piątek, 14 kwietnia 2017

Obrządek wiosenny


No i nadchodzi nam czas obrządku wiosennego, tak, tak, prawdziwie nazywam to świętowanie po polsku. Zawsze w okolicy świąt nawiedzają mnie przemyślenia quasi religijne. Hym, zdaje się że należę do mniejszości która w ogóle ma na tematy religijne jakieś przemyślenia ( i nie ważne  że  są quasi bo nie myśli mi się o teologii a raczej o socjologicznej stronie religii, myślenie o duszyczkowych sprawach jest - pewnie to sprawka genów pradziadka księdza ).  Katolicyzm obrzędowy jest silny przyzwyczajeniem do obrzędów, treść wierzeń jest dla większości mych rodaków mniej istotna co potwierdzają badania socjologiczne prowadzone przez instytucje opłacane "z prawa do lewa" że się tak wypiszę. Kraj mój rodzinny jest nie tyle katolicki co klerykalny, jego duchowość jest w gruncie rzeczy szczerze pogańska i nieszczerze upozowana na chrześcijanstwo ( problem Kościoła narodowego - oksymoron taki że aż zatyka ). Frasobliwy i Dzieciątko w jednym, Maryja Zawsze Dziewica, Pambuk i obecnie nieco mniej popularne grono świętych pańskich to jedynie przykrywka pod którą ukrywają się magiczne postacie z całkiem innego świata niż ten znany z kart Ewangelii. Wystarczy przypomnieć sobie góralskie bajanie  o Panu Jezusku co po Tatrach chodził i wszystkie Matki  Boskie Naszybne  cudownie się ukazujące żeby ostrzec dobrych ludzi a od razu do człowieka dociera że żyjemy w kraju gdzie religijna wyobraźnia masowa żyje w konwencji prechrześcijańskich mitów. Prawda od lat znana wśród etnologów, socjologów i innych logów. Zresztą inaczej być nie mogło, wspomnę radosne  umitycznienie chrystianizacji naszych ziem ( dwaj Aniołowie - "Cyryli i Metody", he, he  - na postrzyżynach syna Piasta Kołodzieja ). Jakoś masowo nigdy nie przekroczyliśmy pewnego progu pytań o własną duchowość co było udziałem naszych słowiańskich sąsiadów z południa i wschodu. Jesteśmy religijnym ignorantami i po ignorancku się zlaicyzujemy ( tak samo płytko jak płytkie jest polskie chrześcijaństwo w wydaniu powszechnym czyli katolickim ). Przedziwne  że uchodzimy za naród chrześcijan, śmiem twierdzić  że naszą religią narodową jest ignorancja z lekka zabarwiona oportunizmem. Stąd pewnie to przywiązanie do  symboli które ma nam ułatwić udawanie że wiemy w co wierzymy. Od dawna  usiłujemy wmawiać światu że  jesteśmy kimś innym niż jesteśmy. Długa tradycja, jeszcze sarmacka, he, he. A magiczność w  nas  nadal siedzi  i jak ten diabeł Rokita co i raz ze spróchniałej  "wierzby szczerzepolskiej" wyłazi. No to Kochani, wesołych świąt i za zdrowie Święconki, prawdziwej bohaterki obchodów polskich świąt Wielkiej Nocy.



czwartek, 13 kwietnia 2017

Ciasteczkowe odbicia czyli Ciotka Elka w akcji

Są takie chwile w życiu mężczyzny kiedy bierze on rzeczywistość na klatę i z wymuszonym uśmiechem usiłuje myć własne, domowe okna. Są takie chwile w życiu kobiety kiedy  poczucie że trzeba zrobić ciasteczka tak narasta że zamienia się w obsesję znieczulającą na wszystko co dzieje się wokół z wyjątkiem dulczenia męskiego i np. powoduje chęć wywalenia przez okno  myjącego je  mężczyzny za zadawanie kretyńskich pytań typu "To gdzie jest ten płyn?". Ciotka Elka wraz ze mną i przy akompaniamencie "odzwierciedlających stan tego ciężkiego umysłu" pytaniach Włodzimierza piekła kruche ciasteczka. Na dzień dobry zmodyfikowałyśmy nieco  przepis. Receptura była bowiem tak słodyczasta że ilość użytego cukru mogła wywołać natychmiastową śpiączkę u cukrzyka. Wiem  że kruche ciasteczka powinny być słodkie ale zamierzałam je przyozdobić więc bez przesadyzmu z tą słodkością ciasta.

Receptura jest taka - napij się kawy i ignoruj wszelkie prośby dotyczące sprawdzenia jakości sprzętu potrzebnego do mycia okien. Zarówno te jęczące jak i gromkie pokrzykiwania. Następnie wyciągnij stolnicę i wałek i przejdź się z tym drugim  tak żeby myjący okna dokładnie widział uzbrojenie i zaniechał wszelkich prób  nawiązania kontaktu. Weź kilogram mąki krupczatki i przesiej ją z proszkiem do pieczenia ( kup dobry, mnóstwo dziwnego badziewia teraz się spotyka ). Dwie kostki masła 250 -  gramowe ( no na bogato ) posiekaj z oną mąką i dodaj sześć  żółtek ubitych z niepełną szklanką cukru. Przy szybkim wyrabianiu ciasta podlej około 250 mililitrów kwaśnej śmietany 18% i staraj się nie myśleć o przyszłości swoich tętnic  i żył. Zagniecione ciasto podziel na kawałki i rozwałkowuj   ( nie za grubo ale i nie za cienko ). Wykrawaj ciasteczka i  piecz  w nagrzanym  jak do kruchego ciasta piekarniku aż zrobią się złote ( co piekarnik to inne pieczenie ). Skontroluj roboty okienne i obiecaj  parę upieczonych ciastek "na przerwę przy kawie".

