Gdyby cudownym zrządzeniem losu udało się nam z Mamelonem cofnąć do czasów sielskiego dzieciństwa to nijak nie byłoby szans na "kolegowanie". Nie tylko różnica wieku ( jak Mamelon podlotkowała to ja "lałam" się z rówieśnikami o oszustwa do jakich dochodziło podczas gry w kamiennego chowanego ) ale przede wszystkim czujne ślepka mamuś wypatrzyłyby ten groźny potencjał powstały z naszego duetowania. Na pewno miałabym zakaz dotyczący zabaw z tą starszą dziewczynką mającą dziwne pomysły. Ciekawe jakby Krysia motywowała swój zakaz dotyczący zabaw Mamiego ze mną, podejrzewam że wciąganie w nałogi byłoby na tapecie. Dziecięca przyjaźń pewnie byłaby jazdą na lodzie, bez opanowania podstaw takowej. Dorosła przyjaźń jest wyposażona w "Samouczek Jazdy Na Łyżwach", którego obydwie oczywiście nie czytałyśmy. No taka nasza uroda. "Podane na dwóch talerzach" nie stanowimy jakiegoś szczególnego zagrożenia, razem zdarza nam się mieć odjechane pomysły. Ostatnim nieźle pokręconym gryplanem był szokująco szybko ( z dnia na dzień ) uknuty wyjazd na dobre włoskie jedzenie, bagatela, tylko 300 kilosów od Łodzi. Czujność mamelonowego Sławka została uśpiona opowiadaniem o zakupach roślinnych które bezwzględnie powinny być dokonane na miejscu w szkółkach ( logicznie to było podane, najlepiej sprawdzić naocznie jakość kupowanych roślin ). Przekonałyśmy nawet same siebie, więc Sławek nie miał szans ( choć mam wrażenie że i on czuł zew przygody vel zapach włoskiej kuchni, bo coś wyjątkowo szybko zrozumiał tzw. słuszność sprawy ). Błyskawicznie Mamelon namówił przyjaciółę ze szkoły, Ewę, na dołączenie do tercetu ( z Ewą Mamelonowi pozwalali się "kolegować" - bo jej dobrze nie znali, he, he ) i jako kwartet wybraliśmy się na ekskursję w celu zjedzenia italiańskiego obiadku.
Przez Radliniec i Chyby ( alibi ) dotarliśmy do położonej w Nowym Gorzycku, na trasie do miejscowości Pszczew, restauracji "Villa Toscania" i w tej na północ wysuniętej placówce włoskiej gastronomii bezczelnie i nagannie daliśmy upust sarmackiemu brakowi umiaru. W granicach Pyrlandii zwanej inaczej Wielko To Polską obżeraliśmy się ravioli i pieczonym po italsku mięskiem. Szczególną uwagę poświęcę tu ravioli zawiniętym w formie małych cukiereczków, odpowiednio potraktowanym odpowiednim tłuszczykiem. Przy stole rozgorzała dyskusja nad wyższością ravioli zielonego ( verde do nieprzytomności, ser ricotta, szpinak ) nad ravioli żółtym ( kurki, ser ricotta i morze parmezanu ). Ja jestem w obozie kurkowym, Ewa i Sławek w obozie verde a Mamelon, którego bocian przez haniebne niedbalstwo nie przyniósł na ziemię Kampanii ( gdzieś pomiędzy najlepszą pizzerią okolicy i winnicą z tradycjami ) tylko rąbnął w polską kapustę, jest w obu obozach na raz. Na ravioli z mięskiem nie było już miejsca i dobrze bo Mamelon, mogłaby przypominać polską partię chłopską, która zawsze jest za tym co aktualnie figuruje w menu koryta. W ramach drugiego dania pożarliśmy mięsko. Karkówweczka ( moje żarełko), polędwica, schabik - dobrze przypieczone ale soczyste ( medium w wypadku polędwicy ). Do tego dobry sos czosnkowy. Rany, w kraju przepiekanego mięsa, w którym włoska kuchnia kojarzy się nieodmiennie z pomidorowym, keczupopodobnym sosem, tonami suszonego oregano i niesamowitą ilością czosnku , którymi traktowane są potrawy - ten obiadek to była prawdziwa uczta. Sławek bezczelnie wyłudził deserek ( panna cotta z musem truskawkowym ), wypił trzy "amerykańskie" kawy ( Ewa jedną ale ona ma mniejszą "wyporność" ) a Mamelon nie wiadomo dlaczego zamówiła dla mnie i dla się, dwa duże piwska. Jak to w książkowym skeczu pana Tyma, po "lekturze" poczułam się z lekka odpłynięta - normalnie Marrrrkiza Andżelika przeżywająca przygody w krainie Kulinarii. Podstępna Mamelon niczym demoniczny i lubieżny sułtan zarządziła drogę powrotną przez poznański Stary Rynek, wiedziała że tam będą lody, którym ulegnę. No i , cholera, były - włoskie szpatułkowce!
