niedziela, 27 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część ósma

Pobędziemy jeszcze troszki w klimacie Gdańska z czasów jego największej świetności, znaczy w czasach zwanych  złotym wiekiem. Oczywiście za tą złocistością czasu stały złote łany zboża, w XVI i XVII wieku z jednego ziarna w kłosie uzyskiwano aż cztery i to z tego dobrobyt wziął i urósł w Rzeczypospolitej i w mieście Gdańsk, które samo sobie postanowiło zostać Rzeczypospolitą. Mła tu nic nie przesadza, gdańszczan którzy cóś w mieście znaczyli  na przełomie XVI i XVII wieku fascynowała Republika Wenecka, mieli wielką ochotę zrobić sobie cóś takiego jak Serenissima. Tylko królowie polscy pilnowali coby się Gdańsk zbytnio nie usamodzielnił. Jednakże gdańszczanie w średniowieczu odbyli szkolenie w zakresie korupcji prowadzone przez Zakon. Wielokrotne szkolenie,  zapewniło im odpowiednie kompetencje. gdańszczanie korumpowali naszych władców bardzo dzielnie a oburzona wolnością miasta szlachta mogła sobie poszczekać na karawanę i tyle. Wolności miejskich nie uszczknęła. Żadne inne miasto królestwa a następnie Rzeczypospolitej Obojga Narodów nie miało takiej samodzielności jak Gdańsk, lub też tylko jej pozorów, bo przeca wraz z upadkiem  naszego państwa, upadła też samodzielność Gdańska. Wiele przyczyn się na ten obopólny upadek złożyło, występowały one zarówno po stronie źle zarządzanego kraju jak i wcale nie tak dobrze zarządzanego miasta a także z tzw. powodów niezależnych, o ile cóś w tym świecie naczyń połączonych istnieje cóś co jest rzeczywiście niezależne. Co prawda upadek gospodarczy Gdańska przebiegał znacznie wolniej niż upadek gospodarczy Rzeczypospolitej ( błogosławione szkutnictwo, które pozwoliło przeżyć miastu koniec złotych łanów ) ale oba byty zmierzały w kierunku całkowitej zależności od innych hym... tego... podmiotów. Jednakże w XVI wieku tylko nieliczni zdawali sobie sprawę że jednym z atrybutów Fortuny jest koło - rota Fortunae.  Cóż, łatwiej dostrzec róg obfitości, Polska za panowania ostatnich Jagiellonów to spichlerz Europy. Dopiero mozolne osuszanie gruntów w Niderlandach zmieni tę sytuację w połowie wieku XVII. rzeczpospolita zamieniała się w jeden wielki folwark a Gdańsk się na tym tuczył, czerpiąc inspirację już nie z miast hanzeatyckich a z ośrodków w hiszpańskich Niderlandach, które mocno kombinowały jak tu nie być dalej hiszpańskimi. Utworzenie Zjednoczonych Prowincji po zrzuceniu  jarzma Habsburgów bardzo przemawiało do republikańsko nastawionych gdańszczan. Co prawda  Polska też była od roku 1569 Res Publica Utriusque Nationis ale była to republika szlachecka a nie mieszczańska. Nic więc zatem dziwnego że  w mieście tak żądnym samorządności prawie wszystko co niderlandzkie cieszyło się estymą.  Prawie, bowiem  jak już wspominałam w jednym z wcześniejszych postów luterańscy mieszkańcy miasta po wywalczeniu dla się wolności wyznania robili co mogli żeby  wyznawcy innych  odłamów protestantyzmu za bardzo z niej nie mogli korzystać. Ciężki był los gdańskich menonitów.

Jednakże architektura rodem z Niderlandów nie wzbudzała kontrowersji, budowano chętnie w najmodniejszym stylu który dziś nazywamy manieryzmem niderlandzkim. Potupiemy po Gdańsku po miejscach związanych z działalnością Antoniego van Obberghena, fortyfikatora który został do Gdańska  zaimportowany z Antwerpii via   Helsingør. Antoni  van Obberghen był nie byle kim, od 1592 miejski budowniczy do spraw obronnych w Gdańsku, a od 1594 pierwszy budowniczy miasta, byle kto nie mógł pozwolić sobie na usługi. Dla  Gdańska zaprojektował:  Bastion św. Gertrudy, Wielki Arsenał oraz prawdopodobnie Ratusz Staromiejski. Budynkiem pd którego wycieczkę zaczniemy jest bodaj najwyższa w  Głównym  Mieście kamienica stojąca  przy ulicy Mariackiej, dawnej Mariengasse,  pod numerem 26, tuż obok Bramy Mariackiej, z boczną fasadą od strony Długiego Pobrzeża. Prawdopodobnie sześciokondygnacyjny budynek  pełnił  funkcję kamienicy mieszkalnej i  składu, w którym poszczególne pomieszczenia były wynajmowane zagranicznym kupcom. Prawdopodobnie bo tak do końca nie wiadomo  co się w tm budynku działo w wieku XVII i XVIII. Za to dobrze wiadomo  kiedy kamienice wzniesiono, było to w  w latach 1597 - 99, a inwestorem był niejaki  Hansa Köpe, kupiec.  Na miejscu  gotyckiej kamienicy z XV wieku, wzniesiono 30 metrowy budynek.  Ceglana kamienica z elewacjami od ulicy Mariackiej i Długiego Pobrzeża znacznie przewyższa budynki znajdujące się obok niej. Fasada od ulicy Mariackiej jest czteroosiowa, ma  przylegającą do Bramy Mariackiej wieżyczką klatki schodowej ( 36-metrową - wysokość łącznie z iglicą), zwieńczoną  hełmem z latarniami. Elewacja od strony Długiego Pobrzeża jest niesymetryczna, wieloosiowa, z kilkukondygnacyjnym wykuszem, pierwotnie na kamiennych konsolach, zwieńczonym zdwojonym szczytem. Szczyty kamienicy posiadają dekoracje które przywodzą mła na myśl ozdóbstwa na budynkach   Antwerpii -  to ornamenty z przecinających się prostych i okrągłych taśm. Dach jest bardzo interesujący, o nieznacznie wygiętych połaciach,  z kilkoma lukarnami od strony Długiego Pobrzeża ( ponoć pierwotnie miał  bardzo interesującą konstrukcją więźby dachowej ). Kryty jest blachą,  jego forma jest bardzo elegancka,  faluje, powtarzając linie szczytów fasad frontowej i tylnej.  Naprawdę jest na czym zawiesić oko, mimo tego że złoceń ni ma, czy tam innych medalionów  i popiersi.

Do roku 1637 pozostawała w syna kupca  Köpe, Petera, później była własnością rodziny Königów, a w latach 1771-1839 Efraima Sonntaga. W drugiej  ćwierci  XIX wieku właścicielami domu byli kolejno Johann Maerter i kupiec Lemke,  (w tym czasie mieściły się tutaj też mieszkania i pracownie korporacji szewskiej ). W 1846 roku kamienicę zakupiło Towarzystwo Przyrodnicze w Gdańsku, które urządziło w jej wnętrzach sale posiedzeń, pracownie naukowe, małe muzeum ( w 1869 roku urządzono  ekspozycję przyrodniczo-archeologiczną ) oraz bibliotekę z 20-tysięcznym księgozbiorem Towarzystwa ( przekazanym w okresie  II Wolnego Miasta Gdańska  Technische Hochschule Danzig ). W roku 1869  wieży otwarto obserwatorium astronomiczne a manierystyczny hełm zamieniono dwa lata wcześniej w związku ze związkiem w okrutną obrotową kopułę, pasującą do tego budynku jak pięść do nosa. Od lat pięćdziesiątych XIX wieku   nazwano tę piękną kamienicę Domem Przyrodników. Nazwa przetrwała w przeciwieństwie do  kamienicy, która w marcu 1945 roku tak oberwała że została z niej właściwie  frontowa fasada wraz z wieżą  i sklepieniami nad piwnicami.  Reszta spłonęła, runął szczyt południowy, wykusz ściany wschodniej. Odbudowano tak po socjalistycznemu,  w latach 1956-61 wg. projektu Kazimierza Macura kamienicy przywrócono formę zbliżoną do pierwotnej, zaś układu przestrzennego nie odtworzono. W środku są ciekawości, w mieszczącej się w piwnicy tzw. sali kolumnowej mamy elementy, które być może pochodzą z rozebranego krzyżackiego zamku. Jak  to drzewiej twierdzono do odbudowy Dworu Artusa użyto resztek zamku rozebranego w roku 1454, to niby dlaczego   ich nie ma być w jednej z bogatszych kamienic. Prawdopodobnie filary pochodzące z zamku  były tutaj użyte przy budowie budynku gotyckiego, poprzedzającego manierystyczną kamienicę zaprojektowaną przez Antoniego van Obberghena. Od roku 1962 w kamienicy mieści się Muzeum Archeologiczne.

