czwartek, 21 lipca 2022

Rozmyślanki upalne

Mła dżemuje wraz z Małgoś. Sport z tego zrobiła, Małgoś rano bladym świtkiem wstaje, włącza kuchenkę na najmniejsze grzanie i staje przy rondlo - patelni. Kiedy mła przychodzi świeżo wstana kole siódmej to dżemik już mocno paruje. Mła przejmuje mieszadło a Małgoś robi nam kawę. Pijemy po zdjęciu dżemu z ognia. Zazwyczaj wtedy słychać ryk kotów, które właśnie się obudziły i  postanowiły z łona przyrody przyleźć do domu.  Najwcześniej pojawiają się chłopcy, dziewczyny przychodzą w okolicy dziewiątej. Po nakarmieniu  widzimy tylko ogony znikające za oknem. My śniadankujemy w międzyczasie, mła przygotowuje obiad "na później" i całodzienny napitek dla Małgoś i ... idziemy spać. To znaczy oficjalnie idziemy do zajęć w podgrupach. Czytać mamy, przeglądać, ścibolić robótkowo ale tak się jakoś to zawsze kończy że oko nam się zamyka i chrapiemy od wczesnego popołudnia. Późnym popołudniem powtórka i radosne krzątanie do godzin nocnych. Koty ostatni posiłek jedzą jak  już jest ciemno i znów mła widzi ogony znikające, tylko tym razem w mroku. Kiedy mła się kładzie  to świta. I tak mija nam ten leniwy, upalny tydzień.

Mła się z okazji leniuszenia leniwie nad różnymi sprawami zastanawia. Upały kierują jej myśli w stronę zmiany klimatu.  Jak wiecie mła nie podziela przekonania że to człek odpowiada za wszystko złe na tej planecie, mła uważa że o  środowisko należy dbać ale ma uczulenie  na wszelkie wielkie akcje i szukanie winnego. Uważam że ludzie wkręcani czy przymuszani do robienia czegoś do czego nie są przekonani prędzej niż później fikną i wielkie akcje okażą się kontrskuteczne.  Mła jakoś bardziej odpowiada działanie od podstaw, uczenie na przykładach najbliższych, na tym co za oknem,   takie uczenie które w stopniu minimalnym ociera się indoktrynację. Niestety tzw. problem planety stał się opłacalny zarówno dla pieniężnych  jak i dla polityków, na rozwiązaniach które niczego nie rozwiązują  jak i na technologiach pozornie zielonych robi się niezłą kasę. Taa... a mła się tak leniwie zastanawia jak Sahara śmiała zostać pustynią przy tak niskim zaludnieniu i marnym śladzie węglowym, no jak śmiała z zielonej sawanny w ciągu zaledwie paru tysięcy lat  spiaszczeć doszczętnie?  No bo się lodowce stopiły. To ja się pytam kto je stopił? Na kogo trza nasłać  Gretę, dziecko ze Szwecji? Teoria "globalnej szklarni" i udziału w jej podgrzewaniu dwutlenku węgla przedstawiana jest jako jedyna słuszna, najzupełniej wiarygodna i wogle. Tylko że  zawartość CO2 w powietrzu to 0,01%, opór cieplny CO2  jest minimalnie wyższy od reszty gazów w powietrzu. No to może  ja czegoś nie kumam bo tępa jestem,  ale mła się cóś nie zgadza jak sobie mały rozumek  tym problemem  zatrudnia. Jak pytam to dostaję w odpowiedzi ondulowanie mgły a potem nieśmiertelne modele.  Jak się mła pyta  nadal wkarwiajaco dociekliwie to zaczynają że to metan całe zło i czy mła wie jako grozę  powoduje zasiarczenia atmosfery? No tylko mła nie o to pytała. Hym... taa... dlaczego znów mam poczucie że jest nie tak? Szczerze pisząc mła  tak sobie myśli że na temat klimatu  wypowiadać się to trochę tak jak wypowiadać się na temat geologii,  długotrwałe zmiany to coś innego niż  wahanie, skala czasowa się kłania.

Konkretnych odpowiedzi i  porządnego tłumaczenia ni ma. Mła to cóś nie lubi kiedy prace na modelach przedstawia się jako czystą, Panie tego, empirię.  Nie wiem czy i jaki mają wpływ ludzie na skalę obecnych zmian  klimatycznych, o ile takowe rzeczywiście istnieją a nie są okresowymi cyklicznymi wahaniami klimatu  zależnymi od zjawisk  kosmicznych. Mojego rozumienia zjawisk  nie sprzedaję jako prawdy objawionej, jedynej możliwej i w granicie wykutej. Nie jest ono  zgodne z  obecną opinią  większości  klimatologów, znaczy tych których poglądy propagują mainstreamowe media, czytaj koncerny. No cóż, nie tak dawno świat nauki twierdził, znaczy większość,   że Ziemia jest centrum naszego układu planetarnego. Taa... a upuszczanie krwi leczy wszystko. Czas pokaże  jak to jest naprawdę. Po co ujadać i się zaperzać w sprawie gazu stanowiącego 0,01%  atmosfery, jakby to o azot czy tlen chodziło. Spokojnie i bez nerw, emocje na bok. U nas podejście  do spraw związanych z klimatem jest chyba jeszcze gorsze  niż gdzie indziej. Polska prawica spod znaku Konfederacji stoi na stanowisku że Pambuk  nie będzie niczego zmieniał a już najmniej klimat,  bo ma umowę z posłem  Braunem  a polska lewica i środowisko skupione wokół  "Gazety Wyborczej"  to właściwie są tacy sami jak ta prawica,  bo  bez krzty wątpliwości  która powinna cechować  tzw. naukowy światopogląd, twierdzo że człowiek  będzie wszystko zmieniał żeby Pambuku, któren istnieje słabo albo wogle,  zrobić wbrew.  Jak dla mła to oni wszyscy są jeszcze  gorsi  niż ich  odpowiednicy na Zachodzie. Nerwujący, bo to "wiersz idioty odbity na powielaczu".  Dobra , nie zastanawiam się dłużej nad klimatem bo  mła się o politycznych ociera a jej to na zdrowie szkodzi. 

Pozastanawiam się nad nadgrzecznością, córką poprawności politycznej i jej siostrą nadniegrzecznością, tak, tak - córką tej samej poprawności. Mła o to zahaczyła rozumkiem kiedy czytała to co sobie czyta żeby się tylko  z lekka znerwować a nie ciężko wkarwić. Znaczy wiadomości kurtularne. Mła co prawda chciała o czym innym bo o wystawie malarstwa na Zamku Królewskim w Warszawie ale w oko jej wpadło cóś całkiem innego. Otóż mła się dowiedziała że Olga Tokarczuk uznała że literatura nie jest dla każdego a już na pewno nie dla idiotów. Mła to zaciekawiło bo straszne pultanie wokół tego było i mła się  tak cóś wydało że  Tokarczuk to w stół  rąbnęła a nożyce się odezwały.  Żeby sobie wyrobić pogląd mła polazła do źródeł i może i by się zdumiała, gdyby nie to że jest przyzwyczajona przez pismaków  do przekazywania wyrwanych z kontekstu zdań i przydawania im innego znaczenia.  Nie to jest  jednak w  całej gównoburzy  dla mła istotne jak ten przekaz był przez niektórych rozumiany albo co z nim usiłowali z sobie wiadomych pobudek robić, mła z okazji dyskusji jaka  rozgorzała na ten temat wzięła i się zadumała nad następującą kwestią - dlaczego tak chętnie personalizujemy głupotę?  To że ktoś ma w jakiejś kwestii poglądy ze zdrowym rozsądkiem niemające nic wspólnego  nie oznacza wcale że w innej sprawie będzie równie nierozsądny. 

Mła jest starą rurą vel starszą lejenicą i różnych ludzi  znała, z jej doświadczeń życiowych wynika że w każdym głupku jest  choćby krztyna mądrości a w każdym mędrcu choć trochę głupoty.  Tzw. mądrzy ludzie robią różne głupoty a ludzie uchodzący za głupich wykazują nieraz bardzo dużo zdrowego rozsądku. Mła sama  nie jest wolna od przypadłości generalizowania i przypisywania głupoty już nawet nie konkretnym ludziom co klasom społecznym, mea culpa.  Bezrefleksyjnie to się jakoś tak dzieje, ot na zasadzie  - nie zgadzają się ze mną, znaczy głupi.  Droga  donikąd  bo z głupotą się nie dyskutuje.  Z drugiej strony to głupoty nie da się tolerować, nie można  swoich poglądów i mniemania o błędności cudzych schować do kieszeni  i udawać że wszystko jest OK na tym najpiękniejszym ze światów.  Do czego prowadzi tolerowanie głupoty widać choćby po tym co się wokół nas teraz dzieje.  "Jak żyć panie Premierze, jak  żyć?"  - że sobie tak zacytuję klasyka. Mła doszła do wniosku że prawda ją wyzwoli, potrzeba absolutnej szczerości i odpersonalizowania  głupoty - ludzie robią głupie rzeczy, ludzie głupio myślą a nie ludzie  są głupi. Cinżko to idzie, mła do podobnych wniosków dochodziła z okazji innych głupot zapodawanych przez mendialnych i co? I nadal głupotę utożsamia z ludźmi, co jak się przyjrzeć  wcale mądre nie jest. 

