niedziela, 5 maja 2019

Roma Antiqua - Łuk Konstantyna i Koloseum



To będzie wpis prawie z pierdylionem zdjęć jak to  ujmuje  Kura Naczelna,  ale inaczej jakoś tej starożytności Wam nie  unaocznię. Wicie rozumicie, obraz wart tysiąca słów. Zacznę od tego że  ruiny antycznego Rzymu zrobiły na mła ogromne wrażenie, żaden budynek renesansowy czy barokowy nie był w stanie go przebić. Nawet słynna kopuła bazyliki Piotrowej wydawała mi się tylko uzupełnieniem wielkiej architektury starożytności, wpisaniem w tło. Niestety zdjęcia nie są w stanie w stu procentach ( po mojemu to nawet w dwudziestu procentach, a  zdjęcia autorstwa mła to tak cóś kole dziesięciu procentach ) przekazać  skali, to rzecz do naocznego poznania. Jednak  jeżeli z ogromu  ruin ludzie  nie są w stanie odczytać dawnej wielkości miasta,  to Koloseum, Palatyn,  Circus Maximus i Forum Romanum mogą pozostać dla nich jedynie kupą cegieł i kamieni, mimo pomocy wizualnej czyli  rekonstrukcji komputerowej wyświetlanej w  Koloseum ( sporo ludzi ma problem z wyobraźnią przestrzenną, szkoda  że nie ma jeszcze dla nich takich mobilnych wizualizacji, łatwiej by  im przyszło wyobrażenie sobie miasta z pozostałych po nim fragmentów ). Na szczęście ruiny są swoiście urodne i nawet nie odróżniając  Łuku  Konstantyna od Łuku Tytusa człowiek napasie oczy pięknem. Ten łuk ze zdjątek powyżej i poniżej  to rzecz jasna słynny  Łuk  Konstantyna, powstały  w latach 312 - 315 ponad dwudziestopięciometrowy budynek wzniesiony ku chwale cesarza Konstantyna ( konkretnie to ku uczczeniu dziesięciolecia jego panowania  i sprawienia przez niego manta konkurentowi Maksencjuszowi ). Prawdziwna architektoniczna zdobycz  Rzymian, znaczy konstrukcja która zmieniła świat w wydaniu maksi.


 

Łuk  jest że tak to określę kompilowany, znaczy pomiędzy zdobienia z czasów  Konstantyna wpleciono rzeźby z czasów cesarza Trajana i  płyty z płaskorzeźbami z czasów cesarza Marka Aureliusza ( najprawdopodobniej pochodzące z niezachowanego Łuku Marka Aureliusza ) oraz medaliony ( nad  bocznymi  przelotami, to nie ten  ze zdjątka ) z czasów cesarza Hadriana. Łuk położony był na drodze Via Triumphalis, która zaraz za nim łączyła się z najważniejszym traktem, Via Sacra - drogą przemarszu triumfujących wojsk rzymskich. Tak naprawdę to ostatni z wielkich łuków triumfalnych antyku. Łuk Konstatnyna w świadomości mła zrósł się był z jednym  mocno hollywoodzkim dziełem. "Kleopatra" się nazywało i było prawdziwą superszmirą za cinżkie doolary. Historia prawdziwna wygląda tak że jesienią roku 46 p.n.e. ostatnia królowa Egiptu przybyła  na zaproszenie  kochanka ( Boskiego Giulio czyli Gajusza Juliusza Cezara ) w towarzystwie  ich wspólnego syna Cezariona i brata królowej Ptolemeusza XIV do Rzymu.  Wjazd do miasta określano jako  triumfalny. W filmie wygląda to w ten sposób  że ciągną wylaszczoną w stylu lat sześćdziesiątych ( prawie że Paco Rabanne ) Elizabeth Taylor na sfinksie pod Łukiem  Konstantyna powstałym niemal  cztery stulecia później. Właściwie to brakuje jeszcze Tarzana do kumpletu i byłoby już tak całkiem zgodnie z prawdą, he, he, he. Wicie rozumicie, Zachód tyż miał swoją prawdę czasu i prawdę  ekranu!  Rozumiecie zatem ten lekki rechocik który mną wstrząsał w okolicach tego budynku.  Przyznam że miałam lekki oczopląs, nie bardzo wiedziałam w co się wgapiać - czy w Koloseum czy w Łuk  Konstantyna, oba  budynki piękne! Tak do bólu, jak tylko wielka architektura potrafi!




