poniedziałek, 8 września 2014

'Furioso' - irys IB z tych "gorących"

Swego czasu 'Furioso' doprowadzał mnie do furii. "Wredna Franca" taką miał ksywę. Bywało  że nazywałam go jeszcze bardziej brzydko ale on w pełni zasłużył na każdą literkę epitetów. On nie rósł tylko stał w miejscu i jeszcze kombinował czy aby nie podgnić. Jego podłe postępowanie rzucało się tym bardziej w oczy że przez pewien czas rósł przy kosiarkowej odmianie  'Ask Alma'. Andrzej uprzedzał mnie że jak na irysa IB ta 'Furioso' zachowuje się grymaśnie. Jednak postanowiłam nie odpuścić, bo oglądane w sieci  oraz Ewy i Andrzeja fotki nęciły pięknym zestawem barw kwiatu. Postanowiłam  że dobiorę jeszcze trochę kłączy i któreś mi w końcu zakwitnie. Kiedyś, za jakieś lata świetlne! Wybrałam stanowisko na którym do tej  pory odmianie najlepiej się rosło i posadziłam. W tym roku 'Furioso' w końcu zaskoczył, jakby towarzystwo nowych kłączy  dodało mu sił życiowych. Udało mu się jakoś zdzierżyć przymrozki, myślę że pąk był jeszcze zbyt schowany  i  dlatego kwiaty w nim rosnące nie odczuły zbyt mocno majowego hardcoru. Jest nadzieja że w przyszłym roku 'Furioso' znów pokaże się z dobrej strony. Naprawdę miła dla oka jest z niego odmiana, żeby tylko charakter miał lepszy. Teraz metryczka - odmianę zarejestrował  Barry Blyth, w 1996 roku. Została wprowadzona do handlu przez szkółkę Tempo Two w sezonie 1996/97. Odmiana jest wynikiem krzyżowania 'Mango Kiss' X 'Bogota'. Dorasta do 61 cm, kwitnie dość wcześnie ( u mnie troszkę bliżej środka sezonu ). Na rabacie sprawia wrażenie "gorącego" irysa, zdecydowanie dla wielbicieli koloru pomarańczy w irysowych kwiatach.

'Fortune Hunter' - irys IB uzupełniający

Ta odmiana urzekła mnie w Irysowie. Wygrzewała się na słoneczku i mimo sporej dawki żółci na płatkach nie "waliła " po oczach.  Może  to dlatego że żółć stosunkowo  szybko przechodzi w brzoskwiniowe tony, a płatki kopuły maja lekki morelowo - beżowy zadmuch u nasady. Podobny  kolor zajmuje dwie trzecie dolnego płatka. To wszystko razem z koralową bródka sprawia że irys jest ciepły ale nie żarzący. U mnie w tym roku ta odmiana miała pecha, późne przymrozki zniszczyły kwiaty w pąkach. Wybarwienie  irysa nie było zatem do końca  takie jakie być powinno. I tak 'Fortune Hunter' zniósł tę katastrofę przymrozkową w miarę godnie, kwiaty innych odmian rosnących w sąsiedztwie wyglądały wręcz tragicznie. Irysa wyhodował Paul Black - odmiana została zarejestrowana w 2003 roku a w 2004  wprowadzono ją do handlu. Pochodzi z krzyżowania siewki o numerze D133A: ('Software' x nieznany - wolne zapylenie ) X 'Hot Jazz'. Dorasta do 66 centymetrów, kwitnie w środku sezonu. Kariery wielkiej odmiana nie zrobiła ale na rabacie wygląda bardzo przyjemnie.

