego zalegiwania prawie że w kłębuszku by  stopniowo się rozwijać. A jak się już rozwinęli!




A pozy jakie przy tym rozwijaniu się  przybierali i miny jakie strzelali!  Dobrze że Felicjan mła wytresował odpowiednio to zdumienie postępującą wraz z zajmowaniem wyrkowego terytorium bezczelnością mła  nie zatkało powietrza w płuckach. Najsampierw było delikatne szturchanie łapką coby mła się przesunęła  ale potem to mła otrzymała kopa "nóżką".




No bo Mrutuś to w czasie upałów lubi mieć wyrko na wyłączność.  Taa... Mła tyż prać nie może bo Sztaflik preferuje zaleganie na pralce i pralka ma ani mru - mru, Pasiak  opanował stół i tylko przesuwa lekko tyłek kiedy mła na tym stole żarełko im do misek ładuje. Na szczęście  Szpagetka i Okularia przebywają większość dnia w ogrodzie, zamieniają się bazami i to jest w zasadzie jedyny ruch jaki wykonują ( poza podejściem do misek ale  żądania są wysuwane w kierunku mła coby miski z żyrem przynosić do ogrodu ).





Całego stada mła nie sfociła bo Sztaflik nie życzy sobie focenia i zamieszczania fotek w necie, bo jak  wiadomo kotofile czyhajo a Sztaflik wyburczała  mła że o na nie będzie żadnym  obiektem. Natomiast dźwięk  uruchamianego  aparatu powoduje dużą nerwowość u Pasiaka, zdziwne bo Pasiak nikogo się już w zasadzie w domu  nie boi , Ciotkę Elkę  i Cio Mary wita miaukiem a od Małgoś - Sąsiadki domaga się żarła. Być może to  ta sprawa  z kociętami z sąsiedztwa, które podobno wcale nie są jego ( dwa się miotnęły, na szczęście rozdysponowane a kotka która się przybłąkała zaraz będzie miała sterylkę i zostaje w sąsiedztwie  na stałe ) i Pasiak się po prostu ukrywa ( małe są szare ).




Teraz opowiastki o czem innem. Mła kupiła sobie letni strój. Letni strój jest tak naprawdę koszulą nocną ale mła czem prędzej wycięła z niego durnowatą "bieliźnianą" wstążeczkę i ma pseudosukienkę na upalne dni. Taką domową rzecz jasna. O zakupie zadecydował wzorek ( to ten z wyznaniami  miłości do kotów i kawy ),  granatowo - szary, niebrudliwy  coolorek oraz fakt  że dzianinka  jest z normalnej bawełny. Cena była promocyjna i mła się skusiła. Natomiast przy męskim koszulku typu  t shirt mła popłynęła co w przypadku zakupu ciuchów  jej się niezwykle rzadko zdarza. Wzorek, Panie tego, był taki urokliwy że mła już się widziała jako tego potwora ubabranego w morskie potworzęta. Bawełna przyzwoita, cena niestety nie  ale mła pomyślała sobie że  nie była na wakacjach to choć podkoszulek  con animale marini sobie  kupi.  Sama sobie   tłumaczyła "A inni to na wódkę wydajo!" Teraz mła ubabrana w podkoszulek  będzie się przechadzać w upalne dni po ogrodzie i udawać że jest na wakacjach.


Na dworze ostatnio jest cóś zbyt ciepło więc mła z rana prawdziwego ( tak  kole  godziny piątej  z minutami ) przyniosła nowe kwiaty do wazonów. Mła się  pocieszy nimi  w  domowych pieleszach, po prostu  w domu pożyją dłużej niż w tym gorącym powietrzu na zewnątrz.  Teraz jej pachnie różami, jaśminowcem i przede wszystkim peoniami. Mła bardzo lubi zapach peonii, szczególnie odmian o białych kwiatach. Pachną, że tak to określę, bardziej wytrawnie niż odmiany o kwiatach różowych czy czerwonych . No i całkiem przyzwoicie  wygląda ten  peoniowy bukiet  w różowo - szarym wazonie ( mła się trochę bała że będzie "łowicki" jak ta wycinanka i zbyt jaskrawy róż peonii cóś się będzie  gryzł z wazonem ale da się to znieść, mogło być gorzej ).  Z rzeczy równie miłych jak kwiaty w domu  to  Tatuś zadzwonili i  mła się cieszy bo wygrała małą wojenkę psychologiczną. Mła sobie umyśliła że to Tatuś ma się interesować mła a nie odwrotnie bo mła się bardzo bała żeby  nasz Tatuś nie odniósł wrażenia że oto odchodzi z tego świata bo wszystkie córki jak jedna  niewiasta ( no bo przeca nie jak jeden mąż ) rzuciły się go o zdrowie dopytywać, telefonami, wizytami zadręczać. Ma być normalnie i Tatuś powoli z rekonwalescenta ma się nam zamieniać w naszego Tatusia. Chyba idzie ku dobremu bo Tatuś żyje swoimi zwykłymi sprawami. Ostatnio pouczał  Tytusa, któren znów przyniósł był cudze śmieci i usiłował je wciągnąć przez wejście dla kotów, w którym zresztą utknęły. Rattus to podobno anioł nie kot na tle  Tytusa  ( któremu  trzeba było uświadomić  ile kosztuje wywózka odpadów ). Mła stwierdza  że jest nieodrodną córką swojego Ojca, jest znana ze swoich przemów do zwierząt prawie jak św. Franciszek ( Mamelon zawsze ma bekę, bo mła czasem rozmawia z nią przez telefon prowadząc jednocześnie negocjacje z kotami albo przemawiając im do rozsądku ).