Dziś mam tzw. smętne przemyślenia - jak tak dalej pójdzie ( we wrześniu wybieram się do Krainy Tajojów ), to będę musiała zamówić jakieś kółka pod brzuch i stelaż na biust. Nie ma zmiłuj, biorę się za ogród, bo inaczej to się źle skończy! A w ogóle to mam zapaczkować do Artamki, od drutować ostatecznie Szpagetkę, posprzątać biuro, oprawić Dużą Basię, mamelonową Krysię i jak się da to Cio Mary. I jeszcze Tatusia wydać dohtorom. Może uda się spalić choć część "nowych" fałdek ( mój biedny kręgosłup ).
środa, 20 sierpnia 2014
sobota, 16 sierpnia 2014
Anemonopsisy w natarciu czyli sierpniowe oczarowanie!
Ponad dwa tygodnie już kwitną i nadal wyglądają dobrze! Mimo upałów z początku miesiąca jakoś dawały radę ( choć troszkę przypaliło niektóre kwiaty i następowało szybsze niż normalnie ich "zejście" ). Od paru dni pogoda zrobiła się bardziej znośna i odpowiadająca sierpniowym standardom ( koty zaczynają wracać na noc do domu, po Hance zgodnie z przysłowiem - "zimne wieczory i ranki" i trzeba kocie tyłki wygrzewać w domu anie na rozgrzanym po kanikule dachu szopki ) . W takich normalnych sierpniowych warunkach anemonopsisowe kwiaty czarują na całego. Ponieważ szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się utrafić z miejscem "w pierwszym sadzeniu", doczekałam się już kęp z których najmniejsza wyprodukowała dwa pędy solidnie oblepione kwiatami ( tak, tak to martowy "Uszczkniołek" z gliny wyzwolon ). I teraz tzw. Wielka Prawda - pojedyńcza kępa anemonopsisa jest ciekawostką i świadectwem lekkiego zakręcenia ogrodnika na punkcie rzadkich roślin, natomiast większa ilość kęp zamienia się w Ogrodowe Objawienie. Ja już wiem że czeka mnie dalsze anemonopsisowanie. Kęp nie będę szybko dzielić, raczej będę jeszcze kupować rośliny, i to zarówno tzw. "czystego" gatunku jak i anemonopsisowe odmiany. Z lekka przeraża mnie fakt, że najlepiej sprowadzać nowe odmiany tej rośliny z Japonii, no ale od czego ogrodowe ściepki ( nie ja jedna jestem szalona ). Wyczytałam ostatnio info że anemonopsisy ponoć lepiej rosną we wschodnich stanach USA ( i to nie tych cieplejszych ) niż w takiej wydawałoby się przyjaznej roślinom klimatem Anglii. Mają się szybciej w hamerykańskich warunkach rozrastać i kwitnąć spektakularnie a nie tylko prawilno jak czynią to rośliny w Albionie. No cóż, u nas klimat znacznie ostrzejszy niż angielski, zweryfikuje zatem tę teorię ( z początku solidnie mnie dziwiącą ale po zastanowieniu już nie tak bardzo - anemonopsisy są roślinami gór, może nie alpejki ale pogórzowe klimaty, więc łagodniejszy, morski klimat może rzeczywiście im nie służy. ).