Przepis niby taki  podobny do naszego starego przepisu na ciastka kruche ale zdecydowanie  w nim więcej masła a mniej cukru. No ale słodkie ciastka z ozdóbstwami z lukru naprawdę nie mogą być zbyt słodkie. Co przystoi bezie nie uchodzi kruchemu ciastku. Foremki miałyśmy odpowiednie ( idealny prezent dla Ciotki Elki to wszelkie wykrawaczki  i formy do ciast - w momencie otrzymania ćwierka ze szczęścia jak miziana pod bródką Szpagetka, w odróżnieniu do koty Ciotka Elka się nie ślini ). Teraz przystąpić można do zdobienia - cóś nie ufam ja barwnikom spożywczym z buteleczki, tubki i papierka. Jako tetryka ( żeńska forma od  męskiego tetryk ) nie dowierzam nowinkom i preferuję starzyznę barwiącą typu szafran albo inna kurkuma czy sok z buraczka lub szpinaku. Zboczenie z wiekiem związane, jak to wiele skrzywień u mnie.





P.S. Cio Mary i Wujek Jo popierniczyli święta, nie wiadomo dlaczego postanowili złożyć na Wielkanoc zimowy domek z piernika ( nabyty o zgrozo drogą kupna ). Wujek  Jo  usiłował go dziś rano pracowicie zbudować, niestety wyraźnie mu nie szło  - elementów konstrukcyjnych brakowało. Okazało się że Cio Mary  zeżarła nielegalnie jedną ścianę nośną! Wujek Jo zapowiedział protestacyjne samobójstwo dokonane przez zażarcie się sernikiem. Cio Mary uparcie twierdzi ze z Wujka doopa nie inżynier bo z domku można  było zrobić wiatę a dla Wujka Jo każdy pretekst jest dobry żeby dorwać się do sernika. Wśród rodziny panuje już  błoga, świątecznie kłótliwa atmosfera, he, he.

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Czas magnolii

No i się wzięło i się zaczęło, znaczy kwitną magnolie. Mieszańcowe soulengiany i te z Nowej Zelandii rodem jeszcze w pąkach a "nieznana pomylona" magnolka jak zawsze pierwsza pokazuje rozwinięte już kwiaty. Człowiek tylko paciorkuje do Muczenicy  Dorofieji coby od mrozów magnolki chroniła, mało co mnie tak w ogrodzie boli jak zherbaciałe  magnoliowe tepale. Jak na razie pogoda w kratkę ale  o mrozach nie słychać, chyba kupię Dorofieji świeczkę albo coś  - widać że moje sacra conversazione czyli ze świętymi obcowanie przebiega w tzw. przyjaznej  atmosferze. Znaczy jakby łaskawość z góry spływała w sprawie magnolek. Tak mnie kusi  żeby  Dorofieji trochę głowę pozawracać potrzebami  irysów ( no dobra, trzy świeczki ) ale boję się przesadzić. Nachalny petent może nawet świętą doprowadzić do furii i istnieje  możliwość świętego wypięcia się na ogród  ( i kto wie czy nie będę musiała palić ogarka dla takiego jednego co to ponoć wszystko potrafi załatwić ). Lepiej zatem głowę Dorofieji zostawić w spokoju, zawracanie przenieść na przyszły rok.



Na drzewach kfioty na glebie też  kfioty. Zeszłoroczne zakupy cebulowe wychodzą masowo, nie ze wszystkich jestem zadowolona. Zacznę od  tych roślin, które nie sprawiły zawodu. Małe anemony greckie, pięknie biało kwitnąca odmiana 'White Splendour' - miodzio i to lipowy, niefałszowany. Są tak urodne że postanowiłam w tym roku jesienią  dokupić sporo ich bulwek. Na razie chodzę po Alcatrazie i wykopuję siewki tych małych zawilców greckich które są u mnie "od zawsze"  i usiłuję je grupować wg. kolorów kwiatów. Najwięcej wysiało się tych o jasnobłękitnych kwiatach, śliczne są ale biel i róż ( zewnętrzna strona płatków ) kwiatów odmiany 'White Splendour' bije na głowę  te niebieskości. W zeszyciku zakupowym kolejna pozycja przybyła - taka z wykrzyknikiem dla zaznaczanie  ważności.