Mła się wydawa że odpersonalizowując głupotę bylibyśmy w stanie przeciwdziałać samozagnaniu  do obozów walczących ze sobą plemion. Mła widzi jak rośnie polaryzacja w społeczeństwach, postawy skrajne zyskują coraz więcej zwolenników, coraz mniej  jest ludzi środka.  Mła nie lubi skrajności, to jednostronne widzenie świata zawsze się przekłada na jakieś  klęski dla człowieka a przechodzenie do skrajności cóś się teraz odbywa.   Przywołam przykład  hamerykański - ludzie jakoś nie widzą że największym problemem związanym z Trumpem  jest skrajność poglądów, których jest nośnikiem (  zdaniem mła Ryży jako rasowy człowiek interesu nie ma innych poglądów  niż te na zarabianie przez siebie kasy ) a nie jego nieprzewidywalność.  Tak jak największym problemem  demokratów jest skrajność rosnąca w ich szeregach.  To się sprzedaje bo skrajności wywołują emocje, nikt już nie myśli. A jak się nie myśli to się zaprasza głupotę.  Zaprasza ją  się z lewa, zaprasza ją się z prawa i robi się polityczną zadymę kole prostego w sumie stwierdzenia które się sprowadza do tego że nie każdy czyta  Tomasza Manna dzieła zebrane czy cóś w tym guście a niektórzy to nie czytają w ogóle,  bo  mają problem z przyswojeniem treści a literatura będąca sztuką jest dla nich czymś nie do przeskoczenia. 

Ot, stwierdzenie faktu.  Niedługo to stwierdzenie że  wschód słońca następuje zimą później niż latem będzie deklaracją polityczną. Lewica będzie pochylała się z troską nad tymi którzy  twierdzą że to nieprawda bo oni przeca zasługują na szacunek, a prawica to pojedzie tak bardziej w stylu  przeca nieprawicowego Żulczyka -  "Nie każde stwierdzenie że są ludzie głupi to klasizm, oni są i mają się świetnie  (  ... ).  Pod płaszczykiem walki z klasizmem często broni się ludzi, którzy tym wrażliwym, dobrym i walczącym równościowcom najchętniej zwyczajnie by wpie...li".  Taa... a bo ty głupi jesteś! I dlatego głupio  myślisz!  No takie to proste że aż prostackie. Jakże szybko przeszliśmy od zatrucia nadgrzecznością do  absolutnej nadniegrzeczności. Tak mła sobie myśli pakując dżemy do słoiczków. Z tego pakowania chyba wincyj pożytków niż z działań różnych takich uświadamiających ludziom kto jest a kto nie jest głupi a mających problem ze zrozumieniem prostego faktu że ludzie nie są równi a różni ( nawet równość  wobec prawa nie jest absolutna, wszak odpuszczamy ludziom którzy nie wiedzą co czynią ) i należy z tego się cieszyć a nie nad tym  biadać. No tak, ale dżemy to trzeba  umieć  robić, cholera wie, może niektórzy są na to za głupi, he, he, he. 

No dobra, mła się teraz szykuje do zalegania czyli dalsze dolce vita far niente w królestwie Kukanii będzie uprawiać. Sprawę zrobienia dżemiku z moreli mła obwarowała warunkiem zjedzenia przez Małgoś zielonej fasolki szparagowej w ilości większej niż  dziesięć  strączków, Małgoś bredzi cóś o postach w upał czynionych. Taa...  już  ja wiem  jak się te posty kończą - "Naleśnika bym zjadła" -  zje fasolkę będzie dżemik, mła ma nadzieję że krnąbrna pęknie choć aż tak bardzo nad morelami jej się stać nie chce. Dzisiejsze zdjątka towarzystwa przedstawiają się tak: na pierwszych dwóch fotach Sztaflik, na pozostałych Mruciu i Pasiak. Okularia uciekła a Szpagetka zabroniła się focić, bo obrażona - usiluje ją troche w domu przytrzymac, zdaniem mła kot wizytujący chałupę w godzinach 19 - 22 jest OK, kot wizytujący chalupę w godzinach 19 - 19 :15 absolutnie nie.  W muzyczniku dziś piosenki z "Rubber Soul".



wtorek, 19 lipca 2022

Codziennik - donosownik lub donośnik

Czujemy się z Małgoś wujowo, nie że źle i tak jakoś nie bardzo i wogle, tylko zwyczajnie wujowo. Pilnujemy się wzajemnie z braniem leków, mła dodatkowo pilnuje Małgoś z kalendarzem, ponieważ Małgoś oświadczyła że  coś czuje  ostatnio jakby ciągle była niedzierla. Mła by najchętniej wprowadziła gotowanie posiłków przez Małgoś, coby jej to  samopoczucie niedzierlne wybić z głowy ale nie ma serca. Jest gorąco i starsza pani może co najwyżej młode ziemniaczki umyć. Ponieważ robimy za chrome to zaopatrują nas "chłopcy" czyli synowie Małgosi, oczywiście narzekamy na jakość przynoszonych nam produktów. Nie żeby  były złe ale Małgoś uważa że należy dla zasady,  żeby ród męski sobie nie myślał. Mła by tam sprawiedliwość rodowi męskiemu w osobach dwóch oddała ale Małgoś twierdzi że nie ma mowy, bo nie będzie synowym krnąbrnego chłopstwa zadufanego w sobie fundować. Zdaniem mła synowe  Małgoś z tych, które by sobie ze smokiem  poradziły ale jak każą robić za fumiastą primabalerinę i powołują  się na 94 - letnie doświadczenie życiowe to mła nie pyskuje tylko udaje hrabiankę Grymasellę  i patrzy wymownie na ten stanowczo zbyt czerwony rumieniec na skórce moreli i niewłaściwy rozmiar jajka prosto od chodzącej wolno wiejskiej kury będącej własnością znajomego. Hym... synowie Małgosi twierdzą zgodnie że upodabniam się do ich mamusi, jeszcze tylko upór dzikiego osła i wybiórcza głuchota i cała matka ukochana. No tak, będę trenować aby stać się takim ideałem, he, he, he.

Nawiedziła mła Mamelon przyjęta w progu, chodziłyśmy po zarośniętym podwórku i mła się wylała do Mamiego co myśli na temat swojego organizma, który robi się wredny i powoduje u mła uczucie bezradności. Mamelon rozumie bo sama walczy ze swoim organizmem, któren jest głupi i zwalcza czasem sam siebie co dla Mamelona oznacza półroczne walki z alergią a potem leczenie tego co leki przy okazji załatwiły. Ech... staroruryzm  miewa  takie paskudne strony  o których człeku się w ogóle nie chce myśleć. Mamelon radośnie zauważyła że koszulka w której mła  chadza po domu coś uflejana, mła niestety ostatnio na okrągło pierze - koty odkryły kąpiele piaskowe. Ta sierść to jak włosie XVIII wiecznych elegantek i elegantów - przypudrowane. Mła je musi wycierać, one też czują że się muszą odpudrować ocierając się, najlepiej to o mła. Nie wiem co jest grane że wzgardzane jest trawkowanie, może za bardzo trawa wyschła czy coś. Mła teraz ma na warsztacie zaległe wpisy podróżnicze, powoli jej idzie. Co do naszych wojaży to postanowiłyśmy z Mamelonem zastosować technikę last minut, jak się uda to OK,  jak się nie uda to trudno. Dziś za ozdóbstwo robią syrenki Victora Nizovtseva, które wyniuchał Kocurrek. Ech... jak mła tęskni coby tak posyrenkować w wodach jakiego ciepłego morza. W muzyczniku  znów egzotycznie. Hula na Wyspach Hula Gula, he, he, he.





niedziela, 17 lipca 2022

Codziennik - zwolnienie obrotów

Mła zalecono zwolnienie obrotów w związku z tym  mła jakby szczęśliwsza bo ma podkładkę pod leniuszenie i zamierza z niej dzielnie korzystać. Rabarbara miała rację że mła taka słabosilna, no jucha u niej taka se i wogle mła stara to się mła należy odpoczynek.  Tym  bardziej że  mła mimo przeciwwskazań się wzięła i przyłożyła do kontaktu z mendiami a to na nią źle wpływa, czarna żółć się jej nadmiernie ulewa. Mła zatem będzie z kotami z czystym sumieniem  leniuszyła bo: Małgoś jest obgotowana ( w związku z tym bardzo niezadowolona i usiłująca wymyślić dla mła robotę typu smażenie kolejnych dżemików, które w tajemniczy sposób będą  zmniejszać objętość wcale nie przez odparowanie soku ), koty obkupione, pogoda na ogrodowanie średnia a mła ma nowe pomysły na użycie nowych kredek i i może sobie przy tym siedzieć a nawet zalegiwać, co jak najbardziej podpada pod leniuszenie.  