Jeżeli któś chciałby taki manieryzm bardziej na bogato  to mła zaleca udanie się w stronę arsenału zwanego też Wielką Zbrojownią lub z niemiecka Das Große Zeughaus. Położony między Targiem Węglowym a ulica Piwną budynek inspirowany był Halami Mięsnymi wybudowanymi w mieście Haarlem. Wielka Zbrojownia została wzniesiona w latach 1602 - 1605. Jak już wspominkowałam projektował ją Antoni van Obberghen, choć sporo przypisuje się  Hansowi Vredemanowi de Vries. Budowę prowadził Hans Strakowski, wystrój rzeźbiarski był dziełem Willema van der Meera Młodszego i Abrahama van den Blocka. Za stolarkę odpowiadał Simon Herle, elementy kowalskie wykonał Adam Reissing. Budynek był niderlandzki po całości, bowiem został wzniesiony z drobnej, czerwonej, holenderskiej cegły. Zdobienia wykonano z piaskowca czyteż gotlandzkiego wapienia po czym wyzłocono co się dało. Konstrukcyjnie wygląda to tak jakby budynek składał się z czterech oddzielnych kamieniczek. Dekoracje oczywiście wymowne, coby każden widział z jakiego typu budowlą mamy do czynienia. Stąd jest od zarąbania gdańskich lewków podtrzymujących kartusze z herbem Gdańska. No wicie rozumicie, gdański lew to ten wzniesiony na dwóch łapach wgapiający się z czułością w herb miasta. Już po tych herbach nawet nieuczony mógł się zorientować że budynek bez wątpienia jest budynkiem publicznym. Co do funkcji budynku to program ikonograficzny robił za informatora. Mamy na fasadzie od strony ulicy Piwnej przedstawienie Minerwy, jednej z bogiń tworzącej tzw. Trójcę Kapitolińską. Minerwa była rzymskim odpowiednikiem greckiej Ateny, bogini mądrości i wojny ( dla mła do tej pory jest nieprzenikniona tajemnica dlaczego mądrość i wojna to tak się obok siebie zalęgły ). Jakby kto niekumaty mitologicznie to podpowiedź umieszczono - postacie wojowników: trzech pikinierów, halabardzisty i wachmistrza pokazują że budynek cóś ma z wojskowością wspólnego. Od strony Targu Węglowego, na tej nieco skromniejszej fasadzie, za info robią muszkieterowie, no i nieco zdziwna figura z leżącą u jej stóp ściętą głową.

Ponoć przedstawia Kozaka, który ściął na rynku we Lwowie głowę swego dowódcy, Jana Podkowy, samozwańczego hospodara mołdawskiego, nieuznanego przez Stefana Batorego. Jakby kto jeszcze nie kumał co to za budynek to na szczytach mamy przedstawienie wybuchających granatów. Trzeba by być ślepym żeby nie zauważyć. A teraz powiedzmy sobie jasno - większość turystów nie zauważa i Wielka Zbrojownia robi za którąś tam z kolei kamieniczkę, taką bardziej okazałą, bo to i medaliony i sfinksy wąsate i rzygacze i wieżyczki z hełmami co cud. Taa... drzewiej w arsenale znajdowała się nie tylko broń, której w razie czego można było użyć. Było to swoiste muzeum gdzie gromadzono nie tylko muszkiety, zbroje, uprzęże, ale również obrazy i posągi mające jakieś militarne konotacje. Ponadto była to cóś osobliwa ekspozycja była cóś mobilna, np. zbroje zaprezentowano na ruchomych manekinach, które usadzono na kukłach udających rumaki. No sam smak, he, he, he. Do schyłku XVIII wieku arsenał robił za arsenał, później nadal był związany z wojskowością bo do końca I wojny światowej znajdował się pod zarządem wojska ( za I Wolnego Miasta Gdańska funkcjonował tu francuski szpital ), w czasie I Wojny światowej przechowywano tu dawną broń własną i zdobyczną. W okresie II Wolnego Miasta Gdańska parter budynku zamieniono na pasaż handlowy, Zeughaus-Passage z "lepszymi towarami", pomieszczenia na piętrach pełniły funkcję składów. Arsenał miał pecha większego niż insze miejskie dawne budynki publiczne, został spalony w 1945, wnętrze budynku zostało zburzone i wypalone ( pozostały jedynie mury obwodowe ), zniszczeniu uległy również hełmy wież i  częściowo szczyty. Odbudowano go w latach 1947-1965, najpierw wnętrza i dach, później zrekonstruowano hełmy wież i kamieniarkę szczytów. W latach 2000-2005 odnowiono obie fasady, przywracając polichromie, złocenia i dekoracyjne rzygacze od strony ul. Piwnej. W maju 1954 roku budynek stał się własnością gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych ale przez wiele lat przyziemie pełniło funkcję handlową. To nie jedyny arsenał w mieście, w trakcie budowy południowego ciągu fortyfikacji Gdańska ( co miało miejsce w latach 1643-1645 ) powstała Mała Zbrojownia, używana jako magazyn ciężkich dział i moździerzy dla pobliskich bastionów. Autorem projektu tego arsenału był architekt Jerzy Strakowski. Dla Gdańska posiadanie budynków zbrojowni stało się niezbędne, pod koniec XVI wieku praktyka wojenna uległa zmianie wskutek wzrastającej roli artylerii. No nie było zmiłuj. Gdański arsenał uchodził za jeden z większych i ładniejszych w północnej Europie. I dziś warto na niego rzucić okiem bo to odtworzenie całkiem, całkiem.
 

O ile Dom Przyrodników czy arsenał są przez odwiedzających Gdańsk widziane i czasem nawet zapamiętywane,  bo i duże i w przypadku arsenału mocno zdobione o tyle manierystyczne zabytki Starego Miasta właściwie w powszechnej świadomości nie istnieją. No dobra, Stare Miasto to był ten uboższy Gdańsk ale to nie znaczy że w złotym wieku nic w tej części miasta nie było budowane. Np. Ratusz Starego Miasta czyli Altstädtisches Rathaus, wzniesiony w latach 1587-1589 ( prace wykończeniowe zakończono w 1595 roku ) na miejscu niemal rozsypującego się gotyckiego budynku. Projekt zrobił oczywiście van Obberghen, zaś za twórcę kamiennego portalu wejścia głównego uważa się Willema van der Meera. Jest znacznie skromniej niż w przypadku budynków miastowych wzniesionych w  Nowym Mieście, co nie znaczy że mniej elegancko. Elewacja może i prosta ale piwnice dwukondygnacyjne i zarówno hełm wieży głównej jak i czterech wieżyczek są  z tych dobrze zaprojektowanych. Tak po prawdzie to  ratusz powstał głównie jako okład na kompleksy rajców Starego Miasta. Swego czasu rajcował w tym właśnie budynku gdańszczanin, wobec którego w kompleksy mogli popaść prawie wszyscy mieszkańcy Nowego Miasta - Johann Hewelcke. Mało komu mówi dziś cóś nazwisko Speymann czy Feber, za to Jan Heweliusz, browarnik ze Starego miasta to całkiem insza inszość. Dziś w przewodnikach podkreśla się związek astronoma z budynkiem ratusza staromiejskiego, niby tak skromnie a znaczenie historyczne jest. W końcu piwnicach ratusza składował wyprodukowane przez siebie piwo. Ech, żeby jeszcze na strychu miał obserwatorium to rajcy ze Starego Miasta wydutkaliby na strychu tych zarozumiałych bogaczy z Nowego Miasta. 

W latach 1806 - 1807 i 1813 - 1910 budynek był w posiadaniu pruskich i niemieckich władz sądowych, następnie od 1910 roku ponownie znalazł w rękach władz miejskich. W XIX wieku miały miejsce liczne przebudowy, zmianie uległ układ wnętrz oraz rozmieszczenie otworów okiennych i drzwiowych. Otynkowano ceglane elewacje, po czym w 1881 roku elewacje ponownie otrzymały lico z cegły. Niestety, starą, zniszczoną cegłę zastąpiono nową, maszynową. Niby lepiej ale niekoniecznie lepiej. Wnętrza miały więcej szczęścia a to dlatego że stały się ostatnią przystanią dla zabytków Gdańska. W latach 1911-1914 przebudowano w stylu neorenesansowym wnętrza, wykorzystano wiele detali z kamienic patrycjuszowskich, jak np. renesansową trójarkadową ścianę kamienną ( z około 1560 roku ) z wielkiej sieni Domu Schumannów ( Koncertów ) z ulicy Długiej 45 ), kompletnego wnętrza z roku 1642 z plafonem (      Sybille pędzla Adolfa Boya  ), kominkiem, posadzką i boazeriami oraz innymi detalami z domów przy Podwalu Staromiejskim 69/70 i ulicy Długiej 39 i 45. Piękny, renesansowy portal kamienny ( z XVI wieku ) w sieni ratusza pochodzi z domu przy ulicy Długiej 28, zaś wspaniałe kręcone schody z Sieni Gdańskiej. Pojawił się tam też zespół obrazów alegorycznych z kręgu Hermana Hana ( z pocz. XVII wieku ). Po remoncie gmach miał służyć jako miejski Pałac Ślubów, jednakże wybuchła I Wojna Światowa i było po ptokach. Po 1915 roku był siedzibą urzędów miejskich ( m.in. policji budowlanej i biur wydziału budownictwa ), a później Senatu II Wolnego Miasta Gdańska i konserwatora zabytków. W okresie II wojny światowej wzmocniono sklepienia piwnic, aby można je było wykorzystywać  jako schron. W 1945 roku budynek okazał się być tym szczęśliwym,  który naprawdę nieznacznie ucierpiał podczas sowieckiego  palenia Gdańska. Dopiero w latach 90 XX wieku przeprowadzono  remont kapitalny dachu ( więźba dachowa pochodzi z XVI wieku ), renowację okien oraz rozpoczęto solidne badania a także  całościowe prace konserwatorskie we wnętrzu.  W latach 2002 - 2003 wykonano konserwację Wielkiej Sali. Taa... nie do uwierzenia ale zabytek prawdziwy, niesztukowany to na Starym Mieście a nie w tym Głównym, przyjmującym  większość turystów spragnionych widoku zabytkowego miasta. 