No bo topograficznie  to jest tak że jak ktoś łukami zauroczony to tuż obok Łuku Konstantyna może napaść oczy  łukowym szaleństwem czyli  Koloseum.  Łuk na łuku, łukiem pogania, kwintesencja  rzymskiego budowania. Z koloseum to było tak: po ubiciu  Nerona zorientowano się że tak po prawdzie to nie ostał się nikt kto by z racji prostego dziedziczenia  mógł nosić tytuł cezara.  Członkowie dynastii julijsko - klaudyjskiej starannie zadbali o to by liczba osób uprawnionych z racji więzów krwi  do  cesarskiej purpury zmalała do "aktualnego władcy sztuk jeden", no i skończyło się tym że po śmierci jej ostatniego ciężko nieznośnego przedstawiciela senat popędzany przez pretorianów musiał na gwałt znaleźć kogoś kto zechciał by posprzątać pospiskowy bałagan. Padło na niejakiego Wespazjana, żołnierza a nie polityka. Wespazjan zajmował się tłumieniem powstania w Judei, co wymagało znacznie większego talentu dyplomatycznego niż się rzymskim senatorom zdawało. Sądzili  że do Rzymu sprowadzają łatwo sterowalnego wojaka a tymczasem przyjechał całkiem niezły polityk. Wespazjan  świadomy roli cezara jako tego który winien zapewnić  panem et circenses zapowiedział że ku rozrywce  Rzymian ( dużą literą bo amfiteatr cieszył się sławą w całymi imperium )  wzniesie największy amfiteatr jaki do tej pory widział  świat. I tak  narodziła się idea Amfiteatru Flawiuszy, daru cezara  dla ludu rzymskiego. Miejsce wybrano rarytetne, amfiteatr miał powstać na miejscu Domus Aureus  niemiłej pamięci Nerona.  Był tam płaski kawałek  gruntu, co prawda trza było  osuszyć  całkiem spore bajorko ale dało się zrobić. Przy okazji przyszły amfiteatr  zyskał  doskonałą kanalizację, nie tylko deszczową.  Ponoć to ona umożliwiła  przeprowadzanie naumachii czyli bitew morskich na zalanej arenie o których pisał Juwenalis, a które skończyły się wraz z zabudowaniem w czasach syna Wespazjana,  Domicjana, podziemi areny. Jednak na dzień dobry podczas planowania Koloseum Wespazjan z lekka potknął się o problem wszystkich inwestorów - skąd wziąć dużą kasę na przedsięwzięcie? Niestety nie mógł był powtórzyć numeru Peryklesa który zajumał na budowę Partenonu kasę powierzoną Atenom przez inne miasta  Związku Ateńskiego ( strach pomyśleć co kradli faraonowie ) ale  znalazł podobnie  złodziejskie rozwiązanie problemu.  Jeden z jego synów, Tytus, nadal dzielnie walczył w Judeii.  Tatuś pogonił młodego i kazał czym prędzej postarać się o jak najszybsze spacyfikowanie Jerozolimy, czytaj dobranie się do skarbca Świątyni Jerozolimskiej. Tak, tak,  Koloseum powstało z środków uzyskanych ze świętokradczego rabunku i sprzedaży trzydziestu  tysięcy  żydowskich niewolników na rynkach Rzymu ( dawna  wersja że to żydowscy niewolnicy budowali amfiteatr cóś dzisiaj nie przemawia do historyków ).