 
Mła nabyła tak na pocieszkę inflacyjną sukinkulenta po tytułem Notocactus buiningii, któren zauroczył ją kulistym kszatłtem i czymś co mła nazywa klasycznym rowkowaniem a co po botanicznemu się całkiem inaczej nazywa, jakoś tak mało szlachetnie jak dla mła. Kaktus był tani, tzn. mła sobie mogła pozwolić pod warunkiem dalszego chodzenia paru przystanków, niestety długich, po zakupy do naszego centrum osiedlowego. To że mła się rusza to dobrze ale czas mła kradnie przez to chodzenie. Zatem kaktusik ma swoją cenę. Mła starannie oblookała  go przed posadzeniem ale  i tak na razie stoi na parapecie kwarantannowym, znaczy kuchennym. Stosuję ci ja kwarantannę bo na kaktusach zdarzają się wełnowce, których człek nie zauważy. Lepiej pryskać jednego kaktusika, niż całą kolekcję. Kolega w mniejszej doniczce kwarantannę właśnie był zakończył i z honorami został  ustawiony wśród innych kaktusów.
 

Mła udała się w sobotę na rynek i zakupiła czereśnie, polazła  późno coby bezczelnie się targować o cenę. Ma to znaczenie bowiem  mła wykonywa w tym roku przetwórstwo w nieco większej ilości, mła ma swoje zobowiązania. Mła  była bardzo dzielna, usłyszała nawet  - "Pani to jest". Mła atakowała za pomocą argumentów które  cinżko było odeprzeć, no wiecie - w poniedziałek to pan to i tak będzie musiał przecenić. No i tak mła dostał się  owoc pierwszoklaśny w cenie drugoklaśnego, co  Małgoś potwierdziła natentychmiast bowiem czereśnie się do niej śmiały a jak owoce śmieją się do Małgoś  to mła w nią natentychmiast je ładuje,  bo nie wiadomo kiedy uśmiechną się do niej znowu. Mam nadzieje że nie będzie jakichś sensacji gastrycznych z racji tego uśmiechania. Hym... czereśnie  działają nie tylko moczopędnie.  Do lodóweczki poszły ale dziś je wyciągnęłam. Wiem, wiem,  miałam leniuchować, drzemać   a nie  dżemować ale smażenie działa na mła uspokajająco.

Uspokojenie się przyda, ledwie mła się otrząsnęła z niespodziewanego wybycia z tego świata Rominego Gacusia a już dostała z liścia nagłym pogorszeniem stanu Mefju u Kocurrka. Szło dobrze z leczeniem, kocizna jadła a tu nagle bach i szybkie pogorszenia i to takie bardzo, bardzo, ze szpitalikiem i wogle.  Mła nastawiła Mrutka ale się martwi bo Mefju  kot wiekowy. Swojemu stadu mła zabroniła chorować, wygłosiła do nich przemówienie że niech się nie ważą i wogle a one obiecały że nie będą  o ile tylko dwa razy w tygodniu będzie wołowina. Będzie, choćbym musiała  ludzkiego pitolenia w kółko wysłuchiwać, papirki nieustająco wypełniać, na dupsku siedzieć i na wakacje jeździć popołudniami tramwajem do Pabianic albo Ozorkowa. Adriatyk oddala się i tak, wraz z zachodzącą za horyzont złotówką.

Po pierwszym smażonku, po domu owocowy zapach się niesie, mła z lekka uspokojona.  Z lekka bo niepokój znany tym którzy są posiadani przez zwierzęta gdzieś tam we mła siedzi.  Mła się zajmuje przeglądaniem książeczek rozweselających, podpijaniem herbatki ( owocowej, do oprawiania czereśni mła sobie strzeliła lapsanga, bo czynność z tych ryzykownych, można zasokować wszystko wokół i trza napitku mocnego ), wychynęła nawet do ogródka. W ogródku wiejąco więc mła założy kamizeleczką bo zamierza swojemu ogrodowi złożyć wizytę.  Oficjalną jak najbardziej, bo jakby nieoficjalna to miała być to mła by  się w piel rzuciła jak dzika pielnica. Taa... mła zanim wylezie to jeszcze witaminkę b połknie, trzy razy sobie powie  - perz też roślina a podagrycznik to samo zdrowie - i pogapi się jak koty polują na siebie  wzajemnie w niekoszonej trawie. Iryski mają przyjechać  do mła dopiero w sierpniu, mła jeszcze ma czas na przygotowanie dla nich miejsca.

Dobra,  to by było  na tyle jeśli chodzi o zwolnienie obrotów przez mła. Zdjątka zamieszczam domowe bo ogrodowe byłyby obrazem straszliwego zapuszczenia. W muzyczniku dziś bardzo spokojnie - João Gilberto.



piątek, 15 lipca 2022

Pressówka - mła wśród pijawków i innych ohydztw

Mła  tu jest poszturchiwana bo się dzieje  a mła prasówki nie robi. Hym... mła się tak prasówkę chce robić jak psu tańczyć, kontakt z politycznymi ma w sobie cóś z wchodzenia do wody  w której grasują pijawki i inne oślizgłości. Dobra, mła zacznie od tematu który jest evergreenem mendialnym, od koronawirusa, jednej z najdłuższych srandemii w dziejach świata i cóś wyjątkowo wybiórczo działającego wirusa atakującego głównie ludność dobrze uposażonych  krajów.  Teraz będzie cytat - profesor Christian Perronne się wylał  - "Zlekceważyliśmy naukę, ponieważ wszystkie decyzje naszych polityków oparte są na opinii ekspertów, którzy na nieszczęście i o tym już wiemy,  są w poważnym konflikcie interesów dotyczących  związków z przemysłem farmaceutycznym i podejmują decyzje w sposób tajemniczy, podając zero referencji naukowych.".  Jakby kto myślał że to bredzenia naukowca  to na potwierdzenie jego właściwej oceny skuteczności dotychczas stosowanych  sposobów opanowania  rozwoju  pandemii,  proponuje się zapoznać  z wynikami  z Wielkiej Brytanii, w której po wielkiemu  cichu zarzund opublikował raport potwierdzający że ​​liczba zgonów z powodu covid 19 dramatycznie cóś wzrosła wśród potrójnie wyczepionej populacji w Anglii w ciągu ostatnich kilku miesięcy, podczas gdy cóś drastycznie spadła wśród populacji, która nie brała udziała w zabawach z czypawką. 

W marcu 2022 roku  brytyjska Agencja Bezpieczeństwa Zdrowia ogłosiła, że ​​ od 1 kwietnia 2022 roku nie będzie już publikować "na bieżąco" stanu wyczepień, przypadków chorobowych, hospitalizacji i zgonów z powodu koronawirusa w Anglii.  Spoko, inna brytyjska agencja rządowa,  Office for National Statistics, właśnie opublikowała dane na temat zgonów według statusu wyczepień. W samej Anglii według ONS, w ciągu tych dwóch miesięcy doszło do 4935 zgonów na covid - 19, wyczepieni stanowili 4647 z tych zgonów. Trzykrotnie wyczepieni to  4216 zgonów, niewyczepieni  to  zaledwie 288 zgonów. Tak, to na pewno te wielkie liczby zaczepionych w stosunku do  niezaczepionych odpowiadają za tę różnicę.  Co prawda ona ma się nijak do ilości zaczepionych i niezaczepionych  w społeczeństwie brytyjskim.  W ogóle cóś się  te wszystkie liczby rozjeżdżają ale co tam.  Najnowsze dane pokazują, że wyczepiona populacja w Anglii odpowiadała za szokujące 94% wszystkich zgonów z powodu covid  - 19  w kwietniu i maju, a 90% tych zgonów należało do populacji wyczepionej potrójnie lub poczwórnie.  Ponieważ  zarzundy nie dogadały się z firmami farmaceutycznymi w sprawie kontraktów  czepionkowych  to usiłuje się  wprowadzać covid - 19  na nowo zapominając  o tym że żadna pandemia nie trwa wiecznie. Zarzundy powinny  ostro przyhamować Big Pharmę bo jak tak będą podskakiwać to mają coraz większą szansę usłyszeć od  niewdzięcznych zarzundzanych jedni słówko spierdolamento a drudzy słówko nacjonalizacja, co dość szybko ostudzi zapędy.  Prawdziwy kryzys zawsze rozwala ten dmuchany. W UK ichni resort zdrowia radośnie  przywitał się z niejakim Centaurusem, krewnym  Omicrona i ćwierka jak to w razie czego "przywróci restrykcje w celu ochrony służby zdrowia".  Hym... jak tak będą chronić służbę zdrowia to niechronieni  obywatele zapędzą polityków do samolotów do Dupaju lub innego zamordystycznego Singapuru. Kop w dupska się należy za te nieskuteczne a rozwalające gospodarkę restrykcje. Cóś się ostatnio  u nas w narodzie po fali imigracyjnej utwardza przekonanie  że pandemia jakby fałszywa, czepionki nieskuteczne a testy oględnie pisząc niemiarodajne. Zaciekli foliarze  dodają że tylko barany w tym przedstawieniu  prawdziwe, co mła uważa za spore nadużycie, bo omamić niegłupich ludzi można skutecznie kiedy się dysponuje mendiami siejącymi strach i powodującymi panikę.

