środa, 20 sierpnia 2014

Mamelon i Marrrrrkiza Andżelika!

Gdyby cudownym zrządzeniem losu udało  się nam z Mamelonem cofnąć do czasów sielskiego dzieciństwa to nijak nie byłoby szans na "kolegowanie". Nie tylko różnica wieku ( jak  Mamelon podlotkowała to ja "lałam" się z rówieśnikami o oszustwa do jakich dochodziło podczas gry w kamiennego  chowanego ) ale przede wszystkim czujne ślepka  mamuś wypatrzyłyby ten groźny potencjał powstały z naszego duetowania. Na pewno miałabym  zakaz  dotyczący zabaw z tą starszą dziewczynką mającą dziwne pomysły. Ciekawe jakby Krysia motywowała swój zakaz dotyczący zabaw Mamiego ze mną, podejrzewam że wciąganie w nałogi byłoby na tapecie. Dziecięca przyjaźń  pewnie byłaby jazdą na lodzie, bez opanowania podstaw takowej. Dorosła przyjaźń  jest wyposażona w "Samouczek Jazdy Na  Łyżwach", którego  obydwie  oczywiście nie czytałyśmy. No taka nasza uroda. "Podane na dwóch talerzach" nie stanowimy jakiegoś szczególnego  zagrożenia, razem zdarza nam się mieć odjechane pomysły. Ostatnim nieźle pokręconym gryplanem był szokująco szybko ( z dnia na dzień ) uknuty wyjazd na dobre włoskie jedzenie, bagatela, tylko 300 kilosów od Łodzi. Czujność mamelonowego Sławka została uśpiona opowiadaniem o zakupach roślinnych które  bezwzględnie powinny być dokonane na miejscu w szkółkach ( logicznie to było podane, najlepiej sprawdzić  naocznie jakość kupowanych roślin ). Przekonałyśmy nawet same siebie,  więc Sławek nie miał szans ( choć mam wrażenie że i on czuł zew przygody vel zapach włoskiej  kuchni, bo coś wyjątkowo szybko zrozumiał tzw. słuszność sprawy ).  Błyskawicznie Mamelon namówił przyjaciółę ze szkoły, Ewę, na dołączenie do tercetu (  z  Ewą Mamelonowi pozwalali się "kolegować" - bo jej dobrze nie znali, he, he ) i  jako kwartet wybraliśmy się na ekskursję w celu zjedzenia italiańskiego obiadku.

Przez Radliniec i Chyby ( alibi ) dotarliśmy do położonej w Nowym Gorzycku, na trasie do miejscowości  Pszczew, restauracji "Villa Toscania" i w tej na północ wysuniętej placówce włoskiej  gastronomii bezczelnie i nagannie daliśmy upust sarmackiemu brakowi umiaru. W granicach Pyrlandii zwanej inaczej  Wielko To Polską obżeraliśmy się ravioli i pieczonym po italsku mięskiem. Szczególną uwagę poświęcę  tu ravioli zawiniętym w formie  małych cukiereczków, odpowiednio  potraktowanym odpowiednim tłuszczykiem. Przy stole rozgorzała dyskusja nad  wyższością ravioli zielonego ( verde do nieprzytomności, ser ricotta, szpinak  ) nad  ravioli żółtym ( kurki, ser ricotta i morze parmezanu ). Ja jestem w obozie kurkowym, Ewa i  Sławek w obozie verde a Mamelon, którego bocian  przez  haniebne niedbalstwo nie przyniósł na ziemię Kampanii ( gdzieś pomiędzy najlepszą pizzerią okolicy i  winnicą z tradycjami ) tylko rąbnął w polską kapustę, jest w obu  obozach na raz. Na ravioli z mięskiem nie było już miejsca i dobrze bo Mamelon, mogłaby przypominać  polską partię chłopską, która zawsze jest za tym co aktualnie figuruje w menu  koryta. W ramach drugiego dania pożarliśmy  mięsko.  Karkówweczka ( moje żarełko), polędwica, schabik - dobrze przypieczone ale soczyste ( medium w  wypadku polędwicy ). Do tego dobry sos  czosnkowy. Rany, w kraju  przepiekanego  mięsa, w którym włoska kuchnia kojarzy się nieodmiennie z pomidorowym, keczupopodobnym sosem,  tonami suszonego oregano i niesamowitą ilością czosnku , którymi traktowane są  potrawy - ten obiadek to była prawdziwa uczta. Sławek bezczelnie wyłudził deserek  ( panna cotta z musem truskawkowym ), wypił trzy "amerykańskie" kawy ( Ewa jedną ale ona ma mniejszą "wyporność" ) a Mamelon nie wiadomo dlaczego zamówiła dla mnie i dla się, dwa duże piwska.  Jak to w  książkowym skeczu pana Tyma, po  "lekturze" poczułam się z lekka odpłynięta - normalnie Marrrrkiza Andżelika przeżywająca  przygody w krainie Kulinarii. Podstępna Mamelon niczym demoniczny i lubieżny sułtan zarządziła drogę powrotną przez poznański Stary Rynek, wiedziała że tam  będą lody,  którym ulegnę. No i , cholera, były - włoskie szpatułkowce!
Dziś mam tzw. smętne  przemyślenia - jak tak dalej pójdzie ( we wrześniu wybieram się do  Krainy Tajojów ), to będę musiała zamówić jakieś kółka pod  brzuch i stelaż na biust. Nie ma zmiłuj, biorę się za ogród, bo  inaczej to się  źle skończy! A w ogóle to mam zapaczkować do Artamki,  od drutować ostatecznie  Szpagetkę, posprzątać biuro, oprawić Dużą Basię, mamelonową Krysię i jak się da  to Cio Mary. I jeszcze Tatusia wydać dohtorom. Może uda się spalić choć  część "nowych" fałdek ( mój biedny kręgosłup ).