czwartek, 14 sierpnia 2014
'Dr. Hermann Schulze Delitzsch' - moja ukochana floribunda
"Henia" wypatrzyłam w jednej z niemieckich szkółek i natychmiast poczułam że bezwzględnie musi znaleźć się w podokiennej różance. To była taka miłość od pierwszego wejrzenia. prawie wszystko mi w tej róży pasowało. Prawie bo nazwa coś ciężkawa dla słowiańskiego ucha. Hermann Schulze Delitzsch wielkim człowiekiem był, zasłużonym działaczem poprawiającym ciężki los XIX wiecznych ludzi pracy ale imię Hermann wskutek oglądania przygód kapitana Klossa we wczesnym moim dziedzięctwie, na zawsze zostało związane z niejakim Brunnerem. Nie ma rady, jak słyszę czy czytam Hermann to kapitan Kloss odzywa się nieproszony z okolicy hipokampu "Achtung, Sturmbannführer Brunner"! Coś trzeba było z tym Hermannem zrobić, nie będę przecież hodowała gestapowskiej gadziny na rabatach ( i nie ma tu nic do rzeczy że to ponoć nie Gestapo miało być tylko Sicherheitsdienst - też było to wraże )! Róża już na etapie zakupów została przemianowana na "Henia", mięciutkie i czułe zdrobnienie znacznie lepiej oddaje charakter tej róży niż twardo brzmiące Hermann, że o podwójnym nazwisku ledwie napomknę ( bardziej po germańsku już się chyba nie da, choć pewnie językoznawcy przyczepiliby się do drugiego członu ). Róże sprowadziłam z pomocą cooleżanek różanek z forum Rosa.net
Odmiana została wyhodowana w Niemczech przez Liebig'a, zarejestrowana w 1999 roku, wprowadzona na rynek przez firmę My Garden w 2000 roku. Typ floribunda ( róża wielokwiatowa ). Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty o średnicy 8 cm delikatnie pachną. Strefa 6b czyli należy okrywać krzoczek na zimę ( czego bezczelnie nie robię ). Róża nie ma certyfikatu ADR i może to sprawia że nie jest tak popularna jak inne niemieckie odmiany. U mnie rośnie bardzo dobrze ( czego o niektórych odmianach posiadających certyfikat ADR powiedzieć nie mogę, taka złośliwość losu ) i u Mamelona zachowuje się też bardzo ale to bardzo przyzwoicie. Parokrotnie w sezonie jest wprost obsypana kwiatami. Dla miłośników różanych kremowo - brzoskwiniowo - morelowych tonów balsam na serce strapione mszycami czy tam innymi skoczkami. Jak do tej pory liście zdrowe i nie zaobserwowałam strasznych problemów z grzybami ( ot, jak to przy wilgotnej pogodzie ale bez ekscesów ). Kombinuję jakby tu "Henia" jeszcze do różanki w większej ilości dołożyć, "Henio" w masie jest powalający.
Odmiana została wyhodowana w Niemczech przez Liebig'a, zarejestrowana w 1999 roku, wprowadzona na rynek przez firmę My Garden w 2000 roku. Typ floribunda ( róża wielokwiatowa ). Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty o średnicy 8 cm delikatnie pachną. Strefa 6b czyli należy okrywać krzoczek na zimę ( czego bezczelnie nie robię ). Róża nie ma certyfikatu ADR i może to sprawia że nie jest tak popularna jak inne niemieckie odmiany. U mnie rośnie bardzo dobrze ( czego o niektórych odmianach posiadających certyfikat ADR powiedzieć nie mogę, taka złośliwość losu ) i u Mamelona zachowuje się też bardzo ale to bardzo przyzwoicie. Parokrotnie w sezonie jest wprost obsypana kwiatami. Dla miłośników różanych kremowo - brzoskwiniowo - morelowych tonów balsam na serce strapione mszycami czy tam innymi skoczkami. Jak do tej pory liście zdrowe i nie zaobserwowałam strasznych problemów z grzybami ( ot, jak to przy wilgotnej pogodzie ale bez ekscesów ). Kombinuję jakby tu "Henia" jeszcze do różanki w większej ilości dołożyć, "Henio" w masie jest powalający.
środa, 13 sierpnia 2014
'Polka' - nieoczekiwany "meilland" w różance
Na odmianę róży 'Polka' to ja zostałam namówiona przez różankowych znajomków. Dałam się skusić możliwości wykorzystania róży zarówno jako krzaczora , jak i rośliny pnącej. Znaczy głupio się przyznać ale widoczne to jak na dłoni - poleciałam na same kwiaty bardzo pasujące mi do nostalgiczno - morelowej - brzoskwiniowej koncepcji i jeszcze nie wiedziałam w jakiej formie te różę "wcisnę" na rabaty. Tak to już jest że jak człowiek zauroczony kwiatami to nie zwraca uwagi na tak drugorzędne szczegóły jak mrozoodporność, podatność na choroby czy pokrój krzewu lub jakość pędów. No cóż, miałam więcej szczęścia niż rozumu bo 'Polka' okazała się w miarę wytrzymałą różą, o zdrowych liściach i pokroju "do ogarnięcia" o ile tylko będzie się odpowiednio często używało sekatora ( z koncepcji pnącza zrezygnowałam po zdobyciu info o mrozoodporności - nie ten klimat, nie ta bajka ) .