Zamordowano byłego premiera Japonii. On był były ale nadal miał spore wpływy. Jak to w Japonii sprawa ma drugie, trzecie, czwarte i piąte dno. Złośliwi twierdzą że zginął przez części dostępne w sklepach budowlanych. Gdyby stalowe rurki nie były powszechnie dostępne, tylko dostępne za odpowiednim zezwoleniem, zapewne by nie zginął. Taa... w Japonii z dostępem do broni coś cinżko, jak widać żadna to przeszkoda. Abe Shinzō wywodził się z establishmentu, urodził się w rodzinie polityków. Był wnukiem premiera Kishi Nobusake i synem byłego ministra spraw zagranicznych Abe Shintarō. Ukończył nauki polityczne, a potem jak to w Japonii w zwyczaju, poszedł w wielkie biznesy. W 2006 roku został najmłodszym premierem w historii powojennej Japonii, ale już rok później odszedł ze stanowiska. Związane było to z aferami finansowymi w szeregach jego rządu, czego efektem było samobójstwo ministra rolnictwa. W 2012 roku został przewodniczącym Partii Liberalno - Demokratycznej, a w grudniu ponownie premierem. Sprawował tą funkcję aż do 2020 roku, kiedy zrezygnował z "powodów zdrowotnych" po czym przesiadł się na tylne siedzenie nie zdejmując rąk z kierownicy. Chciał zbroić Japonię, tak na bardzo poważnie. 2 kwietnia 2022 roku opublikowano artykuł Abe zatytułowany "US Strategic Ambiguity Over Taiwan Must End". Chociaż Abe nie był pierwszym, który napisał artykuł wzywający do otwartego, zdecydowanego i wyraźnego zaangażowania USA w obronę Tajwanu, gdyby Chiny zaatakowały, był zdecydowanie najbardziej wpływową osobą, która to zrobiła. Sprawca sam przyznał się do winy i przekazał, że zabójstwo nie miało podłoża politycznego. No i wszyscy uwierzyli.

7 lipca premier Wielkiej Brytanii Świnek Pepa ogłosił, że podaje się do dymisji.  Skandale, które namiętnie wywoływał   nie mają tu nic  do rzeczy, po prostu stado innych świnek poczuło że może Świnka Pepę wygryźć i samemu zająć ten miły  lokal Downign Street 10.  Hym... tylu kandydatów na szefa partii i  brytyjskiego zarzundu co mynistrów w zarzundzie, znaczy prawie wszystkie świnki się   rzuciły z chrumkaniem jaki to Świnek Pepa podły i wogle. Jak na razie  na czele peletonu jest tercet egzotyczny, znaczy jeden Anglo - Hindus i dwie babki.  Dla nieznających tematu -  anglo - hinduski  faworyt wyścigu to miliarder który raczył był w tevałce zapodać  że on to właściwie nie zna dobrze  nikogo z klasy pracującej. To dlatego że on  nie z tej  kasty do której pracujący na etacie mogą podchodzić w celu innym  niż obsłużenie. Wyspiarzom powinien się podobać, oni utrwalili u się system kastowy zassany z Indii przez osmozę.  Nowy przyszły urodził się  w Southampton, studiował w Oxfordzie, MBA zrobił w Stanford. Jego żona jest córką miliardera, założyciela Infosys i płaci podatki poza UK. Facet pracował  w Goldman Sachs, za co powinien dostać zdaniem mła trzy lata co najmniej,  i w funduszach hedgingowych, no i jest ministrem finansów. Mająteczek ma niewielki, cóś około 700 mln funtów. Ostatnio postanowił ocieplić wizerunek i pokazać że jest normalnym ludziem a nie wyalienowanym ze społeczeństwa miliarderem, bo umówmy się,  te 700 milionów to tak oficjalnie a co  w Panamie czy na Kajmanach  tego nie wie nikt. Wyszło to ocieplenie jak u Monty Pythona, chciał nadzianiec   pokazać się  jako człowiek znający problemy zwyklaków,  znaczy  wysiadł ze swojego bentleya,  wsiadł do pożyczonego od pracownika samochodu marki kia,  podjechał na stację  benzynową i przed kamerami zatankował po czym wyjął kartę przy budce kasjerki i próbował nią zapłacić pocierając kartą  o stojak od czipsów.  No wiedział że gdzieś  trza potrzeć.  Hym... mła tyż tak ma z kartami ale nie jest miliarderką. No  tak, typowy brytyjski konserwatysta - Margaret, córka sklepikarza,  obraca się w grobie. 

W klimatach commonwealthu pozostając to na Sri Lance, zwanej dawniej Cejlonem, pogromcy Tamilskich Tygrysów, ród Rajapaksów, właśnie był się rozstał z władzą w sposób przymusowy a mało przyjemny. Prezydentowi ledwie udało się uciec na jakieś Malediwy czy inne Seszele, skąd pewnie uda się do Dupaju, ulubionego miejsca na Ziemi różnego rodzaju swołoczy. Klan Rajapaksów zatruwał wyspę od dwóch  dekad i najwyższa pora była   na pozbycie się nepotycznej i cinżko nacjonalistycznej  zarazy.  Nasze mendia, szczególnie  te lewicowe,  z lubością sprzedają ten kryzys cejloński jako "związany  z poważnym spadkiem dochodów z turystyki w okresie pandemii" Taa... W państwie rośnie inflacja, która wynosi już 60 %, brakuje żywności, paliw, występują długie przerwy w dostawach prądu a z  powodu kryzysu walutowego kraj nie jest w stanie importować podstawowych towarów i jest bliski kryzysu humanitarnego. Prezydent uciekł a ludzie zostali z tym całym  bajzlem na głowie. Koronawirus?  Nie,  do całego nepotycznego pierdolnika napędzanego korupcją doszedł zielony ład po ichniemu.  Znaczy  teorie Vandany Shivy,  która  jest alterglobalistką  i zwolenniczką ekofeminizmu ( w związku z czym lewicowe środowiska  uważają że z ust jej płynie prawda objawiona, wszak dowala ona, często bardzo słusznie, różnym korporacjom i jest taka zielona jak dolary  ) stanowiły dla  cejlońskich zarzundzających wskazanie do wydania  w ubiegłym roku zakazu stosowania nawozów sztucznych. Tym bardziej że z piniążkami na te sztuczne  było już krucho.  Tak, tylko  rok to trwało a starczyło, żeby kraj dopadł głód, a zdolność eksportu podstawowego źródła walut, jakim była,  bo już nie jest, herbata spadła o 3/4.  Oficjalnie uprawy zmniejszyły się o  20% ale eksportowa dziura jest większa. Być może dlatego że mniejsza wydajność wcale nie przełożyła się na  jakość produktu. Cóż, samym kompostem się plonów w produkcji przemysłowej nie uzyska. Prawda jest taka że prędzej  czy później, każda uprawa monokulturowa wyjałowi ziemię. No a wprowadzanie na łeb na szyję ekologicznych upraw niczego nie  polepszy tylko pogorszy.  Sri Lanka ma do spłacenia 51 mld USD. Głównie Chinom. Tak się kończy kombinowanie  na chybcika z ekologią  i spotkanie  z realem,  w pełni ekologiczna produkcja rolna zaskutkowała niebywałym kryzysem żywnościowym i politycznym, takim nie do ogarnięcia. Dobry jeżu, tak na marginesie  to jak mła nie lubi tych od opowiastek o radościach upraw GMO, tak samo nie znosi nawiedzonych, którzy uważają że da się przywrócić planetę do stanu sprzed rewolucji agrarnej i że odbędzie to się z poszanowaniem prawa człowieka do życia. Odloty, co z tego że w różnych kierunkach kiedy oba wkarwiające.

Jak  już jesteśmy przy produkcji rolnej  to zajrzymy sobie do Niderlandów, gdzie premier Rutte, który jest o wiele za długo premierem, i jego zarzund uprawiają strzelanie amunicją ostrą do traktorów.  Z Niderlandów śmierdzi nie alterglobalizmem tylko takim zwykłym globalizmem, przaśno - koncernowym. Gorzej niż gnojówką z przemysłowych  hodowli świń.  Holendrom udało się to co właściwie nie miało się prawa udać - Niderlandy są drugim po USA największym eksporterem produktów rolnych na świecie. Holenderski eksport produktów rolnych  to towary o wartości ponad 65 miliardów euro rocznie, co stanowi 17,5% całego holenderskiego eksportu. W czasie w którym podobno Afryce ma grozić głód,  zarzund niderlandzki, który już całkowicie odleciał po zmianie nazwy państwa,  postanowił był  zlikwidować 30% produkcji rolnej, bo nie jest ekologiczna. Tak, to prawda że żywność produkowana w Holandii zostawia czasem wiele do życzenia ale podcinanie gałęzi na której się siedzi w oczekiwaniu że Niderlandy załapią się na  kontrakty od kontraktów, które na dostawy żywności z krajów Ameryki Południowej zawierała Makrela, jest działaniem z minionej epoki. Puk, puk, to ja zielony ład, poszedłem się walić razem z niemiecką soft power. No niderlandzki zarzund cóś nie zauważył zmian i postanowił popełnić rozszerzone samobójstwo, znaczy takie ze wszystkimi Niderlandczykami, Holendrzy  zdaje się nie zamierzają niczego popełniać. Tak po prawdzie to cała sprawa śmierdzi naprawdę wielką korupcją, jak na razie wylazło że pociotko - szwagier  od kogóś z mynisterstwa od cud pomysła dostał od jednego znanego pana z Hameryki, kojarzonego z systemami operacyjnymi, czepionkami i dużym parciem do zarządzania przy jednoczesnej niechęci do startowania w demokratycznych wyborach, całe pół miliarda tracących wartość dolarów "na rozwój forrmy", przepraszam - "firmy". Hym... mła ma cóś wrażenie że "traktory zdobędą wiosnę" bo ku zgrozie zarzundzających rolnicy z inszych krajów zamiast psioczyć na holenderskich producentów żyjących z unijnej kasy ich kosztem, to się wzięli i zaczęli cóś jakby europejski ruch formować. O dziwo, ta integracja europejska, jak najbardziej oddolna to  zaczęła tym od integrowania odgórnego wyraźnie się nie podobać. Niektórym to naprawdę cinżko dogodzić.