sobota, 16 sierpnia 2014

Anemonopsisy w natarciu czyli sierpniowe oczarowanie!

Ponad dwa tygodnie już kwitną i nadal wyglądają  dobrze! Mimo upałów z początku  miesiąca jakoś dawały radę ( choć troszkę przypaliło niektóre kwiaty i następowało szybsze niż normalnie  ich "zejście" ). Od paru dni  pogoda zrobiła się bardziej znośna i odpowiadająca sierpniowym standardom ( koty zaczynają wracać na  noc do domu, po  Hance  zgodnie z  przysłowiem - "zimne wieczory i ranki" i trzeba  kocie  tyłki wygrzewać w domu anie na rozgrzanym po kanikule dachu szopki ) . W takich normalnych sierpniowych warunkach anemonopsisowe kwiaty czarują na całego. Ponieważ szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się utrafić z miejscem  "w pierwszym sadzeniu", doczekałam się już kęp z których najmniejsza wyprodukowała dwa pędy solidnie oblepione kwiatami ( tak, tak to martowy  "Uszczkniołek" z  gliny wyzwolon ). I teraz tzw. Wielka Prawda - pojedyńcza kępa anemonopsisa jest ciekawostką i świadectwem lekkiego zakręcenia ogrodnika na  punkcie rzadkich roślin, natomiast większa ilość  kęp zamienia się w Ogrodowe Objawienie. Ja już wiem  że czeka mnie dalsze anemonopsisowanie. Kęp nie będę  szybko dzielić, raczej będę jeszcze kupować rośliny, i to zarówno tzw.  "czystego" gatunku  jak i anemonopsisowe odmiany. Z lekka przeraża mnie fakt, że najlepiej sprowadzać  nowe  odmiany  tej rośliny z Japonii, no ale  od czego ogrodowe ściepki ( nie ja jedna jestem szalona ). Wyczytałam ostatnio info że anemonopsisy ponoć lepiej rosną we wschodnich stanach USA ( i to nie tych cieplejszych ) niż w takiej  wydawałoby się przyjaznej roślinom klimatem Anglii. Mają się szybciej w hamerykańskich warunkach rozrastać i kwitnąć spektakularnie a nie tylko prawilno jak czynią to rośliny w Albionie. No cóż, u nas klimat znacznie ostrzejszy niż angielski, zweryfikuje zatem tę teorię ( z początku solidnie mnie dziwiącą ale po zastanowieniu  już nie tak bardzo - anemonopsisy są roślinami gór, może nie alpejki ale pogórzowe klimaty, więc łagodniejszy, morski klimat może rzeczywiście im nie służy.   ).