Przy ulicy  Katarzynek, tyż na Starym Mieście, stoją manierystyczne kamieniczki zwane Domem Kaznodziejów lub Sant Katharin Pfarrhauser. Tak po prawdzie to jest jedna kamienica w której zastosowano ten sam myk co w Wielkiej Zbrojowni, jeden budynek wyglądający jak trzy,  w końcu  kamienica została zbudowana w latach 1599 - 1602 według projektu Antoniego van Obberghena. Nazwano ją domem Kaznodziejów  gdyż pełniła funkcję mieszkań duchowieństwa z sąsiadującego kościoła św. Katarzyny. Z wojennej w dobrym stanie zawieruchy ocalała fasada kamienicy i  przedproża z kutą balustradą. Zachował się  też wyryty na tynku napis "Die Avf den Herrn Harren Kriegen Neve Kraft dass Sie Avffahren mit Flvegeln wie Adler" czyli niemiecka wersja starotestamentowego cytatu  z Izajasza, w rymowanym tłumaczeniu polskim wyglądająca tak - "Kto ufa Bogu, tak mocno się czuje, że niby orzeł, w powietrze wzlatuje". Dziś widoczny jest tylko niewyraźny zarys złoconych niegdyś liter. Od 1967 budynek był już zabytkiem, który  z zamurowanymi oknami czekał na prace renowacyjne przeprowadzone dopiero w 1970 roku. W budynku mieściła się Wojewódzka Przychodnia Endokrynologiczna, która funkcjonowała do 2005 roku. Później były gryplany i nieobjęcia. Teraz w planach jest Caritas i dom opieki. Po lewej stronie Domu Kaznodziejów była niegdyś szkoła parafialna czynna do 1945 roku ( obecnie na jej miejscu stoi budynek mieszkalny ). W roju 1628 roku uczęszczało do niej 150 uczniów prowadzonych przez 5 nauczycieli. Cała ulica Podmłyńska należała do kościoła - pod numerem 1 mieszkali dzwonnicy, kamieniczki nr 2 - 4 zniszczone w 1945 roku wynajmowano, budynki nr 5 i 6 zajmowali księża - stąd nazwy Mała i Wielka Księżówka, pod numerem 10 była plebania - obecnie klasztor ojców karmelitów - częściowo odbudowana po zniszczeniach wojennych. Fasada frontowa jest oznaczona datą 1609, boczna, która nie odzyskała dotąd pełnej szerokości, pochodzi z roku 1647. Przy ulicy ( w stronę Domu Kaznodziejów ) zachował się stary mur, wraz z malowniczą bramką. Na  tej ulicy to już nie domy Obberghena ale też takie późnomanierystyczne i wczesnobarokowe. No i to by było na tyle na dziś.

czwartek, 24 listopada 2022

O brzydkich radościach czerpanych z urażenia

Mła sobie rzygnie kulturą woke, ma prawo bo jest już nieco przejrzała a to jest zjawisko atakujące i gnieżdżące się w mocno niedojrzałych. Jak mła quźwa nie lubi w ludziach zawiści i małości! Drażni to mła jak czerwień indyki. Dlatego mła aż otrząsa na hasełko kultura woke. Wylęgło  się to paskudztwo na Dzikim Zachodzie i to wcale nie tam gdzie ludzie myślą że się wylęgło. Nie, nie ci którzy obrywali od życia po tyłku je wymyślili, to twór takich którzy mieli czas i zasoby żeby celebrować wyimaginowane własne krzywdy i prawdziwe cudze, robiące za alibi. Zdaniem mła to po to kulturę woke wymyślono  żeby sobie zrekompensować słabość  własną  niektórych uprzywilejowanych. No bo wicie rozumicie, usiłowanie zawstydzanie jako metoda wprowadzania zmian społecznych, bez żadnych konkretnych działań podejmowanych poza tym niesieniem  zgrozy w mendiach społecznościowych, tak na leniwo i często anonimowo.  Słabiutko znaczy. Tylko że od lajkowania przechodzi się z czasem do działania a wtedy  można się równie przykro zderzyć z realem, tak jak zderzyła się impreza  tych idiotów z drugiej strony barykady,  znaczy  od QAnon,  w amerykańskim Kapitolu dwa lata temu. Ci którzy przesadzają w jedną albo drugą stronę mają sporą szansę na wpiendrol kiedy usiłują "zrobić po swojemu" w realu. No i jak się zderzą to o jejku, jejku, tupanie nóżką a najlepiej cóś podpalić albo może nawet obrabować w ramach sprawiedliwości społecznej  ( ci z lewa  ) albo walki ze spiskiem ( ci  z prawa ). Oczywiście najlepiej to cudzymi rękoma naiwnie ideowych albo  jedynie szukających alibi. Mła uważa kulturę woke za kolejny bzdurny radykalizm, taki nowy komunizm dla tych  święcie wierzących że sprawiedliwość społeczna to tuż za rogiem.

W Polsce nie ma zauważalnie dużej grupy ludzi o bardzo ciemnej karnacji, dlatego nie mamy kultury woke związanej z tzw. rasą. Co prawda były usiłowania zrobienia że słowa Murzyn słowa brzydkiego, fuj, ale poza określeniem "Sto lat za Murzynami" mła nie może  sobie przypomnieć zbitek frazeologicznych z tym słowem,  mających u nas w kraju pejoratywny wydźwięk. Murzyn to w Polsce było określenie Afrykanina i tyle. Równie dobrze można by się było obrażać za Azjatę. Obraźliwe to jest określenie żółtek, ciapaty, czarnuch, ale na pewno nie Murzyn, jeżeli kogoś  ono w Polsce obraża to jest przewrażliwiony i powinien nad sobą popracować a nie żądać od społeczeństwa żeby neutralnie nacechowane określenia były be. Ponieważ woki nie mogły się wyżyć na Murzynie to wymyśliły "w Ukrainie" jako formę nieobrażającą Ukraińców tak jak forma "na Ukrainie". Jak się Ukraińców spytano parokrotnie czy oni tym "na Ukrainie" cinżko obrażeni to się okazało że gremialnie to mają na to wylane. Znaczy woki były cóś bardziej ukraińskie  niż Ukraińcy. Taa... nadgorliwość gorsza niż faszyzm, cud że woki jeszcze nie rozpierniczyły w Polsce doszczętnie wsparcia dla Ukraińców.

Najwięcej krzywdy robią woki  u nas mniejszościom seksualnym i osobom transpłciowym. Woki uznały się, nie wiadomo dlaczego, za jedynych, którzy mogą takie osoby reprezentować. Noż quźwa, jedyni słuszni! Kto nie z nimi ten przeciw nim, cud kolejmy  że jeszcze można być osobą homoseksualną bez koncesji wydanej przez tzw. środowiska walczące z uprzywilejowaniem.  Tak, tak, z uprzywilejowaniem heteryków a nie dyskryminacją homowych. Walka z przywilejem zamiast z dyskryminacją, tak to wygląda. To jest postawienie problemu na głowie, jak u niektórych komunistów w XIX i XX wieku.  Niczego dobrego z takich działań nie ma, społeczeństw nie powinno zmieniać się zabierając większości prawa, tylko dopuszczając do pełni praw mniejszości, mało rewolucyjnie bo można stworzyć społeczeństwo tak opresyjne że strach się bać. Historia zna takie przypadki, nieprawdaż?  Dla  woków powodem do wstydu ma być "przywilej", tylko jeżeli dla większości społeczeństwa np. możność zawarcia małżeństwa jest prawem to gdzie ten przywilej,  czy małżeństwa mają się już wstydzić bo niemal powszechne prawo to wg. kumatych inaczej przywilej?   Mła się wydawa  że powodem uznania  związków partnerskich w wielu krajach były kwestie praw człowieka, znaczy objęcia prawem  jak najszerszych kręgów społecznych  a nie zawstydzenie większości społeczeństw  rzekomymi przywilejami.