Józef Biden rozpoczął tourne po Bliskich na Wschodzie. Oficjalna wersja jest taka że pojechał prosić o tanią ropę i dopieścić układ Izraela z sunnitami. Nieoficjalnie pojechał żeby uświadomić pięknego  a złego księcia z Arabii Saudyjskiej  czym  może się skończyć odejście od petrodolara.  Piękny a zły książę chciałby bowiem  mieć petrojuana ponieważ czuje  że chiński zamordyzm cóś lepiej  będzie konserwował władzę Saudów. To nie jest tak że książę  zły a Józef to rycerz jasności, to by było zbyt proste. FED czyli  prywatna instytucja czuwająca nad siłą  hamerykańskiej waluty od lat oszukuje świat i amerykańskiego podatnika drukując pusty piniądz. O ile hamerykański podatnik czuł że może pogrozić politykom żeby oni pogrozili piniężnym  o tyle takiego poczucia nie mieli i nie mają ci którzy w  hamerykańskiej walucie rozliczają transakcje. Nie da się ukryć że pusty dolar to bezczelne złodziejstwo i stąd pomysł monetarnego porządku BRICS.  Taa... Jest tylko drobne ale, juan jest walutą równie śmieciową co waluta hamerykańska.  Chiny czyli główny motor BRICS, miał równoważyć światową gospodarkę ale wygląda na to że nie zrównoważy. W Chinach rozprzestrzenia się panika bankowa, jak na razie  z niewielkim  hałasem, cóś jak początki covida złego. Niektóre z  banków w tym kraju ogłaszają zamrożenie wypłat, deklarując w praktyce scenariusz "bail-in", w którym ludzie nie odzyskają swoich pieniędzy.  Na tym tle doszło już do zamieszek z policją w   w mieście Zhengzhou, z rannymi i tak dalej. Wyglądało to tak że w kwietniu banki zamroziły depozyty o wartości milionów dolarów, informując klientów, że modernizują swoje systemy wewnętrzne. Od tego czasu banki nie wydały żadnego komunikatu w tej sprawie a dostępu  do forsy nie ma. Według chińskich mediów zamrożone depozyty w różnych lokalnych bankach mogą być warte od 178 milionów do 1,5 miliarda dolarów, a władze z troską się pochylają nad działalnością  trzech  banków.   Nie jest żadną tajemnicą, że w Chinach  i nie tylko  w nich, kreacja pieniądza ( czyli nic innego jak zadłużenie  poprzez działanie w systemie rezerw cząstkowych ) jest na bardzo wysokim poziomie   ( czyli ten słynny chiński wzrost PKB jest pompowany długiem ). Wg. danych oficjalnych dług prywatny w Chinach wynosi 2,5-3- krotność PKB Chin. Hym... rozumiecie już co oznacza panika na takim rynku. Depozytariusze w masie przychodzą wyciągnąć   swoje pieniądze i system pada.  Chińskie banki musiałyby wypowiadać umowy kredytu by zwrócić depozyty klientom, szukać finansowania na rynku lub być nacjonalizowane.

Tak się objawiają bańki spekulacyjne. Któś cóś przeinwestował, w Chinach rok temu zaczęło padać budownictwo, budowa 50 miast duchów się nie opłaciła.  Na dzień dzisiejszy  pesymiści  podają jakieś okrutne dane - zadłużenie zagraniczne Chin ma  wynosić  300% PKB plus  500%  zadłużenie wewnętrzne. Do tego zabawy znudzonych elit w wojny światowe z USA o Tajwan. Partia komunistyczna oprócz zabaw tajwańskich ma świetny plan dodatkowy, pomysł na rozwiązanie problemu poprzez  regulowania wypłat - kiedy  w aplikacji na telefonach wyświetla się  czerwony kod  nie można wypłacić pieniędzy. Kto ma zielony kod, ten wypłaca. Doskonałe narzędzie kontroli i "wychowywania", Chińczycy jak widać kochają zabawy w coolorowe apki.  Tak, tak  trzymajcie wszystko w bankach na kątach  i płaćcie kartami i telefonami. Zapłata gotówką to atrybut wolności. Jeśli ktoś chce wymusić na człowieku płatności bezgotówkowe ( jak duże koncerny typu IKEA ), które można arbitralnie zamrozić, zablokować, zawiesić, to jest zagrożeniem, które chce pozbawić człowieka jednej z  wolności pod pozorem udogodnień. Telefon  komórkowy zamienia się z wygodnego narządka mającego służyć  człowiekowi w narzędzie kontroli człowieka. Sorry ale trzeba być  ślepym żeby nie widzieć. Wszystkich tych którym wydaje się że BRICS to system, który niby ma zmienić świat na lepszy. Nie,   jest to system podtrzymania autokracji państwa. System dolarowy zaś  to system podtrzymania ukrytej autokracji piniężnych, usiłujących zagarniać dla się rolę państwa. Wolność i demokracja ma się do obu systemów jak pięść do nosa!  Znaczy mła czeka na leśniczego który pogoni z lasu i Niemców i partyzantów. Dlaczego? Dlatego że w demokracjach zachodnich tyż  można  człeka odciąć od kasy, na Cyprze to zrobiono. W majestacie bezprawia. Piniążkami z rachunków spłacono tam długi z  lat socjalnego rozdawnictwa. Tak nawiasem pisząc w czasie  kryzysu bankowego na Cyprze  tylko co drugi człek w wieku produkcyjnym był zatrudniony. Czy cóś Wam to  przypomina?

Wojna na Ukrainie. Tak jak w poprzedniej prasówce mła nie ekscytowała się sukcesami Rosjan tak w tej nie ekscytuje się sukcesami Ukraińców. Wojna wygląda jak wygląda, dla cywilów zawsze jest horrorem. Całkowite zajęcie połowy obwodu ługańskiego zajęło Rosjanom 134 dni. Wykorzystali w tym celu dziesięciokrotną przewagę swoich wojsk  nad ukraińskimi pod względem liczby armat i artylerii rakietowej, amunicji. Teraz Ukraińcy dostali rakiety i walą w rosyjską aprowizacje, znaczy niwelują przewagę  przez odcięcie paliwa i dostaw broni. Rosjanie za to walą cóś nieprecyzyjnie co ma tragiczne skutki, drugi raz udało im się rozwalić centrum handlowe, najprawdopodobniej przy ostrzale innego celu. W drugiej fazie wojny  militarnej,  region Ługańska został przez Rosjan opanowany, ale region Doniecka nie. Będą  to kończyć następne pół roku. Po czym wojna będzie trwała dalej, bo im dłużej się ją ukraińskimi rękoma prowadzi tym  łatwiej  będzie albo Rosję odwrócić albo kroić. Myślę że tu jest rozbieżność interesów między Anglosasami a nami, oni by chcieli odwrócić, my zdecydowanie kroić. Społeczeństwa w zachodniej Europie są przygotowywane do akcji na wschodzie bez  zmian, znaczy lepiej już było. Oczywiście  kiedy wszystko leci na ryj zaczęło się gadanie że ależ te sankcje straszne. No to trzeba było ich nie nakładać tylko zamiast socjale pompować wkładać piniążki w armie. A jak się nie wkładało to teraz trzeba płacić innym za ochronę i ćwierkać "Tak Wujku Joe".  Tak się kończą złudzenia i bajki o dolce vita w krajach wysokiego socjalu. Przyjdzie taki moment  że nawet prorosyjscy politycy zachodni będą usiłowali przypiąć Wujkowi Wowie wszystkie swoje osiągi w niszczeniu ekonomii. Mła tu nie ma złudzeń, zbyt chętny  był ten chłopiec  do bicia. I tak wojna przestanie  być ostatecznie kontynuacją polityki sukcesu Wujka Wowy.  Wujek Wowa zarzundził u się przestawienie gospodarki na produkcję wojskową i usiłuje ogarniać co się rozłazi.  Kryzys światowy cóś mu w tym nie pomaga. Politycznie KE usiłuje  dać  dupy pod wpływem lobbingu Niemiec więc mła sądzi że zostaną wdrożone działania dyscyplinujące. Pytanie czy wobec KE czy raczej Anglosasi pilnujący swoich interesów nacisną Niemców. Wydaje  mła się że to drugie.  Tani gaz może być bardzo drogi, o wiele droższy niż teraz i o ile 10 milionowym Czechom się daruje o tyle Niemcy nie mogą liczyć na taryfę  ulgową. Im prędzej politycy niemieccy to zrozumieją i wezmą za mordę swoich piniężnych tym dla zwykłych Niemców lepiej.
 