'John' - irys IB w typie dziadunio z wigorem

"Wesołe jest życie staruszka" tak sobie myślę patrząc na tę odmianę kwitnącą na  rabacie. Dziadek zarejestrowany w 1989 roku, wprowadzony do handlu rok  później, nadal trzyma się dziarsko. Nie ma co prawda szerokich i falujących dolnych płatków jak to nowe odmiany, ale za to jego barw nie da się nie zauważyć na rabacie. Nie żeby był jarzeniowy, nic z tych  rzeczy ( nazywam go  "Wesołą Musztardą", tak mi się jakoś musztardowo jego kolorki kojarzą  ). Jednak odmiana ciągnie oczy i nie da się przegapić jej kwitnienia. Może to zasługa zestawienia z  blado żółtymi irysami IB, choć tak do końca nie jestem tego pewna. Wszak  nieopodal rosną też odmiany, których kwiaty są bardziej nasycone kolorem. Staruszek wyraźnie  się nie daje zdystansować reszcie towarzystwa i w sumie tak do końca nie wiem czy to zasługa zestawień czy po prostu ta odmiana tak ma. W każdym razie do żółci, brązów i miedzianych odcieni 'John' pasi aż miło. Teraz metryczka - datę wprowadzenia już mamy,  odmianę wyhodował Allan Ensminger, jest krzyżówką odmian 'People Pleaser' X 'Hula Dancer'. 'John' otrzymał swoją porcję wyróżnień - Honorable Mention 1992, Award of Merit 1994. Kwitnie dość wcześnie, rozrasta się dobrze choć nie jest to jakieś niezwykłe tempo. Jeśli chodzi o termin kwitnienia to u mnie zaczyna kwitnienie bliżej środka sezonu ale w opisach ten irys zaliczany bywa do zarówno do wczesnych jak też średnio - późnych ( taki zdziwaczały staruszek, he, he ). Na szczęście bezgrymaśny i bezpampersowy, ot wesoły dziadunio.

'Man Best Friend' - irys IB, który jest najlepszym przyjacielem początkującego ogrodnika

Jeśli chodzi  o wigor to mało która odmiana irysa IB może równać się z 'Man Best  Friend'. Chyba tylko osławiona 'Ask Alma' tak błyskawicznie się rozrasta. Znaczy  'Man  Best Friend' jest irysem kosiarkowym ( kosiarką przejedziesz a roślina w ramach protestu odbije ze zdwojoną siłą, jak ta trawa ). Jeśli chodzi o urodę to wiadomo że  o gustach się nie dyskutuje. Mnie  ten irys kręci, uważam że zestawienie kolorów jest w tej kategorii dość rzadkie.  Szczerze pisząc to  i w TB ciężko mi się jakoś doszukać tak zrównoważonego walorem ( stopniem nasycenia barwą ) zestawu. U  mnie ta odmiana zakwita bardzo wcześnie ( wyjątkowe stanowisko? ), więc "łapie" późne kwitnienia  irysów SDB. Lubię takie "przejściowe" irysy które można zestawiać z innymi  kategoriami, mam  wtedy wrażenie zachowania ciągłości kwitnienia. Jednak encyklopedia AIS opisuje ją jako odmianę  dość  późną  ( literki ML jak byk tam stoją ). Nie wiem skąd taka rozbieżność między tym co się dzieje na mojej rabacie a opisem zamieszczonym w AIS. Pożyjemy, zobaczymy jak  to się dalej będzie rozwijało.  Teraz metryczka - powstanie odmiany zawdzięczamy krzyżowaniu  siewki Thomasa Johnson'a Q38D, rodzeństwu odmiany 'Country Dawn' X 'Devoted'. "Tatusiem" odmiany jest Paul Black, który zarejestrował ją w 2008 roku. W ciągu sześciu lat 'Man Best Friend' zgarnął z puli nagród AIS niemal wszystko co było do zgarnięcia, tylko Sass Medal i Dykes Medal pozostały poza jego zasięgiem. Lista wyróżnień wygląda tak : HM 2010, AM 2012, Ben Hager Cup 2012 ( nagroda przyznawana najlepszemu  irysowi zaliczanemu do tzw. "median irises" czyli  irysom SDB, IB, MTB i BB ). 'Man Best Friend'  nadaje się idealnie do rozpoczęcia przygody z uprawą irysów bródkowych, ma wszystkie cechy które zachęcą początkującego uprawiacza do hodowli bródek - zdrówko, szybkie rozrastanie się kępy i przede wszystkim urodę kwiatów, które w porze kwitnienia robią naprawdę dobre wrażenie na rabacie.