Mła się tyż wydawa że z tropienia tzw. przywilejów to niektórzy cóś jakby parareligię sobie zrobili. No wicie rozumicie,  całe życie poświęcę tropieniu i oby żadne realne projekty reform a już boszsz broń ich wdrażanie mi w tym nie przeszkodziły, bo świętość w tropieniu jest.  Wokizm doszedł w tropieniu przywilejów do absurdu, źli są biali, heterycy obu płci ale faceci są bardziej źli. Źli są szczupli,  ci którzy nie są trans, pełnosprawni. Generalnie to cały świat z nielicznymi wyjątkami jest zły. No i w związku z tym  że taki zły  to powinien się dostosować i stracić "przywileje". Ciekawe kiedy szczupłych zaczną przymusowo ładować żarciem i losowo obcinać kończyny  żeby "sprawiedliwie było"?  Mła wie że to reakcja na niepochylenie się i promowanie np. anoreksji jako wzorca kobiecej urody ( ciekawe co kręgosłupy na tę ciałopozytywność o której tak się skrzeczy ). Tylko to niczego nie usprawiedliwia, kultura woke  jest tak głupia że mła nie wierzy że któś w to wierzy, ba,  że gorliwie wyznawa. Przykro stwierdzić ale mła to stwierdzi  - kultura woke bazuje na ludziach bezmyślnych, urażonych tym że świat się toczy.  Karmi się  kompleksami i zawiścią,  jest antywolnościowa ponieważ nie walczy się o dostęp do praw a zawstydza posiadaniem praw. Mła nie jest tak do końca przekonana o funkcjonowaniu  wolności pozytywnej, jednakże tzw. szóstym zmysłem wyczuwa zagrożenie dla tego co uważa za wolność prawdziwą czyli tej  wolności negatywnej, wolności od przymusu. To się gdzieś tam czai w tych wokach, w tej złości na świat. 

Kultura  woke to dla mła kultura przegrywu, nie krzywdy. Cóś blisko inceli to sytuuję. Szukanie winnych w innych mła odstręcza od tego zjawiska. Uważam je za bardzo szkodliwe bo tak naprawdę  nie chodzi  tu o rzeczywistą zmianę a o podbudowanie wartości własnej ludzi małowartościowych lub takimi się czujących. Kultura woke jest popierana, ba, wręcz promowana przez z  korpo, głównie  Big Tech. No bo jak chcesz żeby któś zapitalał 16 godzin na dobę za piniądz mniejszy niż się należy to trza urobić robola.  Tako samo i klienta który każde gówno łyknie i jeszcze za to pięknie podziękuje. Mła z tą jej mentalnością baby handlującej pietruchą wyczuwa  smród. Taa... Przyszły korposzczurek  powinien być walczący z przywilejami jak jego korpo i pozytywnie myśli zajmować odpisywanymi  przez zarzund i prezesa od podatku darowiznami na szczytne równościowe cele  a nie ich niebotycznymi zarobkami. Tropić korpowok ma tych, którzy na szczytne cele  nie płaco albo się "nie zachowują jak trzeba",  to ostatnie dotyczy szczególnie osób z organizacji walczących o normalne traktowanie ludzi czy zwierząt. Qurna, czystość ideolo! Elon jest świetny, pani Basia jedząca mięso jest krwawą świnią ( wokom niemal w całości udało się zalać ruch ekologiczny ). Dla mła szczytem głupoty wiążącym się z  kulturą woke będzie żądanie  prawa  do aborcji dla transwestytów, mła ma nadzieję że po takim występie ludzie  zobaczą czym w istocie to zjawisko jest. Co prawda mła sobie od razu przypomina te mało kogo obchodzące historie ze zdziwnymi sportsmenkami ale  ciąże są cóś bardziej powszechne niż uprawianie  wyczynowe sportu. Znaczy do  większej  liczby osób dotrze o co kaman. O to samo o co tak naprawdę chodziło towarzyszom, tylko towarzysze teraz nazywają się osobopostaciami czy tak jakoś w tym guście. Fuj, mam uczulenie na totalnych.


No dobra, mła sobie ulżyła na tzw. progresywnych, którzy mła starzejącą się coraz bardziej wkarwiają. W ramach dopieszczeń oczu mła załącza prace Pawła Kuczyńskiego, bo to dobre i dla oczu i dla mózgu. W Muzyczniku pieśń z przeszłości, radosne pienia naprawiaczy świata.


sobota, 19 listopada 2022

Codziennik - listopad niby ponury

Listopadujemy sobie, znaczy tako sobie żyjemy. Małgoś obrażona że ta ładniejsza część jesieni jej umknęła i tylko te ostatnie chwile pod koniec  października, kiedy wyjeżdżała na wózku na spacerki i raz nawet na nasz ryneczek,  uznawane są przez nią za tzw. normalne. Mła obrażona konkretnie na szpital, bo stan Małgoś mógł być o niebo lepszy gdyby nie "walka z covidem" i mła byłaby  spokojniejsza i mniej nadwyrężona przeżyciami. Na jedno szczęście i Małgoś i mła mamy poczucie że jako tako odzyskałyśmy kontrolę nad naszymi żywotami.  Jako tako bo  zdarzają się tzw. chwile grozy, Małgoś miała na skutek hym... odwodnienia spowodowanego problemami gastrycznymi, wzrost poziomu mocznika we krwi i haluny. Przedziwne zresztą bo występowała w nich Gienia i jej cooleżanki, które nie chciały poczęstować Małgoś kisielem cytrynowym. Na szczęście odjazd nie był mocny i  nie trzeba było płukać dożylnie, mła bardzo  mocno Małgoś poiła i dosłownie po paru godzinach Małgoś mła oświadczyła - "Dziecko, obawiam się że mam demencję.

Nie wierzę  żeby Gienia nie poczęstowała mnie kisielem i zabrała mi torebkę. Czerwona torebka  do niczego jej nie pasuje a poza tym ja  nie mam czerwonej torebki". Taa... Koty totalnie zarzundzają Małgosinym dniem - Babciu tu leżymy, a teraz Babciu tu siedzimy. A teraz Babciu zobaczymy co masz na talerzyku. Totalne rozbestwienie i zalegiwanie na Małgoś. Doszło nawet do ekscesu, znaczy Mrutek zeżarł wędlinę z kanapki postawionej na stoliczku przy wyrku, po czym jak na dobrze wychowanego kocura przystało wystąpił z ubitym szczurkiem, którego zabrał Sztaflsi. W pościeli wystąpił. Na szczęście Małgoś nie była do końca pewna czy to nie haluny bo inaczej byłaby jazda - Małgoś miewa klasyczne dla dam lęki przed szczurami, żabami i pająkami. Okularia powoli dochodzi do siebie po zdradzie Kituchny, nabiera tuszy bo nażera się w ramach pocieszki. Czarne towarzystwo tyż postanowiło nabrać ciała bo do zimowej wagi jeszcze troszki  niektórym  brakuje, natomiast po co nażera  się do rozpuku Pasiak tego nie wie nikt. Tak po prawdzie to Pasiak powinien mieć na drugie Opas, jak  zawsze przed zimą.


Mła wreszcie cóś obejrzała do końca, całkiem przyjemny film ze świetną Emmą  Thompson i młodym a obiecującym Darylem McCormack. Nazywa to się "Good Luck to You, Leo Grande", zwojów nie przepali ale  się da oblookać bez grozy. Mła nawet udało się nie usnąć i uśmiechnąć się z parę razy a to już sakces. Oblookałam też bez wstrętu film pod tytułem  "The Wonder", który to tytuł przetłumaczono jako "Osobliwość" , głupio, bo nawet taka dukająca ingliszem niekumacizna jak mła zna słówka takie jak curiosity, czy singularity. Wonder to cud, tłumacz jednak zdawa się doszedł do wniosku wraz z dystrybutorami filmu że w kraju o którym mity krążą że chrześcijański co cud, lepiej żadnych cudów nie rozbierać na czynniki pierwsze. To durne tłumaczenie tytułu jest jak piącha do nosa paszące,  bo to jest film o cudzie, tylko nie takim społecznie koncesjonowanym i przez to łatwo akceptowalnym. Mła niestety nic nie czytała i jest naprawdę do tyłu. Znaczy nie do końca z tym nieczytaniem bo mła znów sięgnęła  po technokratyczne snucia Schwaba ale niestety tylko po to by się nad lekturą zdrzemnąć. Bajki robotów mła się nie śniły.