Niemcy powoli duszą inflację ale zaraz się okaże  że duszą za mało. Państwo które przez lata uczyło ludzi wspierania się prawie w każdych okolicznościach socjalem, stanie w końcu przed koniecznością jego cięć. Niemcy są zdyscyplinowani  ale niemożność kupienia autka i wyjazdu na urlaub skończy się źle dla każdego zarzundu w  Reichu, niezależnie czy on z lewa czy z prawa. Jeśli chodzi o naszą część Europy a także o Bałkany i o dziwo, Skandynawię,  niemiecki soft power słabnie. W naszym przypadku nawet bardzo, co nie jest wynikiem szczucia przez Jarozbawa lecz wynikiem tego krachu jakim skończył się  gospodarczy egoizm Niemiec. Polacy niestety zgodnie z zawistną i mściwą częścią duszy Kowalskiego, któren nie musi mieć poczucia straty krów byleby te u sąsiada tyż padły, nie współczują  sąsiadom z zachodu  utraty dobrobytu. Pewnie w jakiejś części dlatego że  sąsiadom że wschodu padło cóś winycyj i w związku z tym my też mamy problemy. W wyniku koronawirusowej paniki w ludku polskim w stosunku do zarzundu Niemiec zalęgło się podejrzenie, wojna na  Ukrainie zamieniła je w pewność, jej przebieg w granitową pewność - interesy niemieckich koncernów reprezentowanych przez niemieckich polityków nie są zgodne z polską racją stanu. Należy ograniczać wpływ Niemiec na wspólnotę europejską. Oczywiście nie robi się tego obrażając się na ową wspólnotę, Brytyjczycy mają żabę do zeżarcia, w naszym przypadku byłaby to ropucha Rhinella marina.  Z ostatniej chwili. Ukochany przywóda Włochów,  Mario Władca Kryzysów Dragi nie wytrzymał oskarżeń podłego Contego i się zdymisjonował. Prezydent Włoch dymisji nie przyjął bo pierdolnik i bez tego w Italii niezły.  Conte tyż bystry głównie w opowieściach o świetlanej przyszłości, co było widać z okazji pandemii, więc jak na razie u steru Włoch jest jeden z twórców  kryzysów ekonomicznych południa Europy i cinżki zamordysta.  U nas przedstawia się Mario  jako zwolennika Ukrainy walczącej, dobrze że mła nie ma zajadów. On jest raczej zwolennikiem własnej bezkarności, którą mogą mu zapewnić  Hamerykanie. Tyle w temacie.
 
 
Przydałaby się jakaś pozytywna informacja w mało pozytywnej prasówce. No i jest. Teleskop Webb wysłał foty. Co prawda są tacy którzy twierdzą że to coolorowanki reptilian ale mła się zachwyca. Pod zdjęciami znalazła odpowiedni komentarz, któś wkleił strofy Czesława Miłosza - "Pie­ski szcze­ka­ją na księ­życ ma­ko­wy I ni­g­dy jesz­cze tym ma­ko­wym psom, Że jest świat więk­szy, nie przy­szło do gło­wy. Zie­mia to ziarn­ko - na­praw­dę nie wię­cej, A inne ziarn­ka - pla­ne­ty i gwiaz­dy. A choć ich bę­dzie chy­ba sto ty­się­cy, Do­mek z ogro­dem może stać na każ­dej." Dla wszystkich martwiących się tzw. globalizmem wojującym -  rewolucja obecna ma tę zaletę i tę przewagę nad innymi rewolucjami, że jest robiona metodami miękkimi i generalnie opiera się na zgodzie i dobrowolności, poczuciu uczestnictwa. Dlatego można bardzo łatwo ją zakończyć nie uczestnicząc w niej. Restrykcje srovidowe?  Śmiech na sali, co zrobią jak wszyscy w dupie będą je mieć? Armie wyślą coby zamaseczkowań pilnowała?  Mła zrobiła prasówkę bardzo solidną i w związku z tym czuje się zwolniona z prasówek do końca  miesiąca, polityczni są tak męczący że mła uważa  że należą  się jej wakacje od towarzycha. Wróci do pilnowania i donoszenia na gadzinę w sierpniu.

wtorek, 12 lipca 2022

Roma - Trastevere

Zanim mła powróci do gdańskich wpisów to zajrzymy na Trastevere czyli  rzymskie Bałuty, od zawsze dzielnicę drugiej kategorii, prawdziwe zadupie starego Rzymu. Trastevere to trzynasta dzielnica Rzymu i  także dzielnica największa. Nazwa pochodzi od łacińskiego trans Tiberim ( czyli za Tybrem  ), co było już w starożytności nazwą tego rejonu.  Miasto Rzym  miało swój początek  na przeciwległym brzegu i przez całą starożytność to tam głównie się rozwijało.  Trastevere zwane z polska Zatybrzem znajduje się na prawym brzegu Tybru, na południe od Watykanu i obejmuje równinę w zakolu rzeki oraz wzgórze Janiculum czyli Gianicolo. Tak po prawdzie to mła nie do końca kapuje jak to ze wzgórzem jest bo ono raz Zatybrze a raz nie ( Gianicolo  to XII  rione  ), przyjmijmy zatem że graniczy od południa i zachodu z murami Gianicolo i dzielnicami Aurelio, Gianicolense i Portuense , na północy z Galleria Principe di Savoia-Aosta i Borgo , na wschodzie z Tybrem. Za  Tybrem na wprost Trastevere  leżą dzielnice  Ponte, Regola, Ripa i Testaccio. W czasie kiedy zakładano Rzym obszar Trastevere był wrogim krajem należącym do Etrusków z Veio ( litus tuscus lub ripa veiens ). Był to zresztą obszar o który  Rzym od najwcześniejszych czasów toczył boje, ponieważ było to miejsce strategiczne dla kontroli rzeki, brodu Tybru i starożytnego portu rzecznego.

Miasto połączono z obszarem Trastevere  mostem   Sublicius , od  którego Via Campana prowadziła  w kierunku solnisk na Morzu Tyrreńskim, a   Via Aurelia w kierunku miast etruskich. W epoce republikańskiej  dzielnicę zamieszkiwali  robotnicy, których działalność związana była z rzeką, znaczy marynarze i rybacy, oraz imigranci ze Wschodu, głównie Żydzi i Syryjczycy. Z  powodu tych  imigranckich  osiedleń na tym terenie budowano świątynie kultów wschodnich, w tym tzw. sanktuarium syryjskie na Janiculum. Do Rzymu obszaru Trastevere dołączono dopiero w czasach cesarstwa, cesarz  August  , podzielił terytorium Rzymu na 14 dzielnic i  Trastevere była wówczas dzielnicą XIV i nosiła nazwę regio transtiberim. Pozostała jednak poza murami miejskimi aż do czasów budowy Murów Aureliana,  którymi wreszcie opasano Trastevere ( biegły jednak one inaczej  niż obecne Mury Gianicolense, które wykluczają obszar via della Lungara ). Dzięki podmiejskiemu charakterowi okolicy, u schyłku republiki  i w okresie cesarskim oprócz zabudowy dla biedoty pojawiły się  na terenie Trastevere  willie, wetknięte  w  tzw. lepsze miejsca.  Tu pobudowała się np.  Clodia, przyjaciółki Katullusa , oraz wzniósł tu swoją podmiejską willę sam Juliusz  Cezar  ( Orti di Cesare - rozciągały się na manteverde, zachodniej części Janiculum ). Pozostałości rzymskiej willi, której freski zachowały się w Palazzo Massimo , znaleziono w pobliżu obecnej Villa Farnesina.

Inne ślady rzymskie to głównie te z excubitorium VII kohorty brygady oraz domus znajdującego się pod kościołami Santa Cecilia i San Crisogono. Do tych, znanych od dawien dawna starożytnych pozostałości  należy dodać te  znalezione bardzo niedawno pod byłym Konserwatorium San Pasquale Baylon przy via dei Genovesi. Cóż, niby nie ma widocznych ruin jak po drugiej stronie rzeki ale nie znaczy to że w Trastevere nic starożytnego się nie zachowało. Średniowieczne Trastevere było istnym labiryntem wąskich uliczek, którymi można było poruszać się głównie pieszo. Nie dość że wąskie, kręte były te uliczki to jeszcze   ze względu na  tzw. mignani, ryzality wystające wzdłuż fasad domów, uniemożliwiały ruch pojazdów. Pod koniec XV wieku  mignani zostały zburzone, ale mimo to Trastevere przechodziło się na ogól pieszo lub prowadząc wierzchowca. Silny był i do dziś pozostał kontrast między bogatymi willami i pałacami a domami biedoty. Ulice tej dzielnicy  nie miały żadnej nawierzchni brukowej do końca XV wieku, dopiero  papież Sykstus  IV  kazał wybrukować niektóre bardziej znaczące  ulice,  najpierw cegłą układaną w jodełkę, a następnie brukiem, bardziej nadającym się na koła wozów. 