Jest jednym z nielicznych "meillandów" w moim ogrodzie. Po zejściu wydawałoby się nieśmiertelnej odmiany 'Gloria Dei', róże Meillanda gościły w Alcatrazie hym...tego... przelotem ( słynna 'Eden Rose' jeden sezon, 'Leonardo da Vinci' dwa z hakiem, mieszańców herbatnich po klęsce z odmianą 'Paul Ricard' w ogóle nie zapraszałam ) . Teraz metryczka - 'Polka' wyhodowana została przez Jacques Mouchotte dla Meilland International i wprowadzona do handlu w 1991 roku, jest wynikiem krzyżowania 'Meipaisar' × 'Golden Showers'( Walter E. Lammerts 1950 ) X 'Lichtkönigin Lucia' ( Kordes 1966). Zalicza się do grupy Renaissance ® Collection, Romantica. Kwiaty o średnicy 10 - 12 cm, składają się z 17 - 25 płatków. Budowa kwiatu w typie starych róż, silny zapach i przede wszystkim powtarzające się w ciągu sezonu wielokrotne kwitnienie to bardzo silne atuty tej róży. Niestety w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu - mrozoodporność. Niby jest to wytrzymałość do -26 ale lepiej tę różę w centralnych regionach kraju okrywać i raczej prowadzić jak krzak a nie jak climber. Inne nazwy pod którymi spotyka się w handlu tę odmianę to: 'Lord Byron', 'MEItosier' ( nazwa rejestracyjna ), 'Polka 91', 'Scented Dawn', 'Twilight Glow'.
Jest jednym z nielicznych "meillandów" w moim ogrodzie. Po zejściu wydawałoby się nieśmiertelnej odmiany 'Gloria Dei', róże Meillanda gościły w Alcatrazie hym...tego... przelotem ( słynna 'Eden Rose' jeden sezon, 'Leonardo da Vinci' dwa z hakiem, mieszańców herbatnich po klęsce z odmianą 'Paul Ricard' w ogóle nie zapraszałam ) . Teraz metryczka - 'Polka' wyhodowana została przez Jacques Mouchotte dla Meilland International i wprowadzona do handlu w 1991 roku, jest wynikiem krzyżowania 'Meipaisar' × 'Golden Showers'( Walter E. Lammerts 1950 ) X 'Lichtkönigin Lucia' ( Kordes 1966). Zalicza się do grupy Renaissance ® Collection, Romantica. Kwiaty o średnicy 10 - 12 cm, składają się z 17 - 25 płatków. Budowa kwiatu w typie starych róż, silny zapach i przede wszystkim powtarzające się w ciągu sezonu wielokrotne kwitnienie to bardzo silne atuty tej róży. Niestety w tej beczce miodu jest łyżka dziegciu - mrozoodporność. Niby jest to wytrzymałość do -26 ale lepiej tę różę w centralnych regionach kraju okrywać i raczej prowadzić jak krzak a nie jak climber. Inne nazwy pod którymi spotyka się w handlu tę odmianę to: 'Lord Byron', 'MEItosier' ( nazwa rejestracyjna ), 'Polka 91', 'Scented Dawn', 'Twilight Glow'.
'Graham Thomas' - legendarna angielska róża
Był czas kiedy myślałam angielska róża a oczami wyobraźni widziałam odmianę 'Graham Thomas'. Pojęcie róża Austina w ogóle jakoś niemrawo się do mojej świadomości przebijało, angielki znałam jedynie z literatury i ogrodniczych serii BBC . I angielki to była głównie jedna, ciągle wywołująca ochy i achy odmiana - 'Graham Thomas'. Kiedy lata później dorwałam krzaczek tej róży byłam niemal tak szczęśliwa jak byliby himalaiści gdyby udało się im wleźć na K2 zimą! Jak to ze spełnieniem wielkich marzeń bywa, dane było mi przeżyć tzw. "Szczęście Frania". Wymarzony wymarzeniec, wypieszczony w myślach, cudowna róża trwale zapisana w moich zwojach jako synonim angielki, nieźle mnie rozczarowała. Gdzie jest qrczę ten wdzięk i stajl, gdzie ta trwała radość dla oczu i w ogóle w którym miejscu krzaczora człowiek może się natknąć na, za przeproszeniem, ten wytrysk geniuszu hodowlanego Davida Austina?!!! Znaczy wymyślona róża doskonała okazała się w realu nie całkiem doskonała. Tak naprawdę to okazała się być zupełnie inną różą niż jej wykreowany przeze mnie obraz.