Zapewnienie  środków nie załatwiło wszystkich problemów. Okazało się  że  wzniesienie budowli wyłącznie z trawertynu pozyskiwanego z niedalekiego Tivoli nie wchodzi w grę, budynek   zawaliłby się pod wpływem własnego ciężaru. W sukurs przyszły dwa rzymskie wynalazki - beton z dodatkiem tufu  wulkanicznego ( tzw. beton rzymski ) i wypalana cegła ( wąziutka bo powstała z dachówki ). To właśnie one umożliwiły wzniesienie łuków na łukach, obłożone trawertynem cegiełki były  znacznie lżejsze niż kamory, a beton i sam tuf wypełniły co trzeba w konstrukcji amfiteatru. Budowla  była prawdziwie rzymska tzn. wzniesiono ją w sposób umożliwiający zgromadzenie około pięćdziesięciu tysięcy ludzi ( ponoć na wpych wchodziło  osiemdziesiąt pięć tysięcy ) czyli na tyle dużej że spełniała rolę egalitarnego symbolu daru dla ludu rzymskiego przy  jednoczesnym zaznaczeniu podziałów w społeczeństwie ( wicie rozumicie, loża cesarska, najlepsze miejsca dla patrycjatu, potem miejscówy ekwitów a na górze plebs - w czasach Domicjana na ostatnim  piętrze  dobudowano drewnianą konstrukcję coby jeszcze więcej luda wcisnąć ). Znaczy było demokratycznie bo  władza siedziała obok ludu ale jednocześnie każdy wiedział kto jest kim ( osobne wejścia - osiemdziesiąt wejść przypisanych do  pozycji zajmowanej w społeczeństwie, osobne podia i sektory - wszystko to zaznaczano na biletach, których zresztą zawsze produkowano za mało - celowa robota zwiększająca popyt na bywanie w Koloseum ).  Na scenie amfiteatru którą później zaczęto nazywać  areną ( od  łacińskiego słowa harena oznaczającego piasek którym zasypywano hym... tego... wycieki po walkach gladiatorów i zwierząt ) odbywały się krwawe przedstawienia. System wind, którego i dziś mógłby pozazdrościć każdy teatr czy stadion, transportował w różne miejsca areny uważane za  groźne  i specjalnie pobudzone zwierzęta ze wszelkich zakątków imperium i niewolników ubranych w zbroje. Tak, tak, bardzo łatwo nam się zapomina że do walk  stawali przeważnie niewolnicy których przeznaczeniem było prędzej czy później  ( raczej później bo wyszkolenie gladiatora  sporo kosztowało ) zginąć na arenie. O ile hekatomby zwierząt we współczesnych budzą obrzydzenie o tyle blaski zawodu gladiatora ( najlepsi byli traktowani z taką histerią z jaką dziś we Włoszech traktuje się gwiazdy futbolu ) przesłaniają jego cienie. Pewnie do czasu  aż Hollywood wyprodukuje cóś bardzo sentymentalnego a zarazem krwawego i widowiskowego  o powstaniach niewolniczych w Rzymie. Cóś bardziej  skrojonego pod współczesne gusta niż stary film z  Kirkiem  Douglasem w roli Spartakusa. Może wtedy dotrze do ogółu cała groza tego pięknego amfiteatru - Koloseum to najpiękniejsza rzeźnia świata! Gdyby budynek miał zdolność wchłaniania krwi która się w nim wylała byłby szkarłatny. Nawet velarium czyli płócienne żagle rozpinane przez wyszkolonych żeglarzy, będące wzorem dla dzisiejszych zadaszeń stadionów, byłoby krwawe i ciężkie.