Czas wielkich zmian dla  dzielnicy  nadszedł pod koniec  XVI wieku, w 1586 roku za sprawą papieża Sykstusa V wydzielono z Trastevere dzielnice  Borgo.   W tym podziale Rzymu Trastevere zostało dzielnicą XIII. Trastevere jest naprawdę specyficzne, tak od zawsze.  Dzięki częściowej izolacji ( w końcu znajdowało się za Tybrem ) i wielokulturowemu środowisku od czasów starożytnego Rzymu, mieszkańcy dzielnicy zwani trasteverini, stworzyli niemal miasto w mieście,  własne społeczeństwo nieraz będące w konflikcie z resztą mieszkańców  Rzymu. Konflikty dotyczyły najczęściej sfery socjalnej,  Trastevere było generalnie dzielnicą  ludzi ubogich ale i hardych. Hym... w bardziej dostatnich  dzielnicach chodziły  o nim słuchy  jako o wylęgarni  wszelkiego zła w mieście, zbrodnia, rozbój miały być tam chlebem powszednim. Jednakże zło  miało i swój powab, mieszkanki Trastevere uchodziły za wyjątkowo piękne i temperamentne.  Być może wiązało to się z ilością tzw. przybytków rozkoszy w tej dzielnicy. W  roku 1744 papież Benedykt XIV dokonał rewizji rozgraniczenia dzielnic, dając Trastevere obecne granice. Po  roku 1870 zbudowano kamienne wały wokół  Tybru, aby zablokować powodzie.  Z jednej strony niby zapewniono większe bezpieczeństwo  bo powodzie na Zatybrzu potrafiły być katastrofalne ale odbyło się to  za cenę zniszczenia wszystkich najbardziej charakterystycznych dla dzielnicy  miejsc, które znajdowały na pobrzeżu. Cóś za cóś, jak to mawiali różni starożytni. Pomiędzy końcem XIX a początkiem XX wieku tym co działo się w Trastevere  rzymianie żyli chyba nawet bardziej niż tym co działo się w Watykanie czy na Kwirynale.  Wszystko za sprawą   Romea Ottavianiego zwanego er Tinèa vel vel bullo vel  er più de Trastevere, który  był kimś w rodzaju samozwańczego króla dzielnicy i okolic.

To  nie będzie opowieść z cyklu płaszcza  i szpady, to jest cóś z cyklu kastetu i majchra.  Romeo syn Nicoli, woźnicy pochodzącego z Tolentino w Marche i Adele,  pochodzącej z jakiejś  wiochy  w Abruzji,  urodził się w 1877 roku na Piazza del Catalone, który wcale nie leżał w Trastevere a w dzielnicy  Borgo ( no dobra, które do końca  XVI wieku było Zatybrzem ), a następnie przeniósł się był  z rodziną na Piazza de 'Renzi w Trastevere, gdzie mieszkał aż do śmierci. Oficjalnie był listonoszem kursującym w okolicy  Piazza  San Silvestro i viale di Trastevere.  Nieoficjalnie zaś był wykidajłą jako że słynął z tzw. mocnego  uderzenia  a i gadane miał odpowiednio. Udzielał się w różnych częściach miasta jako peacemaker i uchodził za niezwykle rycerskiego od czasu kiedy w   1898 roku stanął w obronie prostytutki. Rzecz działa się na na via Frattina, miejscowy alfons zwany  er Malandrinone pobił na krwawo podopieczną, co  nie spodobało się Romeo, bo on cenił pracujące kobiety. Romeo zignorował  bezczelną zagadywankę  "Ale kim jesteś er Tinèa ?", która w istocie była  arogancką groźbą alfonsa i po prostu mu przyładował. Styl tego  przyładunku nie pozostawiał złudzeń co  do tego kto jest obrońcą kobiet pracujących w Trastevere i okolicach i er Malandrinone się wzion i zawinął, zostawiając  problemy kobiet pracujących na głowie Romea. To er Tinèa okazało się proroczą ksywką. Tinèa to dialektowe zniekształcenie imienia Eneasz,  wówczas było używane w znaczeniu "z rodu Eneasza"  czyli osoby, która wywodzi się od trojańskiego bohatera, dardańskiego królewicza, a zatem, zgodnie z legendą o założeniu miasta  jest najbardziej rzymska z rzymian. No patrycjat czystej wody, he, he, he.  W tym czasie w Rzymie karierę robiło przekleństwo  "Sangue d'Enea!"  i wg. niektórych  to z powodu nadużywania tego radosnego bluzgu  Romeo otrzymał swoją ksywkę, jakby nie patrzyć królewską. Pobicie er Malandrinone wywołało sensację, Romeo został "z własnej ręki"  przywódcą półświatka  Rzymu.

Panował dobrotliwie i zapewniał spokój  bowiem utrzymywał równowagę pomiędzy interesami grup takich jak bullesque różnych okręgów - monticiani, trasteverini, czy grup klasowych jak drobnych przedsiębiorców czy nawet burżuazji. Uważano go też za obrońcę bezbronnych biedaków przed przemocą pospolitych zbrodniarzy. Był rasowym politykiem, dziś zrobiłby jeszcze większą  karierę. Wydaje się, że jego działania zapewniające spokój społeczny  zostały  docenione i uznane również przez oficjalne organy bezpieczeństwa publicznego a w szczególności przez tzw. delegata  Trastevere, Francesco Ripandelliego, takiego oficera bezpieczeństwa publicznego, kogóś na kształt dzisiejszego komisarza policji. Niestety zbrodnicza dłoń dopadła Romeo w sobotnie popołudnie 2 kwietnia 1910 roku, kiedy w towarzystwie żony  Assunty i syna szedł wzdłuż Trastevere via del Moro.  Bastiano er Sartoretto zaatakował zdradziecko od tyłu i zadał był Romeo cios   szpikulcem  w szyję. Niektórzy twierdzą że nie była  to wcale  via del Moro tylko   Piazza Trilussa a mordercą był któś o ksywce Carnacciaro  (  czyli sprzedawca gotowanej i szatkowanej koniny dla kotów, profesja ta uwieczniona została na rycinach   Pinelliego i Diofebi ).  Gdzie było to było, ważne ze  Romeo został przewieziony w ciężkim stanie do Szpitala Pocieszenia, w którym niestety umarł rankiem w poniedziałek w wieku lat zaledwie trzydziestu trzech, opatrzony  wszelkimi możliwymi sakramentami. Oczywiście na tym się nie skończyło, to są Włochy. Już wcześniej dochodziło do wymiany ciosów.  Brata Romea,   Giuseppe zwanego Peppe ,  dwa lata po epizodzie na via Frattina, zadźgało  kółko alfonsów, którzy chcieli dokonać zemsty na Romeo.  Drugi brat, Alessandro zwany er Pazzaja , został zadźgany przez kobietę podczas kłótni 16 kwietnia 1918 roku na Piazza del Catalone i oficjalnie nie miało to nic wspólnego ze śmiercią Romea, choć ulica  po swojemu komentowała że co się odwlecze itd. 

Takie to krwawe historie rozgrywały się wśród krętych uliczek i na niespodziewanie wyłaniających się z tego uliczkowego chaosu placykach. Oczywiście nie tylko krwiste zdarzenia w stylu oper Pucciniego miały tam miejsce, gdzieś w nieistniejącej  już ruderce przy via San Cosimato urodził się Alberto Sordi, ikona włoskiego kina. Mła uwielbia jego rolę w "I vitelloni"  boskiego Federico, Alberto gra tam Alberto i to po prostu trzeba zobaczyć. Przy okazji można  popaść w zadziwko że bamboccioni  nie jest wynalazkiem ostatnich czasów a kultura męskiego nicnierobienia i jak najpóźniejszego dojrzewania   to właściwie już włoska tradycja. Włosi Alberto kochali, kiedy umarł jego ciało zostało wystawione w Bazylice św. Jana  na Lateranie, ponad milion ludzi przyszło na pogrzeb. Tak w Rzymie żegnali tylko papieży. Trastevere pozostało do dziś swojskie, turyści i owszem odwiedzają tłumnie ale głównie w godzinach posiłków, dlatego  istnieje Trastevere dzienne i Trastevere nocne, no bo  prawdziwe jedzenie po włosku zaczyna się wieczorkiem. Jak widzicie na fotkach turysta spragniony widoku monumentów, marmurów i wielkiego rzymskiego budowania może poczuć się rozczarowany niską jak na Rzym zabudową, wszechobecnymi graffiti i dzieciakami grającymi w piłkę nożną na Piazza di Santa Maria. Pozory  mylą, przy via della Lungara stoi olbrzymi Palazzo Corsini alla Lungara, naprzeciw niego słynąca z fresków Rafaela Villa Farnesina. Ponadto  bazyliki których nawy podtrzymują antyczne kolumny a posadzki liczą  800 lat można w tej nieturystycznej okolicy znaleźć.