Trochę trwało zanim oswoiłam się z realnym "Grahamkiem". Pomogło mi w tym przystosowanie się tej róży do warunków Alcatrazu, 'Graham Thomas' jest moim zdaniem odmianą róży która musi w naszym klimacie trochę posiedzieć w gruncie żeby mogła pokazać na co ją stać. To tak jak z niektórymi irysami bródkowymi - pierwszy sezon kwiat testowy, drugi zachęta, trzeci sezon to "O rany"! "Grahamek" wpisał się w teorię trzech sezonów, dopiero jego trzecie letnie kwitnienie uzmysłowiło mi że coś jest mocno na rzeczy z tą legendą, w którą obrósł. Solidny krzaczor o przewisających pędach, kuliste kwiaty o różnych odcieniach żółci, przedziwny owocowy zapach nie mający za wiele wspólnego z tym co zwykło się nazywać różaną wonią, doskonałe zarówno pierwsze kwitnienie jak i następne . Dziś tak wrósł w ogrodowy krajobraz że nie wyobrażam sobie różanki bez tej odmiany. Podstępnie mnie wziął znaczy ten "Grahamek", "na czas".
Teraz metryczka - odmiana wprowadzona została w świat w 1983 roku, jest krzyżówką siewki uzyskanej przez Davida Austina i odmiany 'Iceberg' z 1958 roku autorstwa Kordesa. Dorasta do 3 metrów wysokości ( u nas jest znacznie mniejszy, wielkim sukcesem będą już 2 metry ) i około metra szerokości. Kwiaty składają się z 35 płatków, mają kulisty kształt, w miniklastrze jest ich zazwyczaj około pięciu sztuk. Odmiana nazwana została na cześć Grahama Thomasa, pomnikowej postaci angielskiego ogrodnictwa. Graham Thomas żyjący w latach 1909 - 2003 ( ha, jeszcze trochę i byłaby setka - ponoć pasjonaci ogrodnictwa ciągną tak długo bo czekają na kolejny sezon, znaczy żyją przyszłością ) był uhonorowanym Orderem Imperium Brytyjskiego głównym "ogrodnikiem" National Trust. National Trust to legendarna instytucja dbająca o dziedzictwo kulturowe Wielkiej Brytanii, Graham Thomas to legendarna postać związana z angielską sztuką projektowania ogrodów więc nie ma się co dziwić że róża nazwana jego imieniem też została legendą. Jasne dla każdego kto wytrzyma trzy sezony czekania na właściwe kwitnienie róży 'Graham Thomas'!
Trochę trwało zanim oswoiłam się z realnym "Grahamkiem". Pomogło mi w tym przystosowanie się tej róży do warunków Alcatrazu, 'Graham Thomas' jest moim zdaniem odmianą róży która musi w naszym klimacie trochę posiedzieć w gruncie żeby mogła pokazać na co ją stać. To tak jak z niektórymi irysami bródkowymi - pierwszy sezon kwiat testowy, drugi zachęta, trzeci sezon to "O rany"! "Grahamek" wpisał się w teorię trzech sezonów, dopiero jego trzecie letnie kwitnienie uzmysłowiło mi że coś jest mocno na rzeczy z tą legendą, w którą obrósł. Solidny krzaczor o przewisających pędach, kuliste kwiaty o różnych odcieniach żółci, przedziwny owocowy zapach nie mający za wiele wspólnego z tym co zwykło się nazywać różaną wonią, doskonałe zarówno pierwsze kwitnienie jak i następne . Dziś tak wrósł w ogrodowy krajobraz że nie wyobrażam sobie różanki bez tej odmiany. Podstępnie mnie wziął znaczy ten "Grahamek", "na czas".