Teraz będzie o mitach związanych z krwawą historią tego  miejsca. Taka to prawda że na arenie  Koloseum masowo  ginęli chrześcijanie jak ta  że Kleopatra przejechała się na sfinksie pod  Łukiem Konstantyna. Chrześcijanie  zaczęli  być prześladowani w Rzymie za czasów Nerona i ginęli  głównie w miejscu zwanym Cyrkiem Nerona, które znajdowało się na wzgórzu watykańskim. W Koloseum chrześcijanie ginęli jako skazańcy ( hym... w antraktach walk gladiatorów, taki  przerywnik typu rozwalenie głowy młotem wrogowi ludu rzymskiego ) i ich ilość w stosunku  do poległych gladiatorów jest znikoma. Najwięcej w Koloseum  ginęło zwierząt, wprost niewyobrażalne ilości. Tylko nieliczni starożytni odczuwali to jako coś obrzydliwego, czy  przedstawienia dla motłochu. Szczęśliwie poziom wrażliwości jednak nam się troszki podniósł ( znaczy oficjalnie bo pod spodem jest jak zawsze - ciemno ). Wymiarowo Koloseum wygląda tak - eliptyczna budowla o długości 188 m i szerokości 156 m, w obwodzie ma 524 m, a wysokość budynku to wysokości 48,5 m. Od zewnątrz budynek miał cztery kondygnacje, od wewnątrz pięć. W części zewnętrznej w czterokondygnacyjnym podziale zastosowano tzw. spiętrzenie porządków. Znaczy najniższa kondygnacja jest zbudowana w porządku toskańskim ( taka italska popłuczyna po porządku doryckim - gładziutkie kolumny i baza zamiast ustawienia na stylobacie ), druga w jońskim, trzecia w korynckim. Trzy kondygnacje związane są z konstrukcyjnym układem arkad, czwarta jest bezarkadowa , ma jedynie małe okienka. Obecnie budynek  jest konserwowaną ruiną ( wielkie zniszczenia miały miejsce w roku 445 w czasie trzęsienia ziemi, potem w czasach średniowiecza budynek robił za mini kamieniołom, od 1200 roku rodzina Frangipiani uznała że nada się w sam raz na zamek obronny a w 1349 kolejne trzęsienie ziemi zawaliło część południowej ściany budynku ). Trochę pomogło w tej konserwacji budynku błędne XVIII wieczne mniemanie że w miejscu tym odbywały się masowe mordy chrześcijan. Sacrum osłabiło chęć pozyskiwania obrobionego kamienia.  Niestety trza było pilnować pielgrzymów a później i zwykłych turystów.  Ci nie  tylko pozyskiwali pamiątki ale wzorem starożytnych  graficiarzy zostawiali własne wpisy na pozbawionych  koloru ścianach ( tak, tak, Koloseum wcale nie było klasycznie białe jak  Winckelmann  przykazał, wiemy że przynajmniej wnętrza  budynku były malowane i wykładane mozaikami ). Nazwa budowli  dziś powszechnie używana została ukuta w średniowieczu od znajdującego się w niej wielkiego posągu Nerona, zwanego Kolosem.



Dziś w kolejce do zwiedzania Koloseum trzeba swoje odstać. Jak niemal  w całym  "wartym zwiedzania" Rzymie są bramki wykrywające metal, ochroniarze czy tam inni mundurowi. Nie ma  że nie ma, żyjemy w takich czasach w których do zwiedzania zabytków potrzebna jest kontrola bezpieczeństwa. Za to zwiedzalniczo było dobrze, dla mła  już samo muzeum we wnętrzach w którym naszła marmurową podobiznę Tatusia ( nieznany mężczyzna sportretowany chyba w I albo II wieku naszej ery ) i cud  miód antyczną pietra dura ( macie ją na zdjątku ) to już było cóś. Do tego  należy dodać wspomnianą wcześniej prezentacje komputerowo wygenerowanego obrazu starożytnego Rzymu, która ułatwia zwiedzanie  Forum Romanum i Palatynu.  Wnętrze Koloseum zrobiło na mła  mniejsze wrażenie niż widok zewnętrzny budynku. Myślę że to kwestia odsłoniętych podziemi areny, jakoś to mła nie grało z obrazem zrujnowanych ale ciągle czytelnych podiów. Jednak  mła uważa  że zwiedzanie Koloseum było warte stania w długaśnej kolejce  pod popłakującym niebem.  Jest powiedzonko określające ciężkie braki w poznawaniu  świata -  "Być w Rzymie i nie widzieć papieża", po mojemu to być w Rzymie i Koloseum nie widzieć. Odchodząc od  budynku widziałam się niemal jako ten  motocyklista mijający  Koloseum w filmie Felliniego , tak cóś niby obok ale wpisana w historię miasta. Byłam, czułam, zostało we mnie!