Za to narcyzy trąbkowe posadzone w zeszłym roku okazały się typowymi wazonowcami. Nawet nie będę was i siebie męczyć nazwą tej odmiany, po prostu żadnych cebul z kwiatami w tym typie więcej nie kupię. Jakby to ten mój zakup określić - cywilizowany do bólu. Kwiaty i owszem urodne ale zupełnie nie z tych pasujących do Alcatrazu. Olbrzymie i ciężkie, na niewysokich pędach. Kwitnienie zaczyna się od  żółci ( trąbka ) i kremu ( płatki ) by przejść z czasem w delikatną morelkę i  czystą biel. No niby jest uroczo i gdybym takiego narcyzka spotkała ciętego, w pęczku czekającego w wodzie na zakup to kwiczałabym ze szczęścia. W wazonie  prezentowałby się na pewno świetnie ale w moim ogrodzie wygląda jak sztuczny cmentarny żonkil. O ile te "cywilizanty"  dotrwają do świąt  to wylądują w domowych pieleszach ( mam nawet odpowiednie szkiełko dla nich ), w ogrodzie potrzebuję narcyzów o drobniejszych kwiatach, wystarczy że moje  magnolie mają duże kwiaty.

Dziś posadziłam na miejsce docelowe nowego ciemiernika z Leroya. Bezczelnie podzieliłam go żyletką na dwie sadzonki ( lepiej nie naśladujcie jeżeli jesteście początkującymi ogrodnikami - ciemiernikom  w korzonkach nie ma co grzebać bez odrobiny ogrodniczego doświadczenia ), obwęgliłam drzewnym żeby się nie paprało i szlus. Poprzedni dzielony ciemiernik świetnie się u mnie rozrasta ( pieję  z zachwytu nad tym przyrastaniem sadzonek podziałkowych  bo to taki o kwiatach typu daliowego ). Przy okazji naszłam w pobliżu wyznaczonego przeze mnie  ciemiernikowego stanowiska dwie olbrzymie sadzonki "naturalne" czyli siewki. W przyszłym roku powinny już kwitnąć, niemal pękam z ciekawości jakie będą miały kwiaty. Oby tak dalej, mam nadzieje że to nie jedyna ciemiernikowa niespodziewanka w Alcatrazie.


Jutro rano przyjeżdża kontenerek, czeka mnie załadowywanie śmieci zusammen z Panem Andrzejkiem. Mój kręgosłup czuje co się święci i już dzisiaj urządza protesty, muszę położyć go spać ( znaczy on będzie spał a ja sobie film obejrzę w pozycji horyzontalnej ). Na dobranoc zamieszczam fotki hiacyntów. Obawiam się że jestem hiacyntowo uzależniona, już wiem gdzie jeszcze jesienią posadzę hiacyntowe cebule, he, he




niedziela, 9 kwietnia 2017

Codziennik - przedświąteczne porządki ensemble

Mimo strasznych narzekań rodziny na pieską pogodę ( są nienormalni - temperatury rzędu dwudziestu paru stopni w pierwszej dekadzie kwietnia też  są nienormalne w naszej strefie klimatycznej ) bezczelnie cieszę się z chłodniejszych dni. Ha, mam nawet coś jakby cień szansy na nacieszenie się zapachem fiołków. Fiołki wonne w tym roku zakwitały i przekwitały błyskawicznie, w ogrodzie ich kwiaty spotykam już tylko w bardziej cienistych miejscach, w półcieniu  na fiołkowisku mało co się ostało. Dżedż dżdży co dobrze robi  zielonemu i mojej cerze ( staram się nie pamiętać o tablicy Mendelejewa w ódzkim powietrzu ) jak tym angielskim ladys, wiecznie wystawionym na wszystkie dwieście pięćdziesiąt sześć rodzajów wyspiarskiego deszczu. No niestety z powodu dżdżu  moje wizyty w Alcatrazie uległy skróceniu, o pracy ogrodniczej w ogóle nie ma mowy. Woń fiołków w mokrym powietrzu wyczuwalna śladowo, niestety , przyjdzie poczekać na dni bez deszczu.

Za to w pieleszach domowych zamiast kocurkowymi wydzielinami jedzie rzeżuchą, bowiem trenuję kontakt z naturą parapetową w wersji przedświątecznej. Taa, smrodowi wschodzącej rzeżuchy do zapachu fiołków tak daleko ja mnie do gwiazdy współczesnych wybiegów - ale zieloność świąteczna w formie ściętego ostrosłupa ubzdurała się rodzinie i Małgoś - Sąsiadce. Oczywiście nie obyło  się bez ekscesów ze strony czworonożnej części rodziny - Lalenty poocierał się sznupą o obsiane ustrojstwo i łazi dumny z kiełkującą rzeżuchą w sierści na "policzkach". Ustrojstwo poszło do renowacji a ja drżę obecnie o los kiełkującego "żytka", kolejnej wielkanocnej obsiewki na którą  cóś łakomie spogląda Szpagetka. Za oknami zielone buja ale nie ma to jak przeczyścić sobie  żołądeczek czymś troskliwie pielęgnowanym przez pańcię.  Felicjanowi ustawione na parapecie nowe zielonki się nie podobają, podżerać nie podżera ale usiłuje zwalić je na podłogę ( wygląda na to że ze względów estetycznych, bo choć smrodek rzeżuchowy zyskał jego uznanie to na parapecie nie powinno stać czy leżeć  nic, poza rzecz jasna poduszeczką Felicjana, która  to  poduszeczka wraz z uwalonym na niej Felicjanem najlepiej  pasuje do okna i parapetu ). Sztaflik i Okularia małpują kretyństwa Felka więc rozważam wyprowadzkę rzeżuchy i "żytka" na parapety Małgoś -  Sąsiadki ( znaczy tej ich części nie obleganej  przez koty ). W domu najwyższy czas na bukiety z żonkilami w roli głównej!