czwartek, 14 sierpnia 2014

'Dr. Hermann Schulze Delitzsch' - moja ukochana floribunda

"Henia" wypatrzyłam w jednej z niemieckich szkółek i natychmiast poczułam  że bezwzględnie musi znaleźć  się w podokiennej różance. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. prawie wszystko mi w tej róży  pasowało. Prawie  bo nazwa coś ciężkawa dla słowiańskiego ucha. Hermann Schulze  Delitzsch wielkim człowiekiem był, zasłużonym działaczem poprawiającym  ciężki los XIX wiecznych ludzi pracy ale imię Hermann wskutek  oglądania przygód kapitana Klossa we wczesnym moim dziedzięctwie, na zawsze zostało związane z niejakim Brunnerem. Nie ma rady, jak słyszę czy czytam Hermann to kapitan Kloss odzywa się nieproszony z okolicy  hipokampu "Achtung, Sturmbannführer Brunner"! Coś trzeba było z tym Hermannem zrobić, nie będę  przecież hodowała gestapowskiej gadziny na rabatach (  i nie ma tu nic do rzeczy że  to ponoć  nie  Gestapo  miało być tylko Sicherheitsdienst - też było to wraże  )! Róża już na etapie zakupów została przemianowana  na  "Henia", mięciutkie i czułe zdrobnienie znacznie lepiej oddaje charakter tej róży niż twardo brzmiące  Hermann, że o podwójnym  nazwisku ledwie napomknę ( bardziej po germańsku już się chyba nie da, choć pewnie językoznawcy przyczepiliby się do drugiego członu ). Róże sprowadziłam z pomocą  cooleżanek różanek z forum Rosa.net

Odmiana została wyhodowana w Niemczech przez Liebig'a, zarejestrowana w 1999 roku, wprowadzona na rynek przez firmę My Garden w 2000 roku. Typ floribunda ( róża wielokwiatowa ). Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty o średnicy 8 cm delikatnie pachną. Strefa 6b czyli należy okrywać krzoczek na zimę ( czego  bezczelnie nie robię ). Róża nie ma certyfikatu ADR i może to sprawia  że nie jest tak popularna jak inne niemieckie odmiany. U mnie rośnie bardzo dobrze ( czego o niektórych odmianach posiadających certyfikat ADR powiedzieć nie mogę, taka złośliwość losu ) i u Mamelona  zachowuje się też bardzo ale to bardzo  przyzwoicie. Parokrotnie w sezonie jest wprost obsypana kwiatami. Dla miłośników różanych kremowo - brzoskwiniowo - morelowych tonów balsam na serce strapione mszycami  czy tam innymi skoczkami. Jak do tej pory liście  zdrowe i nie zaobserwowałam  strasznych problemów z grzybami ( ot, jak to  przy wilgotnej  pogodzie ale bez ekscesów ). Kombinuję jakby tu  "Henia" jeszcze do różanki w większej ilości dołożyć, "Henio" w masie jest powalający.


środa, 13 sierpnia 2014

'Polka' - nieoczekiwany "meilland" w różance

Na odmianę róży 'Polka' to ja zostałam namówiona przez różankowych znajomków. Dałam się skusić możliwości wykorzystania róży zarówno jako krzaczora , jak i rośliny pnącej. Znaczy głupio się przyznać ale widoczne to jak na dłoni - poleciałam na same kwiaty bardzo pasujące mi do nostalgiczno - morelowej - brzoskwiniowej  koncepcji  i  jeszcze nie wiedziałam w jakiej formie te różę "wcisnę" na rabaty. Tak to już jest że jak człowiek  zauroczony kwiatami to nie zwraca uwagi na tak drugorzędne szczegóły jak  mrozoodporność, podatność na  choroby czy pokrój krzewu lub jakość pędów. No cóż, miałam więcej szczęścia niż rozumu bo 'Polka' okazała się w miarę wytrzymałą różą, o zdrowych liściach i pokroju "do ogarnięcia" o ile tylko będzie się odpowiednio często  używało sekatora ( z koncepcji pnącza  zrezygnowałam po zdobyciu info o mrozoodporności - nie ten klimat, nie ta bajka ) .