Politycznie to w tym tygodniu mijającym było cinżko  bo rakiety spadały na nas, tak całkiem   przypadkiem akurat podczas szczytu G20 na Bali,  w chwili  kiedy Rosja dąży do rozmów pokojowych,  wysyłając sygnały do Zachodu, że jak nie będzie chciał  się przychylić do rosyjskich prośbo - potrzeb to jest skłonna eskalować konflikt również na inne państwa. U nas niby zareagowano prawidłowo ale ni cholery nie mogę zrozumieć tych ćwierkań  że przerosło nas ustalenie skąd to nieszczęście spadło w sytuacji kiedy bardzo blisko, ledwie parę kilometrów od miejsca upadku rakiet, znajduje się polski radar, który spokojnie widzi co się dzieje aż hen po Kijów. To niby ustalanie  zajęło naszemu zarzundowi tyle godzin że mła by mogła na pieszo z miasta Odzi do Wawki dojść. Dlaczego było brak uspokajającego komunikatu, po co durne  usprawiedliwiania koniecznością przeprowadzania   wielogodzinnych  narad i konsultacji z sojusznikami? Żeby dopiero w nocy ogłosić informację o przypadkowym uderzeniu ukraińskiej rakiety? Po co i na co?  Przeca o tym skąd leciało ćwierkano zagramanicą już po południu,  no z wyjątkiem ćwierków niektórych niemieckich mendiów,  które już  wpadły w histerio - zachwyt, bo eskalacja i mamona za bad news is good news - w nich  była promowana  wersja rosyjskiego ataku.  Po co nasze mendia tak grzały temat "ataku"a zarzundowe dupki udawały że oto one badają i podejrzewają i Panie tego, groza, groza? Zdaniem mła opowiastki typu  odpowiedzialność ponosi Rosja ludzi nie uspokajają bo ludź na tyle głupi nie jest żeby nie kumać że NATO nie ma zamiaru wchodzić w otwartą konfrontację z Rosją. Jakby było mało władze Ukrainy zaliczyły naprawdę poważną wtopę idąc w tzw. zaparte, w wojnie propagandowej takie potknięcia mogą sporo kosztować. Cóś tu śmierdzi, tylko jeszcze nie wiadomo kto bąka puścił.

A co poza tym? Korporacyjne się rzucajo, na razie te z szeroko rozumianego  Big Techu. Elon zaproponował twitterowym pracownikom wolny wybór jeśli chodzi o prackę. Znaczy albo będo zapindalali 20 godzin na dobę albo niech spadajo. To pospadali w dużej ilości i teraz Elon szuka młodych naiwnych do wycyckania, znaczy wszechstronnego rozwoju osobistego na ścieżce kariery, czy jakoś tak. Face  się zwija a perspektywa kolejnego lotu Bezosa w kosmos cóś oddala. No i bardzo dobrze, szczególnie w wypadku firm jadących głównie na światach wykreowanych mła ma wylane i jakoś nie krzesze w sobie zatroskania gospodarką. W świecie niewykreowanym mamy obecnie mróz, nawet mła troszki przygrzewa w chałupie. No bo wicie rozumicie, przy mrozie to skarpety i polarki same sprawy nie załatwią. Bardzo dziwne  rzeczy dziejo się w Niemczech, prawie tak zdziwne jak te w Chinach się dziejące. Mła paczy, ślepka wytrzeszcza ale jej rozum cóś wolno w niskich temperaturach pracuje i mła nie do końca jest pewna tego co widzi więc się nie będzie produkować jako Wróżka Edna.

Pomalowałam wysuszki, to wszystko na co mła było stać w tym mijającym tygodniu. Wielki osiąg to nie jest ale zawsze mam jesienną dekorację niewielkim kosztem zrobioną. Suszki to zaprzeszłość czyli wspominki minionych jesieni, farby akrylowe zostały nabyte do malowania zająca, znaczy tyż  miesiące temu, metaliczne kredki użyte do zrobienia "refleksów" dostałam od Kocurrka. Malowałam z doskoku, na raty, bo tu konieczny był "porządek suszenia". Najwięcej czasu zajęło mła "metalizowanie" granatów, mła chciała żeby przypominały nieco owoce z prac Ślewińskiego czy Cézanne​'a. No wicie rozumicie, żeby nie były takie jednoznaczne i nudnie  czerwone. Wyszło tak se, nieco inaczej sobie to wyobrażałam ale cóż - umiejętności zabrakło. Jednakże listopadową dekorację posiadam i daję odpór atakującym zewsząd Mikołajom, reniferom i bardzo podejrzanym szopkom z Marią i Józefem, których twarze  zdradzają wyraźne cechy występowania trisomii chromosomu 21. Dobre i to.

W weekend przyszły dobre wieści w sprawie  Mefju, na szczęście nie zalągł się u niego skorupiak i sprawa zatykania się kota,  mimo tego że skomplikowana, to jest możliwa do opanowania. Mrutek uważa oczywiście że to wszystko zasługa jego mruczanek, mła nie ma siły wyprowadzać go z błędu. Zresztą najsampierw musiałaby go z objęć Małgosinych wyrwać i do domu sprowadzić. Hym... cóś  jakby mission impossible. No, Mruciu rzundzi. Co prawda Mrutek nie ustawił sobie jeszcze synów Małgoś, ta sztuka udała się z łatwością tylko Szpagetce, ale za to Małgoś jest absolutnie pod pazurem Mrutiego, naprawdę robi z Małgoś co chce. Mła niedługo będzie musiała podania pisać do Małgoś choćby  w sprawie wpłynięcia na zachowanie Mrutka, on usiłuje robić rififi w Małgosinym kredensie! Nie mam pojęcia czego on tam szuka, podejrzewam jednak że nie są to poszukiwania  straconego czasu. Dobra, to by było na tyle. W Muzyczniku orientalne klimaty, te granaty przypomniały mła filmy Paradżanowa, więc troszki kadrów z "Koloru granatu" na zanętę.

niedziela, 13 listopada 2022

Gduńsk, Gdańsk, Danzig - część siódma

Teraz będzie troszki muzealnie o starym Gdańsku nadrealnym i bardzo kobiecym. No wicie rozumicie, takim przez mła wymyślonym na podstawie jednej lektury, jaką była ramota autorstwa Jadwigi Łuszczewskiej zwanej Deotymą,  czyli powieści "Panienka z okienka". Mła jest z tego pokolenia które chowało się na "Cudnej mieszczce", "Petrze". "Jadwidze i Jagience" czy "Krysi bezimiennej". Takie lektury serwowano niegdyś dziewczętom i mła w wieku lat 9 - 10 została namiętną ich czytelniczką. Swoją fascynację historią mła zawdzięcza tym książkom, tak jak fascynację  kotowatymi zawdzięcza serii książek o Irce i Czarce. Takie to były czasy że ambicją pisarzy było przekazanie oprócz tzw. wartości, troszki wiedzy. Po wielu, wielu latach, kiedy ze mła czas wydawałoby się wyrugował dziecięce zauroczenia, mła zaczęła się zastanawiać na ile lektury jej dzieciństwa stykają z dzisiejszym stanem naszej wiedzy o historii. Zaczęła od opisu gdańskiego orszaku weselnego, od którego zaczyna się akcja powieści Deotymy. Orszaki weselne sprawa znana ale panna młoda per modum Gedanensem czyli ustrojona jak to określa  pisarka "wedle starodawnej gdańskiej mody" była dla niej pewną zagadką. Mła bowiem tkwiła w przekonaniu że suknie ślubne  ery nowożytnej podlegały wymogom mody. No owszem, było tak ale w Gdańsku kobiecy strój ślubny długo zachował średniowieczny charakter, związany z obrzędem. Na tle innych miast Europy Północnej gdańskie panny młode były cóś zapóźnieniem jak te przedproża kamieniczne, jednocześnie stanowiły o oryginalności miejskiego obyczaju. Dla mła stało się to jasne kiedy odkryła Frauen-Trachtenbuch z 1586 roku autorstwa Conrad Lautenbacha. To taki chwalebnik niewieści, zbiór rymowanych strof poświęcony płci pięknej. Mamy tam rymowanki o królowych poszczególnych krain, księżnych i grafiniach a także zwykłych, nieutytułowanych kobietach z różnych zakątków Europy. Z niemiecka idzie to tak: 

Ein Braut zu Dantzig 

Es ligt ein Statt in Preussenland Gar weit berühmbt Dantzig genannt

Wann da ein Jungfraw wol gestalt Ihren Christlichen Kirchgang halt 

Wird sie auff diese weiß geziert 

Wann man sie zu der Kirchen führt 

Ich hab mein Lebtag nie gesehn Ein schöner Braut zu Kirchen gehn

Po naszemu szłoby to mniej więcej tak: 