Każdej wiosny pojawiają się w domu, w dużej ilości, tzn. wszystkie wazony i nie tylko wazony zajęte przez żonkile. Stoją sobie zusammen do kupy z pędami brzozy, forsycji, wierzby a jakby się dało to i ze strusimi piórami bym je komponowała.  Czasem mają  solówkę i są takie same w sobie urodne. Nie ma że nie ma  - początek kwietnia należy do żonkili. W domu należy, w Alcatrazie i owszem narcyzki długotrąbkowe popularnie zwane żonkilami występują ale raczej sporadycznie, łanów nie ma. Po pierwsze Alcatraz woli hołubić inne rośliny, po drugie nie mam specjalnie dużej ilości miejsc gdzie narcyzy czują się na tyle dobrze że ponownie kwitną i bezproblemowo przyrastają. Na takich stanowiskach sadzę ukochaną odmianę  'Thalia' czy pięknie pachnące poeticusy. Za to w domu wszelkie wariacje "florystyczne"  w wykonaniu żonkili, innych narcyzków  i moim wciskane są w każdy kąt pokojów czy kuchni, tylko łazienka od nich wolna bo  "zbiory oceaniczne" zajmują tyle miejsca że nie m gdzie szkiełka z kwiatami ustawić. Nie myślcie że stoją sobie te żonkilowe urodności w cud wysprzątanym mieszkanku, wokół szaleje huragan zwany świątecznymi porządkami ( nienawidzę ) a mój prześwietny  bałagan pięknie przyozdobiony kwiatami. Nie ma to jak radosna słoneczność kwiatów w towarzystwie świeżo  wyżętej ściery do podłogi, ryczącego odkurzacza i płynu odkażającego. Miodzio! Kiedy narcyzki zasychają nadal są urodne, schowane dotrwają do czasu jesiennych bukietów z zasuszeńców. Tajemnicą trwania w moim zakoconym  domu dużej ilości wazonów  z żonkilami jest sprytne obciążenie pojemników na kfioty kamorami. Stosuję w szkiełkach nieprzejrzystych i ceramice, ku wielkiemu niezadowoleniu kotów rzecz jasna.







No bo oczywiście są tacy którym przeszkadzają i kwiaty i strasznie ale  to strasznie przeszkadzają porządki. Sami nie wiedzą na co mają rzucać się w pierwszej kolejności - atakować odkurzacz czy wazon? Niektórzy zadowalają się przywleczeniem dżdżownicy i katowaniem jej na świeżo umytej podłodze, inni usiłują jedynym  kłem który im jeszcze pozostał zagryźć odkurzaczową rurę ( naprawdę wyjmuję ten sprzęt od wielkiego święta, wolę  wykonać porządki bez wsparcia mechanicznego  niż oglądać Lalusiowo - Felicjanowe występy z odkurzaczem - rzecz jasna atakują kiedy  odkurzacz jest martwy znaczy nie ryczy, chłopcy przestali się go bać jakiś czas temu, dziewczynki szczęśliwie nadal się go boją ). Jeszcze inni zalegają w umywalce i nie sposób ich stamtąd wykurzyć -  Wielki Porządkowy, widzisz i nie grzmisz! A powinieneś, szczególnie wtedy jak porwana została i wywleczona w świat mikrofibra za nielichy pieniądz ( dwa ciemierniki w przeliczeniu ). Oto ustrojstwo zdobnicze okienne  własnej produkcji - powiesiłam koty na brzozowej  żerdce, tak zwane skryte pragnienia na wierzch wylazły. Wiszą stanowiąc dyskretne  tło dla szkła z  żonkilami.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Szybka przebieżka przez wczesnokwietniowy Alcatraz - ciemierniki i hiacynty

Ochłodziło się  i dobrze, wreszcie temperatury bardziej stosowne dla tej pory roku. W ogrodzie hiacynty, hiacynty i jeszcze raz hiacynty, zapach niesie daleko. Cebulice i śnieżniki powolutku się kończą w miejscach w których były celowe sadzone, wyłażą za to całkiem niespodziewanie  i pięknie kwitną kolonizatorzy Tyrawnika. Jak dla mnie całkiem miłe są te  cebulicowe i śnieżnikowe siewki, nie sądziłam  że Tyrawnik okaże się tak  gościnny ( kiedyś usiłowałam siać na Tyrawniku zwykłe stokrotki ale guzik z tego wyszło ). Może pod moimi  drzewami zrobi się kiedyś w kwietniu błękitnie po całości? Znalazłam też nieco rozsianych po  ogrodzie zawilców greckich, cóś wyraźnie im podpasiło,  co szczerze pisząc  dość mocno mnie zdumiewa. Nie posądzałam zawilców greckich o jakąkolwiek  ekspansywność w naszym centralnopolskim klimacie. Alcatraz czasem miewa takie fumy - jest miły dla  roślin z cieplejszego klimatu a potrafi dać popalić swojakom, twardym roślinom które udają się wszędzie wokół tylko  nie w moim ogrodzie. Hym, może dobrze  że w zeszłym roku trochę dokupiłam tego greckiego dobra. Z doskoku doglądam teraz mój kapryśny ogródek, mam tyle innej roboty że nie bardzo wiem w co ręce wsadzić  i gdzie łatać dziury ( czasem wręcz dosłownie - lokator wyjechany a w mieszkanku ruła wzięła i pękła w związku z czym ja latam  jak  starsza wiedźma na miotle ). Marzy mi się nieco spokojniejszy weekend ale bardzo konkretnych gryplanów ogrodowych lepiej na niego nie czynić, po co licho prowokować. Lepiej pozostać przy ulubionych  gryplanach ogólnych.