Jest jednym z nielicznych "meillandów" w moim ogrodzie. Po zejściu wydawałoby się  nieśmiertelnej  odmiany  'Gloria Dei', róże Meillanda gościły w Alcatrazie hym...tego... przelotem ( słynna 'Eden Rose' jeden sezon, 'Leonardo da Vinci' dwa z hakiem, mieszańców  herbatnich po klęsce z odmianą 'Paul Ricard' w ogóle nie zapraszałam ) .  Teraz metryczka - 'Polka' wyhodowana została przez Jacques Mouchotte dla Meilland International i wprowadzona do handlu w 1991 roku, jest wynikiem krzyżowania 'Meipaisar' × 'Golden Showers'( Walter E. Lammerts 1950 ) X 'Lichtkönigin Lucia' ( Kordes 1966). Zalicza się do grupy Renaissance ® Collection, Romantica. Kwiaty  o średnicy 10 - 12 cm, składają się z 17 - 25 płatków. Budowa kwiatu w typie starych róż, silny zapach i przede wszystkim powtarzające się w ciągu sezonu wielokrotne kwitnienie to bardzo silne atuty tej róży. Niestety w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu - mrozoodporność. Niby jest to wytrzymałość do -26 ale lepiej tę różę w centralnych regionach kraju  okrywać i raczej prowadzić jak krzak a nie jak climber. Inne nazwy pod którymi spotyka się w handlu tę odmianę to: 'Lord Byron', 'MEItosier' ( nazwa rejestracyjna ), 'Polka 91', 'Scented Dawn', 'Twilight Glow'.


'Graham Thomas' - legendarna angielska róża

Był czas  kiedy myślałam angielska róża a oczami wyobraźni widziałam  odmianę 'Graham Thomas'. Pojęcie róża Austina w ogóle jakoś niemrawo się do mojej świadomości przebijało, angielki znałam jedynie z literatury  i ogrodniczych serii BBC . I angielki to była głównie jedna, ciągle wywołująca ochy i achy odmiana  - 'Graham Thomas'. Kiedy lata później dorwałam krzaczek tej  róży byłam niemal tak szczęśliwa jak byliby  himalaiści  gdyby udało się im wleźć na K2 zimą!  Jak to ze spełnieniem wielkich marzeń bywa, dane było mi przeżyć tzw. "Szczęście Frania". Wymarzony wymarzeniec, wypieszczony w myślach, cudowna róża trwale zapisana w moich zwojach jako synonim angielki,  nieźle mnie rozczarowała. Gdzie jest qrczę ten wdzięk i stajl, gdzie ta trwała radość dla oczu i w ogóle w którym miejscu krzaczora człowiek może się natknąć na, za przeproszeniem,  ten wytrysk geniuszu hodowlanego Davida Austina?!!!  Znaczy wymyślona róża doskonała okazała się w realu nie całkiem doskonała. Tak naprawdę to okazała się być zupełnie inną różą  niż jej wykreowany przeze mnie obraz.

Trochę trwało zanim oswoiłam się z realnym "Grahamkiem". Pomogło mi w tym przystosowanie się  tej róży do warunków Alcatrazu,  'Graham Thomas' jest  moim zdaniem odmianą róży  która musi w naszym klimacie trochę posiedzieć w gruncie żeby mogła pokazać na co ją stać. To tak jak z  niektórymi  irysami bródkowymi - pierwszy sezon kwiat testowy, drugi zachęta, trzeci sezon to "O rany"! "Grahamek" wpisał się w  teorię trzech sezonów, dopiero jego  trzecie letnie kwitnienie uzmysłowiło mi że coś jest mocno na rzeczy z tą legendą, w którą obrósł. Solidny krzaczor o przewisających pędach, kuliste kwiaty o różnych  odcieniach  żółci, przedziwny owocowy zapach nie mający za wiele wspólnego z tym co zwykło się nazywać   różaną wonią, doskonałe zarówno  pierwsze kwitnienie jak i następne . Dziś tak wrósł w ogrodowy krajobraz  że nie wyobrażam sobie różanki bez tej  odmiany. Podstępnie  mnie wziął znaczy ten "Grahamek", "na czas".

Teraz metryczka -  odmiana wprowadzona  została w świat w 1983 roku, jest krzyżówką siewki uzyskanej przez Davida Austina i odmiany 'Iceberg' z 1958 roku autorstwa  Kordesa. Dorasta do 3 metrów wysokości (  u nas jest znacznie mniejszy, wielkim sukcesem będą już 2 metry  ) i około metra szerokości. Kwiaty składają się z  35 płatków, mają kulisty kształt, w miniklastrze jest ich zazwyczaj  około pięciu sztuk. Odmiana nazwana została na cześć Grahama Thomasa, pomnikowej postaci  angielskiego  ogrodnictwa. Graham Thomas żyjący w latach 1909 - 2003 ( ha, jeszcze trochę i byłaby setka - ponoć pasjonaci ogrodnictwa ciągną tak długo bo czekają  na kolejny sezon, znaczy żyją przyszłością )  był uhonorowanym Orderem Imperium Brytyjskiego głównym "ogrodnikiem" National Trust. National Trust to legendarna instytucja dbająca o dziedzictwo kulturowe Wielkiej Brytanii, Graham Thomas to legendarna postać związana z angielską sztuką projektowania ogrodów  więc nie ma się co dziwić że  róża nazwana jego imieniem też została legendą. Jasne dla każdego kto wytrzyma trzy sezony czekania na właściwe kwitnienie róży  'Graham Thomas'!