Panna Młoda z Gdańska

Daleko w Prusach  leży miasto Gdańsk  sławne i znane  

Kiedy dobra chrześcijańska dziewica  do ślubu  w nim zdąża

Ustrojoną w biel zdobioną prowadzą ją do kościoła

W  życiu mym nie widziałem w kościele piękniejszej Panny Młodej

Tłumaczenie nie jest ani dokładne ani piękne ale takie mniej więcej. W końcu jest mojego autorstwa a ze mła żadna tłumaczka, a już zwłaszcza ze starej niemczyzny.  Trudno, znieście to z godnością. Wiem że to tak sobie średnio pasi do urokliwego opisu Deotymy - "Szła panna młoda między dwiema druhnami. Wszystkie trzy miały suknie z najprzedniejszej białopłowej "pawłoki" ( która, jak wiadomo, była uprzywilejowaną tkanką szat koronacyjnych ), a na sukniach płaszcze okrągłe, purpurowe, z gronostajowymi wyłogami u przodu, z bogatą klamrą u spięcia. I, o dziwo! Płaszcze te w górze nie wywijały się żadnym kołnierzem, ale były wszyte w obramowanie złote i wycięte kołem tak szerokim, że nie tylko szyja, ale i skrawek popiersia wykwitały z nich bez osłony. Włosy też wolne od pęt codziennych, jakby drugi płaszcz rozpuszczono, wiły się po ramionach i spływały po barkach. Na włosach każda z nich miała koronę złotą, cudnie wyrobioną w różne liściowe przezrocza i strzeliste pąki. Korona panny młodej była najwyższa." Takie towarzystwo umieścił Anton Möller w swojej "Księdze ubiorów gdańskich". Wydana w 1601 roku przez Jacoba Rhode pozycja składa się z serii dwudziestu drzeworytów, rytowanych według projektu artysty, przedstawiających gdańskie stroje kobiece.   Księga autorstwa Antona Möllera różni się nieco od innych albumów tego typu, które powstawały na przełomie wieków XVI  XVII.   Tytuł dzieła sugeruje że ukazywać ma ono stroje i ozdoby noszone przez gdańszczanki, ale żurnal modowy to to nie jest. Ubiory przedstawiono cóś mało szczegółowo, kroje sukien się powtarzają, tak jak i ich wzory. Wydawać by się mogło że gdańszczanki coś się bez polotu ubierały, bardzo schematycznie. To raczej  stylizacja artysty, który pomijając szczegóły chciał  zwrócić uwagę na najbardziej typowy ubiór gdańskich mieszczek.  Znaczy stroje z kart  albumu są niewątpliwie zgodne z realiami historycznymi, choć je wystylizowano by dać oglądającemu jednorodny obraz lokalnej odmiany ubioru

 
Jak w tym czasie ubierały się gdańskie mieszczki należące do patrycjatu? Tak  jak w całej niemal Europie  - po hiszpańsku. Oczywiście że tak via Antwerpia i parę niemieckich miast, ale to Madryt  był stolicą mody w końcu wieku XVI i na początku XVII. Obowiązywał  fortugał vel verdugado czyli spódnica w kształcie dzwonu ( uzyskiwano kształt za pomocą wałków mocowanych  na biodrach pod spódnicą i wszytych  obręczach w  spódnicy - verdugo do po hiszpańsku oznaczało kosz ), mocno wydłużony i opięty stanik  formowany na gorsecie. Przód zapinano na ozdobne guzy. Taki stanik nieraz usztywniany za pomocą drewnianych lub stalowych listewek i nieco watowany. Kończył się wysoko pod szyję zapiętym, stojącym kołnierzem.  Na kołnierzu oczywiście obowiązkowa kryza vel kreza. W czasie w którym toczy się akcja powieści krezy osiągały szerokość niemal kobiecych ramion, a równocześnie otrzymała skośne nachylenie przez podniesienie w tyle wysokiego kołnierza ( tego typu kołnierze nazywano stuartowskimi ). No cóż, kobiecy weselny strój gdański cóś odbiegał od najnowszych trendów. Stało się tak za sprawą obyczaju o słowiańskim rodowodzie, choć zdaniem  mła był on znany  i na terenach niesłowiańskich. 

Rozpleciny czyli warkocz, impreza odbywająca się przed oczepinami, wówczas przyszłej  małżonce rozplatano włosy, no wicie rozumicie seksownie się kojarzące z pramatką Ewą, a głowa otrzymywała przystrojenie związane ze ślubnym  obrzędem, które  na  niej się trzymało aż do oczepin, czyli ustrojenia  głowy w strój przynależny  kobietom zamężnym ( taki zwyczaj się wykształcił w II tysiącleciu p.n.e. na Bliskim Wschodzie i dłuuugo się utrzymywał w Europie, aż do końca średniowiecza ). Tak pod koniec średniowiecza prezentowały się Panny Młode  na północy Europy, utrzymywało to się jeszcze w czasach renesansu ale powolutku zaczęło zanikać. Stąd zresztą  określenie gdańskiego kobiecego stroju weselnego w albumie z 1601 roku jako dawnego.  Tzw. korona otwarta jako nakrycie głowy Panny Młodej przybyła  do Gdańska z zachodniej Europy, w miastach hanzeatyckich z początkiem ery nowożytnej pojawiła się ona na głowach   patrycjuszek. Już pod koniec XVI była to osobliwość gdańska. Kiedy w Gdańsku korona  na głowie Panny Młodej zaczęła zanikać pod wpływem  coraz bardziej purytańskiego protestantyzmu, pojawiła się w ... szlacheckich dworkach, gdzie całkiem dobrze się miała jeszcze w XVIII wieku ( choć jej formy były już inne ) a także na  arystokratycznych  głowach, po zaniknięciu tzw. łubki. Biel sukni ślubnej to tyż nie była taka powszechna, tak po prawdzie to panny młode ubierano w cóś co mogło lata służyć właścicielce  a nawet być przekazane w spadku dzieciom.

Owszem było na bogato ale też na coolorowo. Taki błękit na przykład się na uroczystości zaślubin sprawdzał ( królowa Bona podczas dwóch swoich ślubów, tego per procura,  jak i właściwego, miała na sobie suknię z weneckiego atlasu w kolorze błękitu, obficie zdobiona  złotymi  blaszkami w kształcie uli ), lubiano też zieleń. Biała suknia ślubna ma królewski rodowód, ponoć jedną z najwcześniejszych "białych sukienek" była ta w która przywdziana była Filipa, córka angielskiego króla Henryka IV, podczas swojego ślubu z władcą Danii. Rzecz miała miejsce w roku 1406. Biały strój miał nawiązywać  do dziewictwa i niewinności, nie tylko jego posiadaczki ale także  tego uświęconego - Maryja była w malarstwie średniowiecznym  przedstawiana w białej sukni. W Kościele Katolickim biel symbolizowała oprócz  niewinności, także radość i świąteczny nastrój. Znaczy w sam raz pasiła do obrzędów weselnych. Wymowa symboliczna ubiorów srebrzystych była taka  jak tych uszytych z białych tkanin, stąd pierwsze suknie ślubne wysoko urodzonych były przetykane srebrem. Z czasem pojawiło się też złoto, dodające splendoru. W Polsce w białą suknię ślubną ze srebrnościami i złocistościami wyposażono królewnę Jadwigę, córkę Kazimierza Jagiellończyka, wydaną za bawarskiego księcia Jerzego. Na biało szła do ślubu nasza "ususzona" dziewica Anna Jagiellonka, co zresztą  nie odbiegało już wówczas od europejskiego standardu dla dam z królewskich rodów. Co ciekawe w Gdańsku do białej sukni dodawano nakrycia przypominające  koronacyjne płaszcze, oblamowane gronostajami. Gdańskie mieszczki epoki renesansu i wczesnego baroku przebierały się z okazji ślubu w późnogotyckie królewny.


Kiedy mła w głębokim dzieciństwie wyobrażała sobie taka pannę młodą to zaraz ona przekształcała się w jej umyśle w osobę z portretu. Mła zapoznała się z portretowaną damą dość wcześnie, na jednej z muzealnych szkolnych wypraw i od początku to ją wyobrażała sobie w gdańskim stroju ślubnym. Najprawdopodobniej, bo historycy sztuki mają różne zdania na temat tego kogo przedstawia portret,  nazywała się Maria Judyta Speymann, była  żoną Johanna Speymanna, bardzo  ale to bardzo wpływowego patrycjusza gdańskiego. Dość wspomnieć  że urodzony w 1563 roku Johann był właścicielem słynnej Złotej Kamienicy, domu  uznanego za taki  który w Gdańsku musowo trzeba zobaczyć. Miał znaczny udział w powstaniu takich  budynków jak: Wielka Zbrojownia, Złota Brama. Stał też wraz z burmistrzem Bartłomiejem Schachmannem za pojawieniem się Neptuna na Długim Targu. Był pomysłodawcą przyozdobienia sali ratusza dziełem Isaaka van den Blocka pod tytułem "Apoteoza Gdańska". Swoim czterem córkom zostawił w spadku oprócz domu przy Długim Targu i dwóch innych kamienic, spichlerz "Pod Lwem" i połowę  spichrza "Konwie", ogród ze strzelnicą i letnimi rezydencjami podmiejskimi ( w jednej zwanej Długim Ogrodem, leżącej co prawda w Nowych Ogrodach, niedaleko Bramy Wyżynnej, znajdowała się urządzona na sposób włoski łazienka z wodotryskami tryskającymi z pachnącymi wodami, ponadto wozownia i domek letni w ogrodzie z fontannami - 8 VII 1623 goszczono w tej posiadłości króla Zygmunta III Wazę, jego żonę Konstancję i królewicza, późniejszego króla Władysława IV, którzy korzystali z tutejszej zdobyczy cywilizacji ). Ufundował też stypendium naukowe dla uzdolnionego młodzieńca, członka swojej rodziny lub tylko ubogiego mieszczanina, z zachowaniem zasady że musi on być protestantem. Bibliotece Rady Miejskiej podarował część swojego księgozbioru i podtrzymał że raz w miesiącu Złota Kamienica miała być udostępniana zwiedzającym ( miał spore zbiory sztuki i modnych w tym czasie tzw. osobliwości ) .
 