Na Ciemiernikowszczyźnie całkiem miło choć ochów i achów nie wydaję z się. Ciemierniki kwitną w miarę porządnie ale pamiętam  piękniejsze i bardziej masowe kwitnienia, mam wrażenie  że niektóre sadzonki dopiero "zbierają się w sobie" - głównie te otrzepane  niegdyś z torfowego substratu ( wszystkie "marketowce" sadzone w tym podłożu otrzepuje z niego przed sadzeniem do prawdziwej gleby, roślinom wyraźnie to służy, nawet ciemiernikom które nie lubią "procedur ogrodniczych" w okolicy korzonków ). Szczęśliwie wszystkie posadzone w Alcatrazie ciemierniki się odliczyły ( prawie wszystkie dorosłe kwitną ), Mamelon niestety miała mniej szczęścia ( spokojnie, postanowiła się pocieszyć lawendowo ). Po kwitnieniu zetnę szybko kwiaty ( znaczy kiedy tylko zaczną zmieniać  kolor )  zasilę dolomitem przemieszanym z kompostem - niech rosną w siłę. Pod koniec miesiąca przesadzę ciemiernikowe siewki z ubiegłych lat na miejsca docelowe, w tym przypadku przygotuję dobre podłoże. Może za kilka lat Alcatraz będzie w dużym procencie Wielką Ciemiernikowszczyzną, taki pomysł nawet mnie się podobie. Na razie jednak siewki nie wyglądają na takie zbierające się do kwitnienia. Znaczy nie wiem  co mi na rabatach zakwitnie, jakie pojawią się kolory i typy kwiatów ( mam wielką nadzieję na  ciemierniki  o kwiatach daliowych ). Poza tym jak już pisałam - dokupię "zwykłych" czyli Helleborus niger, prosty w obsłudze a efektowny. I to by było na tyle po szybkiej przebieżce.




wtorek, 4 kwietnia 2017

Codziennik - gryplany, gryplany

Coraz bardziej zielono wokół, wiosna błyskawicznie robi się "prawdziwą wiosną", przeskok z fazy przedwiośnia to w tym roku  obudzenie się w innej rzeczywistości. Jeszcze wczoraj modrzewiowe igły nie istniały, brzoza nie miała listeczków ( o zgrozo a teraz ma je od razu razem z kwiatami, zupełnie nie po  brzozowemu ), ciemierniki dopiero się rozwijały. Człowiek się budzi, otwiera  ślepia a  za oknem zielone szaleństwo, pachnąca deszczem ziemia i koty od bladego świtu rezydujące na podwórku, bezczelnie gapiące się na ptaki. No wiosna, wiosna najprawdziwsza, taka  z trudem wyczekana, wytęskniona zimą, wymarzona kiedy za oknem było -20. No i jakże to tak szybko  ta luba pora roku przechodzi i mija, a gdzie celebrowanie rozwijającej się zieloności i delektowanie się powoli zachodzącymi zmianami? Zachowuje się jak Blitz - Frühling a nie porządnie poukładana pora roku, bezczelność! A ja tu nie zawsze mogę tylko  ogrodem żyć, insze obowiązki mam. Jak nie ogarniam na początku sezonu Alcatrazu to strach się bać co będzie potem, jak ruszą ostro byliny i to nie zawsze te które uprawiam, he, he. Trudno, jakoś to będzie choć z gryplanów snutych na ten rok jak na razie cóś się nic nie realizuje. Taka to uroda moich gryplanów, zawsze coś cholera stoi na przeszkodzie w ich realizacji. Chyba powinnam się nieco wkurzać ale jakoś mi się nie chce. Drzewa podcięte tyle o ile, kontener muszę zamówić na odpady nie tyle drzewne co szopkowo - ogrodowe i zebrać siły na wlezienie w okolice oczka. To nie jest gryplan to jest realizacja porządków,  jest większa szansa na ziszczenie się porządków niż gryplanów.