Teraz metryczka - odmiana wprowadzona została w świat w 1983 roku, jest krzyżówką siewki uzyskanej przez Davida Austina i odmiany 'Iceberg' z 1958 roku autorstwa Kordesa. Dorasta do 3 metrów wysokości ( u nas jest znacznie mniejszy, wielkim sukcesem będą już 2 metry ) i około metra szerokości. Kwiaty składają się z 35 płatków, mają kulisty kształt, w miniklastrze jest ich zazwyczaj około pięciu sztuk. Odmiana nazwana została na cześć Grahama Thomasa, pomnikowej postaci angielskiego ogrodnictwa. Graham Thomas żyjący w latach 1909 - 2003 ( ha, jeszcze trochę i byłaby setka - ponoć pasjonaci ogrodnictwa ciągną tak długo bo czekają na kolejny sezon, znaczy żyją przyszłością ) był uhonorowanym Orderem Imperium Brytyjskiego głównym "ogrodnikiem" National Trust. National Trust to legendarna instytucja dbająca o dziedzictwo kulturowe Wielkiej Brytanii, Graham Thomas to legendarna postać związana z angielską sztuką projektowania ogrodów więc nie ma się co dziwić że róża nazwana jego imieniem też została legendą. Jasne dla każdego kto wytrzyma trzy sezony czekania na właściwe kwitnienie róży 'Graham Thomas'!
sobota, 9 sierpnia 2014
'Charles Austin' - angielska róża kosiarkowa
'Charles Austin' to jedna z moich pierwszych róż angielskich. Natychmiast została okrzyknięta "Objawieniem Sezonu" i powielona na różnych rabatach. Mam parę krzaków rosnących w Alcatrazie i w pseudo - różance pod moimi oknami. Nie tylko kolor i solidne kwitnienie przemówiły za tą różą, przede wszystkim jest to odmiana, którą zaliczam do tzw. roślin kosiarkowych ( znaczy kosiarką przejedziesz a roślina odrośnie i będzie się prezentowała jeszcze piękniej ). "Charlie" okazał się też odporny na zimowe ekscesy pogodowe, bardzo dobrze zniósł upiorny luty 2012 roku, mimo tego że nie było kopczyków ( starszych krzaków róż angielskich nie okrywam, lenistwo mam we krwi ). Odbudowywał się powoli ale żaden z krzaków nie wyleciał ( a taki 'Pilgrim' czy 'Sweet Julie' odfrunęły z królikami ). Wraz z 'Mary Rose' i 'Graham Thomas', 'Charles Austin' stanowi moją trójcę półświętą róż angielskich ( trójca chyba zmieni się niedługo w kwartecik bo 'Crocus Rose' z każdym rokiem uprawy zyskuje coraz większe uznanie ). Z pewnym zdziwkiem przeczytałam swego czasu na forum że nie w każdym ogrodzie "Charlie" zachowuje się jak na dobrą różę przystało! Były pretensje o to że odmiana prawie wcale nie raczy kwitnąć, że mimo tego iż w gruncie siedzi ze dwa lata to bezczelnie się nie rozkrzewia a pędy ma rachityczne jak klasyczny niedożywieniec. I nie były te zarzuty wypisywane przez świeżo upieczonych różankowych lecz przez doświadczonych rosomanes. No zgroza i ból zęba!
Jak ogólnie nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a w przypadku róż o podkładki ( czyli też chyba o kasę ). Moje różyczki zostały pozyskane od znajomych szkółkarzy i wiem że szczepione były na dobrych, odpornych podkładkach ( no i nie dających niemal w ogóle odrostów, którą to cechę niezmiernie sobie cenię ). Odmiana najlepiej prezentuje się posadzona na półcienistym stanowisku, kwiaty długo utrzymują wtedy pierwotną barwę ( oj, nie zgadzam się ja z Sołtysem Marianem że płowiejące kolorki nieciekawe, znam gorsze "schodzenia" róż ). Tnę tę różę bardzo silnie, wtedy ma zadowalającą ilość kwiatów na pędzie. Nie dopuszczam do tego żeby "Charlie" zamienił się w klimbera ( ma do tego tendencję ), to jest róża krzaczasta i w takiej formie wygląda najlepiej. Robienie z niej w naszych warunkach klimatycznych na siłę róży pnącej nie zdaje egzaminu - nie te klastry, nie to kwitnienie,w ogóle nie ta bajka! W moim ogrodzie róża bez problemu powtarza kwitnienie ale jak i w przypadku innych angielek, usuwam przekwitłe kwiaty i zasilam krzaki dwa razy w czasie wegetacji. Szczególnie cenię sobie jesienne kwitnienie, kwiaty są wówczas wspaniale wybarwione. Teraz metryczka - wprowadzona przez Davida Austina w 1973 roku, krzyżówka róży 'Chaucer' i mieszańca herbatniego 'Aloha' ( odmiany Boerner'a z 1949 roku ). Nazwana na cześć ojca Davida - Charles'a. Dorasta od 1,5m do 3 metrów wysokości i około 1,20 m - 1, 85 m szerokości. Kwiaty o średnicy około 10 cm, składające się z blisko 70 płatków. Liście w kolorze "średniej zieleni", na ogół zdrowe. Napiszę krótko - kocham "Charlie'go" !