niedziela, 7 września 2014

Jesienne porządki blogowe


Uporządkowałam nieco mojego blogiego.  Mój bosz......stanowczo za dużo "paplam na piśmie". Taki sobie wniosek po tych porządkach wyciągnęłam. Blog w zasadzie ogrodowy ale czego ja tu nie przemycam - brakuje tylko recenzji książkowo - filmowych i szczegółowych wynurzeń  na tematy rodzinne ( choć koty, które są częścią rodziny bezczelnie obmawiam ). Starałam się uporządkować pisaninę tak żeby Ci co szukają w blogosferze tzw. konkretów mogli łatwiej dotrzeć do interesujących ich info o doświadczeniach ogrodowych  przeprowadzanych w centralnej Polsce. Irysy kłączowe  mają całą podstronkę im  wyłącznie poświęconą i  jest najzupełniej jasne dlaczego tak jest  (  nieuświadomionych  odsyłam do postu Irysy SDB - najważniejsze kwiaty w Alcatrazie  ), inne  rośliny żyjące w Alcatrazie dostały podstronkę pod tytułem  Zielenina. Alcatraz  rzecz jasna ma swoją własną  podstronę i tam są wywalone na widok publiczny jego rabaty . W podstronie Różnoty upchnęłam szaleństwa kulinarne Dżizaasa, obmawianie kotów, zapiski podróżne i moje ględzenia na różne tematy ( mam wrażenie że są jak  "pamiętnik pensjonarki", brakuje tylko żebym pisała  "Drogi Blogu" ). Mam nadzieję że  jest w miarę przejrzyście i jakoś się da w tej  mojej pisaninie połapać.

piątek, 5 września 2014

Zabić elfa czyli takie tam rozważania o wykorzystywaniu chemii w ogrodzie.



Mam ociepkizm vel syndrom  Ociepki. Symptomy to widywanie krasnoludków i innych dziwnych stworków  a na wczesnym etapie ociepkizmu przemożna  chęć ich zobaczenia. I mnie właśnie czasem nawiedzają  kretyńskie zachciewajki aby świat zrobił się z lekka ponad naturalny. No żadnej tam metafizycznej głębi czy dociekań co do istoty Absolutu w tym nie ma, ot takie bardzo przyziemne pragnienie żeby występowały w przyrodzie Elfus gardenia w odmianach, czy Gnomes domestica. Klasyczny ociepkizm. Jak cudnie by było gdyby po ogrodzie śmigało coś podobnego do motyli czy złotooków. No bo te moje elfy to nic a nic nie mają wspólnego z tolkienowską wizją,  prędzej z angielskim pojęciem fairy. Zdecydowanie moim elfom bliżej do XIX wiecznych przedstawień, czy ilustracji książkowych, szczególnie tych autorstwa Idy Rentoul Outhwaite ( aż cztery z nich ilustrują ten wpis ).  Moje elfy są jeszcze mniejsze niż te "ilustracyjne",  takie właśnie w rozmiarze motylowym czy mało - żuczkowym. Ogród odwiedzany przez elfy byłby prawdziwie stylowy, wiktoriańsko angielski że się tak wypisze. W epoce królowej Wiktorii jednak o pewnych sprawach nie wypadało mówić w ogóle  i stąd mój brak wiedzy jeśli chodzi o rozmnażanie i  rozwój "prenatalny" elfów. Czy to coś w stylu gąsienicy, poczwarki i imago, czy ciężarna elfica składa jaja, czy larwy elfów podżerają zdradziecko liście? A może za tym całym nieszkodliwym fruwaniem i spijaniem rosy z kwiatów dorosłych elfów kryją się wczesne stadia ich rozwoju, przerażające i groźne jak turkuć podjadek, skoczek różany i szrotówek kasztanowiaczek  na raz?!  Może jednak lepiej że elfy ogrodów nie nawiedzają.

Przynajmniej dla elfów! Pewnie znany  koncern  wyprodukowałby środek  do selektywnego wybijania elfów niepożytecznych, który  byłby nieszkodliwy dla cacy elfów i pszczół ( nieszkodliwość gwarantowana przynajmniej do czasu bezsponsoringowych badań  ). Ze szczególną zaciekłością by zwalczano  elfy krwiopijcze, tzw. wąpierze, które nie pozwają ludziom cieszyć się urokami letniego wieczoru w ogrodzie ( co tam rośliny, ale żeby Pana stworzenia  gryźć - never ). Znaczy ludzie zachowywaliby się wobec elfów  dokładnie tak jak zachowują się wobec wszelkiej żywiny - generalnie bezmyślnie! Mam wrażenie że właśnie powolutku docieramy do początku końca  epoki Wielkiego Trucia zwanego inaczej Wielkim Wybijaniem. Zajęło nam sporo czasu uświadomienie sobie faktu że  jednak jesteśmy częścią ekosystemu i pewnych rzeczy nie możemy robić bezkarnie. Prędzej czy później jako tym stojącym najwyżej w łańcuchu pokarmowym dostaje nam się rykoszetem z naszej własnej  broni. Koncerny  produkujące środki ochrony  roślin mają za uszami znacznie więcej niż tylko wybijanie insektów, ale to nie jest tak że koncerny odpowiadają za uprzemysłowienie hodowli  czy uprawę monokulturową.  Głupio  stwierdzić  bo to truizm ale nie ma zmiłuj - to nie podaż rządzi rynkiem tylko popyt. To klienci wymagają tak intensywnej produkcji, ich wieczne nienasycenie powoduje że opłaca się uprzemysłowienie uprawy warzyw, owoców czy co najgorsze, hodowli zwierząt. Jak niemal każdy komu  przyszło się zetknąć zawodowo z masową produkcją żywności pewnych rzeczy nie jadam, a niektórych to nawet nie dotykam żeby przypadkiem nie zaświecić , he, he. Nie mam jednak  złudzeń że opowieści o procesie produkcyjnym przebiją się błyskawicznie do wypranych reklamami mózgów  większości populacji, a przede wszystkim że zniwelują działanie  efektu "niskiej ceny".