sobota, 4 maja 2019

Kronika kryminalna

Słodko, mimo chłodku  roznosi się zapach lilaków, kwitną esdebiaczki, luzik bo weekend majowy. Ale w tej słodyczy się czai i jak tylko stracę z oczu to niszczy, ryczy i robi wstyd wśród sąsiadów domagając się od wszystkich napotkanych żarcia. Na początek Okularia - nie dość  że przyprowadza chłopaków ( często niewychowanych )  to jeszcze się uwzięła na moje nieuczulające rękawiczki do "ciężkiego grzebalnictwa". Nówki jej nie interesują ale rękawiczki które zdejmę z łapy to już jak najbardziej. Staram się  używać rękawiczek z tworzywa   jak najdłużej, nie traktuję ich  jak jednorazówek  bo i grubsze i droższe. No i nie zawsze można je dostać a nie uśmiecha się mła robić takowe zakupy przez net. Dla Okularii rękawiczki mła są z zasady jednorazowe, zdjęte z moich łap trzeba czym prędzej rozdrapać i odgryźć przynajmniej jeden palec. Nie wiem o co kaman w tym wszystkim i czemu ma służyć rytuał rozdrapywania i odgryzania kawałków tworzywa ( dobrze przynajmniej że nie żre tylko zadowala się niszczeniem ).  Zaczęłam nosić  upieprzone  rękawiczki w kieszeni ( upieprzając ją przy okazji ) bo odłożenie rękawiczek wyczarowuje natychmiast Okularię ( nie ma koty, nie ma i nagle jest ).

Szatflik zaczęła jeść więcej ale jej zdaniem ma być wkarmiane.  Jak  Felicjan był karmiony tak teraz ona musi ( oczywiście jak Felicjan widzi wkarmianie to staje nad michą i sam żarcia   nie ruszy ). Wczoraj się zbuntowałam i schowałam jedzenie, wieczorkiem  krnąbrna dwójka karnie samodzielnie zjadła z misek porcję dzienną po czym weszła do pokoju i usiadła przede mną "tyłkami do przodu". Taa, obraza była okazana, jeszcze dziś były słane w moim kierunku tzw.  ciężkie spojrzenia ( Sztaflik nauczyła się ich  od swojego  guru dopiero niedawno, trenuje na mnie zapamiętale ). A w ogóle to  już nie mam szans  na obejrzenie kwiatuszka irysowego na którego kwitnienie  oczekiwałam dwa lata. Kłoszący się irys został rozwalony przez  Felicjana ganiającego dziewczyny  po  Suchej  - Żwirowej.  No bo po cholerę  po trawce się ganiać w Alcatrazie jak można rośliny poniszczyć na rabacie! Cała czwórka  brała udział w tym strasznym dziele zniszczenia, nawet  Szpagetka  którą jeszcze  z samego rana nazywałam najgrzeczniejszym aniołkiem mamusi!




piątek, 3 maja 2019

"Zielono mi " lecz nie całkiem spokojnie - klimacik ogrodu niby leśnego w maju i konwaliowe dylematy



O ile na Podwórku trwa w najlepsze "kolorowy sezon" czyli kwitnienie masowe  o tyle w Alcatrazie szał kwitnień powolutku odchodzi w przeszłość.  Nie znaczy to że nie będzie tam nic kwitło ale wraz z wykwitaniem wiosennym krzewów będzie się robiło coraz bardziej zielono. No i dobrze bo tak właśnie  powinno się dziać w ogrodach zwanych leśnymi. Wraz z rozwojem liści na drzewach i krzewach, takowy ogród robi się coraz bardziej cienisty i nie zapewnia odpowiedniej ilości światła większości kwitnących latem roślin. Za to można obserwować multum odcieni zieleni. W takim ogrodzie bardziej uwagę  przyciągają  kształty i faktury,  wzrok nie jest nadwyrężany, rolę "pierwszych skrzypiec" pełni nie feeria barw  lecz pokrój roślin.  Oczywiście nie ma mowy o tym żeby było  absolutnie zielono jak u żaby ale na kolorystyczne ekscesy jak mła pisała już  w blogim niejednokrotnie, trza w takim ogrodzie czekać  do ognisto - złotej fazy jesieni. Jak na razie mła pracuje nadal nad podszytem, bardzo martwi ją zanikanie pierwiosnków kluczyków. Zeszłoroczna susza  dała im solidnie popalić, tylko nieliczne się pokazały. Mało ciekawie jest też z epimediami, poza Epimedium youngianum  'Niveum' właściwie  żadne nie ma się dobrze. Na szczęście bergenie orzęsione o które się bałam odliczyły się w komplecie, kwitnąco się odliczyły.