Nie że sam się dorobił takiego majątku na handlu zbożem, handlował i owszem, głównie z Italią ( Livorno. Genua i Rzym pasły się tym zbożem ), był patrycjuszem z dziada pradziada. Jego dziadkiem ze strony matki był burmistrz Gdańska Johann Brandes, po którym zresztą odziedziczył imię. Jego dziadek ze strony ojca, Winold, był burmistrzem Orsoy w nadreńskim okręgu Moers. Młody Speymann studiował w Krakowie, Strasburgu, Wittenberdze, Królewcu, Heidelbergu, Padwie, Pizie i Sienie. Nie był  tylko kupcem, z rąk papieskich Klemensa VIII, jednego z najbardziej wykształconych papieży za którego inkwizycja wręcz szalała, otrzymał szlachectwo co jest o tyle zdziwne że Speymann był kalwinem. Jednakże to zboże z Gdańska stało za tym szlachectwem tak mocno że nie ważne jakiego wyznania był człowiek, który je wysyłał. Za ocalenie Państwa Kościelnego od klęski głodu otrzymał zatem Johann to szlachectwo i tytuł rycerza pozłocistego ( eques aureatus - w herbie, w tarczy dwudzielnej w słup w polu prawym srebrnym zielone drzewo, w polu lewym czerwonym - srebrny jeleń skaczący w prawo - cóś pięknego ), jak również specjalny papieski przywilej na wybudowanie spichlerza w porcie Civitavecchia. Nadano mu też wówczas przydomek "von der Speie", utworzony od nazwiska nawiązywał do uratowania Państwa Kościelnego od widma głodu. W Gdańsku sprawował funkcję  ławnika sądu, sędziego, rajcy a w końcu został  burmistrzem. 


Był też burgrabią królewskim. Ożenił się w roku 1596 i to tak że ożenek pozwolił zyskać wpływy pośród szlacheckich elit Prus Królewskich oraz na dworze królewskim. Maria Judyta Bahr była zaślubiona w kościele Najświętszej Marii Panny, tam też została w roku 1625  pochowana ( właściwie to niemal wraz z mężem, przeżył ją ledwie o 8 miesięcy ). O Judycie wiadomo tyle że była córką Judyty z ( Bartschów ) i Szymona Bahrów. Jej ojciec "który dla cnót Najdostojniejszego Króla Zygmunta na sejmie Królestwa Polskiego w roku 1591 został przyjęty do słynnego blaskiem starożytności Rodu Polskiego herbu Rawicz",  co zostało uwiecznione na jego nagrobku ufundowanym przez zięcia. Szymon należał do najbogatszych kupców gdańskich, był dostawcą króla Szwecji Jana III, a następnie bankierem i dostawcą jego syna, Zygmunta III Wazy. Judyta była jedną z dziewięciorga dzieci tej patrycjuszowskiej rodziny wywodzącej się z biedniejszego Starego Miasta. Cała familia była rozsądnie pożeniona, być powinowatym Bahrów oznaczało mieć wpływy. Co wiemy o samej  Judycie z niemiecka zwanej Judith?  Tyle że "wychowała się" na dworze Anny Habsburżanki i że straszy w Złotej Kamienicy, snuje się po korytarzach poszeptując "Czyń sprawiedliwie, nikogo się nie lękaj".  Niby osoba wpływowa, o jej mężu wiemy sporo,  a jedyne co o niej mła wiadomo to  daty jej  urodzenia,  ślubu, śmierci i daty urodzenia przez nią dzieci oraz daty podejmowania z racji pełnionej funkcji ważnych gości. Była,  ale jaka była?  Kim właściwie była, oprócz tego że była matką, patrycjuszką i burmistrzową? Jakoś brak odpowiedzi mła pasuje do portretu pędzla Möllera.

No bo tak po prawdzie to mła ma wrażenie że w tym przedstawieniu Judyta sama jakby mniej ważna, za to jej rola społeczna zgarnia wszystko. I owszem Judyta spogląda na człowieka z portretu ale czy człowiek jest w stanie przez te atrybuty Judytowego stanowiska przedrzeć się do Judyty? Mła się nie przedarła, Judyta równie dobrze mogłaby być Agathe, córką burmistrza Johanna von der Linde jak wysnuto na podstawie podobieństw z obrazem "Alegoria stanu małżeńskiego" przypisywanego Hermanowi Hanowi Młodszemu. Ech, najpierw obraz budził spory atrybucyjne, nie ustalono do teraz jednoznacznie także tożsamości portretowanej, sprawę skomplikowało dodatkowo to że rama obrazu nie jest oryginalna, została dodana nie wiadomo kiedy.  Mła tak sobie myśli że domniemywania historyków sztuki na temat motywu kotary, gatunku owocu trzymanego w  dłoni  przez portretowaną ( kotara była atrybutem rodem z malarstwa włoskiego, którego Speymann byl wielbicielem, owoc  przypomina mła gorzką pomarańczę Citrus aurantium nieporastającą w naszym klimacie, symboliczne znaczenie której było jasne tylko dla erudytów, dominujące  w portrecie  barwy herbu Speymannów  - biel, czerwień, zieleń ) wskazują na Judytę, jednak tak po prawdzie to z powodu konwencji wizerunku kobiecego ( zasadniczo portret jest taki bardziej niemiecko - niderlandzki, jednakże  choćby z racji tej kotary, występującej często w kręgu malarzy weneckich, widać fascynacje późnorenesansowym i manierystycznym  malarstwem włoskim, w którym model był mocno zdystansowany, jakby wyodrębniony a czasem i tak sobie podobny, co  odpowiadało termin gravità, ukutemu  przez Baldassare Castiglione, oznaczającego  powagę i surowość portretowanych twarzy, które miały wskazywać na   zalety ducha modela - ot młoda kobieta z takiej a takiej klasy społecznej, tyle te portrety mówią, chyba że mamy do czynienia z artystą tej klasy co Moro - mła nie jest zwolenniczką podejścia że  modelka jest tu przedstawiona w manierze  sprezzatura, określającej jej subiektywne i emocjonalne  doznania. ) to jest to tak na 55%.   No, może na 60%, w końcu Speymann był  malowany przez Möllera, pomagał mu także zdobyć zamówienia i wiadomo że około 1600 roku Möller pracował dla Speymanna. 

Zatem nawet jak to prawdopodobna Judyta to mła sobie może snuć rojenia o panience z okienka bo z Judyty w tym obrazie mało, za to patrycjuszki gdańskiej w nim pełno. Dodać należy że ta patrycjuszka najprawdopodobniej posiadała już klejnot  szlachecki bowiem ustrojona ponad mieszczański stan ( prawa stanowe dotyczące ubioru dość mocno wówczas egzekwowano ). Patrycjuszkę gdańską sportretowano  w ujęciu do kolan, w cud czerwonej sukni  łączącej elementy mody hiszpańskiej i niemieckiej, figurę podkreśla gors ozdobiony podwójnym złotym łańcuchem. Bransolety o pancerzowym splocie ( tzw. manele ), które zdobią nadgarstki patrycjuszki, znamy też  z  portretów niderlandzkich, angielskich i niemieckich  z drugiej połowy XVI wieku. Tak też jest w przypadku zawieszonego  u pasa pommandera, czyli pojemnika na wonności. Typowymi elementami dla stroju  patrycjuszek gdańskich  są tu czepiec ( wysadzany perłami albo z racji okazji albo urzędu męża ) i plisowany biały fartuch.  Za Deotymą  - "Za kawalerami szły panny także po trzy rzędem. Ubrania ich pstrzyły się różnymi barwami, ale krój miały jeden nieodmienny. Suknia sztywna w ciągnione floresowe wzory, z tyłu mocno powłóczysta, u dołu strefowana kilku pasamonami z ciemnych taśm kamelorowych albo z czarnego aksamitu. Na przód spódnicy spuszczał się długi a wąski fartuszek, w domu zwykle płócienny, a od stroju rąbkowy, powiewny, jakby biała szarfa. Stanik twardy i długi dosadnie zarysowywał utoczenie kibici. Rękawy, podobne do męskich, wydęte, rozporkami zatrzęsione, ściągały się u dłoni pod koronkowy mankiet, a z ramion tworzyły dwie wypukłe bańki, niby dwie podpórki mające podtrzymywać równowagę krezy. Ta ostatnia bywała najrozmaitszych rodzajów; czasem grubo rurkowana, a mała w obwodzie, czasem znów cieniuchna, ledwie troszeczkę falująca, a za to szeroka jakby tarcza. Z jej środka, niby pisklę z gniazda, wystawała główka gładka i mydłkowata, bo przy krezie wszelkie bogatsze ufryzowanie stawało się niemożebnym; głowa musiała być maleńką i okrągluchną, ażeby mogła poruszać się swobodnie w tej ciasnej, ostro prążkowanej konsze. Toteż wszystkie włosy podczesywano w górę i zaplatano w jeden warkocz, którego kręgi ukrywały się z tyłu pod czarną aksamitną bramką lub pod czółkiem z różnobarwnych wstążek."