No tak, ja tu będę jakieś śmieciory wynosić ( taa,  mogę  otworzyć hurtownię plastikowych donic  ) a w ogrodzie szaleją fiołki i zbiera się na kwitnienie większym tulipanom. I jak tu się kwitnieniem w biegu nacieszyć? Fotkę pstryknąć jak japońska wycieczka ( teraz co prawda pstrykają głównie  chińskie wycieczki ) i odłożyć oglądanie zielonego na czas za jakiś czas a najlepiej to  na zimę (  nie ma to jak  zielone na ekranie komputera, kontakt z naturą że ho, ho ) ?  Wiosna w tym roku nie poczeka, pewnie jak będę w połowie porządków to złośliwie  przejdzie w lato. Może się obrażę i poświęcę więcej czasu domowym pieleszom, mniej stresogennie będzie. Domowe pory  roku mniej zależne od  kaprysów aury, jedyne co mnie  może poganiać  to niecierpliwe zrzędzenie Ciotki Elki na temat przygotowań do wypieków wielkanocnych. Ciotka  Elka ma w tym roku ambitne ciastowe gryplany, aż się boję  że może dojść do ich pełnej realizacji ( a wtedy to witaj kongresie diabetologów, możemy robić na takim spędzie za ofiary cukrzycy błyskawicznej ). Co prawda Małgoś - Sąsiadka pocieszająco ćwierka że Ciotka Elka "się nie wyrobi" ale tu właśnie dochodzimy do zrzędliwego zniecierpliwienia i mojej osoby. Poganianie mnie ma na celu wypróbowanie jeszcze przed świąteczną okazją wszystkich  nowych przepisów czyli  zróbmy to teraz a ty drogie dziecko będziesz robić za asystentkę ( "Siostro proszę podać pacjentowi wanilię z cukrem  dopiero jak zaczyn pacjenta urośnie, delikatnie dozować z mąką i otrzeć mi  czoło gazikiem" ).


Powoli zaczynam  w głowie "budowanie" świątecznej dekoracji, wielkanocne zajączki i inne kurczaczki na topie. Trzeba jakoś wcześniej zacząć się nimi cieszyć, Wielki Tydzień to stanowczo zbyt krótki czas na zającowanie i kurczaczkowanie. Drzemiące we mnie dziecko ( lekka ta drzemka ) domaga się w tym roku ustrojstw i upieprzania po kątach zieloności z wielkanocnym motywem. Może nawet nie do końca to takie wielkanocne motywy, ptoszki czy tam inne gniazdka są po prostu wiosenne . To jest domowa wiosna  - wiosenne obiekty dekoracyjne w ściśle kontrolowanym środowisku ( waza do zupy ) -  wiosna constans, zupełnie inna od tej Blitz - Frühling za oknem. Ustawione dekoracje mogą się zmienić jedynie przez interwencję kotów ( nie ważne  że szklany, ptaszek jest ptaszek ) ale mam nadzieję że koty uszanują czeskie pochodzenie szkiełek ( co wcale nie znaczy że mogą tłuc te chińskie, wiszące nieopodal ). Może powinnam zastanowić się nad dekoracyjnym wykorzystaniem kotów ( stara pocztóweczka obok nasuwa pewne pomysły - przywiązać do drzewa i potraktować czymś białym  w sprayu - śmietaną  czy też ewentualnie przypruszyć cukrem pudrem ), w końcu wiosna jest, dlaczego koty mają się lenić?! Pańcia  nie może lenistwu wrodzonemu pofolgować a one takie bezrobotne ( samozatrudnienie przy obserwacji ptaków się nie liczy ).

Pisanki - pisanek wykonywać nie będę, czuję  że po wypiekaniu z Ciotką Elką mogę zapaść na czasowy jajowstręt. Pisankowanie dekoracyjne załatwię za pomocą onyksowych jajek ( tak, tak, czasem w życiu przydają się jaja z kamienia ). Te jajka mają piękne kolory, troszki przypominają mi te impresje morskie z Kronik prządkowych . Nie ma w nich co prawda niebieskości szarawej  wód północnych mórz ale jest za to szklista przejrzystość lagun i przebijająca się przez fale zieleń wodorostów. Mam straszną słabość do zielonawych onyksów, nie przeszkadza mi nawet ich "licheńskość" czyli niemal szkliste wykończenie powierzchni ( moim zdaniem są kamienie które wręcz paskudnie wyglądają wypolerowane do tzw. błysku absolutnego, nie wszystkim kamieniom służy taka obróbka ). Niestety nowszej daty wyroby z onyksu dostępne na  naszym rynku to nie jest to co do mnie mocno przemawia. Właściwie poza sześcianami, jajami i kulami onyksowo wokół mnie milczy, ciiiisza. Kelyszki do brandy i te do jajek to nie jest to, cud szkatułki to nie jest to, jeszcze ładnego kształtu moździerze zdzierżę ale generalnie zielonawy onyks ma formy zupełnie z innej bajki niż ta którą lubię. Jedyna duża rzecz z onyksu która mi się podobała, którą u nas spotkałam okazała się być  urną na prochy - dobrze że o gustach się nie dyskutuje, he, he.