Koło galerii w Palazzo Corsini czy w Villa Farnesina ludzie  kręcą się rano, to jest taka jakby właściwa pora na to żeby kole dziesiątej wypić kawkę w jednej z knajpek obok, może nawet czymś ją zakąsić i można się spoko udać  na spotkanie ze sztuką z najwyższej półki. To są chyba  dwa najbardziej słynne muzea w tej części miasta, oczywiście jest  ich w dzielnicy  więcej. Mła ma na przykład w planach zajrzenie do  Antica Spezieria Santa Maria della Scala. To apteka założona w  XVI wieku przez karmelitów  bosych, od  1700 roku mało co się tam zmieniło. W Trastevere znajduje się  też rzymski ogród botaniczny, który cierpliwie czeka w kolejce do zwiedzania. Za to na pewno mła nie ma ochoty zwiedzać  najbardziej znanego więzienia w Rzymie, słynnego Carcere di Regina  Coeli przy via della Lungara, choć budynek imponujący - prawdziwe rzymskie barokowe budowanie. Drzewiej był to klasztor ale w XIX wieku zakonnice z niego wyleciały, zdawa się  że z hukiem. Więzienie jest częścią składową knajackiej atmosfery  ciągle obecnej  na  uliczkach Trastevere. Miejscem odosobnienia jest za to dość  iluzorycznym, bowiem  jego położenie, pod wzgórzem Gianicolo, zapewniało od zawsze świetną komunikację  "z wyższych pięter". Rodziny czy kumple ze wzgórza mogły spokojnie prowadzić konwersacje z osadzonymi. Ponoć i dziś wieczorną porą głosy się  niosą w tym rejonie, choć  już nie tak często jak kiedyś. Kościoły na Zatybrzu to jakby osobna bajka, mamy  tu do czynienia ze świątyniami których początki sięgają  IV wieku. Mła ledwie liznęła temat, ale wie że zabytki sakralne Trastevere to jest coś wartego poświęcenia czasu.

 

Kościoły z XVIII wieku uchodzą w tej dzielnicy może nie za nówki ale za te z tych nowszych,  tak jak np. widoczny na fotce obok kościół Santi Quaranta Martiri e San Pasquale Baylon, którego kolorystyka elewacji popieściła oczka mła. Sporo tu przybytków Pana, których korzenie sięgają dalej niż ubiegłe tysiąclecie. Zachowało się  dużo  romańskiego budowania, w niektórych  kościołach mamy przykłady jak wyglądał w Italii gotyk, naprawdę jest na czym oko zawiesić. Na fotce powyżej macie widok bramy i elewacji frontowej chyba najczęściej odwiedzanego kościoła  w Trastevere - Bazyliki Santa Maria in Trastevere przy Piazza di Santa Maria.  Mła poświęci tym dwóm bazylikom Zatybrza w których była osobny wpis, niestety nie udało się jej zobaczyć  trzeciej z bazylik, Bazyliki San Crisogono ale mła sobie wpisała pozostałości kościoła konstantyńskiego i freski z VIII i IX wieku do zeszyciku marzeń. Istnieje takowy i posiada cóś dużą objętość.  Jak tak dalej pójdzie to mła będzie musiała dokupić nowy zeszycik. Jednakże zapewniam Was że tylko dwie bazyliki Zatybrza są materiałem na wpis kobyłę - historia, architektura i inna sztuka, w głowie może się zakręcić.

Jednakże większość  turystów nie przychodzi na Zatybrze po to by wytrwale kościółkować  i nawet nie po to  by oglądać freski Rafaela czy dzieła zebrane w Palazzo Corsini. Większość  turystów trafia do Trastevere zanęcona sławą tej dzielnicy jako miejsca w którym najlepiej w Rzymie dają jeść. Mła napisze od razu, sława jest w tym wypadku jak najbardziej zasłużona, są tu miejsca w których tak gotują że naprawdę człowiek  czuje się zaproszony  do kulinarnego raju. Oczywiście nie każda knajpa w dzielnicy zapewnia żarełko na wysokim poziomie, ale ilość knajpek ze świetnym jedzeniem jest większa  niż w innych częściach Rzymu. Mła wie co pisze, była w końcu w Rzymie już  trzy razy i to na dłużej  niż  weekend i cóś  może na temat rzymskich jadłodajni  powiedzieć bo jadała po całym Rzymie. Oczywiście te knajpki to nie są  miejsca z kawiorem na lodzie i szampitrem Goût de Diamants, to nie te klimaty. Jedzenie na Trastevere jest proste ale nie prostackie, to jest wykwintna prostota. No wicie rozumicie, kawałek lnianego materiału można zamienić w elegancką togę. Z takiego gotowania słynie Trastevere. No i z atmosfery w której  się jedzonko pochłania.  Na ogół turyści nie są zachwyceni kiedy w tzw. godzinach lanczowych wchodzą w kręte uliczki dzielnicy, no groza - odrapane mury, graffiti kole XV wiecznego portalu, te dzieci kopiące piłkę. Po chwili jednak czuć zapach smażonej pancetty, który o dziwo nie miesza się z zapachem stęchłej uryny jaki zazwyczaj unosi się w  dzielnicach w których jeść dają a piwo czy wino leje się strumieniami. Zapach robi się coraz bardziej kuszący, miesza z zapachem pieczonego ciasta, lubą wonią mozarelli i aromatem świeżej kawy. U człowieka występuje zjawisko ślinotoku i zaczyna mu być wsio rawno czy  będzie jadł na wykrochmalonym obrusiku czy dorwie niemytą łapą kawałek pizzy.

Najczęściej siada w przyulicznym ogródku skuszony cieniem jaki dają markizy czy parasole. Potem otwiera kartę dań ale tak po prawdzie wgapia się co jedzą inni.  Hym... prawie wszyscy to robią, jedni bardziej drudzy mniej dyskretnie. Nie ma się co dziwić , nie dość  że pachnie to jeszcze jest coolorowo. Następuje zamawianie i zazwyczaj to lanczowe jest nieco zachowawcze. Bezpieczna pizza, pasta z jakąś sałatką, skromna popitka. Jeszcze turysta spłoszony, jeszcze się wzdryga kiedy koło  jego łokcia przesuwa się lusterko samochodu.  W niektórych ogródkach trzeba pilnować stóp, samochód je minie w odległości pół metra ale ci co dosiadają Vespy  albo motorowi kombinują czy aby się nie uda gdzie wcisnąć i stopy mogą znaleźć się w niebezpieczeństwie . Człowiek się przygląda życiu bo wszystko wokół niemal zwala się na jego stolik, jednakże po pewnym czasie sam zaczyna brać udział w tym życiu  ulicy. To jest  taka droga od przyglądania się jak cooledzy śmieciarze schowali temu zamiatającemu po workach miotłę i radośnie rechoczą kiedy ten poszukuje sprzętu łypiąc podejrzliwie na gości ogródkujących nieopodal, do rozmówek z kierowcą który właśnie się zaklinował między ogródkami i w związku z tym jest zmuszony do wysłuchiwania rad niemal wszystkich obecnych przy tym zdarzeniu. Człek  się integruje i chyba na tym polega urok żarełka w Trastevere.

Ci którzy jedli w porze  lanczu często wracają wieczorkiem, choć zjedzenie głównego włoskiego posiłku jest cóś problematyczne. W wielu knajpkach Tarstevere nie ma co liczyć na wejście bez wcześniejszego zamówienia stolika. Mimo tego że knajpki  zostawiają czasem jakąś ilość miejsc dla tych  bez zamówień to sytuacji chcących zjeść z doskoku nie polepsza. Kolejki stoją wzdłuż uliczek i na placykach skąpanych w lubych zapachach made in  cucina.  Poza tym są knajpki dzienne i takie otwierające się dopiero wieczorkiem, wiec mapa kulinarna jest zmienna co czasem turystów zaskakuje.  Kiedy ludzie już zasiądą, podjedzą, podpiją   i wstaną od stołu po paru godzinach to niemal wszyscy czują się trasteverini. Śpiew się niesie, taksówki krążą, dzielnica miejscami oświetlona jak chujinka.  Rano wszyscy wstaną i podrepczą wypić w najbliższym barze espresso przy ladzie i pogadać z sąsiadami o wygłupach turystów.  Na razie ponoć jeszcze mieszkańcy nie martwią się gentryfikacją Trastevere, to nie jest tak że absolutnie cała dzielnica jest knajpkowa czy ućkana sklepikami dla turystów. Nie jest też tak że człek się potyka o hotele, pensjonaty czy mieszkania na wynajem. Zatybrze nie jest szczególnie dobrze skomunikowane, znaczy metrem  się pod telewizor w dużym pokoju nie podjedzie. Tak naprawdę to linie autobusowe i  tramwaje jadące tylko przez Lungotevere i Viale Trastevere komunikują dzielnicę z resztą miasta. Dzięki temu położeniu "na uboczu" nadal mieszkają tam trasteverini, którzy po wąskich uliczkach poruszają się albo po kaskadersku samochodami, albo motorami czy skuterami. Mła  chodziła nimi  pieszo i uważa ten sposób poruszania się nimi za najlepszy. Hym... Vespą do knajpki nie wjedziesz.

Zamiast muzycznika syn Zatybrza próbujący jeść po  amerykańsku, znaczy Alberto Sordi w najlepszym wydaniu.