Ta "niska cena" zazwyczaj jest kryterium rozstrzygającym przy zakupie. Szlachetna cnota  umiarkowania zginęła  w odmętach konsumpcjonizmu zalewającego bogatszą część świata, trzeba mieć  w lodóweczce wszystko, nawet jeżeli to wszystko oznacza kupowanie GOK ( Guano Ostatniej Klasy ). I tak zimową porą zamiast tradycyjnych w naszym klimacie  kiszonek ( przenawożenie warzyw odbija się na jakości kiszeniny, stąd tzw.wspomagacze, które dość  łatwo wyczuć ) czy warzyw korzeniowych, mamimy oczka ( bo kubki smakowe to raczej trudno omamić, chyba że smakiem umami czyli glutaminianem sodu,he, he ) czerwienią pomidorów i zielenią roszponki wyhodowanych na przecudnej mieszance  nawozów w roztworze wodnym. Samo zdrowie zimą i to w przystępnej cenie! Świeżutkie i "przepiąkne" - prawdziwy spożywczy "Miś na miarę naszych możliwości", że zacytuję slogan z filmu pana Bareji. Oczywiście oszustwo z zielonym zdrówkiem jest taką dratwą szyte że prędzej czy później nawet inteligentne inaczej osobniki się zorientują że to wałek. Drogę do zrozumienia że "niska cena" = "niska jakość" przechodzi się samotnie, jak każdą trasę do oświecenia ( no i w różnym tempie, niektórzy prują autostradą , inni wloką się po jakichś poboczach zanim zrozumieją że hydroponika  a uprawa w gruncie na skalę przemysłową różnią się ilością "nośnika" ale "dobrótki" docierają  do rośliny w podobnych ilościach ). No i co dalej z tym robić? Osobniki wstrzemięźliwe zastanawiają się czy koniecznie  muszą podżerać pomidory w styczniu, dociekliwe czytają o komorach próżniowych i nowych sposobach mrożenia, przesłuchują sprzedawców a jak się da to  i producentów, te z depresją stwierdzają że  im jest wszystko  jedno bo i tak "vanitas vanitatum", a te wyposażone przez naturę w chęć grzebania się w ziemi pragną własnych warzywek i owoców, najlepiej takich beznawozowych i zdrowych, niemal stepujących i śpiewających "Ach my zdrowe, zdrowe, zdrowe!". Ten ostatni rodzaj osobników przystępuje do upraw ekologicznych, w których nawóz  sztuczny ( tzw. sklepiak ) jest wyeliminowany "z urzędu".