Jak ogólnie nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze, a w przypadku róż o podkładki ( czyli też chyba o kasę ). Moje różyczki zostały pozyskane od znajomych szkółkarzy i wiem że szczepione były na dobrych, odpornych podkładkach ( no i nie dających niemal w ogóle odrostów, którą to cechę niezmiernie sobie cenię ). Odmiana najlepiej prezentuje się posadzona na półcienistym stanowisku, kwiaty długo utrzymują wtedy pierwotną barwę ( oj, nie zgadzam się ja z Sołtysem Marianem że płowiejące kolorki nieciekawe, znam gorsze "schodzenia" róż ). Tnę tę różę bardzo silnie, wtedy ma zadowalającą ilość kwiatów na pędzie. Nie dopuszczam do tego żeby "Charlie" zamienił się w klimbera ( ma do tego tendencję ), to jest róża krzaczasta i w takiej formie wygląda najlepiej. Robienie z niej w naszych warunkach klimatycznych na siłę róży pnącej nie zdaje egzaminu - nie te klastry, nie to kwitnienie,w ogóle nie ta bajka! W moim ogrodzie róża bez problemu powtarza kwitnienie ale jak i w przypadku innych angielek, usuwam przekwitłe kwiaty i zasilam krzaki dwa razy w czasie wegetacji. Szczególnie cenię sobie jesienne kwitnienie, kwiaty są wówczas wspaniale wybarwione. Teraz metryczka - wprowadzona przez Davida Austina w 1973 roku, krzyżówka róży 'Chaucer' i mieszańca herbatniego 'Aloha' ( odmiany Boerner'a z 1949 roku ). Nazwana na cześć ojca Davida - Charles'a. Dorasta od 1,5m do 3 metrów wysokości i około 1,20 m - 1, 85 m szerokości. Kwiaty o średnicy około 10 cm, składające się z blisko 70 płatków. Liście w kolorze "średniej zieleni", na ogół zdrowe. Napiszę krótko - kocham "Charlie'go" !
'Crocus Rose' - pastelowy angielski hardcore
Po raz pierwszy zobaczyłam tę różę w ogródku Mrówki Z. Wirytualnie zobaczyłam ale "natentychmiast" wiedziałam że to jest róża która zagości w podokiennej różnace. Rozbielone kremo - róże, budowa kwiatu jak żywo przypominająca róże historyczne, sylwetka krzaczora w niczym z kolei nie przypominająca "szklarniowych" mieszańców herbatnich. No i do tego wszystkiego dobrego zapewnienia mrówczyne o hardcorowatości tej odmiany. Długo z kupnem nie zwlekałam, w tym samym roku jesienną porą wybrałam się z Mamelonem do Rosarium. Dokonałyśmy wtedy tzw. obfitych zakupów. Była to wspaniała, długa i słoneczna jesień, taka wręcz wymarzona na sadzenie róż. Niestety po tych jesiennych rozkoszach nastała jedna z najpaskudniejszych dla ogrodników zim - słynna zima 2012, z tym cholernie mroźnym a bezśnieżnym lutym. Nastąpiła prawdziwa hekatomba ogrodowa, róż też nie oszczędziło. Mimo okrycia, kopczykowania i zmawianych paciorków z posadzonych różanych nówek niemal nic się nie ostało. Niemal bo 'Crocus Rose' trwał na posterunku! Łatwo mu nie było, zbierał się długo i co i raz traciłam nadzieję na jego dojście do siebie. U Mamelona bylo podobnie, z tym że jej egzemplarz róży tej odmiany wyglądał jakoś lepiej niż mój. I u Mamiego była to jedyna odmiana posadzonej jesienią róży, która ocalała po zimie. Niestety z biegiem czasu krzaczek różany w Mamelonoison zaczął zmieniać barwę pędów z pięknie jasnozielonych na żałobną czerń. Moja różyczka miała pędy szaro zielone ale wyraźnie zieleniała wraz z wiosną. Przypuszczam że rosnąc blisko domu była mniej narażona na wiosenne wahania temperatury niż mamelonowy egzemplarz, rosnący w "szczerym ogrodzie".