Teraz trochę o Antonie Möllerze malarzu uznanym za twórcę  "Portretu patrycjuszki gdańskiej", zwanego czasem malarzem Gdańska. Otóż nie urodził się on  w Gdańsku, tam jedynie mieszkał co i raz gryząc się z gdańszczanami na temat różne, głównie religijne   ( był kalwinem ) i artystyczne (  z czystej złośliwości miał jakoby namalować Agathę von der Linde jako personifikację Pychy na obrazie "Sąd Ostateczny" w Dworze Artusa i na tym samym obrazie umieścić w Piekle dostojników miejskich, a siebie samego wśród szczęściarzy uciekających łódką z tych piekielnych czeluści, co na tyle wkurzyło miejskich że mieli zaprzestać korzystania z jego usług ). Na świat  przyszedł w Królewcu w Prusach Książęcych w roku 1563 lub w 1565, jako syn medyka i cyrulika pracującego dla księcia Albrechta. Uczył się w Pradze, w kręgu malarzy związanych z dworem cesarza Rudolfa II. Są przypuszczenia że odwiedził Italię. Na pewno nie był twórcą anachronicznym ( np. w pewien sposób eksperymentował z kolorem - wykorzystywał różne kolory zaprawy, imprimatury i podmalowania do osiągnięcia konkretnych efektów, między innymi białą imprimaturę do rozświetlenia powierzchni obrazu, czy różową zaprawę do namalowania nieba ),  Anton Möller stosował zasady technologii i techniki malarskiej typowej dla przełomu wieków XVI i XVII  w sztuce europejskiej i należy do grona wybitnych artystów, najwybitniejszych malarzy działających w Rzeczypospolitej. W Gdańsku osiadł w roku 1578, tworzył tam obrazy mające zdobić miejskie instytucje, kościoły,  jak też tworzył portrety dla indywidualnych zleceniodawców. No całkiem sporo rysunków, a także  drzeworyty, wspomniany choćby album ubiorów gdańskich. Mła go podziwia za świetlistość barw, już jako dziecko mła  była zafascynowana czerwienią sukni patrycjuszki z obrazu. Naprawdę dobry malarz a jakoś tak w Polszcze słabo znany.  W Gdańsku zostawił po sobie  obrazy malowane dla miasta,  dziś prezentowane w Muzeum Narodowym i dla duchowieństwa prezentowane w kościele  św. Katarzyny i   i Kościele Mariackim. Są też portrety, ten patrycjuszki i portret biskupa Maurycego Febera, będący tak po prawdzie kopią portrety wykonanego przez Crispina Herranta. Oprócz muzeum w Gdańsku, prace Möllera posiada Muzeum Narodowe w Poznaniu. Zmarł w 1611 roku w Gdańsku, pochowany został w kościele Św. Trójcy, którego pastorem był Jacob Fabricius, najbardziej wpływowy i charyzmatyczny kalwinista w Gdańsku. Dobra, tyle na dziś gdańskich reminiscencji.

piątek, 11 listopada 2022

Polskoświątecznie

Świątecznie i marszowo. No to maszerujta, póki jeszcze ma kto maszerować bo zdawa się że w szybkim tempie ilość potencjalnych maszerujących będzie się zmniejszać. Nadprezes nasz najjaśniejszy, który sam jest dziećmi nieobarczony,  wziął się do połajanek inszych niedzieciatych. Nadprezes to sam wyraźnie dziecinnieje. Taa... wg. Nadprezesa  wszystkiemu winne są kobiety  bo złośliwie nie rodzą. Hym... zdaniem mła to winni są mężczyźni bo coraz mniej z nich nadawa się na ojców. Można by oczywiście stwierdzić że   taka dupowata męskość to za sprawą mamuś powstała. No to ja się pytam - a gdzie byli tatusiowie? Ukrywali się przed funduszem alimentacyjnym czy cóś? Jaki  jest stosunek ojców walczących o dzieci w sądach  do tych, którzy się zwyczajnie na nie wypięli. Taa... potężnym problemem nie jest emancypacja kobiet, problemem jest dziecinnienie  mężczyzn i wskazywanie że to , Panie tego, wszystko przez te baby, które nie wiadomo czego chcą. A najczęściej chcą tego żeby dorosły człowiek wziął odpowiedzialność za to co robi. Odpowiedzialność - Dżizzu mła macki opadajo bo dla mła jej brak  jest jak katastrofa, to  jak rak toczący cywilizację Zachodu. Tak, tak, głównym problemem społecznym  jest  brak odpowiedzialności za swoje czyny.  Ekstremalny u obu płci. Brak odpowiedzialności  zarzundów rodzi ekstremalne odpowiedzi typu świroekolodzy blokujący przejazd karetki pogotowia do umierającej kobiety.  No blokowali bo zarzund jest nieodpowiedzialny za planetę, zmniejszyli populację o jedną sztukę - nie będzie już zatruwać Matki Ziemi.  Zarzund wyciągnie wnioski i ukarze jak najbardziej słusznie, bo świroekolodzy to nie coolegi. Coolegi od kretyńskiego zarzundzania srandemią uśmiercili znacznie wincyj osób i co? I jak na razie gówno, choć przeca słusznie byłoby kogoś do odpowiedzialności pociągnąć. Brak ponoszenia konsekwencji działań powoduje w społeczeństwie niby demokratycznym cóś podobne poczucie braku sprawczości do tego jakie mają społeczeństwa w krajach autorytarnych. No dodupnie jest. A zaczyna się to wszystko od takiego osobistego braku odpowiedzialności, np. za wychowanie własnych dzieciów. Lewica uwielbia występować w imieniu takich nieodpowiedzialnych niedojd, bo to bezpieczniejsze niż występowanie przeciw establishmentowi i pilnowanie praw pracowników najemnych ( grzechem prawicy jest za to uważanie że  słabość w ogóle na nic nie zasługuje bo się sama nie finansuje  ) .

Następnym cinżkim schorzeniem  na które na Zachodzie zapadamy jest bezmyślna lekkość bytu, łatwizna wchłaniana bezrefleksyjnie. A potem wylezie  że sobie ludziska wyhodowali jednostkowy i społeczny marazm, strach i wygodne nicniewiedzenie. A jeszcze później  przetoczy się koło  historii napędzane  siłą ludzkiego bezwładu, imposybilizmu  a ludziska zorientują się całe zdumione że któś nad nimi z batem stoi. Taa... będziemy szukać  partii idealnych, nie będziemy łazić na wybory bo trzeba by  głosować po raz enty zamiast na partię idealną na takich, którzy jak najmniej spieprzą,  czyli na mniejsze zło.  Im bardziej masowo będziemy ponad politykę tym bardziej  znajdziemy się pod butem polityków.  A  polityką jest wszystko, ruchy samopomocowe tyż.  Oczywiście mła nikogo nie namawia  do śledzenia teatrzyku politycznego, na to szkoda czasu. Rozsądniej  jest patrzeć  na to co polityczne  robią niż słuchać  co o tym robieniu  mówią. Mła  tak o tym pisze bo nie chciałaby żebyśmy kiedyś  się znaleźli w tym miejscu w którym jest teraz społeczeństwo rosyjskie. W Rosji są przeca normalni, przyzwoici ludzie,  zawsze byli, tylko cóś ich liczba  malała z reżimu na reżim. Zatopiła ich  przytłaczająca większość ludzi nicniechcących,  pozbawionych woli zmian i o zgrozo, zasad etycznych. Dla mła to strasznie smutne że żadne okropności wojny nie wywołały w rosyjskim  społeczeństwie tak widocznego głosowania postawą jak  mobilizacja.  Jakby nie  mieli problemu z gwałtami, mordami na bezbronnych a tylko z koniecznością wysyłki na front. Mła nie chciałaby żeby z nami tyż się tak porobiło. Hym... jeżeli nadal Rosjanie będą akceptować poczynania władzy to przy następnej  mobilizacji nie będą już mieli  możliwości przekraczania granic państwa, będzie  jak za Wujka Josifa.  Na własne życzenie. No chyba że  się wcześniej im państwo rozkraczy. Myślicie  że u nas  to Zachód i niemożliwe jest niewolenie społeczeństwa na jego własne życzenie?  Popatrzcie uważnie na to co nas otacza, na te cukiereczki z trującym nadzionkiem i na radosne otwieranie dzioba by to przełknąć. Srandemia mła nauczyła że umiłowanie zamordyzmu głęboko tkwi w ludziach a miłe,  łagodne starsze panie czy młodzi  mężczyźni zatroskani stanem świata w mgnieniu oka potrafio się zmienić w aktyw zamordystyczny.

Dzisiejszy wpis  ozdabiają cóś niejednoznaczne anioły Malczewskiego. Gdyby mła była pastuszkiem to by się mocno zastanawiała czy aby to bezpieczna taka anielska opieka. To pójdź za mną w wykonaniu takiego anioła cóś by mła nieufnością napełniło. Niedowiarstwo ze mła wychodzi. W Muzyczniku raz na ludowo, znaczy jazzowo.  Cała płyta, mła ją bardzo lubi dlatego świątecznie załącza.