Nie da się ukryć że to właśnie im, hodowcom warzyw i owoców, zawdzięczamy zwrot ku bardziej naturalnym  formom uprawy. Ogrodnicy  uprawiający rośliny ozdobne najprawdopodobniej zdążyliby spokojnie załatwić wody  gruntowe zanim by doszli  do wniosku że coś  chyba jest nie halo - nawożą i nawożą a rośliny nie chcą rosnąć. Jednak zarówno ci od warzywek i owoców jak też ci od  kfiotków i krzaczków  nie mogą pogodzić się z jednym - bezczelnym podżeraniem przez owady  ( i nie tylko owady ) uprawianych w pocie czoła roślin. W przemysłówce nikt się nie patyczkuje, pestycyd leci w dużej ilości, karencja jest a klient w sklepie nie widzi że padły nie tylko podżerające rośliny szkodniki. W ogrodzie nie da się  niektórych rzeczy nie zauważyć. Co prawda zrozumienie pewnych zjawisk   nie jest proste jak konstrukcja cepa i wymaga nieco chęci poznania, jednak da się pojąć że pośrednią "korzyścią" używania  takiego preparatu jak np. Basudin, było padanie ptaków. Ilość środków ochrony roślin czyli  trucizn wycofywana z obrotu handlowego systematycznie wzrasta. I to jest wielka chwila  prawdy dla  wszystkich ogrodujących - mało  rzeczy tak wkurza  jak podżeranie wypielęgnowanej przez człowieka rośliny, a tu nie da się wypowiedzieć wojny totalnej i zamordować podżeraczy. Można  co najwyżej spróbować  przegonić paskudników z ogrodu. Czyli  razić  ich środkami, które  są w swoim działaniu podobne do preparatów uzyskiwanych "naturalnie",  tych wszystkich wyciągów ziołowych, płukanek z szarego mydła i odwarów  tytoniowych. Sęk w tym że ostra chemia działa błyskawicznie a na efekty działania słabszych środków trzeba poczekać ( a czasem i nie doczekać, bo ochraniana roślina zejdzie ).

Ogrodujący w tzw. chwili  prawdy podzielili się na dwie  frakcje - naturalistów i obrońców roślin. Większość kolekcjonerów roślin zalicza się do  frakcji obrońców, ja, mimo kolekcjonerskich  irysowych zapędów staram się iść w kierunku wyznaczonym przez naturalistów. Piszę staram się bo nie zawsze mi  to wychodzi. Bardzo ostrej chemii co prawda nie stosuję ale proszek do pieczenia z wrotyczem "umila" życie mrówkom a wobec ślimaków bywam bezwzględna ( z wyjątkiem winnniczków, które są  dobrymi ślimakami  i nie mam tu na myśli Escargots à la Bourguignonne )! Muszelkowe paskudy, obżerające irysowe kwiaty lądowały niegdyś  w  wiaderku (  swego czasu sporo wiader wypełnionych pełzaczami wyniosłam na łąki, daleko, daleko  od Alcatrazu ) a pomrowy i ich luzytańskich krewniaków ( Mamelon miał w tym roku ich inwazję, u mnie jeszcze spokój ale  pewnie dotrą ) czeka egzekucja o ile tylko zauważę pełzanie w okolicy  host. Na szczęście są to sporadyczne wypadki. Być może sytuacja ślimakowa nie wymknęła się spod kontroli dzięki sporej populacji winniczków( zapraszam jak  jakiegoś znajdę, buch do  torebki i witamy w Alcatrazie ).  Jednak totalnie  przegrałam walkę ze szrotówkiem kasztanowiaczkiem, wymiatanie, ba,  wyzbieranie co do listeczka opadłych liści guzik dawało. Populacja w żaden sposób nie została ograniczona. W związku ze związkiem mój kasztanowiec  w połowie sierpnia wygląda smętnie. Jedyna nadzieja w tym że szrotówek komuś zasmakuje, bo jak dotychczas to wstrzykiwanie w drzewa substancji antyszrotówkowej załatwiło nie mniej drzew niż działalność samego szrotówka kasztanowiaczka. Lepy na drzewach z kolei przylepiały wszystko co żywe i jak się okazuje straty w ekosystemie przewyższały zyski.
 Na dzień dzisiejszy to  ja  mam ociepkizm, wiem że to podłe gnomy atakują mojego kasztanowca. To samoobrona ogrodniczego jestestwa przez wytwarzanie halucynacji , taka  jest chyba u mnie geneza ociepkizmu. Nie możesz czegoś zwalczyć staraj się z tym jakoś żyć. Kto wie może posunę się do tego co niegdyś zasłyszałam od  Kilkujadka  z Kingsajzu - "Ale my ich tak długo będziemy kochać, aż oni nas wreszcie pokochają". W świecie elfów i krasnoludków najlepiej stosować bajkowe metody, he, he. No i człowiekowi jakoś lżej na duszy że nie ukatrupił parki elfów czy stada gnomów, nawet  jak te ostatnie ogałacają mu z liści  kasztanowca. W ociepkiźmie, jak  to w szaleństwie, jest metoda!


wtorek, 2 września 2014

Jesienne cyklameny na start!