Biedny 'Crocus Rose' Mamelona przetrwał zimę ale był niestety tak osłabiony że nie zdzierżył wiosennych przymrozków. Tym niemniej fakt jest faktem - świeżo posadzone jesienią krzaki róży angielskiej 'Crocus Rose' przeżyły luty 2012 roku. Znaczy Mrówka Z. prawdę pisała - hardcore a nie zwyczajna róża! Teraz trochę o pochodzeniu czyli metryczka. Odmianę wyhodował David Austin. Zalicza się ją do tzw. róż angielskich nazywanych też inaczej różami Austina. To grupa róż o nostalgicznym charakterze, powstała z krzyżowania XIX wiecznych róż z nowoczesnymi odmianami ( angielki to pierwsze nowoczesne róże nostalgiczne, po nich przyszły te wszystkie grupy Romantica i inne Märchenrose ). 'Crocus Rose' została wprowadzona do handlu w roku 2000, jest krzyżówką nienazwanej siewki z odmianą 'Golden Celebration'. Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty średniej wielkości ( 8 cm - 10 cm ) o około 40 płatkach, kwitną w małych klastrach ( 3 do 5 kwiatów w klastrze ). Jak to się mówi "kwitną rzutami przez cały sezon" czyli przynajmniej parę razy począwszy od czerwca można się cieszyć kwiatami tej odmiany. Liście matowe, takie "średnio -zielone", odporne na choroby grzybowe. U mnie rośnie trzeci sezon bez oprysków! Przycinam tę różę stosunkowo wysoko, ma wtedy ładniejszy pokrój, bardziej pasujący do dużych krzewów róż w sąsiedztwie. Nazwa odmiany ma upamiętniać organizację "Crocus Trust" zajmującą się pomocą ludziom cierpiącym z powodu nowotworów jelita grubego. Inna nazwa tej róży, pod którą dość często występuje w handlu to 'Emmanuel'
Biedny 'Crocus Rose' Mamelona przetrwał zimę ale był niestety tak osłabiony że nie zdzierżył wiosennych przymrozków. Tym niemniej fakt jest faktem - świeżo posadzone jesienią krzaki róży angielskiej 'Crocus Rose' przeżyły luty 2012 roku. Znaczy Mrówka Z. prawdę pisała - hardcore a nie zwyczajna róża! Teraz trochę o pochodzeniu czyli metryczka. Odmianę wyhodował David Austin. Zalicza się ją do tzw. róż angielskich nazywanych też inaczej różami Austina. To grupa róż o nostalgicznym charakterze, powstała z krzyżowania XIX wiecznych róż z nowoczesnymi odmianami ( angielki to pierwsze nowoczesne róże nostalgiczne, po nich przyszły te wszystkie grupy Romantica i inne Märchenrose ). 'Crocus Rose' została wprowadzona do handlu w roku 2000, jest krzyżówką nienazwanej siewki z odmianą 'Golden Celebration'. Dorasta do 120 cm wysokości i 90 cm szerokości. Kwiaty średniej wielkości ( 8 cm - 10 cm ) o około 40 płatkach, kwitną w małych klastrach ( 3 do 5 kwiatów w klastrze ). Jak to się mówi "kwitną rzutami przez cały sezon" czyli przynajmniej parę razy począwszy od czerwca można się cieszyć kwiatami tej odmiany. Liście matowe, takie "średnio -zielone", odporne na choroby grzybowe. U mnie rośnie trzeci sezon bez oprysków! Przycinam tę różę stosunkowo wysoko, ma wtedy ładniejszy pokrój, bardziej pasujący do dużych krzewów róż w sąsiedztwie. Nazwa odmiany ma upamiętniać organizację "Crocus Trust" zajmującą się pomocą ludziom cierpiącym z powodu nowotworów jelita grubego. Inna nazwa tej róży, pod którą dość często występuje w handlu to 'Emmanuel'
Subskrybuj:
Posty (Atom)