Dylemat konwaliowy nadal  nie rozwiązany. Mła ciągle zastanawia się nad  zakupem żółtolistnej konwalii, i chciałaby i boi się. Odmiana 'Aurea' zielenieje latem, 'Mary Brooks' też najładniejsza w momencie rozwijania liści bo później prezentuje ich "złotawy odcień",  'Fernwood's Golden Slippers' jest za młodu złociutka a potem liście nabierają koloru likieru chartreuse.  No mła nie do końca o to chodzi, choć ostatnia z tych odmian mogłaby się wpasić w ogród. Jednak cena siedmiu  funtów czy też nieco niższa cena około dwudziestu złociszy za odmiany dostępne w Polszcze to nie jest cóś co mła  łyka bezproblemowo. Mła wie  że ceny rarytasków są jakie są, przemyśliwuje sobie jednak czy konwalia majowa jest aż takim rarytasem? I cóś jej wychodzi że nie jest.

Tak po prawdzie to mła zna lepsze sposoby na upchnięcie w ogród dwudziestu złociszy, że o siedmiu funtach ledwie napomknę. No i ogląda zdjęcia z zaprzyjaźnionych ogrodów w których rosną złotolistne konwalie i się zastanawia - brać, nie brać, odpuścić bo efekt tzw. "rozjaśnienia" cienia za pomocą niby złotawych liści może być żaden? Z jednej strony przydałoby się  cóś choć troszki złotego w cieniu, czego akurat nie wpieprzałyby  ślimaki   ( ich bezczelność nie zna granic, żrą dopiero kiełkujące hosty ), z drugiej strony złocistość mocno  problematyczna. Ech, żeby  wyhodowali wreszcie prawdziwie złotolistną konwalię! Taką której liście latem naprawdę mocno będą się odróżniały od  ciemnych liści gatunku. Dylemat mła by zniknął w oka mgnieniu i wysupłałaby środki  płatnicze. A tak to się od zeszłego roku zastanawia i nic z tego nie wynika - ani w tę, ani  w tamtą!




czwartek, 2 maja 2019

Sezon irysów SDB kręcący się jak karuzela




Się wzięło i się rozkręciło, znaczy  weekend  majowy a sezon irysowy w pełni. Tak szczerze pisząc  to nie lubię ja tak wczesnych kwitnień bo albo się boję  majowych przymrozków albo czuję że  znów  zamiast wiosny mamy lato. No nie dogodzisz, he, he, he. W tym roku całkiem zadowalające kwitnienia choć bezczelnie przyznam że po raz kolejny  moje przesadzanki z Alcatrazu mnie zadziwiły. Taa, oznaczone odmiany okazały się być nie tymi wskutek czego odmiany wczesne sąsiadują z tymi bardzo późnymi  co wcale nie służy urodzie rabaty, zaginęły mła podczas tych przesadzanek niektóre odmiany Blytha i Blacka, co mła bardzo złości, no i są problemy z coolorkami - znaczy nie zawsze kwitnące sąsiedztwo prezentuje barwy na tle których odmiana wygląda  dobrze. Jak co roku mam jakieś ale, zaczynam się zastanawiać  czy aby nie malkontencę (  w głowie  Ciotki Elki urodziło się takowe podejrzenie - dałam odpór jednak po zastanowieniu z przykrością muszę stwierdzić że cóś niestety w tym  ciotczynym podejrzeniu jest ).