Strasznie bałam się uprawiania cyklamenów. Niemal tak jak uprawiania anemonopsisów. Bałam się wygniwania bulw, wymrażania nasadzeń do zera, marnego kwitnienia i tym podobnych "radości". Już sama nazwa Cyclamen neapolitanum sugerowała że to nie jest roślina dla Alcatrazu. Jednak.....gdzieś tam w Polsce ludziska  cyklameny uprawiali i całkiem nieźle im to wychodziło. Wprowadzenie do Alcatrazu cyklameny zawdzięczają Teresie R., naszej  tabazowej cooleżance. To właśnie łączka w jej  ogrodzie stała się takim  baaardzo solidnym impulsem do zakończenia  fazy eksperymentów ( bulwa na zimę chowana do domu ) i rozpoczęcia bardziej masowej hodowli  oraz przeprowadzenia cyklamenów do ogrodu jako tzw. stałego wyposażenia. Bazie Tabazy ja z kolei zawdzięczam zmniejszenie strachu przed uprawą neapolitańczyka, synonim Cyclamen hederifolium nie brzmi  już tak groźnie i "obco  klimatycznie". Polskie cyklamen bluszczolistny to już w ogóle " lighcik" bo  człowiek oswojony z hardcorowym bluszczem czuje się totalnie uspokojony. Roślina pochodzi z południa  Europy ale w  warunkach Centrali ( znaczy centralnej Polski ) daje sobie nieźle radę. Jak to  z nią będzie za "linią  Wisły" nie wiem ale mam podejrzenia że może być  różnie. Cyklameny występują w naturze do wysokości 1300 metrów n.p. m. ale ta wysokość na Sycylii to niekoniecznie takie warunki jak 200 z hakiem n.p.m. w Tajojowie. Może jednak na "trudniejszych" obszarach kraju uprawiać cyklameny jako "półogrodowce", długie zimy z zalegającym śniegiem jakoś mi nie pasują do bulw lubiących wiosenne słoneczko przygrzewające ziemię. Z drugiej strony to u mnie  też znowu tak słoneczko wiosną nie przygrzewa jak we Wrocku czy Opolu a  cyklameny  dają radę. Cóż, wygląda na to że po prostu trzeba je w klimacie  wschodniej Polski przetestować, znaczy potrzebny  tajojski pilot oblatywacz.

Teraz troszkę o  uprawie - cyklameny lubią  ziemię lekką , próchniczą ale o odczynie niezbyt kwaśnym.W cieplejszym klimacie rosną raczej  pod drzewami liściastymi, w naszym dobrze sadzić w  okolicy drzew iglastych, których korzenie  osuszają nieco glebę w lecie (co nie znaczy że gleba w ogóle ma być sucha, jak to ma miejsce przy takich pijawach jak świerki ). Dobrze w wypadku takiego stanowiska wspomóc  je troszkę dolomitem ( bez przesadyzmu ). Cyklameny przechodzą latem okres spoczynku, zanikają wtedy  liście  i praktycznie nie ma śladu po stanowisku rośliny. Dlatego rejony cyklamenowe lepiej zostawić w spokoju, pielić baaaardzo uważnie,  nie używając za ostro narządków.W przypadku  cyklamena bluszczolistnego kwiaty pojawiają się przy końcu lata. Wyłażą z gleby solo, liście pokazują się nieco później. Po przekwitnięciu kwiatów liście robią sporą kępę, która jest w stanie przy śnieżnej zimie przetrwać do wiosny. W kwietniu liście zaczynają zanikać tak, że jak pisałam,  późną wiosną i latem  jest łyso a nie cyklamenowo. Warto zatem  w okolicach gdzie  uprawiamy cyklameny posadzić coś, co może nie zakryje do końca łysin ale przynajmniej będzie  odciągało od nich wzrok.  Późną jesienią  stanowiska cyklamenów zaleca się okrywać w zimniejszym klimacie tzw. stroiszem czyli gałązkami drzew iglastych . Przyznam bezczelnie że tego nie robię. Jako ogrodnik leniwy czekam aż przyroda mnie wyręczy i sama okryje czym tam uważa moje cyklamenki. Znaczy nie uprzątam przed zimą liści, w końcu ogród  to nie  droga dojazdowa tylko kawałek natury z lekka ujarzmionej ( na temat  polskiej manii uprzątania liści z miejsc innych niż Tyrawnik czy oczko wodne mam tzw.  złe zdanie ). Cyklamenkom w tych siermiężnych, alcatrazowych warunkach widać nie jest tak bardzo źle, bo zauważyłam że  się sieją. Siewki zakwitają w trzecim lub czwartym sezonie.