Eh, co robić żeby zamknąć ten wiosenny, przedświąteczny  czas w słoiku, tak jak Megi zamknęła zimę - Słoik na zimę ? Focić, focić i jeszcze raz  focić? Cóś mi focenie nie wychodzi i pewnikiem dlatego mnie nie cieszy. Nie wiem też czy jest taką absolutnie dobrą metodą na przytrzymanie czasu. Może lepiej intensywniej przeżywać niż tylko notować życie ( a jak człowieka trafi skleroza to zdjęcia i tak  zrobią się mu obce, jakby go nie dotyczyły  )? No i jak sfocić gryplany? - nie da się! Gryplany się snuje, wypełniają przyszłością teraźniejszość, czasem są naprawdę osnową a czasem w trakcie realizacji zmieniają się w niewielki wątek, taki wtręt ledwie widoczny. Niekiedy w ogóle zanikają i tylko mgliste wspomnienie o nich gdzieś tam trwa, niekiedy uwierając a niekiedy wprost przeciwnie ( "Dobrze  że nie zrobiłam tego czy owego" ). Wyszło mi  że gryplany można zasłoikować przez zapisywanie, człowiek zapisze i one trwać  będą. Wieczne gryplany, nieważne czy zrealizowane czy nie, doskonałe w swoim gryplaństwie .  Za jakiś czas człowiek spragniony gryplanowania zajrzy do zapisków i stwierdzi - "Tak, to chciałam zrobić w zeszłym roku, trochę dziwne że chcę to nadal zrobić " albo "Co też mi do łba wpadło, to chore było!". Na wszelki wypadek  zapiszę wołami - cieszę się z gryplanowania, nawet jak nic  mi z planów nie wychodzi bo czas  pędzi a ja go nie mogę dogonić! Tak, gryplanowanie czyli życie in spe wypełnia  mi sporą część życia teraźniejszego. Mam nadzieję że rozsądną część. Dżizuu, właśnie do mnie dotarło że ja słoikuję przyszłość ( dokonaną lub niedokonaną ) ! Ciekawe jak zareaguję na zawartość słoiczka po świętach, co z  codziennika mojego powszedniego zostanie "zrealizowane", co  "odpuszczone", co  "uwierające" a co  "to całkiem głupi pomysł był"?

niedziela, 2 kwietnia 2017

Zbyt ciepły początek kwietnia

Ta dekada jest wariacka pod względem aury - trzy czy cztery lata temu w kwietniu zalegały tzw. śniegi styczniowe a mocno wiosenne słońce zamiast roztapiać bielactwo rysowało na nim dłuuugie cienie drzew, zupełnie jak nie w naszej strefie klimatycznej. W tym roku mamy za to na początku kwietnia letnie temperatury, co jest zabójcze dla wczesnowiosennych roślin - nie pokwitną sobie długo biedaczki, no chyba że  zmieni się aura. Przyznam się że ze strachem myślę o przymrozkach, szczególnie mi niemiło kiedy pomyślę o irysach SDB, którym przymrozek uszkadza kwiaty w pąkach. Pamiętam takie wiosny podczas  których maluchy irysowe już się zaczynały kłosić  a tu  przychodził przymrozek i zamiast kolorowego morza kwiatów wyłaziły z pąków zdeformowane pokurcze, w których nijak nie można było dopatrzeć się cech odmianowych. No zgroza, ból zęba i dziąsło z zapaleniem!   Tak, tak, te  irysowe hekatomby też się tak mile zaczynały, cieplutkim początkiem miesiąca. Hym... tego... jestem wobec tej wiosny mocno podejrzliwa, taka słodka i rozkosznie letnia a potem się okaże że wredna i francowato atakująca gwałtownym obniżeniem temperatury o  naście a może i dziesiąt stopni i kto wie czy nie pokazująca grożąco  szronu i sypiąca  paskudnie śniegiem. Czuję się trochę niepewnie  bo w tym roku nie odczyniłam uroku z Marzanną i w razie czego to poczucie winy jeszcze  mnie się zalęgnie że to niby przez zaniedbanie obowiązku spławienia paskudy. Może ten, takie spóźnione podtapianie urządzić czy cóś?

Alcatraz   kwitnie  wszystkim naraz, zachowuje się jak dżin wypuszczony z butelki - chce pokazać zbyt dużo w zbyt krótkim czasie. Dogasają ostatnie  krokusy a już wyłażą zawilce gajowe, jeszcze kwitną przylaszczki ( w końcu pokazała się "biała" transylwańska ) a już zaczynają otwierać  się kwiaty hiacyntów. Nie jest to naturalne, roślinki wczesnej  wiosny zazwyczaj kwitną w określonym szyku. Teraz wygląda na to że jest wolna amerykanka a wszystko z powodu zbyt wysokiej jak na tę porę roku temperatury.  A myślałam że wysokie temperatury w końcówce marca to apogeum ciepłego przedwiośnia, oj, naiwna. Trochę zgrzytam zębami na ten misz masz kwitnieniowy  który robi się na rabatach ( choć na szczęście wiosenne jednoczesne kwitnienia zawsze jakoś "grają" ) ale co robić, rzecz niezależna ode mnie tylko od Wielkiego Ogrodowego. Oczywiście nieustająco usiłuję porządkować ogród, słowo usiłuję jest jak najbardziej na miejscu - po pierwsze ciepło rozleniwia, po drugie nie ogarniam wszystkiego bo to co powinno w ziemi siedzieć już wyłazi i wymaga obsługi ( np. wycięcia starych pędów, czy odmłodzenia przez podział ), po trzecie jak już kupiłam  nowy sekator to natychmiast zrobiły mi się pęcherze na rękach przez co praca w ogrodzie  boli. A tu pogoda sprawia że wegetacja wegetuje wegatywnością superwegetującą i stawia mój wysiłek  ogarniający w jednym rzędzie z pracką Syzyfa.  Czynności powtarzalne i daremność usiłowań. Pocieszające jest jedynie to że ja pracuję sobie w okolicznościach przyrody a Syzyf musiał tyrać w gównianym i naprawdę dołującym ( choć niby ekskluzywnym ) Tartarze.