W każdym razie nie wyczekuję z utęsknieniem kwitnienia nabytych w zeszłym roku irysów, bardziej mnie w tym roku nakręca odnajdowanie na Suchej - Żwirowej moich starych pieszczochów przeniesionych z Alcatrazu. Zdziwne ale jest jak jest i nie ma co snuć opowiastek o nówkach jak ja tu mam ciągłe odliczanie staruszków. Nie znaczy że nówki nie kwitły, owszem jako jedna z najwcześniejszych odmian pokazała się śliczna  nóweczka od Roberta, problem z tym że ledwie jej zdążyłam zrobić zdjęcie a susza + upał nie dały się  długo nacieszyć pierwszym nóweczkowym kfiotem. Bywa, zawsze mam straszny niedosyt po takowym  błyskawicznym wykwitaniu. Wolę nawet żeby odmiana sadzona w zeszłym roku nie zakwitła niż żeby kwitnienie było jakoby go nie było.




Ciągle, niepomna niesłodkich doświadczeń,  knuję i gryplanię jeśli chodzi o nowe stanowiska irysowe i przesadzanie. Wcale ale to wcale nie jest to bardzo dobre dla moich irysów, z tego knucia i gryplanienia są potem korowody i insze atrakcje, żadna roślina nie lubi  być traktowana jak ciągle przesuwany mebel. Zauważyłam że najlepiej rosną w moim ogrodzie te odmiany o których udało mła się troszki zapomnieć .  Bez ciągłego gmyrania w okolicach kłącza, bez zbytnich dopieszczeń, ciągłych opielów, terminowych dokarmiań rosną sobie w najlepsze pięknie kwitnąc. Hym... dobra strona sklerozy? Cóś mła się zdaje że w tym sezonie czeka ją bardzo  trudne zadanie zaniechania ciągłych przesadzań, trza się  będzie sprężyć, jakąś  tabletkę antykonceptualną zażyć jakby do  głowy przychodziły cudowne pomysły rabatowe i dać roślinom trochę odetchnąć od siebie. Jest  wówczas szansa na  masowe kwitnienie.




A tak w ogóle to zaczęłam odbywać swój irysowy coroczny rytuał - rano we szlafroku ( ale bez szlafmycy ), z kubkiem salwadorsko - afrykańskiej kawy w łapie ruszam na przegląd  roślin. Sąsiedzi już zdaje się przyzwyczaili się do tego widoku (  Włodzimierz twierdzi że to oznaka późnej wiosny - wczesną przylatują bociany a potem ja w stroju domowym patałętam się po rabacie, lato jest wówczas kiedy jedna znajoma sklepowa zakłada fartuch z lekka prześwitujący bezpośrednio na bieliznę ). Rzecz jasna przeglądu roślin dokonuję w asyście.  Kiedy przegląd nie odbywa się bladym świtkiem tylko o rozkosznej  godzinie  dziesiątej  to asysta ani myśli wracać do domu, zalega na floksach szydlastych i żagwinach. Ja dołączam w jakiś czas potem do asysty ale nie zalegam, na Suchej  - Żwirowej czas przygotować wyższe kategorie bródek  do udanej prezentacji.



środa, 1 maja 2019

'Pause' - irys SDB o kwiatach w kolorach "niezdecydowanych"

'Pause' to starszawa już odmiana Barrego Blytha wprowadzona w roku 2001. Jest wynikiem krzyżowania odmian 'Being Busy' i 'Lore' ( koloryt to zdecydowanie po tatusiu ), 'Pause' została wprowadzona do handlu  w sezonie 2001/2002 przez szkółkę Tempo Two. Zalicza się tego irysa do odmian wczesnych, kwitnących do połowy sezonu. Odmiana dorasta do 31 cm wysokości, dość szybko tworzy kępy. Jak dla mnie to nie jest najlepszy SDB Barrego, niby coolorki po blythowsku przełamane ale nie w ten miły dla oka sposób. Kiedy słoneczko nie świeci 'Pause' wydaje się być brudna.  Mła posadziła ją przy szarościach ( stachysy, goździki, przetacznik siwy ), jakoś na tle tych kolorów wygląda. Lepiej jednak nie sadzić jej  przy odmianach SDB o czystych barwach kwiatów, wygląda razem z nimi jakby nie wyglądała. To  jest zdecydowanie irys o kwiatach "niezdecydowanych".