sobota, 9 sierpnia 2014

'Charles Austin' - angielska róża kosiarkowa

'Charles Austin'  to jedna z moich pierwszych róż angielskich. Natychmiast została okrzyknięta  "Objawieniem Sezonu" i powielona na różnych rabatach. Mam parę krzaków rosnących w Alcatrazie i w pseudo - różance pod moimi oknami. Nie tylko kolor i solidne kwitnienie przemówiły za tą  różą, przede wszystkim jest to odmiana, którą zaliczam  do tzw.  roślin kosiarkowych ( znaczy  kosiarką przejedziesz a  roślina odrośnie i będzie się prezentowała jeszcze piękniej ). "Charlie" okazał się też odporny na zimowe ekscesy  pogodowe,  bardzo  dobrze zniósł upiorny  luty 2012 roku, mimo tego że nie było kopczyków ( starszych krzaków róż angielskich  nie okrywam, lenistwo mam we krwi ). Odbudowywał się powoli ale żaden z krzaków nie wyleciał ( a taki 'Pilgrim' czy  'Sweet Julie' odfrunęły z  królikami ). Wraz z 'Mary Rose' i  'Graham Thomas', 'Charles Austin' stanowi moją trójcę półświętą róż angielskich ( trójca chyba zmieni się niedługo w kwartecik bo 'Crocus Rose' z każdym rokiem uprawy zyskuje coraz większe uznanie ). Z pewnym zdziwkiem przeczytałam swego czasu na forum  że nie w każdym ogrodzie "Charlie" zachowuje się jak na dobrą różę  przystało! Były pretensje o to że odmiana prawie wcale nie raczy kwitnąć, że  mimo tego iż w gruncie siedzi ze dwa lata to bezczelnie się nie rozkrzewia a pędy ma  rachityczne jak  klasyczny niedożywieniec. I nie były te zarzuty wypisywane przez świeżo  upieczonych różankowych lecz przez doświadczonych rosomanes. No zgroza i ból zęba!

Jak ogólnie nie wiadomo o co chodzi,  to chodzi o pieniądze,  a w przypadku róż o podkładki ( czyli też  chyba o kasę ). Moje różyczki zostały pozyskane od znajomych szkółkarzy i wiem że szczepione  były na dobrych, odpornych podkładkach ( no i nie dających niemal  w ogóle odrostów, którą to cechę niezmiernie sobie cenię ). Odmiana najlepiej prezentuje się posadzona  na półcienistym stanowisku, kwiaty długo  utrzymują wtedy pierwotną barwę ( oj, nie zgadzam się ja z Sołtysem Marianem że płowiejące kolorki nieciekawe, znam gorsze "schodzenia" róż ). Tnę tę różę bardzo silnie, wtedy ma zadowalającą ilość kwiatów na pędzie. Nie dopuszczam do tego żeby "Charlie"  zamienił się w klimbera ( ma do tego tendencję ), to jest  róża krzaczasta  i w takiej formie wygląda najlepiej. Robienie z niej w naszych warunkach klimatycznych na siłę róży pnącej nie zdaje egzaminu - nie te klastry, nie to kwitnienie,w ogóle nie ta bajka! W moim  ogrodzie róża bez problemu powtarza kwitnienie ale jak i w przypadku innych angielek, usuwam  przekwitłe kwiaty i zasilam krzaki  dwa razy w czasie wegetacji. Szczególnie cenię sobie jesienne kwitnienie, kwiaty są wówczas wspaniale wybarwione. Teraz metryczka - wprowadzona przez Davida Austina w 1973 roku, krzyżówka róży 'Chaucer' i mieszańca herbatniego 'Aloha' ( odmiany Boerner'a z 1949 roku ). Nazwana na cześć ojca Davida - Charles'a. Dorasta od 1,5m  do 3 metrów wysokości  i około 1,20 m  - 1, 85 m szerokości. Kwiaty o średnicy około 10 cm, składające się z blisko 70 płatków. Liście w kolorze  "średniej zieleni", na ogół zdrowe. Napiszę krótko - kocham  "Charlie'go" !