Teraz sprawozdawczo - najwięcej jest niebieskości i różowości. "Niebewskość" głównie za sprawą śnieżników i cebulic syberyjskich, różowość jest miodunkowo - hiacyntowa. Dla tych mających problemy z odróżnieniem śnieżnika lśniącego od cebulicy syberyjskiej. Śnieżnik to ta roślinka której kwiaty nie mają klasycznych pylników tylko coś na kształt rurki pośrodku kwiatu, cebulica syberyjska ma dobrze widoczne jak na tak małą roślinkę pręciki z ciemnymi pylnikami. W ciągu ostatnich dziesięciu lat botanicy szaleli z systematyką i miejscem w niej śnieżników. Namącili tak że im samym trudno jest się połapać który śnieżnik  należy do którego gatunku i teraz mamy parę oznaczeń dla tych samych  śnieżników i ostre spory nad wyglądem stożkowato zrośniętych pylników, wielkością plamek bieli w centrum kwiatów lub też ich braku a także wyglądem komórek i różnicami pomiędzy markerami genetycznymi. Naukowe piekiełko znaczy. Z ogrodniczego obowiązku donoszę ( głównie za RHS ) - w naszych ogrodach występują przeważnie trzy gatunki  śnieżnikow - Chionodoxa luciliae, Chionodoxa forbesii i Chionodoxa siehei. Przy czym głównie Chionodoxa siehei jest tym od niebieskich dywanów, różowości i bieli niedawno znanych jeszcze pod nazwą Chionodoxa forbesii ( w RHS asekuracyjnie wymyślili nazwę Chionodoxa forbesii Siehei Group, he, he ). Jak zwał tak zwał, grunt  że ten wiosenny cebulaczek nieźle się u mnie rozrasta czyli  że Alcatraz wyraźnie go lubi. Jeśli chodzi o cebulicę to ona jest nadal zwykłą Scilla siberica  vel sibirica, dobre i to.


U mnie na razie plackowe porastanie śnieżników i cebulic, wielkich połaci jeszcze nie ma tym niemniej z  przyjemnością zauważam że placki z roku na rok robią się większe i  że dotyczy to nie tylko "podstawowej" niebieskiej odmiany śnieżników ale i tych różowych i tych  olbrzymich jasnoniebieskich. Najsłabiej idą te biało kwitnące, szczerze pisząc nie wiem dlaczego ( może  z nimi tak jak z białymi zimowitami, które rosną nieco słabiej niż odmiany kwitnące kwiatami w kolorze wrzosu ). Jeśli chodzi o cebulicę jest nieco mniej ekspansywna ale jest to naprawdę tylko nieco. Może za jakieś parę lat pod kasztanowcem i klonami zrobi się  "niebiewsko" czy różowo po całości. Będzie po wymarzonemu. A budząc się z tych rojeń niebiewsko - różowych to  powinnam dokupić jakieś  bratki do hiacyntów. Niestety  do tej pory wpadały mi w oko jedynie wielkokwiatowce o ciemnawych albo jaskrawych kwiatach. Nie wiem czy  ogrodnicy nie zdążyli z produkcją ( w końcu dopiero początek kwietnia ), czy moda na drobnicę przeszła ale w ogrodniczym same duże braciochy w kolorach jarzeniowych, w Leroyu  jak na moje  gusta ciut drogawo i niekoniecznie to co bym akurat chciała, znaczy drobnica jakaś tam występuje ale coolorki nie są satysfakcjonujące, jakby to określiła Cio Mary. Cóż, przyjdzie  mi poczekać na "rozwinięcie" sezonu w centrach ogrodniczych i szkółkach, może przed Wielkanocą cóś się w moim guście bratkowego objawi.

A teraz tadam, tadam - niedzielne "niebiewskie" szaleństwo w Parku Klepacza. Odzianie wylegli masowo do najbardziej zaniebieszczonego przez cebulicę i śnieżniki parku miasta. Komóry, srajfony, aparaty - wszystko focące skierowane na "niebiewskość". Nawet wycieczka Zielonych  Odzian  ( tupają z przewodnikiem po  ódzkich parkach ),  głównie skierowująca uwagę na starodrzew nie mogła się oprzeć zagłębianiu w sprawy cebulowe. No bo nie da się panie tego, "niebiewskiemu " oprzeć. To takie samo zjawisko jak to co opętujące ludziska  w tatrzańskich dolinach ( na widok kwitnących krokusów szaleju jakby sobie zadali ). No może tylko u nas tak roślin nie tratują, ścieżki są i utwardzone i  z trawy.