'Crocus Rose' - pastelowy angielski hardcore

Po raz  pierwszy zobaczyłam tę różę w ogródku Mrówki Z. Wirytualnie zobaczyłam ale "natentychmiast" wiedziałam że to jest róża która zagości  w podokiennej różnace. Rozbielone kremo  - róże, budowa kwiatu jak  żywo  przypominająca róże historyczne, sylwetka  krzaczora w niczym z kolei nie przypominająca "szklarniowych" mieszańców  herbatnich. No i do tego wszystkiego dobrego zapewnienia mrówczyne o hardcorowatości tej  odmiany. Długo z kupnem nie zwlekałam, w tym samym roku jesienną porą wybrałam się z Mamelonem do Rosarium. Dokonałyśmy  wtedy tzw.  obfitych zakupów.  Była to wspaniała, długa i słoneczna jesień, taka wręcz wymarzona na sadzenie róż. Niestety  po tych  jesiennych rozkoszach nastała jedna z najpaskudniejszych dla ogrodników zim - słynna zima 2012, z tym cholernie mroźnym a bezśnieżnym lutym. Nastąpiła prawdziwa hekatomba ogrodowa, róż też nie oszczędziło. Mimo okrycia, kopczykowania i zmawianych paciorków z posadzonych różanych  nówek niemal nic się nie ostało. Niemal bo 'Crocus Rose' trwał na posterunku! Łatwo mu nie było, zbierał się długo i co i raz traciłam nadzieję na jego dojście do siebie. U Mamelona  bylo podobnie, z tym że jej  egzemplarz  róży tej odmiany wyglądał jakoś  lepiej niż mój. I u Mamiego  była to jedyna odmiana posadzonej  jesienią róży, która ocalała po zimie. Niestety z biegiem czasu krzaczek różany w Mamelonoison zaczął zmieniać barwę pędów z pięknie jasnozielonych na żałobną czerń. Moja  różyczka miała pędy szaro zielone ale wyraźnie zieleniała wraz z wiosną. Przypuszczam że rosnąc blisko domu była mniej narażona na wiosenne wahania temperatury niż mamelonowy egzemplarz, rosnący w "szczerym ogrodzie".

Biedny 'Crocus Rose' Mamelona przetrwał zimę ale był niestety tak  osłabiony że nie zdzierżył  wiosennych przymrozków.  Tym niemniej fakt jest faktem - świeżo posadzone jesienią krzaki róży angielskiej 'Crocus Rose' przeżyły luty 2012 roku. Znaczy Mrówka Z. prawdę pisała  - hardcore a nie zwyczajna róża! Teraz  trochę o pochodzeniu czyli metryczka. Odmianę wyhodował David Austin. Zalicza się ją do tzw. róż angielskich  nazywanych też inaczej różami Austina. To grupa róż o nostalgicznym charakterze, powstała  z krzyżowania XIX wiecznych róż z nowoczesnymi odmianami ( angielki to  pierwsze nowoczesne róże nostalgiczne, po nich  przyszły te wszystkie grupy Romantica i inne Märchenrose ). 'Crocus Rose' została wprowadzona do handlu w roku 2000, jest krzyżówką nienazwanej siewki z odmianą 'Golden Celebration'. Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty średniej wielkości  ( 8 cm - 10 cm ) o około 40  płatkach, kwitną w małych klastrach ( 3 do  5  kwiatów w klastrze  ). Jak to się mówi  "kwitną  rzutami przez cały sezon" czyli przynajmniej parę razy począwszy od czerwca można się cieszyć  kwiatami tej odmiany. Liście matowe, takie  "średnio -zielone", odporne na choroby  grzybowe. U mnie  rośnie trzeci sezon bez oprysków!  Przycinam  tę różę stosunkowo wysoko, ma wtedy ładniejszy pokrój, bardziej pasujący do dużych krzewów róż w sąsiedztwie. Nazwa odmiany ma upamiętniać organizację  "Crocus  Trust" zajmującą się pomocą ludziom cierpiącym z  powodu nowotworów jelita grubego. Inna nazwa tej róży, pod którą dość często występuje w handlu to 'Emmanuel'